Filmy ze skandynawską sztuką w tle

W tym roku Finlandia zaskoczy nas dwoma filmami biograficznymi o kobietach-artystkach. To świetna okazja, żeby przyjrzeć się innym filmom o nordyckich malarkach i malarzach.

Film o Helene Schjerfbeck miał swoją premierę już w połowie stycznia (Helene, reż. Antti Jokinen, 2020). Przedstawia życiorys jednej z najważniejszych malarek fińskich XX wieku, znakomitej portrecistki i autorki scen rodzajowych. Film wywołał już niemałą burzę w mediach, szczególnie szwedzkich, a to z uwagi na fakt, że historia szwedzkojęzycznej malarki jest opowiedziana w całości w języku fińskim.  W drugiej połowie roku zobaczymy natomiast film o Tove Jansson (Tove, reż. Zaida Bergroth 2020), znanej nie tylko jako “Mama Muminków”, ale też reprezentantka modernizmu w malarstwie.

Kobiety-artystki

Dwie filmowe biografie fińskich malarek wpisują się w nurt przypominana kobiet-artystek, przez lata tworzących w cieniu ich partnerów i kolegów po fachu. Światowa historia sztuki zna mnóstwo Aspazji stojących za sukcesem swoich mężów, a czasem wręcz przewyższających ich talentem, ale niedocenianych za życia w artystycznym świecie zdominowanym przez mężczyzn.

Drobnym wyjątkiem może być Anna Ancher, żona Michaela Anchera, duńskiego malarza rodzajowego, twórcę kolonii artystycznej w Skagen. Z dokumentu Anna Ancher – Kunsten at fange en solstråle (reż. Thomas Roger Henrichsen, 2019) dowiemy się o początkach jej kariery artystycznej. Bardzo możliwe, że ta córka właściciela zajazdu Brøndums Hotel nie zostałaby malarką gdyby nie fakt, że Michael był stałym bywalcem przybytku jej ojca i postanowił się z nią ożenić. Mając męża-malarza mogła rozwinąć swój artystyczny talent podczas studiów w Kopenhadze, jednak to zawsze Michael był malarzem numer jeden w rodzinie. Ona musiała dzielić czas na dom, wychowywanie córki i pracę, ale nie przeszkodziło jej to na ukształtowanie własnego stylu, który zachwyca do dziś. Tytułowa “sztuka łapania promieni słońca” faktycznie świetnie opisuje jej ciepłe obrazy wnętrz i scen domowych.

Image result for Anna Ancher - Kunsten at fange en solstråle
Kadr z filmu “Anna Ancher – Kunsten at fange en solstråle”, źródło: smk.dk/event/filmvisning-anna-ancher-kunsten-at-fange-en-solstraale/

Swojej biografii doczekała się również żona innego malarza ze Skagen, Pedera Severin Krøyer. Marie Krøyer (reż. Bille August, 2012) to opowieść o kobiecie, która również próbowała swoich sił jako malarka, ale maniakalny mąż nie pozwolił jej na więcej niż bycie swoją muzą. Piękna Maria Krøyer, obca perła w Skagen, była więc muzą nie tylko swojego męża, ale też wielu innych mężczyzn związanych ze środowiskiem. Mimo ogromnej popularności męża i dostatniego życia, nie dane jej było zaznać szczęścia u boku chorego psychicznie Pedera Severina. Film opowiada też o romansie Marii ze szwedzkim kompozytorem Hugo Alfvén, również nieudanym.

Mniej sztuki, więcej prywaty

W moim zestawieniu nie mogę pominąć filmu Dziewczyna z portretu (The Danish girl, reż. Tom Hooper, 2016).  Jest on oparty na biografii dwóch duńskich malarek Gerdy  Wegener i Lili Elbe, urodzonej jako Einar Wegener. W filmie w ich role wcielili się Alicia Vikander i Eddie Redmayne. Choć główną osią opowieści jest transpłciowość Einara i operacja korekty płci, akcja filmu rozgrywa się między innymi na Duńskiej Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych w Kopenhadze, wśród sztalug i palet. Obie artystki portretują się wzajemnie, a obrazy Lili Elbe można podziwiać obecne z Muzeum Sztuki w Vejle. Z pary artystów to Gerda zrobiła większą karierę malarską, podbijając Danię portretami jej męża w roli modelki, który w przebraniu kobiecym nie był rozpoznawalny jako Einar.

Z kolei dość niedawno obejrzałam film biograficzny poświęcony fińskiemu rysownikowi Touko Valio Laaksonenowi. Tom of Finland (reż. Dome Karukoski, 2017) to opowieść o homoseksualiście szukającym w powojennej Finlandii rozumienia nie tylko dla jego tożsamości, ale również sztuki. W dość flegmatycznie rozwijającej się akcji dostrzegamy rosnący konflikt między Touko a jego siostrą Kaiją, również malarką, a później także zakochaną w tym samym mężczyźnie. Szczęśliwie poza wątkami romantycznymi znajdziemy w filmie również prezentację rozwijającej się kariery “pornograficznych” rysunków za granicą i proces tworzenia się legendy Toma z Finlandii. Jego odważne prace pokazane są w potrzebnym kontekście, a najsłynniejsza wykreowana przez rysownika postać – Kake – przewija się przez cały film. 

Bildresultat för tom of finland movie poster

Żywoty mistrzów

Na koniec klasyka, czyli filmy z poprzedniego stulecia. Jak można się domyślać, znajdziemy są biografię malarzy tradycyjnie uważanych za najbardziej popularnych artystów skandynawskich. Poniższe produkcje miały też z pewnością rolę w budowaniu swoistego “kultu” tych legend.

Chronologicznie najwcześniejszy jest film dokumentalny Edvard Munch (reż. Petter Watkins, 1974). Szwedzko-norweska produkcja miała pierwotnie charakter trzy-częściowego miniserialu, ale film pokazywano również w kinach jako jednoczęściowy, 3-godzinny obraz. Burzliwe życie Edvarda Muncha, pełne porażek, śmierci bliskich, a także zawodów miłosnych wydaje się jednak flakami z olejem, kiedy opowiadane jest za pomocą głosu z offu, niczym wykład (przykład poniżej). Dokument ma jednak elementy filmu fabularnego (reprezentuje gatunek “docudrama”), dlatego 30 lat życia norweskiego artysty opowiedziane jest nie tylko głosem narratora, a też samych aktorów, nierzadko zwracających się bezpośrednio do kamery. Z filmu dowiemy się o recepcji dzieł Muncha, tak przez współczesnych mu krytyków, jak i współcześnie, bowiem do odegrania roli przeciwników sztuki artysty reżyser zaprosił ludzi, którzy faktycznie nie darzą jego malarstwa szczególnym uczuciem. 

Norwegowie mają Muncha, a Szwedzi zrobili film o Zornie, postaci równie kontrowersyjnej, choć obecnie znanej za granicą o wiele mniej, niż za jego życia. Anders Zorn był jednym z niewielu artystów szwedzkich XIX wieku, który odwiedził Stany Zjednoczone, malował portrety amerykańskich prezydentów i sporo podróżował. Zachowały się nawet zdjęcia z jego pobytu w Krakowie. Film Zorn (reż.  Gunnar Hellström, 1994) również ma swoją wersję serialową i kinową, ale skupia się na krótszym fragmencie biografii szwedzkiego malarza. W filmie poznajemy go już jako docenionego i ważnego artystę, ale też kobieciarza i alkoholika. Akcja skupia się na romansie Zorna z Emilie Bartlett, zamężną Amerykanką, oraz rozpadzie jego małżeństwa z Emmą. Słowem, dużo kobiet i nagich ciał, dokładnie jak na obrazach szwedzkiego impresjonisty.

Gunnar Hellström and Birgitte Söndergaard in Zorn (1994)
Fotos z filmu “Zorn”. Źródło: www.imdb.com.

Dokumenty

Ale poza filmami fabularnymi lub sfabularyzowanymi dokumentami znajdziemy też zwykłe dokumenty poświęcone nordyckim artystom. Te skupiają się głównie na pokazywaniu reprodukcji obrazów danego malarza oraz miejsc związanych z jego życiem, ewentualnie archiwalnych ujęć z epoki. Taką produkcją jest chociażby dokument P.S. Krøyer – What A Life! (reż. Anna Von Lowzow, 2008) opowiadający biografię wspomnianego już Pedera Severina Krøyera. Twórcy przedstawiają jego historię metodą “od kołyski aż po grób”, koncentrując się na chorobie psychicznej (wzmożonej syfilisem), ogromnym sukcesie i zawodzie miłosnym ze strony Marii. Z tej wersji wydarzeń nie dowiadujemy się jednak o tym, w jak dużym stopniu sam Krøyer był odpowiedzialny za starość w samotności. Mimo wszystko dokument w wystarczający sposób nakreśla tło twórczości duńskiego malarza, jakim była kolonia artystyczna w Skagen. Dokument można obejrzeć tutaj.

Portret podwójny. Krøyer namalował Marię, a Maria Krøyera.

Dziwi mnie, że nie powstał jeszcze żaden film fabularny ani dłuższy dokument poświęcony życiu i twórczości Carla Larssona, jednego z ulubionych malarzy Szwecji. Być może po prostu do niego nie dotarłam, bo na ten moment wiem o istnieniu 30-minutowego dokumentu Carl Larsson – Solskensmannen (reż. Marilén Karlsson, 2014), z którego w dużym skrócie poznamy dzieciństwo malarza oraz szczęśliwe życie w Lilla Hyttnäs. Można też dotrzeć do szwedzkojęzycznej produkcji telewizji publicznej SVT, dotyczącej najpóźniejszego obrazu Larssona, Midvinterblot.

Szczęśliwie są też dokumenty dotyczące sztuki islandzkiej. Jeden z nich znalazłam niedawno w serwisie Culture Unplugged, opowiada on o nieznanym mi dotąd malarzu Sveinnie Björnssonie. PASSIO – A Painter´s Psalm of Colours (reż. Erlendur Sveinsson, 2001) to pokazuje dużą wystawę Islandczyka w galerii Kjarvalsstaðir, ale skupia się na wywiadzie z artystą, w którym Björnsson dzieli się swoimi poglądami na sztukę, prywatnymi doświadczeniami, wizją artysty i interpretacją niektórych z pokazywanych dzieł. 

Dokument Sveinssona nie dotarł do szerokiej publiczności, co innego islandzko-duńska produkcja o Georga Guðniego, pokazywana na międzynarodowych festiwalach. Sjón­deil­darhringur (ang. Horizon, reż. Fridrik Thor Fridriksson, Bergur Bernburg, 2015) widziałam podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego w 2015 roku i tutaj znajdziecie recenzję dokumentu. Jest to piękny przegląd niemal abstrakcyjnych pejzaży islandzkiego malarza, powstały z inicjatywy aktora Viggo Mortensena, miłośnika twórczości Guðniego, jak o całej Islandii.

Uwagę filmowców przykuła też szwedzka malarka Hilma af Klint, nie dawno odkryta przez świat jako twórczyni malarstwa abstrakcyjnego przed Wassilym Kandinskym. Dokument Bortom det synliga – filmen om Hilma af Klint (reż. Halina Dyrschka, 2019) pokazuje twórczość szwedzkiej abstrakcjonistki, jej metodę tworzenia oraz korespondencję. Film powstał we współpracy z Muzeum Guggenheima i prezentuje współczesne wystawy zapomnianej artystki, mające na celu “napisanie historii sztuki na nowo”.

Filmy ze sztuką w tle

Jest dużo filmów, w których dostrzegam skandynawską sztukę. W wielu islandzkich filmach doszukuję się znanych mi obrazów będących częścią wystroju wnętrza, w którym rozgrywa się akcja. Ale są też filmy, które do sztuki odwołują się w sposób bezpośredni.

Jednym z nich jest amerykański film Personal Shopper (reż. Olivier Assayas, 2016), w którym znajdziemy twórczość omawianej już Hilmy af Klint. Główna bohaterka, grana przez Kristen Stewart, przegląda katalog z obrazami szwedzkiej malarki i inspiruje się jej twórczością do swoich spirytualistycznych doznań.

Zdjęcie
Kadr z filmu “Personal Shopper”, źródło: https://twitter.com/criterion/status/1054456530509197318

Z kolei w oscarowym filmie The Square (reż. Ruben Östlund, 2018) znajdziemy zarówno satyrę na współczesny świat sztuki, jak i kilka fikcyjnych dzieł zainspirowanych autentycznymi dziełami sztuki z XX i XXI wieku. Tytułowy “Kwadrat” to nawiązanie do sztuki z nurtu site-specific i environmental art, której przedstawicielem jest chociażby Robert Smithson. Szwedzki reżyser powołuje się też na twórczość ukraińskiego performera Olega Kulika, który wciela się w postać psa, a także prace Carla Hammouda, których inspirację znajdziemy w filmie (instalacja z krzesłami). Ten szwedzki artysta znany jest z prac, w których różne meble unoszą się przestrzeni albo układają w mało oczekiwane kompilacje. 

Natomiast inny szwedzki reżyser, Roy Andersson często posługuje się dokładnymi cytatami ze sztuki w swoich filmach. Przykładowo w jednym z najnowszych filmów, Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu (2014) sam tytuł miał być sprowokowany obrazem Myśliwi na śniegu Pietera Bruegla. Jeśli chodzi o sztukę skandynawską, to w jednej ze scen znajdziemy obraz Brunona Liljeforsa Morskie orły z 1897 roku. Wątek ze szwedzkimi żołnierzami i rannym królem Karlem XII to z kolei tableau vivant na podstawie płótna Gustafa Cederströma z 1884 roku.

File:Karl XIIs likfärd - Göteborgs konstmuseum - Gustaf Cederström.JPG

Jak widać w morzu filmów biograficznych poświęconych życiu i twórczości malarzy francuskich, angielskich czy amerykańskich znalazło się też miejsce na produkcje (i to nie tylko nordyckie!) poświęcone twórczości artystów z Północy. Jeśli znacie inne filmy ze sztuką skandynawską w tle, zostaw tytuł w komentarzu!

Kraina Lodu, czyli Islandia?

Już sześć lat temu, kiedy wszystkie dziewczynki śpiewały “Mam tę moc”, ja zastanawiałam się czy tytułowa Kraina Lodu to nie przypadkiem Islandia… Nazwa przecież bardzo się zgadza.

Jednak to tylko polskie tłumaczenie, bo oryginalne Frozen może dotyczyć losowego miejsca, w którym jest zimno. Jednak Miłośnik Północy znajdzie pewnie wiele elementów przypominających miejsca czy obyczaje dobrze mu znane. Czy były wśród nich elementy islandzkie? Z okazji premiery drugiej części hitowej produkcji Disneya, postanowiłam podsumować, czym inspirowali się jej twórcy.

Kraina lodu, czyli Skandynawia

Zaczynając od ogółu, w animacji znajdziemy wiele elementów wspólnych dla całego obszaru Północy. Zacznijmy od miejsca akcji: rzecz dzieje się gdzieś, gdzie jest dużo lodu (pierwsza część otwiera się przecież sceną cięcia i zbierania bloków lodu), w lesie tundrowym, a na niebie często pokazują się zorze polarne. Samo Arendelle znajduje się w fiordzie, a rodzice Anny i Elsy umierają w wodach morza na Północy. Elsa udaje się w wysokie góry, gdzie pasuje wieczna zmarzlina. Te wszystkie elementy kierują nas na półwysep Skandynawski czy nawet w dalsze tereny arktyczne.

Mamy też wiele odniesień do kultury i tradycji skandynawskiej. W pierwszej części pojawiają się motywy wikińskie: runy i kamienie runiczne (widoczne w scenie pogrzebu króla i królowej Arendelle), kościoły słupowe i statki przypominające drakkary. Mamy też wątki z mitologii czy folkloru nordyckiego: trolle i lodowe olbrzymy.  W scenie koronacji Elsy ksiądz posługuje się natomiast językiem, nieprzetłumaczonym w wersji oryginalnej (nie pamiętam, jak było w polskiej wersji językowej) i język ten brzmi jak język staronordyjski. Natomiast zdobienia wnętrz czy strojów kojarzą się z podobnymi w całej Skandynawii motywami dekoracyjnymi, typowymi dla nowożytnego zdobnictwa w tkaninie czy meblach.

Kraina lodu, czyli Norwegia

W Internecie aż roi się od informacji, że krajem, z którego czerpano najwięcej inspiracji przy tworzeniu pierwszej części Frozen była Norwegia.  Już od pierwszych kadrów filmu zamek, w którym wychowują się Elsa i Anna, przypominał mi kościoły słupowe. Brak tu jednak podobieństwa z którymkolwiek z zachowanych budowli tego typu w Norwegii, a raczej inspiracja wikińską architekturą. Sama bryła zamku (teleskopowy układ kolejnych części budynku), kształt okien i dachów przywodzi na myśl kościoły słupowe,  a wnętrze kościoła, w którym ma miejsce koronacja Elsy, to już niemalże animowana ilustracja zachowanych zabytków.

Podobno inną inspiracją dla zamku w Arendelle była też autentyczna twierdza Akershus w Oslo. Szczerze mówiąc nie widzę większego podobieństwa do tej budowli, ale autor cytowanego tekstu wskazuje również na Bergen jako miasto, na którym wzorowali się twórcy całego miasta. To prawda, że w domach z wątkiem pruskim znaleźć można podobieństwo do zabudowań tego największego miasta na zachodnim wybrzeżu Norwegii. Co więcej, sama nazwa Arendelle nawiązuje do niewielkiej miejscowości Arendal na południu, jednak fikcyjne miasto z Krainy Lodu znajduje się w fiordzie, których nie znajdziemy na południu Norwegii.

Kraina lodu, czyli Dania

Główną inspiracją duńską jest oczywiście Królowa Śniegu, baśń Hansa Christiana Andersena. Informacja o oparciu scenariusza na historii spisanej przez tego Duńczyka pojawia się na początku drugiej części filmu, ale to właśnie pierwsza część Krainy Lodu odwołuje się do tej historii w sposób bezpośredni. Baśń Andersena, jedyna wymyślona przez autora, a nie oparta na folklorze, opiera się na potędze miłości. Gerda ratuje Kaja uwięzionego przez Królową Śniegu, a pocałunkiem i gorącymi łzami uwalnia go od mocy odłamka szkła w jego oku i kawałka lodu w jego sercu. We Frozen mamy przecież kryształowy/lodowy pałac, w którym mieszka potężna Królowa Śniegu (Elsa), ale zamiast więzić w nim małego chłopca, sama staje się więźniarką swojej potężnej mocy. Z pomocą przybywa jej siostra Anna, która ostatecznie gotowa będzie oddać za nią życie, jak Gerda za Kaja. Anna, podobnie jak Kaj, ma w sobie dwa odłamki potężnej mocy Królowej Śniegu: najpierw w głowie (a nie w oku), a potem w sercu. Ale choć Anna ratuje Elsę, to Elsa uratuje siostrę przed śmiercią. Obie siostry mają więc w sobie cechy Kaja i Gerdy.

Kraina lodu, czyli Szwecja

Elementów szwedzkich mamy niewiele, ale sam lodowy pałac, który wybudowała Elsa w pierwszej części może kojarzyć się z hotelem lodowym Ice Hotel w Jukkasjärvi na północy Szwecji.

Zdjęcie z wycieczki do Ice Hotel.

Sokole oko na pewno wypatrzy majstång w pierwszej części Krainy Lodu. Choć motyw ten wywodzi się z czasów pogańskich, pal w kształcie krzyża z dwoma wieńcami na zakończeniach, dekorowany liśćmi i kwiatami, kojarzy się głównie ze szwedzkimi obchodami Midsommar. Kilka szwedzkich inspiracji znajdziemy również w świątecznym krótkometrażowym filmie Kraina Lodu. Przygody Olafa z 2017 roku. Bałwanek szuka w nim tradycji bożonarodzeniowych, a wśród nich znajdziemy chociażby obchody dnia św. Łucji (wianek ze świecami) czy przykłady świątecznych dań szwedzkich, a także słomiane figurki kozła, julbocken, którego największa wersja staje co roku w Gävle  i (dokładnie tak jak przytrafi się to niezdarnemu bałwankowi) często jest podpalany.

W drugiej części Krainy Lodu zwróciłam z kolei uwagę na wygląd puszczy, do której udają się bohaterowie. Choć jest to las na północy, nie przypomina tundry, a raczej drzewostany występujące na południu Szwecji. Topole i brzozy znajdziemy na wielu obrazach szwedzkich malarzy, np. Carla Larssona. Z kolei wołanie, które ciągnie Elsę na północ i często interpretowane jest jako saamski joik, przypomina mi trochę kulning, szwedzki śpiew-wołanie, niegdyś wykorzystywane przez pasterki do kontaktowania się między sobą na długich odległościach oraz do wołania krów.

Kraina lodu, czyli Finlandia

Z Finlandią najbardziej skojarzył mi się Oaken. No bo halo, przecież w niemal każdej scenie z Oakenem pojawia się sauna. Z drugiej strony postać wydaje się być połączeniem wielu cech skandynawskich. Prowadzi sklep z sauną w chatce, która może przypominać dowolną norweską hytte. Jako jedyna postać w filmie mówi z akcentem i choć według mnie “ja” brzmi bardzo niemiecko (a jego strój też kojarzy się z Bawarią), to internety twierdzą, że Oaken jest Norwegiem (bo sprzedaje lutefisk) albo Szwedem.

Kraina lodu, czyli Sápmi

Nie przepadam za słowem Laponia, ale właśnie o ten obszar w tej części posta mi chodzi. Saamowie i kultura saamska mają swoją reprezentację w Krainie Lodu, bowiem według internetowych źródeł Kristoff jest Saamem, co widać w jego stroju oraz szczególnej więzi z reniferem Svenem. Kiedy byłam z wizytą w wiosce saamów i pytałam o renifery, mówili o nich z czułością i przekonaniem, że znajdują się w tych zwierzętach duchy innych. Dlatego Kristoff i poznani w drugiej części Saamowie rozmawiają ze swoimi reniferami, a te stanowią ważny element ich kultury i obyczajów (choćby tych związanych z zaręczynami, choć nie jestem w stanie potwierdzić, czy tak to faktycznie w ludach saamskich wygląda).

W pierwszej części usłyszymy również dźwięki przypominające joik, śpiew Saamów. Z kolei w drugiej części wołanie przypominające joik ciągnie Elsę na północ.

O wiele więcej elementów saamskich znajdziemy w drugiej części animacji, gdyż powstawała ona w porozumieniu z mieszkańcami tego regionu obejmującego północ Norwegii, Szwecji i Finlandii. Jak donosi portal Life in Norway, reprezentacja Saamów (widoczna na zdjęciu poniżej) doradzała twórcom przy projektowaniu wioski ludu Northuldra.

The Sami Parliament 2017-2021
Źródło zdjęcia: https://www.lifeinnorway.net/frozen-2-sami/

Przedstawiciele plemienia Northuldra mają wiele cech Saamów: są nomadami, mieszkają w lavvu (namiotach ze skóry reniferów), żyją z reniferami, a gdy do puszczy docierają goście, podają im napoje w drewnianych naczyniach guksi. Jest to lud żyjący blisko z naturą, a kontakt z żywiołami daje im coś na kształt mocy magicznych, choć de facto nie zajmują się magią. Żyją po sąsiedzku z Arendelle, ale podkreśla się ich odrębność i różnicę etniczną między przybyszami z “południa”, a więc Skandynawami a mieszkańcami puszczy.  Co ważne, występuje tu też wątek zaatakowania Saamów przez Skandynawów, próbę podporządkowania tego ludu i zdominowania go. Jest to odniesienie do wstydliwej przeszłości Skandynawów, a Magda Szczepańska z Trolltunga  powiedziała mi, że budowa tamy budzi skojarzenia z protestami Saamów wobec budowy tamy wodnej na rzece Alta w latach 70. Według Magdy saamski protest przed Stortinget wiązał się z obawami o wysuszenie terenów, na których wypasały się renifery. Mimo to Norwegowie wybudowali tamę, a filmowa tama wygląda zdaniem Magdy jak zapora wodna hydroelektrowni Alta.

Bilden kan innehålla: himmel, växt, utomhus, vatten och natur
Zdjęcie: Magda Szczepańska

Kraina lodu, czyli Islandia

W pierwszej części Krainy Lodu niewiele było odniesień do Islandii, choć doszukałam się sceny z ciepłymi źródłami (małe gejzery, którymi Kristoff chce ogrzać Annę). Słowa wypowiadane przez księdza w scenie koronacji Elsy przypominają język staroislandzki, a brzmią dokładnie tak:

Sem hon heldr inum helgum eignum ok krýnd í þessum helga stað ek té fram fyrir yðr…

Co można przetłumaczyć na “Tę, która trzyma królewskie insygnia i której głowa koronowana jest w tym świętym miejscu, przedstawiam jako…”.

O wiele więcej elementów islandzkich pojawia się w drugiej części.  Ahtohallan, mityczna kraina, do której dociera Elsa, przypomina jęzor lodowca Vatnajökull, natomiast plaża, z której bohaterka wyrusza w podróż przez Ciemne Morze, wygląda jak czarna plaża Reynisfjara, którą można rozpoznać nie tylko po kolorze piasku, ale też charakterystycznych formacjach skalnych.

oraz niksy w drugiej. Chodzi mi o konia, którego spotyka Elsa w wodach Morza Północnego. To bóstwo wodne, które przybierało w folklorze różne kształty, ale do jego cech charakterystycznych należało zwabianie ludzi pięknym śpiewem do wody, aby utopić nieszczęśnika. W folklorze islandzkim oraz farerskim niks ma właśnie postać konia. Jak widzimy w filmie, próbuje utopić Elsę, ale tej udaje się go ujarzmić.

In Walt Disney Animation Studios’ “Frozen 2, Elsa encounters a Nokk—a mythical water spirit that takes the form of a horse—who uses the power of the ocean to guard the secrets of the forest. Featuring the voice of Idina Menzel as Elsa, “Frozen 2” opens in U.S. theaters November 22. ©2019 Disney. All Rights Reserved.
Źródło: https://www.radiotimes.com/news/2019-10-02/frozen-2-easter-eggs/

Macie jeszcze jakieś dodatkowe skojarzenie? Chcielibyście mnie poprawić, bo uważacie, że niektóre elementy bardziej kojarzą Wam się z innym krajem nordyckim? Zapraszam do dyskusji, bo przyznam szczerze, że skandynawskie konotacje w Krainie lodu fascynują mnie od dawna i dlatego chętnie poszerzę tego posta o Wasze sugestie!

PS: Obejrzałam Krainę Lodu. Przygoda Olafa raz jeszcze i znalazłam tam jeszcze jeden nordycki/islandzki akcent! Sir Jorgenbjorgen, czyli maskotka Elsy z dzieciństwa to… MASKONUR!

Jak podróżować (z głową)

Mój baskijski wpis wywołał komentarze w związku z podróżowaniem w ogóle. Na moim plecaku zbieram flagi wszystkich skandynawskich miejsc, które odwiedziłam, a podróżować lubię często i dużo.

Chęć do zwiedzania innych krajów obudzili we mnie rodzice. Dużo jeździliśmy po Europie, głównie samochodem. Kiedy miałam jakieś pięć, sześć lat, wybraliśmy się na objazdówkę po Skandynawii, to był mój pierwszy raz na Północy. Już wtedy podobno byłam bardzo wygadana i złośliwa, a moja mama często wspomina tekst, który wypowiedziałam przy przekraczaniu granicy szwedzko-norweskiej: Jak to? Kolejny kraj??? To ile ja mam się języków nauczyć?!

Wyjazd w te strony zawdzięczaliśmy bratu mojej babci, który wyprowadził się do Szwecji jeszcze w latach 80. i dlatego zawsze mówiliśmy na niego “wujek Szwed”. Pamiętam kiedy wujek przywoził nam na święta prezenty, istne skarby jak na tamte czasy. Mój pierwszy gadżet z Nici traktowałam jak najwspanialsze trofeum w dziecięcej kolekcji. Ostatni raz odwiedziłam wujka w jego domku letnim pod Eskilstuną latem 2010 roku. Zabrał mnie i moją kuzynkę na wycieczkę do Sztokholmu, wówczas po raz pierwszy weszłam do tamtejszego Nationalmuseum. Zachwyciłam się wiszącą na klatce schodowej kompozycją Midvinterblot, miałam też duże szczęście, że wystawa czasowa dotyczyła akurat akwareli Carla Larssona. Tak narodziła się w głowie małego historyka sztuki pasja do sztuki skandynawskiej, którą zaczęłam realizować dopiero kilka lat później.

Jedna z sal sztokholmskiego Nationalmuseum jeszcze przed remontem. Na pierwszym planie jedno z moim ówczesnych odkryć: Johan Tobias Sergel i rzeźba “Amor och Psyke”.

Zbulwersowana koniecznością nauki języków kilkuletnia Emilka wiele lat później nauczyła się szwedzkiego, poznała też duński i norweski, a nawet podstawy islandzkiego. To właśnie dzięki wujkowi zaczęłam uczyć się szwedzkiego, a nie bardziej zbliżonego do wymarzonego islandzkiego (którego nie było w ofercie studiów) – norweskiego. Ta wizyta w sztokholmskich muzeach była początkiem skandynawistycznej przygody, ale tułanie się samochodem po promach i autostradach z rodziną obudziło miłość do fiordów i jezior jeszcze wcześniej. Niestety nic nie pamiętałam z tych podróży, a zdjęcia z rodzinnego albumu tylko podsycały zazdrość do samej siebie, że po latach nie pamiętam już tego wyjazdu. Dlatego postanowiłam, że muszę odświeżyć wspomnienia i wrócić na Północ.

“Jak to ludzie robią? Tak po prostu wsiadają na prom lub samolot i jadą?”, spytała jedna z obserwujących Utulę Thule na Facebooku. Nie jestem podróżniczką, a przynajmniej nie zasłużyłam sobie na miano podróżnika. Ci fascynują przecież tłumy odwagą i otwartością na obce kultury, spędzaniem większości życia w drodze, odhaczając kolejne miejsca na swojej mapie świata. Ja nigdy nie wyjechałam poza Europę, a jednak potrzeba zwiedzania (głównie muzeów) co roku zmuszała mnie do pojechania w nowe miejsce. Odkąd moje konto w banku nauczyło się definiować moje wydatki, opcja “podróże” zawsze figuruje w rankingu i czasem prowokuje do podjęcia prób ograniczenia tego szaleństwa. Ale mój portfel i tak pozwala tylko na skromne podróżowanie, więc jestem stałą klientką tanich linii lotniczych oraz aktywną użytkowniczką portali Airbnb i Couchsurfing.

Tak, ludzie po prostu wsiadają w samolot lub prom, bo obecnie coraz więcej z nas na to stać. Loty do Skandynawii kosztują po kilkadziesiąt złotych, chociaż dopiero na miejscu zderzamy się z rzeczywistością, że transfer z lotniska potrafi wynieść nas trzy razy tyle, a jedzenie i nocleg to już naprawdę wysokie kwoty. Ale nie będę dawać tutaj rad na tanie podróżowanie, bo wcale nie jestem zwolenniczką takiego zwiedzania świata. Przestałam chodzić na slajdowiska i klubokawiarniane spotkania o Islandii głównie dlatego, że opowiadacze skupiali się na tym, jak “oszukali system”, rozbijając namiot za darmo, jeżdżąc stopem i żywiąc się makaronem z pesto. Januszowanie to doprawdy cecha godna pochwały w kraju nad Wisłą, bo każdy chce pojechać na Islandię, do Norwegii czy Szwecji, ale zrobić to najmniejszym kosztem. Ale turystyka, nawet w tak bogatych krajach jak skandynawskie, to również istotny sektor przemysłu, który choćby Islandii pozwolił wydźwignąć się z kryzysu. Powiecie mi: to niech bogaci turyści zostawiają w hotelach i restauracjach swoje fortuny, ja wybieram plecak i konserwy. Jasne, ja też podróżuję z plecakiem i staram się wydawać jak najmniej. Ale apeluję, żeby podróżować z głową. Czyli tak:

Otwórz się na nowe możliwości

Przewodniki są fajne, ale kurczowe trzymanie się wyznaczonych przez obcą ci osobę tras jest jak zwiedzanie muzeum z audioguidem. Niby sięgasz po zestaw niezbędnych informacji do zrozumienia wiszącego przed ciebie dzieła sztuki, ale często okazuje się, że to tylko opis tego, co widać na obrazie. I tak jak nie ma jednego klucza interpretacyjnego do zrozumienia sztuki, tak zaliczanie najważniejszych atrakcji turystycznych nie zapewni wam pełnego doświadczenia zwiedzanego kraju. I nie, nie masz być hipsterem, który wydeptuje nowe ścieżki w mchu i wyjeżdża poza drogę, żeby wpakować się w dół albo spaść z klifu. Ale dlaczego nie objechać Islandii w kierunku przeciwnym do tego, które proponują przewodniki? Dlaczego nie poszukać kawiarni poza główną ulicą dużego miasta? Dlaczego nie zjeść w knajpie, której nie polecają żadne Trip Advisory? Posiłkujemy się opiniami innych, bo chcemy zaoszczędzić czas i pieniądze. Ale czasem warto odmówić sobie wizyty w przereklamowanym muzeum i w zamian za to przespacerować się po mieście (to nic nie kosztuje!). Zgubić się, żeby odkryć magiczną dzielnicę Helsinek albo pole łubinów gdzieś na północy Islandii.

(Nie) ograniczaj się!

Istnieje teraz takie przekonanie, że podróż musi być wielką przygodą. Że musimy udowodnić coś sobie albo innym. W najgorszych przypadkach chodzi o to, żeby zaimponować swoim znajomym na mediach społecznościowych. Jedni próbują osiągnąć swój cel januszowaniem (“nie wydałem na nocleg ani korony! Tak ich wyrolowałem!”), a inni postanawiają objechać Islandię na wrotkach, bo nikt tego wcześniej nie zrobił. Wiecie, z dużym szacunkiem i zazdrością słucham o podróżowaniu po Skandynawii rowerem, bo wiem, że sama bym nie dała rady. Ale trochę nie rozumiem ludzi, którzy stawiają sobie ogromne cele, czasem niemal ryzykując swoim życiem.  Robią głupoty, ale mają dużo szczęścia, więc wychodzą z tego cało. Wchodzą na lodowce w trampkach i przeżywają katharsis, kiedy prawie zamarzają na śmierć, albo lądują w namiocie z nieznajomym, żeby zaoszczędzić na noclegu i cudem unikają gwałtu. Kiedy jeździłam stopem po Fiordach Zachodnich Islandii, myślałam, że jestem królową życia. Spałam w dziwnych miejscach, wsiadałam do samochodów przypadkowych ludzi. Nosiłam w sobie przekonanie, że Islandia to najbezpieczniejszy kraj dla samotnych podróżników. Głupi ma zawsze szczęście, więc nic mi się wtedy nie stało. Ale mogło stać. Dlatego trzeba mieć zawsze z tyłu głowy, że każda przygoda może skończyć się zarówno na cudownych, jak i przykrych wspomnieniach. Tym razem się udało, ale nigdy nic nie wiadomo. Dlatego unikam opisania tu szczegółów mojego lata na Islandii, bo nie chciałabym, żeby ktokolwiek przyjął za standard moje różne wybryki. Nie wierzcie w to, co czytacie. Albo przynajmniej nie próbujcie tego na własnej skórze.

Podróżowanie autostopem w Fiordach Zachodnich to wielka przygoda, ale też nauka pokory. Tutaj: kolejna godzina czekania na okazję w miejscu, które potocznie można nazwać zadupiem.

Szanuj siebie i innych

Osobiście bardzo lubię Couchsurfing, a na Islandii często korzystałam z gościnności Polaków, którzy pozwalali mi u siebie spać. Sama często przyjmowałam turystów i podróżników w swoim mieszkaniu, ale godzenie się na obecność nieznajomego pod własnym dachem wymaga sporo zaufania i głupoty (patrz punkt wyżej). Zawsze jednak zakładam, że ludzie są z natury dobrzy i oczekuję od nich tylko pozytywnej odpowiedzi na moje zaufanie (bo jeszcze nic złego mi się nie przytrafiło, ale patrz punkt wyżej). Ale tak jak nie lubię kiedy ktoś wykorzystuje moją gościnność, tak staram się nie robić tego u innych. Gościnność ludzka jest nie(d)oceniona, ale musi mieć swoje granice. Gdy po raz pierwszy przeglądałam oferty couchsurfingowe w Reykjaviku, uderzyła mnie przedsiębiorczość lokalnych gospodarzy. W długich opisach często mieli pochowane jakieś kody, a niewpisanie ich w wiadomość oznaczało automatyczne odrzucenie zapytania. Nie tak działa ten portal, nota bene założony właśnie dzięki podróży na Islandię. I choć może w końcu lat 90. Islandczycy chętnie przyjęli w swoich domach założyciela Couchsurfingu, bo znani są przecież w średniowiecznych manuskryptach ze swojej gościnności, obecnie udostępnianie swojej kanapy to na Wyspie wielki biznes. Nie dziwi mnie to. Człowiek może być gościnny, ale jednocześnie chciwy.

Na szczęście portal ten działa świetnie w reszcie Skandynawii. To naprawdę świetna okazja do podszkolenia języka i poznania lokalnych zwyczajów albo poznania miasta z własnym przewodnikiem. Dzięki Couchsurfingowi dyskutowałam o polityce po szwedzku i zostałam zaprowadzona do pięknego punktu widokowego w Jönköping. Poznałam też warunki zakwaterowania studenckiego w Helsinkach i niezwykle pomysłowe zagospodarowanie łazienki o powierzchni 1 metra kwadratowego na toaletę i prysznic. Albo gotowałam bezglutenowe spaghetti w Oslo. Młodzi Skandynawowie są bardzo otwarci na turystów z innych krajów, chętnie podzielą się rekomendacjami, ale czasem nie potrzebujemy proponowanego przez nich harmonogramu wycieczki, bo mamy własne plany. Trzeba się jednak wzajemnie szanować, bo Couchsurfing to więcej nic darmowy hotel.

Nie wstydź się być turystą

Takie proste, a jednak wielu z nas chciałoby zrobić wszystko, żeby wtopić się w tłum i za nic w świecie nie być przez lokalnych uznanymi za turystów. Sama tak mam, że w Skandynawii mówię do wszystkich po szwedzku i obrażam się, jak Szwedzi odpowiadają po angielsku (albo panikuję, kiedy Duńczycy odpowiadają po duńsku i nic nie rozumiem). Podczas pierwszego wyjazdu na Islandię tak bardzo pilnowałam, żeby nikt nie pomylił mnie z typową turystką, żestarałam się na każdym kroku udowodnić swoją wiedzę na temat Wyspy i podkreślać, że nie przyjechałam tu po to, żeby trzeba mnie było wyjmować z rowu helikopterem. Czasem kierowcy autostopowi byli pod wrażeniem, mówili, że wiem o Islandii o wiele więcej niż oni. Gdy pan z telewizji amerykańskiej wziął mnie za Islandkę, bo paradowałam po Laugavegur w islandzkim swetrze, bardzo mnie to podbudowało, ale też zaskoczyło. Przecież Islandczyka i tak nie oszukam. Przecież i tak nie jestem stąd.

A mimo to długo nie chciałam nazywać się turystką, bo turystyka kojarzyła mi się z obciachowymi pamiątkami, naiwnością, brakiem podstawowej wiedzy o odwiedzanych miejscach i ignorancją. Ale podróżnikiem też nie jestem. Ani lokalsem. Więc kim? A co gdyby zgodzić się na rolę turysty, ale świecić przykładem? Szanować lokalne zwyczaje, uiścić potulnie opłatę klimatyczną, wynająć raz samochód zamiast tułać się przy drodze w oczekiwaniu na okazję? Zjeść porządny obiad w restauracji zamiast zapychać się chlebem posmarowanym brązowym serem? Zapłacić za łóżko w wieloosobowym pokoju hostelowym zamiast koczować na stacji benzynowej? Z perspektywy czasu wstyd mi za januszowe podróżowanie, bo bycie dumnym turystą to też wspieranie infrastruktury dla turystów przeznaczonej. A jestem już za stara na spanie w toalecie dla niepełnosprawnych na lotnisku w Luksemburgu albo na plaży w Rawennie. Ale kurcze, to są wspomnienia!

Podróżować każdy może. Ty też możesz. Przez 10 lat wmawiałam sobie, że podróż na Islandię graniczy z cudem, szukałam wymówek. Bo jestem za młoda, bo nie mam pieniędzy, bo nie mam z kim pojechać, bo nie mam czasu, bo za daleko, bo za drogo. Aż w końcu tak po prostu kupiłam bilet i poleciałam. I nagle znalazły się i pieniądze, i noclegi, i towarzystwo. Miałam szczęście? Tak. Dzięki niemu wróciłam na Wyspę wielokrotnie. Ale może Islandia przyjmowała mnie tak chętnie również dlatego, że stosowałam się do powyższych zasad? Z plecakiem można pojechać naprawdę wszędzie. I nie wrócić z długami, ale pięknymi wspomnieniami. Nowymi znajomościami. Doświadczeniami. Obtarciami na nogach, może zagubionymi skarpetkami albo ręcznikiem. Byleby nie stracić głowy!

“Pomnik nieznanego biurokraty”, Magnús Tómasson, 1993 pod Ratuszem w Reykjaviku

10 top malarzy szwedzkich

To właśnie od szwedzkiej sztuki rozpoczęłam moją przygodę ze Skandynawią.

Wiele lat temu pojechałam odwiedzić w Szwecji mojego wujka i w ramach tej wizyty wybrałam się z kuzynką do sztokholmskiego Nationalmuseum. Tam olśniła mnie przede wszystkim malarska dekoracja ścian muzeum oraz piękne akwarele Carla Larssona. Kolejne wizyty w szwedzkich muzeach pozwoliły mi odkryć wspaniałych szwedzkich malarzy, z których 10 ulubionych prezentuję w tym tekście.

1. Carl Larsson (1853 – 1919)

Miejsce pierwsze zajmuje właśnie Carl Larsson, bo jest to jeden z najbardziej rozpoznawalnych artystów w Szwecji, jeśli nie najpopularniejszy. Gadżety z reprodukcjami jego akwareli można znaleźć w każdym sklepie z pamiątkami, ja sama pamiętam z dzieciństwa piękną walizkę na sztućce, którą wujek podarował babci na święta. Widnieje na niej fragment obrazu Śniadanie na świeżym powietrzu, który tak jak wiele innych obrazków życia codziennego rodziny Larssonów wżarł się w szwedzkie wyobrażenie idealnej domowej sielanki. To głównie za sprawą Lilla Hyttnäs, domu artysty, który przez lata projektował wraz z żoną i gromadką swoich dzieci. Kilka albumów z kolorowymi ilustracjami życia w Sundborn (Dalarna) rozpowszechniło rozwiązania i własny styl projektowania wnętrz, a także zagwarantowało Larssonowi sławę międzynarodową. Warto jednak podkreślić, że poza akwarelami artysta ten zajmował się także malarstwem ściennym; przygotował dekoracje ścian wielu budynków publicznych, w tym sztokholmskiego Nationalmuseum. Na klatce schodowej można podziwiać historię sztuki szwedzkiej (1891-1896), natomiast w dwóch dużych przestrzeniach na piętrze – późniejszą scenę wjazdu Gustawa Wazy do Sztokholmu (1908) i Ofiarę w przesilenie zimowe (szw.: Midvinterblot, 1915), której realizacji towarzyszył ogromny skandal. Wielka scena ilustrująca czasy przedwikińskie i odwołująca się do legendarnego króla Domalda (i złożonej z niego ofiary) była nie do przyjęcia przez ówczesną radę Muzeum, ale szczęśliwie znalazła się na swoim miejscu wiele lat po śmierci artysty.

Śniadanie na świeżym powietrzu (szw. Frukost i det gröna), 1913, Lilla Hyttäs, Sundborn

Wjazd Gustawa Wazy do Sztokholmu (szw. Gustav Vasas intåg i Stockholm 1523), 1908, Nationalmuseum, Sztokholm

2. Bruno Liljefors (1860-1939)

Twórczość Brunona Liljeforsa to przede wszystkim sceny animalistyczne. Chorujący w dzieciństwie artysta „nadrobił” stracony czas i młodość spędzał głównie na zewnątrz, polując i podglądając dzikie zwierzęta. Choć wiele z jego obrazów bazuje na pracy z wypchanymi egzemplarzami szwedzkiej fauny, bliskie spotkania z lisami, ptakami i zającami oraz szkice z natury wpłynęły na styl i naturalistyczny sposób malowania zwierząt. Liljefors interesował się darwinizmem, dlatego na jego płótnach często pojawiają się walczące zwierzęta lub drapieżniki pokonujące swoje ofiary. W tym „łańcuchu pokarmowym” sowy polują na myszy, lisy na sowy, psy myśliwskie na lisy, a naczelną pozycję często zajmuje człowiek. Swoje poglądy na temat ekologii i roli malarza w „tropieniu” zwierzyny wyraził w książce Królestwo dzikich („Det vildas rike”) wydanej w 1934 roku. Choć malarz interesował się głównie leśnym mikroświatem, malował również sceny myśliwskie. Największą sławę przyniosła mu jednak seria tzw. Lisin rodzin, w których to artysta opanował do perfekcji techniczne wyzwania dotyczące oddania miękkości i połysku lisich futer. W dość monochromatycznej i realistycznej twórczości Liljeforsa wyróżnia się późna, nosząca już ślady symbolizmu kompozycja. To znajdujące się w Thielska Galleriet w Sztokholmie płótno Wieczór, dzikie kaczki (szw. Afton, vildänder, 1901), które ze względu na wzór fal mącących wody jeziora w wieczornym półmroku potoczne nazywane jest Skórą pantery  (Panterfällen).

Lisia rodzina (szw. Rävfamiljen), 1886

Wieczór, dzikie kaczki (Skóra pantery), (szw. Afton, vildänder (Panterfällen)), 1901, Thielska Gallerietm, Sztokholm

3. Eugène Jansson (1862-1915)

W sztokholmskiej Thielska Galleriet, kolekcji Ernesta Thiela z przełomu XIX i XX wieku, znaleźć można największą reprezentację twórczości bliskiego przyjaciela kolekcjonera – Eugène’a Janssona. Podobnie jak wielu szwedzkich artystów w tamtym czasie, Jansson udał się do Paryża i studiował malarstwo współczesnych „rewolucjonistów” sztuki. W latach 1890-1904 powstały jego bodaj najpopularniejsze obrazy, niebieskie nokturny Sztokholmu, dzięki którym malarz został nazwany przez krytyków „niebieskim malarzem” (czasem nawet malarzem miast – “den blå stadens målare”). Ekspresyjna linia wody i dźwięczne, intensywnie pomarańczowe światła latarni oraz kontrastowe bliki świetlne na tafli często przywołują twórczość van Gogha czy Cézanne’a, jednak źródła wskazują na bezpośrednie uleganie wpływom Edvarda Muncha. Najlepszym przykładem jest chyba obraz Riddarfjärden (1898), pokazujący nocny Sztokholm z perspektywy dzielnicy Södermalm, w której mieszkał artysta. Szwedzki malarz jest jednak znany również z drugiej fazy swojej twórczości, mianowicie męskich aktów malowanych w duchu witalizmu. Jako starzejący się już mężczyzna, Jansson często odwiedzał sztokholmskie sauny dla zdrowia. Tam oglądał piękne, pełne sił, nagie męskie ciała, które z upodobaniem odtwarzał na swoich płótnach do końca swoich dni. Pozował mu również jego przyjaciel, Knut Nyman, z którym mieszkał do 1912 roku. Ze względu na kary za homoseksualizm, brat Jonssona spalił całą korespondencję artysty, aby zatuszować jego ewentualny związek z młodszym modelem. Homoseksualizm Janssona jest zatem tylko spekulacją współczesnych historyków sztuki.

Riddarfjärden, 1898, Nationalmuseum, Stockholm

Nagi młodzieniec (Knut Nyman), (szw. Naken yngling), 1907

4. August Strindberg (1849-1912)

Wszyscy znamy Augusta Strindberga – dramaturga, być może niektórym znany jest również August Strindberg – fotograf, ale czy wiecie, że szwedzki pisarz był również malarzem? Ten uzdolniony w wielu kierunkach artysta malował naprawdę nieźle, choć malarstwo było tylko marginalnym zajęciem, wykonywanym w ramach hobby. Strindberg obracał się jednak w środowisku artystycznym i przyjaźnił z wieloma artystami, np. Larssonem, Munchem, Gauguinem, w Paryżu poznał nawet Stanisława Wyspiańskiego i Władysława Ślewińskiego. W jego twórczości zauważalne są dwa dłuższe momenty aktywności malarskiej, związane z brakiem weny na pisanie – w latach 70. oraz latach 90. XIX wieku (tzw. “kryzys Inferno”, z którego obrazy są zauważalnie ciemniejsze i mroczniejsze, choć podobno malarz polewał je parafiną dla wzmożenia tego efektu). Strindberg wracał do malarstwa również na początku XX wieku. Interesowały go głównie pejzaże, w 1892 malował chętnie archipelag sztokholmski ze swojej chatki na Dalarö. Jako amator nie dbający o salony i akademie, eksperymentował, a często jego kompozycje są dziełem przypadku. Zdarzało się, że polewał farbę bezpośrednio na płótno, malował gestem, na długo przed Jacksonem Pollockiem i rozwojem ekspresjonizmu abstrakcyjnego. Mistrzami Strindberga byli Turner i Claude Monet, stąd jego patrzenie na świat przypominało wczesny impresjonizm, jednak z o wiele grubszym impastem i szybszym pociągnięciem pędzla. Obraz taki jak Noc zazdrości (szw. Svartjukans natt, 1893) pokazuje, że malarstwo było dla autora również sposobem na wyładowanie negatywnych emocji, zmaganie się z problemami natury psychologicznej, brakiem weny na pisanie. Tutaj sztorm na morzu i wybrana paleta barwna reprezentują stan ducha malarza, pejzaż jest jednak niemal abstrakcyjną plamą farby na płótnie. Podobny efekt ma nieco jaśniejszy i bardziej pozytywny obraz Kraina czarów (szw. Underlandet, 1897), w którym widać największą inspirację francuskim malarstwem.

Noc zazdrości (szw. Svartjukans natt), 1893, Muzeum Strindberga, Sztokholm

Kraina czarów (szw. Underlandet), 1897, Nationalmuseum, Sztokholm

5. Książę Eugeniusz (Prins Eugen) (1865-1947)

Książę (wśród) malarzy, Eugen Napoleon Nicholas Bernadotte, był najmłodszym synem króla Szwecji Oskara II, ale nigdy nie interesowało go przejęcie tronu. Swoje pieniądze i wpływy wykorzystał do wspierania szwedzkiej sztuki i choć z uwagi na królewskie pochodzenie nigdy oficjalnie nie został członkiem „Opponenterna”, czyli grupy młodych malarzy buntujących się zasadom akademickim, pomagał kolegom po fachu, kupując ich obrazy lub posyłając pieniądze. Był więc czołowym mecenasem nowej sztuki i ważnym kolekcjonerem przełomu wieków, ale też świetnym malarzem. Książę Eugeniusz interesował się głównie malarstwem nastrojowym i pejzażami, które malował podczas swoich wakacyjnych wyjazdów na Tyresö pod Sztokholmem, był też przez krótki czas związany z kolonią malarską w Varberg. Do jego ulubionych tematów należą chmury, zjawiska atmosferyczne, malowanie natury o różnych porach dnia to ulubione motywy tego malarza. Początkowo ujmował niebo na sposób realistyczny, potem jednak stopniowo przechodził w stronę symbolizmu, czego dobrym wyrazem mogą być późne kompozycje nacechowane mistycyzmem, takie jak Święty Gaj (szw. Det Helida Lunden, 1912), obraz ołtarzowy dla kościoła w Kirunie. Z kolei najlepszym chyba przykładem symbolizmu w twórczości Eugena jest obraz Las (szw. Skogen), który interpretowano na różne sposoby, nawet łącząc go z twórczością Pieta Mondriana. W Waldemarsudde, prywatnej rezydencji na Djurgården, w której obecnie znajduje się muzeum, prezentowane są zarówno dzieła pędzla księcia, ale też piękne wnętrza z epoki oraz zaprojektowane przez Eugeniusza donice, które produkowane są do dziś. Jest to też zbiór szwedzkiego malarstwa końca XIX i pierwszych dekad XX wieku.

Las (szw. Skogen), 1892, Konstmuseum, Göteborg

Spokojna woda (szw. Det stilla vattnet), 1901, Waldemarsudde, Sztokholm

Ernst Josephson (1851-1906)

W Waldemarsudde znajduje się najsłynniejszy obraz Ernsta Josephsona – Wodnik (szw. Näcken, 1882). Płótno to wzbudziło duże kontrowersje w kraju i uznawane jest za jeden z pierwszych przykładów symbolizmu w sztuce szwedzkiej. Ernst Josephson był wiodącym „oponentem” i założycielem Konstnärsförbundet, związku artystów sprzeciwiających się Akademii. W latach 80. młode pokolenie szwedzkich malarzy wyjechało do Paryża by uczyć się od najlepszych – poprzez obserwacje impresjonistów, realistów i symbolistów odrzucić skostniałe zasady akademizmu i malarstwo historyczne, tradycyjne. Młodzi skłaniali się bardziej ku fantazyjności, czerpaniu z własnej wyobraźni lub bogactwa folkloru, a także chcieli malować z natury i przedstawiać rzeczywistość poprzez nastrój, emocje, kolory. „Wodnik” jest przykładem na zainteresowanie folklorem szwedzkim, przedstawia bowiem postać młodego, nagiego chłopca, który grą na skrzypach wodził ludzi na pokuszenie i zgubę. Do tej postaci nawiązała nawet Astrid Lindgren, bowiem w „Dzieciach z Bullerbyn” Olle straszy pozostałych, pod osłoną nocy przyjmując pozę Wodnika nad strumieniem i naśladując ruchy gry na instrumencie. Obraz Josephsona wydawał się jednak jak na lata 80. zbyt odważny, szczególnie z racji na nagość i erotyzm chłopca. Książę Eugeniusz zakupił jedną z wersji obrazu, ale skandal zaszkodził pozycji malarza, który postanowił na dobre opuścić Szwecję. Jego malarstwo jest bardzo dźwięczne, uproszczone, inspirowane wielkimi kolorystami: Tycjanem, Velasquezem, Rembrandtem.

Portret Jeanette Rubenson, 1883

Wodnik (szw. Näcken), 1882, Waldemarsudde, Sztokholm

7. Richard Bergh (1858-1919)

Książę Eugeniusz był kolekcjonerem, malarzem, ale również modelem. Pojawia się na najsłynniejszym obrazie pędzla Richarda Bergh, czyli Skandynawskim letnim wieczorze (szw. Nordisk sommarkväll, 1899). Na tym dużym płótnie widzimy księcia swobodnie opartego o balustradę posiadłości Ekholmsnäs na Lidingö  pod Sztokholmem. W towarzystwie śpiewaczki Karin Pyk spokojnie chłonie nastrój letniego wieczoru i widok na jezioro. Podobno Bergh nigdy nie namalował tej sceny z natury, bo śpiewaczkę sportretował w Asyżu, a pierwotnie na miejscu księcia stał Per Hallström, pisarz i przyjaciel malarza. Obraz wszedł jednak do kanonu szwedzkiego stämmningsmåleri, czyli malarstwa nastrojowego. Bergh natomiast był mocno związany z grupą Opponenterna, wraz z Josephsonem tworzył Konstnärsförbundet. W latach 1893-1896 należał również, wraz z Nilsem Kreugerem i Karlem Nordströmem, do kolonii artystycznej w Varberg niedaleko Göteborga. Malarze ci tworzyli obrazy na wzór gauguinowskiego syntetyzmu, niektóre obrazy przypominają nawet neoimpresjonizm, tyle że bardziej ożywiony kolorystycznie. W tym Bergh tworzył obrazy baśniowe, dźwięcznie kolorystyczne i nastrojowe wizje (Wizja, motyw z Visby, 1894), a później również kompozycje nawiązujące do średniowiecza (Rycerz i panna, 1897). W jego twórczości widoczne są również echa symbolizmu. Warto podkreślić, że w latach 1915–1919 piastował stanowisko dyrektora Nationalmuseum w Sztokholmie, co miało również wpływ na przebieg wydarzeń związanych z powieszeniem Midvinterblot Carla Larssona w hallu muzeum.

Rycerz i panna (szw. Riddaren och jungfrun), 1897, Thielska Galleriet, Sztokholm

Skandynawski letni wieczór (szw. Nordisk sommarkväll), 1889-1900, Konstmuseum, Göteborg

8. Anders Zorn (1860 – 1920)

Jeśli Carl Larsson jest najpopularniejszym malarzem szwedzkim w Szwecji, to Zorn prawdopodobnie jest najbardziej znanym za granicą. Tak przynajmniej było do lat 80. XX wieku, czyli pierwszych międzynarodowych wystaw skandynawskiego malarstwa, które rozpowszechniły mniej znane nazwiska w Stanach i większych ośrodkach sztuki w Europie. Do tego czasu rozpoznawalna była jednak dość szeroko twórczość Andersa Zorna, którego portrety można oglądać w galeriach amerykańskich, jak również dużych muzeach paryskich. Międzynarodową sławę przyniosła Zornowi podróż do USA i portrety malowane dla prezydentów i ważnych polityków. Portretował także szwedzką rodzinę królewską, malarzy, śpiewaczki operowe i innych celebrytów. Znany jest również z grafik, których kompozycje powielał również w malarstwie, oraz fotografii (dzięki nim możemy chociażby dowieść obecności Zorna w Krakowie). Poza impresjonistycznie malowanymi portretami, malarska twórczość Zorna składa się również na sceny życia rodzinnego (np. kąpiel jego żony i dzieci w jeziorze) oraz scenki rodzajowe szwedzkiej wsi. Paradoksalnie najbardziej rozpoznawalnym w Szwecji obrazem Zorna nie jest portret, ale scena Midsommar, święta związanego z przesileniem letnim. Taniec na Midsommar (szw. Midsommarsdans, 1897), przedstawia szwedzkich chłopów tańczących polkę w długi letni wieczór, w tle majaczą tradycyjne drewniane chaty i majstången, zdobiony zielonymi gałązkami i wieńcami kwiatów pal, wokół którego do dzisiaj tańczy się w noc przesilenia letniego. Pejzaż przedstawiony na tym płótnie wiążę się z regionem Dalarna, w którym malarz zbudował sobie bogatą rezydencję inspirowaną chatami ludowymi. Dom artysty w Mora można zwiedzać do dzisiaj, znajduje się tam muzeum Zorna i kolekcja tak obrazów, jak i pamiątek po malarzu.

Portret Williama Tafta, prezydenta USA, 1911

Taniec na Midsommar (szw. Midsommarsdans), 1897, Nationalmuseum, Sztokholm

John Bauer (1882-1918)

O Johnie Bauerze napisałam kiedyś dłuższy artykuł, ale zasługuje on na miejsce w pierwszej 10 szwedzkich malarzy, szczególnie, że jego małych formatów ilustracje zrobiły na mnie wielkie wrażenie w muzeum w Jönköping. Norwegia ma Kittelsena, a Szwecja Bauera – obaj ilustrowali rodzimy folklor według własnych wyobrażeń. Podczas gdy trolle i wodniki Kittelsena są bardziej niż przerażające, Bauer maluje je często jako nieporadne, trochę głupiutkie stworzenia o dobrych sercach. W jego twórczości często pojawiają się również piękne blondwłose księżniczki oraz szwedzkie zwierzęta, takie jak dorodne łosie. Poza opowieściami o trollach i krasnoludkach (Bland tomtar och troll to jego najpopularniejsza publikacja), ilustrował również nordycką mitologię i jest autorem bardzo interesującej interpretacji skandynawskich bogów, takich jak Idun czy Loki. Bauer, choć kojarzy się głównie z ilustracjami do książek dla dzieci, działał również prężnie jako karykaturzysta i współpracował z ówczesną prasą. W muzeum w Jönköping prezentowane są również jego szkice i akwarele z natury, często przypominające szczegółowe rysunki botaników, z uwzględnieniem każdego listka i pojedynczego płatka malowanej rośliny. Żyjący wśród baśniowych stworów swojej wyobraźni, prywatnie był mało pragmatyczny i nowoczesny, za co przypłacił życiem. Młody artysta z żoną i synkiem zginął bowiem w wodach wielkiego jeziora Vättern, bo zamiast nowoczesnym pociągiem wolał podróżować tradycyjnym statkiem.

Tuvstarr, 1913

Loki i Idun, 1911

10. Elsa Beskow (1874-1953)

Jedyna kobieta w zestawieniu, ale unieśmiertelniona dzięki swoim ilustracjom, znanym dzieciom na całym świecie. Nawet starsze pokolenia Polaków miały szansę czytać bajki z jej obrazkami lub pracami mocno nawiązującymi do twórczości tej szwedzkiej ilustratorki. Elsa Beskow nazywana jest „skandynawską Beatrix Potter” i uznaje się ją za wiodącą emancypantkę wśród artystek. Była bowiem matką szóstki dzieci, ale obowiązki macierzyńskie łączyła z pracą na tyle imponująco, że złośliwsi mówili o niej, że jej nowe książki i dzieci przychodziły na świat w równych, rocznych odstępach – raz książka, raz dziecko. Ale to właśnie macierzyństwu i przebywaniu wśród dzieci Beskow zawdzięcza swoją bogatą wyobraźnię i wrażliwość na małego czytelnika, celnie odgadując pragnienia i potrzeby najmłodszych. Karierę rozpoczęła od współpracy z czasopismem „Julltomten”, ale potem głównie publikowała własne teksty ilustrowane rysunkami. Zgodnie z duchem czasu i postulatami głoszonymi przez jej rodaczkę, Ellen Key, chciała swoimi pracami bawić i uczyć dzieci. Wykonywała też ilustracje do elementarzy i zbiorów piosenek używanych przez dzieci w szkole. Te pierwsze były bardzo popularne i wielu artystów proponowało swoje abecadła z ilustracją dla każdej literki. Spośród wielu narracji znanych szwedzkim dzieciom, międzynarodową sławę przyniosły autorce ilustracje, w których dzieci „przebierają się” za owoce i kwiaty, a akcja opowieści rozgrywa się na łące lub w lesie, wśród zwierząt i roślin (np. Blomsterfesten i täppan, 1914). Ostatnio gadżety z reprodukcjami jej prac odnajdują mnie przy każdej wizycie w Szwecji – na lotniskach, w sklepach z pamiątkami, w księgarniach. Tym samym zamyka się klamra artystów szwedzkich znanych z kolorowych reprodukcji…

Nie takie runy straszne…

Szwedzkie media donoszą, że minister sprawiedliwości Morgan Johansson wniósł do Riksdagu propozycję zakazania run. Jego zdaniem staronordycki alfabet został zawłaszczony przez środowiska neonazistowskie i nie powinien pojawiać się w przestrzeni publicznej. Propozycji sprzeciwiają się jednak wyznawcy Ásatrú oraz fani epoki wikingów.

Z tym, że alfabet runiczny przywodzi najróżniejsze skojarzenia, spotkałam się już dawno, wnikając w problem w trakcie przygotowań do spotkania dla Studenckiego Klubu Islandzkiego. Wówczas podkreślałam już, że magiczne funkcje run, o czym możemy poczytać w internecie, to tylko bardzo uproszczone zrozumienie użycia futharku przez przodków Skandynawów. Ale to właśnie ich egzotyczny wygląd został wykorzystany przez kolegów po fachu Wróżbity Macieja, a ich germańskie korzenie zawłaszczyli sobie zwolennicy Hitlera. Współcześnie runy znajdziemy również w sklepach z pamiątkami oraz na okładkach płyt zespołów heavy-metalowych. To być może właśnie te ostatnie wpłynęły na popularność tych znaków w dzisiejszych czasach.

Runy znaleźć można także w Warszawie. Ten napis często mijam w drodze rowerem do pracy, natomiast kto bywa czasem w Hybrydach zauważył pewnie tamtejszy wystrój. Choć wątpię, że pomysłodawcy tego ostatniego mają wiele wspólnego ze Skandynawią (tamtejsze runy nie układają się w żaden tekst), autor zilustrowanego graffiti musiał tę treść skądś przepisać. Chcecie ją odczytać? Nic prostszego!

Futhark

Ale najpierw: czym właściwie jest fuþark? To odmiana alfabetu runicznego znana w Skandynawii w co najmniej dwóch wersjach: starszym i młodszym futharku. Wbrew popularnej opinii runy nie były używane jedynie w Skandynawii, bowiem jedna z odmian futharku – fuþork – znany był chociażby na Wyspach Brytyjskich. Runy używane były również przez niektóre plemiona tureckie oraz Madziarów, a wywodzą się najprawdopodobniej z alfabetu fenickiego, choć niektórzy badacze zwracają uwagę na to, że podobne znaki istniały wcześniej również w Azji*.

W Skandynawii najpopularniejszy był właśnie futhark, szczególnie futhark starszy. Inskrypcje pisane tym alfabetem znaleźć można na kamieniach runicznych w południowej Szwecji i Danii. Wiele zapisów znaleziono również w Norwegii i na Islandii. Kształt liter wynika przede wszystkim ze sposobu ich rycia w kamieniu lub drewnie. Na starszy futhark składa się 24 znaków-liter:

Źródło: pl.depositphotos.com

Spróbujmy więc porównać powyższe znaki z tymi zapisanymi na jednym z warszawskich budynków: toten-fur-wotan.  Przekładając to na niemiecki dostaniemy Töten für Wotan, gdzie Wotan to jedno z wielu imion Odyna. Śmierć dla Odyna? Ofiara dla Odyna? Wystarczy wygooglować i otrzymujemy w wynikach album zespołu Wolfnacht, który – jak wynika z dalszych poszukiwań – sympatyzuje z neonazizmem. Chciałabym wiedzieć czy autor warszawskiego graffiti zdaje sobie z tego sprawę. Mam jednak nadzieję, że po prostu zafascynował się muzyką niemieckiego zespołu heavy-metalowego, ale nie znał jej przesłania.

Tu jednak dochodzimy do głównego problemu. Przypadkowy zapis runiczny znaleziony w przestrzeni miejskiej okazuje się pochwałą od dawna zakazanych ideologii. Niezależnie od intencji autora utrwalona została konotacja run z faszyzmem. Być może właśnie to miał na myśli szwedzki polityk, proponując zakazanie alfabetu. Cóż jednak można tym osiągnąć? Czy runy podzielą los swastyki, niegdyś symbolu religijnego, dziś kojarzonego niemal wyłącznie z Hitlerem?

Znaczenie run

Mam nadzieję, że nie. Pracują nad tym skandynawiści, miłośnicy kultury staronordyckiej i wyznawcy Ásatrú, czyli bogów nordyckich. Ci ostatni bronią run właśnie jako symboli religijnych, nie nazistowskich. Zgodnie z mitologią skandynawską, runy były właśnie darem bogów, podarowane przez samego Odyna (Wodana, Wotana), który posiadł magiczną wiedzę o runach dzięki zawiśnięciu na Yggdrasill (nordyckie axis mundi, Drzewo Życia) oraz poświęceniu jednego oka w zamian za możliwość napicia się ze studni wiedzy, strzeżonej przez olbrzyma Mimira. Od tego czasu Odyn uznawany był za najmądrzejszego z bogów, który podzielił się częścią swej wiedzy z ludźmi.

Na czym polega magiczność run? Jeśli zerkniemy na futhark, pod znakami znajdziemy nie tylko łacińskie odpowiedniki tych liter, ale również ich nazwy. Każda runa niesie ze sobą symboliczną, magiczną wartość. Zapisanie ich w odpowiedni sposób mogło przynosić więc pomyślność, ale też nieszczęście. Runy ryto w różnych miejscach, również w przedmiotach, czyniąc z nich talizmany albo źródło czyjejś zguby. Jak twierdzą badacze, inskrypcje często barwiono krwią**, aby wyryte zaklęcie spełniło się. Zdarzało się, że runy ryto jedna na drugiej, aby wzmocnić ich znaczenie, stąd tzw. bindruny, czyli runy podwójne, znane mam bardzo dobrze choćby z symbolu Bluetootha.

Z uwagi na symboliczną wartość run, stały się one często używane we współczesnej ezoteryce oraz wróżbiarstwie. Badacze podkreślają jednak, że magiczna funkcja run była tylko marginalnym użyciem tych znaków. Alfabet runiczny był podstawą zapisu informacji każdego rodzaju, również tych najbardziej trywialnych, a nawet romantycznych (jak słynne “smsy” z wyznaniem miłości oraz “telegrafy” od żony oczekującej rychłego powrotu męża z tawerny). Te znajduje się na terenie Skandynawii i stanowią one przedmiot zainteresowań badaczy, podobnie jak wspomniane już kamienie runiczne, których treść skupiała się najczęściej na upamiętnieniu jakiegoś wikinga lub ważnego wydarzenia. Zaklęcia i klątwy zapisane runami stanowią więc tylko niewielką część kilkuset znanych nam obecnie inskrypcji runicznych.

Czy można więc zakazać run? Korzystał z nich Tolkien, a przede wszystkim są bardzo ważnym elementem jednoczącym Skandynawów i identyfikującym kulturę wikingów. Choć wyparty przez alfabet łaciński, stanowi ważną część rozwoju języków skandynawskich i kolebkę nordyckiej literatury. Jeśli potraktujemy runy jako litery, a więc znaki służące do zapisu i pozwalające na pisanie długich tekstów, nie będziemy kojarzyć ich wyłącznie z symboliką nazistowską. Tak jak nie kojarzymy w ten sposób alfabetu łacińskiego, którym spisana była przecież Mein Kampf…

 

 

* Paulina Horbowicz, Gert Kreutzer, Witold Maciejewski, Dominika Skrzypek: Runy. Warszawa: Wydawnictwo TRIO, 2011
** Współcześnie inskrypcje na kamieniach runicznych zostały pociągnięte czerwoną farbą, głównie dla łatwiejszego ich odczytania.

 

Pokrewne dusze?

W kwietniu wybieram się na konferencję skandynawistyczną i po raz pierwszy zaprezentuję referat w języku szwedzkim. Stresuję się, ale jestem bardzo podekscytowana, bo przygotowany przeze mnie temat jest po prostu świetny. Będę mówić o podobieństwach między polską i szwedzką sztuką przełomu XIX i XX wieku.

Zacznijmy od tego, że temat zajmuje mnie już od dawna. Opisując twórczość Carla Larssona wskazywałam już na jego podobieństwa ze Stanisławem Wyspiańskim, podczas ubiegłorocznych praktyk w Muzeum Sztuki w Göteborgu doszukiwałam się zaś kolejnych podobieństw. Od dawna zbieram te różne pokrewne dzieła, pisałam też o parach artystów w mojej pracy magisterskiej. Pokazywałam również tropy skandynawskie w sztuce polskiej podczas autorskiego oprowadzania w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Młoda Polska i Młoda Skandynawia, co mają wspólnego?

Wyjdźmy od atmosfery końca wieku i towarzyszących jej nastrojach w Polsce i Szwecji. Nastroje fin de siècle’u panowały w całej Europie; pesymizm, dekadentyzm, determinizm to nurty czy tropy, którymi można opisać wiele dzieł powstałych w tamtym czasie. Wtedy wszystko sprowadzało się do Paryża; to tam wyjeżdżali artyści, którzy chcieli osiągnąć sukces. Śladami impresjonistów i innych wielkich rewolucjonistów sztuki, artyści poszukiwali własnej recepty na nową, młodą sztukę. W latach 80. do Paryża zjeżdżali tłumnie tak Polacy, jak i Skandynawowie, których pragnieniem było nie tylko chłonięcie wyjątkowej atmosfery Stolicy Sztuki poprzez studia i oglądanie wystaw, ale też penetrowania kolekcji sztuki dawnej w Luwrze i kopiowania dzieł mistrzów.

Choć często wyobrażamy sobie paryską międzynarodową bohemę, artyści raczej trzymali się swoich rodaków. Decydowały tu nie tylko kwestie językowe, ale łatwiej było znaleźć lokum za pośrednictwem mieszkających już w Paryżu rodaków. Do tego często studenci przeprowadzali się do stolicy Francji razem, jeśli nie byli wówczas kolegami ze studiów, to te przyjaźnie zawiązywały się za granicą.  Wspierano się na obczyźnie: wspólnie obchodzono święta narodowe, dyskutowano o polityce i innych sprawach bieżących. Razem przeciwstawiano się skostniałym zasadom domowych akademii; Szwedzi skupili się w kręgu Opponenterna (Oponentów), których po powrocie do kraju nazywano nawet “Paryskimi chłopcami” z uwagi na widoczne wpływy nowej sztuki, natomiast Polacy, w tym przede wszystkim uczniowie Matejki, szukali nowego sposobu na zmaganie się z aktualnymi tematami, z pragnieniem odzyskania niepodległości na czele. Już nie malarstwem historycznym i skupianiem się na martyrologii chciano wyrażać te nastroje. W Szwecji też zresztą panowała wówczas potrzeba podkreślania tożsamości narodowej; jednym z wiodących nurtów był tzw. nationalromantik – narodowy romantyzm, podobnie jak zresztą Młoda Polska, odwołujący się do sztuki romantycznej.

Bywały jednak miejsca, w których krzyżowały się losy Polaków i Szwedów przebywających na granicą. Wyspiański w swoich listach wspomina choćby wielokrotnie o Strindbergu, którego spotykał w cukierni Madame Charlotty. Z kolei Stanisław Przybyszewski zawarł bliską znajomość z Edvardem Muchem podczas pobytu w Berlinie, poprzez którego sztukę norweską i skandynawską w ogóle poznali artyści młodego pokolenia, w tym Wojciech Weiss. Anders Zorn, najsłynniejszy portrecista szwedzki tego okresu, podróżował natomiast do Krakowa, co wiemy z wykonywanych przez niego fotografii. Kontakty te istniały, jednak – poza wyjątkową relacją Przybyszewski-Munch – były one raczej pośrednie, być może znano i oglądano wzajemną sztukę, ale brak poświadczonych przykładów dokładnej inspiracji czy wpływów.

Uniwersalizm w sztuce polskiej i skandynawskiej

Sztuka polska i szwedzka tego okresu ma jednak swój filtr paryski, z czego naturalnie wynika wiele podobieństw. Po paryskich peregrynacjach artyści obu krajów zaczęli malować bardziej impresjonistycznie – nie tylko pod względem formy, ale również interesując się codzienną, błahą niemal tematyką. Po czasach ciężkich tematów matejkowskich czy cederströmskich (szwedzkim malarzem historycznym numer 1 był Gustaf Cederström, autor płótna Powrót ciała króla Karola XIII do domu, 1884, wpisujący się w ówczesną historiografię czy idealizowanie postaci historycznych) przyszła odwilż. Pejzaż, sceny rodzajowe, portret o swobodniejszej technice, zabarwieniu symbolicznym, tematyce bardziej uniwersalnej. Podczas gdy wielkie płótna historyczne należy interpretować z podręcznikiem w ręku, sztuka młodoeuropejska mogła być odczytywana niezależnie od kontekstu narodowościowego.  Pisałam o tym dla Niezłej Sztuki, porównując obraz Bajka Władysława Skoczylasa z Rycerzem i młodą dziewczyną Richarda Bergh*. Tu uniwersalną kwestią byłby chociażby problem dorastania czy budzącej się świadomości erotycznej, przedstawiony jednak pod kostiumem bajki czy ogólnego odniesienia do rycerskich czasów średniowiecza.

*Motywy widoczne w obrazie Richarda Bergh zdaję się zauważać teraz w wielu przypadkowych obrazach polskich. Przykładem niech będą dmuchawce widoczne w Zalotach huculskich Wacława Szymanowskiego, prezentowanych w Göteborgu, oraz rycerz z plakatu V Zlotu Skolostwa Polskiego, autorstwa Franciszka Zielińskiego i Jana Styki z 1910 roku, który widziałam ostatnio na wystawie Kraków 1900 w Kamienicy Szołayskich. Czy nie wygląda on jak żywcem skopiowany z obrazu Szweda?

Witalizm i cielesność dziecka

Ważnym nurtem w sztuce tak polskiej, jak i skandynawskiej przełomu wieków był witalizm, czyli odwołujący się do filozofii Nietzschego i opierający się na teorii élan vital Henriego Bergsona nurt opierający się na siłach witalnych, której podlega cały świat. Witalizm w sztukach plastycznych przejawiał się przede wszystkim w akcie; prężne, muskularne nagie ciała męskie dominowały płótna Eugène’a Janssona, z kolei Wojciech Weiss malował przede wszystkim nagie dzieci, odwołując się do munchowskiej interpretacji witalizmu. W obu przypadkach młode ciało ludzkie jest afirmacją życia, znakiem optymizmu i żywiołowości, przeciwnej pesymizmowi końca wieku. Obrazy Weissa ukazujące przebudzenie seksualności u dzieci można zestawić z popularnymi w Skandynawii aktami chłopców kąpiących się w morzu: widoczne jest u malarzy ze Skagen, ale też w impresjonistycznej twórczości Andersa Zorna. Nie jest to jednak nigdy motyw o zabarwieniu pedofilskim, erotycznym w znaczeniu zainteresowania artysty: dorosłego mężczyzny, modelem: młodym chłopcem. Zupełnie inny wydźwięk mogą mieć późne płótna Janssona, przedstawiające młodych mężczyzn na pływalniach i termach sztokholmskich. Wraz z portretami jego kochanka, późną twórczość tego malarza wiąże się z jego homoseksualizmem, ale nie zaprzecza to afirmacji życia: ukazaniu pełnych energii, zdrowia i młodości ciał przez schorowanego i starego już mężczyznę. Zwróćmy jednak uwagę na modeli przedstawionych na poniższych przykładach: obaj nie wstydzą się swoich ciał, prężą je, nie kryjąc genitaliów. Nawet jeśli przyczyny powstania obu obrazów są różne, mamy tu niewątpliwie do czynienia z afirmacją ludzkiego ciała: nie jest to zwykły, akademicki akt ukazujący klasyczne ideały piękna, ale portret psychologiczny modela świadomego swojej seksualności, zgodnego ze swoim ciałem i niewstydzącego się nagości.

Rodzina, dom, ojczyzna

Dzieci były zresztą częstym motywem sztuki młodopolskiej i młodoszwedzkiej. Na zestawienie zasługuje twórczość Carla Larssona i Stanisława Wyspiańskiego, dwóch geniuszy swoich czasów, artystów rodzinnych, których twórczość z powodzeniem reprodukuje się do dziś na kolorowych pamiątkach, kalendarzach, pocztówkach. Fenomen i popularność obu artystów w ich krajach wynika z estetycznej wartości ich prac, jak i wyidealizowanego obrazu artysty-ojca, dla którego rodzina jest priorytetem. Rodzina traktowana również szerzej, jako cały naród, bowiem obaj artyści mają na swoich kontach również twórczość o zabarwieniu narodowościowym, czerpiącym jednak nie z faktów stricte historycznych, ale podań, legend, mitów narodowych, idealizując postaci historyczne czy archetypy (patrz: Midvinterblot czy postać Gustawa Wazy w twórczości Larssona, ale też dzieła Wyspiańskiego takie jak Skarby sezamu czy kartony z przedstawieniami królów Polski). Obaj też mocno czerpali ze źródeł przeszłości, przede wszystkim sztuki średniowiecznej, jak i ludowej.

Jeśli jednak traktować dom, rodzinę jako podstawową komórkę społeczeństwa polskiego czy szwedzkiego (co w przypadku drugiego nie jest jednak podkreślane tak, jak w Polsce), obaj malarze przyczynili się do konstrukcji idealnego obrazu macierzyństwa i gloryfikacji dzieci w sztuce. Obraz ten daleki był jednak od rzeczywistości: Larsson był bardzo surowym ojcem, Wyspiański natomiast nie malował wszystkich swoich dzieci – wykluczał niemal całkowicie najstarszego, przybranego syna – nieślubne dziecko Teofili. Sielanka i miłość jest więc jednak nad wyraz przedstawiona za pomocą secesyjnej pastelowej linii czy dekoracyjnego pociągnięcia pędzla akwarelą. W tym konstrukcie prawda wydaje się nie mieć jednak znaczenia; obaj przeszli do historii jako wrażliwi ojcowie, a przede wszystkim geniusze mający wielkie plany odnośnie wizualnej narracji ojczystej historii, ale też  twórcy domu-pracowni artysty, świątyni sztuki będącej jednocześnie mieszkaniem wielodzietnej rodziny. Obaj też poza malarstwem zajmowali się projektowaniem: wnętrz, mebli, czasopism.

Natura – podejście naukowe

Wyspiański prowadził swój zielnik, w którym skrupulatnie przedstawiał okazy krakowskich kwiatów łąkowych, dzisiaj powszechnie uważanych za chwasty. Podobne prace wykonywał John Bauer, znany przede wszystkim z ilustracji dziecięcych. Dla obu studiowanie przyrody było punktem wyjścia do projektowania stylizowanych dekoracji lub fantazyjnych elementów baśniowej sceny. Przełom wieków to studiowanie przyrody okiem botanika, ale też popularyzacja darwinizmu, którą w Szwecji zajmował się chyba najwyraźniej Bruno Liljefors. Malarz ten z uwagą realisty studiować naturę, w tym przede wszystkim zwierzynę łowną w jej naturalnym habitacie, płótna te mają jednak często wydźwięk symboliczny, malowane są też w nurcie zbliżonym naturalizmowi: pełne są brutalności, darwinistycznej walki o przetrwanie.

Kiedy jednak porównamy jego Kuropatwy na śniegu z wcześniejszym o 40 lat obrazem Józefa Chełmońskiego, trudno nie zadać sobie pytania, czy Liljefors znał twórczość Polaka. Lecz jeśli się nie znali, trzeba tu zwrócić uwagę na “pokrewieństwo dusz” malarzy w ten sam sposób myślący o przyrodzie, przeżywający jej najmniejszy element i oddając zwierzętom i roślinom wielkie płótna. Sama kompozycja może wywodzić się z japonizmu, który był równie popularny w Europie co sztuka francuska, motyw kuropatw – jak zresztą i innych ptaków oraz drobnej zwierzyny ujętej w dużym zbliżeniu – pojawiał się często na drzeworytach japońskich. Czy więc po prostu obaj artyści równolegle inspirowali się sztuką japońską i otrzymali podobne skutki, a może jednak twórczość jednego w (bez)pośredni sposób wpłynęła na drugiego? Pytanie pozostaje otwarte.

Pejzaż ewokatywny

Najwięcej jednak związków między sztuką polską a szwedzką badałam przy pisaniu mojej pracy magisterskiej o motywie chmur. Porównywałam tam przede wszystkim twórczość Polaków: Ferdynanda Ruszczyca, Konrada Krzyżanowskiego, Jana Stanisławskiego z chmurobrazami Szwedów: Księcia Eugena, Karla Nordströma czy Finów Eero Järnefelta czy Akselego Gallen-Kalleli. Najważniejszym zagadnieniem był jednak pejzaż ewokatywny, wewnętrzny, o którym Richard Bergh pisał jako o känslobild. Malowanie pejzażu oddającego stany wewnętrzne malarza okazało się popularne tak wśród malarzy polskich, jak i szwedzkich, i tak naprawdę trudno ustalić, co sprawiło, że tak odległe od siebie kraje tworzyły w podobnym duchu. Tropem mogłyby być studia Krzyżanowskiego i Ruszczyca w Sankt Petersburgu, w którym kształcili się również Finowie, a postać rosyjskiego nauczyciela Archipa Kuindżiego mogła łączyć kulturę skandynawską ze wschodnią. Inną wskazówką byłoby pochodzenie Ruszczyca – jako syn Dunki często podróżował na Bornholm, być może tam zapoznał się ze sztuką skandynawską, podobnie Krzyżanowski podczas plenerów w Finlandii. Trudno jednak wskazać skąd w małych formach pejzażowych Stanisławskiego tak bliskie Skandynawom potraktowanie nieba. Krakowski malarz mógł co najwyżej spotkać się z podróżującym do tego miasta w Galicji Zornem, nie ma jednak żadnych dowodów na spotkanie, sam Zorn zresztą w ogóle nie interesował się niebem. 

Chętnie zestawiłabym obraz Chmura księcia Eugena z Obłokiem Ferdynanda Ruszczyca. Jak piszę w swojej pracy magisterskiej, obrazy łączy motyw samotnego obłoku, który ciężko wisi nad ziemią. Oba dzieła przypominają się nie tylko ze względu na podobne zakomponowanie obrazu: obłok – krzew – pasmo ziemi, ale również potraktowanie chmury jako odseparowanego, odcinającego się na monochromii nieba cumulusa przeciętego pojedynczymi cirrusami. Motyw ten może być zaczerpnięty z podobnych kompozycji Archipa Kuindżiego, co wydaje się sensowne w przypadku Ruszczyca, ale niekoniecznie wytłumaczalne z uwagi na artystyczne wykształcenie księcia Eugena. Trzeba jednak przyznać, że nawet kuratorzy polskiej wystawy w Göteborgu, a zatem szwedzcy historycy sztuki dopiero poznający twórczość polskich artystów, sami często porównywali obu artystów, posługując się dostępnymi przykładami: Lasem Eugena i Starymi jabłoniami Ruszczyca. Zwracano uwagę na symboliczne nacechowanie kompozycji, które można odnaleźć również w Chmurze i Obłoku.

Folklor i zainteresowanie wsią

Ostatnim polem, na którym można wskazać podobieństwa między sztuką szwedzką i polską, jest zainteresowanie folklorem. Chodź w Szwecji nie urosło ono do krakowskiej chłopomanii, dwaj wielcy malarze przełomu wieków: Anders Zorn i Carl Larsson przeprowadzili się do regionu Dalarna, aby wybudować tam domy-pracownie artystów i spędzić swoją starość. Dalarna pełniła w Szwecji rolę polskiego Podhala – była skarbnicą tradycji, reliktem szwedzkich wartości,  kolebką podań, pieśni i tańców ludowych. Szwedzka inteligencja wyjeżdżała z przeludnionego i skażonego cywilizacją Sztokholmu na daleką północ, by w cieniu drzew i blasku jezior odszukać źródło szwedzkości, odkryć piękno lokalnej architektury i koloryt strojów ludowych. W twórczości Larssona często przejawiają się te motywy w samym sposobie urządzania wnętrz, natomiast Zorn malował wieśniaków podczas ich świąt, a najbardziej znanym w Szwecji obrazem jest Midsommardans jego autorstwa, przedstawiający mieszkańców Mora celebrujących noc świętojańską. U nas z kolei najbardziej płodnym malarzem był Włodzimierz Tetmajer, pierwszy mieszkaniec Krakowa, który ożenił się z chłopką. Wraz z przeprowadzką na wieś przejął on strój i obyczaje chłopskie, podczas gdy jego szwedzcy “bracia duszy” przeprowadzali się na wieś w stanie niezmienionym, można by rzec, że nie próbowali wcale zintegrować się z lokalną ludnością, choć Larsson wielokrotnie potwierdzał w swoich albumach, że pracuje w gospodarstwie niemal tak chętnie, jak jego chłopska służba. Nie da się jednak zaprzeczyć, jak ważny w obu krajach był nurt regionalizmu, który opierał budowanie tożsamości narodowej na kulturze i sztuce prowincji, będący odpowiedzią na zachłyśnięcie się Paryżem i innymi stolicami Europy.


Jak to więc było z tym pokrewieństwem dusz? Czy przedstawiciele dwóch sąsiednich państw, a jednak tak dalecy sobie kulturowo, językowo i historycznie mogli malować pod własnym wpływem? Będę badać i szukać bezpośrednich powiązań między szwedzkimi i polskimi malarzami tworzącymi na przełomie wieków, jednak zbiór powyższych przykładów traktuję jako propozycję i zaproszenie do dyskusji. Wydaje się, że sztuka całej Europy wygląda w tamtym czasie podobnie: wpływy impresjonizmu, japonizmu, a później secesji oraz budzące się nastroje narodowościowe i regionalizm idący ręka w rękę z uniwersalizmem charakteryzują twórczość wielu artystów tego okresu. Mimo to podobieństwo myślenia czy samych kompozycji jest czasem tak uderzające, że aż chce się pokusić o stwierdzenie, że Polacy i Szwedzi mieli wówczas większe kontakty niż te, o których nam obecnie wiadomo.

Carl Larsson

Wpis został opublikowany na moim blogu o sztuce w 2010 roku.
Zachowuję pisownię oryginalną.

Carl Larsson to jeden z czołowych artystów szwedzkich, wciąż  jednak niezbyt znany w Polsce.

urodzony 28 maja 1853, zmarł 22 stycznia 1919 roku.
szwedzki malarz i dekorator wnętrz, reprezentant ruchu arts and crafts (sztuka i rzemiosło)

trudnił się przede wszystkim w obrazach olejnych, akwarelach oraz freskach, z których najbardziej znane to te namalowane na zlecenie nationalmuseum.
pochodził z biednej rodziny, szybko usamodzielnił się, by w wieku 13 lat rozpocząć poważną naukę malarstwa w królewskiej akademii sztuki. na studiach wyróżniał się dużą śmiałością, był bardzo towarzyski i szybko stał się główną postacią życia studenckiego. już wtedy tworzył pierwsze rysunki i karykatury do małych pisemek. później zajmował się ilustrowaniem książek i gazet, a w roku 1877 przeniósł się do stolicy życia artystycznego, paryża. tam, nie popadając w szał impresjonizmu, wiódł beznadziejne i pozbawione sukcesu życie. nie chciał przyjąć innowatorskich zmian, jakie proponowały szkoły i kręgi paryskie, dlatego spędzał czas z artystami szwedzkimi, ulepszając dotychczasowy styl modernistyczny.
jego najważniejsze dzieła powstały właśnie w duchu secesyjno-modernistycznym. w swojej twórczości larsson przypomina trochę wyspiańskiego, gdyż często tematyka i styl obrazów budzi skojarzenia z obrazami słynnego polaka. na tymczasowej wystawie w nationalmuseum pt. “at home”, prezentującej dzieła przedstawiające wnętrza domostw szwedzkich, główną rolę zajmują płótna larssona, który chętnie portretował swoją rodzinę na tle ich pięknego mieszkania. wraz ze swoją małżonką, podobno również malarką, zakupili domek z lat 90 xix wieku w okręgu dalarna, który urządzili wedle mody brytyjskiej i tradycji szwedzkiej. obrazy uwieczniające te wnętrza oraz książka opisująca nowy styl designerski ogarnęły całą szwecję tworząc nowy trend i nowe pojęcie estetyki domostw. można powiedzieć, że modę na białe mebelki z ikei można zawdzięczać właśnie larssonowi, który przyczynił się do wyniesienia zwykłych mebli do rangi sztuki (sam projektował własne elementy dekoratorskie do domów).
przykładem uwiecznienia wnętrza domu może być obraz poniżej, będący nie tyle portretem matki z dziećmi, ale także portretem znajdujących się w tle: tapet z gobelinami, pięknej komody i stojących na niej egzotycznych przedmiotów: szklanej wazy, japońskiego bonsai, francuskiego zegara czy statuetki. barwy i jasne światło potęgują wrażenie rodzinnego szczęścia i ciepłego domostwa. widać, że choć w domu mieszkają dzieci, mieszkanie pozostaje w idealnym porządku, nad którym panuje zadbana pani domu.
Carl Larsson, Pani Lamm i jej najstarsi synowie, 1903
malarza inspirowało życie codzienne także w plenerze, na świeżym powietrzu, takie jak śniadanie pod brzozą, widokówka z niemal sielankowego okresu posiłku. piękna pogoda, bliskość natury, cień wielkiej, sentymentalnej brzozy i duża grupa siedzących razem ludzi znów budzi uczucia familijne i ciepłe. wszyscy wydają się szczęśliwi, jedząc pyszne śniadanie o rześkim poranku. po niedopiętych ubraniach dzieci i rozrzuconych w trawie butelkach można domyślić się, że tym razem nie liczy się schludność czy ład, ale zwykłe spędzanie wolnego czasu, relaksowanie się i cieszenie chwilą.
Carl Larsson, Śniadanie pod brzozą, 1896.
wracając do prac ze ścian nationalmuseum, warto powiedzieć kilka słów na temat “najbardziej kontrowersyjnego szwedzkiego obrazu”, pt. midvinterblot (ofiara w przesilenie zimowe) (6,5 metra na 13,5). było to zlecenie związane z muzeami, do których malarz wykonywał dekoracje od 1896 roku. większość z prac traktowała o historii sztuki jego ojczyzny, jednak na to najważniejsze pótno autor zachował sobie inspirację dziełem islandzkiego pisarza, snorri sturlusona, autora eddy mniejszej. scena opisana w powieści sturlusona przedstawia pogańską uroczystość składania ofiary przed katedrą w uppsali. głównym bohaterem, ofiarą, jest legendarny król domald, a celem złożenia ofiary było uproszenie bogów o lepsze zbiory.
w obrazie widoczne są wpływy secesji, postaci łudząco przypominają styl portretowania alfonsa muchy. widać wyraźne kontury i intensywność kolorów. kompozycja opiera się na znajdującej się po środku świątyni, która dzieli postaci znajdujące się przed nią na dwa skrzydła;  po lewej znajdują się kobiety w transowym tańcu do dźwięku wielkich trąb, po prawej znajduje się nagi król-ofiara i orszak żołnierzy, towarzyszących mu w tej ostatniej podróży. główne miejsce zajmuje zaś kapłan oraz kaci i osoby przygotowane do rozpoczęcia ceremonii. nastrój obrazu jest dość niepokojący, gniew i zło w obliczu kapłana potęguje uczucie litości nad wijącym się z bólu królem.
obraz opublikowany już w 1911 roku wzbudził wielkie obudzenie historyków i archeologów, którzy opierali się idei połączenia kilku elementów z kompletnie różnych epok, co kłóciło się z historią szwecji. stopniowo zaczęto krytykować nie tylko rozbieżność z faktami historycznymi, ale także nagość króla, która wydawała się nie na miejscu. w ten sposób podburzono autorytet larssona, który w tym czasie był uważany za największego malarza w kraju. co gorsza, do sztuki powiał chłód modernizmu, który traktował malarstwo historyczne za niemodne i nudne. wszystkie te zdarzenia spowodowały odmowę, a po śmierci malarza w 1919 roku obraz przeniesiono do jego domu. lecz w latach 1983-84 poddano obraz konserwacji i ponownie pokazano publiczności. obraz zakupiono i po długim przekazywaniu go z rąk do rąk, koniec końców podarowano go dyrekcji natonalmuseum, aby zawisnął tam na wieki.
Carl Larsson, Midvinterblot, 1915

na polskiej wikipedii o larssonie czytamy:

Carl Larsson (ur. 28 maja 1853 w Sztokholmie, zm. 22 stycznia 1919 w Falun) – szwedzki malarz i architekt wnętrz.
 te strzępkowe informacje pozwalają jednak na wysnucie jednego wniosku: skoro larsson urodził się i tworzył na przełomie XIX i XX wieku w europejskiej stolicy i trudnił się wystrojem wnętrz, mógł mieć coś wspólnego z powszechnie panującym na starym kontynencie modernizmem. nic bardziej mylącego, gdyż w innych źródłach można przeczytać, że larsson był przedstawicielem ruchu arts & crafts, sztuki użytkowej zapoczątkowanej w XIX-wiecznej anglii przez późniejszych prerafaelitów inspirowanych johnem ruskinem, z williamem morrisem na czele.
pozostawiając na razie jego biografię, która nie jest wybuchowa, żywiołowa ani specjalnie zaskakująca, należy skupić się na tym, dlaczego carl larsson stał się najważniejszym malarzem szwedzkim. (widać to po pudełkach na sztućce, po licznych reprodukcjach w sztokholmskich witrynach sklepowych, a także ilości prac w nationalmuseum i poświęceniu malarzowi specjalnej wystawy retrospekcyjnej w tymże muzeum)
słyszałam, że głównym tematem hymnu narodowego szwecji jest opiewanie geograficznych zalet tego kraju. można powiedzieć, że słowa “Północy, prastara, ożywcza jak zdrój,/ Radosna, spokojna w górskiej szacie!/ Pozdrawiam cię, pięknie,/ kochany kraju mój, twe słońce, niebo i łąk cnych połacie (…)” wspaniale ilustrują wyjątkowy stosunek szwedów do powabów ich kraju. idąc za ciosem, dochodzę do wniosku, że nie bez powodu pokochali prace carla larssona, które (z największą miłością autora do swojej ojczyzny) prezentują życie codzienne i przyrodę tego kraju.
drugą cechą, a raczej motywem malarstwa larssona jest ukazanie wnętrza domu. szwedzi są prawdziwymi domatorami, większość czasu spędzają na pielęgnowaniu przydomowych ogródków lub dekorowaniu swoich mieszkań lub domków letniskowych, bo większość szwedów posiada domki letniskowe. szwedzki upodobanie do urządzania domowych wnętrz widać chociażby w firmie IKEA, przodującej na rynku meblarskim i tworzącą nowe trendy we współczesnym designie domowym. w roku 1888 carl i jego żona karin wprowadzili się do posiadłości little hyttnäs w miejscowości sundborn w środkowej szwecji. dom ten był prezentem od teścia larssona i został urządzony wedle artystycznych wizji malarza i jego żony. ich pomysły na wystrój, rozpowszechnianie dzięki opisom w książkach larssona oraz na wielu obrazach, na których wnętrze domu jest tłem codziennych zajęć jego rodziny, stały się swego rodzaju trendem, modą, która wpłynęła na wygląd wielu szwedzkich domów. obecnie domek w sundborn stał się muzeum i atrakcją turystyczną okręgu dalarna.
Carl Larsson, Blomsterfönstret (Kwietne okno), 1894-1899
Carl Larsson, Martina przy oknie, 1908
Carl Larsson, Letni poranek, 1908

Viking motifs in art as ​​example ​​of ​​Scandinavian ​​aesthetics

Viking​​ art ​​motifs ​​as ​​example ​​of ​​Scandinavian ​​aesthetics ​​in​ ​the ​​art ​​after ​​1900

Nowadays the Nordic region is often being imagined and aesthetically associated with the Vikings and their heritage. Some of the Scandinavian countries, like Iceland, has recently started to profit by presenting itself commercially as a ‘truly’ Viking place. As a matter of fact, this process of building national identity on the Vikings’ origins burgeoned in the 19th century, when especially Sweden, Denmark and Norway wanted to constitute their participation in heroic events of the Vikings Age (Varnedoe 1982:13). Though not always certain if produced by the Vikings or extant in its original form, art from around 8th-11th centuries has become a crucial inspiration for artists of following periods, thus can be regarded as a foundation of ‘Scandinavian ​​aesthetics’.

Il.​​1:​​The ​Cammin ​​Casket, ​​ca. ​​1000, ​​69 ​​cm ​​long,​ ​Nationalmuseet,​​ Copenhagen​​(copy)

Characteristics of the Viking art consist of typical ornaments divided into six different styles, classified in the 20th century. Typical for artworks from around 970-1050 and chronologically fourth, the Mammen Style is best represented in the so-called Mammen Masterpieces (Graham-Campbell 2013:111), including the Cammin Casket (il 1). Nowadays known only from copies, as it was destroyed or lost during the Second World War, it was a bowed-side casket made from wood overlain with twenty-two sheets of elk antler (Roesdahl 2010:151) and guilt with copper or gold. According to existing casts and pictures*, the metal parts of the frame were decorated with heads of different beasts (such as birds or wolves), whereas the carved antler depicted elements typical for the Mammen style: ‘Great Beasts’ with four legs and human-like masks (Roesdahl 2010:151) as well as foliate and interlace ornaments​​(Graham-Campbell, ​​2013:112-113).

The 69-centimeters-long casket with six short legs was house-shaped (Roesdahl 2010:151) or even, as James Graham-Campbell suggests, formed like a tenth-century Viking Age hall (2013:111), which makes it distinct from other ‘Mammen Masterpieces’: the Bamberg casket and the León Reliquary (ibidem). That is why it is difficult to say whether they were all three executed by one master, not to mention that the Cammin casket was “more elaborate in its wider range of designs” (Graham-Campbell 2013:114).

Still, regarding the rich ornamentation and sophisticated technique, the casket must have been produced in Scandinavia and by one of the Vikings masters. Moreover, it was not only inspired by the form of timber halls constructed under Harald Bluetooth (Graham-Campbell 2013:112), but also bore traits typical for subsequent stave churches: hog-backed roof-line and beasts’ head on the ends of the ‘roof’ (Graham-Campbell 2013:112-113). However, both Graham-Campbell and Else Roesdahl agree that the iconography of the carving has nothing to do with Christian themes (Graham-Campbell 2013:114; Roesdahl 2010:151), which can be regarded as another argument for a master deeply rooted in​​the​​Vikings ​​traditions ​​(even​​ though​​ Scandinavia ​​knew​​Christianity​​ at​​ that​​ time).

Il.​​2:​​ Carl ​​Larsson,​​ Midwinter’sSacrifice(Midvinterblot),​​ 1915,​​ oil​​ on ​​canvas,​​ 6,5 x 13,5m, Nationalmuseum, ​​Stockholm

As stated earlier, the Viking Age was an important source of inspirations to artists in the 19th and early 20th century, especially when it comes to the ‘National Romanticism’ and construction of national identity ​via art (Facos 1998:117). A Swedish painter Carl Larsson (1853-1919) was clearly inspired by the Vikings, painting his ​Midwinter’s Sacrifice (il. 2) for decoration of the staircase in the National Museum in Stockholm**. As a subject for the never realised mural painting, he chose a ritual sacrifice of a Sweden’s legendary king, Domalde, of which he read in Snorri Sturluson’s 13th-century ​Heimskringla chronicles. But beyond the fact that the theme was of questionable credibility and broadly discussed in Sweden, what is most noteworthy in the Larsson’s composition is the design of the temple in the background, for it shows both the artist’s interest in the Viking art and how it was ‘transformed’​​ by​​ the​​ 19th-century​​ imagination.

The temple depicted by Carl Larsson is the one in Old Uppsala, the central worship place in the past Scandinavia. According to writings by Adam of Bremen, it was “​built entirely of gold” (​Cavalli-Björkman 2007:15) with three figures by the entrance, depicting the Norse gods: Thor, Odin and Freyr. As the famous temple does not exist anymore, Larsson tried to reconstruct it in his painting; the first sketch from 1911 bears a caption “Uppsala Tempel” and shows the effect of his research in the National Museum in Copenhagen. However, his attempt was harshly criticised in press by an anonymous “Arkeolog” who claimed that Larsson mixed different styles and used motifs that were impossible to occur in Viking art (Isaksson 1983:37). Still, some parts of the architecture recall stave churches: wooden structure, beasts’ head terminals on the roof, a general form of the building, not to mention gilded ornaments below the niche. Though the whole image of the temple is not historically correct, it shows how the general idea of the Viking art influenced the artist’s work, as it seems that the visual attractiveness of objects seen in museums in Copenhagen (including fibulas used as inspiration for the Thor’s hammer, held by the priest in the middle of the composition) was more important than giving a decent and credible picture of the Viking​​Age.

Consequently, Larsson’s latest monumental composition can be considered in terms of ‘Scandinavian aesthetics’. Both form and contents of the painting, executed on the height of Swedish ‘Romantic Nationalism’, confirm how important the Viking’s heritage was in constructing the national identity. Carl Larsson got influenced by those ideas to that extent that he even suggested building a Swedish Pantheon in Old Uppsala, as the place with Swedish king’s tumulus is the most important for the whole Swedish nation (Larsson 1908:37). Description and drawings included in the article for “Ord och Bild” show that, despite the name, Swedish Pantheon was supposed to be a reconstruction of the Vikings’ temple rather than a neoclassical buildings popular in Europe at that time***. Therefore, ​Midwinter’s Sacrifice, with its nationalistic message and an interesting history of reception****, is a good example of Swedish, if not Scandinavian, art, not only in terms of aesthetics but also concerning the​​ importance ​​of​​ Vikings’​​ roots ​​in ​​Scandinavia.

Il.​​3:​​ Hákon ​​Hertervig,​​ Church ​​in ​​Ólafsvík ​​(Ólafsvíkurkirkja),​​ Iceland,​​ 1967

If not in painting, the Viking architecture also had impact on buildings designed and erected in the ‘National Romantic’ period; one of the best examples is the church in Kiruna, built between 1909-12 by a Swedish architect Gustaf Wickman (1858-1916). The form of a stave church, though transformed through modernism, remained a major inspiration for contemporary architects, especially in Iceland. Icelandic modern architecture of the 20th century was basically made in concrete, representing “an eclectic combination of architectural styles, including classical, traditional Romanesque-inspired Icelandic and Functionalism” (Kent 2000:66). Local architects, such as Guðjón Samúelsson (1887-1950) or Sigurður Guðmundsson (1885-1958), both turning to the traditional Icelandic architecture elements in their late projects (Kent​​2000:326),​​ influenced​​ on​​designs​​ of​​ the ​​following​​ generation ​​of​​ architects.

Hákon Hertervigs’ Church in Ólafsvík (il. 3) can be considered as an example of a contemporary variation on the stave churches. Triangular forms of the walls and the slanted roof (Howarth 2016) with the overall construction divided into volumes of different sizes joined together show similarities to the Viking architecture (Stokstad & Cothren 2013: 443). Though built of concrete, the church seems to imitate the stave structure with the matching bell tower as a dominant element of the core. The interior of the church, especially the wooden ceiling recalling the Viking Age halls, also based on triangles, is rather small and gives the sense of ‘cosiness’ of the stave churches. Altogether, the Hertervigs’ project from the 1960’s shows an interesting combination of traditional elements of the Viking Age as well as functional and modern solutions; the compactness of forms, with the crucial role of light in the interior, as well as whiteness of the walls and a practical function of the slanted roof are also found in other Scandinavian buildings of the epoche, and can be regarded as typical traits of the Northern architecture, if not ‘Scandinavian aesthetics’ in general.

In conclusion, two examples of Scandinavian art of the 20th century show the importance of the Viking heritage in creating ‘Scandinavian aesthetics’, especially in the period of constructing national identity (turn of the 19th and 20th century) as well as re-finding the nation’s origins in later years*****. The motif of Viking architecture, having its early representation in the Cammin Casket, yet mostly associated with the later stave churches, has been used as a major inspiration for Scandinavian artists. Paintings depicting themes of the Viking Age, based on archeological discoveries, yet not always historically correct, and modern or contemporary architecture inspired by the extant examples of stave churches, still transformed by new ideas and practical solutions, represent the aesthetics having origins in the Viking Age but having also been re-established in the following epochs. As a matter of fact, the present-day image of the Vikings, being associated with the Scandinavians all over the world, is a product of both the 20th century art and of tourist trade in the 21st century. In other words, ‘Scandinavian aesthetics’ have been created not only by artists, but also by souvenirs’ producers and travel offices, trying to sell the ‘Vikingness’​​ of​​ Scandinavia.

* Until the 20th century it was known as a reliquary of St Cordula and kept in the cathedral of Kamień Pomorski, where it presumably ended up as a gift of the Viking chieftains to Polish princes or as an imported goods (as a nearby settlement of Wolin was an important place on the Vikings trade way), vide:​​Graham-Campbell,​​2013:112, ​​Roesdahl​​ 2010:152.

** Having decorated the walls with scenes from the 17th-century and 18th-century Swedish art history, as well as the motif of ​Gustav Vasa entering Stockholm in 1523 in years 1895-1907 (vide: Facos 1998:170-175), Larsson decided to paint the last empty wall, despite the fact that he was not officially commissioned​​by​​the​​National​​Museum’s​​committee.

*** ​​Such​​ as​​ Walhalla​​ designed ​​by​​ Leo ​​von​​ Klenze​​ for​​ a ​​Bavarian​​ prince ​​Ludwig,​​built ​​in​ ​1830-42.

**** All sketches of the painting were rejected by the committee and criticised by the audience, which led to resignation of realizing the monumental decoration. The final oil sketch was eventually bought by a Japanese collector and, after more than 70 years of public debate, brought back to its original place and​​ hung ​​in ​​the ​​National ​​Museum’s ​​hall ​​in​ ​1997.

***** With a special case of Iceland; having regained independence in 1944, Icelanders had to ‘reconstruct’ their national identity. Located halfway from Europe to the USA, with great influences by American culture (American soldiers were stationed on the island from the 1950’s), Iceland was seeking for its Scandinavian/Vikings’ roots in both popular culture and architecture, yet the American impact ​​is ​​still ​​very​​ visible.

Bibliography:

  1. Cavalli-Björkman 2007: Cavalli-Björkman G., “Carl Larsson and Midwinter Sacrifice” in​​Sessler​​G.​​(ed.)​​MidwinterSacrifice,​​Stockholm​​2007.
  2. Graham-Campbell 2013: Graham-Campbell J., “The Jellinge and Mammen Styles” in: Vikingart,​​ Thames​​&​​Hudson,​​London,​​2013,​​pp.​​82-115.
  3. Facos 1998: Facos M., ​Nationalism and the Nordic Imagination. Swedish Art of the 1890s,​​ Berkeley​​1998.
  4. Howarth 2016: Howard D., “Eight of the most majestic modernist-influenced churches in Iceland”, De Zeen (5.09.2016); accesed on 27.11.2017:https://www.dezeen.com/2016/09/05/eight-majestic-modernist-churches-religious-architecture-iceland/.
  5. Isaksson 1983: Isaksson, „Röster om Midvinterblot” in: Isaksson O. (ed.) Midvinterblot.Historiaifick format,​​ Borås​​ 1983.
  6. Larsson​​1908:​​Larsson​​C.​​“Ett​​ Svenskt​​ Pantheon”,​OrdochBild,​​1908,​​17.
  7. Kent 2000: Kent N., ​The Soul of the North: A Social, Architectural and Cultural History of theNordicCountries,1700-1940,​​ Reaktion ​​Books, ​​London, ​​2000.
  8. Roesdahl 2010: Roesdahl E., “Viking art in European churches (Cammin – Bamberg – Prague – León)” in: Skibsted Klæsøe (ed.), ​Viking Trade and Settlement in Continental Western Europe, Museum Tusculanum Press, Copenhagen, 2010, pp. 149-164.
  9. Stokstad & Cothren 2013: Stokstad M., Cothren, M. “Art History”, 5th ed., Pearson, Boston,​​ 2013:​​ pp.​​ 441-444.
  10. Varnedoe 1982: Varnedoe K., “Nationalism, Internationalism, and the Progress of Scandinavian Art” in: Varnedoe K. (ed.), ​Northern Light. Realism and Symbolism in ScandinavianPainting1880-1910,​​ The​​Brooklyn ​​Museum,​​ 1982,​​pp.​​ 13-34.

Kartka świąteczna ze Szwecji

Mail napisany do mojej rodziny i przyjaciół z Göteborga, grudzień 2017:

Kära och nära!

Zastanawialiście się kiedyś, co jest najbardziej szwedzkim doświadczeniem? Takim, które pokazuje szwedzkość w całej swej wspaniałości? Zawierające wszystkie stereotypy, które jednak czasami okazują się mieć (sporo) ziarenek prawdy? Michael Booth powiedziałby, że to sierpniowe Kräftskiva, kiedy Szwedziory upijają się na umór, wcinają piszczące z kąpieli we wrzątku raki i wreszcie odkrywają swoje prawdziwe twarze (Szwedzi, nie raki). Ktoś inny pewnie wskazałby Midsommar. Albo Julbordet w Ikea (tak, można zapłacić 149kr i objeść się szwedzkimi świątecznymi specjałami). Ale to nie to.
Ani nie próbowanie surströmminga w krzakach, żeby nie zrazić odorem pozostałych mieszkańców akademika.

Ani nie ustawianie sobie dnia pod zaplanowany czas robienia prania i wietrzenie ubrań za oknem, żeby być bardziej miljovänligt (tak, robię to. głównie dlatego, że męczy mnie już garderoba prześmierdnięta indyjskim jedzeniem mojego sąsiada).

Ani nie dyskutowanie z Finką i Norweżką o tym, że nasi sąsiedzi nie segregują śmieci i są mniej miljovänliga od nas.

Ani nie wymienianie wiadomości na Tinderze ze szwedami, którzy w normalnych warunkach gęby by do mnie nie otworzyli, bo się wstydzą.

Ani nawet nie zaangażowanie połowy Erasmusów w zorganizowanie Luciadagen, ćwiczenie luciasånger na niemal dwa miesiące przed 13 grudnia, wnioskowanie o pieniądze od zarządu akademika, żeby zapłacili za wszystkie gadżety, buszowanie po second-handach i supermarketach w celu zakupienia białych sukienek i świeczek. Nawet sama Santa Lucia nie jest najbardziej szwedzkim doznaniem.

Wiecie, co jest? Dwugodzinny świąteczny trening w Fysiken. I już tłumaczę, dlaczego.

IMG_20171203_125257_238.jpg

Po pierwsze: trening. Jest prawdą, że Szwedzi cierpią masowo na träningshets. Chodzę na siłownię codziennie, czasem dwa razy dziennie i często spotykam te same twarze. Wiele z nich zostaje ze mną po jednym treningu na drugim. Nie znamy swoich imion, ale łączy nas uzależnienie od pocenia się na potęgę i podnoszenia sobie poprzeczek podczas kolejnych zajęć. Dzisiaj te same twarze spotkałam oczywiście na dość ekskluzywnym, 2-godzinnym treningu w edycji świątecznej.

Po drugie: święta i julemys. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, można się podczas takiego treningu zrelaksować, a przynajmniej poczuć atmosferę świąt. Były girlandy świąteczne, była choinka, nawet instruktorki były ubrane w czapki mikołajkowe i różne inne błyszczące gadżety. No i oczywiście były świąteczne kawałki. Szwedzkie i amerykańskie hity. W aranżacjach o odpowiednim tempie do wyciskania potu.

Po trzecie: välgörenhet, czyli wszystko to robimy w celach dobroczynnych, bo jesteśmy wspaniałomyślnym i wspierającym społeczeństwem dobrobytu i równości (a przynajmniej za takie się uważamy). A żeby to pokazać, to pod choinkę wkładamy prezenty dla tych, co tego dobrobytu i równości jeszcze w Szwecji nie doświadczyli i dzięki temu czujemy się lepiej, bo zrobiliśmy coś dobrego na święta. Co prawda zrobiliśmy to z pobudek konformistycznych, bo głupio tak nic nie włożyć pod choinkę dla biedniejszych dzieci, ale przecież liczy się efekt. Czyli szczęśliwe święta dla wszystkich. nawet tych wszystkich imigrantów z Bliskiego Wschodu, co świąt i tak nie obchodzą. Ale przecież jesteśmy super tolerancyjnym społeczeństwem. I nie ma w tym cienia złośliwości.

Po czwarte: godis. co z tego, że przyszliśmy tu pracować nad idealną sylwetką i słodycze powinny być zakazane. Przy wejściu stoi stolik z pierniczkami i żelkami. No i napoje energetyczne, mnóstwo cukru. Potem nawet owe łakocie są wciskanie uczestnikom zajęć niemal na siłę. Bo skoro już spalasz te kalorie, to spal jeszcze więcej (albo może zgłodniałeś, bo przecież przyszedłeś tutaj prosto z zajęć, co nie?)

Po piąte: uśmiech. Moc. Fitness. Sport. Endorfiny. Ból i zmęczenie wykrzykujemy, śmiejemy się ze ściekającego po ciałach potu. Niemal się na nim ślizgamy przy pompkach, ale wszyscy jesteśmy jak w transie. To jest ten trans, który pokazuje prawdę o Szwedziorach, wcale nie upojenie alkoholowe. Nagle wszyscy jesteśmy sobie bliscy, choć czekając przed salą na zajęcia nawet nie odpowiemy sobie dzień dobry. Nagle te ciche paniusie i powściągliwi panowie krzyczą, buczą, nie wstydzą się jęczeć z bólu, poklepują się wzajemnie po ramionach, śpiewają. I nagle wszyscy się kochamy, naprawdę.

Po szóste, najważniejsze: små grodorna. Znacie ten motyw, kiedy podczas Midsommar Szwedzi tańczą wokół majstång i śpiewają piosenkę o małych żabkach, jednocześnie pokazując różne części ciała, których owe żabki nie mają? Taniec i wspólne śpiewanie to nadal najbardziej szwedzka forma świętowania. No i my te małe żabki cisnęliśmy podczas dzisiejszego świątecznego treningu. I nie tańcząc wokół choinki (choć głównie na tym opierała się cała część cardio, wokół choinki właśnie). Nie, my te małe żabki cisnęliśmy na stacjonarnych rowerkach. I wszyscy śpiewali. Śpiewaliśmy też snapsvisor (takie piosenki, które się pije do kieliszka), śpiewaliśmy je (ja udawałam oczywiście, bo nie znam słów) przemieszczając się z sali fitness do sali z rowerkami. Trzymając się za ręce.

Więc jeśli kiedykolwiek chcielibyście wziąć udział w takim antropologicznym eksperymencie, polecam udać się do szwedzkiego fitnessclubu. ja doświadczyłam tego nieświadomie, ale idealnie udało mi się wtopić w tłum i śledzić/naśladować te lokalne zwyczaje. Jak prawdziwy antropolog i kulturoznawca.

God Jul!

IMG_20171214_163725.jpg

Niespodziewane prezenty

Już wkrótce pierwszy ze Świątecznych Chłopców (jólasveinar) zejdzie z gór, żeby swoją obecnością zainicjować ostatnie dwa tygodnie oczekiwania na święta Bożego Narodzenia. Niektórzy przyjmą to pewnie ze strachem, że tak niewiele czasu pozostało na przedświąteczne porządki albo na wycieczkę do centrum handlowego w celu wydania listopadowej wypłaty na prezenty. Inni znowu wstaną o świcie, żeby pójść na roraty (znam takich!), a jeszcze inni wzruszą ramionami i wyjmą z adwentowego kalendarzyka kolejny kawałeczek produktu czekoladopodobnego, pełni przekonania, że nie można inaczej oczekiwać świąt niż tak, jak wmawiają nam to reklamy.

Nie wierzę jednak, że da się całkowicie zignorować ostatnie dni przed świętami. Nie tylko przypominają nam o tym codziennie ckliwe kolędy i amerykańskie przeboje z Last Christmas na czele, ale niezależnie od popkulturowego konsumpcjonizmu tli się w nas ta nadzieja  na czas spędzony wśród bliskich. Czekamy, aby w końcu usiąść za wigilijnym stołem i znowu pokłócić się o politykę, objadamy się potrawami, które według turystów stanowią naszą dietę codzienną, a potem odpakowujemy mniej lub bardziej trafione prezenty.

Ale jest w tych dniach jednak coś magicznego. Możemy zrobić sobie wolne od codziennych obowiązków, możemy odłożyć na chwilę pisanie pracy dyplomowej albo artykułu naukowego potrzebnego “na już”, możemy zapomnieć o długiej liście książek do przeczytania lub rzeczy do zrobienia. Dla mnie to z pewnością będzie czas, kiedy odpocznę od podejmowania ważnych decyzji dotyczących przyszłości, wyłączę Gmaila i zostawię sobie kilka dni na złożenie aplikacji na doktorat za granicą. Święta to taki doroczny, niespodziewany prezent w postaci wolnego czasu. Co prawda po 1 stycznia musimy ruszyć do pracy ze zdwojonym tempem, ale przynajmniej przez kilka dni dajemy sobie ten komfort nicnierobienia.

Bardzo lubię prezenty. A najbardziej nieoczekiwane. A tak było właśnie rok temu, kiedy oczekiwałam świąt Bożego Narodzenia 2017. A wszystko za sprawą świątecznych chłopców.

To był jeden z tych dni, kiedy nowy dzień wita Cię nieopisanym, skandynawskim mrokiem, bo wstajesz na poranne zajęcia. Schodzisz ze swojego pokoiku do wspólnej kuchni, nastawiasz wodę na kawę, a za oknem widzisz scenę jakby żywcem wyrwaną z jakiegoś norweskiego filmu egzystencjalnego z dużą dozą czarnego humoru. Twój wzrok napotyka bowiem srokę walczącą o życie z pazurami i zębami wielkiego rudego kocura. Ptaszek nie ma jednak szans, bo kły drapieżnika zatopiły się już w jego ciele, a krew cieknie powoli na biały śnieg. Tak właśnie wyglądają zimy w Goteborgu. Nic, tylko zacząć nowy dzień.

Po powrocie do zimnego pokoju przypomniałam sobie, że na zewnętrznym parapecie okna zostawiłam poprzedniego wieczora jeden z butów, w końcu była to noc, podczas której przychodzi Stekkjarstaur, pierwszy ze Świątecznych chłopców. Naprawdę nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Od dziecka wiem przecież, że Święty Mikołaj nie istnieje, postarała się o to moja starsza siostra, która postanowiła ukrócić mi dzieciństwo tą okrutną wiadomością kiedy miałam jeszcze 5 lat. Dlatego nigdy nie wierzyłam w zostawianie grubasowi ciasteczek i mleka, żadnych skarpet na kominku. Wróżka Zębuszka też zawiodła mnie już od pierwszego straconego zęba, a mimo to naiwnie wkładałam jeszcze kilka martwych mleczaków pod poduszkę, licząc na jakieś skarby. Czemu więc magiczne istoty miałyby zmienić swoją politykę wobec mnie i w końcu  zacząć dawać mi prezenty? Jestem przecież już duża, a mimo to dałam nabrać się koleżance, która powiedziała: uważaj, tej nocy odwiedzi cię jólasvein.

Koleżanka to Niemka, poznałyśmy się na zajęciach w ramach programu Erasmus. W ten weekend mnie odwiedziła, więc wspomnienia wspólnie spędzonego semestru zimowego w Szwecji wracają jak żywe. Dwie stare baby bawiły się w świeżym śniegu jak dzieci, za pierwszym razem lepiłyśmy bałwana, a potem zjeżdżałyśmy z ośnieżonej górki na blachach do pieczenia, owiniętych w plastikowe torebki z supermarketu Willys. Nico znała doskonale moje szaleństwo na punkcie Islandii, przeżyła też cały weekend ze mną w Oslo, gdzie świrowałam w każdym muzeum, gdzie znajdowało się cokolwiek wspólnego z wikingami. Więc chyba chciała mi zagrać na nosie i zrobić nadzieję na prezenty od świątecznych chłopców. No i jej się udało, bo rankiem byłam prawdziwie zawiedziona.

Poszłam na zajęcia i z dziecięcym fochem oznajmiłam jej, że żadnego świątecznego chłopca u mnie nie było. Ale stwierdzeniem tym chyba obraziłam wszystkie magiczne istoty zimowe, bo po zajęciach spadł tak obfity śnieg, że nie dało się w ogóle dojechać do domu (w zaparte jeździłam po Goteborgu rowerem niezależnie od pory roku i pogody). Było bardzo zimno, a ja (jak to ja) ubrana w spódniczkę i rajstopy maks. grubości 40 DEN, pedałowałam w śniegu i przeklinałam szwedzką zimę.

A potem przyszedł pierwszy z nieoczekiwanych prezentów. Znalazłam go w “magicznym” pudełku na jedzenie, ukrytym w kamiennym grillu na terenie naszego akademika. Było zaadresowane do mnie, więc ośmieliłam się je otworzyć. Tam tkwił prezent dla mnie. Podpisany “To Emiliana from Stekkjarstaur and Giljagaur”. A więc to prawda, że islandzkie elfy i szwedzkie trolle nie rozumieją się nawzajem i muszą używać języka angielskiego w pocztowych interakcjach. Dowód na to znalazłam zresztą dwa miesiące później w Laponii, bo ze wszystkich istot zamieszkujących wioskę Świętego Mikołaja w Rovaniemi tylko sam Mikołaj posługiwał się najróżniejszymi językami świata. Jego pomocnicy natomiast znali tylko angielski. Jak oni sobie radzą z odszyfrowywaniem listów od dzieci z całego świata, tego nie wiem.

Ponieważ Stekkjarstaur zakopał się w świeżym śniegu, przyszedł z małym opóźnieniem, od razu w towarzystwie swojego brata Giljagaur. Podarowali mi z tej okazji podwójny prezent – w pudełku znalazłam dwa czekoladowe Mikołaje na patyku oraz kartkę z uszczypliwą uwagą. “Ostatnia słodka rzecz przed przejściem na dietę”. Świąteczni chłopcy znają mnie za dobrze, bo nawet do nich doszły moje lamenty o tym, jak trudno jest przejść na dietę, szczególnie kiedy mieszka się w Kraju Fiki i Bułeczek Cynamonowych. W kraju, gdzie kawa i ciasteczka są darmowe w naszej akademickiej kawiarni, a w hipermarkecie zawsze czyha na Ciebie stoisko z godis na wagę. A że od dziecka miałaś problemy z szacowaniem wartości, to nakładasz ich sobie stanowczo za dużo, niż potrzeba. A potem zamiast schować tę papierową torbę wypchaną orzeszkami w białej czekoladzie, żeby wydzielać sobie słodkie dobra stopniowo, siadasz do kolejnego sezonu ulubionego serialu i zjadasz wszystko na raz. True story. Tak wygląda Erasmus w Szwecji.

A jak wyglądam ja po tym Erasmusie, to Wam nie pokażę.  Świąteczni chłopcy odwiedzali mnie natomiast regularnie aż do świąt. Do znanej nam tylko skrytki co wieczór podkładali różne urocze drobiazgi, wkładając je do torebek z motywem “Kraina lodu”, które skutecznie rozpuszczały lód na moim sercu. Stúfur i Þvörusleikir podarowali mi orzeszki i bakalie, Pottaskefill kartkę z Muminkiem i napisem “Hand over the candy”, Askasleikir zaś podarował mi mini foremki do muffinek. Na tym jednak skończyły się aluzje do przechodzenia na dietę i nieskutecznej redukcji słodkości w moim życiu codziennym. Zresztą realizowanie postanowień wcale nie szło mi lepiej po zakończeniu adwentu, w święta nażarłam się niemiłosiernie, a po Nowym Roku wróciłam do Szwecji i jej słodkości. W Walentynki mój przyszły wówczas chłopak obdarował mnie słoikiem Nutelii, a tego samego dnia piekliśmy w naszej kawiarni semle. Szwedzką zimę jakoś trzeba znosić.

Ale pozostali bracia wykazali się również znajomością innej części mojej osobowości, bo dostałam od nich sporo artykułów papierniczych, w tym zestaw kolorowych ozdobnych taśm. To były prezenty od Hurðaskellira, Skyrgámura, Bjúgnakrækira i Gluggagægira.

IMG_20171216_124159.jpg

Ostatnią partię prezentów przedświątecznych rozpakowałam już w Polsce. Gáttaþefur, Ketkrókur i Kertasníkir obdarzyli mnie kartkami świątecznymi. Ta ostatnia była sprytnym nawiązaniem do pierwszej części prezentów, kartka zawierała bowiem szkockiego bożka domowego, który wyglądem przypomina trochę skrzata lub krasnoludka. W goteborskim Muzeum Sztuk pięknych obraz z jego podobizną zatytułowany był po prostu “Troll”. Jednak jego prawdziwa nazwa to Brownie.

img_20171218_155612.jpg

W tym roku nie czekam na przyjście świątecznych chłopców, bo wiem, że nic dwa razy się nie zdarza. Ale już nie powiem, że w nie nie wierzę, tak samo jak po pobycie na Islandii nie powiem, że elfy nie istnieją. Każdy wyobraża je sobie tak, jak chce, a ja dowody na istnienie jólasveinar dostałam w ubiegłe święta. Wierzę, że w tym roku sprawią radość komuś innemu.

Wystawcie buty na dwór, może to właśnie Wam się w tym roku poszczęści?