Kocham Cię jak Islandię

Pamiętam swój pierwszy samodzielny wyjazd za granicę.

To był kurs języka angielskiego, dwa lub trzy tygodnie w Irlandii. Miałam kilkanaście lat, poleciałam samolotem, mieszkałam z rodziną irlandzką gdzieś pod Dublinem. Samo miasto nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenia, wówczas niewiele wiedziałam o zwiedzaniu stolic i ich muzeów. Ale szkoła zabrała nas na wycieczkę nad morze i pokochałam północne fale, dzikość plaż, mroźne powietrze na brzegu. Może nic dziwnego, że jeszcze kilka lat temu tak wiele osób w Polsce myliło Irlandię z Islandią. Dla mnie ta wycieczka nad irlandzkie morze to było preludium fascynacji krajobrazem Islandii. Potem podobne odczucia przeżywałam nad morzem w Bretanii, aż w końcu pojechałam na Wyspę. I przepadłam.

Zakochać się w Islandii

Dzisiaj będzie o miłości, w końcu niedługo Walentynki. Nie chciałabym jednak pójść w sztampę i pisać o mojej miłości do Islandii, choć wielokrotnie używałam już tej metafory. Przez 10 lat nasza relacja przypominała miłość internetową; naoglądałam się pięknych zdjęć i wyobraziłam sobie bajkową krainę, o której w sieci pisano wyłącznie pozytywnie, taką więc miałam opinię o tym miejscu. To długo wyczekiwane spotkanie, które ciągle nie dochodziło do skutku. I przede wszystkim strach, że kiedy tam w końcu pojadę, moje wyobrażenia spotkają się z rzeczywistością i czar pryśnie. To było jeszcze przed czasami randek z Tindera, a mimo to miałam już parę doświadczeń ze znajomościami z internetu i resztki oleju w głowie. Okazało się, że spotkanie z Islandią wyszło tak, jak spotkanie w realu wieloletnich przyjaciół z forów internetowych – ci ludzie z krwi i kości okazali się równie ciekawi i zabawni, jak wynikało z ich wpisów i komentarzy, a Islandia przy pierwszym spotkaniu na żywo także nie zawiodła mnie.

Choć brzmi to trywialnie, na Islandii znalazłam się dzięki miłości, a raczej jej braku. Po raz pierwszy na poważnie planowałam pierwszą podróż na Wyspę po tym, jak zerwał ze mną chłopak, ale w końcu zabrakło mi jaj. Ale potem pojechałam tam właśnie dzięki temu, że byłam zadowoloną z życia singielką i nie musiałam oglądać się na nikogo. Na Islandii też zdarzyło mi się zakochać, o czym nawet opowiadałam Studenckiemu Klubowi Islandzkiemu. W sumie czas pokazał, że bardziej zakochałam się w Islandii niż na Islandii, ale cały pakiet uczuć zagwarantował mi kilka wspaniałych tygodni na Wyspie. Może brzmi to głupio, ale dzięki szaleństwom mojego serca udało mi się całkiem sporo ugrać podczas podróży po Islandii. Złamane serce dało mi odwagę, żeby ruszyć w samotną podróż na Północ i autostopem po Fiordach Zachodnich, a dzięki temu, że ktoś złamał serce mojej koleżance, nasze ścieżki mogły się przeciąć i wspólne doświadczenia przyprawiły nas o kolejne przygody.

Miłość wszystko zwycięży?

Moja kochliwość doprowadziła też do wielu dziwacznych sytuacji. Chyba nigdy przedtem i nigdy potem nie miałam takiego powodzenia. Niby sporo podróżuję, i niemal za każdym razem wraz z przekroczeniem polskiej granicy w sposób magiczny wszystkie oczy zwracają są ku mnie. Ale to właśnie na Islandii doświadczałam wcześniej nie znanych sytuacji, kiedy podchodzono do mnie, zagadywano, stawiano drinki i takie tam. Na Islandii też po raz pierwszy na serio odpaliłam Tindera. I co ciekawe, odważyłam się na spotkania z tymi kolesiami. W takich momentach mam więcej szczęścia niż rozumu, ale odwagi dodawał mi fakt, że aplikacja podpowiadała mi co najmniej kilku wspólnych znajomych z niemal każdym kandydatem. Nie wiem na ile to wynik algorytmu czy rachunku prawdopodobieństwa, ale kilku polskich znajomych związanych z Islandią wystarczyło, żeby pod nordyckimi imionami wyświetlały się cyferki z ikonką Facebooka. Mówi się, że randkowanie na Islandii jest beznadziejne, bo wszyscy doskonale się znają, dlatego chłopcy cieszą się na świeże mięso w postaci turystek. Ale ku mojemu zdziwieniu nie byli to tylko głodni przygód wikingowie, ale bardzo ciekawe persony, z którymi utrzymuję kontakt do dzisiaj.

IMG_20170717_144816.jpg

Miłość ślepa i miłość głucha

Jednego z panów niestety straciłam wraz z usunięciem aplikacji z telefonu, ale na stałe zapisał mi się w pamięci. Miał wikińskie imię i zdjęcie w stroju kolarskim podkreślającym mięśnie, wysoki błękitnooki blondyn. Nie bawił się w spotkania na mieście tylko podjechał po mnie swoim samochodem i zabrał do siebie. Komiczne było to, że oboje zachowywaliśmy się tak, jakbyśmy spędzali w ten sposób każdy wieczór, ale ja z momentem zatrzaśnięcia drzwi zaczęłam bać się o swoje życie, a w jego głosie słychać było niepewność. Zaserwował jakieś niskoprocentowe piwo i puścił muzykę, typowe islandzkie ckliwe pianie o miłości. Brzmiało to jak Ásgeir, ale piosenka nie przypominała mi żadnego z utworów, które mam w polubionych na Spotifaju. Kiedy skłamałam mu, że nuta całkiem przypadła mu do gustu, chłopak uśmiechnął się i zaprezentował lukę między zębami rozmiaru doliny Thingvellir. Pochwalił się, że to jego własny utwór, przypominający styl Ásgeira, bo grał z nim w jednym zespole. Prosta sprawa, Islandczycy szybko pojęli, że najszybciej można zaimponować przyjezdnym dziewczynom znajomością z jakimś znanym poza Wyspą muzykiem. Mój inny adorator przekonywał mnie, że zna się bardzo dobrze z Júníusem Meyvatn, a moja przyjaźń z jednym Islandczykiem zaczęła się mniej więcej w momencie, kiedy zwierzył mi się, że chodził do podstawówki z Ólafurem Arnaldsem.

Jak się potem okazało, mam słabość do muzyków, szczególnie ładnych chłopców z gitarą, ale ten był nieznośny. Jego pianie tak bardzo nieoryginalne i zgapiające styl Ásgeira nie miało żadnego waloru artystycznego, a mimo to słuchaliśmy wszystkich jego nagrań. Za utwierdzenie go w przekonaniu, że to mi się podoba, odpokutowałam kilka tygodniu później, kiedy inny chłopiec z gitarą katował nas swoimi “hitami” w liczbie dwóch, puszczanymi w zapętleniu przez całą drogę z Patreksfjörður do Látrabjarg. Ten z kolei jednorazowy towarzysz wyznał mi, jak bardzo marzy mu się kariera losowa, że nie chce być tylko gitarzystą w cudzym zespole. Potem puszczał ulubione klasyki i dziwnym trafem były to solowe nagrania Stinga i Philla Collinsa. Dość miałam tej szopki i jego zębowej Doliny Zgromadzeń, dlatego wieczór skończył się krótko. Ku mojemu zaskoczeniu, jak dżentelmen, a nie typowy wiking, kolega odwiózł mnie do domu. A mieszkał pod Reykjavikiem.

Miłość, która topi lody

Dla jednego adoratora wróciłam nawet na Islandię zimą. Co prawda okazałam się tylko jednym z wielu powodów do jego przyjazdu do Reykjaviku, ale już kiedyś woził mnie bezinteresownie płatnym tunelem wiodącym do miasta i należała mu się moja wdzięczność. Zresztą, moje prawdziwe przyczyny przyjazdu na Wyspę również były inne, jedną z nich była chęć spotkania aurory, do czego w końcu nie doszło. To było w styczniu. Potem zakochałam się we Francuzie i od tego czasu nie zawitałam na Wyspę. Przypadek? Nie sądzę. Namawiam go do wspólnej wyprawy na Islandię i mam nadzieję, że się uda. Nie ma w końcu niczego piękniejszego niż zwiedzanie ukochanego miejsca u boku ukochanego. Choć czasem żałuję, że nie wyszło mi z żadnym Jónem, bo może dzisiaj zamiast zamartwień o doktorat i przesiadywania godzinami na lotniskach w oczekiwaniu na tanie loty do Bordeaux miałabym jakieś miłe stadko owiec na oku i rześkie poranki w islandzkim krajobrazie. Ale pewnie nie raz jeszcze miłość zawiedzie mnie na Islandię.

Wszystkim dziewczynom szukającym chłopaka na Islandii służę lekcją cierpliwego wysłuchiwania przechwałek na temat hitu, który był na listach przebojów lokalnej rozgłośni oraz szybkim kursem wykrywania oszusta podającego się za pełnokrwistego potomka wikingów. Macie też większe szanse jeśli Wasza fascynacją Islandią nie wyjdzie na jaw zbyt wcześnie. True story!

IMG_20170406_143346.jpg

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *