Ziemniakożercy

Kartoflarze

tytuł oryginalny: Kartöfluæturnar
autor: Tyrfingur Tyrfingsson
tłumaczenie: Agnieszka Klimko
reżyseria: Michał Zdunik
premiera: 23.11.2020
obsada: Krzysztof Szczepaniak, Marcin Stępniak, Katarzyna Herman, Anna Moskal, Karolina Charkiewicz

Rzadko kiedy islandzkie sztuki teatralne docierają do Polski. Właściwie Islandia nie ma wcale swojej reprezentacji w polskich teatrach, z drobnymi wyjątkami gościnnych projektów z udziałem islandzkich reżyserów czy odczytami . Te ostatnie faktycznie zdarzały się wielokrotnie w kilku polskich teatrach, choć wydaje się, że ważniejszym wyzwaniem było samo przetłumaczenie tekstu, niż jego interpretacja dokonana przez polskiego reżysera.

I to właśnie dzięki odczytowi polski widz ma okazję zapoznać się z debiutancką sztuką Kartoflarze Tyrfingura Tyrfingssona, młodego, ale uznanego już na arenie międzynarodowej twórcy z Islandii.  W Polsce jest to oczywiście nazwisko anonimowe, ale niewielu dramatopisarzy czy reżyserów z obszaru nordyckiego zaistniało na stałe w polskim teatrze. Znamy oczywiście wielkich reprezentantów teatru skandynawskiego przełomu XIX i XX wieku: Augusta Strindberga i Henryka Ibsena. Ale nawet oni, choć uznani klasycy, dawno pokryli się patyną, a ich sztuki – choć pod wieloma względami uniwersalne – niekoniecznie odpowiadają na wyzwania dzisiejszego społeczeństwa. Dyletant musi jednak posłużyć się szkolną wiedzą, by mieć choć namiastkę aparatu interpretacyjno-analitycznego do odebrania współczesnej sztuki islandzkiej.

I faktycznie, można byłoby powiedzieć, że Kartoflarze to dzisiejsza wersja Nory. Dramat rodzinny, rozgrywający się w czterech ścianach ciężkich od wspomnień, dotyka problemów społecznych i tematów tabu dokładnie tak, jak Dom lalki Ibsena sto lat temu. Zamiast jednej wyrazistej bohaterki takiej jak Nora mamy w sztuce Tyrfingssona trzy kobiety: Lisę, Brunę i Kristin. Ta pierwsza jest bez wątpienia postacią wiodącą, matką i gospodynią domu, w którym rozgrywa się cały dramat. Niegdyś pielęgniarka pomagająca na wojnie w Jugosławii, za co w nagrodę otrzymała Order Sokoła, w istocie daleka jest od bohaterstwa i krytykowana przez własne dzieci: Brunę, oraz pasierba Mikaela za brak macierzyńskiej troski, za którą została chwalona w Kosowie. Z pozoru silna i niezależna kobieta, nosi brzemię dawno popełnionych błędów i niepowodzeń. Matka, która nie potrafi słuchać, babcia, która nie chce zajmować się własnym wnukiem, dojrzała kobieta, która bez skrupułów zaleca się do młodszych mężczyzn. A mimo to pełna krytycyzmu i surowości względem innych: Lisy, która nie była idealną córką, Mikaela, który nie potrafi dorosnąć, czy Hossiego, który przejawia upodobanie do strojów i zabawek dziewczęcych.

Mieszkającą samotnie Lisę odwiedzają kolejno nowi członkowie rodziny, a z każdą wizytą dramat eskaluje. Najpierw Bruna przyprowadza jej wnuka pod opiekę, choć robi to po raz pierwszy i nie bez skrywanej niechęci. Potem Mikael, który po latach odwiedza macochę i przyznaje się, że dopuścił się gwałtu na swojej dziewczynie. Potem dom odwiedza poszkodowana Kristina, która informuje Lisę o zgłoszeniu przestępstwa, od czego starsza kobieta próbuje ją odwodzić. W końcu każdy bohater wykłada na stół swoje problemy i dawno skrywane emocje. Brunie nie układa się z partnerką, więc planuje ją zostawić, Mikael ucieka do Tajlandii, Kristina nie chce skazać ukochanego na więzienie, ale robi to ze względu na swojego ojca. Lisa wraca wspomnieniami do swojego dzieciństwa i robi rachunek własnego sumienia, przyznając się do stosunku seksualnego z młodszym mężczyzną, bliskiego kazirodztwu.

Głównym problemem rodziny nie jest jednak przestępstwo. Nie mówi się tu nawet wprost o potępieniu Mikaela za to, że dopuścił się gwałtu, a Lisa też nie okazuje skruchy za swoje przewinienia. Kryzys wynika z nieprzepracowanych błędów i porażek, głównie na tle erotycznym. Choć seksualność sama w sobie nie stanowi tematu tabu (a mówi się o niej nawet niezwykle soczystym językiem), jest punktem wyjścia do tragedii każdego z osobna. Problem molestowania, aktu seksualnego z członkiem rodziny, czy wreszcie (pozornie neutralnie przedstawiona) kwestia homo- czy transseksualizmu stają się osią dramatu nie po to, żeby krytykować czy kwestionować pewne zachowania społeczne, lecz by pokazać ich wpływ na dalsze poczynania jednostek. Paradoksalnie tematem tabu jest macierzyństwo, słuchanie drugiej osoby, bezinteresowność czy wsparcie, którego każdy z bohaterów desperacko potrzebuje. Jedni wyrażają to wprost, jak Bruna, a inni maskują tę potrzebę nonszalanckim czy wręcz ignoranckim zachowaniem, jak Mikael.

Tekst, czytany przez socjologa, może być analizą współczesnej rodziny, która nie potrafi uporać sobie z rozszczepieniem wymaganych przez tradycję więzi. Jak twierdzi Adam Ostolski, problemem nie jest jednak próba przełamywania tabu czy oswajania się z kwestiami powszechnie uznawanymi za niewybaczalne. Wbrew ogólnemu przekonaniu, otwartość i liberalizm nie przyczyniają się do kryzysu wartości, a wręcz odwrotnie: ślepe dążenie do zachowania wbrew temu, co moralnie akceptowalne wynika z niepotrzebnie surowych ograniczeń, jakie narzuca nam społeczeństwo. Nie oznacza to bynajmniej, że bohaterowie mogą wymigać się od kary, choć nie są jedynymi winnymi popełnionych błędów.

Tytułowe kartofle to najbardziej błaha z rzeczy, które możemy sobie wyobrazić. Ten nudny i bezbarwny atrybut codzienności staje się jednak prostym łącznikiem członków rodziny: dla Lisy jest wspomnieniem własnego ojca, dla Hossiego prostym i pożywnym posiłkiem, dla innych – nadzieją na normalność w postaci wspólnego, rodzinnego obiadu. To także sygnał, że zjadaczami kartofli, dzielącymi podobne problemy czy dramaty, może być każdy z nas. Jest jednak w tytule sporo nacechowania pejoratywnego. Oryginalnie Kartöfluæturnar wywodzi się od czasownika eta, tłumaczonego jako “żreć”. A więc tytułowi kartoflarze to nie zjadacze kartofli jak na słynnym obrazie van Gogha (do którego swoją drogą chętnie odwołuje się sam autor tekstu), ale ziemniakożercy. Co ciekawe, pierwotne tłumaczenie sztuki w przekładzie Agnieszki Klimko zakładało właśnie taką wersję tytułu, jednak w czasie produkcji zmieniono zdanie. Problemy rodzinne to więc nie kartofel powszedni, które zjadamy w intencji kolejnego, zwykłego dnia. To raczej twardy ziemniak do zgryzienia, na który my, prości grzesznicy, rzucamy się łapczywie. Słowem: zżeramy rzeczywistość bez głębszego zastanowienia nad nią.

O ziemniakach dramatycznie - Wiadomości
Vincent van Gogh, „Jedzący ziemniaki”, 1885, Van Gogh Museum, Amsterdam, zdj. dzięki uprzejmości wydawnictwa Arkady, foto: Onet

Sztuka powinna więc pozostawić w nas jakiś odcisk, wrażenie. Może szokować, obrzydzać, może też zaskakiwać. Reżyser czytania, Michał Zdunik, przyznaje, że tekst Tyrfingssona był dla niego dobrą okazją do zrewidowania własnej wizji Islandii jako raju na ziemi. Nawet podczas dyskusji po premierze odwoływano się do strajku kobiet z 1975 jako punktu wyjścia do niezależności  i wyjątkowej pozycji Islandek w swoim społeczeństwie. Wydaje mi się jednak, że ów mit społecznie lepiej rozwiniętej Islandii to tylko efekt autopromocji zakompleksionego narodu, który jeszcze niedawno składał się z samych zjadaczy kartofli. Choć dziś Islandia uznawana jest za wzór w kwestiach społeczno-światopoglądowych, nie da się zaprzeczyć faktom, że nie brakuje tam także przemocy, gwałtu, dyskryminacji, niesprawiedliwości. Nie potrafię też zgodzić się z treścią opisu sztuki, w którym Lisę nazywa się feministką. W dramacie rodzinnym brak miejsca na jej współczucie czy akt solidarności z drugą kobietą. Zgwałcona Kristin nie może liczyć na słowo otuchy, zostaje jedynie poczęstowana wódką i zachęcona do wycofania swoich zeznań. Wolność jednej kobiety kończy się tam, gdzie powinna zaczynać swoboda drugiej, tak się jednak nie dzieje. Nie tym razem. Na czym polega więc podobieństwo do Nory? Czy pozostawienie swojej rodziny na rzecz samorozwoju i wolności dzisiaj przyjęte byłoby tak samo pozytywnie, jak w dniu premiery sztuki Ibsena?

Podczas dyskusji wielokrotnie padało określenie estetyki czy stylistyki nordyckiego noir. Ciekawa jestem, co dokładnie socjolog Adam Ostolski miał tu nam myśli. Jeśli chodziło mu o nastrój panujący w domu Lisy i nieumiejętność znalezienia porozumienia między bohaterami, faktycznie moglibyśmy znaleźć nawiązanie do charakterystyki tego gatunku, z indywidualizmem głównego bohatera czy kryzysem komórki społecznej na czele. Mamy też element zbrodni, a przynajmniej wachlarz przestępstw: gwałt, kazirodztwo, molestowanie, nieudana próba samobójcza, jednak nie są one celem narracji, ale jej środkiem literackim. Mroczne dusze głównych bohaterów brane są na warsztat psychologa czy socjologa, nie znajdziemy tu jednak psychiki typowej dla seryjnego mordercy czy bezpardonowego stróża prawa.

Kartoflarze to opowieść o codzienności. To pozbawiony idealizacji czy nawet koloryzacji portret grupowy rodziny z pozoru normalnej, bezproblemowej. Pod grubą skórką kryją się jednak liczne skazy, które powodują psucie się od środka. Wydaje się, że zarobaczone miejsca, a nawet zgniliznę, można sprytnie wykroić nożykiem, lecz rozpoczętego już procesu psucia nie można zatrzymać. Ale my i tak wrzucamy do garnka nadkrojone kawałki, bo tak robili nasi rodzice i dziadkowie.

źródło: Teatr Dramatyczny
Czytanie odbyło się w ramach projektu “Fabulamundi. Dramaturgia w Europie: Ponad granicami?”. Nagranie (dostępne tylko do niedzieli) można znaleźć tutaj:

https://youtu.be/FSQ_JyITlpE

Islandczyk jak Frankenstein

autor: Victor Hugo
tytułHan z Islandii (oryginalny: Han d’Islande)
rok: 1823
wydawnictwo: Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza
liczba stron: 272

Wyobraź sobie, że mieszkasz w XIX-wiecznej Francji. Twoje wyobrażenie o Północy to składowa lektury Edd, powieści grozy i malarstwa romantycznego. Jaki obraz Islandii może mieć wówczas w swojej głowie młody francuski dyletant?

Odpowiedź daje nam Victor Hugo i jego debiutancka powieść Han z Islandii. Co prawda powieść ta została napisana jako druga, jednak to właśnie ją wysłał do druku jako pierwszą 21-letni wówczas pisarz. Autor Nędzników i Dzwonnika z Notre-Dame zadebiutował jako autor krótkiej powieści grozy, której akcja rozgrywa się w XVII-wiecznej Norwegii. W okolicach Trondheim (w książce figurującego jako Drodheimus), sieje postrach tytułowy Han, potwór z Klipsdalur. Ta tajemnicza postać, o której legendy opowiadają sobie tak baronowie, jak prości rybacy, znana jest z podpaleń i brutalnych morderstw. Mówi się o nim, że jest to mężczyzna olbrzymiego wzrostu i nieludzkiej siły, inni zaś wiedzieli go jako niskiego karła o brzydkiej twarzy, odzianego w skóry zwierząt. Plotkom i pogłoskom towarzyszą rewelacje o tym, że Han żywi się krwią ludzką i nosi długie, ostre pazury. Wśród prostych ludzi bano się wymawiać jego imię i szerokim łukiem omijano miejsca, w których widziano słynnego złoczyńcę. Ten zaś jest nieuchwytny, a mimo wysokiej nagrody za jego głowę próżno szukać śmiałka, który zaryzykowałby spotkanie oko oko z potworem.

Niczym w dramatach Moliera, poznajemy tytułowego bohatera z relacji innych zanim osobiście wkroczy on na karty powieści. Oczekujemy najgorszego, a kiedy już główna postać pojawia się w akcji, narrator nie daje nam pewności, czy to właśnie Han z Islandii. Przyjmuje on bowiem w historii ciągle nowe role i stroje, stając się istotnie postacią poboczną całej akcji, a mimo to spirytus movens intrygi. Choć nie wiemy zbyt wiele szczegółów jego osobistej historii, prywatna żądza zemsty za zabójstwo własnego syna staje się motorem akcji, w którą wplątane są różne postaci z dworu i prostego ludu. Raz to Han ma dowodzić grupą buntowników, gotowych wzniecić rewolucję przeciwko królowi, raz przypadkiem pomaga w rozwiązaniu tajemnicy rodowej, która przeszkadza młodym kochankom połączyć się szczęśliwym więzem małżeństwa. Nigdy jednak Han nie działa jako przyjaciel, raczej jako samotny wilk, który dokładnie waży swoje działania i sprawdza, co ułoży się najlepiej po jego myśli. Mający posłuch u niedźwiedzi, śmiechem reagujący na niebezpieczeństwo, do ostatnich chwil swojego życia pozostaje samolubny i ogarnięty potrzebą pomszczenia swojego potomka. Han jest więc tytułowym bohaterem powieści, a jednak anty-bohaterem, który łączy w sobie najgorsze cechy i zachowania. Tak przedstawia się w jednej z ostatnich scen książki, kiedy samodzielnie stawia się przed sądem:

Jestem szatanem z Klipstadur. Matką moją jest stara Islandia, wyspa wulkanów. Dawniej była ona tylko górą, ale spłaszczyła ją ręka olbrzyma, który, spadłszy z chmur, oparł się na jej szczycie. Nie potrzebuję wam mówić o sobie; wiecie chyba, że jestem potomkiem Ingólfa Tępiciela i że jego ducha noszę w swoim ciele. Więcej popełniłem morderstw i wznieciłem pożarów, aniżeli wy wszyscy wydaliście niesłusznych wyroków. (…) Wypiłbym z rozkoszą wszystką krew z waszych żył. Natura moja to nienawiść do ludzi; złe im wyrządzać – moje posłannictwo.

W treści książki wielokrotnie powracają określenia „szatan”, „potwór”, „olbrzym”, „dziki zwierz”, „rozbójnik”, a więc najgorsze przymioty anty-bohatera. Pytanie jednak brzmi: dlaczego to właśnie Islandczyk ma być ucieleśnieniem zła, co skłoniło młodego Francuza to przypisania wszystkich złych cech akurat temu narodowi? Bez wątpienia Hugo miał jakieś pojęcie o Islandii; czytał w końcu Eddę, która pojawia się także w powieści jako poczytna lektura. Śledził poczynania pionierów literatury grozy: Horacy’ego Walpola, którego Zamczysko w Otranto z 1764 roku uznawany jest za początek gatunku, oraz Mary Shelley, autorki Frankensteina, prekursorskiej powieści grozy. Od najlepszych zaczerpnął więc nastrój i scenerię powieści: neogotycki kontekst architektoniczno-sceniczny, umieszczenie historii w dalekiej przeszłości, elementy nadnaturalne, dalekie jednak od typowo baśniowych postaci, ale potencjalnie wyobrażalne, bo będące w bliskim związku z człowiekiem.

W estetyce neogotyzmu często wykorzystywano miejsca odległe od cywilizacji i kultury wciąż przesiąknięte wierzeniami ludowymi. Obszar nordycki ze swoją germańską spuścizną wydawał się więc idealny jako tło dla powieści grozy. Hugo sięgnął po rozpowszechnione w Europie wyobrażenie dzikiej, tajemniczej, nieprzyjemnej, wręcz diabelskiej i nieludzkiej Północy, a Islandia – najdalsza znana wówczas wyspa tej szerokości geograficznej, stałaby się więc kulminacją takich obrazów. Czytelnicy neogotyckiej powieści grozy karmili się przecież potworami mieszkającymi w ciemnych jaskiniach, mających cechy zwierzęce, pozbawionych serca morderców czy zdolnych do układów z diabłem rozbójników. Ich perypetie świetnie kontrastowały z romansami, w których niezmiennie więzione w wieżach bezbronne kobiety mogły zostać ocalone jedynie dzięki miłości dzielnego, pięknego młodzieńca. W tej słodkiej historii miłosnej utkanej intrygami i przeciwnościami inspirowanymi Romeem i Julią potrzeba więc groźnego zgrzytu, elementu niesamowitego, strasznego motywu, który zmrozi krew w żyłach.

To wyraźne zestawienie idealizowanych kochanków: przystojnego rycerza Ordenera z niezwykle piękną, lecz pozbawioną wolności Ethel z wyobcowanym na własne życzenie anty-bohaterem Hanem stanowi punkt wyjścia dla późniejszych powieści w twórczości Victora Hugo, gdzie Han z Islandii stanowi pierwszy przykład bohatera odtrąconego przez społeczeństwo. Daleki krewny Quasimodo nie jest jednak postacią o dobrym sercu w skórze potwora. To potwór pozbawiony cech ludzkich, bo nawet zemsta po stracie syna nie powodowana jest żałobą po utraconym dziecku, ale potrzebą ukarania tych, którzy przyczynili się do zerwania kontynuacji rodu z Klipsdalur, bowiem zmarły młodzieniec był ostatnim potomkiem Ingólfa Tępiciela  z Islandii. Żądny krwi i idący do celu po trupach (dosłownie) Han ma więc także cechy bohatera powieści frenetycznych. Popularna w połowie XIX wieku frenezja romantyczna (od frénétique – gwałtowny, szaleńczy) skupiała się na scenach makabrycznych, motywach okropności, zbrodni i szaleństwa.

Wydanie francuskojęzyczne Hana z Islandii uzupełnione jest analizą i interpretacją dzieła. Jej autor zestawia tytułowego bohatera z innym, bardziej charakterystycznym dla literatury grozy bohaterem: potworem doktora Frankensteina, potocznie zwanego po prostu Frankensteinem.  Choć bohater powieści Mary Shelley nie był człowiekiem, a tworem rąk ludzkich, niebezpiecznym eksperymentem, Han z Islandii również przejawia cechy potwora gotowego do zabijania i pozbawionego skrupułów. Czy Victor Hugo tak właśnie wyobrażał sobie Islandczyków? Dzikich, niecywilizowanych wyrzutków, dla których honor i rodzina ważniejsze są od zasad społecznych? Czy Han to XVI-wieczny wiking, rozbójnik o nieludzkiej sile, niczym średniowieczni berserkowie? Gwałciciel zmuszający do stosunku samotną kobietę, tylko po to, by przedłużyć ród, z którego się wywodzi? Noszący u boku konkretny atrybut (czaszkę) dla wzbudzania postrachu u innych?

Warto sięgnąć po młodzieńczą powieść Victora Hugo nie tyle po to, by prześledzić rozwój jego stylu. Dla mnie jest on świetnym świadectwem stanu wyobrażeń na temat Islandii w XIX-wiecznej Francji i zestawieniem stereotypów, którymi posługiwano się, nie mając bezpośredniego kontaktu z daleką Północą.

Nordycki przepis na szczęście

autorki: Magdalena Szczepańska, Aleksandra Michta-Juntunen, Agnieszka Jastrząbek, Aldona Hartwińska, Iga Faurholt Jensen, Kinga Eysturland
tytułCodziennie jest piątek. Szczęście po nordycku. Sztuka celebrowania każdej wolnej chwili
rok: 2020
wydawnictwo: Pascal
liczba stron: 318

Cukier, słodkości i różne śliczności! Znacie początek znanej kreskówki Atomówki? Wydaje mi się, że w podobny sposób można streścić przepis na szczęście po nordycku.

Na pewno kojarzycie hasła takie jak hygge, lagom, þetta reddast, koseligt. Za tymi pojęciami kryje się sedno nordyckiego szczęścia, a przynajmniej różne oblicza tego, co Nordycy uważają za potrzebne do szczęścia. Od kilku lat te hipstersko brzmiące pojęcia stają się nowym sposobem na spędzanie wolnego czasu. Blogi lifestyle’owe i sklepy z produktami do urządzania wnętrz, a nawet cukiernie i księgarnie wykorzystują te magiczne hasła do marketingu, aby sprzedać nam szczęście w postaci pachnących świeczek, domowego ciasta, ciepłych kocyków, nastrojowych lampek, lektur do czytania w długie zimowe wieczory. Czy jednak na tym polega nordyckie szczęście? Czy można kupić je w sklepie i obkładać się takimi przedmiotami, żeby poczuć się lepiej?

Już od dawna marzyło mi się znaleźć islandzki odpowiednik słynnego hygge. Chciałam odnaleźć przepis na islandzkie szczęście, ale na szczęście (nomen omen) zrobiła to za mnie Aga Jastrząbek, autorka bloga Vikingaland. Wraz z innymi członkiniami kolektywu Nordic Talking wzięła udział w ciekawym projekcie, polegającym na zestawieniu popularnych w obszarze nordyckim wyobrażeń o dobrym samopoczuciu i przyjemnie spędzonym czasie. Efektem tego eksperymentu jest książka Codziennie jest piątek, w której – poza słynnym duńskim hygge (omówionym przez Igę Faurholt Jensen) czy szwedzkim lagom (część Aldony Hartwińskiej) – czytamy również o fińskim sisu, norweskim kos, farerskim hugni i islandzkim þetta reddast. Każda część książki, której bohaterem jest dany kraj, kończy się słowniczkiem kluczowych pojęć, przepisami na idealne dania na rodzinny piątek oraz wywiadami z autochtonami. Ta świetna formuła pomieszania przyjemnego z pożytecznym, popularnonaukowego stylu z naukowym podejściem (na końcu mamy kompletną bibliografię) oraz obiektywnego tonu z subiektywną perspektywą, daje nam książkę wnikliwie poruszającą problem, która nie jest traktatem akademickim, a solidną pozycją na chłodne wieczory.

Skupmy się jednak na części islandzkiej, najbliższej mojemu sercu. Bardzo cieszę się, że za tekst wzięła się właśnie Aga – od wielu lat mieszkająca na Islandii i znająca język, kulturę oraz kuchnię islandzką. Z wielką przyjemnością czytałam jej narrację, bo z jednej strony jest bardzo osobista, a z drugiej – pełna odniesień do doświadczeń Islandczyków. Aga, jak zresztą pewnie pozostałe autorki, sama praktykuje wiele z zasad, o których pisze, co czyni jej tekst wiarygodnym i niezwykle atrakcyjnym. Czytelnik sam ma ochotę zanurzyć się w ciepłym basenie albo usiąść przy dużym stole i jeść domowe ciasto z rabarbarem. Zresztą może je sobie samodzielnie przygotować, choć – niestety – pozostaje w pewnym rodzaju rozczarowania, że samo ciasto nie uczyni atmosfery iście magiczną.

Przepis na “szczęście po nordycku” nie jest bowiem prosty. Owszem, cukier, słodkości i inne śliczności to stały element piątków we wszystkich krajach nordyckich: usiądź wygodnie na kanapie, otaczaj się ładnymi, ale przyjemnymi rzeczami, zjedz coś prostego, ale pysznego na kolację, najlepiej przed telewizorem. Tego dnia dzieciakom pozwala się jeść słodycze, a i dorośli pozwalają sobie na pizzę czy drinka. Ale czy tak nie wyglądają piątkowe wieczory również w Polsce? Co jest tym tajemniczym “związkiem X”, który czyni nordyckie spędzanie wolnego czasu bardziej komfortowym, a ludzi – szczęśliwszymi? 

Jeśli wierzyć autorkom książki, kluczem do szczęścia nie jest wcale objadanie się słodyczami i wylegiwanie na kanapie. Wręcz przeciwnie! W każdym kraju Północy obowiązuje również kult ruchu na świeżym powietrzu, z norweskiego: friluftsliv. Ja rozumiem ten paradoks tak: jeśli na co dzień ruszasz się, odżywiasz zdrowo, oddychasz świeżym powietrzem i wychodzisz na dwór niezależnie od pogody, taki piątek w ciepłym domu z kominkiem i ciastkami smakuje dwa razy lepiej. Jest nagrodą za cały tydzień, choć też pewnie Skandynawowie nie stresują się pracą tak jak i my. Związkiem X może być właśnie mniej stresu, spowodowane kontaktem z przyrodą, lepszymi warunkami pracy, być może również lepszymi nastrojami społecznymi. Jest to na pewno idealizowanie krajów nordyckich, ale niezależnie od tego, co czytamy w zaufanych reportażach o Północy, spędzenie choćby kilku dni w krajach nordyckich utwierdza w przekonaniu, że tam n a p r a w d ę żyje się lepiej. Być może związkiem X jest mentalność i postawa obywatelska, wsparcie państwa opiekuńczego, dostęp do rozrywek i finansowe możliwości podróżowania za granicę kilka razy w roku. 

Aga pisze o “islandzkiej kolonii” na Teneryfie, powszechnym dostępie do basenów, wyjątkowości saumaklúbbar, czyli połączenia koła gospodyń wiejskich z klubem dyskusyjnym. O tym, że Islandczycy radzą sobie w najtrudniejszych sytuacjach, od kryzysu gospodarczego po wybuch wulkanu. O wynagradzaniu sobie tygodnia pracy domową pizzą i zabawnym programem telewizyjnym. To tylko kilka przykładów z życia rozwiniętego, bogatego, nowoczesnego społeczeństwa, które jeszcze do niedawna nie widziało granic konsumpcjonizmu i kupowało Jeepy na kredyt.

Choć Codziennie jest piątek pisany jest z optymistycznym zachwytem, zdaje się nie demaskować prawdy o państwach nordyckich, które swoje szczęście zbudowały dzięki swojej wyjątkowej sytuacji geopolitycznej. Względnie nietknięte większymi konfliktami zbrojnymi, niemające wojennej przeszłości w pamięci zbiorowej (może poza Norwegią i Finlandią), kreatywnie i efektywnie rozwiązały problem biedy (jeszcze w XIX wieku Szwedzi  z głodu masowo emigrowali do Ameryki), przekuwając problemy społeczne i gospodarcze w nieźle działający system państwa dobrobytu. Nie mówię, że Skandynawowie nie zasłużyli sobie na to szczęście, wręcz przeciwnie – zapracowali na nie. Ale jeśli łudzimy się, że świeczki i smaczna herbata dadzą nam choć namiastkę hygge, jesteśmy niestety w błędzie. 

Codziennie jest piątek nie jest jednak pozycją naukową, nie musi więc analizować problemu wnikliwie. Jest miłą, dobrze napisaną i ładnie wydaną książką o zjawiskach, które są charakterystyczne dla państw Północy. W przyjemnej dla oka rozkładówce typowej dla kolorowych czasopism znajdziemy wiele fotografii ilustrujących szczęście po nordycku. Ta radosna estetyka sprzyja przekonaniu, że kraje Północne są niemal idealne, ale nawet jeśli przypadkiem tak zinterpretujemy relację Polek mieszkających w krajach nordyckich lub zakorzenionych w ich kulturach, przepytani Nordycy sami nierzadko dokonują krytyki swoich zwyczajów, przyznając się do słabości i wad. Przykładowo: czy Islandczycy faktycznie zachwycali się swoim krajem zanim masowo zaczęli przyjeżdżać do niego turyści? Żeby uzyskać odpowiedź, sięgnijcie po książkę. 

Czy da się połączyć przyjemnie spędzany czas ze szczęściem? Jeśli wykorzystamy definicje szczęścia przedstawione przez bohaterów publikacji, zrozumiemy, że źródłem szczęścia wcale nie są przedmioty, ale drugi człowiek. Aga przywołuje islandzkie powiedzenie maður er manns gaman, człowiek jest szczęściem drugiego człowieka. W zimnych, ciemnych krajach północy towarzystwo i bliskość są na wagę złota, ale i my możemy nauczyć się doceniać obecność drugiego człowieka i spróbować nordyckiego przepisu na szczęście: zakupić niezbędne hygge-atrybuty, a potem podzielić się nimi z kimś bliskim.

Dziękuję wydawnictwu Pascal za egzemplarz recenzencki.

Fałszywe złoto

Złotokap

tytuł oryginalny: Gullregn 
reżyseria: Ragnar Bragason
rok produkcji: 2020
kraj: Islandia

Złotokap (2020) - Filmweb

Jeśli zastanawialiście się, jak nazywa się islandzka odpowiedniczka Grażyny, to już Wam mówię: Indíana Jonsdóttir.

O filmie Złotokap w reżyserii Ragnara Bragasona dowiedziałam się jeszcze podczas Gdańskich Targów Książki, kiedy Karolina Gruszka w spotkaniu z Jackiem Godkiem opowiadała o swoich przygotowaniach do zdjęć. Tłumacz pomagał aktorce okiełznać islandzką wymowę oraz zrozumieć scenariusz do przygotowywanego filmu. Wówczas było jeszcze tajemnicą, o czym dokładnie będzie ta historia, jednak gdy tylko pojawiły się pierwsze zapowiedzi dystrybucji filmu w Polsce, zacierałam ręce z ciekawości i dziwnej dumy z udziału Polki w islandzkiej produkcji.

Nasza rodaczka wciela się w postać Danieli, pielęgniarki z Polski, która wywodząc się z wielodzietnej rodziny rozrzuconej po świecie, wyemigrowała na Islandię i od kilku lat zmaga się z językiem oraz szuka sobie ciekawych zajęć. Poznajemy ją jako pracownię domu starców, ale jako dyplomowana pielęgniarka będzie próbowała swoich sił również w ochotniczej grupie ratowników górskich, która zbiera nierozsądnych turystów z lodowców i innych niebezpiecznych destynacji. To właśnie w ramach tego wolontariatu poznaje Unnara (Hallgrímur Ólafsson), sympatycznego, ale też raczej nieśmiałego ratownika w średnim wieku. Ten każdą wolną chwilę poświęca swojej matce, Indíanie, właścicielce tytułowego złotokapu, czyli egzotycznego drzewa, które hoduje w swoim prywatnym ogródku na osiedlu wielkiego miasta (strzelam, że to gdzieś w reykjawickiej dzielnicy Breiðholt).

Wbrew polskiej linii promocji filmu, główną bohaterką nie jest Daniela, ale właśnie Indíana Jonsdóttir (Sigrún Edda Björnsdóttir). Typowa Grażyna, która surowo ocenia innych, sama będąc uosobieniem najgorszych cnót. Indíana to wyzyskiwaczka systemu, która wegetuje na zasiłkach i jeszcze na wszystko narzeka. Jako samotna matka wyszukała u syna wszelkie możliwe choroby, które pozwoliły jej na pobieranie publicznych pieniędzy i wakacyjne wyjazdy do sanatorium. Sama również jest na wszystko chora, udając niepełnosprawną kiedy wychodzi z domu. Wszystko po to, żeby się nie przepracować i nie zmęczyć, choć uważa, że jej życie od zawsze utkane było samymi przeciwnościami i los rzucał jej kłody pod nogi.

Jedynym pocieszeniem i adresatem bezinteresownych uczuć jest tytułowy złotokap, który dogląda i pielęgnuje z największą miłością. Egzotyczne drzewko przyniosło jej wiele zasług i dyplomów, lecz kiedy Ministerstwo Środowiska postanawia pozbyć się wszystkich gatunków obcych islandzkiej florze, kobieta idzie na wojnę z władzami. Pisze listy i wykłóca się z urzędnikami, uzbrojona w kule i okulary, które mają dowieść jej niepełnosprawności i wzbudzać litość. 

W domu jest jednak przeciwieństwem schorowanej i biednej obywatelki. Sprawna i całkiem już zdrowa, ma siłę wygrażać hałasującym sąsiadom, a kul używa do stukania w sufit, kiedy mieszkająca nad nią nastolatka ćwiczy grę na pianinie. Co gorsza, pianistka ma wietnamskie pochodzenie i zdaniem Indíany powinna wynieść się z Islandii, jak wszyscy inny imigranci. Indíana jest tradycjonalistką i wrogiem wszelkich nowości czy eksperymentów kulinarnych, traktując wszystko, co islandzkie, za najlepsze. Ciekawe tylko, że jej życie kręci się wokół egzotycznego drzewa, które z pewnością nie jest islandzkie. Niewielkie mieszkanko oświetlane złotem ukochanego drzewka jest jej królestwem i centrum dowodzenia: z fotela dyryguje dorosłemu już synowi oraz sąsiadce, Jóhannie (Halldóra Geirharðsdóttir), która pomimo własnej, potwierdzonej niepełnosprawności, usługuje jej na każdym kroku.

Jóhanna Einarsdóttir (świetnie zagrana rola!) jest postacią barwną i podkreślającą wszystkie wady Indíany, bo stanowi jej całkowite przeciwieństwo. Choć ograniczona ruchowo po wypadku, nie narzeka i nie boi się ruchu, czy to przy pracy, czy podczas igraszek z “narzeczonym”. Pogodnie i pokornie przyjmuje swój los, angażując się w życie społeczne osiedla i kolegując się ze wszystkimi sąsiadami. Jest bardzo otwarta na świat i ciekawa obcych kultur, ciesząc się obecnością imigrantów w swoim bloku. Gdy w życiu Indíany pojawia się Gabriela, polska dziewczyna Unnara, Jóhanna przyjmuje ją z otwartymi ramionami, chwaląc postępy w języku islandzkim i wypytując o polskie zwyczaje. Matka Unnara – wręcz przeciwnie – przyjmuje wrogie nastawienie do dziewczyny tylko dlatego, że nie jest Islandką i kaleczy język. 

Bilet na Złotokap - Warszawa, 05 Wrzesień 19:00 - Bilety24.pl

Indíana uosabia więc tradycjonalizm i ksenofobizm obecny na Islandii. Choć Wyspiarze wolą prezentować się jako tolerancyjni i otwarci, mieszkający tam emigranci przekonali się nie raz, że są gorsi, bo nie pochodzą stąd. Film jasno krytykuje islandzką zaściankowość i umiłowanie do tradycji czy puryzmu językowego, zgrabnie zestawiając ten groźny nacjonalizm z niewątpliwie dalekimi od patriotyzmu zachowaniami: pobieraniem publicznych pieniędzy bez powodu i nielegalnym dorabianiem na boku.

Indíana, jak typowa Grażyna czy Karen, jest uosobieniem średniactwa, które grozi współczesnym, multikulturowym i otwartym społeczeństwom. Biała, przynależąca do grupy etnicznej zamieszkującej swój kraj, należąca do większości kobieta w średnim wieku o średnim wykształceniu i reprezentująca klasę średnią niższą. Ma byle jakie pojęcie o świecie, ale uważająca się za pępek tego świata i wzór cnót. Nie podróżuje i nie zna języków obcych, więc wymaga od innych perfekcyjnego islandzkiego i przynależności do islandzkiej kultury. Sama nie pracuje i żyje z zasiłków, ale krytykuje niskie stanowiska innych czy pracę wolontariacką. Nie ma gustu i otacza się kiczowatymi przedmiotami, ale pozuje na elegancką, zadbaną damę w drogim futrze i wykwintnych upodobaniach. Wszystko to jednak opiera się na kompleksach, poczuciu własnej niższości, brakach w rozwoju duchowym i nierzadko trudnym dzieciństwie. 

Choć przeszłość Indíany mogłaby wyjaśnić jej toksyczną relację z synem i trudne podejście do świata, widz nie jest w stanie obdarzyć jej współczuciem. Jej zachowanie nie ma wytłumaczenia, a całe zło, które wyrządziła swojemu synowi, czyniąc go nie niepełnosprawnym uczuciowo i społecznie, jest krzywdą nie do naprawienia. Dobroć i wyrozumiałość Gabrieli z Polski nie wystarczy, aby wyleczyć tę ranę swoją miłością. Skierowanie wszystkich uczuć na drzewo przy wykorzystaniu własnego dziecka jako maszynki do pobierania zasiłków jest skrytykowane postawą postaci granej przez Karolinę Gruszkę, ale ostatecznie zło zwycięża z dobrem. Barwna egzotyka i wielokulturowość opuszcza ostatecznie dom Jonsdóttir, nie tylko dlatego, że jej ukochane drzewko zostanie w końcu wycięte. 

Film Złotokap świetnie wpisuje się w nurt czarnych komedii o charakterze gorzkiej analizy islandzkiego społeczeństwa, jaką widzieliśmy w W cieniu drzewa czy Kobieta idzie na wojnę. Użyta tu konwencja teatru telewizji, na którą uwagę zwrócił mój towarzysz, ma moim zdaniem uwypuklić role i podkreślić różnice między trzema bohaterkami: toksyczną i ograniczoną Indíaną, sympatyczną i otwartą Jóhanną oraz dobrą i współczującą Gabrielą. Te trzy typy kobiety dają wgląd w islandzkie społeczeństwo XXI wieku: złożone z radykalnych ksenofobów, lewicujących postępowców oraz licznych imigrantów. Ciekawe, że to właśnie role kobiece są w tym obrazie tak silne, spychając mężczyzn na drugi plan. Ci są albo zagubieni i bezsilni (Unnar), zrezygnowani i pozbawieni pewności siebie (Anton) albo emocjonalnie wykastrowani (Hjalti Pétur – krótka, ale barwna rola Jóna Gnarra). 

Czy na radykalizujące, idące w chory nacjonalizm i zaściankowość społeczeństwo islandzkie (i nie tylko) spadnie złoty deszcz zdrowego rozsądku? Czy oświetli nas wreszcie idea świata otwartego na wszystkich, tolerancyjnego, pełnego mądrych, ciekawych i dobrych ludzi? Skoro nawet społeczeństwo kraju uważanego powszechnie za jeden z najlepiej zorganizowanych i światłych zepsute jest aż do korzeni, czy jest nadzieja na to, że zakwitnie nam jeszcze lepsza Europa? Czy pastiszowy obraz Indíany-Grażyny stanie się czymś więcej niż niewyczerpalnym źródłem dla żartów i memów? Nie mówię, że Złotokap to film genialny i w pełni analizujący to, co dzieje się we współczesnym świecie. Uważam jednak, że wiele w nim celnych uwag i dobrze zanalizowanych przypadków, dlatego warto go obejrzeć, nawet jeśli – albo właśnie dlatego, że – znudziły nas już żarty z Grażyny i Janusza.

Mleczna rewolucja

Daleko od Reykjavíku

tytuł oryginalny: Héraðið
reżyseria: Grímur Hákonarson
rok produkcji: 2019
kraj: Islandia

Daleko od Reykjavíku | Kino Muranów

Jeśli wybieracie się na “nowy film twórcy Baranów“, nie zdziwi Was, że akcja znowu kręci się wokół zwierząt i znowu z daleka od dużego miasta.

To właśnie dzięki Baranom. Islandzka opowieść Grímur Hákonarson zrobił międzynarodową karierę, a film odniósł wielki sukces równie w Polsce, a ci, którzy dotąd nie mieli pojęcia o wyspiarskiej kinematografii albo niewiele wiedzieli o Islandii, poznali ją właśnie przez kadry czarnej komedii z owcami w roli głównej. Świetnie zagrany i pięknie skomponowany film miał faktycznie wszystkie atuty, by godnie reprezentować Wyspę. Konflikt między braćmi i silny związek z wsią i gospodarstwem, a przede wszystkim podkreślenie piękna (i zacofania) islandzkiej prowincji chwycił nas za serca, będąc uniwersalną opowieścią o wartościach. Jednocześnie stał się wizytówką islandzkiego kina – celnym komentarzem na temat współczesności, pozostającym w dialogu z klasykami podejmującymi podobny wątek kontrastu miasto-wieś. W dodatku komentarzem pełnym humoru – wszyscy pamiętamy scenę, w której rolnik podrzuca swojego brata ciągnikiem pod szpital i wykłada go łyżką pod drzwi przychodni.

Uwaga! Spoilery!

W Daleko od Reykjaviku również pojawia się godna zapamiętania scena, w której główna bohaterka oblewa siedzibę spółdzielni świeżym mlekiem z cysterny. Inga jest świeżą wdową – jej mąż umiera w wypadku samochodowym i zostawia na jej barkach całe gospodarstwo z krowami mlecznymi. Kobieta nie jest jednak sama, ponieważ może liczyć na pomoc spółdzielni – związku lokalnych rolników, którzy wspierają się poprzez skupywanie własnych produktów. Robią zakupy w tym samym sklepie i są samowystarczalni, nie musząc wspierać sieciówek z Reykjaviku. W teorii celem spółdzielni jest umocnienie patriotyzmu lokalnego i pozycji gospodarzy z małej wioski na północy Islandii. Niestety okazuje się, że rolnicy słono przepłacają na tej współpracy, a każda próba wyjścia poza spółdzielnie i robienie interesu z zewnętrznymi kontrahentami jest surowo karana przez zarząd. Niektórzy zmuszani są do kablowania na innych, straszeni odebraniem farmy mającej problemy finansowe. Ta patowa sytuacja zmusza rolników do godzenia się na wysokie ceny i nie wychylania się przed szereg.

Daleko od Reykjavíku | Kino Muranów

Co innego Inga (Arndís Hrönn Egilsdóttir), która po śmierci męża zaczyna drążyć wszelkie nieprawidłowości w funkcjonowaniu spółdzielni, stając się wrogiem publicznym numer jeden. W przerwie między dojeniem a dokładaniem siana krowom pisze pełen emocji artykuł na Facebooku, który rozprzestrzenia się w internecie, a następnego dnia udziela wywiadu państwowej telewizji, nazywając spółdzielnię mafią. Rozpoczyna rewolucję, nie bacząc na konsekwencje, z jakimi przyjdzie się jej zmierzyć. A te są przykre jak skwaśniałe mleko: publiczny ostracyzm, groźby, nachodzenie, niszczenie mienia, bycie obserwowaną. Zdaje się jednak, że ta dumna pani w gumiakach wypija naważone mleko duszkiem, a gdy nadchodzi niebezpieczeństwo, sięga po broń lub miesza z błotem – dosłownie – nieprzyjemnych typów. Wszystko to wydaje się wręcz nierealne: niemal w pojedynkę zaczyna walkę z mafią, sprzeciwia się woli społeczności, a na oczach mieszkańców wylewa plon pracy swoich rąk na elewację budynku wroga. Ale mleko się rozlało i obecni w siedzibie członkowie zarządu zdają się tylko utwierdzić w przekonaniu, że kobieta jest niespełna rozumu i zadbają o to, aby zgarnęła ją policja. 

Scena, symboliczna dla całej akcji filmu, jest w gruncie rzeczy bardzo tragikomiczna. Działająca dotąd pod wpływem emocji impulsywna kobieta zostaje sprowadzona do porządku przez mężczyzn, mających w ręku realną władzę i siłę. Niby nie traci swojej godności, bo szybko zostaje zwolniona z aresztu, ale w bardzo trywialny sposób jest nam tutaj zasygnalizowane, że kobieta nie ma zbyt wiele do powiedzenia w tej niewielkiej, konserwatywnej społeczności. Być może wąskie grono przyjaciół popiera jej bunt, ale dopiero sięgnięcie po ekstremalne środki zdaje się otworzyć społeczności oczy i zachęcić do zmiany. Część rolników zapragnie stworzyć własną spółdzielnie, ale jest to pomysł mężczyzn, a nie samej Ingi. Szargana emocjami kobieta doprowadzona do ostateczności przez walkę z niesprawiedliwym systemem zdaje się być postawiona do pionu przez racjonalny plan mężczyzn. Widz nie zastanawia się nawet, dlatego to nie Inga wpada na pomysł założenia niezależnej spółki. Po prostu akcja rozwija się we własnym, należącym do tej społeczności, tempie, gdzie inicjatywa kobiety i tak sprowadzona jest do realnego działania mężczyzn.

Daleko od Reykjavíku – Charlie Monroe Kino Malta

To oczywiście nie przypadek, że główna bohaterka jest kobietą. W jednym z wywiadów reżyser zgodził się, że Inga walczy nie tylko z systemem, ale również z uprzedzeniami zacofanej społeczności. Z jednej strony oczekuje się od Ingi pracowitości i przywiązania do krów, a z drugiej – po śmierci męża społeczność zadaje pytanie, kiedy wdowa opuści gospodarstwo. Inga pozostaje w opozycji nie tylko do spółdzielni, czy mężczyzn, ale do całej wspólnoty – dopiero z czasem ta silna jednostka zacznie przewodzić nowemu ruchowi i odnosić spektakularne suckesy.

Wspominałam już raz, że rozwój fabuły wydaje się wręcz nierealny, a teraz dodam, że entuzjazm i nadzieja na wygraną z systemem są po prostu naiwne. Historia oparta jest na faktach, podobno początkowo Grímur Hákonarson planował nakręcić dokument demaskujący korupcję i układy w wielu wsiach islandzkich. Nikt z poszkodowanych nie miał odwagi wypowiedzieć się przed kamera, dlatego reżyser ubrał fakty w fikcję i napisał bajkę o dzielnej kobiecie, która może wszystko. W tej bajce jest miejsce na czarny charakter, jakim bezsprzecznie jest zarządca spółdzielni, dojący niezłą kasę Eyjólfur (Sigurður Sigurjónsson), który gra przyjaciela, ale za plecami bohaterki knuje swój plan zniszczenia. Są też dobre wróżki, w tym przyjaciel Friðgeir (Sveinn Ólafur Gunnarsson) i jego żona, którzy wspierają Ingę od śmierci męża. Mimo czarów złego Eyjólfura staje się cud i społeczność przegłosuje wniosek założenia nowej spółdzielni. Jednak już następnego dnia cudowna bańka pryska i Inga dostaje nakaz eksmisji. Potulnie zbiera więc swoje graty i wyjeżdża na południe, zamieszkać wraz z dziećmi w Reykjaviku.

Przyznam, że mocno pogubiłam się w tej historii. Z początku film nabierał charakteru kryminału, w którym żona szuka sprawiedliwości po tajemniczej śmierci swojego męża. Bohaterka idzie na wojnę, ale tak naprawdę nie wiemy ostatecznie jakie są jej motywacje: czy robi to w imieniu męża-kreta, a może próbuje udowodnić własną siłę? Czemu tak zależy jej na gospodarstwie, skoro od dawna chciała je opuścić? Dlaczego poświęca tyle energii w przywrócenie sprawiedliwości, skoro tak łatwo poddaje się i wyjeżdża? W wielu momentach akcja pozostaje niespójna, a widzowi nie wystarcza barwne zakończenie, w którym Inga mknie przez pola lawowe, śpiewając stary hit za kierownicą. Niby piosenka jest o wolności i niezależności, ale właściwie w filmie nie zaznaczono, żeby bohaterce tego brakowało. Ogólnie zamknięcie narracji mdli jak mleko, kiedy się je zbyt mocno podgrzeje. 

Mam nadzieję, że Grímur Hákonarson odnajdzie jeszcze tę świeżość, którą pokazał w Baranach. Mam wrażenie, że przy okazji Daleko od Reykjaviku trochę przekombinował i sam chyba nie do końca wiedział, jaki efekt chce uzyskać. Prywatnie zaangażowany jest w kwestie społeczne i polityczne, a problem mafii faktycznie jest jednym z poważniejszych, ale rzadko dyskutowanych na Islandii. Mówi się, że Wyspą rządzą cztery wpływowe rodziny, które mają dostęp do władzy, mediów i biznesu. To oni decydują o życiu wszystkich Islandczyków, to oni maczali swoje palce bankach, co doprowadziło do kryzysu w 2008 roku. Z pewnością warto mówić o tym problemie głośno, szczególnie z filmie destynowanym na zagraniczne festiwale. Mimo to zniszczono potencjał ciekawej historii, przyprawiając ją o kożuch happy-endu. Czekam na prawdziwą silną jednostkę w islandzkiej kinematografii, która wyjdzie z filmu i nakręci prawdziwy film o tym problemie. Może to będzie kobieta? Kto wie, kto ma większe szanse na walkę z mafią.

Biegiem przez biegun

autor: Artur Gorzelak
tytułPod bieguny
rok: 2020
wydawnictwo: Artur Gorzelak
liczba stron: 212

opis promocyjny:
W swojej książce Artur Gorzelak zabiera nas na spotkanie z nieujarzmioną przyrodą stref podbiegunowych. Publikacja prezentuje aż cztery wyprawy obfitujące w niespodzianki, jakie płata mieszkańcom umiarkowanej strefy klimatycznej zetknięcie z twardymi realiami Północy (a w jednym przypadku Południa). Pierwsza przygoda to maraton zorganizowany na dalekim Spitsbergenie w bliskim sąsiedztwie niedźwiedzi polarnych, który jednocześnie stanowi okazję do złożenia wizyty na Polskiej Stacji Polarnej Hornsund. Następnie towarzyszymy autorowi w objeździe dookoła Islandii słynną drogą nr 1 (w warunkach niekiedy ekstremalnych), by chwilę później wyruszyć na Półwysep Kolski w pogoń za zorzą polarną. Całość zamykają wędrówki pośród lodowców i parków narodowych odległej Patagonii. Książka “Pod bieguny” nie przypomina tradycyjnych przewodników, za to stanowi ich doskonałe uzupełnienie – opisuje z “pierwszej ręki” z jakimi wyzwaniami przyjdzie się zmierzyć podróżującym do tych zakątków świata. Nie brakuje w niej humorystycznych sytuacji i anegdot, a wszystko okraszone jest solidną, ale przystępnie podaną dawką wiedzy przyrodniczo-historycznej ze sporym udziałem wątków polskich.

Co wspólnego mają ze sobą Spitsbergen, Islandia, Półwysep Kolski i Patagonia? Z pewnością miejsca z okolic obu biegunów łączy jedno – trudne warunki klimatyczne.

Ale podobieństw jest więcej. Przeczytamy o nich w najnowszej książce Artura Gorzelaka, w mediach społecznościowych znanego jako W judodze na rowerze. Pod bieguny to czwarta książka przedstawiająca podróżniczo-sportowe przygody autora. Dotąd opisywał on Japonię i Koreę Południową (W judodze na rowerze. Japońsko – koreańska przygoda na dwóch kółkach) oraz Taiwan (Made it in Taiwan, czyli rowerem przez kraj rowerów) z pozycji jednośladu, a także zamarznięty Bajkał (Postawieni na lodzie. Piesza przeprawa przez Bajkał), który pokonał na własnych nogach. W najnowszej książce głównym środkiem transportu również są nogi. W Pod bieguny czytamy o maratonie na dalekiej Północy – w spitsbergeńskim Longyearbyen, a także trekkingowych wędrówkach po Islandii, Półwyspie Kolskim oraz Patagonii. Warto podkreślić, że książka ma dwóch, a nawet trzech autorów – ostatnia z części to zapis podróży rodziców Artura Gorzelaka, spisany przez jego matkę.

Wróćmy jednak do podobieństw skrajnych krain z bieguna północnego i południowego. Czytając fragment ostatniego rozdziału książki Pod bieguny, możemy przekonać się, że usunąwszy nazwy własne z poniższego opisu i wstawiając na ich miejsce dowolne toponimy, otrzymalibyśmy uniwersalny tekst charakteryzujący wiele z okołobiegunowych krain.

(…) wodospady lśniące na bazaltowej skale, posępny zasłany głazami krajobraz kontrastujący z radością piechurów, którzy osiągnęli swój cel, stada koni pasących się na rozległych łąkach wokół jeziora ***, sylwetki skalnych wież wyłaniających się z mgły na pożegnanie dnia czy (…) kwiaty *** odcinające się od błękitu nieba.

Fragment dotyczy Patagonii, jednak z mojego doświadczenia mógłby równie dobrze opisywać Islandię. Z resztą tylko w tym z czterech opisywanych miejsc byłam, a więc czytałam książkę w 1/4 z perspektywy własnych wspomnień, a w 3/4 w oparciu o wiedzę geograficzno-kulturową. Nie jest tajemnicą, że rozdział dotyczący Islandii interesował mnie najbardziej, dlatego rozpoczęłam lekturę właśnie od tego miejsca. Nie był to jednak mój pierwszy kontakt z książką, gdyż próbne ustępy pierwszego rozdziału otrzymałam od autora o wiele wcześniej, kiedy rozmawialiśmy o objęciu książki patronatem Utulę Thule. Już wtedy przekonałam się, że książka pisana jest lekko, choć bardzo obiektywnie, a może nawet zbyt anegdotycznie. Mimo to postanowiłam spojrzeć na całość przez oba filtry – doświadczonej Islandią i nieznającej reszty krańcowych krain i uświadomiłam sobie, że z tego punktu widzenia rozdział islandzki okazał się najmniej pociągający. Objazd Jedynki samochodem usiany geograficznymi ciekawostkami o gejzerach i wulkanach nie był tak porywający, jak podróż skuterem śnieżnym przez królestwo niedźwiedzia polarnego, sianiami przez rosyjską krainę Saamów czy truckiem przez argentyński park Los Glaciares.

Wszystkie cztery krainy opisane są z perspektywy podróżnika-piechura, stroniącego od rozwiązań wybieranych przez turystów. Są jednak pewne wyjątki, kiedy doświadczony i wysportowany narrator przyznaje się do wykupienia wycieczki z przyczyn logistyczno-racjonalnych, np. zdając sobie sprawę, że jazda wynajętym samochodem po zmarzlinach północnej Rosji czy samodzielna przeprawa przez tereny argentyńsko-chilijskie mogą być trudne, a nawet niebezpieczne. Wbrew opisowi promującemu książkę nie znajdziemy tu jednak sytuacji ekstremalnych, a przynajmniej takich, do jakich przywykliśmy czytać reportaże podróżnicze z rejonów podbiegunowych.

Nikt jednak nie obiecuje nam sportów ekstremalnych, ale relację z podróży, którą być może udałoby się czytelnikowi powtórzyć. Książka, okraszona autorskimi zdjęciami ze wszystkich czterech destynacji, pełna jest praktycznych porad (szczególnie w ostatnim rozdziale) oraz plastycznych opisów, ułatwiających wyobrażenie sobie współudziału w opisywanej przygodzie, a może nawet zaplanowanie własnej. Choć może nie będziemy mieli tyle szczęścia, aby popłynąć na północ Norwegii statkiem i przebiec maraton w mrozie, to osiągalnym dla czytelnika może być polowanie na zorzę polarną czy karmienie reniferów w wiosce saamskiej. Dla mnie książka ta jest właśnie wyważonym przykładem fajnie napisanej relacji z podróży, która w wielu miejscach jest na tyle nietypowa i oryginalna, że chce się o niej przeczytać, ale również przewidywalna i łatwa do powtórzenia, jeśli chcemy iść w ślady autora. Z lektury będzie więc zadowolony tak profesjonalny biegacz czy piechur, ale też przyzwyczajony do wygód turysta czy emeryt szukający dowodu na to, że życie zaczyna się po 65. roku życia.

Pomimo wielu interesujących faktów, książka nie jest zbiorem reportaży, a raczej przede wszystkim subiektywnym zapisem wspomnień z podróży. Nie jest to literatura pokroju Ilony Wiśniewskiej (na którą powołuje się autor w części poświęconej Spitsbergenowi), bowiem nie przedstawia wnikliwego zgłębienia kultury i próby zrozumienia lokalnej społeczności. Znajdziemy tu raczej ogólnie znane treści, choć książkę Pod bieguny łatwo obronić tym, że bez sięgnięcia po nią nie dowiedzielibyśmy się wielu istotnych informacji na temat północnej Rosji czy Saamów, gdybyśmy się nimi nie interesowali.

Książkę czyta się ją miło i przyjemnie, szczególnie, że proporcja autorskich doświadczeń do faktografii zdecydowanie wychodzi książce na plus. Autorowi (a raczej autorom) udało się znaleźć złoty środek pomiędzy tym, co znajdziemy w przewodnikach i encyklopediach a humorem i dystansem podróżnika-turysty. W wielu miejscach lektura przypominała mi relację z podróży Agnieszki Rezler, w której autorka nie robi z siebie ekspertki od Islandii. Podobnie tutaj, Artur Gorzelak i jego mama nie popisują się wiedzą, a wplatają usłyszane lub wyczytane informacje w swoją opowieść, czyniąc ją bardzo pedagogiczną. Nie brakuje tu jednocześnie soczystych opisów perypetii i zwrotów akcji, dzięki którym podróż wydaje się warta zapamiętania. To właśnie te anegdoty, choć czasem przedstawione chaotyczne i “wmontowane” w tekst dość przypadkowo, czynią z relacji interesującą lekturę w sierpniowe popołudnie.

Na koniec warto podkreślić, że książka jest piękne wydana i to wydana sumptem samego autora. Szczególnie godne pochwały są zdjęcia i szata graficzna, a także pięknie zaprojektowana okładka. Zważywszy prywatne wydawnictwo książki, należy pochwalić trud autora, który nie tylko sam musiał wziąć na siebie druk, ale też promocję. Tym samym jako patronka książki Pod bieguny zapraszam Was serdecznie na spotkanie premierowe, które odbędzie się 3 września w warszawskiej klubokawiarnii Tam i z powrotem.

zdjęcie: Artur Gorzelak

Wszystko płynie

autor: Andri Snær Magnason
tytułO czasie i wodzie
rok: 2020
wydawnictwoKarakter
tłumaczenie: Jacek Godek
liczba stron: 304

Chyba po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się sięgnąć po książkę, która w pełni odpowiadała moim obecnym zainteresowaniom i lękom. Gdy otwierałam ją po raz pierwszy, nie zdawałam sobie sprawy, ile dobra w niej znajdę.

“Lodowce to zamarznięte manuskrypty opowiadające historie na tej samej zasadzie co słoje w drzewie czy warstwy osadu – dzięki nim można gromadzić informacje i zbudować sobie obraz przeszłości.”

W marcu tego roku miałam zaplanowane wystąpienie w Centrum Interpretacji Zabytku. Poproszono mnie o wykład o Vatnajökull i innych lodowcach Islandii. Choć nie jestem glacjologiem ani klimatologiem, postanowiłam ruszyć temat od strony dziedzictwa narodowego i kultury. Zebrałam bardzo interesujący materiał, sięgając do islandzkiej sztuki, literatury, kinematografii oraz kultury popularnej. Okazało się, że lodowce istotnie zajmują ważne miejsce w wyobraźni Islandczyków, wielokrotnie portretowane i opisywane w sztuce. Zresztą już według mitologii nordyckiej lodowiec opisywany jest jako źródło życia i początek wszystkiego. Tak opisuje to Edda Młodsza:

Wykład został jednak odwołany z powodu Covid, a ja zabrałam się za inne projekty, angażując się coraz bardziej w głośnie mówienie o zmianach klimatycznych i dołączając do Chóru Klimatycznego oraz protestów Ingi Zasowskiej pod Sejmem. Nie mogłam zapomnieć o islandzkich lodowcach. Śpiewamy o nich podczas prób, rozmawiamy o ich topnieniu, dyskutujemy o dokumencie “Można panikować”, w którym prof. Szymon Malinowski przekonuje, że nasza sytuacja jest już naprawdę beznadziejna. I co? Nic z tym nie robimy, aż w końcu na rynek polski trafia książka, która w świetny sposób wyjaśnia, dlaczego tak jest. Dlaczego możemy angażować się w sprawy ekologiczne, odczuwać panikę przed końcem świata, a jednocześnie nie rezygnować z samolotów i cieszyć się z upałów w środku lata. W ubiegły weekend było jakieś 37 stopni i poza kilkoma wpisami w mediach społecznościowych “uff jak gorąco” nie zrobiło to na nikim większego wrażenia.

Andri Snær Magnason nazywa to białym szumem. Islandzki pisarz twierdzi, że w obliczu rozmiaru zmian klimatycznych pozostajemy bezradni, nie potrafimy odpowiednio reagować. Owszem, od czasu do czasu pochylimy się nad problemem i uronimy łzę, ale problem przygniata nas do tego stopnia, że wybieramy ignorancję. Łatwiej skupiać się na mniejszych problemach niż na tym, co jest kwestią globalną i dotyczy nas wszystkich, przez cały czas. Co więcej, zmiany klimatu są powolne i zaczęły się już dawno temu, a więc nie są tak spektakularne i nagłe jak inne katastrofy. Dlatego ich nie dostrzegamy.

Biały szum to jedno z wielu celnych spostrzeżeń autora. W swojej płynnej niczym tytułowa woda i czas narracji łączy on kwestie ekologiczne z portretem swoich przodków. Mogłoby się wydawać, że opowieść, w której mieści się pobyt na lodowcu, przeglądanie starych manuskryptów, skomplikowane operacje, rozmowy z Dalajlamą czy historie z dzieciństwa zamazują główny przekaz autora. Ale właściwie nie ma jednego tematu tego swoistego strumienia świadomości. Raz w formie eseju, a raz – reportażu, Magnason zdaje się chyba przede wszystkim opowiadać o zmianach. Wszystko płynie: ludzie się starzeją, lód topnieje, priorytety ulegają przewartościowaniu, a człowiek wciąż zadaje sobie nowe pytania i stawia przed sobą kolejne zadania.

Czas płynie, a jednak trzeba reagować już teraz. Jest to niby oczywiste, a mimo to każda kolejna książka wydana na ten temat to jakby nowe objawienie. Islandczyk podaje wiele liczb i faktów, które za tym przemawiają, a jednak jego przekaz wydaje się trafiać bardziej, niż debaty naukowców i specjalistyczne teksty. Książka porywa, zmusza do refleksji, bo pisana jest z osobistej perspektywy, a nie w suchy i pozbawiony subiektywności sposób. Co więcej  – nie przedstawia wyłącznie czarnych scenariuszy, gdyż stara się ująć różne kierunki i nadzieje na przyszłość, również z teorią o odradzaniu się lodowców. Pisze z pozycji nie ekologa, specjalisty, ale pisarza, poety, działacza na rzecz środowiska. Odwołuje się do własnej walki o regiony Islandii, które miały zostać poświęcone przemysłowi. Wspomina liczne podróże oraz obserwowane podczas nich zagrożone wyginięciem gatunki.

Wszystko płynie, a jednak za starożytnymi filozofami i współczesnymi myślicielami, autor zdaje się uczyć nas cierpliwości i pokory. “O czasie i wodzie” nie jest więc pozycją, którą mamy się biczować za nieprzyjazne środowisku wybory życiowe. Jest raczej opowieścią o nadziei, która w ustach najbardziej radykalnych aktywistów ekologicznych dawno już umarła. Jeśli zwyczajny Ziemianin nie chce czytać trudnych raportów ani zgodzić się z protestującymi dzieciakami, to może posłucha poety? W końcu podczas prób Chóru Klimatycznego uczono nas, że nie wykrzykiwaniem i obarczaniem winą zachęcimy do walki o lepszą przyszłość naszej planety. W czasach trudnych serca porywały nie ścisłe umysły, ale poeci.

Dlatego “O czasie i wodzie” to lektura obowiązkowa tak dla ekologicznych denialistów, jak i ludzi względnie zasmuconych zmianami klimatycznymi. Autor nie podaje konkretnych rozwiązań, zasiewa jednak potrzebę wprowadzania własnych zmian i uświadamia czytelnikowi, jak bezcenne, a jednocześnie nic nieznaczące w skali dziejów świata, jest ludzkie życie. Nawet jeśli jesteśmy na tej planecie tylko przez jakieś 100 lat, nasze wybory wpływają na kolejne pokolenia, tak jak decyzje naszych poprzedników ukształtowany nasze położenie. Można umrzeć i pozostawić po sobie bałagan wynikający z naszego lenistwa i obojętności, ale można też zadać sobie trud i wykonać nieskomplikowaną operacją matematyczną, by dowiedzieć się, w którym roku będą żyli ludzie, których narodzin doświadczymy za naszego życia.

Na koniec warto zaznaczyć, że polskie wydanie książki świetnie wpisuje się w tematykę proekologiczną. Biorąc ją do rąk mam wrażenie, że okładkę wykonano z papieru czerpanego, a strony są cienkie i lżejsze. Sam Magnason  pisał, że książki szybko się rozkładają, tym różnią się od niematerialnych zabytków kultury i naturalnego dziedzictwa narodowego. Tym niemniej mam nadzieję, że wybór biodegradowalnych materiałów lub papieru pochodzącego z odzysku uzupełnia sens słów islandzkiego pisarza. Słów, które pięknie przełożył Jacek Godek, w ostatnich miesiąc bardzo płodny tłumacz języka islandzkiego. Muszę przyznać, że jako czytelniczka większości jego przekładów jestem pozytywnie zaskoczona pewną zmianą stylu i lekkością pióra tłumacza. Wdzięczna jestem również redakcji za użycie islandzkich znaków, których często brakuje w wydawnictwach literatury tego kraju.

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję wydawnictwu Karakter.

Podróż do krainy modrzewi

autor: Bjørn Andreas Bull-Hansen
tytuł: Jomswiking. Winlandia
rok: 2020
wydawnictwo: Czarna Owca
tłumaczenie: Katarzyna Michniewicz-Veisland, Maria Sibińska
liczba stron: 640

Kiedy myślimy, że dość mamy już wikingów w popkulturze, pojawia się kolejna pozycja, której nie da się odmówić. A jeśli akcja dotyczy znanego nam dobrze kawałka polskiej ziemi, tym chętniej sięgamy po nową powieść.

Z góry zastrzegam, że piszę ten tekst z pozycji miłośniczki sag islandzkich, od lat interesującej się wikingami i popularyzującej wiedzę na temat tych dawnych wojowników, również zmierzając się z mitami. Nie jestem jednak historykiem, a teksty źródłowe czytam jak literaturę piękną, a nie faktografię. Daleko mi też do pasjonatów, którzy rekonstruują średniowieczną broń i spotykają się na teatralne bitwy. Interesują się zresztą głównie dziejami wikingów na Islandii, niewiele wiedząc o wojach z Jomsborgu. Dlatego kiedy w moje ręce wpadła książka Bjørna Bull-Hansena, postanowiłam potraktować ją jako podręcznik do nauki historii z przymrużeniem oka.

Jomswiking. Winlandia to druga część sagi autorstwa tego norweskiego autora. Bjørn Bull-Hansen, zasłynął przede wszystkim dzięki pierwszej książce z serii: Jomswiking. Czas ognia i żelaza, również wydanej po polsku nakładem wydawnictwa Czarna Owca. W niej poznajemy głównego bohatera serii, Torsteina, który jako kilkunastoletni chłopak wpada w niewolę i po latach postanawia uciec do Jomsborga – legendarnej osady, w której żyją wojownicy równi i wolni. Ostatecznie Torstein Tormodson, zwany też Tortsteinem Szkutnikiem, staje się hovdingiem, czyli przywódcą grupy wojowników z Jomsborga. Po bitwie pod Svolder, w której Torstein zadaje śmiertelny cios królowi Norwegów, Olafowi Tryggvasonowi, wojownicy zmuszeni są do ucieczki, bowiem ze względu na zabójstwo zostają wyjęci spod prawa. Stąd więc postanawiają udać się w podróż morską do dalekiej Winlandii, odkrytej wcześniej przez Leifa Erikssona. Tu zaczyna się historia opisana w drugiej części książki.

W kontynuacji sagi poznajemy więc perypetie drużyny Torsteina, udającej się w daleką żeglugę z Orkadów. Żona Torsteina, Signi, właśnie rodzi dziecko i w końcu możliwe jest wejście na statek, bo podróż z ciężarną mogłaby przynieść żeglarzom pecha. Mimo wielu przeciwności, sztormów, wypadków na burcie oraz różnych konfliktów z małżonką i załogą udaje się jednak Torsteinowi dopłynąć do celu, z licznymi przystankami: na Wyspach Owczych, u wybrzeży zachodniej Islandii, na Grenlandii. Celem jest właśnie tytułowa Winlandia, kraina mityczna, o której marzy się, że rosną tam modrzewie i panują idealne warunki do założenia osady. Grupa Torsteina chce stworzyć własne miejsce na ziemi, nie poddając się żadnemu jarlowi. Planują budować statki i sprzedawać je na wschodzie, a także wymieniać inne cenne towary z Grenlandczykami czy Islandczykami. Wiele z tych planów nie dojdzie jednak do skutku, bo po drodze wydarzą się wypadki, które spowodują, że żeglarze będą niemile widziani tak w Islandii, jak i na Grenlandii. Nadzieją jest nowa ziemia, Winlandia, ale i tam czekają na nich nowi przeciwnicy: Skrælingowie, czyli rdzenni mieszkańcy Ameryki Północnej.

Bardzo chciałabym mieć dostateczną wiedzę historyczną, aby umieć oddzielić fikcję od faktów. W powieści Bjørna Bull-Hansena postaci i wydarzenia historyczne są bowiem sprawnie połączone z wyobraźnią autora. Główny bohater sagi, Torstein Tormodson, to postać najprawdopodobniej zmyślona, ewentualnie będąca daleką inspiracją innymi postaciami historycznymi. Jedną z nich byłby Torstein Knarresmed, zwany właśnie Szkutnikiem, który brał udział w bitwie pod Stiklestad, podczas której poległ król Olaf, uznany potem za świętego. Z kolei w książce często pojawia się odniesienie do bitwy pod Svold, w której poległ Olaf Tryggvason. Którego króla Olafa faktycznie zabił książkowy Torstein i czy gdyby chodziło o Trygvasona, dlaczego miałby być za to wyjęty spod prawa w chrześcijańskiej Skandynawii?

Peter Nicolai Arbo, Śmierć św. Olafa pod Stiklestad (norw. Olav den Helliges fall på Stiklestad), 1859

Nie da się natomiast podać w wątpliwość istnienia króla Olafa, Leifa Erikssona, czy jego ojca, Eryka, ale informacje na ich temat podane w książce wypadałoby również sprawdzić. Czy Eryk Rudy faktycznie opuścił Grenlandię, bo jego żona, Thjodhild, przejęła tam władzę i zaprowadziła na wyspie chrześcijaństwo?  Jak naprawdę traktowano na północy niewolników z nowych ziem? Czy Skrælingowie faktycznie byli dzicy i w pełni okiełznani przez wikingów?

Odpowiedzi można szukać w sagach. Zdaję się więc na samego Bull-Hansena, który z pewnością dogłębnie przeczytał Sagę o Grenlandczykach, Sagę o Eryku Rudym i sagi winlandzkie.  A także wiele innych dzieł dotyczących dziejów wikingów, ponieważ ich styl życia i wartości wykorzystuje we własnej codzienności. Na swoim kanale YouTube, autor dzieli się wiedzą na temat czarów, staronordyckich wierzeń, stylu życia wikingów i technik przetrwania w terenie. Widząc to opakowanie chcemy więc zaufać Norwegowi, że zna się na tym, o czym pisze, a nie brakuje mu też wyobraźni, dzięki czemu potrafi opowiedzieć historię swoich średniowiecznych przodków w sposób porywający i interesujący. Kto jest w stanie przebrnąć przez 600-stronicowy podręcznik do historii? Ta nieznacznie dłuższa powieść wchodzi natomiast o wiele łatwiej.

Kiedy myślimy, że dość mamy już wikingów w popkulturze, pojawia się kolejna pozycja, której nie da się odmówić. A jeśli akcja dotyczy znanego nam dobrze kawałka polskiej ziemi, tym chętniej sięgamy po nową powieść. Mam na myśli oczywiście Wolin, bo z tego co wiem Polacy skolonizowali Amerykę Północną dopiero w XX wieku. To właśnie na Wolinie według Jómsvikingasaga miała mieścić się osada Jomsborg, założona podobno przez Haralda Sinozębnego do obrony całego obszaru. Inne teorie głoszą, że Jomsborg założył jarl Palnatoki, który otrzymał ziemię od słowiańskiego wodza Burysława. Mimo rozbieżności co do powstania osady, większość badaczy zgadza się co do samej organizacji grupy. Byli to najczęściej przestępcy albo dawni niewolnicy, mający później renomę bezwzględnych rozbójników, gotowych do walki za każdą cenę. Wojownicy brali więc udział w wielu bitwach historycznych, jak wspomniana już bitwa morska pod Svold, ale również i tych półlegendarnych, takich jak bitwa w zatoce Hjorungavagr.

Samo istnienie Jomswikingów często podawane było w wątpliwość, jednak odkrycia archeologiczne na wyspie Wolin udowodniły obecne tam pamiątki po wikingach. Wyspa na Zatoce Pomorskiej to obecnie polskie centrum badań nad historią i kulturą wikingów, gdzie odbywa się coroczny festiwal Słowian i Wikingów. To właśnie podczas tego festiwalu promowano pierwszą część sagi, a ze względu na tegoroczną epidemię, promocja drugiej odbędzie się w Internecie, na moim Facebooku. Mam nadzieję, że podczas poniedziałkowego spotkania poznam odpowiedzi na moje pytania, gościem będą bowiem nie tylko tłumaczki powieści Bull-Hansena, ale też doktor habilitowany Jakub Morawiec, profesor Uniwersytetu Śląskiego, specjalista od historii wikingów.

Jeśli pytacie mnie, czy warto sięgnąć po powieść Jomswiking. Winlandia Bull-Hansena odpowiem, że warto. Zdaję sobie sprawę, że do tego typu pozycji nie trzeba namawiać fanów wikingów, szczególnie tych, którym podobały się podobne książki, choćby Czarny Wiking Bergsveinna Birgissona. Książka Islandczyka wydaje się jednak bardziej zbiorem faktów niż powieścią popularnonaukową, a więc jeśli czytało się Wam ją trudno, z pewnością ucieszycie się na styl i język Bull-Hansena. Akcja opisywana jest sprawnie, a można się w nią wkręcić nawet bez czytania pierwszej części serii. Prowadzona przez głównego bohatera narracja pierwszoosobowa bogata jest bowiem w odwołania do tego, co wydarzyło się wcześniej albo zapowiedzi przyszłych wydarzeń, ale liczba tych odwołań nie nudzi, a tym, którzy przeczytali już pierwszą część posłuży jako dobre przypomnienie.

Fanom Islandii przypadnie do gustu szczególnie pierwsza część książki, w której bohaterowie zatrzymują się u zachodnich brzegów Wyspy. Z tego fragmentu akcji dowiadujemy się, że Islandczycy parali się magią, handlowali spodniami z ludzkiej skóry, a Wyspę zamieszkiwały różne duchy i demony, które porywały małe dzieci. Ale nekrospodnie, wetty i skeidkony to niejedyne nowe terminy, które poznacie dzięki tej powieści.

Powieść jest zresztą skarbnicą wiedzy na temat życia i kultury wikingów, poczynając od używanego przez nich kalendarza, przez nazwy dawnych miesięcy, po wnikliwe opisy budowania domów, łodzi oraz broni. Z nich najlepiej wychodzi ogromna wiedza praktyczna autora, a także świetny warsztat tłumaczek, które albo przekładają nazwy staronordyckie na polski, albo okraszają treść przypisami, które wprowadzają mniej obeznanych czytelników w wikiński świat.

Wanna hear a Eurovision song?

Eurovision Song Contest: Historia zespołu Fire Saga

tytuł oryginalny: Eurovision Song Contest: The Story of Fire Saga
reżyseria: David Dobkin
rok produkcji: 2020
kraj: Stany Zjednoczone, Islandia

Eurovision Song Contest: Historia zespołu Fire Saga (2020) - Filmweb

Tegoroczna Eurowizja nie odbyła się, ale taneczny utwór Daðiego Freyra, mający reprezentować Islandię na konkursie i tak podbił Internet i nasze serca.

Aby zrecenzować produkcję Netflixa, zacznę od naciąganego porównania: Daði próbował swoich sił w eliminacjach do Eurowizji dwa razy, niewątpliwie marząc o udziale w międzynarodowym konkursie tak samo, jak filmowy Lars Erickssong (Will Ferrel). Fikcyjny bohater filmu Netflixa nie miał jednak tyle szczęścia i uroku, co wspomniany Islandczyk. Lars to muzyk z Husavíku, który od dzieciństwa ma tylko jedno marzenie: wygrać Eurowizję. Tytułowy zespół Fire Saga tworzy z przyjaciółką od urodzenia, Sigrit Ericksdóttir (Rachel McAdams). Dziełem przypadku duet wygrywa islandzki Söngvakeppnin i dostaje przepustkę na fikcyjny finał Eurowizji w Edynburgu.

Można spodziewać się, że film Eurovision Song Contest: Historia zespołu Fire Saga to fikcyjny dokument o fikcyjnym zespole próbującym swoich sił w jednym z najważniejszych europejskich konkursów muzycznych. Jest to jednak przede wszystkim sprawnie wyprodukowany pean na cześć całego zjawiska, jakim jest Eurowizja. Nie bez powodu historia osadzona jest zresztą w Islandii, kraju tak atrakcyjnym do zdjęć filmowych, jak i przede wszystkim będącym wciąż jednym z niewielu, które konkurs Eurowizji uważają za ważne święto muzyki. Choć Islandczycy traktują konkurs bardzo poważnie, nigdy nie udało im się go wygrać, pomimo wielu naprawdę interesujących propozycji. Tegoroczny hit “Thing about things” mógł mieć szanse na wygraną, ale fani Eurowizji i Islandii musieli obejść się smakiem. Konkurs odwołano w związku z epidemią koronawirusa, a finał zastąpiono serią teledysków zastępujących występy zakwalifikowanych artystów.

Tyle faktów o prawdziwej Eurowizji. A teraz fikcja Netflixa. W maju, tradycyjne miesiącu Eurowzji, pojawił się spot reklamujący produkcję, który – dla mniej uważnych czy zorientowanych – spokojnie mógłby znaleźć się w kompilacji prezentującej zajawki piosenek zakwalifikowanych do prawdziwego konkursu:

Za trzecim i czwartym obejrzeniem dochodzimy do wniosku, że to mało Eurowizyjny utwór. Widoki piękne, ale klip nadaje się bardziej jako reklama Islandii, niż piosenka na Eurowizję. Nie jest błędnym wnioskiem, w końcu z uwagi na falę zainteresowania Islandią film kręcono właśnie tam. Ale trzeba obejrzeć film, żeby przekonać się, że nie z tą piosenką zespół Fire Saga pojechał do Szkocji. I że producenci współpracowali z najlepszymi specjalistami od “chwytliwych” piosenek charakterystycznych dla konkursu. Na ścieżce dźwiękowej znajdziemy wpadające, ale jakby znane od dawna melodie – dokładnie takie, które słyszymy co roku na deskach Eurowizji. W samym filmie świetnie zresztą uchwycono “typy” piosenek, które przewijają się w konkursie: od heavy-metalowych zespołów w maskach, przez folkowe songi zakochanych par, po popowo-elektroniczne kawałki wyginających się na scenie lasek. Dla fana Eurowizji jest to niezwykle interesujący zestaw, przed którym nie da się powstrzymać uśmiechu.

Piosenki prezentowane w filmie spokojnie miałyby szansę na wygraną w prawdziwej Eurowizji. Ale producenci sięgają też po znane twarze poprzednich konkursów, rozpoznawalne nawet poza hermetycznym światem fanów Eurowizji. Na planie pojawiły się gwiazdy takie jak Alexander Rybak, Conchita Wurst, Bilal Hassani czy Netta. Netflix zrobił im wielką przysługę, bo choć zazwyczaj o wielkich wygranych Eurowizji zapomina się w następnym roku, postaci te albo zapisały się w prasie na szeroką skalę, albo właśnie zostały przypomniane publiczności dzięki temu filmowi. Kojarzymy twarze prawdziwych wygranych Eurowizji, kojarzymy być może nawet ich głosy czy pamiętamy ich piosenki, ale czy pamiętamy, jak się nazywali? Netflix serwuje nam “song-along” z udziałem tych gwiazd, puszczając oko do tych, który regularnie śledzą konkurs Eurowizji. Ale to raczej ich – nomen omen – łabędzi śpiew. Nie każdy jest Abbą (wyeksponowaną w filmie), czy Månsem Zelmerlöwem, których kojarzymy już poza eurowizyjnym kontekstem.

Ale to oczywiście nie główne gwiazdy produkcji. W filmie rozpoznajemy aktorów islandzkich: Ólafura Darriego Ólafsona, Björna Hlynura Haraldssona (który – jak w innej produkcji Netflixa – wciela się w rolę policjanta), Elin Petersdottir, a także Tómasa Lemarquis, czyli kolejne oko puszczone w stronę widza, tym razem obeznanego w kinie islandzkim. Poza tym mamy gwiazdy “światowego” formatu, w tym Demi Lovato czy Pierce’a Brosnana (który zaskakująco dobrze sprawdza się w roli islandzkiego rybaka). I oczywiście główne role: Will Ferrel i Rachel McAdams, która – wbrew nadziejom wielu – nie śpiewa własnym głosem, ale rusza ustami do podkładu wyśpiewanego przez Molly Sandén, przynajmniej w najtrudniejszych wokalnie momentach:

Nie, to też nie jest piosenka, z którą filmowy duet Fire Saga pojechał na Eurowizję. Ale trzeba film zobaczyć, żeby przekonać się, że konkursowa piosenka nie odbiega eurowizyjnym standardom. Piękna ballada “Husavik” nie jest już peanem na cześć Eurowizji, ale “piosenką idealną”, która opiewa krajobraz Islandii, miasto pochodzenia zespołu, opowiada o miłości, szczęściu, solidarności mieszkańców i lokalnym patriotyzmie. Do tego elementy śpiewane po islandzku, czy właśnie nie taka piosenka powinna reprezentować Islandię? Może przekonamy się w 2021 roku 😉

Jeśli nie jesteś fanem Eurowizji, ale Islandii, w filmie również znajdziesz coś dla siebie. Krajobrazy i klimat, to na pewno. Ale również żarty sytuacyjne i dowcipny komentarz do wielu motywów: amerykańskich turystów, kryzysu ekonomicznego, wiary w elfy, przywiązania do morza i ryb, a także wikińskiej przeszłości. Sami Islandczycy nie są zachwyceni takim obrazem, przykładowo Alda Sigmundsdóttir powoływała się na ciekawą recenzję BBC, w której pojawia się również twórczość islandzkiego artysty robiącego karierę w Stanach, Ragnara Kjartanssona. W opinii tej walczy się z przekonaniem, jakoby Islandia była małym krajem na pośmiewisko Europy, krajem, który nie wydał na świat wielkich artystów. Nic bardziej mylnego, w końcu w filmie nie raz sądzą się dźwięki utworów Sigur Rós, niewątpliwie jednego z najważniejszych islandzkich towarów eksportowych.

Nie chcę dawać filmowi gwiazdek i powiedzieć, że był zdecydowanie zły, bo oglądałam go jako fanka i Eurowizji, i Islandii. Dla mnie był to ciekawy format poglądowy na temat tego, jak obcokrajowcy wyobrażają sobie Islandię i Islandczyków. Warto jednak zmierzyć się z tą wizją, aby przypomnieć sobie, jak szkodliwe jest generalizowanie i stereotypizacja wszystkiego i wszystkich.  Może i Graham Norton nabija się z Islandczyków w filmie, ale mamy też uznanie dla walki o marzenia i nie poddawanie się, nawet w sytuacji porażki.

Mam tylko nadzieję, że w jednym zgadzam się z producentami filmu: że Islandczycy uwielbiają Eurowizję i bardzo chcieliby ją wygrać, ale boją się, że nie pomieszczą kolejnego finału u siebie.

Małe dziwactwa i spory skandal

autor: Alda Sigmundsdóttir
tytuł: Mała księga dawnych Islandczyków. O zwyczajach, tradycjach i przesądach
rok: 2020
wydawnictwo: Poznańskie
liczba stron: 250

Jeśli znane Wam jest już nazwisko Aldy Sigmundsdóttir, to albo jesteście wiernymi fanami Islandii sprzed lat, albo dowiedzieliście się o niej niedawno. Niezależnie od tego: warto znać jej książki.

Myślałam, że całkiem sporo wiem o kulturze Islandii. Tymczasem na horyzoncie pojawiła się Alda Sigmundsdóttir, która wywróciła mój stan wiedzy do góry nogami. No dobra, jej dotychczas jedyna książka dostępna w języku polskim, Mała księga Islandczyków (wyd. Innymi słowy, 2015), czyli 50 esejów o dziwactwach tego narodu, nie była szczególną wycieczką poznawczą. Co innego z kolejną częścią, czyli wydaną niedawno przez Wydawnictwo Poznańskie Małą księgą dawnych Islandczyków. To dopiero jazda bez trzymanki, bo nawet jeśli ktoś wie, że Islandczycy bywają dziwni, to nie zgadłby, że są tacy od dawna. I to jak!

Zdradzę tylko tyle, na ile pozwala opis wydawniczy.  Z Małej księgi dawnych Islandczyków dowiecie się między innymi o tym, jakie zastosowanie miały „patyczki czuwania”, czym jest “bogowanie przez okno”, albo o co chodziło ze wzdychaniem przed śmiercią. Takie i inne niecodzienne zwyczaje w niektórych częściach Islandii obowiązywały jeszcze o końca XX wieku! Dzięki Aldzie czytelnik może dopasować swoje wyobrażenie o współczesnym Islandczyku do etosu życia na wsi, które wynika z islandzkiej kinematografii. To bardzo ważne, że autorka wypełnia lukę między dobrze znaną epoką wikingów a czasami dzisiejszymi. To, co działo się na Islandii między średniowieczem a XIX wiekiem jest często pomijane w polskich pozycjach na ten temat, a trzeba przyznać, że to spory kawałek islandzkiej historii. Kolejny element układanki istotnej dla zrozumienia “islandzkiej duszy”, jak zgrabnie ujmuje to sama autorka.

Alda Sigmundsdóttir nie jest ekspertką z zakresu antropologii czy etnologii, co podkreśla na samym wstępnie. To cenna uwaga, bo wielu mamy na rynku ekspertów od Islandii pozbawionych tej cnoty skromności. Autorka Małej księgi… jest Islandką, jednak dorastała poza krajem, a wróciwszy do ojczyzny po latach, poznawała ją jakby na nowo, okiem cudzoziemca. Założyła bloga The Iceland Weather Report, na którym dzieliła się swoimi obserwacjami w języku angielskim, a z czasem zaczęła relację z przebiegu wielkiego kryzysu ekonomicznego. To doprowadziło to wydania pierwszej książki, a potem kolejnych. Każda charakteryzuje się swobodnym stylem dziennikarskim, a dość dowolnie ułożone eseje opisują pojedyncze, zdaniem autorki ważne uwagi, zagadnienia. Mimo popularnonaukowego charakteru tych krótkich tekstów, pisarka powołuje się na różne źródła, w przypadku Małej księgi dawnych Islandczyków głównie na Íslenzkir þjóðhættir Jónasa Jónassona oraz inne dzieła etnografów. Dzięki temu lektura jest wiarygodna, choć przetykana subiektywnymi ocenami i kąśliwymi uwagami od autorki.

Ja sama podczas lektury śmiałam się na zmianę z otwieraniem buzi ze zdziwienia. Czy naprawdę można było przypisywać ochronną funkcję głowie konia wetkniętej w stóg siana, jednocześnie bojąc się, że zalęgną się w nim myszy? Czy mogło istnieć aż tyle przesądów związanych z ciążą czy narodzinami dziecka? Wreszcie: czy gość przybyły w środku zimowej nocy pukając w okno nie straszył mieszkańców bardziej niż duchy, po których spodziewano się pukania w drzwi? Alda sama stawia te pytania, dowcipnie kwitując dziwaczne przekonania swoich przodków. Być może właśnie to, że autorka uważa się za obcą we własnym kraju, pozwala jej na chłodne i trzeźwe ocenienie dawnych zwyczajów. Tyle poświęconej uwagi i pasja, która sączy się z kolejnych kart Małej księgi… daje każdemu miłośnikowi Islandii okazję do poznania mieszkańców Ultima Thule z innej strony.

Tę książkę po prostu trzeba mieć na swojej półce.  Jest piękne wydana, choć polskie tłumaczenie, autorstwa Katarzyny Bażyńskiej-Chojnackiej oraz Piotra Chojnackiego​, miejscami pozostawia wiele do życzenia. Przeszkadzało mi między innymi określenie “ukryty lud” i “niewidzialni ludzie”, może dlatego, że przyjęło się już tłumaczenie huldufólk  na “ukrytych ludzi”. Niby drobiazg, a jednak powodujący zgrzyt. Wielokrotnie zastanawiało mnie również użycie anachronizmu “najmici” zamiast bardziej współczesnego słowa “najemcy”, oraz “warzucha”, którą najprawdopodobniej pomylono z “dzięgielem” (angeliką). Alda wspomina roślinę bogatą w witaminę C, którą jeszcze do niedawna jedzono dla zdrowia zębów i dziąseł.  Owszem, warzucha jest bogata w witaminę C, ale z moich źródeł wynika, że to właśnie angelika uchroniła Islandczyków przed szkorbutem.

Wreszcie trzeba przyznać, że Wydawnictwo Poznańskie poradziło sobie świetnie z pewnym skandalem. Warto bowiem nadmienić, że recenzowana tutaj pozycja nie pojawiłaby się w ofercie Wydawnictwa gdyby nie inna książka o Islandii, wycofana już zresztą z oficjalnej sprzedaży. Autorka tej książki była oskarżona o nadmierne inspirowanie się jej tekstami innych, co nagłośniła właśnie Alda zwracają uwagę, że również została poszkodowana. I faktycznie, muszę przyznać, że wiele z treści obecnych w Małej księdze dawnych Islandczyków brzmiało znajomo. Szczęśliwie polski czytelnik może zapoznać się z oryginałem, a nie jego wątpliwą kopią. Mam nadzieję, że na polskim rynku pojawią się też inne dzieła islandzkiej dziennikarki, bo po prostu są tego warte!

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Poznańskiemu.