Wszystko o Islanderach

autor: Ewelina Gąciarska
tytułTöltem przez Islandię. Moja historia wśród koni islandzkich
rok: 2021
wydawnictwoNaislandii.pl (e-book)
liczba stron: 156

Końmi islandzkimi interesuję się od lat i wydawało mi się, że wiem o nich już całkiem sporo. Lektura debiutanckiego e-booka Eweliny Gąciarskiej przekonała mnie jednak o tym, że moja wiedza to tylko wierzchołek góry lodowej.

Zacznijmy od tego, że Ewelina Gąciarska to najsłynniejsza islandzka koniara w polskim Internecie. Poznałam ją dzięki jej stronie na Facebooku, a potem zaprosiłam na jeden z Dni Islandzkich, żeby opowiedziała o Islanderach. Wydawałoby się, że o koniach islandzkich napisano i opowiedziano już chyba wszystko, począwszy od ich pojawienia się na Islandii, przez  charakterystykę typowego dla rasy chodu tölt na dyskusji konie vs. kuce kończąc. Koń islandzki to symbol Wyspy, a każdy turysta musiał spotkać się z tymi zwierzętami chociaż raz. Mimo to wciąż tak naprawdę wiemy o nich niewiele.

Dlatego Ewelina wydała swojego pierwszego e-booka i już na stronie tytułowej sygnalizuje, o czym będzie ta wirtualna książka: wszystko, co powinieneś wiedzieć o koniach islandzkich. Publikacja podzielona jest na trzy części: Konie z Krainy Ognia i Lodu, w której podane są wszystkie fakty dotyczące rasy; Töltem przez życie, czyli osobista historia autorki; oraz Pozostałe, gdzie znajdziemy polsko-islandzki słowniczek pojęć jeździeckich.

Jest to więc w istocie kompendium wiedzy nie tylko dla koniarzy, ale też każdego, kto chciałby solidnej (a nawet – końskiej!) dawki informacji na temat Islanderów. Pierwsza część jest szczególnie wartościowa, zważywszy na historię rasy, szczegółowy opis wszystkich maści, charakterystykę chodów, a nawet dokładne informacje odnośnie zawodów, hodowli i tajników jeździectwa. Ewelina dzieli się tutaj swoim ogromnym doświadczeniem i autorskimi fotografiami, podając nazwy i typy sprzętów, a także sprawdzone rady dotyczące treningu konia islandzkiego. Dla kogoś, kto na co dzień nie zajmuje się profesjonalnie jeździectwem, te wszystkie informacje mogą wydawać się zbędne czy nawet nużące, ale z pewnością specjaliści znajdą tu coś dla siebie. Amatorzy koni mogą z kolei wczytać się w historię rasy, a potem gładko przejść do kolejnej części książki.

W Töltem przez życie Ewelina opowiada bowiem o swoich początkach z ujeżdżaniem tych niezwykłych zwierząt, pierwszych podopiecznych i ulubionych wierzchowcach, a także osobistych przeżyciach, przygodach i więzi ze swoimi końmi. Tę część, pełną szczegółów, dat i udokumentowaną licznymi zdjęciami czyta się trochę jak pamiętnik, pisana jest bowiem w formie bloga, stylem znanym z Instagrama Islandzkie ciekawostki, prowadzonego przez Ewelinę. Dzięki lekturze poznajemy więc nie tylko konie, ale i samą autorkę, która dzieli się tak dobrymi, jak i złymi wspomnieniami. Wszystko to jednak dotyczy koni, a więc miłośnicy tych zwierząt z pewnością odnajdą tu samych siebie i dzięki osobistym zapiskom Eweliny będą mogli lepiej zrozumieć szczególny temperament Islanderów i to, czym różnią się od innych, znanych ras koni na świecie.

Ostatnia część jest najbardziej ekskluzywna, bo zawiera fachową terminologię jeździecką w języku polskim i islandzkim. Być może będzie to cenne źródło wiedzy dla filologów i tłumaczy, którzy – choć nie interesują się końmi – potrzebują takiego słownictwa do różnych celów. Przygotowanie listy słówek to dowód na solidność i pracowitość Eweliny, która jako dwujęzyczna i wychowana na Islandii oddaje w ręce czytelników bardzo pomocny słowniczek. Kto wie, może przyda się w najmniej spodziewanych okolicznościach?

Kolejną zaletą e-booka są wtręty z literatury i kultury islandzkiej. Ewelina cytuje powiedzenia lub idiomy związane z końmi, ale tłumaczy też wiersz Grímura Thomsena, którego słowa stały się tekstem dla najpopularniejszej islandzkiej piosenki jeździeckiej:

Jedźmy, jedźmy, jedźmy poprzez piach,
ciemność zapada przy Herðubreið,
królowa elfów zaprzęga poddanych,
niedobrze jest stanąć jej na drodze.
Oddałbym najlepszego rumaka aby
dotrzeć już do Kiðagil

Trzeba jednak przyznać, że wydawnictwo ma również swoje wady. Dotyczą głównie edycji samego tekstu, a także braku redakcji. W treści znajdują się pojedyncze literówki, źle stawiane spacje, które negatywnie wpływają na lekturę bądź co bądź ciekawego tekstu. Podczas tworzenia kolejnych e-booków poleciłabym więc Autorce zlecenie redakcji i łamania tekstu, co zdecydowanie wpłynęłoby korzystnie na następne publikacje. Pomimo przyjemnej szaty graficznej, spójności kolorystycznej i bogatych ilustracji, e-book mógłby być bardziej dopieszczony pod względem ułożenia tekstu i rozmieszczenia informacji. Takie kosmetyczne zmiany są po prostu niezbędne do tego, by tekst czytało się łatwiej (czasem go nie widać na kolorowym tle), z mniejszym wysiłkiem (być może warto byłoby rozważyć podział na więcej akapitów lub zwiększenie odstępów między linijkami) oraz przyjemniej (mając do czynienia ze zredagowaną treścią).

Tym niemniej gratuluję Ewelinie debiutanckiego e-booka i trzymam kciuki za kolejne teksty, bo wiadomo już, że przygotowaniu są co najmniej dwa nowe e-booki.

Dziękuję Ewelinie za egzemplarz recenzencki.

Wulkan i inne katastrofy

autor: Sigríður Hagalín Björnsdóttir
tytuł: Ognie. Miłość i inne katastrofy
tłumaczenie: Jacek Godek
rok: 2021
wydawnictwo:  Wydawnictwo Literackie
liczba stron: 360

W najnowszej powieści Sigríður Hagalín Björnsdóttir, autorka Wyspy oraz Świętego słowa, nie zawodzi swojego czytelnika i podaje mu dokładnie to, czego chciałby się spodziewać: historię zagubionych jednostek z islandzką katastrofą w tle.

Z czym może kojarzyć nam się Islandia, jeśli nie z wulkanami? Świat przypomniał sobie o istnieniu tej niewielkiej wyspy na Atlantyku dzięki erupcji Eyjafjallajökull  w 2010 roku, a jeszcze kilka wieków temu Islandię nazywano diabelską wyspą ze względu na Heklę, uważaną za wrota do piekieł. Od miesięcy temat kolejnych erupcji szczelinowych Fagradalsfjall dominuje medialne doniesienia na temat Islandii, a czerwone ognie przyciągają turystów i stają się nowym ulubionym motywem eksplorowanym przez artystów. Jeszcze niedawno dużo mówiło się o serialu Katla, dziele islandzkiego reżysera Baltasara Kormákura, w którym temat wulkanu łączy science fiction z folklorem.

Natomiast Sigríður Hagalín Björnsdóttir napisała Ognie: powieść inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami związanymi z wybuchami na Reykjanes, ale – co charakterystyczne dla jej twórczości – doprawione dystopijną wizją znacznie poważniejszych wybuchów. Ognie. Miłość i inne katastrofy to historia Anny Arnardottir, profesor wulkanologii, znanej na całą Islandię ekspertki, która w obliczu kolejnych erupcji staje się odpowiedzialna za bezpieczeństwo całego narodu i rzeszy skuszonych spektakularnymi wybuchami turystów. Dyrektor Wydziału Nauk o Ziemi, córka szanowanego w środowisku geologa, wiedzie szczęśliwe życie u boku męża, Kristinna, którzy wraz z dwójką dzieci mieszkają w pięknie położonym domu na przedmieściach Reykjaviku. Choć wiecznie zapracowana, Anna uwielbia swoją pracę i ceni sobie wygodne życie u boku bogatego prawnika. Spokój badaczki zostaje jednak zmącony, czego winna jest nie tylko wizja zbliżającej się katastrofy, ale także tajemniczy fotograf Tomas Adler.

Ten nieunikniony wątek romantyczny ma na celu najpewniej ukazać równoległość przeżyć ludzkich w obliczu gwałtownych zmian w przyrodzie. Tak jak magma kotłuje się pod ziemią, a jej wybuch spowoduje nieodwracalne straty nad powierzchnią, tak budząca się miłość i pożądanie wprowadzą zmiany w życiu prywatnym Anny. Romans wpłynie jednak nie tylko na jej pożycie małżeńskie, ale też na pracę zawodową: zawsze wierna intelektowi i przekonana o prymacie rozsądku Anna stanie się bardziej podatna na przeczucie i dyktaturę serca. Ale czy miłość zwycięży i sprawi, że niekochana przez egoistyczną matkę półsierota sama wybierze dzieci ponad własne szczęście? Jak wieści podtytuł powieści, miłość jest jedną z wielu katastrof, a jej skutki okażą się nieobliczalne.

Powieść Sigríður Hagalín Björnsdóttir to jednak znacznie więcej niż romansidło. Wątek miłosny jest tylko dodatkiem do opowieści o przygotowaniach do ewentualnego wybuchu na półwyspie zamieszkałym przez 1/3 ludności Islandii. To kulisy przepychanek między naukowcami a politykami, którzy muszą wypracować kompromis w obliczu nadchodzącej katastrofy. Badacze, zazwyczaj niedofinansowani i spychani na margines priorytetów, stają się nagle autorytetami w zakresie obrony cywilnej i muszą podjąć decyzje dotyczące bezpieczeństwa tysięcy ludzi. Jednocześnie, ich wymagająca praca jest dodatkowo utrudniana przez dziennikarzy, wścibskich fotografów, upartych polityków, którzy chcą sprzedać publiczności sensację, zrobić z erupcji atrakcję turystyczną, zapewnić Islandii ekonomiczny wzrost po chudych czasach pandemicznych. Praca pod taką presją jest trudna, a oczekiwania wysokie: czy pomimo lat doświadczeń da się przewidzieć erupcję wulkanu na Islandii? Czy można wyliczyć czas i miejsce wybuchu? Czy nauka zawsze jest w stanie dać nam odpowiedź, a liczby są pewniejsze od intuicji?

Islandia nie jest bowiem lądem, lecz geologicznym nieporozumieniem, powstała przez przypadek i będzie istnieć, dopóki diapir będzie na nią napierał spod płaszcza Ziemi, tak jak gorące powietrze bijące z kanałów metra unosi letnia suknię kobiety przechodzącej nad uliczną kratą wentylacyjną w zagranicznej metropolii; Islandia to wzdęcie tej sukni na chwilę przed tym, jak kobieta podejmie decyzję i wygładzi fałdy.

W książce wielokrotnie pada stwierdzenie, że Islandia potrzebuje utalentowanych wulkanologów i geologów, którzy pozwolą zrozumieć, a przynajmniej przewidzieć jej największe kaprysy. Ale nawet oni nie są w stanie wiedzieć na pewno, co drzemie pod powierzchnią lądu i oceanu. Pomiary i modele mogą zawieźć, bo żywioł rządzi się własnymi prawami, a nigdzie indziej jak właśnie na Islandii natura nie pokazuje bardziej dobitnie, że ma zdecydowaną przewagę nad człowiekiem. Björnsdóttir zdaje się przypominać o tym, dawać komentarz do dotychczasowych wydarzeń i oceniać podjęte decyzje. Masy Islandczyków i turystów wybierało się na spacer pod sam wulkan, niektórzy wdychali trujące gazy i wystawiali się na niebezpieczeństwo, próbując dotknąć lawy albo wchodząc na nią.  Spektakularna erupcja, czerwone światło i kłąb dymu fascynują i każdy chciałby przeżyć to na własnej skórze, a zarabiający na turystyce Islandczycy mogliby wymyśleć kolejne atrakcje, bo dopóki leje się lawa, przybywa pieniędzy. Autorka pokazuje do czego prowadzi – a przynajmniej może prowadzić – ta chciwość i ostrzega przed stanem wyjątkowym, nakreślając jedynie szkicowo to, co mogłoby się wydarzyć i ile ofiar ta ewentualna katastrofa mogłaby pochłonąć.

Niezwykle oczytana i kompetentna, Björnsdóttir po raz kolejny wykazuje się ogromem pracy nad poprawnością faktograficzną. Fikcja miesza się z cytatami z opracowań naukowych, osobiste wyznania z fachową terminologią geologiczną i meteorologiczną. Nie mam wątpliwości, że autorka z dziennikarską wnikliwością zrobiła przed napisaniem książki porządny research, dzięki któremu nawet fikcyjny wulkan wydaje się prawdziwym. Ten końcowy efekt jest też udziałem grafik i map umieszczonych w książce, a także w świetnie zredagowanej wersji polskiej, konsultowanej z Katarzyną Paluch, znanej z projektu Noise from Iceland. To także dzięki tej ekspertce od wulkanów książkę czyta się niemalże jak podręcznik do geografii, a czytelnikowi zostaje w głowie mnóstwo przydatnej wiedzy związanej z tematem.

Trzeba również oddać sprawiedliwość tłumaczowi Jackowi Godkowi, gdyż na tle dwóch poprzednich wydawnictw Ognie czyta się znacznie lepiej. To świetna robota translatorska, będąca niewątpliwie również zasługą redaktorek: Anny Poinc-Chrabąszcz oraz Ewy Polańskiej.  Choć w druku wciąż brakuje islandzkich znaków, o które prosiłam Wydawnictwo Literackie w recenzji Świętego słowa, postanowiłam się już pogodzić z tą konsekwentną decyzją. Brak islandzkich liter ostatecznie nie wpływa negatywnie na lekturę powieści. Książka jest świetna wydana, a ogniokrwista okładka projektu Anny Pol przyciąga uwagę i dopełnia treść powieści.

Gdybym miała ocenić, jak plasuje się powieść Ognie. Miłość i inne katastrofy na tle całej “trylogii” wydanej przez Wydawnictwo Literackie, dałabym jej drugie miejsce po Świętym słowie. W najnowszej powieści Sigríður Hagalín Björnsdóttir, autorka Wyspy oraz Świętego słowa, nie zawodzi swojego czytelnika i podaje mu dokładnie to, czego chciałby się spodziewać: historię zagubionych jednostek z islandzką katastrofą w tle. Bestsellerowa Wyspa niewątpliwie była znakomitym debiutem pisarki-dziennikarki i świetnie wymyśloną historią, ale sam temat i konstrukcja historii podobały mi bardziej w pozostałych powieściach. Powieści autorki lubię przede wszystkim właśnie za faktografię i popularyzowanie wiedzy, gdyż perypetie bohaterów mniej do mnie przemawiają. Niemniej jednak uważam, że Sigríður Hagalín Björnsdóttir należy do najwybitniejszych autorów islandzkich tego pokolenia i warto przeczytać tę książkę dla dobrego stylu i wielowątkowości.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

Wokół kina Północy

autorTadeusz Szczepański
tytuł: Kino nordyckie. Pierwsze stulecie
rok: 2021
wydawnictwo: PWSFTviT Szkoła Filmowa w Łodzi
liczba stron: 280

Tadeusz Szczepański zabiera nas w podróż do świata kina nordyckiego, które znamy już wyłącznie z opowieści albo przeglądów filmowych.

“Kino nordyckie” to próba przedstawienia przeszło stuletnich dziejów kinematografii pięciu krajów nordyckich – Szwecji, Danii i Norwegii (określanych wspólną nazwą Skandynawia) oraz Finlandii i Islandii – które razem składają się na makroregion europejski, w znaczącym stopniu zintegrowany z położeniem geograficznym na Północy Europy (Nord). Łączą je również podobieństwa historycznych doświadczeń i procesów społeczno-cywilizacyjnych, (…) a także melancholijne piękno pejzażu, w kinie trudne do przeoczenia.

Dotąd na polskim rynku znalazło się kilka pozycji dotyczących kina skandynawskiego, wśród nich recenzowane przeze mnie: Kino Islandii. Tradycja i ponowoczesność Sebastiana Jakuba Konefała (2016) oraz Od Ibsena do Aho. Filmowe adaptacje literatury skandynawskiej (2015), zawierająca teksty wielu badaczy, wśród nich również Tadeusza Szczepańskiego, będącego redaktorem całego tomu. Podczas gdy antologia Konefała jest pierwszą tak wnikliwą analizą kinematografii islandzkiej od jej początków po czasy współczesne, publikacja zbiorowa z 2015 roku skupia się na filmach ze wszystkich krajów nordyckich, ale tylko tych opartych bezpośrednio na dziełach literackich. Tym samym najnowsza pozycja autorstwa Tadeusza Szczepańskiego, historyka filmu i badacza kinematografii Północy (skandynawskiej i rosyjskiej) staje się pełną analizą kina nordyckiego, nie tylko adaptacji filmowych, ale najważniejszych pozycji od kina niemego po produkcje z końca XX wieku.

Choć w przedmowie do Kina nordyckiego autor wylicza podobieństwa między krajami obszaru nordyckiego, argumentując zasadność wspólnego opracowania pięciu kinematografii w jednym tomie, jednocześnie podkreśla różnice i niuanse między produkcjami. Ten podział widać również w spisie treści: każdy rozdział poświęcony różnym zagadnieniom (kino nieme, kino klasyczne, nowe kino, kino końca stulecia) ma podrozdziały poświęcone odrębnym krajom: Danii, Szwecji, Norwegii, Finlandii oraz Islandii, która pojawia się dopiero w ostatnim rozdziale ze względu na późne początki islandzkiej kinematografii. To właśnie różne daty pojawienia się dziesiątej muzy oraz różne sposoby prowadzenia polityki wspierania powstawania produkcji filmowych są podstawą do podziału treści książki i odrębnego prezentowania rozwoju kinematografii krajów nordyckich.

Opowieść zaczyna się na samym początku kina, czyli od kina niemego, którego pionierem na obszarze nordyckim była Dania, a główną postacią tego rozdziału w historii kinematografii duńskiej jest postać Carla Theodora Dreyera, któremu Szczepański poświęca cały podrozdział. Gdy rozwój kina duńskiego zostaje spowolniony wydarzeniami drugiej wojny światowej, prym zaczyna wieść Szwecja pod szczególnym przewodnictwem Victora Sjöströma, który – wraz z innymi realizatorami – zadecyduje o szczególnej pozycji kina szwedzkiego w tej części Europy. Norwegia i Finlandia również ma swój udział w produkcjach kina niemego, ale prawdziwy rozwój tych kinematografii Szczepański opisuje przy okazji kina klasycznego, podkreślając rolę filmu w (współ)tworzeniu tożsamości narodowych dzięki podejmowaniu ważnych tematów i wykorzystywaniu archetypów kluczowych dla norweskości i fińskości.

Trzecia część opracowania dotyczy Nowej Fali, którą z kinem klasycznym łączy postać Ingmara Bergmana, niezaprzeczalnego geniusza kina skandynawskiego i giganta kinematografii szwedzkiej, któremu poświęcono najwięcej miejsca w tej pozycji. Nie oznacza to jednak, że cień wielkiego Bergmana przytłoczył wówczas produkcje z innych krajów nordyckich, bo choć autor mniej pisze o Nowej Fali w Danii, Norwegii i Finlandii, to opisuje najważniejsze produkcje i kluczowych twórców z taką samą dokładnością, wprowadzając te mniej znane nazwiska i zapełniając białe plamy w świadomości mniej obeznanych w temacie polskich czytelników i czytelniczek.

Opracowanie kończy się opowieścią o ostatnich dekadach stulecia, które po Bergmanie na nowo zdominuje kino duńskie, z eksperymentalną Dogmą i kontrowersyjnymi produkcjami Larsa von Triera.  Rozdział puentuje krótka historia kina islandzkiego lat 80. i 90. XX wieku. Choć z dużym opóźnieniem,  Islandzka Wiosna Filmowa, jak podkreśla sam autor, wkracza na rynek skandynawski z wielkim sukcesem, a produkcje wspierane przez zagranicznych inwestorów nie ustępują jakości filmom z krajów sąsiednich.

Wielką zaletą Kina nordyckiego jest przyjemnie prowadzona narracja. Badacz sprawnie miesza język naukowy z bardziej przystępnym stylem popularnonaukowym, dzięki czemu opracowanie nie jest wyłącznie podręcznikiem dla studentów filmoznawstwa. To pięknie wydany, bogato ilustrowany fotosami i kadrami z omawianych filmów album z soczystą treścią przywołującą historię wielkich i tych mniej znanych produkcji skandynawskich XX wieku. Tadeusz Szczepański zabiera nas w podróż do świata kina nordyckiego, które znamy już wyłącznie z opowieści albo przeglądów filmowych. Aby je obejrzeć, musimy mieć dostęp do archiwów czy starych wypożyczalni, większości tytułów nie znajdziemy przecież na Netflixie. Poszukiwaniom sprzyja indeks filmów umieszczony na końcu książki, który ułatwi szukanie tytułów w ich oryginalnych wersjach i polskim tłumaczeniu.

Kino nordyckie. Pierwsze stulecie autorstwa Tadeusza Szczepańskiego, wydane nakładem Łódzkiej Szkoły Filmowej to pozycja nie tylko dla kinomanów, ale każdego miłośnika Północy. Aby zrozumieć fenomen “szwedzkiego grzechu” albo pobudki do tworzenia kina Dogmy, należy sięgnąć po ten album z ikonicznym kadrem z Siódmej pieczęci Bergmana na okładce. Jak w przypadku każdej sztuki, kino skandynawskie przybliża nam historię i kulturę tego obszaru, a czarno-białe i kolorowe fotosy zdają się czasem lepiej oddawać ducha Północy niż książki i nieruchome obrazy.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu PWSFTviT.

Kieszonkowa historia Islandii

 

autor: Gunnar Karlsson
tytułHistoria Islandii w skrócie
tłumaczenie: Agnes Ársól Bikowska, Anna Karen Svövudóttir
rok: 2021
wydawnictwo: Forlagið Bókabúð
liczba stron: 80

Ile szczegółów z historii Islandii pamiętasz? 

O historii Islandii wiem co nieco. Bliska jest mi historia przełomu XIX i XX wieku, szczególnie związana z dążeniem do niepodległości. Dzięki sagom i innym lekturom związanym ze średniowieczem, wiem też jak mniej więcej wyglądało zasiedlenie Islandii i dzieje pierwszych Islandczyków. Ale pomiędzy średniowieczem a współczesnością do tej pory miałam w głowie białą plamą. Poza jakimś ogólnym rozumieniem, że Islandia przez wieki należała do Danii, nie do końca kojarzyłam jak do tego doszło, kiedy i dlaczego.

Przez te braki w mojej wiedzy, kiedy zaczęłam cykl wpisów na Facebooku, który dotyczył przypominana najważniejszych dat historycznych (#kalendarzislandzki), skupiłam się głównie na czasach współczesnych, bo te wydarzenia były mi dobrze znane i najlepiej udokumentowane. Ale po niemal roku trwania tego małego projektu, dotarłam do wielu interesujących wydarzeń z XIV-XVIII wieku. Krok po kroku, fragment po fragmencie zaczęłam odkrywać przed samą sobą kolejne karty z islandzkiej historii, ale ta selekcja wydarzeń nie dawała mi jeszcze ogólnego pojęcia o tym, jak wyglądała nowożytna Islandia, a nawet Islandia w XIX wieku!

Jedna z grafik do cyklu #kalendarzislandzki, które powstały już po lekturze książki.

Ale być może inni miłośnicy Islandii mają tak samo? W Polsce niewiele się przecież o tym pisze i mówi, a większość pisanych przez polskich badaczy albo tłumaczonych na język islandzki książek dotyczy albo czasów od zasiedlenia, albo od odzyskania niepodległości i czasów współczesnych. Wiele wydarzeń traktuje się niemal jak ciekawostki: demokratyczne przyjęcie chrześcijaństwa, konflikt z baskijskimi wielorybnikami, bezkrwawa walka o niepodległość, wojny dorszowe, pierwsza prezydentka na świecie i pierwsza zadeklarowana lesbijka na urzędzie premiera kraju. Ale co łączy te wydarzenia? Warto byłoby się dowiedzieć. 

Dlatego bardzo się cieszę, że w końcu pojawiła się “Historia Islandii w skrócie” Gunnara Karlssona, w przekładzie dwóch Polek mieszkających na Islandii: Agnes Ársól Bikowskiej i Anny Karen Svövudóttir. Jest to dokładnie to, czego potrzebowałam, żeby się doszkolić: krótka, ale bardzo treściwa książeczka, którą można przeczytać przed snem albo zabrać w podróż, bo łatwo zmieści się w torebce albo większej kieszeni. Z lektury której dowiecie się o najważniejszych wydarzeniach z przeszłości Islandii, opisanych w sposób przystępny, prostym językiem, do tego treść jest bogato ilustrowana zdjęciami i infografikami. Słowem, jest to bardzo przyjemna lektura dla każdego, kto chciałby mieć szerszy obraz historii Islandii, poznać ją w pigułce. 

Polskie wydawnictwo książeczki uzupełnia serię jej wydań w pięciu językach. Jak dotąd, niewielką książeczkę dostępnej w językach: islandzkim, angielskim, duńskim, niemieckim i hiszpańskim, można było zakupić w wielu punktach turystycznych na Wyspie, jako pamiątkę lub przewodnik po Islandii. Widać, że spełnia swoją funkcję, bo jest jedną z najlepiej sprzedawanych książek tego typu w całej Islandii. Ale przypadek polskiej wersji językowej pokazuje, że nie jest to jedynie pozycja przeznaczona dla turystów. Najwyraźniej nasi rodacy na Wyspie postanowili doszkolić się z islandzkiej historii, bowiem według księgarni wydawnictwa jest to bestseller pierwszej połowy lipca:

Beskrivning saknas.
Zdjęcie dzięki uprzejmości Agnes Ársól Bikowskiej.

Polskie wydanie cieszy, bo to również dzieło dwóch Polek mieszkających na Islandii. Agnes Ársól Bikowską znacie już dzięki naszej wspólnej serii tekstów o zapomnianych islandzkich artystach, z kolei Anna Karen Svövudóttir jest nie tylko tłumaczką, ale też doradczynią ds. komunikacji w islandzkim Ministerstwie Zdrowia. Obie zrobiły kawał roboty, choć – jak to bywa w polskich tłumaczeniach literatury islandzkiej – wkradają się w ich język formy jakby podstarzałe albo brzmiące dość obco polskiemu uchu. Ciekawe, czy wynika to z tego, że polscy tłumacze języka islandzkiego to często emigranci lub osoby mieszkające większość swojego życia na Islandii, a więc pracujące i być może również też myślące na co dzień w języku islandzkim. Te “islandzkie” naleciałości nie są bynajmniej wadą, niemniej jednak są dla mnie jako czytelniczki (i dyplomowanej, choć niepraktykującej językoznawczyni), bardzo intrygujące. 

Ale warto podkreślić, że pomimo drobnych błędów i literówek, do których przyczepiam się wyłącznie dla porządku, “Historię Islandii w skrócie” czyta się naprawdę dobrze, o czym już zresztą wspomniałam. Jeśli wpadnie Wam z ręce, koniecznie kupcie ją dla siebie lub komuś w prezencie, bo taka kieszonkowa lekcja historii każdemu może się przydać! Książkę możecie dostać obecnie głównie na Islandii, ale kto wie – może jej rosnąca popularność na Wyspie sprawi, że pojawi się w sprzedaży również w Polsce?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wspaniałej Agnes Ársól Bikowskiej!

Cały świat w jednej księdze

autor: Snorri Sturluson
tytułHeimskringla
tłumaczenie: dr Grzegorz Bartusik, dr Remigiusz Gogosz, prof. Jakub Morawiec, dr Renata Leśniakiewicz-Drzymała, dr Joanna Srholec-Skorzewska, dr Marta Rey-Radlińska, prof. Anna Waśko
rok: 2021
wydawnictwo:  Księgarnia Akademicka

Hemskringla bierze swoją nazwę od pierwszych słów jednego z manuskryptów – kringla heimsins – które oznaczają “krąg świata”. W dziele Snorriego faktycznie odbija się cały świat, przynajmniej ten skandynawski.

Grupa polskich badaczy i badaczek specjalizujących się w historii i literaturze nordyckiej oddaje w nasze ręce najnowsze, a właściwie pierwsze pełne i tak solidnie opracowane, polskie tłumaczenie kroniki Snorriego Sturlusona. Wydanie składa się z czterech tomów: pierwszy to wstęp zarysowujący kontekst historyczno-kulturowy powstania dzieła, a trzy pozostałe to już sama treść Heimskringli opatrzona wyjaśnieniami.

Spisana około roku 1225, Heimskringla to najlepszy znany nam zbiór sag królewskich, opowiadających dzieje królów norweskich. Tak naprawdę jej akcja dzieje się nie tylko w Norwegii, ale też w Szwecji, Danii, a nawet w Anglii. Ze względu na specyfikę tekstu i jej wyjątkowe miejsce w literaturze nordyckiej, jeśli nie światowej, poniższy tekst nie ma na celu zachęcenia czytelnika do zapoznania się z najnowszym wydaniem Heimskringli (jest dla mnie oczywiste, że księga jest lekturą obowiązkową dla miłośnika Północy). Zamiast tego, postanowiłam wypunktować, dlaczego tę publikację powinien mieć na swojej półce każdy miłośnik Islandii.

  1. Autor Heimskringli był Islandczykiem

Ingen fotobeskrivning tillgänglig.

Choć pisał Heimskringlę dla norweskiego króla, co samo w sobie budzi kontrowersje wokół wiarygodności kroniki i obiektywizmu samego autora, nie można zapomnieć, że Snorri Sturluson mieszkał się na Islandii. Poza tym, że był poetą i kronikarzem, pełnił na Islandii różne stanowiska polityczne, w tym dwukrotnie był głosicielem praw na Althingu. Był sprawnym politykiem również w sprawach zagranicznych. Popierał plany Haakona IV dotyczące podporządkowania Islandii władzy Norwegii. ale kolaboracja nie wyszła mu na dobre, bowiem został ofiarą spisku i z rozkazu króla został zamordowany.

We wprowadzającym tomie wydawnictwa znajdziemy więc sporo informacji na temat autora Heimskringli, nie tylko w pierwszej części z jego biografią, ale też we fragmentach poświęconych innym dziełom literackim autora, takim jak Edda Snorriego oraz wykorzystywanych przez niego źródłach podczas pracy nad kroniką norweską.

2. We wstępie przeczytamy sporo o literaturze staroislandzkiej

Pierwszy tom to tak naprawdę kompendium wiedzy na temat zachowanych przykładów literatury obszaru nordyckiego doby średniowiecza. Poza obszernym opracowaniem historii samej Heimskringli,  tłumacze i tłumaczki dokonują również analizy mitografii, poezji skaldycznej oraz sag islandzkich.  Część poświęcona Eddom: poetyckiej oraz prozaicznej (tzw. Eddy Snorriego) to świetna okazja, by przypomnieć sobie te kluczowe dla średniowiecznej literatury skandynawskiej dzieła, natomiast rozdziały omawiające poezję przygotowują czytelnika do licznych ustępów wierszowanych w treści samej Heimskringli. Dzięki wstępowi czytelnik lub czytelniczka może zagłębić się również w świat islandzkich manuskryptów, co pomaga wyobraźni: mając w rękach współczesną książkę z papieru i sklejaną okładką warto uświadomić sobie, że pierwsze wersje omawianych tekstów spisywano atramentem na pergaminie lub skórze, a niektóre z rękopisów były pięknie ilustrowane i oprawiane w bogato zdobione okładki z herbami właścicieli konkretnych ksiąg lub symbolami skryptoriów, w których powstawały.

Strona rękopisu Heimskringli, źródło: Wikipedia

3. Opisane w Heimskringli wydarzenia również dotyczą Islandii

Choć Heimskringla traktowana jest w Norwegii jako dzieło narodowe, a jej głównymi bohaterami są królowie norwescy, nie można zapomnieć, że opisane w niej wydarzenia historyczne dotyczyły Islandii. Autor spisuje Heimskringlę jeszcze w tzw. epoce Sturlungów (nazwa wywodzi się od jednego z głównych rodów Islandii, do którego nota bene należał sam Snorri Sturlason), ale polityczne działania, których również był udziałem, doprowadzają do podpisania unii islandzko-norweskiej. Mała wysepka na Morzu Atlantyckim przechodzi wówczas z okresu wojen domowych (1220–1262) do momentu przejścia pod panowanie króla Norwegii w 1262 roku.  Snorri odwołuje się zresztą do Islandii, chociażby w sadze o Olafie, gdzie wspomina o landvættir, czterech strażnikach Wyspy.

4. Jest to po prostu pięknie wydana pozycja

Na koniec warto dodać, że Heimskringla to po prostu kawał dobrej literatury, w dodatku świetnie wydanej (wyrazy uznania należą się autorowi projektu okładki, Pawłowi Sepielakowi). Jej unikatowość wynika z lekkiego pióra samego Snorriego, ale też literackich walorów zawartej w treści poezji czy opisów. Współczesne tłumaczenie oddaje ducha tekstu Snorriego, a jednocześnie pisane jest w sposób odpowiedni dla każdego rodzaju czytelnika: od badacza naukowego, po ucznia, przez laika i amatora. Nie tylko przypisy i odwołania do prac naukowych badaczy z całego świata, ale też graficzne opracowanie Heimskringli wydanej przez Księgarnię Akademicką poszerzają horyzont czytelnika lub czytelniczki. Zawarte we wstępnym tomie drzewa genealogiczne, mapy oraz kalendarium pozwalają na uporządkowanie wiedzy i znacznie ułatwiają lekturę, szczególnie, że większość nazw własnych i geograficznych podano w wersji oryginalnej, chyba że tradycyjnie posiadają swoje polskie odpowiedniki.

Zachęcam więc do lektury każdego z Was, smakowania islandzkiego tekstu tom po tomie i zapoznania się z najnowszym tłumaczeniem Heimskringli, której wydanie znacznie ułatwia wejście w średniowieczny świat sag.

Za swoje egzemplarze serdecznie dziękuję prof. Jakubowi Morawcowi, redaktorowi tomów i tłumaczowi fragmentów poezji.

Rozprawa z feminizmem

autorka: Steinunn Sigurðardóttir
tytułKobiety z klasą
tłumaczenie: Jacek Godek
rok: 2021
wydawnictwo:  Mova
liczba stron: 224

Maria Hólm jest islandzką wulkanolożką w średnim wieku, po rozwodzie i wciąż zakochaną w młodzieńczej miłości, odnoszącą sukcesy w zawodzie, ale niezbyt docenianą wśród kolegów z pracy.

Gemma to Włoszka o pięknym wyglądzie i sposobie poruszania się, obdarzona wielkim darem do przykuwania uwagi, ale mniejszym do przekonywania. Spotykają się wzrokiem w samolocie z Keflaviku do Paryża, a jednak to przypadkowe spotkanie jest jakby z góry zaplanowane. W paryskim słońcu okazuje się, że Gemma od dawna obserwuje Marię i ma wobec niej wielkie nadzieje i konkretne plany.

Gemma, wojująca feministka o bardzo radykalnych poglądach na odsunięcie mężczyzn od władzy, proponuje Marii Hólm spółkę, pragnąc wciągnąć ją w projekt stworzenia wyspy-państwa, w którym kontrolę przejmują kobiety i które traktują mężczyzn niemal jak niewolników. Ta utopijna wizja, zakrawająca trochę o fabułę polskiego filmu „Seksmisja” ma ponoć wynikać z przekonania Włoszki o tym, jak idealnym miejscem dla kobiet jest Islandia. Maria, z trzeźwym naukowym podejściem, od początku wyraża sceptyczne podejście do planu, nie tylko dlatego, że lubi mężczyzn i nie jest ich wrogiem, jak też znając realia sytuacji islandzkich kobiet.

(…) – Poza tym to właśnie ta premier posprzątała syf, jakiego narobili islandzcy faceci. Islandczycy mieli też pierwszą kobietę prezydenta, wybraną w wyborach powszechnych, i ona też nie była zwyczajną zamężną kobieta, jak każe tradycja, lecz samotną matką adoptowanej córki. To było bardzo postępowe ze strony twojego nielicznego narodu. I Bjork jest oczywiście Islandką. Islandzkie kobiety są niebywale mocarne, ciężkie warunki życia uczyniły z nich prawdziwe supermenki. I oto ty tu jesteś, prawdziwa islandzka supermenka.

– Tym trzem kobietom niczego nie brakuje. Sama je podziwiam, ale nie pozwalaj sobie nawet marzyć, że Islandki są choć trochę inne niż pozostałe kobiety na świecie.

Zdecydowanie ważnym jest to, że pisarka jest Islandką. Dla nas, tak jak Gemmy, Islandia to niemalże raj dla kobiet, a jednak w wywiadach, jak i samej książce Steinunn wielokrotnie podkreśla, że wiele jeszcze w społeczeństwie islandzkim jest do zrobienia i nawet jeśli powieść „zwiastuje” nadejście kobiety-premier na Islandii – Katrín Jakobsdóttir – nie jest to przecież pierwsza kobieta u władzy na Wyspie. Tym samym nowoczesne społeczeństwo z dobrze rozwiniętą debatą na temat równości płci jest tylko zachętą do zrobienia rachunku sumienia: czy skoro nawet w takich krajach kobiety wciąż nie są opłacane tak samo jak mężczyźni, to czy eksperyment Gemmy ma szansę na naprawienie świata?

Powieść Steinunn Sigurðardóttir to rozprawa z feminizmem, prezentująca dwa oblicza tego ważnego dla współczesnego świata kierunku myślenia. Gemma nienawidzi mężczyzn, chce się ich pozbyć, a męską seksualność, prowadzącą również do zapładniana kobiet, traktuje jak największe zło tego świata. Sama jednak skrywa w sobie tajemnicze, które czynią ją postacią bardziej intrygującą i wielopoziomową, a jednak czytelnik nie dowiaduje się ostatecznie, co dokładnie sprawiło, że stała się tym, kim się stała.

Maria Hólm z kolei reprezentuje bardziej opanowany, rozumowy stosunek do równości płci. Choć żyje bez mężczyzny, tęskni za nim, a niespełnione macierzyństwo chodzi za nią pomimo sukcesów na polu naukowym. Nie jest to typowa kobieta sukcesu, która stawia życie zawodowe ponad rodzinę, po prostu tak ułożyły się jej losy, że mąż ją zostawił, choć może przepracowanie miało z czym coś wspólnego. Nie unika jednak kontaktów z innymi mężczyznami, a adorowanie z ich strony i możliwość „podobania się” na tym etapie życia zaczyna na nowo rozpalać ją do działania. Największą pasją w jej życiu są jednak wyłącznie wulkany, którym poświęca każdą wolną chwilę i większość energii. Pomimo renomy i ważnych odkryć (które jednak zostały wpisane na konto jej współpracowników), pozostała bardzo skromna i pewna, że wszystko, co osiągnęła w nauce wynika z pracy zespołowej.

Zacznijmy od ciebie i twojego stanu charakteryzującego płeć żeńską, który ułatwia mężczyznom zabawę, mającą na celu uniemożliwienie rządzenia światem: kiedy kobieta zajmuje się czymś ważnym, nie demonstruje tego i stąd nikt inny o tym nie wie. A jeśli facet robi coś, co może jest ważne, a może nie, rozdyma się na świat i krzyczy: „Kukuryku!” niczym napalony kogut w stadzie kur.

Choć Gemma jest przerysowaną fanatyczką, z tej satyry na radykalne feministki nie wynika jednak, żeby wszystkie jej opinie i sądy były niezgodne z prawdą. W Marii mogłoby przejrzeć się wiele ambitnych kobiet, które od lat zadają sobie pytanie, dlaczego za włożenie takiej samej (lub większej) pracy wciąż opłacane są gorzej od mężczyzn. I dlatego to właśnie one muszą rezygnować z dalszej kariery ze względu na dziecko, chorobę bliskich i obowiązki domowe. Gemma zasadza w nas różne wątpliwości,  bo czy nie jest tak, że świat rządzony przez toksycznych mężczyzn głodnych władzy zaczyna rozpadać się na kawałki, prowadzi do powiększania różnic społecznych, pogarszania problemów ekologicznych i tym podobnych? Czy uda nam się udowodnić, że to wina mężczyzn? Tylko wtedy, jeśli kobiety doszłyby do władzy na kolejnych kilkaset lat i miały szansę zaprezentować swoją wizję rządzenia światem. Nie wiadomo przecież jednak, czy eksperyment Gemmy się powiedzie i czy jej wielka misja zjednoczenia kobiet w ważnym celu się zrealizuje.

Ale pewnie wcale nie chodzi o wielką misję. Maria ostatecznie zostawiona zostaje z zupełnie inną, prywatną i mniejszą misją, która paradoksalnie doprowadzi ją do życia w wyłącznym towarzystwie kobiet: przeprowadzki do mamy i babci. A jednak rozwój wydarzeń w sposób tajemniczy rozmywa się i czytelnik traci już jakiekolwiek rozeznanie w tym, kto miał rację. Bo może nie miał jej nikt?

To już druga powieść Steinunn wydana na rynku polskim, która opowiada o kobietach, choć w odróżnieniu od „Farmy Heidy” fikcyjna. Mimo to można zauważyć, że pisarkę interesują silne kobiety o mocnych charakterach, które świadomie wybierają życie w samotności, co przekłada się na ich niezależność i możliwość decydowania o sobie. Tak być może dałoby się zdefiniować tytułowe kobiety z klasą. Czym jest klasa? Nie tylko nienagannym sposobem poruszania się i wypowiadania, schludnym wyglądem i urokiem osobistym, ale taką autentyczną pewnością siebie, której nie wolno mylić z wywyższaniem się ani poczuciem wyjątkowości. Kobiety z klasą to kobiety stanowcze, ale nieuparte, dystyngowane, ale nie przesadnie wypielęgnowane, mądre, ale nie przemądrzałe, a przede wszystkim wolne, ale nie swawolne.

Czy “Kobiety z klasą” to faktycznie rozprawa z feminizmem? Na pewno nie jest to książka dająca odpowiedzi, bo w gruncie rzeczy to tylko fikcyjna opowieść o kobietach, które zmagają się z różnymi wizjami kobiecości i oczekiwaniami wobec samych siebie. A jednak warto przeczytać najnowszą powieść Steinunn Sigurðardóttir, bo nawet jeśli nie rozwija czy zamyka wątków utopijnego planu Gemmy czy życia prywatnego Marii, jest interesującą opowieścią o dzielnych, niezależnych kobietach, pełnych energii jak islandzkie wulkany i idących po swoje w tym wciąż patriarchalnym świecie.

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Wydawnictwu Mova.

Jak lawa


Katla

tytuł oryginalnyKatla
reżyseria: Baltasar Kormákur
rok produkcji: 2021

Według islandzkich legend wulkan Katla zawdzięcza swoje imię czarownicy, która po zdemaskowaniu jej zbrodni rzuciła się w rozpadlinę lodowca pokrywającego dzisiejszy krater.

W serialu Katla rozpadlina staje się natomiast wylęgarnią przypominających ludzi istot oblepionych pyłem wulkanicznym i gliną. Pierwsza z nich, wychłodzona i strudzona wędrówką z wnętrza wulkanu do miasta, przedstawia się jako Gunhild, Szwedka, która pracowała w lokalnym hotelu 20 lat temu. Jej pojawienie się trudno jednak wytłumaczyć, bo nie dość, że osoba o tej samej tożsamości mieszka w Uppsali, to rzekoma Gunhild wygląda dokładnie tak samo jak dwie dekady temu…

Nie jest to jednak główny problem miasteczka Vík, które opustoszało przez trwającą od roku erupcję wulkanu. Czarne od sadzy, skażone trującymi gazami, stanowiące poważne zagrożenie dla zdrowia jest jednak wciąż zamieszkane przez kilkoro osób, które nie chciały wyprowadzić się do stolicy. Niewielka lokalna społeczność została mocno dotknięta przez wybuch Katli: żona głównego policjanta Gísliego (Þorsteinn Bachmann), Magnea (Sólveig Arnarsdóttir) traci płuca przez trujący pył i ma niewielkie szanse na przeżycie raka, z kolei Gríma (Guðrún Ýr Eyfjörð) nie może pogodzić się ze stratą siostry, Ásy, która zaginęła podczas akcji ewakuacyjnej turystów na początku erupcji wulkanu. Jej ojciec, Þór (Ingvar Sigurðsson) próbuje pocieszać chorującą na załamanie nerwowe córkę, jednocześnie niosąc ciężar utraconej miłości. Natomiast mąż Grímy, Kjartan (Baltasar Breki Samper) dość ma już żałoby swojej żony i chciałby zacząć od nowa.

To smutne, choć dość już pogodzone ze swoim losem miasteczko zaczynają nawiedzać osoby, które zbyt dobrze przypominają bliskich. Zaginiona Ása (Íris Tanja Flygenring) nagle odnajduje się pokryta czarną mazią, ale zdaje się nie być tą samą osobą, co rok temu. Z Uppsali przyjeżdża 40-letnia Gunhild, której pojawienie się jej młodszej wersji nakazuje zmierzyć się z przeszłością i odsłonić skutki swojego dawnego pobytu na Islandii. Z Reykjaviku przyjeżdża geolog Darri (Björn Thors) w celu zbadania dziwnie zachowującego się wulkanu Katla, na miejscu jednak spotka go coś, co pozwoli wątpić w naukowe wyjaśniania spraw tego świata.

Z każdą kolejną postacią z czarną skorupą na skórze atmosfera zaczyna się zagęszczać. Kim są przybysze i czy na pewno wskrzeszonymi zmarłymi? Czy to nasze lepsze wersje z przeszłości, a może tylko wizja tego, jakimi chcielibyśmy być? Pod koniec sezonu stosunek “kopii” do “oryginałów” każe głównym bohaterom zadać sobie pytanie: kto jest kim i kto powinien pozostać, jeśli świat jest za mały na nas dwóch.

Gríma (Guðrún Ýr Eyfjörð), źródło: filmweb.pl

Po ogromnym sukcesie seriali W pułapce oraz Valhalla Murders, Netflix wypuszcza kolejną produkcję islandzką autorstwa najbardziej rozpoznawalnego za granicą reżysera z Islandii, Baltasara Kormákura. Mający na swoim koncie megahity kinowe i cenione na Wyspie projekty, Islandczyk daje nam tym razem produkcję firmowaną jako science-fiction mieszane z horrorem. Abstrahując od tego, że ostatnia scena sezonu przypomina jak wziętą z filmów typu Zombieland, nie jest to dreszczowiec czy thriller, a tym bardziej horror.

Czarny piasek plaży w Mýrdal, burze piaskowe czy ciemność podlodowcowych jaskini, a tym bardziej przybywające znikąd tajemnicze istoty nie budują napięcia, bo pomimo świetnych zdjęć, muzyki i cięć serialowi brakuje dobrze skonstruowanej fabuły. Niby wątki pobocznych bohaterów połączone są z historią głównej postaci, jednak wyjaśnienie tych powiązań następuje późno i przez dłuższy czas oglądania serialu widz drapie się po głowie, o co tak właściwie w tej historii chodzi.

———————————–Spoiler———————————–

W połowie sezonu dostajemy pierwsze sygnały: właścicielka hotelu, Rakel (Birgitta Birgisdóttir), dorabiająca również jako wróżka, przestrzega przed wulkanicznymi postaciami. Opowiada historie o ukrytych ludziach (huldufólk, z nieznanego mi powodu tłumaczone jako “tajny lud”), który przysyłali mieszkańcom ziemi “odmieńców”, ostatecznie przynoszących kłopoty i zgubę. Sugeruje się więc, że przybysze spod lodowca to odmieńcy, którzy – tak jak według legend z XIV czy XVII wieku – mogą doprowadzić do śmierci przyjmujących ich z ufnością ludzi. Jej opowieść zdaje się nabierać sensu dopiero wtedy, kiedy naukowcy odkrywają niezwykłe właściwości skał leżących na dnie szczeliny wulkanu. Wówczas dochodzi się do wniosku, że odmieńcy przybywają z misją: mają sprawić, aby ich bliscy odnaleźli spokój albo przemyśleli swoje życiowe wybory,

Po wielkiej kampanii promującej najnowszy serial Netflixa, nie miałam szczególnych oczekiwań, ale wiedziałam, że muszę go obejrzeć. Premierę zgrano z islandzkim świętem narodowym 17 czerwca, dzięki czemu dużo mówiło się o nowej produkcji również przy tej okazji. Być może właśnie dlatego oglądałam pierwszy sezon z przekonaniem, że jest to laurka wystawiona Islandii i jej krajobrazom. Pod względem filmowego mise en scène, serial Katla ma wszystkie cechy filmu, który można z przyjemnością oglądać dla samych krajobrazów. Tych, którzy oczekują estetycznych przyjemności muszę jednak przestrzec, że to również film wizualnie brutalny.  Łączy w sobie cechy filmu katastroficznego (miasto-widmo pozbawione przyszłości), gore horroru (szczególnie jedna scena podrzynania gardła, ale też opowieści o odcięciu papudze skrzydeł nożyczkami) oraz fikcji o Supermanie, który niczym kosmita rodzi się z meteorytu pochodzącego z obcego układu słonecznego.

źródło: filmweb.pl

Czy warto obejrzeć Katlę? Według mnie ten serial jest jak lawa: gorący hit sezonu, porywający naszą wyobraźnię, a jednak z czasem oglądania przybierający szarobury kolor i nieokreślony kształt bez wyrazu. Jeśli Katla miałaby jednak być dla Was jedyną okazją do przybliżenia sobie choćby odrobiny islandzkiego folkloru, to warto. Islandzkie wierzenia ludowe wciąż mało znane są polskiemu czytelnikowi, na pewno nie tak jak sagi. Pomimo popularności książek Aldy Sigmundsdóttir, większość legend z Islandii wciąż pozostaje do odkrycia. I właśnie dlatego warto obejrzeć tę dość przegadaną produkcję Netflixa, bo pokazuje mroczną wersję historii o elfach, niedawno dość cukierkowo zacytowanych w innym filmie z tego samego portalu.

Islandia po staremu

Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądała Islandia przed masową turystyką? Stare książki o Islandii mogą pomóc wyobraźni, szczególnie jeśli pisane są z polskiej perspektywy, np. w latach 70.

Spotkanie z Islandią Haliny Ogrodzińskiej, książka napisana w roku 1974, to niezwykła podróż do przeszłości. Autorka opisuje Islandię czasów wojen dorszowych, Islandię niewinną turystycznie, pełną dzikich i nieznanych ścieżek. To typowa – dla współczesnego czytelnika – relacja z podróży, jednak niezwykła jak na tamte czasy, kiedy o zagranicznych podróżach większość Polaków mogła tylko pomarzyć. Wydaje się jednak, że autorka na stałe (lub przez długi czas) przebywała w Norwegii, gdzie poznała swoich islandzkich przyjaciół i skąd łatwiej było zorganizować wycieczkę na atlantycką Wyspę.

Z perspektywy dzisiejszych marzeń o podróży na Islandię, sytuacja Haliny Ogrodzińskiej może wydawać się lepsza niż idealna: przyjeżdża do Keflaviku na zaproszenie rodziny Johannessonów (pisownia oryginalna), z nimi podróżuje i przez nich jest oprowadzana po największych zabytkach Islandii: Thingvellir, gejzery, historyczne centrum Reykjaviku. Kiedy marznie pod wodospadem Gullfoss i dostaje gorączki, wiele dni spędza w łóżku z lekturami przynoszonymi przez członków zaprzyjaźnionej rodziny. Czyta książki historyczne, sagi, uzupełniając braki wiedzy przed kolejną wycieczką. Jest nawet zaproszona na kolację w polskiej ambasadzie, gdzie u państwa Godków (!) poznaje polskich geografów i glacjologów organizujących ciekawą wyprawę na lodowiec. Sama nie będzie miała niestety okazji zobaczyć lodowców z bliska, za to poza programem dane jej będzie spędzić jedno popołudnie na islandzkiej fermie, gdzie skosztuje świetnie przygotowanej jagnięciny i kupi islandzki sweter.

Narracja pierwszoosobowa, relacjonująca kolejne etapy podróży, uzupełniona jest o dłuższe wykłady z historii i kultury Islandii. Autorka streszcza treść przeczytanych przez siebie książek, opisuje nawet akcję sagi o Njalu, a resztę niezbędnych informacji wkłada w usta swoich bohaterów: Einara, Unn, Pietura i Odil. To oni zdają się w dialogach zarzucać autorkę ciekawostkami i faktami dotyczącymi Islandii, ale nie dowiemy się, czy to wiarygodna relacja z rozmów, czy zabieg używany przez niektórych podróżników do dziś, polegający na czynieniu z napotkanych osób chodzące Wikipedie. Trzeba jednak przyznać, że jak na tamte czasy książka Haliny Ogrodzińskiej mogła być jednym z niewielu źródeł wiedzy o Islandii, dlatego szkolna maniera pisania pasuje do jej dydaktycznych celów.

Jest to jednak narracja nie pozbawiona swoich wad: kiedy zaczyna się lekturę, ma się w głowie niemal automatycznie głos z offu, należący do lektora Polskich Kronik Filmowych. Już opis lądowania na lotnisku w Keflaviku staje się okazją do wspomnienia o wikińskich podróżach, połowach ryb i nazwiskach patronimicznych. Zaledwie 143-stronicowa książka pełna jest takich informacji, czasem wtrąconych w treść jakby przypadkiem, innym razem rozwiniętych na osobne rozdziały czy wielostronicowe opisy. Każda kolejna książka z podróży pisana w guście “opowiem Wam o kraju, który zwiedziłam” zdaje się naśladować ten styl i zarzucać czytelnika ciekawostkami historycznymi, politycznymi, kulturalnymi i geograficznymi.

Ale czy ta maniera nie ma swojego rodowodu właśnie w latach 70., kiedy każda relacja z podróży była na wagę złota, a informacje o dalekich krajach w języku polskim były białym krukiem? W tych właśnie czasach swój złoty wiek przeżywało Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Islandzkiej, jedyna organizacja zrzeszająca miłośników Islandii w Polsce i zajmująca się popularyzacją kultury islandzkiej nad Wisłą. Zbierane przez nich materiały i wydawane przez lata Biuletyny były niegdyś jedynymi publikacjami na tematy sztuki, polityki, geografii czy gospodarki islandzkiej. Nic więc dziwnego, że członkowie TPPI nawet do dziś posługują się podobną manierą: powtarzaniem znanych już, a często nawet zdezaktualizowanych, ciekawostek o Islandii.

Miałam tego przykład całkiem niedawno, kiedy zostałam zaproszona do audycji Lewym Okiem internetowego Nocnego Radia. Jeden z prowadzących należał kiedyś do TPPI, więc jego wiedza na temat Islandii była ogromna. Niestety w którymś momencie rozmowa zamieniła się w wyliczanie islandzkich “naj” i innych stereotypowych określeń, które w świetle nowych badań i zmian społeczno-politycznych mijają się już z rzeczywistością. Z początku starałam się spokojnie zbijać te argumenty i dzielić się moją wiedzą. Okazało się także, że owe “przesłuchanie” postawiło mnie w kłopotliwej sytuacji, bo zaczęto zadawać mi pytania z dyscyplin i tematów, o których zupełnie nie miałam pojęcia. Niemal trzygodzinna audycja była nie lada treningiem cierpliwości i koncentracji, ale mimo wszystko przyjęto mnie bardzo miło, a słuchacze zadawali interesujące pytania.

TPPI działało prężnie do śmierci wieloletniego prezesa i zasłużonego członka organizacji, pana Andrzeja Michałka. Wszyscy członkowie Towarzystwa mówią o nim z sentymentem i poczuciem ogromnej straty, szczególnie, że po nim nie pojawił się żaden tak charyzmatyczny przewodniczący, który zjednoczyłby pozostałych członków. Towarzystwo jest więc zamrożone, a wielokrotnie podejmowano próby jego reaktywacji, zgłaszając się nawet do mnie. Wydaje mi się jednak, że patrząc na bogaty dorobek Towarzystwa, jego reaktywacja musiałaby albo zakładać powrót do stylu czasów jego świetności, albo podporządkować dostosowaniu do nowej formy. Dawne publikacje TPPI opisują Islandię sprzed boomu turystycznego, wielkiej fali migracyjnej Polaków i globalizacji, która sprawiła, że ta daleka Wyspa stała się na wyciągnięcie ręki.

Dlatego książkę Spotkanie z Islandią czytałam przez filtr tych właśnie czasów, kiedy i książki pisano w inny sposób, i wydawanie ich nie polegało na wielkiej kampanii reklamowej i lansowaniu autora w mediach społecznościowych. Samą autorkę szanuję za szczerość i wyważenie: będąc nawet w kraju tak pięknym jak Islandia, nie popada w ślepy zachwyt, a wyrażane przez Odil komplementy w postaci “naj” traktuje z przymrużeniem oka. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że książka Haliny Ogrodzińskiej to reportaż na miarę tamtych czasów i zawężone kompendium wiedzy na temat Islandii sprzed tanich linii lotniczych, Błętkitnej Laguny, Instagrama i blogerów.

Za wynalezienie książki w internetowym antykwariacie dziękuję Klaudii z Po islandzku.

Amerykański sen

autorEinar Kárason
tytuł: Ziemia przyobiecana
tłumaczenie: Jacek Godek
rok: 2020
wydawnictwo:  Marpress
liczba stron: 264

Ostatnia część trylogii reykiawickiej Einara Kárasona, Ziemia przyobiecana to zwieńczenie historii wielopokoleniowej rodziny Karoliny i Tómasa.

Po kultowej Wyspie diabła i jej kontynuacji, Złotej Wyspie, saga rodu z Thulecampu dobiega końca. Główni bohaterowie, prababcia Lina i inni mieszkańcy Starego Domu, ustępują najmłodszemu pokoleniu i pojawiają się tym razem już tylko w ich wspomnieniach. Akcja ostatniej części trylogii rozgrywa się w tytułowej ziemi obiecanej, jaką Islandczykom wydawała się wówczas Ameryka, szczególnie Stany Zjednoczone.

Bohaterami ostatniej części są Mundi i Bobo (synowie Dolli, a więc prawnuczkowie wróżki Liny) oraz Manni, syn Fii i Totiego, spokrewnionych z mieszkańcami Starego Domu i Nowej Lepianki. Mundi i Manni, których w ostatnim czasie połączyła wierna przyjaźń, przylatują do Ameryki w poszukiwaniu babci Gogo i wujka Baddiego, najbardziej barwnej postaci w całej familii. W hotelu kontaktują się z Bobo, najwyraźniej od dłuższego czasu bawiącym na Manhattanie, i we trójkę udają się w długą podróż w głąb kontynentu, aby odnaleźć członków rodziny. Na miejscu udaje im się spotkać nie tylko najbliższych krewnych, ale także pierwszego męża Gogo i jej dzieci oraz Daisy, niegdyś pomieszkującą u Liny i Tommiego wraz z ówczesnym narzeczonym.

Warto powiedzieć, że Islandczycy przyjeżdżają do Stanów jak do siebie. Nie chodzi tylko o analogię do odkrycia Ameryki przez islandzkich wikingów, ale raczej osobisty związek z Nowym Kontynentem. Chłopcy znają język i zwyczaje amerykańskie, bo przyjeżdżają z kraju opanowanego kulturowo przez USA. Nie są obcy kodom kulturowym, tak samo jak autochtoni śpiewają piosenki Elvisa z pamięci czy palą Camele. Z początku wizyta u rodziny wydaje się ucieleśnieniem amerykańskiego snu. Trzej chłopcy z Reykjaviku otrzymują nocleg na farmie, Daisy jest gotowa zawieźć ich wszędzie, a gdzie nie pojadą, ugoszczeni są darmowym piwem. Zresztą piwo okazuje się głównym napojem bohaterów tej serii. Panowie piją z goszczącym ich świniopasem, z wujkiem Baddim, ze stałymi bywalcami odwiedzanych w podróży barów, z gośćmi hotelowymi, ze znajomymi i z nieznajomymi na końcu autokaru. Alkohol leje się strumieniami i prowadzi do kłótni, bójek, złamanych kończyn, a w najlepszym wypadku: ciężkiego kaca. Wydaje się jednak, że z każdej opresji chłopcy wychodzą bez szwanku. Gospodarze i policja zajmują się przybyszami z dalekiej Europy ze szczególną uwagą, a jeśli dochodzi już do poważnych problemów, wszystkim zajmie się babcia Gogo. Bo ona wszystko załatwi.

Ale amerykański sen to tylko pozór, tak jak bogactwo Bobo czy ustatkowanie Gogo. To, co bajecznie wygląda w filmach lub brzmi obiecująco w rock’n’rollowych piosenkach, na miejscu okazuje się błahe i tandetne. Nie tylko nieudana wizyta w rezydencji Elvisa Graceland, ale każda przygoda w drodze do i z Missisipi staje się pretekstem do zdarcia złotej farby z tego wyidealizowanego obrazu, choć mamy wrażenie, że sami Amerykanie nie chcą do tego dopuścić. Niech przykładem będzie podsycanie kultu Elvisa i dbanie o jego dobrą reputację: nawet jeśli zapił się na śmierć, spotkany pasażer autobusu utrzymuje, że był “dobrym chłopcem”. Może najbardziej autentyczni są grający w pokera panowie w kowbojskich kapeluszach, ale oni przynależą do rodzajowej scenki życia codziennego w dymie papierosów i lepiącego się od piwa i krwi z wczorajszej bójki.  Nie brakuje też ozdobników w postaci groźnych Murzynów czy obawy przed pederastami, słowem: chłopcy z Islandii wpadają w sam środek amerykańskiej rzeczywistości. Niczym Pawlak i Kargul z trudem odnajdują się w nowych miejscach, które przypominają raczej cmentarz (trafne porównanie Nowego Yorku z uwagi na numerowane ulice) czy burdel.

Autor nie szczędzi obrazowego, bezpośredniego języka. Tak jak w poprzednich częściach, nie wstydzi się pisać o fekaliach czy innych problemach fizjologicznych, choć seks wciąż stanowi pewnego rodzaju tabu. W warstwie językowej nie brakuje oczywiście typowo seksualnych określeń, ale erotyczna przygoda Manniego z gospodynią pozostaje jedynie w sferze eufemizmów. Członkowie rodziny nie mają jednak problemu z mówieniem o tym, co innego o innych, bardziej brutalnych i drastycznych doświadczeniach. Do tych Gogo woli się nie przyznawać, zbywając sytuację uśmiechem i – zgodnie z rodzinną tradycją – drinkiem. To także dowód na niesłabnące poczucie humoru Kárasona, humoru czarnego i gorzkiego, rodem z sag.

Pod koniec serii autor przyznaje się do swoich źródeł i inspiracji, choć robi to w sposób niebezpośredni. Można powiedzieć, że przerzuca odpowiedzialność za opowiadanie historii na Manniego, który jawi chęć napisania kroniki wielopokoleniowej rodziny ze Starego Domu. Początkujący pisarz opowiada Mundiemu o swoich mistrzach: autorach sag islandzkich, Hemingwayu czy Dashielu Hammetcie. Poszkodowany przez skąpych i mało wrażliwych na sztukę rodziców, w dzieciństwie miał ograniczony dostęp do książek, aż w końcu w tajemnicy czytywał jedyne woluminy obecne w mieszkaniu Fii i Totiego: kupione wraz z drogim regałem jako dekoracja. Ten epizod z życia bohatera uzupełnia nam obraz Islandczyków jako czytającego narodu kronikarskiego, być może jest puszczeniem oka w stronę krytykującego zubożałą kulturę amerykańską Halldóra Laxnessa, który po wizycie za Oceanem stwierdził: „W Ameryce uświadomiłem sobie swoją narodową odrębność i nauczyłem się cenić duchowe dziedzictwo mojego kraju, tak bogate i wartościowe w porównaniu z bezdziejowością i ubóstwem tradycji w USA”.

W posłowiu Jacek Godek zwraca uwagę na to, że Einar Kárason należy do pierwszego “postnoblowskiego” pokolenia islandzkich pisarzy. Urodził się dokładnie w 1955 roku, czyli roku przyznania literackiego Nobla Laxnessowi. To wydarzenie było początkiem fali pisania i wydawania powieści w języku ojczystym. Dzięki przekładowi Jacka Godka i serii Bałtyk wydawnictwa Marpress, które zdecydowało się na publikację całej trylogii, polski czytelnik ma wreszcie szansę zapoznać się z całością tych kulturowych powieści, które – jak nazywa je tłumacz  – składają się na “truelogię”, prawdziwy obraz Islandii czasów transformacji kulturowo-społecznej. Moim skromnym zdaniem cały trójksiąg jest lekturą obowiązkową dla każdego, która uważa Islandię za kraj mlekiem i miodem płynący, za dzisiejszą ziemię przyobiecaną.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Marpress.

Czytaj dalej:

Najgorsza zbrodnia

W pułapce (Serial TV 2015- ) - Filmweb

W pułapce. Sezon 2

tytuł oryginalny: Ófaerð, angielski: Trapped
reżyseria: Baltasar Kormákur
rok produkcji: 2019

Po ogromnym sukcesie pierwszego sezonu, z niecierpliwością czekałam na następny. Głód rośnie w miarę jedzenia, więc zjadłam 10 odcinków w kilka wieczorów.

Zacznijmy od faktów: pierwszy sezon W pułapce (premiera w 2015 roku) był międzynarodowym objawieniem, nowym rozdziałem popularności islandzkich produkcji, a być może w ogóle gatunku nordic noir. Jeśli jakimś cudem nie oglądałeś_łaś jeszcze pierwszego sezonu, na pewno o nim słyszałeś_łaś. Obsypany nagrodami, dystrybuowany do wielu krajów (polska premiera odbyła się w 2016), podkręcający turystykę i zainteresowanie surową Północą… było jedynie kwestią czasu, aby następny sezon ujrzał światło dzienne. Fani z radością przyjmowali kolejne wiadomości o pracy nad nowymi odcinkami, ale choć drugi sezon wyemitowano na Islandii już w ubiegłym roku, do Polski dotarł dopiero niedawno.

Jeszcze przed włączeniem pierwszego odcinka zastanawiałam się, czy nie przypomnieć sobie poprzedniego sezonu. Oglądałam go lata temu, ale dość szybko twarze głównych bohaterów ułożyły dawne obrazy na miejscu. Detektyw Andri (Ólafur Darri Ólafsson), pracujący teraz w Reykjaviku, wraca do dawnego miejsca pracy ze względu na tajemnicze samobójstwo: farmer Gisli podpalił się pod siedzibą rządu, przygarniając do siebie swoją siostrę, ministrę spraw wewnętrznych, Hallę. Wszystko wskazuje na to, że aby wyjaśnić sprawę, najlepszy detektyw Islandii musi udać się na Północ. Dawni współpracownicy: Hinrika (Ilmur Kristjánsdóttir), obecna komendant policji w Siglufjörður, oraz  Ásgeir (Ingvar Eggert Sigurðsson) cieszą się na powrót do starych czasów, ale wydaje się, że w mieście nie jest już tak, jak dawniej.

Trapped 2 - Icelandic Thriller TV Series is back. | PferdKultur

Rolnicze Siglufjörður zmieniło się bowiem w plac budowy elektrowni finansowanej przez koncern z zagranicy. Gospodarstwa plajtują lub są do tego zmuszane, bo tereny potrzebne są pod nowe inwestycje. Zwierzęta i ludzie chorują przez trującą wodę, zanieczyszczaną odpadami przemysłowymi. Okolicę nawiedzają coraz częstsze trzęsienia ziemi, powodowane odwiertami. Społeczność buntuje się przeciwko tym zmianom, a część protestujących okazuje się członkami neo-nazistowskiej grupy Młot Thora, która stawia sobie za cel zatrzymanie napływu obcych na Islandię. Celem ich ataków są nie tylko przedstawiciele American Alluminium, szczególnie prezes o śniadej cerze, ale również imigranci pracujący w elektrowni, z których najwięcej widzimy Polaków i Ghańczyków.

Śledztwo szybko zostaje uzupełnione o kolejne zbrodnie. Policja musi zmierzyć się z trzema morderstwami, wciąż zmieniając tropy i uzupełniając kwestionariusz o kolejne tajemnice rodzinne i lokalne skandale. W część z nich zaangażowana jest córka Andriego, Þórhildur. Jednak nie tylko główny detektyw będzie miał problemy osobiste; Hinrika przechodzi kryzys w małżeństwie, a Ásgeir rozwija nową znajomość ze śledczą przybyłą z Reykjaviku. Ich prywatne problemy to jednak nic w porównaniu z losami i dramatami rodziny, wokół której skupiają się wszystkie przestępstwa. Rozdzielone rodzeństwo będzie miało okazję odnowić kontakty z okazji pogrzebu ich krewnego, ale powrót do dawnych wspomnień okaże się tragiczny w skutkach.

Trzeba powiedzieć, że akcja miejscami mocno się ślimaczy. Jak to w kryminale, policjanci trafiają na ślepe tropy, często wracają do punktu wyjścia, mają na karku ciekawskich dziennikarzy i egoistycznych polityków, którzy utrudniają śledztwo. Gdy już jeden podejrzany zamknięty jest w areszcie, pojawiają się nowe dowody, a brak komunikacji między policjantami prowadzi do konfliktów i rywalizacji, która nie pomaga śledztwu. Nie pomagają też “wścibskie dzieciaki”, czyli Þórhildur i jej chłopak, Aron, którzy zdają się lekceważyć znaczenie śledztwa i popełniają błędy, które znacznie spowolnią dojście do prawdy.

Trapped - what time is it on TV? Episode 6 Series 2 cast list and preview.

Może to syndrom sequelu, a może kwestia idealizowanych wspomnień co do pierwszego sezonu, ale mam wrażenie, że pomimo tych samych – swoją drogą świetnych – aktorów oraz twórców (reżyserem całości wciąż jest Baltasar Kormákur, choć przy większości pojedynczych odcinków pojawiają się inne nazwiska reżyserów) drugiej części serialu brakuje tego czegoś, co urzekło nas za pierwszym razem. Może to zmęczenie materiału, a może zmiana optyki i rozumienia tytułu serialu W pułapce. Podczas gdy za pierwszym razem było jasne, że tytułową pułapką jest daleka Północ, a w szerszym sensie – sama Wyspa, tym razem każdy z bohaterów zdaje się mieć własne ograniczenia, przez co ogólne wrażenie uwięzienia mocno się rozmywa.

Pierwsza różnica, która od razu rzuca się w oczy, to otoczenie i scenografia. Akcja dzieje się jesienią, więc zamiast białych kadrów typowych dla pierwszego sezonu, mamy zieleń i brązy, szerokie pola lawy zamiast ośnieżonych szczytów i jeepy zamiast skuterów śnieżnych. To ciekawe posunięcie, gdyż wydawałoby się, że biel i zima to nieodłączny element estetyki nordic noir. Gdy w pierwszym sezonie wyławia się ciało z morza, widzowi nie umyka na uwadze, że woda jest lodowata, miejscami zamarznięta. Niepokorna i nieprzyjazna pogoda potęgowała nastrój, a mroczny klimat dopełniały noce polarne. Islandia skuta lodem i pokryta śniegiem była faktycznie więzieniem, z którego nie można się wydostać. Sceneria jesienno-wiosenna (da się wychwycić wiele detali, które wskazują na to, że zdjęcia kręcono wiosną) jest – jak to w przyrodzie przystało – bylejaka, pozbawiona tego samego klimatu, jakim jest ostra zima. Nie zmienia to jednak faktu, że widoki są boskie, a jeśli ktoś oglądał W pułapce właśnie dla nich, to na pewno nie będzie rozczarowany.

Mam zresztą taką teorię, że producenci poszli za ciosem. Wcześniej Islandia kojarzyła się wyłącznie z zimą, bo taki obrazek dominował w mediach. Obecnie turyści mogą przyjechać na Wyspę o każdej porze roku, a więc poszerzono wachlarz kadrów krajobrazu, które mogą się z Islandią kojarzyć. Tak naprawdę nie ma znaczenia, czy znajdujemy się na północy, czy na południu Wyspy (a przecież w obu sezonach część zdjęć kręcono z Reykjaviku, centrum dowodzenia krajowej policji i decyzji podejmowanych przez polityków). Geograficznie mamy niemal wszystkie cuda przyrody, które kojarzą się z surową Islandią z wyobrażeń backpackersów i autostopowiczów: pola lawy, jaskinie, rzeki, jeziora, szczyty gór.

Jeśli nie przyroda, to co jest pułapką? Tautologią jest powiedzieć, że po prostu każdy z bohaterów nosi swoją własną, choć zdecydowanie czynnik ludzki wychodzi na pierwszy plan. To kwestie społeczne zdają się bardziej interesować twórców drugiego sezonu: kontrast południe/północ (a więc miasto/wieś), kompleks mieszkania na końcu świata, zaściankowość prowincji i wynikające z tego przywiązanie do ziemi, ale też bardziej kontrowersyjne poglądy (podatny grunt dla treści homofobicznych, ksenofobicznych i antykapitalistycznych). Skłócone rodziny, hipokryzja, granie na emocjach czy nieuczciwość to codzienność tej niewielkiej społeczności, a stereotyp surowej i gorzkiej Islandii pogłębia obecność “złych Polaków”, którzy pracują tylko dla pieniędzy, choćby źródłem ich pieniędzy były nielegalne zagrywki.

Ma się jednak wrażenie, że za dużo tych negatywów w jednej małej miejscowości. To nie Islandia w pigułce, ale karykatura Islandii widziana oczami surowego krytyka. Scenarzyści chcieli z pewnością przedstawić bardziej aktualny obraz Islandii niestołecznej, ale nie tyle oczekujemy od nich zgodności z faktami, co wyważenia akcentów. Nordic noir to w końcu tylko fikcja, karykatura dalekiej Północy, hiperbolizacja obrazu odizolowanych miejscowości i ich chłodnych mieszkańców. Celem nordic noir jest opowiedzenie historii o zbrodni i przemocy, o której trzeba przypominać w realnym świecie, ale czasami przybiera cechy kiczowatego horroru niż psychologizującego dreszczowca.

Drugi sezon wciąga, ale chyba wyłącznie z przywiązania do pierwszej części historii. Skrócenie wątków i zmieszczenie wszystkich możliwych motywów, od samospalenia, przez niedoniesioną ciążę, po gwałt, w 10 odcinkach było dla mnie zbrodnią. Nie dlatego, że jestem wrażliwym widzem i nie doczytałam ostrzeżeń Netflixa o kłopotliwej zawartości programu. Ale dlatego, że nie trzymał mnie w napięciu tak, jak powinien dobry kryminał. No i może dlatego, że córka Arniego strasznie mnie irytowała, a w serialu zdecydowanie za dużo było martwych zwierząt, przed czym mnie nie ostrzeżono!

Watch Trapped: Season 2 | Prime Video

Wszystkie kadry z filmów oraz plakat pochodzą z materiałów prasowych.