Zabawa w festiwal

Byłam wczoraj na warszawskim koncercie w ramach festiwalu Iceland to Poland. Nie będę owijać w bawełnę – nie było to najlepsze wydarzenie muzyczne mojego życia. Ale choć organizatorzy spotkali się z dużym hejtem, chciałabym stanąć w ich obronie.

Warszawski występ to trzeci z czterech, jakie zaplanowano na tegoroczną edycję. Z relacji internetowych wynika, że w Krakowie był sztos, a Poznaniacy świetnie przyjęli artystów. W Warszawie coś jednak nie styknęło, bo Progresja niemal świeciła pustkami. Co prawda moi rozmówcy stwierdzili, że lepiej mieć 100 prawdziwych fanów niż tysiące przypadkowych osób na koncercie. Rozpoznawałam w tłumie znane mi z islandzkich imprez twarze, ale na pewno musieli przyjść na to wydarzenie również fani tego konkretnego typu muzyki, więc zdziwiła mnie taka niska frekwencja.

Zapowiadano wielką imprezę, ale dancingu i szaleństwa nie było. Ludzie wychodzili z koncertów niezadowoleni, a na stronie facebookowego wydarzenia padały komentarze “nudzę się”. Mimo wsparcia artyści naprawdę starali się zagrać dobre koncerty i udowodnić przybyłym, że warto było. Więc jeśli kogoś trzeba by było winić za brak atmosfery, moim zdaniem byliby to techniczni i sam Klub. Mr. Silla zaczęła swój występ unplugged, bo sprzęt nie był dobrze podłączony, a przez złe nagłośnienie podczas koncertu aYia wokal wybrzmiewał dopiero wtedy, gdy stawało się za stołem technicznym. Wiele osób mówiło mi, że jest za głośno, muzyka źle się roznosi, akustyka zawodzi. Do tego sala była za duża, niewystarczająco kameralna jak na takie wydarzenie. Tu podobno również zawinił Klub, mimo wstępnych ustaleń udostępniając organizatorom swoją największą salę, zamiast mniejszej.

aYia podczas koncertu w warszawskiej Progresji, Iceland to Poland 2019

Ale była zabawa w trakcie festiwalu. Ja dobrze się bawiłam. I nie dlatego, że oczekiwałam wielkiej imprezy. Rozśmieszali mnie sami artyści. Mr. Silla, która wdzięczyła się na scenie niczym diwa, bawiąc się trochę i mikrofonem, i dźwiękami z playbacku. Zupełnie nie obchodziły jej niedociągnięcia: czy odpiął jej się pasek od gitary, czy piękny długi kuc włosów uderzał ją w twarz podczas dzikich pląsów. Patrzyłam na nią jak na upitą na wesoło dziewczynę z sąsiedztwa, która wpadła do lokalnego pubu na wieczór karaoke.

Mr. Sillla (czyli Sigurlaug Gísladóttir z Múm) podczas koncertu w warszawskiej Progresji, Iceland to Poland 2019

aYia dała interesujący występ, według moich współtowarzyszy jeden z najlepszych. Mnie nie do końca przekonuje mroczny image grupy, w tym styl samej wokalistki, która chodzi po scenie cała na czarno z rękami w kieszeniach i spuszczoną głową. Abstrahując od tego, że techniczni nie dali jej głosowi wybrzmieć, była na scenie absolutnie nieobecna. Zakrywała twarz długimi włosami, a kiedy już przemawiała do publiczności, to cicho i bardzo niewyraźnie. A mimo to koncert mnie ubawił, bo pod sceną dokazywały dwie wierne fanki zespołu, jedyne (niestety) tańczące i skandujące w całym tłumie. Serio, zespół koncertujący już w Polsce ma w Warszawie tylko dwie fanki?

Moim zdaniem w dużej mierze zawiodła właśnie publiczność. Ludzie stali pod sceną, niektórzy próbowali falować w takt muzyki, ale zanim się rozkręcali, to 40-minutowy występ akurat się kończył. Warszawską edycję uzupełniła polska artystka Larilu, ale większość czekała na headlinera: Högniego. Jego występ był jednak dla mnie jak zły dj na weselu po oczepinach. Kiedy wszyscy nakręcają się na zabawę, on puszcza jakieś dobijające kawałki i ludzie zaczynają zasypiać lub wracać do domu. Z całą sympatią do Högniego (bo w innych warunkach pasowałby do mojego profilu artysty idealnego z Islandii: wikińska broda, długie blond włosy, ambientowe pianinko i skrzypce, głos z lekką chrypką, proste melodie…) jego występ zabił zabawę, na którą czekali ci, którzy postanowili wytrwać do końca festiwalu, czyli koncertu President Bongo o północy. Ale i podczas jego wystąpienia (przynajmniej na początku), publiczność tylko stała pod sceną, a fanki Högniego, który podszedł pod scenę, zajmowały się bardziej nim niż jego dawnym kolegą z zespołu Gus Gus.

Högni podczas koncertu w warszawskiej Progresji, Iceland to Poland 2019

Zatem Warszawa nie zabawiła się podczas festiwalu, wielu jednak złośliwie komentowało, że to organizatorzy bawili się w festiwal. Widzowie mieli prawo czuć się trochę zdezorientowani, czy może nawet zawiedzeni. Najpierw odwołano, niemal tydzień po tygodniu, dwie największe gwiazdy festiwalu (Hatari i FM Belfast), w dniu koncertu natomiast zaliczono wpadkę dotyczącą godzin otwarcia i rozpiski wystąpień. Internauci dokazywali z tej okazji na oficjalnej stronie festiwalu, dlatego postanowiłam przekleić tu kilka znalezionych w sieci komentarzy i zestawić je z wypowiedziami głównej organizatorki festiwalu, Wiktorii Joanny Ginter, którą udało mi się złapać w przerwie między koncertami.

“Organizacja na najwyższym poziomie 💁🏻‍♀️”

Napisano w reakcji na to, że informacje dotyczące godzin otwarcia warszawskiego koncertu nie były spójne z tym, co można było znaleźć na stronie Progresji. Wejście na teren Klubu początkowo miało być możliwe od 18, jednak w ciągu dnia Iceland to Poland podało informację o późniejszej godzinie otwarcia drzwi. Wiele osób nie zarejestrowało jednak tej zmiany i czekali pod Klubem przez godzinę, co było okazją do hejtowania organizatorów. Cóż, może komunikacja nie wypaliła, ale Wiktoria powiedziała mi, że obsuwa związana była głównie z faktem, że artyści i techniczni nie wyrobili się z próbami dźwięku do ustalonej pierwotnie godziny.

Kto zawinił? W takich przypadkach najczęściej obwinia się organizatorów. Ale gdy w Krakowie w ostatniej chwili zmieniono miejsce koncertu, organizatorzy podstawili pod pierwszy klub autobus, który miał zawozić publiczność do nowej lokalizacji. Strona Iceland to Poland regularnie umieszczała wpisy dotyczące zmian line-upu czy kwestii organizatorskich, można było też napisać w sprawie jakichkolwiek wątpliwości w dyskusji wydarzenia i dostać szybką odpowiedź z prywatnego konta Wiktorii.

President Bongo podczas koncertu w warszawskiej Progresji, Iceland to Poland 2019

“Kupiłem bilety tylko dlatego, że mieli grać”

Kiedy podano oficjalną informacje o tym, że Hatari nie weźmie udziału w Festiwalu, na organizatorach wieszano psy. Choć podano oświadczenie, że decyzja w wyniku okoliczności niezależnych od obu stron, winę zrzucono na organizatorów i zaserwowano im masowe zwroty biletów. Obserwowałam sprawę od samego początku i już wtedy starałam się szukać sensownego wytłumaczenia. W czym mogła zawinić grupa trzech organizatorów, którym zależy, żeby Festiwal cieszył się powodzeniem i dużą publicznością? Obecność Hatari na Iceland to Poland zaklepano jeszcze przed Eurowizją, a grupa odstąpiła od udziału w Festiwalu w szczytowym momencie popularności, już po finale w Tel Avivie. Nie dziwi Was, że właśnie wtedy zrezygnowali z krótkiego występu na kompromisowych warunkach? I że kilka dni później poinformowali o własnym koncercie w tym samym miejscu? Na pewno poszło o pieniądze, bo trio z Reykjaviku zażyczyło sobie honorarium, którego organizatorzy nie mogli zagwarantować. Doszły do mnie plotki, że już w samej Islandii chłopcy spotykają się z krytyką za swoje, nastawione na zysk, dokazywanie. A w końcu śpiewali przeciwko kapitalizmowi, prawda?

“Strzał w kolano bardzo”

Gdy odwołano występ FM Belfast, polała się druga fala hejtu. Sama nie byłam zachwycona i wyraziłam swoje niezadowolenie, ale wciąż planowałam swój udział w Festiwalu, choćby dlatego, ze dla mnie to po prostu wielka impreza islandzkiej muzyki, a nie koncert jednego zespołu. Jasne, że ludzie mieli prawo kupować bilety tylko z myślą o jednym występie i poczuli się oszukani, kiedy ich ulubiony zespół wycofał się z imprezy. Ale wieszanie psów na organizatorach było bardzo nie na miejscu. Okazuje się bowiem, że w tym przypadku nawaliła strona zespołu, a konkretnie agent. I może nie przekona Was informacja o tym, że nie zdążył podpisać umowy, a potem wyjechał na wakacje, ale jak dla mnie to bardzo islandzkie zachowanie 😉 Islandczycy tak już mają, że jak się do nich nie będziesz dobijał, to nie odpiszą. Więc organizatorzy nie strzelili sobie w kolano, ale polegli w starciu z papierami. A wiemy, że większość zespołów ściągniętych przez Wiktorię to jej znajomi lub znajomi znajomych, więc kwestie formalnie być może schodziły na drugi plan w pierwszej fazie ogłaszania line-upu. Szkoda FM Belfast, ale szkoda też organizatorów. W krótkim czasie musieli wycofać grafiki i wideo promujące, kontaktować się z partnerami medialnymi, a przede wszystkim znowu zawieść swoją publiczność, a może nawet namawiać pozostałych artystów, żeby nie wycofali się z udziału w Festiwalu.

“Co trzeba zrobić żeby powalczyć o te wejściówki? “

I właśnie to przyjacielskie nastawienie było bardzo ważne, żeby Festiwal ostatecznie wypalił. Wiktoria zdradziła mi, że artyści byli świadomi tego, co się dzieje, więc tym bardziej chcieli być częścią Festiwalu i nie zawieść. Może zdziwi to nas wszystkich, ale nie wszystko na świecie rozchodzi się o pieniądze, a na pewno organizatorzy Iceland to Poland nie planowali dorobić się na tej imprezie. Więcej: bardzo się starano o to, żeby Islandczycy nie grali do pustych sal, dlatego organizowano konkursy i rozdawano darmowe wejściówki na występy. Lista gości przy wejściu była długa, a znając ceny biletów nietrudno sobie wykalkulować, że bez dodatkowych źródeł finansowania i sponsorów organizatorzy być może musieli nawet do całego przedsięwzięcia dołożyć.

Zabawa w festiwal? Może. Ale Wiktoria, choć na co dzień menadżerka zespołów mocno związana z islandzką sceną muzyczną, nie organizuje festiwali codziennie. Gdy przychodzimy na gotowe, zawsze znajdziemy wady i niedociągnięcia, ale rzadko zastanawiamy się, ile pracy i stresu kosztowało wszystko organizatorów. Sama wiem, ile muszę włożyć czasu i zaangażowania w organizację jednego Dnia Islandzkiego, nie wyobrażam sobie więc tygodniowej imprezy, gdzie w grę wchodzą pieniądze i ściąganie do Polski Islandczyków z kosztownym sprzętem. Z mojej strony wielki szacun za to, że pomimo wielu przeszkód nie zrezygnowano z imprezy i doprowadzono ją do końca. Szacunek należy się również artystom, którzy postanowili zagrać mimo wszystko. Dlatego bronię Iceland to Poland, bo wiem, że są jeszcze ludzie, którzy kierują się pasją, a nie chęcią zysku. Pomyślcie o tym następnym razem, gdy napiszecie negatywny komentarz publicznie.

Z Wiktorią Joanną Ginter, główną organizatorką festiwalu Iceland to Poland.

Jak podróżować (z głową)

Mój baskijski wpis wywołał komentarze w związku z podróżowaniem w ogóle. Na moim plecaku zbieram flagi wszystkich skandynawskich miejsc, które odwiedziłam, a podróżować lubię często i dużo.

Chęć do zwiedzania innych krajów obudzili we mnie rodzice. Dużo jeździliśmy po Europie, głównie samochodem. Kiedy miałam jakieś pięć, sześć lat, wybraliśmy się na objazdówkę po Skandynawii, to był mój pierwszy raz na Północy. Już wtedy podobno byłam bardzo wygadana i złośliwa, a moja mama często wspomina tekst, który wypowiedziałam przy przekraczaniu granicy szwedzko-norweskiej: Jak to? Kolejny kraj??? To ile ja mam się języków nauczyć?!

Wyjazd w te strony zawdzięczaliśmy bratu mojej babci, który wyprowadził się do Szwecji jeszcze w latach 80. i dlatego zawsze mówiliśmy na niego “wujek Szwed”. Pamiętam kiedy wujek przywoził nam na święta prezenty, istne skarby jak na tamte czasy. Mój pierwszy gadżet z Nici traktowałam jak najwspanialsze trofeum w dziecięcej kolekcji. Ostatni raz odwiedziłam wujka w jego domku letnim pod Eskilstuną latem 2010 roku. Zabrał mnie i moją kuzynkę na wycieczkę do Sztokholmu, wówczas po raz pierwszy weszłam do tamtejszego Nationalmuseum. Zachwyciłam się wiszącą na klatce schodowej kompozycją Midvinterblot, miałam też duże szczęście, że wystawa czasowa dotyczyła akurat akwareli Carla Larssona. Tak narodziła się w głowie małego historyka sztuki pasja do sztuki skandynawskiej, którą zaczęłam realizować dopiero kilka lat później.

Jedna z sal sztokholmskiego Nationalmuseum jeszcze przed remontem. Na pierwszym planie jedno z moim ówczesnych odkryć: Johan Tobias Sergel i rzeźba “Amor och Psyke”.

Zbulwersowana koniecznością nauki języków kilkuletnia Emilka wiele lat później nauczyła się szwedzkiego, poznała też duński i norweski, a nawet podstawy islandzkiego. To właśnie dzięki wujkowi zaczęłam uczyć się szwedzkiego, a nie bardziej zbliżonego do wymarzonego islandzkiego (którego nie było w ofercie studiów) – norweskiego. Ta wizyta w sztokholmskich muzeach była początkiem skandynawistycznej przygody, ale tułanie się samochodem po promach i autostradach z rodziną obudziło miłość do fiordów i jezior jeszcze wcześniej. Niestety nic nie pamiętałam z tych podróży, a zdjęcia z rodzinnego albumu tylko podsycały zazdrość do samej siebie, że po latach nie pamiętam już tego wyjazdu. Dlatego postanowiłam, że muszę odświeżyć wspomnienia i wrócić na Północ.

“Jak to ludzie robią? Tak po prostu wsiadają na prom lub samolot i jadą?”, spytała jedna z obserwujących Utulę Thule na Facebooku. Nie jestem podróżniczką, a przynajmniej nie zasłużyłam sobie na miano podróżnika. Ci fascynują przecież tłumy odwagą i otwartością na obce kultury, spędzaniem większości życia w drodze, odhaczając kolejne miejsca na swojej mapie świata. Ja nigdy nie wyjechałam poza Europę, a jednak potrzeba zwiedzania (głównie muzeów) co roku zmuszała mnie do pojechania w nowe miejsce. Odkąd moje konto w banku nauczyło się definiować moje wydatki, opcja “podróże” zawsze figuruje w rankingu i czasem prowokuje do podjęcia prób ograniczenia tego szaleństwa. Ale mój portfel i tak pozwala tylko na skromne podróżowanie, więc jestem stałą klientką tanich linii lotniczych oraz aktywną użytkowniczką portali Airbnb i Couchsurfing.

Tak, ludzie po prostu wsiadają w samolot lub prom, bo obecnie coraz więcej z nas na to stać. Loty do Skandynawii kosztują po kilkadziesiąt złotych, chociaż dopiero na miejscu zderzamy się z rzeczywistością, że transfer z lotniska potrafi wynieść nas trzy razy tyle, a jedzenie i nocleg to już naprawdę wysokie kwoty. Ale nie będę dawać tutaj rad na tanie podróżowanie, bo wcale nie jestem zwolenniczką takiego zwiedzania świata. Przestałam chodzić na slajdowiska i klubokawiarniane spotkania o Islandii głównie dlatego, że opowiadacze skupiali się na tym, jak “oszukali system”, rozbijając namiot za darmo, jeżdżąc stopem i żywiąc się makaronem z pesto. Januszowanie to doprawdy cecha godna pochwały w kraju nad Wisłą, bo każdy chce pojechać na Islandię, do Norwegii czy Szwecji, ale zrobić to najmniejszym kosztem. Ale turystyka, nawet w tak bogatych krajach jak skandynawskie, to również istotny sektor przemysłu, który choćby Islandii pozwolił wydźwignąć się z kryzysu. Powiecie mi: to niech bogaci turyści zostawiają w hotelach i restauracjach swoje fortuny, ja wybieram plecak i konserwy. Jasne, ja też podróżuję z plecakiem i staram się wydawać jak najmniej. Ale apeluję, żeby podróżować z głową. Czyli tak:

Otwórz się na nowe możliwości

Przewodniki są fajne, ale kurczowe trzymanie się wyznaczonych przez obcą ci osobę tras jest jak zwiedzanie muzeum z audioguidem. Niby sięgasz po zestaw niezbędnych informacji do zrozumienia wiszącego przed ciebie dzieła sztuki, ale często okazuje się, że to tylko opis tego, co widać na obrazie. I tak jak nie ma jednego klucza interpretacyjnego do zrozumienia sztuki, tak zaliczanie najważniejszych atrakcji turystycznych nie zapewni wam pełnego doświadczenia zwiedzanego kraju. I nie, nie masz być hipsterem, który wydeptuje nowe ścieżki w mchu i wyjeżdża poza drogę, żeby wpakować się w dół albo spaść z klifu. Ale dlaczego nie objechać Islandii w kierunku przeciwnym do tego, które proponują przewodniki? Dlaczego nie poszukać kawiarni poza główną ulicą dużego miasta? Dlaczego nie zjeść w knajpie, której nie polecają żadne Trip Advisory? Posiłkujemy się opiniami innych, bo chcemy zaoszczędzić czas i pieniądze. Ale czasem warto odmówić sobie wizyty w przereklamowanym muzeum i w zamian za to przespacerować się po mieście (to nic nie kosztuje!). Zgubić się, żeby odkryć magiczną dzielnicę Helsinek albo pole łubinów gdzieś na północy Islandii.

(Nie) ograniczaj się!

Istnieje teraz takie przekonanie, że podróż musi być wielką przygodą. Że musimy udowodnić coś sobie albo innym. W najgorszych przypadkach chodzi o to, żeby zaimponować swoim znajomym na mediach społecznościowych. Jedni próbują osiągnąć swój cel januszowaniem (“nie wydałem na nocleg ani korony! Tak ich wyrolowałem!”), a inni postanawiają objechać Islandię na wrotkach, bo nikt tego wcześniej nie zrobił. Wiecie, z dużym szacunkiem i zazdrością słucham o podróżowaniu po Skandynawii rowerem, bo wiem, że sama bym nie dała rady. Ale trochę nie rozumiem ludzi, którzy stawiają sobie ogromne cele, czasem niemal ryzykując swoim życiem.  Robią głupoty, ale mają dużo szczęścia, więc wychodzą z tego cało. Wchodzą na lodowce w trampkach i przeżywają katharsis, kiedy prawie zamarzają na śmierć, albo lądują w namiocie z nieznajomym, żeby zaoszczędzić na noclegu i cudem unikają gwałtu. Kiedy jeździłam stopem po Fiordach Zachodnich Islandii, myślałam, że jestem królową życia. Spałam w dziwnych miejscach, wsiadałam do samochodów przypadkowych ludzi. Nosiłam w sobie przekonanie, że Islandia to najbezpieczniejszy kraj dla samotnych podróżników. Głupi ma zawsze szczęście, więc nic mi się wtedy nie stało. Ale mogło stać. Dlatego trzeba mieć zawsze z tyłu głowy, że każda przygoda może skończyć się zarówno na cudownych, jak i przykrych wspomnieniach. Tym razem się udało, ale nigdy nic nie wiadomo. Dlatego unikam opisania tu szczegółów mojego lata na Islandii, bo nie chciałabym, żeby ktokolwiek przyjął za standard moje różne wybryki. Nie wierzcie w to, co czytacie. Albo przynajmniej nie próbujcie tego na własnej skórze.

Podróżowanie autostopem w Fiordach Zachodnich to wielka przygoda, ale też nauka pokory. Tutaj: kolejna godzina czekania na okazję w miejscu, które potocznie można nazwać zadupiem.

Szanuj siebie i innych

Osobiście bardzo lubię Couchsurfing, a na Islandii często korzystałam z gościnności Polaków, którzy pozwalali mi u siebie spać. Sama często przyjmowałam turystów i podróżników w swoim mieszkaniu, ale godzenie się na obecność nieznajomego pod własnym dachem wymaga sporo zaufania i głupoty (patrz punkt wyżej). Zawsze jednak zakładam, że ludzie są z natury dobrzy i oczekuję od nich tylko pozytywnej odpowiedzi na moje zaufanie (bo jeszcze nic złego mi się nie przytrafiło, ale patrz punkt wyżej). Ale tak jak nie lubię kiedy ktoś wykorzystuje moją gościnność, tak staram się nie robić tego u innych. Gościnność ludzka jest nie(d)oceniona, ale musi mieć swoje granice. Gdy po raz pierwszy przeglądałam oferty couchsurfingowe w Reykjaviku, uderzyła mnie przedsiębiorczość lokalnych gospodarzy. W długich opisach często mieli pochowane jakieś kody, a niewpisanie ich w wiadomość oznaczało automatyczne odrzucenie zapytania. Nie tak działa ten portal, nota bene założony właśnie dzięki podróży na Islandię. I choć może w końcu lat 90. Islandczycy chętnie przyjęli w swoich domach założyciela Couchsurfingu, bo znani są przecież w średniowiecznych manuskryptach ze swojej gościnności, obecnie udostępnianie swojej kanapy to na Wyspie wielki biznes. Nie dziwi mnie to. Człowiek może być gościnny, ale jednocześnie chciwy.

Na szczęście portal ten działa świetnie w reszcie Skandynawii. To naprawdę świetna okazja do podszkolenia języka i poznania lokalnych zwyczajów albo poznania miasta z własnym przewodnikiem. Dzięki Couchsurfingowi dyskutowałam o polityce po szwedzku i zostałam zaprowadzona do pięknego punktu widokowego w Jönköping. Poznałam też warunki zakwaterowania studenckiego w Helsinkach i niezwykle pomysłowe zagospodarowanie łazienki o powierzchni 1 metra kwadratowego na toaletę i prysznic. Albo gotowałam bezglutenowe spaghetti w Oslo. Młodzi Skandynawowie są bardzo otwarci na turystów z innych krajów, chętnie podzielą się rekomendacjami, ale czasem nie potrzebujemy proponowanego przez nich harmonogramu wycieczki, bo mamy własne plany. Trzeba się jednak wzajemnie szanować, bo Couchsurfing to więcej nic darmowy hotel.

Nie wstydź się być turystą

Takie proste, a jednak wielu z nas chciałoby zrobić wszystko, żeby wtopić się w tłum i za nic w świecie nie być przez lokalnych uznanymi za turystów. Sama tak mam, że w Skandynawii mówię do wszystkich po szwedzku i obrażam się, jak Szwedzi odpowiadają po angielsku (albo panikuję, kiedy Duńczycy odpowiadają po duńsku i nic nie rozumiem). Podczas pierwszego wyjazdu na Islandię tak bardzo pilnowałam, żeby nikt nie pomylił mnie z typową turystką, żestarałam się na każdym kroku udowodnić swoją wiedzę na temat Wyspy i podkreślać, że nie przyjechałam tu po to, żeby trzeba mnie było wyjmować z rowu helikopterem. Czasem kierowcy autostopowi byli pod wrażeniem, mówili, że wiem o Islandii o wiele więcej niż oni. Gdy pan z telewizji amerykańskiej wziął mnie za Islandkę, bo paradowałam po Laugavegur w islandzkim swetrze, bardzo mnie to podbudowało, ale też zaskoczyło. Przecież Islandczyka i tak nie oszukam. Przecież i tak nie jestem stąd.

A mimo to długo nie chciałam nazywać się turystką, bo turystyka kojarzyła mi się z obciachowymi pamiątkami, naiwnością, brakiem podstawowej wiedzy o odwiedzanych miejscach i ignorancją. Ale podróżnikiem też nie jestem. Ani lokalsem. Więc kim? A co gdyby zgodzić się na rolę turysty, ale świecić przykładem? Szanować lokalne zwyczaje, uiścić potulnie opłatę klimatyczną, wynająć raz samochód zamiast tułać się przy drodze w oczekiwaniu na okazję? Zjeść porządny obiad w restauracji zamiast zapychać się chlebem posmarowanym brązowym serem? Zapłacić za łóżko w wieloosobowym pokoju hostelowym zamiast koczować na stacji benzynowej? Z perspektywy czasu wstyd mi za januszowe podróżowanie, bo bycie dumnym turystą to też wspieranie infrastruktury dla turystów przeznaczonej. A jestem już za stara na spanie w toalecie dla niepełnosprawnych na lotnisku w Luksemburgu albo na plaży w Rawennie. Ale kurcze, to są wspomnienia!

Podróżować każdy może. Ty też możesz. Przez 10 lat wmawiałam sobie, że podróż na Islandię graniczy z cudem, szukałam wymówek. Bo jestem za młoda, bo nie mam pieniędzy, bo nie mam z kim pojechać, bo nie mam czasu, bo za daleko, bo za drogo. Aż w końcu tak po prostu kupiłam bilet i poleciałam. I nagle znalazły się i pieniądze, i noclegi, i towarzystwo. Miałam szczęście? Tak. Dzięki niemu wróciłam na Wyspę wielokrotnie. Ale może Islandia przyjmowała mnie tak chętnie również dlatego, że stosowałam się do powyższych zasad? Z plecakiem można pojechać naprawdę wszędzie. I nie wrócić z długami, ale pięknymi wspomnieniami. Nowymi znajomościami. Doświadczeniami. Obtarciami na nogach, może zagubionymi skarpetkami albo ręcznikiem. Byleby nie stracić głowy!

“Pomnik nieznanego biurokraty”, Magnús Tómasson, 1993 pod Ratuszem w Reykjaviku

Islandzkie tropy w Kraju Basków

Tydzień temu pisałam o skomplikowanych relacjach islandzko-baskijskich. Po kilkudniowym objeździe po Kraju Basków mogę podzielić się z Wami znalezionymi przeze mnie tropami islandzkimi.

Od razu muszę przyznać, że nie łatwo było znaleźć coś konkretnego. Moje ogólne wrażenie jest takie, że pamięć o przykrych wydarzeniach sprzed 400 lat nie zaowocowała widoczną współpracą między państwami. Baskowie są bardzo dumnym i zamkniętym narodem, więc niekoniecznie chcą się obnosić faktem, że coś kiedyś łączyło ich z Islandczykami. Zwiedziłam wiele muzeów i miejsc, które bezpośrednio łączą się z baskijskimi wielorybnikami, ale wspomnienia o wyjazdach na Islandię są jakby spowite cieniem. Czy to ten rodzaj opowiadania o przeszłości, w której przemilcza się trudne i nieprzyjemne wydarzenia?

A jednak jest kilka rzeczy, które łączy Kraj Basków i Islandię. Nie śmiem porównywać ludzi jako takich, choć Mak Jürgen, Bask osiadły w Islandii, opowiadał mi o podobieństwach i różnicach między mieszkańcami obu krajów. W wywiadzie mówił o chłodzie i trudnościach z zawieraniem znajomości, przy jednoczesnej otwartości i gościnności Islandczyków. Po tygodniu w Kraju Basków mam wrażenie, że Baskowie są bardzo zamknięci i “anty”. Niemal wszędzie spotykaliśmy napisy odnoszące się do niepodległości Kraju albo nawet graffiti przeciwko turystom.

Ludzie morza

Oba kraje łączy jednak miłość do morza i duże przywiązanie do wybrzeża. Szczególnie dawniej poziom życia zależny był od pomyślności połowów i przychylności wód oceanu. Tak Islandczycy, jak Baskowie musieli dostosować się do surowych warunków i ostrych skał przy brzegach, oddając swój los w ręce bogów. W Kraju Basków bardzo wyraźne jest przywiązanie do religii, w kościołach znaleźć można dary wotywne oraz elementy wystroju związane z życiem na morzu: łodzie, kotwice, ambony w kształcie kadłubów, oraz motyw polowania na wieloryby.

Witraż z kościoła San Juan de Gaztelugatxe

Wieloryby znaleźć można w herbach wielu miejscowości na Wybrzeżu Baskijskim, a polowanie na te ogromne zwierzęta jest największą dumą i tematem przewodnim tutejszych muzeów. Byłam w Albaola, żywym muzeum/fabryce statków w Pasai oraz w Baskijskim Muzeum Morskim w San Sebastian – ekspozycje obu tych muzeów opowiadają historię statku San Juan odnalezionego u wybrzeżu Kanady w 1978 roku. Był on jednym z wielu, które wypływały na dalekie wody w poszukiwaniu wielorybów, ale rozbił się w 1565 roku w Red Bay, znanej wówczas Baskom jako Balea Baya – Zatoka Wielorybia w Nowej Fundlandii.

Odkrycie wraku San Juan było istotne przede wszystkim dla zrozumienia technik budowy statków w okresie baskijskiej świetności wypływów na dalekie wody, jak również poznanie nowych szczegółów odnośnie ich sposobów polowania na wieloryby. Z wystaw możemy dowiedzieć się, że Baskowie byli jedynymi profesjonalnymi wielorybnikami nowożytności i jedynymi, którzy trudzili się połowami na przemysłową skalę. Statki takie jak San Juan projektowane były więc tak, aby pomieścić baryłki na wielorybi olej oraz cydr, którym posilali się Baskowie podczas wypraw. Obecnie w Albaola tworzona jest rekonstrukcja statku oraz szalup, którymi Baskowie wypływali na polowania wielorybów (uśmiercali ssaka, przywiązywali do łodzi i zaciągali na brzeg, gdzie dokonywali ściągania tranu, a nawet odłamywania niektórych kości ze szkieletu wieloryba, które mogły przydać się chociażby do budowy maszyn tkackich).

Poniżej zamieszczam zdjęcia z obu muzeów, żeby zachęcić Was do własnych wizyt!

Islandia jest widoczna na mapach albo w opisach, ale tylko jako miejsce postoju lub przejazdu. Baskom wydaje się oczywiste, że największym dokonaniem ich przodków jest podróż do Nowej Fundlandii, co w końcu zrozumiałe: im dalej do Nowego Świata, tym lepiej. Islandczycy też szczycą się odkryciem Ameryki przez Leifa Erikssona, a o Baskach na swoich ziemiach też przecież tak często w swoich muzeach nie wspominają…

Postanowiłam jednak zwiedzić też stare porty, bo to w końcu z nich wyruszali baskijscy wielorybnicy, również na Islandię. Kto wie, może wspomnienia z Islandii zawinęły do Puerto Viejo w Getxo (dzielnica Bilbao)? A może stopy Basków wracających z Islandii stanęły w portach Donostii (San Sebastian)? Wiadomo też o francuskich Baskach wypływających na Północ, czemu nie mieliby wracać też do portu w Biarritz…?

Miejsce akcji “Gry o Tron”

Jeśli chodzi o niezwykłość widoków, Kraj Basków bardzo szybko skojarzył mi się z Islandią. Racja, każda kraina granicząca z oceanem może poszczycić się podobnymi widokówkami: fale rozbijające się o ostre skały, dramatycznie zachmurzone niebo, ale też piękny odcień wody i soczyście zielone pagórki, gwarantowane przez częste opady (tak, w Baskonii pogoda jest bardzo islandzka).

Ale jednak gdybyśmy mieli oceniać niezwykłość krajobrazu po tym, czy jest na tyle egzotyczny lub nawet “kosmiczny”, aby robił za tło produkcji science-fiction czy serialu “Gry o Tron” – Islandia i Kraj Basków znajdą się na tej liście. O tym, że wiele islandzkich krajobrazów można odnaleźć w słynnym serialu wie chyba już każdy, kto przeglądał przewodniki po Wyspie. Ale lokalizacje znane mieszkańcom Wybrzeża Baskijskiego są już mniej oczywiste dla tych, którzy nie myśleli nawet o wycieczce w te strony. Wymienię kilka, a do Was należy zadanie sobie trudu, żeby porównać zdjęcia z miejscami znanymi Wam z serialu:

Na Islandii znajdziemy bazaltowe plaże, które są inspiracją również dla architektury Reykjaviku. Natomiast charakterystyczne dla krajobrazu baskijskiego są flisze, czyli pionowo ułożone warstwy skał. Najpiękniejsze widzieliśmy w Zumai, choć niestety trafiliśmy na przypływ, który zakrył flisze na brzegu morza (ten widok wykorzystano właśnie w “Grze o Tron”). Część z nich wciąż wystawała jeszcze z wody, a plażę Itzurun otaczają imponujące, wysokie na kilkanaście metrów flisze o wielu kolorach i kształtach. 

Kraj małego konika

Ponieważ lubię doszukiwać się związków i podobieństw z Islandią w każdym szczególe, na koniec muszę wspomnieć o tym, że Baskowie też mają swój własny gatunek małego konika, którego nie wolno nazywać kucykiem. Dumą Kraju Basków jest pottok (lub pottoka), bowiem tak Baskowie nazywają w swoim języku małego konia (osiągający wysokość maksymalnie do 1,5 m) i taką nazwę nosi ten gatunek rodzimy dla Pirenejów.

Jest to żywy symbol regionu, pottoka znaleźć można zarówno w naturze, zjeżdżając z autostrady na drogi lokalne, ale też w sklepach z pamiątkami i różnych wizerunkach (pop)kulturowych. Jednym z nich jest maskotka Aviron Bayonnais, zespołu rugby z Bajonny (francuska część Kraju Basków), która naprawdę stanowi ważny element tutejszej tożsamości narodowej. Widać to chociażby podczas meczu, gdzie maskotka zagrzewa piłkarzy do walki, a fanów do kibicowania. Nie znam islandzkiego zespołu, który w taki sposób eksploatowałby wizerunek konia islandzkiego.

Czy mogłam znaleźć więcej tropów islandzkich? Pewnie gdybym spędziła więcej czasu w Kraju Basków, miałabym czas na rozmowy z Baskami i kwerendy w tutejszych muzeach. Postanowiłam jednak ograniczyć moje poszukiwania do pozycji turystki, która z plecakiem wędruje po pięknych pagórkach baskijskich. Z pewnością Kraj Basków nie odbiega atrakcyjnością od najbardziej turystycznych miejsc na Islandii i może kiedyś i tutaj zawita więcej backpackerów. Myślę, że sama zostawiłam tu też jakiś islandzki trop…

Co ma Bask do Islandczyka?

Jestem właśnie na wakacjach w Kraju Basków. Pojechałam tam szukać… tropów islandzkich. Dlaczego? Jest wiele baskijsko-islandzkich związków, o których powinieneś wiedzieć!

Kraj Basków to region rozciągający się od północno-wschodniej Hiszpanii po kawałek Francji na południowym zachodzie, choć autonomicznym Krajem Basków można nazywać tylko część po granicy hiszpańskiej. Nazwa ta, podobnie jak dawna, nieużywana już “Baskonia”, pochodzi od języka baskijskiego, choć sami Baskowie wolą nazywać się Euskaldunami. Dziś ta wspólnota etniczna i językowa liczy mniej niż 3 miliony ludzi (do 10 mln rozproszonych na całym świecie), a kłopotliwy nacjonalizm sprawia, że trudno nam wyróżnić typowe cechy kultury Basków. Poza trudną, nieprzypominającą języki indoeuropejskie mową, kojarzeni są także z pięknymi plażami i świetną kuchnią. Kiedyś jednak Baskowie stanowili potęgę morską i wypływali na dalekie wody, aż po wybrzeża Nowej Fundlandii, Spitsbergen i Islandię.

Wszystko przez te wieloryby

Co sprawiało, że Baskom chciało się wypływać tak daleko, w dodatku w rejony chłodniejsze i mniej przyjemne od ich własnych? Wszystkiemu winne wieloryby.

Źródło: https://basquebooks.blogs.unr.edu

Pierwsze dalekie wyprawy za smakowitym mięsem Baskowe odbyli w drugiej połowie XVI wieku. Kilkadziesiąt statków z łączną liczbą ok. 2000 wielorybników wracała do ojczyzny ze zbiorami aż do 400 wielorybów rocznie! Nic dziwnego, że popyt na mięso zmusił Basków do poszerzenia terenów swoich polowań.

Na początku XVII wieku dopłynęli na Islandię, a dokładniej do Fiordów Zachodnich. Niektóre źródła wskazują, że Baskowie pojawili się na Wyspie już w 1608, inne (tak jak poniższa mapa) twierdzą, że zawitali u brzegów Strandir dopiero w 1613. U dole mapy widać podpis: “Anno 1613 by de Biscayers beseylt.”, który ma sygnalizować obecność baskijskiej wioski rybackiej na Islandii w tym roku.

Image result for n Leyden in 1706 by Pieter van der Aa. Beside iceland
Pieter van der Aa, Mapa Islandii z ok. 1706 roku źródło: www.raremaps.com

Islandczycy przyjęli przybyszów całkiem ciepło, szczególnie, że Baskowie mogli być pierwszymi gośćmi z Europy Południowej, z jakimi Wyspiarze mieli wówczas do czynienia. Przybysze płacili Islandczykom podatki i przywozili mniej znane towary, więc gospodarze chętnie udzielili pozwolenia na korzystanie z dóbr wód opływających brzegi Islandii.

Presenta for mi locaria

Stosunki islandzko-baskijskie miały więc charakter czysto handlowy. Baskowie co jakiś czas schodzili na brzegi Fiordów Zachodnich i prezentowali towary, które chcieli sprzedać Islandczykom, a ci prezentowali, co dadzą w zamian. Trudno jednak wyobrazić sobie, jak mogły wyglądać te transakcje, szczególnie, że stykały się  grupy posługujące się dwoma bardzo archaicznymi i zupełnie niepodobnymi do siebie językami.

Dlatego Baskowie mówili po baskijsku, a Islandczycy po islandzku. Tak powstał pidżyn, czyli język pomocniczy tworzony i używany głównie w stosunkach handlowych, będący sztucznym amalgamatem dwóch lub więcej języków. Pidżyn baskijsko-islandzki jest ulubieńcem skandynawistów i językoznawców, doczekał się nawet własnych memów, ale niestety nie jest pidżynem według powyższej definicji. Kiedy zajrzymy do spisów przykładowych fraz pidżynu baskijsko-islandzkiego, zauważymy przewagę słów z języka baskijskiego:

Źródło: Jose Ignacio Hualde “Icelandic Basque pidgin”, on-line: www.ehu.eus/ojs/index.php/ASJU/article/download/8225/7387

Tak naprawdę pidżyn ten jest mieszanką baskijskiego i słów pożyczonych z różnych napotykanych przez Basków języków, ale nie ma w nim zbyt wiele z islandzkiego. Dlaczego więc baskijsko-islandzki? Najprawdopodobniej dlatego, że był używany na Islandii i tam spisany, czego dowodem dwa glosariusze spisane przez Jóna Ólafssona z Grunnavík w XVIII wieku. Pierwszy z nich, Vocabula Gallica (“Słowa Francuskie”) zawiera frazy nie tylko oparte na języku baskijskim, w przeciwieństwie do późniejszego Vocabula Biscaica (“Słowa Baskijskie”). Oba manuskrypty zostały przetłumaczone i opatrzone komentarzem w przez Nicolaasa Deena w Glossaria duo Vasco-lslandica opublikowanej w 1937 roku.

Islandzka masakra harpunem wielorybniczym

Vocabula Biscaica zawiera również obelgi, takie jak “Sickutta Samaria” albo “caca hiarinsat” (można łatwo wygooglować, co oznaczają ;)) Kto wie, czy nie stały się przyczyną do Spánverjavígin, czyli jedynej masakry jaką mogą poszczycić się Islandczycy w swojej historii. Chodzi o wydarzenia z roku 1615, które ostatecznie przekreśliły związki baskijsko-islandzkie, przynajmniej na następnych 400 lat.

A było tak: w 1614 roku z Gipuzkoa (okolice San Sebastian) wypłynęło 26 statków. Część z nich została przejęta przez Anglików, ale większość dopłynęła do Islandii w 1615 roku. Cztery z nich zatrzymały się na całe lato, by polować na wieloryby w wodach między Reykjafjörður a Strandirem.  Kiedy we wrześniu trzy z nich przygotowywały się do odpłynięcia, okazało się, że ugrzęzły z powodu kumulującego się już u brzegów lodu. Wielorybnicy postanowili zejść na ląd i przenocować w pobliskich domach oraz posilić się znalezionym w nich jedzeniem. Jednak nie spotkali się z przysłowiową islandzką gościnnością, przynajmniej nie taką, o której mowa w staroislandzkiej Hávamál.

1615 zapisał się na kartach historii jako Spánverjavígin, masakra na Hiszpanach (bo tak najczęściej określa się Basków w ówczesnych zapiskach). Trzynastu wielorybników baskijskich zostało zamordowanych w wiosce rybackiej, natomiast kolejnych dziewiętnastu z rozkazu lokalnego rządzącego, Ariego Magnússona, potwierdzonego prawem wprowadzonym w styczniu 1616 roku, według którego każdy Islandczyk mógł zabicia Baska przebywającego na jego ziemi. No więc działo się. Cięli, ile mogli. 32 z 80 wielorybników zostało zamordowanych na Wyspie. Reszcie udało się przedostać na tereny dzisiejszej Anglii.

Według relacji spisanej przez  Jóna Guðmundssona Uczonego, ciała okaleczano oraz topiono w wodzie. Tym Baskom, których zamordowano w Ísafjarðardjúp, wydłubano oczy, przekłuto uszy oraz nosy, a nawet raniono w genitalia. Wśród zamordowanych był również kapitan Captain Martín de Villafranca, którego zaatakowano w ramię i klatkę piersiową, a gdy uciekł do wód oceanu, rzucano w niego kamieniami aż i zatargano z powrotem na ląd, gdzie był jeszcze dodatkowo torturowany.

A wszystko to nawet nie za to, że Baskowie złowili Islandczykom kilkaset wielorybów, za to przecież płacili podatki i utrzymywali dotąd przyjazne stosunki handlowe. Coś pękło w Islandczykach dopiero wtedy, gdy kilku rozbitków wtargnęło do domów i ukradło kawałki suszonej ryby, żeby się posilić.

Kolejny raz statek pod hiszpańską banderą widziano u brzegów Islandii dopiero w 1712 roku, zatem 100 lat później. Przypłynął w celach handlowych i miał zamiar zatrzymać się w Grundarfjörður,  ale został zatrzymany z uwagi na panujące prawo. Co ciekawe, zapis ten nie zostało oficjalnie zniesiony aż do 2015 roku, kiedy nastąpił symboliczny akt pogodzenia obu narodów. Choć mało kto pamiętał, a tym bardziej miałby ochotę egzekwować XVII-wieczne prawo,  jeszcze cztery lata temu zamordowanie Baska na Fiordach Zachodnich było całkowicie legalne!

Iceland
Płyta pamiątkowa ustawiona w Hólmavíku, źródło: https://www.euskalkultura.eus

Islandia-Baskonia w kulturze

Z okazji 400-lecia masakry postanowiono zacieśnić współpracę baskijsko-islandzką, aby zabliźnić dawne rany. W 2015 roku na Fiordach Zachodnich spotkali się przedstawiciele Islandii oraz Kraju Basków, aby oficjalnie zakończyć dawne waśni i uczcić pamięć zamordowanych Hiszpanów. Postawiona z tej okazji tablica, której zdjęcie wstawiłam powyżej, zawiera tekst informujący o Spánverjavígin, sygnowany przez zebranych, w tym organizacje działające na rzecz zbliżenia obu narodów, np. przez Stowarzyszenie Islandzko-Baskijskie na Islandii.

Pamięć o masakrze pojawia się również w tekstach kultury, a szczególnie na Fiordach Zachodnich często wspomina się dawne wydarzenia. Motyw baskijskich wielorybników pojawia się w powieści islandzkiego pisarza Sjóna, Rökkurbýsnir (From the Mouth of the Whale), a sam Baltasar Kormákur planuje podobno zrobić film o masakrze. Można też domyślić się, że temat jest opisywany przez sympatyków Islandii w Hiszpanii, blogach baskijskich oraz na różnych mediach społecznościowych.

Temat jest również eksplorowany przez badaczy języka oraz historyków. Na podstawie bilateralnej współpracy między uniwersytetami w Islandii, Kraju Basków, ale również w Stanach Zjednoczonych (vide: The Center for Basque Studies at the University of Nevada, Reno) robi się badania i wydaje publikacje pogłębiające krótką, ale skomplikowaną historię islandzko-baskijską. Kulminacją badań była konferencja naukowa zorganizowana z okazji 400-lecia masakry, ale oficjalnie obchody jubileuszu wznieciły również zainteresowanie wśród nowych badaczy.

Daleko mi do językoznawczyni, dlatego prace nad pidżynem zostawiam specjalistom, szukam jednak wszelkich pamiątek dawnych kontaktów z Islandczykami na ziemi Basków. Kto wie, może jednak i tutaj wspomina się “dobrych, złych i brzydkich” kolegów zza mórz, a może nie mówi się o przykrych wydarzeniach wcale? Mam nadzieję, że uda mi się coś wytropić! Trzymajcie kciuki!

Do poczytania:

  • http://1615.info/ (po islandzku)
  • https://www.opendemocracy.net/en/can-europe-make-it/connecting-basque-and-icelandic-cases-ethnographic-chronicle-about-d/
  • http://www.galdrasyning.is/baskarnir.pdf
  • http://www.snjafjallasetur.is/basque2.html

Sztuka doznań (z Instagrama)

Czy zastanawiałeś się kiedyś, jakie to uczucie znaleźć się w środku włochatej bestii? Doświadczyć kosmatych glonów wszystkimi zmysłami? Może Ci na to pozwolić dzieło sztuki.

12_iceland_pav_2019_©_ugo_carmeni
Photo: Ugo Carmeni © Hrafnhildur Arnardóttir / Shoplifter

A dokładniej twórczość islandzkiej artystki Hrafnhildur Árnadóttir działającej pod pseudonimem Shoplifter. Miałam przyjemność oglądać jej prace podczas wystawy czasowej w Listasafn Íslands latem 2017 roku. Wówczas zaprezentowała dwie instalacje TAUGAFOLD VII oraz NERVESCAPE VII, które składały się na girlandy futrzanych glonów czy kolorowych włosów rozpiętych pod sufitem sali muzeum w Reykjaviku. Nie można było ich dotknąć, ale samo przemieszczanie się pomiędzy nimi, ta feeria barw i zaskakujący materiał utkwiły mi na długo w pamięci. Czułam się jakbym chodziła po jakimś kosmicznym oceanie nogami do góry, mając nad sobą niezwykłe stworzenia, glony i włochate gąsienice w intensywnych kolorach. Jakbym, niczym Alicja, wpadła do psychodelicznej Krainy Czarów, w której Pan Gąsienica najadł się wszystkich substancji psychotropowych dostępnych ludzkości. Jakbym szła tanecznym krokiem u boku Mistera Furry z reklamy MTV.

O wiele intensywniejsze przeżycia doświadczyć można podczas 58. Biennale Sztuki w Wenecji. Za tegoroczny pawilon islandzki odpowiedzialna jest właśnie Shoplifter i wypełniła go masą kolorowych włosów. To dzieło Chromo Sapiens, zdające się w pełen sposób odpowiedzieć na temat przewodni tegorocznego Biennale: May You Live in Interesting Times. Ciekawe czasy, to zdaniem Hrafnhildur Árnadóttir czasy człowieka chromatycznego, barwnego. A barwność tę można interpretować na wiele sposobów: od radości życia, przez estetyzm, po różnorodność i brak nudy. Czy to utopia, prognoza przyszłości, a może komentarz do naszych czasów? Czymkolwiek jest Chromo Sapiens, jest przede wszystkim instalacją przyciągającą tysiące zwiedzających. Od połowy maja, czyli momentu otwarcia imprezy, Instagram wypełniony został zdjęciami futrzanego wnętrza.

Zdjęcia neonowych włosów nie oddadzą na pewno doznań, o jakie chodziło projektantce pawilonu. Stary magazyn na weneckiej wyspie  Guidecca  został bowiem wypełniony nie tylko kolorami poruszającymi nasze oczy, ale też dźwiękami muzyki heavy-metalowej islandzkiego zespołu HAM, mocno oddziałującymi na nasze uszy i wibrującymi całym ciałem. Wrażenia dla zmysłu wzroku i słuchu zostają tu jednak dopełnione doznaniami haptycznymi. Kosmate włosy można objąć, pogłaskać, położyć się na nich, przeczesać palcami, przeżywając rozkosz wszystkich zmysłów jednocześnie.

Zdaniem samej artystki oraz kuratorki wystawy, Birty Guðjónsdóttir, cały pawilon ma cechy jaskini. Kolorowe włosia odgrywają tu więc rolę miękkich stalaktytów, a przygaszone światło i mroczne dźwięki mają stworzyć wrażenie przestrzeni, która przerasta widza, również dosłownie. “Tracisz wrażenie własnego rozmiaru”, komentuje to sama Shoplifter, “Musisz się po prostu skalibrować”. Wejście do pawilonu ma być też rodzajem “chroma-terapii”, przeżywania swego rodzaju katharsis zmysłowego. Chodzi nie tylko o poruszenie wyobraźni i podjęcie gry w “co widzisz”: ogromne szczotki do kurzu zwisające z sufitu czy kosmate trolle śpiące do góry nogami niczym nietoperze? Trzeba poczuć je całym ciałem, oddać się działaniu koloru.

Instalacji Hrafnhildur Árnadóttir nie da się więc przeżyć jedynie przez ekran telefonu. Martwi mnie, że tegoroczne Biennale już otagowano hasłem “Instagram-friendly” i że w wielu artykułach poświęconych pracy Chromo Sapiens wychodzi się od estetycznego waloru islandzkiego pawilonu, tak jakby był wręcz zaprojektowany pod zdjęciową aplikację. Shoplifter broni jednak swojej pracy:

Instagram jest sprowadzony do małego ekranu i małego głośnika, i z zasady różni się od prawdziwego świata, który nas otacza. (…) Moim celem było stworzenie pełnego, analogowego, multisensorycznego doświadczenia, które otacza Cię w prawdziwym świecie, które opiera się na dźwięku otaczającym Cię ze wszystkich stron.

ED_HA_CS__ 188.jpg
Shoplifter na tle swojej pracy. Źródło: http://www.liljabaldurs.com/chromo-sapiens-icelandic-pavilion-venice-biennale-2019

Mam jednak dziwne wrażenie, że artystka dokładnie tak wyobrażała sobie odbiór swojego dzieła: że stanie się wiralowym tematem Facebookowej aplikacji. Jako kuratorka od 15 lat pracująca w Nowym Jorku zdaje sobie sprawę z potęgi mediów społecznościowych, a także spłaszczenia, jakiemu ulega nasze otoczenie w ich pryzmacie. Czy nie taki, gorzki smak może mieć również projekt Chromo Sapiens? Definiujemy się i kreujemy swoje życie poprzez te małe ekraniki na telefonach, często też piękno Islandii sprowadza się do kilku ujęć w nieskończoność powielanych przez fotografujących ją turystów. Czy to źle? Czy to dobrze? To właśnie uczynienie czasów, w których żyjemy, interesującymi. Całość doznań otaczającego nas świata możemy zamknąć w kolorowym kwadraciku albo kilkusekundowym snapie.

Chromo Sapiens to moim zdaniem environmental art naszych czasów. W latach 60. i 70. artyści przekształcali otaczającą ich przyrodę, tworząc sztukę z materiałów naturalnie występujących w danym miejscu i tym samym zmieniając oryginalny krajobraz. Shoplifter pracuje z syntetycznymi tworzywami, które udają organiczne: włosami, które przypominają glony, kosmate zwierzęta, fragmenty jaskiń. To właśnie “naturalne materiały” naszych czasów. Wypełnia nimi określoną przestrzeń w duchu site specific, ale pełny sens praca otrzymuje dopiero w zetknięciu z publicznością. Przeżywanie jej za pomocą telefonów komórkowych to jedno z zagrożeń, z którymi zmaga się obecnie sztuka. Ale kreowanie dzieła tak, by ewokowało potrzebę zrobienia zdjęcia jest już moim zdaniem cechą sztuki społecznej.

Główny motyw twórczości Hrafnhildur Árnadóttir to hamur, z islandzkiego “futro”. Artystka zderza za ich pomocą pojęcia “prawdy”i “piękna” z kategoriami “fałszu” i “groteski”, bowiem bawi się tradycyjnym atrybutem kobiecego piękna i erotycznej atrakcyjności poprzez nadanie mu rysy: tworzenia ich ze sztucznych tworzyw. Naturalne piękno jest tu zestawione z tandetą tworzoną masowo., fabrycznie. Prawdziwe pukle “czeszących się” stają się plastikową peruką clowna,  miękkie futro zwierzęcia – zastąpione sztucznym włosem pluszowego misia. Powszechna reakcja na jej prace pokazuje nam, że sztuczne piękno może zachwycić bardziej, niż naturalne. Że kontakt z ersatzem zastępuje nam prawdziwe doznanie zmysłowe.

Cóż, May You Live in Interesting Times.

Pawilon islandzki można oglądać do 24 listopada 2019 roku.

źródło: grapevine.is

Uczta dla polskich fanów muzyki islandzkiej już niedługo

Już za niecały miesiąc rusza festiwal Iceland to Poland. W jego ramach polscy fani muzyki islandzkiej będą mogli posłuchać na żywo kilku naprawdę niezwykłych artystów z Islandii.

Po trzyletniej przerwie ten jedyny na świecie podróżujący festiwal znowu dociera do Polski. Projekt Iceland to Poland powstał w 2016 roku i wówczas w największych polskich miastach: Wrocławiu, Gdańsku, Poznaniu i Warszawie, koncertowały cztery zespoły z Islandii i amerykański headliner. Na dodatek towarzyszyły im polskie grupy, które miały potem zagrać na Islandii.

Czy doszło do polskich występów na Islandii? Niestety nie znalazłam takich informacji. W sieci docieram tylko do galerii zdjęć z koncertów w Polsce oraz fotorelacji Bartka Wilka z wrocławskiej odsłony festiwalu. Do polskiej trasy po Islandii pewnie jednak nie doszło. A w tegorocznej edycji festiwalu brakuje informacji o polskich zespołach wspierających islandzkich kolegów na scenie.

Ważne, że po dłuższej przerwie i wielu perypetiach udało się wrócić do organizacji festiwalu. Pomysłodawczynią i główną organizatorką Iceland to Poland jest Wiktoria Joanna Ginter, która już od ponad dekady mieszka na Islandii i współpracuje tam z wieloma lokalnymi artystami, nie tylko muzykami. W wywiadzie udzielonym portalowi Stacja Islandia przyznała, że pomysł stworzenia festiwalu narodził się spontanicznie, a całości projektu przyświecał cel zjednoczenia polskiej i islandzkiej sceny muzycznej. Choć Polacy znają muzykę z Islandii całkiem dobrze, to wciąż brakuje odpowiedniej współpracy w drugą stronę.

Tegoroczny Iceland to Poland odbędzie się z Poznaniu, Krakowie, Warszawie i Gdańsku, a na aktualny line-up składają się wyłącznie islandzcy artyści:

Zdaniem organizatorki, tegoroczne zespoły można zaliczyć do muzyki elektronicznej, przy której można potańczyć i poszaleć. Taką na pewno gra zespół FM Belfast, na których występ cieszę się najbardziej. *Niestety występ zespołu został odwołany, ale grupę zastąpi Mr. Silla, czyli solowy projekt Sigurlaug Gísladóttir, również związanej z zespołem Múm*.  aYia oraz President Bongo to dla mnie zupełne nowości, ale jeśli ktoś dobrze bawi się przy utworach Björk czy Retro Stefson, na pewno polubi twórczość tych artystów.  Headlinerem festiwalu jest z kolei dobrze znany w Polsce Högni, choćby za sprawą zespołu GusGus, a od niedawna prowadzący solową karierę. Choć jego muzyka to nie tylko electro, do utworów takich jak Zebra, nagranego z udziałem duetu Kiasmos, na pewno można potańczyć!

Zabraknie niestety gwiazdy tegorocznej Eurowizji, czyli szokującego zespołu Hatari. Decyzja o wycofaniu się trio z Reykjaviku wstrząsnęła polskimi fanami, sama śledziłam falę zniesmaczenia i złości na organizatorów oraz masowe zwracanie biletów. Zespół napisał w oficjalnym oświadczeniu, że współpraca z Iceland to Poland nie ułożyła się pomyślnie dla nich, natomiast organizatorzy festiwalu napisali mniej więcej to samo. Prawa jest pewnie po środku, choć czytając o perypetiach związanych z pierwszą edycją festiwalu myślę, że sytuacja z 2016 roku mogła się powtórzyć:

Organizacja tej trasy zweryfikowała wiele rzeczy i ludzi w moim życiu: pokazała mi, kto jest prawdziwym artystą, a kto tylko rozpieszczonym dzieciakiem albo kolesiem z parciem na kasę. Zweryfikowało to także wielu moich „przyjaciół”, dla których magicznie przestałam istnieć, gdy zabrałam się za organizację festiwalu.

Wiktoria Joanna Ginter dla stacjaislandia.pl

Bardzo cieszę się na warszawski koncert, bo cała idea festiwalu Iceland to Poland bardzo mi się podoba. Nie jest to okazja do obejrzenia gwiazd islandzkiej sceny muzycznej ani artystów, którzy wielokrotnie koncertowali już w polskich miastach, choć zdecydowanie Högni i FM Belfast to artyści dobrze znani nad Wisłą. Stanowią jednak świetny wabik dla tych, którzy chcą poznawać więcej dobrej muzyki islandzkiej bez konieczności ryzykowania, że koncert może być nieudany, a bilety zmarnowane. Sama cieszę się na możliwość poznania nowych zespołów z Islandii, tym bardziej, że moje gusta muzyczne oscylują zawsze wokół tych samych gatunków.

Więc jeśli nie jesteście jeszcze zdecydowani, to koniecznie przemyślcie wypad na Iceland to Poland jeszcze raz! Dlaczego? Kiedyś jeździłam na wszystko, co islandzkie i dostępne w Polsce. Kupowałam niemal każdą książkę, oglądałam każdy film, chodziłam na koncerty. Teraz wybór jest znacznie szerszy i można wybierać to, co się naprawdę lubi. Ale czy nie fajnie jest spróbować też czegoś nowego?

Więcej informacji o koncertach znajdziecie na Facebooku:
Poznań (Tama, 20 sierpnia)
Kraków (Klub Studio, 21 sierpnia)
Warszawa (Progresja, 23 sierpnia)
Gdańsk (B90, 24 sierpnia)

 

Bilety wciąż są dostępne! Linki do sprzedaży na konkretne koncerty znajdziecie tutaj.

Nigdy nie byłam w Belfaście

W knajpie, do której często chodzę na pizzę, puszczają różne rodzaje muzyki, ale głównie kawałki dość przewidywalne, modne. Dlatego zdziwiłam się, kiedy ostatnio z głośników popłynęło dobrze znane Underwear.

W roku 2019 to jednak dość naiwne dziwić się na islandzkie zespoły w polskim radiu. Jak każdy hipster roszczę sobie prawo do muzyki, którą uznaję za mało znaną i alternatywną, ale nie dopuszczam myśli, że to, co dla tysięcy hipsterów jest mało znane i alternatywne, staje się spowszedniałe. Wtedy zaczynam bronić się tym, że przecież nie jestem hipsterem. Do rzeczy: czy FM Belfast to zespół hipsterski?

Tak, jeśli nigdy o nim nie słyszałeś

Serio, nigdy nie słyszałeś o FM Belfast? No ale na pewno słyszałeś o Retro Stefson albo o Múm. Może o Borko? W każdym razie wyobraź sobie swoich ulubionych islandzkich muzyków i że właśnie postanowili grać razem. Tak właśnie powstało FM Belfast. Założone przez Lóę Hlín Hjálmtýsdóttir (wykonująca również muzykę dziecięcą) i Árniego Rúnara Hlöðverssona jako duet, nabrało rozpędu po dołączeniu się kolejnych muzyków związanych z innymi zespołami na Wyspie.  To zresztą częste zjawisko na Islandii. Gdy jedna grupa nie wystarcza, a grany dotąd rodzaj muzyki zaczyna nudzić, zakłada się po prostu kolejny kolektyw, często nie rezygnując z poprzedniego. Więc jeśli nie znasz jednego zespołu, na pewno kojarzysz jego członków. Nawet giganci islandzkiej sceny muzycznej:  Björk, Sigur Rós czy Ólafur Arnalds, rozpoznawalni z twórczości pod jednym szyldem, mają na swoim koncie wiele wyskoków, takich jak solowa kariera Jónsiego czy udział Ólafura w duecie Kiasmos. Ale najbardziej płodni są ci muzycy, którzy angażują się w wiele projektów na raz, tym samym nie można zidentyfikować ich z jednym rodzajem brzmienia, zaklasyfikować i jednoznacznie wypromować. Takim muzykiem jest chociażby mój ulubiony Örvar Þóreyjarson Smárason.

Tak, jeśli nie wiesz kim jest Örvar Þóreyjarson Smárason 

W angielskojęzycznej wersji artykułu Wikipedii o zespole FM Belfast Örvar Þóreyjarson Smárason to jedyny podlinkowany artysta. I słusznie, bo koleś ma naprawdę bogaty dorobek; był lub nadal jest częścią grup takich jak Benni Hemm Hemm, Singapore Sling, Slowblow, Andhéri, Skakkamanage czy FM Belfast, ale przede wszystkim to założyciel i tekściarz zespołu Múm.

Múm był jednym z pierwszych islandzkich zespołów, jakie odkryłam, pierwszym, którego płyty kupiłam za odłożone pieniądze, pierwszym, który widziałam na żywo. A że zawsze byłam kochliwą nastolatką, Örvar szybko skradł moje serce. Pamiętam ten zachwyt podczas koncertu w Fabrycie Trzciny, kiedy grał na dziwnych urządzeniach, których nazwy poznałam dopiero niedawno. Na potrzeby posta podzielę się nawet fanartem, który dekorował ściany mojego dziecięcego pokoju jeszcze do niedawna. Jeśli usprawiedliwi mnie fakt, że powstał około roku 2008, to może wybaczycie jego wszystkie wady:

Wracając do FM Belfast, byłam zakochana w Örvarze do tego stopnia, że nie mogłam sobie wybaczyć własnej głupoty związanej z Off Festiwalem w 2010 roku. Pamiętam, że nie poszłam na ich koncert, bo kolidował z występem innej grupy. Niezbyt dobrze znałam zresztą ich muzykę, a w opisie ze strony festiwalu wynikało, że może mi się nie spodobać, bo jest “inna” od “typowo islandzkiej”. Żaden muzyk ze zdjęcia nie wydawał się zresztą znajomy, jednak po jakimś czasie zaatakowała mnie informacja, że Örvar gra w FM Belfast. Wyrzucałam sobie przez kolejne miesiące, ale w sumie nie dowiedziałam się, czy mój ulubiony muzyk występował na deskach katowickiego festiwalu. Możecie rozwiać moje wątpliwości albo pozwolić mi tkwić w tej stresującej niepewności.

Nie, jeśli nie są “typowo islandzcy”

Na stronie Off Festiwalu czytamy:

grupa FM Belfast to na tamtej scenie wyjątek. Zamiast sennych, gitarowych dłużyzn – nowoczesna, taneczna elektronika. Zamiast dopieszczonych, eterycznych brzmień – szaleństwo instrumentów perkusyjnych.

Znając już dorobek zespołu mogę dodać, że na tamten moment grupę wyróżniało też śpiewanie wyłącznie po angielsku. Moja edukacja wyspiarskiej sceny muzycznej zaczęła się od poznawania zespołów preferujących islandzki, może dlatego FM Belfast nie wydawało się wcale jakieś godne uwagi. Faktem jest, że musiałam “dojrzeć” do tego, żeby docenić optymizm i entuzjazm płyty “How to make friends”, a przede wszystkim dowcip grupy (bo było to już w erze You Tube, a nie – jak wcześniej – na Chomikuj i Torrentach*).

Tak więc wszystkim, którzy muzykę islandzką utożsamiają z somnambuliczną nastrojowością Sigur Rós, polecam ten teledysk:

*Tak, kiedyś nie było Spotify, drogie dzieci.

Nie, jeśli znam tylko Underwear

No dobra, znam więcej piosenek niż Underwear, a jednak takich, które byłabym w stanie zaśpiewać z pamięci, mogę policzyć na palcach jednej ręki. FM Belfast to taki promienny, miły zespół robiący wakacyjną muzykę, ale jakoś nigdy nie zachwycił mnie na tyle, żeby choćby wybrać się na ich koncert. I cieszę się, że w końcu będzie okazja, bo zagrają na tegorocznej edycji Iceland to Poland. Pójdę z wielu powodów: głównym jest oczywiście Örvar (i nie wyprowadzajcie mnie z błędu, jeśli ma go na tym koncercie nie być!), ale przekonuje mnie też zajawka dotycząca zespołu na oficjalnej stronie Festiwalu Iceland to Poland:

This is a band nobody should ever miss live! EVER!

Wniosek? Nie może nas tam zabraknąć! Do zobaczenia w warszawskiej Progresji 🙂

Bądź jak Islandczyk. Bądź eko!

Od dawna staram się zmieniać świat i dokonywać wyborów, które są bliżej naturze i przyjazne środowisku. Im więcej patrzę na Skandynawię, tym bardziej eko chcę być. Islandia jest jednym z moich wzorów. Może być również wzorem dla Ciebie.

Kilka tygodni temu byłam na inspirującym koncercie Women’s Voices. Podczas występów polskich wokalistek w tle puszczono video z materiałów Greenpeace. Pokazywały one piękno przyrody i zniszczenie, jakie jej serwujemy. Jeden z filmów przedstawiał islandzkie lodowce, które się topią. Na naszych oczach ginie natura, którą tak bardzo chcemy podziwiać. Wydajemy mnóstwo kasy na pobyt na Wyspie, znosimy jej chłody i słoty, nocujemy w samochodzie lub pod namiotem. A wszystko po to, żeby zobaczyć resztki dziewiczej natury, która i tak rocznie jest coraz bardziej zadeptywana przez turystów i zmieniania przez człowieka.

Islandia kojarzy nam się właśnie z naturą. A skoro w 21. wieku nadal możemy w wielu miejscach oglądać ją tak niezmienioną, to znak, że Islandczycy dbają o przyrodę – tak myślimy. Często powtarzam, że sławna wiara Islandczyków w elfy to nic innego jak potrzeba spersonifikowania natury, którą otacza się szacunkiem i opieką. I choć nikt nie jest idealny, Islandczycy robią dużo fajnych rzeczy, żeby dbać o planetę. Oto kilka z inspiracji:

1. Pij wodę z kranu. Taka jest najpyszniejsza

Ostatnio islandzkie media społecznościowe lansują islandzką kranówkę. Do sieci trafił filmik, w którym sympatyczny pan promuje picie wody z kranu na Islandii. Film kończy się dowcipnym sloganem “Drinks are on us”. Faktycznie, pamiętam tabliczki z lotniska, zachęcające do picia wody prosto z kranu. Wówczas chwytem marketingowym było hasło, że woda jest krystalicznie czysta i zimna, bo pochodzi z lodowców. Teraz chodzi też o to, żeby zmniejszyć zużycie plastiku. Sami spójrzcie!

Ale nie trzeba być na Islandii, żeby pić prostu z kranu. Sama od lat piję wyłącznie kranówkę. Noszę ze sobą bidonik, który dostałam w göteborskiej siłowni i to jedyna plastikowa butelka, z której piję wodę. Kranówka jest super! Nie dajcie się zwieść kampaniom o magicznych właściwościach wód butelkowanych, pełnych odżywczych składników. Kranówka też ma w sobie dużo dobra, a do tego idealna na upały, bo zawsze ożywczo zimna! Bądź jak Islandczyk, pij kranówkę!

2. Jedz lokalne produkty. Szczególnie banany

Islandczycy mieszkają na wyspie i dobrze wiedzą, ile kosztuje sprowadzanie produktów z kontynentu. I choć oczywiście importują mnóstwo towarów (z produktów spożywczych najwyżej plasują się kawa i tabaka), starają się produkować żywność dla własnych potrzeb. Oczywiście na ile to możliwe – ale dzięki geotermie możliwe jest całkiem sporo. Dzięki ogrzewaniu prosto z wnętrza ziemi Islandczycy wypracowali system hodowli roślin w licznych szklarniach, wiele z nich oglądać można pod Hafnarfjördur:

To tam hoduje się słynne banany, a także pomidory, paprykę, ogórki czy rośliny ogrodowe. Choć w islandzkich supermarketach wciąż można kupić też produkty sprowadzane spoza Wyspy, wraz z towarami wytworzonymi na Islandii obniża się liczba owoców i warzyw sprowadzanych samolotami. Te hodowane w szklarniach nie tyle przewyższają je świeżością i lokalnością, ale według wielu dumnych Islandczyków – również i smakiem. Geoterma jest zresztą używana w kuchni islandzkiej nie od dziś: najpyszniejszy chleb jaki kupicie na Islandii wypiekany jest właśnie w cieple z wnętrza ziemi.

3. Ubieraj się modnie. Noś rybie łuski i ubrania z lumpeksów

Czy wiesz, że jednym z najbardziej szkodliwych dla przyrody jest przemysł odzieżowy? Produkcja ubrań, które kupujemy w sieciówkach zabiera mnóstwo wody, a także często wykorzystuje tanią siłę roboczą. Jak można z tym walczyć? Kupować mniej. Kupować w second-handach. Przerabiać. Tak jak Bára Hólmgeirsdóttir, twórczyni firmy Aftur, specjalizująca się w upcyklingu, czyli przerabianiu starych ubrań czy dawaniu nowego życia ciuchom znalezionym w second-handach. Jej kreacje zrobiły na Wyspie furorę i wiele z nich noszonych jest przez islandzkich celebrytów.

Islandzki świat mody dawno już zaprzyjaźnił się z pojęciem slow fashion, czyli modą na małą skalę, z produktów dobrej jakości, a przede wszystkim: przyjazną środowisku. Jedną z pierwszych takich marek na świecie była islandzka ELLA, założona przez Elínrós Líndal oraz Katrín María Káradóttir.  Celem marki było tworzenie ubrań typu basic, które można nosić niezależnie od sezonu i urozmaicać dodatkami. Dzięki temu można widocznie zmniejszyć liczbę kupowanych ubrań.

Choć dzisiaj marka już nie istnieje, islandzcy projektanci wciąż tworzą dla dobra planety. Najgłośniejszym zjawiskiem ostatniego czasu jest Atlantic Leather, czyli produkty ze skór rybnych. Ten rodzinny biznes z północy Islandii przerodził się w szeroko nagradzany fenomen. Rybia skóra zastępuje bowiem skóry innych zwierząt, przy tym jest bardzo trwała i o efektownym połysku. Do produkcji używa się skór-odpadów z przemysłu rybnego – tym samym wykorzystuje się naturę do maksimum, bez zbędnego zabijania dodatkowych istnień.

4. Szanuj prąd! Albo używaj energii odnawialnych

Islandia aż kipi od wód geotermalnych, które zasilają krany, ogrzewają domy, ale przede wszystkim przyczyniają się do produkcji energii odnawialnej. I uczy świat jak wykorzystywać podobne dary natury, które – choć w mniejszej skali – można znaleźć w wielu miejscach na świecie, nawet w Polsce. Warto jednak podkreślić, że tylko jakieś 27% procent energii produkowanej na Wyspie pochodzi z geotermy. Pozostała (73%) to efekt działalności elektrowni wodnych, a więc wynikałoby, że 100% energii produkowanej na Islandii jest odnawialna. Czy na pewno?

Polecam tutaj lekturę nowego artykułu na Iceland News Polska: “Czy Islandia nadal jest krajem energii odnawialnej?”. Jakiś czas temu Islandczycy myśleli nad rozwiązaniem problemu nadwyżki energii i sprzedawania jej innym krajom, ale tutaj przeszkodą była odległość i techniczne komplikacje przewozu energii. Ostatecznie sprzedaż okazała się możliwa i wielu partnerów zagranicznych robi interesy z Islandczykami, co budzi wiele kontrowersji i sprzeczności, głównie związane z transportem i interpretacją jakości tej energii.

Drugą przyczyną dla protestów i krytyki jest wykorzystywanie nadwyżki energii do gałęzi przemysłowych: huty aluminium i fabryki żelazokrzemu pożerają większą część islandzkiej energii, ale też duże połacie ziemi. To właśnie kwestie zmiany krajobrazu Islandii ze względu na rozwijający się przemysł ciężki trapią wielu Islandczyków, a temat też stał się również inspiracją dla filmu.

5. Szanuj przyrodę. Po prostu

Najważniejsza, i wydawałoby się: najprostsza, zasada to po prostu: szanuj przyrodę. I choć może dla samych Islandczyków wydaje się oczywistą, nie rozumieją jej przyjezdni. Niedawno wandale zniszczyli skały na wzgórzu Helgafell, pewnie dobiegła Was też już informacja o Instagramerze, który pochwalił się swoją brawurową jazdą na Islandii, za co niestety przyszło mu gorzko zapłacić. Nie tylko mandatem, ale dużą dezaprobatą internetów, a to dla zjadaczy lajków cios w samo serce. Nie chcę podlinkować tej historii, żeby nie promować samego “influencera”, ale jego wyczyn – i reakcja Islandczyków – to kolejny dowód na to, jak wielką energię wkładają w walkę z turystami wyjeżdżającymi off-road.

Najnowszym pomysłem jest akcja Inspired by Iceland, zachęcająca turystów do złożenia tzw. The Icelandic Pledge, czyli Islandzkiej Przysięgi. Została ona przygotowana w kilku wersjach językowych i znaleźć ją można w internecie, hostelach i wielu punktach często odwiedzanych przez turystów. Jej pełną treść znajdziecie tu i sami możecie za pośrednictwem tej witryny złożyć taką przysięgę. Może warto zastanowić się nad złożeniem obietnicy nie tylko Islandii, ale całemu światu?

Znalezione obrazy dla zapytania The Icelandic Pledge

Wątki islandzkie w Warszawie

Interesujesz się Islandią i szukasz ludzi lub miejsc, które pozwolą Ci obcować z Wyspą w polskich realiach? Jeśli akurat mieszkasz w Warszawie, znajdziesz tu to, czego szukasz!

Po polskich wątkach w Reykjaviku, chciałabym zaprezentować islandzkie akcenty w Warszawie. Choć mieszka tu o wiele mniej Islandczyków, niż Polaków żyje w islandzkiej stolicy, to jednak współpraca i zainteresowanie Wyspą zaowocowało tu kilkoma instytucjami lub miejscami związanymi z Islandią. Niektóre z nich są mniej aktywne niż kiedyś, inne miejsca stanowią już tylko przeszłość, ale Islandia była i jest obecna wśród warszawskich budynków, trzeba jej tylko poszukać.

Ślady Islandczyków

Zacznijmy od tego, że pierwsze islandzkie ślady zostawił tu już Bertel Thorvaldsen w połowie XIX wieku. Ten duńsko-islandzki rzeźbiarz (jego ojciec przeprowadził się z Islandii do Kopenhagi) wykonał dwa bardzo dobrze znane warszawiakom pomniki: księcia Józefa Poniatowskiego przy Pałacu Prezydenckim oraz Mikołaja Kopernika przed Pałacem Staszica. Prace tego najważniejszego po Canovie rzeźbiarza Europy doby klasycyzmu znaleźć można również w Łańcucie i Krakowie.

Drugi ślad zostawił tu również rzeźbiarz, również Islandczyk, ale pracujący głównie na kontynencie. Mowa o Ólafurze Eliassonie, jednym z najbardziej interesujących artystów naszych czasów. Jego prace można było oglądać w warszawskiej przestrzeni dwukrotnie: w 2009 rzeźba Negative Glacier Kaleidoscope stała się elementem bródnowskiego Parku Rzeźb, natomiast w 2011 pawilon Your reality machine stanął przy Krakowskim Przedmieściu.

Podczas gdy prace Thorvaldsena zawierały mało cech islandzkich, bo powstały w momencie, kiedy sztuka Wyspy była jeszcze w powijakach, dzieła jego młodszego o 200 lat rodaka można włączyć w nurt islandzkiej ochrony przyrody. Eliasson słynie z prac ekologicznych, w których próbuje naśladować przyrodę (300-kilogramowy kalejdoskop w Bródnie miał przypominać szczelinę w ziemi, w której odbiła się spadająca w to miejsce geometryczna gwiazda) czy konstrukcji architektonicznych (jak Harpa, czy wspomniany już czerwono-biały pawilon wyłoniony w konkursie na projekt z okazji Europejskiego Kongresu Kultury).

Młodsze pokolenie miłośników Islandii

Ale przy Krakowskim Przedmieściu znaleźć można ślad polski, istotny dla zainteresowania Islandią w ostatnich latach. Chodzi mi oczywiście o Studencki Klub Islandzki, założony w 2005 roku przez studentów kulturoznawstwa w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. To właśnie w ścianach budynku znajdującego się na Kampusie Głównym UW spotykali się studenci zakochani w Islandii, tu też odbyły się konferencje organizowane przez SKI: pierwsza w Pałacu Kazimierzowskim, a druga w Dawnym Szpitalu św. Rocha. Wiele ze spotkać organizowanych przez SKI rozeszło się też na okoliczne klubokawiarnie, w tym nieistniejącą już Grawitację przy ul. Browarnej czy Chłodną 25.

Z archiwum SKI: po prawej Łukasz Bukowiecki, długoletni prezes Klubu.

Działalność Klubu obecna była również w miejscach poza Kampusem: Dni Islandzkie organizowano w Chmurach (2013), Świetlicy przy ul. Marszałkowskiej (2014), w BalBarze przy Ząbkowskiej, w Domkach Fińskich na Jazdowie (2016, 2017), kinie Elektronik (2018), oraz w Klubokawiarni Kicia Kocia (2019). Ta ostatnia lokalizacja gościła też wiele innych prelekcji, w tym cykl “Jedź, zwiedź, i… w Islandii”.

W 2020 Studencki Klub Islandzki obchodzić będzie swoje 15 urodziny. Choć w tym roku jego działalność została uśpiona w wyniku braku aktywnych członków (większość pokończyła studia na Uniwersytecie…), mamy nadzieje, że wśród młodszych roczników znajdą się osoby zainteresowane ożywieniem działalności tego zasłużonego koła naukowego. Zapraszamy do kontaktu!

Starsze pokolenie miłośników Islandii

Nie wolno jednak zapomnieć, że pierwszą grupą miłośników Islandii, która zawiązała się w Polsce, było Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Islandzkiej. TPPI powstało w 1959 roku, a więc obchodzi w tym roku swoje 60. urodziny! Jego stworzenie wiąże się z potrzebą funkcjonowania w Polsce odpowiednika Islandzko-Polskiego Stowarzyszenia Wymiany Kulturalnej, działającego w Reykjaviku. Założycielami TPPI byli profesorowie i przedstawiciele świata nauki oraz kultury, dzięki czemu przez lata Towarzystwo stanowiło główne źródło wiedzy na temat przyrody, kultury i historii Islandii. W wydawanych przez TPPI tzw. Materiałach o Islandii pisano na różne tematy (również o sztuce), natomiast późniejsze Biuletyny rozszerzone były o kroniki i wiadomości z Wyspy.

Siedziba Towarzystwa mieściła się przy ul. Senatorskiej – w tym samym budynku miały swoje dyżury podobne Towarzystwa dotyczące innych państw skandynawskich, a dyżur TPPI przypadał na wtorki. Jak wspomina Henryk Binkowski, działalność opierała się na dyżurach telefonicznych i przyjmowaniu interesantów zadających pytania o Islandię. Chodziło też o przygotowywanie wspomnianych biuletynów i rozsyłanie ich do wszystkich członków (a było ich nawet około 200!). Ze względu na duży rozmiar i międzymiastowy charakter Towarzystwa, otwarto oddziały w Trójmieście i Rzeszowie, spotkania członków również odbywały się w różnych miejscach, ale głównie w Warszawie. Przy Senatorskiej znajdowała się również obszerna biblioteka literatury islandzkiej.

Towarzystwo powstało jeszcze w komunistycznej Polsce, a po transformacji i odejściu większości członków, jego działalność niestety wygasła. Z uwagi na wysokie koszty utrzymania w Śródmieściu, TPPI miało swoją tymczasową siedzibą na Natolinie. Legendarny księgozbiór liczący setki woluminów spoczywa podobno w rękach prywatnych.

Placówka dyplomatyczna z prawdziwego zdarzenia

Przez dziesięciolecia TPPI pełniło rolę najważniejszej (a właściwie: jedynej) placówki przyjmującej oficjalne delegacje z Islandii w Warszawie. Takie wizyty relacjonowane były na bieżąco na stronie internetowej Towarzystwa, a wśród zaproszonych polityków byli prezydenci i premierzy Islandii. Brakowało jednak placówki dyplomatycznej, która mogłaby zająć się niewielką (ale jednak istniejącą) grupą Islandczyków sprowadzonych do Polski z różnych względów. Oficjalnym ambasadorem Republiki Islandii w Polsce jest Martin Eyjólfsson, przebywający jednak na co dzień w Berlinie.

Dlatego ważnym wydarzeniem w historii islandzko-polskich relacji było utworzenie Konsulatu Honorowego w Warszawie. Choć istniała już podobna placówka w Gdańsku (z panem Stanisławem Laskowskim jako Konsulem), stolica również potrzebowała Konsulatu. Ten został oficjalnie otwarty 14 maja 2014 roku.

Konsulem Honorowym Republiki Islandii w Warszawie jest pan Bogusław Szemioth, a siedziba Konsulatu mieści się przy ulicy Parkowej 13/17/123. Z konsulem kontaktować można się zarówno mailowo, jak i telefonicznie.

Zainteresowanie Islandią w polskim Sejmie

W polskim Sejmie istnieje polsko-islandzka grupa parlamentarna, czyli grupa bilateralna skupiona na współpracy z Islandią. W obecnej kadencji (a zawiązana została już po raz drugi), składa się z 14 posłów, którzy są zorientowani na działania w sprawie Polaków mieszkających na Islandii, oraz delegacje służbowe i zapraszanie islandzkich przedstawicieli do Warszawy. Szczególne zainteresowanie posłów Islandią miało swoje źródło w wyjeździe reprezentacji Komisji Łączności z Polakami za granicą (LPG) na Wyspę. Członkowie Komisji spotkali się wówczas w islandzką Polonią, odwiedzili miejsca w sposób szczególny działające na rzecz integracji Polaków na Wyspie, jak też Zakon Sióstr Karmelitanek w Hafnarfjörður.

Spotkanie z polsko-islandzką grupą parlamentarną w Sejmie 13 czerwca 2019, zdjęcie: Kancelaria Sejmu.

Ze względu na krótki staż obecnej grupy (została założona w kwietniu), jej cele i plany na przeszłość nie są wyraziste. Podczas spotkania dowiedziałam się od przewodniczącego grupy, Posła Andrzeja Kryja o różnych pomysłach na zacieśnienie więzi z islandzką Polonią, jednak na ten moment niektóre z informacji wymagają jeszcze potwierdzenia.

Islandia do wzięcia i/ lub utulenia, czyli post scriptum

Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego oraz wiele bibliotek publicznych oferują dość szeroki wybór literatury islandzkiej. W BUW można znaleźć pozycje naukowe, mitologię nordycką i sagi, a także tytuły popularne oraz przewodniki.

Jeszcze do niedawna naukę języka islandzkiego w Warszawie proponowała zamknięta już szkoła języków skandynawskich, Stacja Północ. Były też takie czasy, gdy istniał lektorat islandzki na UW, ale z uwagi na brak chętnych (a raczej zmotywowanych do nauki), lektorat zdjęto z programu. Można jednak uczyć się staroislandzkiego w ramach skandynawistyki na Uniwersytecie SWPS. Istniałt podobno różne próby uruchomienia kursu języka islandzkiego w tamtejszej Szkole Języków Obcych lub nauki islandzkiego w ramach studiów magisterskich na Katedrze Skandynawistyki, jednak oba spaliły na panewce.

Są też oczywiście w stolicy miejsca, w których można kupić sobie namiastkę Islandii. Mam na myśli przede wszystkim polskie “podróby” islandzkiego skyru, bo ten prawdziwy, islandzki nie jest do kupienia w żadnym sklepie. Jest też pewna firma odzieżowa, która wybrała sobie kształt Islandii na logo, ale poza nim niewiele ma wspólnego z Wyspą – przyznam jednak, że sama posiadam czapkę, ze względu na Islandię w logo właśnie. Ostatnio pojawiają się też produkty z maskonurem, tak jak kupione przeze mnie ostatnio suszone kawałki mango. Brzuch mnie jednak po nich bolał, a i z Islandią mango się chyba nikomu nie kojarzy. Poza rozszalałym rynkiem wydawniczym, który w ostatnich latach wydaje sporo książek i przewodników po Islandii, nie ma w Warszawie tak naprawdę okazji na “Islandię do wzięcia”.

Jest za to Islandia do utulenia. To wszyscy miłośnicy Islandii mieszkający w Warszawie. Znam ich zarówno z działalności w SKI, jak i organizowanych Dni Islandzkich, a przede wszystkim przy okazji różnych, coraz popularniejszych, wydarzeń z Islandią w tle: pokazów filmowych i prelekcji podróżniczych. Obecnie Islandię znajdziecie w Warszawie naprawdę w wielu miejscach, ale żeby móc ją porządnie utulić, musicie chyba wpadać na imprezy organizowane przeze mnie 😉 I nie piszę tego z wrodzonego braku skromności, ale powtarzam słowa innych!

zdjęcie: Ewelina Leśniewska, fanka Islandii do niedawna mieszkająca w Warszawie. Dzięki, Ewelina!

Dzień Islandzki 2019

Nie spodziewałam się, że uda mi się w pojedynkę zorganizować coś takiego. Ale tegoroczny, pierwszy samodzielnie organizowany przeze mnie jako Utulę Thule, Dzień Islandzki potwierdził przede wszystkim moje przekonanie o tym, że Islandia przyciąga wyłącznie niesamowitych ludzi.

Takimi właśnie ludźmi po brzegi zapełniła się sala klubokawiarni Kicia Kocia. Choć schodzili się do nas nieśmiało i wolno, to jednak islandzki chłód (i klimatyzacja w sali) przyciągnęła wielu fanów Islandii. Jedni z kilkoma już podróżami na Wyspę w bagażu emocjonalnym, inni jeszcze planujący przygodę życia. Wszyscy tęskniący za tym miejscem i marzący o rychłym wyjeździe. Każdy z nas zainteresował się Islandią z innego powodu, ale wszystkich połączyło niezwykłe przyciąganie do tej malutkiej wysepki na Atlantyku. Islandia to więcej niż destynacja turystyczna, to miejsce spełnionych marzeń, wielkich przemian, zawartych znajomości, wylanego potu i łez.

Taką właśnie Islandię chciałam pokazać swojej publiczności. Dlatego zaprosiłam gości, którzy podzielą się swoim osobistym stosunkiem do Wyspy. Choć niektórych z nich nie poznałam jeszcze nigdy na żywo, islandzka więź internetowa trwała od dłuższego czasu. Więc może nieco egoistycznie, ale zaprosiłam tych, których sama z wielką ochotą chciałam posłuchać. Osób, od których chciałam się dowiedzieć nie tyle o Islandii, ale o jej miejscu w pamięci i sercu. O pasji Islandią, która trzyma w swoich objęciach przez lata, niektórzy mają z nią już przygodę liczącą pół wieku!

Moim pierwszym gościem była Vaka Hafþórsdóttir, Islandka od kilku lat mieszkająca w Polsce. Choć przeprowadziła się do naszego kraju ze względów osobistych, zawsze cieszy się na spotkanie z grupą ludzi tak bardzo zainteresowanych jej krajem. Specjalnie dla nas przygotowała krótki kurs/wykład o języku islandzkim, przedstawiając trudne słowa islandzkie, które czasem są wręcz nieprzetłumaczalne na język polski. Nie był to jednak zwykły wykład o języku! Vaka włożyła w to całe swoje poczucie humoru i przeplatała swoją wypowiedź w języku angielskim słówkami polskimi.

Następnym punktem programu było spotkanie z Martyną Zastrożną (W międzyczasie na Islandii), która wraz ze mną opowiadała o swoim subiektywnym spojrzeniu na Wyspę. Ostatni raz była na Islandii kilka lat temu, a mimo to wciąż intensywnie prowadzi swoją stronę, niedawno reaktywowała też bloga O północy. Martyna wspomniała, że interesowała się Skandynawią od dawna, a jej pierwszą pasją była Finlandia, wkrótce jednak zawładnęła nią Islandia. Wszystko zaczęło się od muzyki, ale jej prawdziwa miłość do Islandii  ma związek – jak twierdzi sama Martyna – z prezydentem Trumpem, kiełbaskami i chlorkiem amonu. O co chodzi? O humor Hugleikura Dagssona, protest Islandek z 1975 roku, oraz islandzkie słodycze. Te ostatnie, czyli lukrecję, Martyna mogłaby jeść i jeść. Ale potrafi też piec islandzkie specjały, bo przygotowała dla nas ciasto rabarbarowe według przepisu z jej strony.

Trzeci w kolejce do podzielenia się swoją islandzką pasją był Bartek Wilk, dziennikarz portalu muzykaislandzka.pl oraz twórca audycji Tónlist. Bardzo możliwe, że to właśnie Bartek zaraził wielu z nas pasją do Islandii, w końcu w przypadku Wyspy droga do serca często prowadzi przez muzykę. Bartek mówił o swoim zauroczeniu zespołem Sigur Rós, mówił też o początkach popularności tej grupy w Polsce i wymiany wrażeń fanów na stronie sigur-ros.art.pl. Bartek czytał nam nawet losowe wypowiedzi fanów, a wielu z nich przyznawało się do tego, że Sigury zaprowadziły ich na Islandię. Bartka z kolei zaprowadziły do pomysłu stworzenia strony muzykaislandzka.pl, na której mógłby pisać nie tylko o Sigurach, ale też innych wykonawcach z Islandii. Od lat wyszukuje najciekawszych piosenek, podsłuchanych w islandzkich sklepach muzycznych czy otrzymywanych bezpośrednio od Islandczyków, ma kontakt z wieloma artystami, organizuje koncerty i zdaje relacje z wydarzeń muzycznych na Islandii. Wiedzą dzieli się na portalu oraz w audycji Tónlist.

zdjęcie: Magda Bobryk
zdjęcie: Magda Bobryk

Potem przyszła kolej na Mariusza Wolskiego (My Life Challenge), który o swojej samotnej wyprawie rowerowej po Islandii opowiadał już chociażby w ramach festiwalu Nordic Talking. Niestety nie mogłam go wysłuchać, więc z wielką przyjemnością zaprosiłam Mariusza najpierw na prywatne spotkanie (nie mogliśmy się nagadać!), a potem na Dzień Islandzki. Mariusz to ta osoba, która z Islandią ma bardzo osobisty związek. Nie pojechał tam turystyczne, nie zwiedzał Wyspy tak jak większość z nas. Pojechał na Islandię rowerem, i to zimą. Mówi, że to, co przeżył, zmieniło jego stosunek do wielu rzeczy i bardzo dużo Wyspie zawdzięcza. Podkreślił też, że miał naprawdę dużo szczęścia: nie zamarzł (mimo kilkunastostopniowych mrozów), nie padł ze zmęczenia (choć czasami było blisko), nie zmiótł go wiatr ani śnieżyca. Fragmenty swojej wyprawy pokazał na filmie stworzonym we współpracy z Kubą Witkiem.

A na koniec odlot, czyli wystąpienie pani Joanny Trzcińskiej-Mejor, która urzekła nas energią, pasją, uśmiechem i swoim zainteresowaniem Islandią od 50 lat! Już jako studentka weszła w szeregi Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Islandzkiej, a potem złączyła się z Wyspą organizacją wycieczek. I nie byle jakich wycieczek, bo po raz pierwszy pojechała z grupą na Islandię w roku 1998 (podobno była to pierwsza zorganizowana wycieczka z Polski). Nie samolotem, a autokarem. Trzy tygodnie: przez Norwegię, promem, a w drodze powrotnej przez Wyspy Owcze i Danię. Z autokarem pełnym ludzi oraz prowiantu. Podobno na granicy musiała przekonać islandzkich celników, żeby wyjątkowo zgodzili się na wwiezienie na Islandię obcego jedzenia, czyli setek puszek z konserwami i chlebów. Ale udało się, dzięki czemu grupa nie musiała jeść potwornie drogiego jedzenia na Wyspie i miała trzy posiłki przygotowywane przez przywiezionych ze sobą kucharzy. W tamtych czasach wszystko było drogie, ale atrakcje były za darmo i całkowicie na dziko. Błękitna Laguna bez przebieralni i opłacanych wejściówek, droga do wodospadów nieogrodzona, praktycznie brak ludzi przy gejzerze czy w Thingvellir. A mimo to pani Joanna, zapytana o zmiany na Islandii w ciągu ostatnich 30 lat, odparła, że nic się nie zmieniło.

Z kolei o zmianach na Islandii opowiedział ostatni gość, Henryk Binkowski. Pełnił on chwilowo funkcję prezesa Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Islandzkiej i przyniósł ze sobą stare biuletyny wydawane niegdyś przez TPPI oraz legitymację członkowską. Opowiedział o dziejach Towarzystwa i wszystkich jego zasługach oraz przyczynach obecnego wygaśnięcia TPPI. Dzielił się też wiedzą o starej Islandii, a przede wszystkim o pierwszych relacjach polsko-islandzkich: wizytach islandzkich prezydentów w Warszawie i wyjazdach na Islandię reprezentantów z Polski.

Dzień Islandzki zakończył się integracją najbardziej wytrwałych fanów Islandii. Rozmawialiśmy o podróżach, planach na przyszłość, ulubionych elementach islandzkiej kultury. A przede wszystkim dzieliliśmy się sobą, swoją pasją i różnymi doświadczeniami. To było naprawdę niezapomniane spotkanie i bardzo dziękuję wszystkim, od których mogłam nauczyć się tak wiele na temat mojego ulubionego kraju!

Dziękuję również Klubokawiarni Kicia Kocia za przyjęcie mojego wydarzenia! Kto wie, być może do zobaczenia za rok!