Islandia po staremu

Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądała Islandia przed masową turystyką? Stare książki o Islandii mogą pomóc wyobraźni, szczególnie jeśli pisane są z polskiej perspektywy, np. w latach 70.

Spotkanie z Islandią Haliny Ogrodzińskiej, książka napisana w roku 1974, to niezwykła podróż do przeszłości. Autorka opisuje Islandię czasów wojen dorszowych, Islandię niewinną turystycznie, pełną dzikich i nieznanych ścieżek. To typowa – dla współczesnego czytelnika – relacja z podróży, jednak niezwykła jak na tamte czasy, kiedy o zagranicznych podróżach większość Polaków mogła tylko pomarzyć. Wydaje się jednak, że autorka na stałe (lub przez długi czas) przebywała w Norwegii, gdzie poznała swoich islandzkich przyjaciół i skąd łatwiej było zorganizować wycieczkę na atlantycką Wyspę.

Z perspektywy dzisiejszych marzeń o podróży na Islandię, sytuacja Haliny Ogrodzińskiej może wydawać się lepsza niż idealna: przyjeżdża do Keflaviku na zaproszenie rodziny Johannessonów (pisownia oryginalna), z nimi podróżuje i przez nich jest oprowadzana po największych zabytkach Islandii: Thingvellir, gejzery, historyczne centrum Reykjaviku. Kiedy marznie pod wodospadem Gullfoss i dostaje gorączki, wiele dni spędza w łóżku z lekturami przynoszonymi przez członków zaprzyjaźnionej rodziny. Czyta książki historyczne, sagi, uzupełniając braki wiedzy przed kolejną wycieczką. Jest nawet zaproszona na kolację w polskiej ambasadzie, gdzie u państwa Godków (!) poznaje polskich geografów i glacjologów organizujących ciekawą wyprawę na lodowiec. Sama nie będzie miała niestety okazji zobaczyć lodowców z bliska, za to poza programem dane jej będzie spędzić jedno popołudnie na islandzkiej fermie, gdzie skosztuje świetnie przygotowanej jagnięciny i kupi islandzki sweter.

Narracja pierwszoosobowa, relacjonująca kolejne etapy podróży, uzupełniona jest o dłuższe wykłady z historii i kultury Islandii. Autorka streszcza treść przeczytanych przez siebie książek, opisuje nawet akcję sagi o Njalu, a resztę niezbędnych informacji wkłada w usta swoich bohaterów: Einara, Unn, Pietura i Odil. To oni zdają się w dialogach zarzucać autorkę ciekawostkami i faktami dotyczącymi Islandii, ale nie dowiemy się, czy to wiarygodna relacja z rozmów, czy zabieg używany przez niektórych podróżników do dziś, polegający na czynieniu z napotkanych osób chodzące Wikipedie. Trzeba jednak przyznać, że jak na tamte czasy książka Haliny Ogrodzińskiej mogła być jednym z niewielu źródeł wiedzy o Islandii, dlatego szkolna maniera pisania pasuje do jej dydaktycznych celów.

Jest to jednak narracja nie pozbawiona swoich wad: kiedy zaczyna się lekturę, ma się w głowie niemal automatycznie głos z offu, należący do lektora Polskich Kronik Filmowych. Już opis lądowania na lotnisku w Keflaviku staje się okazją do wspomnienia o wikińskich podróżach, połowach ryb i nazwiskach patronimicznych. Zaledwie 143-stronicowa książka pełna jest takich informacji, czasem wtrąconych w treść jakby przypadkiem, innym razem rozwiniętych na osobne rozdziały czy wielostronicowe opisy. Każda kolejna książka z podróży pisana w guście “opowiem Wam o kraju, który zwiedziłam” zdaje się naśladować ten styl i zarzucać czytelnika ciekawostkami historycznymi, politycznymi, kulturalnymi i geograficznymi.

Ale czy ta maniera nie ma swojego rodowodu właśnie w latach 70., kiedy każda relacja z podróży była na wagę złota, a informacje o dalekich krajach w języku polskim były białym krukiem? W tych właśnie czasach swój złoty wiek przeżywało Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Islandzkiej, jedyna organizacja zrzeszająca miłośników Islandii w Polsce i zajmująca się popularyzacją kultury islandzkiej nad Wisłą. Zbierane przez nich materiały i wydawane przez lata Biuletyny były niegdyś jedynymi publikacjami na tematy sztuki, polityki, geografii czy gospodarki islandzkiej. Nic więc dziwnego, że członkowie TPPI nawet do dziś posługują się podobną manierą: powtarzaniem znanych już, a często nawet zdezaktualizowanych, ciekawostek o Islandii.

Miałam tego przykład całkiem niedawno, kiedy zostałam zaproszona do audycji Lewym Okiem internetowego Nocnego Radia. Jeden z prowadzących należał kiedyś do TPPI, więc jego wiedza na temat Islandii była ogromna. Niestety w którymś momencie rozmowa zamieniła się w wyliczanie islandzkich “naj” i innych stereotypowych określeń, które w świetle nowych badań i zmian społeczno-politycznych mijają się już z rzeczywistością. Z początku starałam się spokojnie zbijać te argumenty i dzielić się moją wiedzą. Okazało się także, że owe “przesłuchanie” postawiło mnie w kłopotliwej sytuacji, bo zaczęto zadawać mi pytania z dyscyplin i tematów, o których zupełnie nie miałam pojęcia. Niemal trzygodzinna audycja była nie lada treningiem cierpliwości i koncentracji, ale mimo wszystko przyjęto mnie bardzo miło, a słuchacze zadawali interesujące pytania.

TPPI działało prężnie do śmierci wieloletniego prezesa i zasłużonego członka organizacji, pana Andrzeja Michałka. Wszyscy członkowie Towarzystwa mówią o nim z sentymentem i poczuciem ogromnej straty, szczególnie, że po nim nie pojawił się żaden tak charyzmatyczny przewodniczący, który zjednoczyłby pozostałych członków. Towarzystwo jest więc zamrożone, a wielokrotnie podejmowano próby jego reaktywacji, zgłaszając się nawet do mnie. Wydaje mi się jednak, że patrząc na bogaty dorobek Towarzystwa, jego reaktywacja musiałaby albo zakładać powrót do stylu czasów jego świetności, albo podporządkować dostosowaniu do nowej formy. Dawne publikacje TPPI opisują Islandię sprzed boomu turystycznego, wielkiej fali migracyjnej Polaków i globalizacji, która sprawiła, że ta daleka Wyspa stała się na wyciągnięcie ręki.

Dlatego książkę Spotkanie z Islandią czytałam przez filtr tych właśnie czasów, kiedy i książki pisano w inny sposób, i wydawanie ich nie polegało na wielkiej kampanii reklamowej i lansowaniu autora w mediach społecznościowych. Samą autorkę szanuję za szczerość i wyważenie: będąc nawet w kraju tak pięknym jak Islandia, nie popada w ślepy zachwyt, a wyrażane przez Odil komplementy w postaci “naj” traktuje z przymrużeniem oka. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że książka Haliny Ogrodzińskiej to reportaż na miarę tamtych czasów i zawężone kompendium wiedzy na temat Islandii sprzed tanich linii lotniczych, Błętkitnej Laguny, Instagrama i blogerów.

Za wynalezienie książki w internetowym antykwariacie dziękuję Klaudii z Po islandzku.

Polityka ze sztuką w tle: Stjórnarráðshúsið

Bardzo lubię oglądać zdjęcia islandzkich polityków w ich miejscach pracy.

Niemal w każdym kadrze znajdzie się miejsce dla jakiegoś płótna, a obrazy wiszące na ścianach ważnych gabinetów to duma islandzkiego malarstwa. Zapraszam do lektury cyklu tekstów, w których opisuję znane Wam dobrze z widzenia obrazy. W pierwszym z nich prezentuję dzieła wiszące na ścianach Gabinetu Premiera Islandii w Stjórnarráðshúsið, czyli Budynku Parlamentu.

Stjórnarráðshúsið – od więzienia do gabinetu premiera

Zacznijmy jednak od historii budynku, w którym urzędują współcześnie premierzy Islandii.  Była to jedna z wielu budowli, które Duńczycy postawili w stolicy w XVIII wieku. Na zlecenie króla duńscy architekci projektowali gmachy użyteczności publicznej, od szkół przez szpitale aż po więzienia. I właśnie to ostatnie było pierwotnym przeznaczeniem budynku stojącego przy Lækjargata. Pomimo niskiej przestępczości na Wyspie, a także wysyłaniu potencjalnych kryminalistów do Danii, protektorzy stolicy wnioskowali o powołanie instytucji przetrzymującej osoby na bakier z prawem, choć z wniosku płynącego ze strony Skúliego Magnússona wynikało, że mieli się tam znaleźć żebracy i bezdomni, których nie było gdzie ulokować.  Przeznaczeniem budowli miało być więc nie tylko przetrzymywanie osobników niebezpiecznych i czekających na wymierzenie sprawiedliwości, ale też – przede wszystkim – zakłócających spokój publiczny. W związku z przeznaczeniem, budynek był zaprojektowany tak, aby posiadać wszelkie udogodnienia potrzebne do dłuższego pobytu mieszkających w nim osób. Budowa trwała w latach 1761-1771, według projektu Georga Davida Anthona, profesora Akademii Sztuk Pięknych. 

Więzienie zamknięto jednak już w 1816 roku. Trzy lata później wprowadził się tu Ludvig Moltke, urzędnik kościelny, z żoną, co doprowadziło do niezbędnej przebudowy domu. W latach 1819-1820 powiększono okna, obniżono podłogi w celu zwiększenia wysokości pięter, a także rozbudowano wejście i klatkę schodową. Tak przeobrażona rezydencja przeszła później w ręce następcy Moltke, Petera Fjeldsted Hoppe, a potem kolejnych: Lorentza A. Kriegera, Carla Emila Bardenfletha, Matthiasa Hansa Rosenørna i Jørgena Ditleva Trampe. Ten ostatni, wprowadziwszy się do Stjórnarráðshúsið w roku 1850, zaczął organizować u siebie wystawne tombole (loterie). W tamtym czasie podobne rozrywki były obce Islandczykom.

W drugiej połowie XIX wieku rezydencję zamieszkiwali arystokraci i inni politycy, aż do roku 1904, kiedy wprowadził się tam pierwszy islandzki minister. Gdy w 1918 roku pojawił się na Islandii premier, postanowiono przekazać budowlę pod miejsce urzędowania całego gabinetu. Tym samym doszło do kolejnej większej reorganizacji wnętrz, przekształcając apartamenty mieszkalne na biura poszczególnych ministrów. 

Sztuka na ścianach

zdjęcie: Facebook

 

Wiele wskazuje na to, że pani premier Katrín Jakobsdóttir bardzo lubi otoczenie obrazów. Na wielu zdjęciach z jej oficjalnego konta na Facebooku pozuje wraz z gośćmi na tle płócien zdobiących ściany jej gabinetu. Większość z nich należy do Galerii Narodowej (Listasafn Íslands), ale w wielu krajach normą jest, że muzea udostępniają swoje prace instytucjom państwowym jako depozyt lub wypożyczenie na czas nieokreślony. Wyboru dzieł mogą dokonać sami politycy, ale najczęściej są to decyzje ich sekretarzy lub samych pracowników muzeum. 

We wnętrzach Stjórnarráðshúsið znajdziemy zarówno klasyki malarstwa islandzkiego początku XX wieku, jak i sztukę nowoczesną, szczególnie abstrakcję. Przykładem niech będzie obraz wiszący za plecami pani premier w jej gabinecie: to płótno Karla Kvarana, jednego z czołowych abstrakcjonistów islandzkich. Dzieło, zatytułowane Kobieta na plaży (isl. Kona við strönd), powstało w 1950 roku i reprezentuje jego wczesny styl. Formy na pierwszym planie, składające się na tytułową kobietę, niosą widoczny wpływ późnego kubizmu. Dostrzegamy tu jeszcze cechy malarstwa figuralnego, przedstawiającego: kształty układają się w znane nam przedmioty. Dopiero później malarz zwróci się ku geometrycznej abstrakcji, komponując dzieła z prostych kształtów w barwach podstawowych, zapożyczonych z minimalizmu i dzieł Pieta Mondriana.

Karl Kvaran, Kobieta na plaży (isl. Kona við strönd), 1950, Listasafn Íslands, zdjęcie: sarpur.is

 

Przykłady malarstwa abstrakcyjnego późniejszej dekady znajdziemy w następnym wnętrzu Stjórnarráðshúsið. Na zdjęciu pani premier z Sigurðurem Ingim Jóhannssonem, ministrem transportu, po prawej widzimy obraz Níny Tryggvadóttir Wiatr (isl. Gustur), z 1962 roku. Jest to obraz typowy dla tej islandzkiej malarki, współtworzącej z Karlem Kvaranem silną grupę islandzkich abstrakcjonistów. Twórczość Níny Tryggvadóttir można nawet zaliczyć do abstrakcjonizmu ekspresyjnego, w którym to nurcie liczyło się nie tylko nieprzedstawianie konkretnych figur rzeczywistych, ale przelanie na płótno emocji i uczuć. W przypadku Islandki przejawia się to w wyborze mocnych, często kontrastujących ze sobą barw oraz sposobu ich nakładania: szybkiego, pozornie niedbałego, z widocznym prowadzeniem pędzla w różnych kierunkach. Choć malarstwo abstrakcjonizmu w swoim założeniu ma być nieprzedstawiające, krytycy twórczości Níny Tryggvadóttir doszukują się w jej płótnach chęci przedstawienia np. pogody. Często sugerują to same tytuły obrazów, bowiem gustur to typ wiatru w Islandii. 

Fjarstæðukennd tilhugsun“ að Samherji múti íslenskum stjórnmálamönnum -  Vísir
Zdjęcie: https://www.visir.is/

 

Nínę Tryggvadóttir najczęściej łączy się z Louisą Matthíasdóttir, ale warto przypomnieć, że zanim obie malarki wyjechały do Stanów w poszukiwaniu nowej sztuki, Nína była uczennicą Ásgrímura Jónssona, jednego z klasyków malarstwa islandzkiego. Jego płótna również często znajdziemy na drugim planie politycznych wydarzeń, jak choćby na zdjęciu premier Katrín z Óttarrem Proppé (partia Björt framtíð, pierwszy z prawej) oraz Benediktem Jóhannessonem (Partia Niepodległości). To pejzaż Z Svarfaðardal (isl. Úr Svarfaðardal) z 1954 roku, namalowany 4 lata przed śmiercią artysty. Drugi, o wiele częściej fotografowany obraz tego samego malarza, bo znajdujący się z bardziej oficjalnym wnętrzu przeznaczonym do przyjmowania gości, to wcześniejszy widok Z Thingvellir (isl. Frá Þingvöllum), datowany na lata 1930-35. Już na przykładzie tych dwóch, odległych czasowo, dzieł widzimy główną sferę zainteresowań tego pejzażysty i preferowaną, zapożyczoną od impresjonistów, paletę barw. Jego widoki z różnych miejsc w Islandii różnią się formą: raz rozmyte, widziane jakby przez mgłę, a raz ostro ciosane, z widocznymi krawędziami skał czy silnym odrysowaniem sylwetek koni od reszty krajobrazu. 

Benedikt fundaði með styrkveitendum Viðreisnar í miðjum  stjórnarmyndunarviðræðum - Stundin
zdjęcie: https://stundin.is/

 

Zdjęcie: Facebook

 

Częstym bohaterem zdjęć z udziałem pani premier były również płótna Jóhannesa Kjarvala, choć na co dzień nie wiszące w Stjórnarráðshúsið. Ostatnio pięknym tłem dla ważnych wydarzeń politycznych stało się płótno Islandzka pieśń – Hvassárgljúfur (isl. Íslandslag – Hvassárgljúfur) z lat 1949-1959, wypożyczone ze zbiorów Galerii Narodowej i powieszone w budynku Straży Wybrzeża na lotnisku w Keflavík na przyjazd Mike’a Pence’a. To, że obraz wywieszono tam na tę szczególną okazję – po to, aby bohaterowie wydarzenia pięknie prezentowali się na jego tle – podkreśla wagę islandzkiego malarstwa jako scenografii do islandzkiej polityki. Już niedługo zaprezentuję kolejną dawkę malarstwa islandzkiego w oficjalnych wnętrzach. 

Peaceful Iceland amazed at weapons in Pence security detail
Autor: Egill Bjarnason, źrodło: wspa.com

Źródła:
www.stjornarradid.is
www.sarpur.is
www.icelandictimes.com
Za udzielenie informacji o tytułach dzieł dziękuję panu Sighvaturowi Arnmundssonowi z biura pani premier.

Z Atlantyku nad Wisłę

Dużo mówi się o Polakach emigrujących na Islandię. Ale co z Islandczykami mieszkającymi w Polsce? O tym, dlaczego zdecydowali się na życie nad Wisłą, rozmawiam z Vaką i Böðvarem.

Trudno dokładnie oszacować oficjalną liczbę Islandczyków mieszkających w Polsce. W grupie Íslendingar í Póllandi jest zaledwie 85 członków, ale należą do niej również islandzkojęzyczni Polacy. Nawet na stronie Konsulatu Honorowego Republiki Islandii w Warszawie nie znajdziemy dokładnych liczb, choć pracownicy IHC szacują, że Islandczyków mieszkających w Polsce na stałe powinno być kilkudziesięcioro. Udało mi się zrobić krótkie wywiady z dwójką z nich. Oboje przeprowadzili się do Polski trzy lata temu, w 2017 roku. Vakę Hafþórsdóttir poznałam w szkole językowej Stacja Północ, bo przez pierwszy rok swojego pobytu w Polsce uczyła islandzkiego. Z zawodu jest jednak prawniczką i na co dzień pracuje zdalnie dla firmy w Islandii. Kontakt z Böðvarem Böðvarssonem udało mi się nawiązać za pośrednictwem klubu piłkarskiego Jagiellonia, w którym gra na pozycji obrońcy.

Islandczycy a sprawa polska

Kiedy Polacy emigrują na Wyspę, mogą spodziewać się dużej społeczności rodaków, a ze względu na długoletnią tradycję emigracji i zainteresowanie Islandią w Polsce, mają wiedzę lub przynajmniej wyrobione zdanie na temat nowego kraju. A jak jest z Islandczykami przyjeżdżającymi do Polski? Właściwie działa to też w drugą stronę. Kiedy gościłam na zajęciach języka polskiego na Uniwersytecie w Reykjaviku, studenci opowiadali mi, że ich zainteresowanie językiem i kulturą polską wynika z dużej liczby Polaków na Islandii i prywatnych związków z nimi. Większość uczyła się języka swojego partnera, inni – chcieli zwiedzać kraj, który wydaje się im szczególnie bliski. Nie zapominajmy też o Islandczykach przyjeżdżających do nas w celach nie tylko turystycznych, ale też po tańsze zakupy i usługi dentystyczne.

Co jednak z motywem do przeprowadzki? Dominuje polski partner, z którym Islandczycy i Islandki przeprowadzają się do Polski. Vaka znalazła się nad Wisłą ze względu na swojego chłopaka, podobnie jak wielu innych Islandczyków, których przelotnie spotykałam w Polsce. Nie jest to jednak jedyna przyczyna przyjazdu do Polski. Wielu młodych Islandczyków przyjeżdża do Polski na studia, chociażby do Łódzkiej Szkoły Filmowej, z którą związany jest chociażby Rúnar Rúnarsson. Pamiętam też, że kiedy na Islandii otwierano pierwszy H&M, Islandki praktykowały w warszawskich sklepach tej sieci. O wiele rzadziej zdarza się, aby Islandczyk przyjeżdżał do Polski w celach zawodowych. To jednak przypadek Böðvara, piłkarza, który rozpoczął współpracę z Jagiellonią.

Oto pierwszy Islandczyk w Ekstraklasie. Jak doskonale pamiętamy z Euro 2016, piłkarze z tego kraju są dobrze zbudowani, wybiegani i potrafią zostawić
Böðvar Böðvarsson z barwami Jagielloni, zdjęcie: https://gol24.pl/

Pierwsze kroki

Początki zawsze wydają się trudne, szczególnie dla przyjezdnych wrzuconych w polskie społeczeństwo bez znajomości języka ani wsparcia bliskich. Moi rozmówcy nie mieli jednak tego problemu. Vaka, zanim na stałe osiadła w Warszawie, wielokrotnie odwiedzała rodzinę swojego chłopaka w Wielkopolsce. Do stolicy przyjechała dwa razy przed przeprowadzką, nie było to więc obce jej miasto. Podobnie z towarzystwem: poza chłopakiem i jej znajomymi, pierwszymi Polakami, z jakimi zaczęła się kolegować na miejscu byli jej uczniowie z kursu islandzkiego.

Böðvar przyznaje z kolei, że zanim się tu przeprowadził, znał wielu Polaków z Islandii, więc nie jechał do zupełnie obcego mu kraju. Przyjechał tutaj w lutym 2017 roku, wówczas jako 22-latek. Choć sprowadziły go tu kwestie wyłącznie zawodowe, jak sam twierdzi, nie miał trudności z zaklimatyzowaniem się:

Większość moich znajomych na miejscu to koledzy z drużyny albo pracownicy klubu, ale mam też znajomości spoza środowiska piłkarskiego. Nie miałem żadnych problemów z nawiązywaniem kontaktu z Polakami.

Co więcej, piłkarz podkreśla, że przyjazd do Polski nie był dla niego szokiem kulturowym. Poznani na miejscu Polacy utwierdzili go w przekonaniu, że mają sporo wspólnego z Islandczykami: przede wszystkim poczucie humoru wydawało mu się podobne. Dużym, ale pozytywnym zaskoczeniem było natomiast polskie jedzenie. Pewnie nie spodziewał się, że może być tak smaczne, ale dzisiaj ocenia je w prostych słowach: “Kocham je!”.

Vaka również ciepło zapamiętała swoje pierwsze przemyślenia dotyczące Polski i Polaków:

Jedną z rzeczy, które pamiętam, jest zdumienie, jak przytulne były dla mnie polskie wnętrza. Na Islandii wystrój domu jest bardzo skandynawski, np. białe ściany, minimalistyczny wystrój i tylko kilka kolorowych akcentów. Od razu zauważyłam, że Polacy nie boją się używać kolorów w swoich domach i wszędzie mają wiele elementów dekoracyjnych, co sprawia, że ich ​​domy są tak zachęcające i przytulne.

Polskie plusy i minusy

Oboje Böðvar i Vaka spędzili dużo czasu na podróżowaniu po Polsce, szczególnie zwiedzając największe miasta. Dla Böðvara zdecydowanym numerem jeden jest Kraków, natomiast z opowieści Vaki wynika, że szczególną sympatią darzy Warszawę. Kiedy pytam o to, co szczególnie podoba jej się w Polsce w porównaniu z Islandią, mówi właśnie o Warszawie. Porównując obie stolice, podoba jej się to, jak dobrze skomunikowane jest nasze miasto stołeczne, co jest szczególnie ważne dla niej jako dbającej o środowisko. Na Islandii posiadanie własnego samochodu jest niemal niezbędne, z kolei w Polsce (przynajmniej w miastach) można posługiwać się komunikacją miejską. Warszawa to także duże miasto, jakim Reykjavik nie jest. Dzięki temu, jak wiele ma do zaoferowania w kwestii kulturalno-gastronomicznej, nigdy nie można się tu nudzić.

Moi rozmówcy często chwalą polskie jedzenie. Böðvar uwielbia pierogi i ma nadzieję, że kiedy wróci na Islandię, uda mu się znaleźć dobrą polską restaurację z tradycyjnymi pierogami. Ze względu na powroty na Islandię i częste treningi, nie miał jednak okazji spędzać żadnych świąt w Polsce, tak jak Vaka. Ta przypomina sobie góry jedzenia, które kojarzą jej się z obchodami Bożego Narodzenia czy Wielkiejnocy. Przeprowadziła się do Polski tuż przed Wielkanocą i wszyscy ostrzegali ją, żeby przygotowała się na świętowanie z pustym brzuchem. “Byłam zaskoczona tą przestrogą, przecież my, Islandczycy, jemy równie dużo podczas świąt”, mówi. Gdy po raz pierwszy zasiadła przy świątecznym stole, zmieniła zdanie:

Wy, Polacy, osiągnęliście nowy poziom w świątecznym objadaniu się! (śmiech) Przez trzy dni bez przerwy jadłam mazurki, sałatkę warzywną i faszerowane jajka (i bardzo mi się to podobało!).

 Jedynym minusem dla Vaki jest ilość mięsa w polskiej kuchni. Sama jest wegetarianką, więc kiedy próbowała ugotować coś według tradycyjnych przepisów, zderzyła się ze ścianą. Po kilku próbach udało się jej jednak zrobić bezmięsne gołąbki czy wegetariańskie schabowe. Uwielbia też szeroki wybór wegetariańskich i wegańskich restauracji w Polsce.

Polskie jedzenie bezsprzecznie skrada islandzkie serca, ale również pogoda. Co ciekawe, moi rozmówcy mają ekstremalnie różne zdania co do… polskiego lata! Dla Böðvara jest to zdecydowanie jeden z największych plusów Polski, coś, czego będzie mu brakowało tak samo jak pierogów: “Będę tęsknił za polskim latem, ponieważ są one bardzo różne od tego, do czego jestem przyzwyczajony w Islandii.” Z kolei dla Vaki polskie upały wydają się największą zmorą:

Szczerze mówiąc, temperatura była dla mnie dość trudna do zniesienia. Zawsze otwierałam wszystkie okna w mieszkaniu, żeby zrobić przewiew, ale nie pomagało mi to w lipcu czy sierpniu. Jednym z pierwszych słów, których nauczyłam się po polsku, było „wachlarz”, bo zawsze jakiegoś szukałam!

Nie ukrywa jednak, że będzie brakowało jej ciepłych wieczorów i spacerów nad Wisłą czy czytania książki na balkonie. Nawet jeśli polskie lato kojarzy się z upałami, na Islandii trudno o pogodę, która pozwala na tak wiele czynności na świeżym powietrzu.

Bilden kan innehålla: 2 personer, personer som ler
Vaka Hafþórsdóttir podczas obchodów Dnia Islandzkiego, zdjęcie: Studencki Klub Islandzki.

Wsiąkanie w polskość

Trzy lata to wystarczająco długo, aby poczuć się w nowym kraju jak u siebie i zgłębiać jego kulturę i zwyczaje na tyle, by częściowo stały się codziennością obcokrajowca. Dla Vaki proces ten był na tyle naturalny, że miała regularny kontakt z rodziną swojego partnera, a do tego postanowiła nauczyć się języka polskiego. Po trzech latach bardzo dużo rozumie i używa komunikatywnego polskiego. Jak sama jednak zauważa, jej życie towarzyskie w Warszawie składało się zarówno z polskich przyjaciół, jak i znajomości z obcokrajowcami poznanymi na kursie. Głównym językiem, którym posługiwała się w tych relacjach pozostawał jednak język angielski.

W przypadku Böðvara angielski również pozostaje językiem numer jeden: “Nawet jeśli rozumiem dużo z języka polskiego, mam problem z mówieniem w tym języku”. Na pytanie, czy po trzech latach w Polsce czuje się już trochę Polakiem, odpowiada: “Tak, trochę”. Jak przyznaje, podoba mu się zarówno miasto, w którym przyszło mu mieszkać, jak i ludzie. Zgodnie z kontraktem ma pozostać w białostockim klubie do czerwca 2021 roku, ale niewykluczone, że będzie grał w żółto-czerwonych barwach nieco dłużej.

A co na temat swojej polskości mówi Vaka? Zdecydowanie zgadza się z tym, że ma już w sobie coś z Polki, mimo że niedawno wróciła na Islandię:

Po latach w Polsce czuję bardzo silny związek z Polską i Polakami w ogóle. Teraz, gdy wróciłam na Islandię, postrzegam Polskę, a zwłaszcza Warszawę, jako starego przyjaciela, którego będę odwiedzać jak najczęściej.

Jako dowód na to, że ma już w sobie sporo polskości, są jej talenty kulinarne. W ostatnim czasie opanowała nie tylko wiele przepisów z tradycyjnej książki kucharskiej, ale też uczestniczyła w warsztatach lepienia pierogów. Mówi, że teraz jej uszka wigilijne wyglądają tak dobrze, jakby wykonała je polska babcia. Co więcej, bardzo podobają jej się typowo polskie tradycje i święta, takie jak stawianie dodatkowego nakrycia na wigilijnym stole czy wróżby andrzejkowe. To pierwsze zdecydowanie przejmie podczas obchodzenia świąt na Islandii, z kolei przepowiadanie przyszłości traktuje nie tylko jako świetną zabawę: “W ubiegłym roku moją andrzejkową wróżbą był samolot. Kto wie, może zwiastował powrót na Islandię?”.

Czy coś nas łączy?

Böðvar powiedział, że Polacy i Islandczycy są do siebie bardzo podobni pod względem poczucia humoru i cech charakteru. Twierdzi, że Polacy są równie pracowici, co jego rodacy. Gdyby mógł pozwolić sobie na dłuższą rozmowę, pewnie prędzej czy później porównałby przywiązanie do sportu i miłość do piłki nożnej. Wyraża to jednak za niego Vaka: “Oba narody potrafią oszaleć na punkcie jakieś dyscypliny, w której ich reprezentacja akurat odnosi sukcesy”. Za przykład podaje skoki narciarskie i szał na Adama Małysza, porównując to z popularnością Gunnara Nelsona dzięki jego wynikom w MMA. “Nagle wszyscy Islandczycy stali się ekspertami sportowymi”, dodaje.

Być może polska i islandzka pracowitość w oczach Böðvara wynika z chęci podkreślenia obecności swojego państwa na arenie międzynarodowej. Sport jest tu świetną okazją, ale nie tylko. Jak świetnie dostrzega to Vaka, Polacy i Islandczycy pragną dawać z siebie wszystko za granicą. A przywiązanie do kultury i tradycji każe nam być dumnymi narodami, które chcą podkreślać swoją wyjątkowość na różne sposoby. 

Zbliżamy się więc powoli do dyskusji na tematy polityczne. Piłkarz nie chce komentować sytuacji politycznej w Polsce, ale chętnie podejmuje się tego Vaka, osobiście mocno zaangażowana w aktywizm społeczny, co widać również na jej mediach społecznościowych:

Podczas mojego pobytu w Warszawie zawsze głośno mówiłam o znaczeniu poszanowania praw człowieka, a jako prawniczka jestem bardzo rozczarowana działaniami podejmowanymi przez polski rząd w ostatnich latach. Powód, dla którego brałam udział w Marszu Równości czy Strajku kobiet jest taki sam, jak w Marszu Równości i Marszu Kobiet (Druslugangan) na Islandii. Po prostu mocno wierzę w prawa człowieka i prawo jednostki do samodzielnego decydowania o sprawach własnego życia.

Trudno zaprzeczyć, że Islandki szczególnie gorąco kibicowały polskim kobietom w walce o ich prawa. Pozostałe kwestie są już indywidualne, ale niewątpliwie polsko-islandzka współpraca dyplomatyczna czy oddolne organizacje polonijne odwołują się do cech, które mieli na myśli moi rozmówcy: uwielbieniu wolności, niezależności czy uporowi i osiąganiu celów ciężką pracą.

Moi rozmówcy przeprowadzili się do Polski z różnych przyczyn, ale trzyletni pobyt nad Wisłą dał im podobne wrażenia i doświadczenia. Mnie najbardziej zaskoczył ich ciepły i wyrozumiały stosunek do samego języka, przez większość obcokrajowców mieszkających w Polsce uznawany przecież za niemożliwy do opanowania! Czy to jednak nie kolejna cecha łącząca nasze kraje, że oba języki wydają się z pozoru nieopanowalne, ale wystarczy odrobina uporu i osłuchania, aby prędzej czy później móc używać go w codziennych sytuacjach?

Jeśli znacie innych Islandczyków związanych z Polską, chętnie poznam i opiszę tutaj ich historie.

Amerykański sen

autorEinar Kárason
tytuł: Ziemia przyobiecana
tłumaczenie: Jacek Godek
rok: 2020
wydawnictwo:  Marpress
liczba stron: 264

Ostatnia część trylogii reykiawickiej Einara Kárasona, Ziemia przyobiecana to zwieńczenie historii wielopokoleniowej rodziny Karoliny i Tómasa.

Po kultowej Wyspie diabła i jej kontynuacji, Złotej Wyspie, saga rodu z Thulecampu dobiega końca. Główni bohaterowie, prababcia Lina i inni mieszkańcy Starego Domu, ustępują najmłodszemu pokoleniu i pojawiają się tym razem już tylko w ich wspomnieniach. Akcja ostatniej części trylogii rozgrywa się w tytułowej ziemi obiecanej, jaką Islandczykom wydawała się wówczas Ameryka, szczególnie Stany Zjednoczone.

Bohaterami ostatniej części są Mundi i Bobo (synowie Dolli, a więc prawnuczkowie wróżki Liny) oraz Manni, syn Fii i Totiego, spokrewnionych z mieszkańcami Starego Domu i Nowej Lepianki. Mundi i Manni, których w ostatnim czasie połączyła wierna przyjaźń, przylatują do Ameryki w poszukiwaniu babci Gogo i wujka Baddiego, najbardziej barwnej postaci w całej familii. W hotelu kontaktują się z Bobo, najwyraźniej od dłuższego czasu bawiącym na Manhattanie, i we trójkę udają się w długą podróż w głąb kontynentu, aby odnaleźć członków rodziny. Na miejscu udaje im się spotkać nie tylko najbliższych krewnych, ale także pierwszego męża Gogo i jej dzieci oraz Daisy, niegdyś pomieszkującą u Liny i Tommiego wraz z ówczesnym narzeczonym.

Warto powiedzieć, że Islandczycy przyjeżdżają do Stanów jak do siebie. Nie chodzi tylko o analogię do odkrycia Ameryki przez islandzkich wikingów, ale raczej osobisty związek z Nowym Kontynentem. Chłopcy znają język i zwyczaje amerykańskie, bo przyjeżdżają z kraju opanowanego kulturowo przez USA. Nie są obcy kodom kulturowym, tak samo jak autochtoni śpiewają piosenki Elvisa z pamięci czy palą Camele. Z początku wizyta u rodziny wydaje się ucieleśnieniem amerykańskiego snu. Trzej chłopcy z Reykjaviku otrzymują nocleg na farmie, Daisy jest gotowa zawieźć ich wszędzie, a gdzie nie pojadą, ugoszczeni są darmowym piwem. Zresztą piwo okazuje się głównym napojem bohaterów tej serii. Panowie piją z goszczącym ich świniopasem, z wujkiem Baddim, ze stałymi bywalcami odwiedzanych w podróży barów, z gośćmi hotelowymi, ze znajomymi i z nieznajomymi na końcu autokaru. Alkohol leje się strumieniami i prowadzi do kłótni, bójek, złamanych kończyn, a w najlepszym wypadku: ciężkiego kaca. Wydaje się jednak, że z każdej opresji chłopcy wychodzą bez szwanku. Gospodarze i policja zajmują się przybyszami z dalekiej Europy ze szczególną uwagą, a jeśli dochodzi już do poważnych problemów, wszystkim zajmie się babcia Gogo. Bo ona wszystko załatwi.

Ale amerykański sen to tylko pozór, tak jak bogactwo Bobo czy ustatkowanie Gogo. To, co bajecznie wygląda w filmach lub brzmi obiecująco w rock’n’rollowych piosenkach, na miejscu okazuje się błahe i tandetne. Nie tylko nieudana wizyta w rezydencji Elvisa Graceland, ale każda przygoda w drodze do i z Missisipi staje się pretekstem do zdarcia złotej farby z tego wyidealizowanego obrazu, choć mamy wrażenie, że sami Amerykanie nie chcą do tego dopuścić. Niech przykładem będzie podsycanie kultu Elvisa i dbanie o jego dobrą reputację: nawet jeśli zapił się na śmierć, spotkany pasażer autobusu utrzymuje, że był “dobrym chłopcem”. Może najbardziej autentyczni są grający w pokera panowie w kowbojskich kapeluszach, ale oni przynależą do rodzajowej scenki życia codziennego w dymie papierosów i lepiącego się od piwa i krwi z wczorajszej bójki.  Nie brakuje też ozdobników w postaci groźnych Murzynów czy obawy przed pederastami, słowem: chłopcy z Islandii wpadają w sam środek amerykańskiej rzeczywistości. Niczym Pawlak i Kargul z trudem odnajdują się w nowych miejscach, które przypominają raczej cmentarz (trafne porównanie Nowego Yorku z uwagi na numerowane ulice) czy burdel.

Autor nie szczędzi obrazowego, bezpośredniego języka. Tak jak w poprzednich częściach, nie wstydzi się pisać o fekaliach czy innych problemach fizjologicznych, choć seks wciąż stanowi pewnego rodzaju tabu. W warstwie językowej nie brakuje oczywiście typowo seksualnych określeń, ale erotyczna przygoda Manniego z gospodynią pozostaje jedynie w sferze eufemizmów. Członkowie rodziny nie mają jednak problemu z mówieniem o tym, co innego o innych, bardziej brutalnych i drastycznych doświadczeniach. Do tych Gogo woli się nie przyznawać, zbywając sytuację uśmiechem i – zgodnie z rodzinną tradycją – drinkiem. To także dowód na niesłabnące poczucie humoru Kárasona, humoru czarnego i gorzkiego, rodem z sag.

Pod koniec serii autor przyznaje się do swoich źródeł i inspiracji, choć robi to w sposób niebezpośredni. Można powiedzieć, że przerzuca odpowiedzialność za opowiadanie historii na Manniego, który jawi chęć napisania kroniki wielopokoleniowej rodziny ze Starego Domu. Początkujący pisarz opowiada Mundiemu o swoich mistrzach: autorach sag islandzkich, Hemingwayu czy Dashielu Hammetcie. Poszkodowany przez skąpych i mało wrażliwych na sztukę rodziców, w dzieciństwie miał ograniczony dostęp do książek, aż w końcu w tajemnicy czytywał jedyne woluminy obecne w mieszkaniu Fii i Totiego: kupione wraz z drogim regałem jako dekoracja. Ten epizod z życia bohatera uzupełnia nam obraz Islandczyków jako czytającego narodu kronikarskiego, być może jest puszczeniem oka w stronę krytykującego zubożałą kulturę amerykańską Halldóra Laxnessa, który po wizycie za Oceanem stwierdził: „W Ameryce uświadomiłem sobie swoją narodową odrębność i nauczyłem się cenić duchowe dziedzictwo mojego kraju, tak bogate i wartościowe w porównaniu z bezdziejowością i ubóstwem tradycji w USA”.

W posłowiu Jacek Godek zwraca uwagę na to, że Einar Kárason należy do pierwszego “postnoblowskiego” pokolenia islandzkich pisarzy. Urodził się dokładnie w 1955 roku, czyli roku przyznania literackiego Nobla Laxnessowi. To wydarzenie było początkiem fali pisania i wydawania powieści w języku ojczystym. Dzięki przekładowi Jacka Godka i serii Bałtyk wydawnictwa Marpress, które zdecydowało się na publikację całej trylogii, polski czytelnik ma wreszcie szansę zapoznać się z całością tych kulturowych powieści, które – jak nazywa je tłumacz  – składają się na “truelogię”, prawdziwy obraz Islandii czasów transformacji kulturowo-społecznej. Moim skromnym zdaniem cały trójksiąg jest lekturą obowiązkową dla każdego, która uważa Islandię za kraj mlekiem i miodem płynący, za dzisiejszą ziemię przyobiecaną.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Marpress.

Czytaj dalej:

Noblista spod znaku łososia

65. lat temu literacką nagrodę Nobla przyjął pierwszy, i jak na razie jedyny, Islandczyk w historii.

Halldór Kiljan Laxness odebrał nagrodę w Sztokholmie 10 grudnia 1955 roku z rąk ówczesnego króla Szwecji, Gustafa VI Adolfa. Na nagraniu z archiwum Svenska Filminstitutet widzimy przedstawicieli rodziny królewskiej, gości gali oraz ówczesnego laureata, który widocznie nie może doczekać się odebrania nagrody. Po wręczeniu nagród laureatom pozostałych dyscyplin, w 7. minucie filmu wyczytuje się w końcu Laxnessa, zapraszając go do odebrania nagrody w języku islandzkim:

Nagrodzenie twórczości Laxnessa uzasadniono tymi słowami: “za jego żywą moc epicką, która odnowiła wielką sztukę narracyjną Islandczyków”. Istotnie, nie było innego tak płodnego i tak zasłużonego pisarza na Wyspie, jak Halldór Kiljan Laxness. Zostawił po sobie 51 powieści, w tym wiele inspirowanych literaturą staroislandzką i ukazujących życie ludu islandzkiego, ale też opisujących współczesne społeczeństwo sięgając po nowe formy literackie (np. realizm magiczny). Interesował się historią, kwestiami społecznymi i polityką, pisząc np. powieść nasjonalistyczno-pacyfistyczną czy powieści satyryczne. Pisał też dramaty, eseje, poezję, oraz teksty do gazet.

Do wydanych w Polsce i przetłumaczonych na nasz język powieści należą:

  • Sprzedana wyspa (1955, tłum. Zenon Szczygielski)
  • Niezależni (1956, tłum. Maria Skibniewska)
  • Światłość świata (1957, tłum. Zenon Szczygielski)
  • Flecista (1957, tłum. Zygmunt Łanowski)
  • Dzwon Islandii (1957, tłum. Edmund Misiołek, Maria Szypowska)
  • Salka Valka (1963, tłum. Maria Wisłowska, Stanisław Średncki)
  • Czysty ton (1966, tłum. Maria Wisłowska)
  • Duszpasterstwo koło lodowca (1978, tłum. Karol Sawicki)

Pisarz spod znaku łososia

Właściwie nazywał się Halldór Guðjónsson, ale przyjął pseudonim artystyczny od farmy Laxness, na której się wychowywał. W jego biografii wiele było radykalnych zmian, momentów przejścia, zwrotów akcji i zaskakujących decyzji życiowych. Już od 17. roku życia często podróżował, szczególnie po Europie. We Francji i Niemczech poznawał najnowsze trendy w sztuce i literaturze, tym modny wówczas ekspresjonizm. Poznawał też różne systemy filozoficzne i inne spojrzenia na świat, przez co w połowie lat 20. przekonwertował się na katolicyzm (a był z urodzenia protestantem). Wynikiem tej młodzieńczej fascynacji było wstąpienie do klasztoru Saint Maurice de Clairvaux w Luksemburgu i wypróbowanie ascezy. Ta swoista podróż duchowa przyniosła dwie powieści: Undir Helgahnúk (1924) oraz Vefarinn mikli frá Kasmír (1927). Druga, której tytuł możemy tłumaczyć na “Wielki tkacz z Kaszmiru”, uznawana jest za pierwszy poważny debiut autora.

Eksperyment klasztorny się jednak nie powiódł, a młody pisarz zrezygnował z religijnej rutyny i udał się w dalszą podróż, tym razem za Ocean. Spędził w Ameryce trzy lata, które okazały się być może najważniejszymi dla rozwoju jego twórczości. Po pierwsze: uświadomił sobie, że jest socjalistą i ostro krytykował amerykański kapitalizm. Po drugie: zubożałość kultury amerykańskiej zaowocowała zwróceniem ku własnemu dziedzictwu narodowemu i pierwszym powieściom poświęconym społeczeństwu islandzkiemu. Napisana wówczas Alþydubókin (1929) jest świetnym przykładem tych przełomowych odkryć. Kolejne powieści, Þú vínviður hreini (1931) oraz Fuglinn í fjörunni (1932) wydane wspólnie jako Salka Valka drążą kwestie życia islandzkiego rybaka. Tytułowa bohaterka, zwykła młoda dziewczyna, przewodniczy buntowi rybaków przeciwko potężnemu kupcowi. Dwie kolejne powieści, Sjálfstætt fólk (Niezależni, 1934-35) oraz Ljós heimsins (Światłość świata, 1937-40) również traktują o przywiązaniu do ziemi ojczystej i stawiają islandzką wieś w centrum akcji, a głównym bohaterem staje się ludowy poeta. Tym samym podróżujący po świecie pisarz wraca z Zachodu i docenia uroki swojej małej ojczyzny, tak jak w dzieciństwie przeprowadził się ze stolicy, by dorastać w Łososiowej Farmie. 

więcej Islandczyków, których warto znać, znajdziesz na moim Facebooku.

Pisarz i polityka

Jak już wspomniano, Laxness był zdeklarowanym socjalistą i antyfaszystą. W dniu wybuchu II wojny światowej ostro krytykował Hitlera i protestował przeciwko atakowi nazistów na Polskę. Nic dziwnego, że pisane w trakcie wojny powieści miały charakter polityczny, a według samego pisarza powstały “ku pokrzepieniu serc”. Trylogia historyczna Íslandsklukkan (Dzwon Islandii, 1943-46) składa się z trzech części.  Akcja powieści rozgrywa się na przełomie XVII/XVIII wieku i opiera na wielu faktach historycznych, takich jak pożar Kopenhagi czy obecność duńskich urzędników na Islandii w celu zebrania sag i wywiezienia ich do Królestwa. Pamiętajmy, że były to też czasy kluczowe dla sfinalizowana niezależności małego państwa na Oceanie Atlantyckim. 

W 1944 roku Islandia odzyskuje niepodległość, a fakt ten również widoczny jest w twórczości Laxnessa. Niezwykle ważna jest satyra na sytuację w powojennej Islandii, “skolonizowanej” przez Stany Zjednoczone za sprawą budowy amerykańskiej bazy NATO w Keflaviku (Atómstöðin, 1948). W latach 50. powstają kolejne powieści zaangażowane, np. Gerpla (1952) oraz Paradísarheimt (1960). Wówczas też gruntuje się międzynarodowe uznanie dla autora. Zostaje uhonorowany Międzynarodową Leninowską Nagrodą Pokoju w 1953 roku (Laxness podróżował do Związku Radzieckiego i napisał kilka tekstów z pobytu w Rosji), a dwa lata później otrzymał Nagrodę Nobla z dziedziny literatury. Tak jak sympatia do Związku Radzieckiego zmaleje za sprawą powstania węgierskiego w 1956 roku, tak wysoka pozycja Laxnessa w krajach skandynawskich zostanie przypieczętowania ekranizacją jego powieści Salka Valka w reżyserii Arne Mattssona.

W latach 60. twórczość Laxnessa przechodzi kolejną zmianę. Powstaje Duszpasterstwo koło lodowca (Kristnihald undir Jökli, 1968), zdecydowanie najbardziej wizjonerska i interesująca pozycja w jego literackim dorobku. Namaszczona realizmem magicznym, opowieść o szalonej plebanii pełnej niezwykłych wydarzeń i barwnych postaci, doczekała się ekranizacji w reżyserii córki pisarza, Guðný Halldórsdóttir. 

Home sweet home

Pisarz światowego formatu osiadł na starość w Islandii, a konkretniej w posiadłości Gljúfrastein koło Mosfellsbær, niedaleko rodzinnej farmy Laxness.  Islandczyk zakupił ten dom w 1945 roku wraz z drugą żoną, Auður Sveinsdóttir Laxness, także pisarką oraz rzemieślniczką, autorką projektów Lopapeysa. Była matką dwóch córek Halldóra, Sigríður oraz Guðný. Rodzina spędzała większość czasu w owej willi z basenem, wyposażonej w najnowsze sprzęty, najmodniejsze meble oraz wiele regałów z książkami. Przekraczając próg Gljúfrastein spoglądamy na zegar wahadłowy, bohatera powieści Czysty ton, a później nasz wzrok pada na gustownie zaprojektowane wnętrza pełne skandynawskiego designu lat 60. i 70. oraz tradycyjnych wzorów islandzkich. Nie brakuje tu więc ani kultowego fotelu Łabędź Arne Jacobsena, ani makat i pledów wykonanych przez Auður.

Dom zaprojektował Ágúst Pálsson, a za projekt wnętrz odpowiedzialna była Birta Fróðadóttir. We wnętrzu, jak i na zewnątrz można podziwiać wiele dzieł sztuki: prace artystów takich jak: Svavar Guðnason, Nína Tryggvadóttir, Louisa Matthíasdóttir (której obrazy znajdziemy na okładkach amerykańskich wydań książek Laxnessa), Jóhannes Kjarval, Karl Kvaran, Ásmundur Sveinsson, a także malarzy skandynawskich: Duńczyka Asgera Jorna oraz Norwega Jakoba Weidemanna. Na zewnątrz znajdziemy również rzeźbę Erlingura Jónssona pt.  Koń o umieniu Krapi. Krapi był bohaterem powieści Paradísarheimt i jawi się tam jako metafora Islandii pod rządami Duńczyków. Z początku pełen sił witalnych młody ogier, ofiarowany królowi duńskiemu staje się nadwornym kucem, tracąc nie tylko dawny blask, ale też godność. 

Jeżeli będziecie mieli okazję zatrzymać się przy Mosfellsbær w drodze na Złoty Krąg z Reykjaviku, koniecznie to zróbcie. Wizyta w dawnym domu Laxnessa, sprzedanym po jego śmierci państwu i przekształconym w muzeum, to z pewnością świetna okazja do zrozumienia fenomenu tego pisarza. Pod koniec życia chorował, zmagał się głównie z Alzheimerem, umierając 8 lutego 1998 roku w wieku 95 lat, 30 lat po otrzymaniu literackiej nagrody Nobla. 

Źródła:

Nobel Lectures, Literature 1901-1967, Editor Horst Frenz, Elsevier Publishing Company, Amsterdam, 1969
Michał Sikorski, Halldór Kiljan Laxness (1902-1998), on-line: http://www.islandia.org.pl/laxness.html
https://www.gljufrasteinn.is/en/home

Najgorsza zbrodnia

W pułapce (Serial TV 2015- ) - Filmweb

W pułapce. Sezon 2

tytuł oryginalny: Ófaerð, angielski: Trapped
reżyseria: Baltasar Kormákur
rok produkcji: 2019

Po ogromnym sukcesie pierwszego sezonu, z niecierpliwością czekałam na następny. Głód rośnie w miarę jedzenia, więc zjadłam 10 odcinków w kilka wieczorów.

Zacznijmy od faktów: pierwszy sezon W pułapce (premiera w 2015 roku) był międzynarodowym objawieniem, nowym rozdziałem popularności islandzkich produkcji, a być może w ogóle gatunku nordic noir. Jeśli jakimś cudem nie oglądałeś_łaś jeszcze pierwszego sezonu, na pewno o nim słyszałeś_łaś. Obsypany nagrodami, dystrybuowany do wielu krajów (polska premiera odbyła się w 2016), podkręcający turystykę i zainteresowanie surową Północą… było jedynie kwestią czasu, aby następny sezon ujrzał światło dzienne. Fani z radością przyjmowali kolejne wiadomości o pracy nad nowymi odcinkami, ale choć drugi sezon wyemitowano na Islandii już w ubiegłym roku, do Polski dotarł dopiero niedawno.

Jeszcze przed włączeniem pierwszego odcinka zastanawiałam się, czy nie przypomnieć sobie poprzedniego sezonu. Oglądałam go lata temu, ale dość szybko twarze głównych bohaterów ułożyły dawne obrazy na miejscu. Detektyw Andri (Ólafur Darri Ólafsson), pracujący teraz w Reykjaviku, wraca do dawnego miejsca pracy ze względu na tajemnicze samobójstwo: farmer Gisli podpalił się pod siedzibą rządu, przygarniając do siebie swoją siostrę, ministrę spraw wewnętrznych, Hallę. Wszystko wskazuje na to, że aby wyjaśnić sprawę, najlepszy detektyw Islandii musi udać się na Północ. Dawni współpracownicy: Hinrika (Ilmur Kristjánsdóttir), obecna komendant policji w Siglufjörður, oraz  Ásgeir (Ingvar Eggert Sigurðsson) cieszą się na powrót do starych czasów, ale wydaje się, że w mieście nie jest już tak, jak dawniej.

Trapped 2 - Icelandic Thriller TV Series is back. | PferdKultur

Rolnicze Siglufjörður zmieniło się bowiem w plac budowy elektrowni finansowanej przez koncern z zagranicy. Gospodarstwa plajtują lub są do tego zmuszane, bo tereny potrzebne są pod nowe inwestycje. Zwierzęta i ludzie chorują przez trującą wodę, zanieczyszczaną odpadami przemysłowymi. Okolicę nawiedzają coraz częstsze trzęsienia ziemi, powodowane odwiertami. Społeczność buntuje się przeciwko tym zmianom, a część protestujących okazuje się członkami neo-nazistowskiej grupy Młot Thora, która stawia sobie za cel zatrzymanie napływu obcych na Islandię. Celem ich ataków są nie tylko przedstawiciele American Alluminium, szczególnie prezes o śniadej cerze, ale również imigranci pracujący w elektrowni, z których najwięcej widzimy Polaków i Ghańczyków.

Śledztwo szybko zostaje uzupełnione o kolejne zbrodnie. Policja musi zmierzyć się z trzema morderstwami, wciąż zmieniając tropy i uzupełniając kwestionariusz o kolejne tajemnice rodzinne i lokalne skandale. W część z nich zaangażowana jest córka Andriego, Þórhildur. Jednak nie tylko główny detektyw będzie miał problemy osobiste; Hinrika przechodzi kryzys w małżeństwie, a Ásgeir rozwija nową znajomość ze śledczą przybyłą z Reykjaviku. Ich prywatne problemy to jednak nic w porównaniu z losami i dramatami rodziny, wokół której skupiają się wszystkie przestępstwa. Rozdzielone rodzeństwo będzie miało okazję odnowić kontakty z okazji pogrzebu ich krewnego, ale powrót do dawnych wspomnień okaże się tragiczny w skutkach.

Trzeba powiedzieć, że akcja miejscami mocno się ślimaczy. Jak to w kryminale, policjanci trafiają na ślepe tropy, często wracają do punktu wyjścia, mają na karku ciekawskich dziennikarzy i egoistycznych polityków, którzy utrudniają śledztwo. Gdy już jeden podejrzany zamknięty jest w areszcie, pojawiają się nowe dowody, a brak komunikacji między policjantami prowadzi do konfliktów i rywalizacji, która nie pomaga śledztwu. Nie pomagają też “wścibskie dzieciaki”, czyli Þórhildur i jej chłopak, Aron, którzy zdają się lekceważyć znaczenie śledztwa i popełniają błędy, które znacznie spowolnią dojście do prawdy.

Trapped - what time is it on TV? Episode 6 Series 2 cast list and preview.

Może to syndrom sequelu, a może kwestia idealizowanych wspomnień co do pierwszego sezonu, ale mam wrażenie, że pomimo tych samych – swoją drogą świetnych – aktorów oraz twórców (reżyserem całości wciąż jest Baltasar Kormákur, choć przy większości pojedynczych odcinków pojawiają się inne nazwiska reżyserów) drugiej części serialu brakuje tego czegoś, co urzekło nas za pierwszym razem. Może to zmęczenie materiału, a może zmiana optyki i rozumienia tytułu serialu W pułapce. Podczas gdy za pierwszym razem było jasne, że tytułową pułapką jest daleka Północ, a w szerszym sensie – sama Wyspa, tym razem każdy z bohaterów zdaje się mieć własne ograniczenia, przez co ogólne wrażenie uwięzienia mocno się rozmywa.

Pierwsza różnica, która od razu rzuca się w oczy, to otoczenie i scenografia. Akcja dzieje się jesienią, więc zamiast białych kadrów typowych dla pierwszego sezonu, mamy zieleń i brązy, szerokie pola lawy zamiast ośnieżonych szczytów i jeepy zamiast skuterów śnieżnych. To ciekawe posunięcie, gdyż wydawałoby się, że biel i zima to nieodłączny element estetyki nordic noir. Gdy w pierwszym sezonie wyławia się ciało z morza, widzowi nie umyka na uwadze, że woda jest lodowata, miejscami zamarznięta. Niepokorna i nieprzyjazna pogoda potęgowała nastrój, a mroczny klimat dopełniały noce polarne. Islandia skuta lodem i pokryta śniegiem była faktycznie więzieniem, z którego nie można się wydostać. Sceneria jesienno-wiosenna (da się wychwycić wiele detali, które wskazują na to, że zdjęcia kręcono wiosną) jest – jak to w przyrodzie przystało – bylejaka, pozbawiona tego samego klimatu, jakim jest ostra zima. Nie zmienia to jednak faktu, że widoki są boskie, a jeśli ktoś oglądał W pułapce właśnie dla nich, to na pewno nie będzie rozczarowany.

Mam zresztą taką teorię, że producenci poszli za ciosem. Wcześniej Islandia kojarzyła się wyłącznie z zimą, bo taki obrazek dominował w mediach. Obecnie turyści mogą przyjechać na Wyspę o każdej porze roku, a więc poszerzono wachlarz kadrów krajobrazu, które mogą się z Islandią kojarzyć. Tak naprawdę nie ma znaczenia, czy znajdujemy się na północy, czy na południu Wyspy (a przecież w obu sezonach część zdjęć kręcono z Reykjaviku, centrum dowodzenia krajowej policji i decyzji podejmowanych przez polityków). Geograficznie mamy niemal wszystkie cuda przyrody, które kojarzą się z surową Islandią z wyobrażeń backpackersów i autostopowiczów: pola lawy, jaskinie, rzeki, jeziora, szczyty gór.

Jeśli nie przyroda, to co jest pułapką? Tautologią jest powiedzieć, że po prostu każdy z bohaterów nosi swoją własną, choć zdecydowanie czynnik ludzki wychodzi na pierwszy plan. To kwestie społeczne zdają się bardziej interesować twórców drugiego sezonu: kontrast południe/północ (a więc miasto/wieś), kompleks mieszkania na końcu świata, zaściankowość prowincji i wynikające z tego przywiązanie do ziemi, ale też bardziej kontrowersyjne poglądy (podatny grunt dla treści homofobicznych, ksenofobicznych i antykapitalistycznych). Skłócone rodziny, hipokryzja, granie na emocjach czy nieuczciwość to codzienność tej niewielkiej społeczności, a stereotyp surowej i gorzkiej Islandii pogłębia obecność “złych Polaków”, którzy pracują tylko dla pieniędzy, choćby źródłem ich pieniędzy były nielegalne zagrywki.

Ma się jednak wrażenie, że za dużo tych negatywów w jednej małej miejscowości. To nie Islandia w pigułce, ale karykatura Islandii widziana oczami surowego krytyka. Scenarzyści chcieli z pewnością przedstawić bardziej aktualny obraz Islandii niestołecznej, ale nie tyle oczekujemy od nich zgodności z faktami, co wyważenia akcentów. Nordic noir to w końcu tylko fikcja, karykatura dalekiej Północy, hiperbolizacja obrazu odizolowanych miejscowości i ich chłodnych mieszkańców. Celem nordic noir jest opowiedzenie historii o zbrodni i przemocy, o której trzeba przypominać w realnym świecie, ale czasami przybiera cechy kiczowatego horroru niż psychologizującego dreszczowca.

Drugi sezon wciąga, ale chyba wyłącznie z przywiązania do pierwszej części historii. Skrócenie wątków i zmieszczenie wszystkich możliwych motywów, od samospalenia, przez niedoniesioną ciążę, po gwałt, w 10 odcinkach było dla mnie zbrodnią. Nie dlatego, że jestem wrażliwym widzem i nie doczytałam ostrzeżeń Netflixa o kłopotliwej zawartości programu. Ale dlatego, że nie trzymał mnie w napięciu tak, jak powinien dobry kryminał. No i może dlatego, że córka Arniego strasznie mnie irytowała, a w serialu zdecydowanie za dużo było martwych zwierząt, przed czym mnie nie ostrzeżono!

Watch Trapped: Season 2 | Prime Video

Wszystkie kadry z filmów oraz plakat pochodzą z materiałów prasowych.

Magia internetu

Niedawno prowadziłam spotkanie pt. Od bloga do doktoratu. Jak budować karierę naukową w Internecie?

Już na wstępie postanowiłam postawić sprawę jasno. Kim jestem? Blogerką, która wykorzystuje media społecznościowe do kreowania swojego profilu eksperckiego. Tak naprawdę nie znoszę tego określenia, ale trudno przeczyć faktom: prowadzę bloga, więc jestem blogerką. Jak pamiętacie z dawnego felietonu, niełatwo mnie zaklasyfikować: ni to skandynawistka, ni historyczka sztuki. Ostatnio los ułatwił mi identyfikację, bo dzięki długim staraniom zostałam również doktorantką. W moim własnym przekonaniu nowa łatka znacznie podnosi rangę tej strony, w końcu nie jestem już TYLKO absolwentką jakichś studiów prowadzącą stronę w czasie wolnym. Powoli hobby przekształciło się w coś poważnego, w wizytówkę i kartę przetargową, dzięki której być może łatwiej było mi dostać się na studiach. Czy to możliwe, że blog ułatwił mi drogę do doktoratu?

Po raz pierwszy zalogowałam się do Internetu w późnej podstawówce. W gimnazjum serwowałam już po forach internetowych i zawierałam pierwsze wirtualne przyjaźnie. Konto na Facebooku założyłam na początku liceum. Przez cały ten czas miałam łącznie co najmniej 5 różnych blogów, w tym raczej personalne oraz jeden związany ze sztuką. Utulę Thule założyłam w 2017 roku. Tutaj przybieram wiele ról, trochę recenzuję, trochę bawię się w dziennikarkę, co popisuje felietony, trochę robię za gwiazdę islandzkiego światka, co wypowiada się w mediach (już nie tylko społecznościowych), ale przede wszystkim chcę być dla Was autorką merytorycznych tekstów naukowych lub popularnonaukowych. Publikuję tu moje teksty o Islandii, załączam źródła, żebyście mogli sami wyruszyć na dalsze poszukiwania. No i czasem zmagam się z islandzkim, bo uważam, że z czystym sumieniem pisać o Islandii można tylko jeśli mieszka się tam od lat (choć znam takich, którzy po kilkudziesięciu latach na Wyspie wciąż twierdzą, że w ogóle jej nie znają) albo zna język na tyle dobrze, by wniknąć w dusze Islandczyków. Ale nawet wtedy trzeba uważać z ogólnymi stwierdzeniami, bo możemy kogoś wprowadzić w błąd.

Tak sobie pomyślałam, że wielu z Was zna mnie tylko dzięki moim wydumanym wpisom na blogu, pseudoartystycznym zdjęciom na Instagramie, surowym recenzjom książek albo heheszkom na moim Facebooku. Prowadzę jednak moje media społecznościowe w taki sposób, że pewnie znacie mnie już całkiem nieźle, mimo że nigdy nie widzieliśmy się na oczy. Być może niektórych irytuje takie osobiste podejście to tematu i moje emocjonalne wyciąganie kwestii islandzkich. Ale możliwe również, że właśnie dzięki temu tak wiele pozornie nieznanych mi osób wraca do moich tekstów, komentuje moje wpisy, śledzi mnie i kibicuje mi w codziennych zmaganiach lub cieszy się z moich publikacji. To wielka siła, bo dzięki Wam powstał ten blog i nawet jeśli czyta mnie garstka osób, za żadne skarby nie zamienię Utulę Thule w bloga o wszystkim i o niczym, przynajmniej nie takiego, które wyskakują jako numery jeden po wpisaniu “Islandia” w Waszych wyszukiwarkach 😉

Internet jest super, bo dzięki niemu wielu z nas może codziennie bez wychodzenia z domu przenieść się na Islandię. Robiłam tak na początku swojej islandzkiej przygody, to znaczy napisałam cykl zmyślonych tekstów o podróżowaniu na Wyspie (palcem po mapie i kartach przeglądarki). Możecie je znaleźć na tym blogu, bo choć dzisiaj “Zapiski z podróży nieodbytej” napisałabym zupełnie inaczej (w końcu wiele z tych miejsc widziałam na żywo), to jednak są ciekawym reliktem a) czasów, kiedy informacje na temat Islandii w polskich internetach były jeszcze towarem luksusowym, b) podróż na Islandię nie polegała na tanim locie Wizzairem i bajerowaniem lokalsów na Couchsurfingu.

Internet jest świetny, bo pod Warszawą można zjeść sushi zamówione przez przyjaciela z Reykjaviku. Można mieć kontakt z Islandią 24/7, oglądać transmisje wydarzeń organizowanych przez Polonię, wideo z zorzą polarną live, czytać niezliczone teksty, sprawozdania z podróży, relacje. Można zalać się morzem informacji o Islandii, wierząc, że są one prawdziwe. I tak czytamy różne bzdety, na których wieść Islandczycy łapią się za głowę. Mi z pewnością też zdarzyło się napisać jakąś niezgodną z prawdą generalizację. Często organizuję tu sobie zresztą satyrę, dlatego mam nadzieję, że te bardziej swobodne teksty czytacie z przymrużeniem oka 😉 Ważne, że ma się dystans do własnego dzieła i jest się gotowym na krytykę. Ot, w tekście poświęconym wikińskiej szkatułce zrobiłam błąd kardynalny:  zamiast o Kamieniu Pomorskim, powtórzyłam wiele razy, że dzieło pochodziło z Kamieńca. Praca była czytana przez mądre głowy, ale to dopiero czujny czytelnik bloga Skandis/Vigdis wytknął mi ten błąd. Zrobiło mi się bardzo głupio, ale podziękowałam za korektę i poprawiłam tekst. To bardzo pomocne, kiedy wykrywacie moje błędy, literówki, bo dzięki temu wszystkim jest z tego powodu lepiej. Ja się na nikogo nie obrażam.

Krytyka w internecie jest bardzo potrzebna. Tak jak jest nieodzowna w świecie naukowym, bo praca badawcza to ciągłe dążenie do prawdy i poprawianie swoich poprzedników. Ale to, co trafia do hermetycznego grona ekspertów i redakcji czasopism naukowych może nigdy nie ujrzeć światła dziennego. Natomiast Internet rządzi się własnymi prawami: tutaj publikować może każdy, bez redakcji, bez cenzury. Na tym największym, najbardziej demokratycznym forum na świecie każdy ma prawo wypowiedzieć się o zamieszczonym kontencie i dzięki temu tekst ma szansę trafić do znacznie szerszego grona odbiorców niż ten wydrukowany w punktowanym czasopiśmie. Warto więc publikować dla siebie, ale trzymać się złotej zasady: to, że każdy uczestnik tego forum może opublikować dowolne informacje na dowolny temat oznacza, że trzeba być czujnym co do ich wiarygodności.

Szwedzi mają nawet specjalne słówka na tę okazję: källkritisk (krytyczny wobec źródeł) oraz faktakolla (sprawdzać źródła). Niewiele jednak osób ma tyle pasji i czasu, który mogą poświęcić na realne sprawdzanie informacji w Internecie, a szczególnie zwracania na to uwagi autorom. Jest jeszcze jedna kwestia, którą uświadomił mi ostatnio mój młodszy brat, świeży student, który zmaga się od pierwszego roku z koniecznością napisania pracy dyplomowej. Zapytał raz retorycznie, jak to było w momencie narodzin Internetu, kiedy studenci, dotąd opierający swoje prace na książkach dostępnych w lokalnej bibliotece, docenili już potencjał dostępu do nielimitowanej ilości informacji, a jednocześnie prawo plagiatu nie było jeszcze tak rozwinięte jak teraz. Zresztą, to było w latach 90., ale kto nie zrobił chociaż jednej szkolnej prezentacji w Power Poincie niemal w całości opartej na tekście z Wikipedii niech pierwszy rzuci kamieniem 😉

Tyle o słodkich stronach Internetu, czyli w skrócie: mnóstwo nieocenionych znajomości, łatwy dostęp do informacji z drugiego krańca świata, demokratyczność zamieszczania własnych tekstów na dowolny temat. Ale są też i gorzkie strony, czyli możliwość nadziania się na teksty pisane przez “autorytety”, ale w całości zerżnięte od innych, lub – co gorsza – w dużej części zmyślone. Internet wzbudza też wiele niepotrzebnych emocji: gównoburze, oskarżenia, usuwanie komentarzy, wciąganie ziomków do publicznej wojny. Tak jakby użytkownik Internetu nie miał prawa do oceniania, komentowania, krytykowania dzieł innych. Właśnie – dzieł, a nie ich autorów. Wydaje się jednak, że w blogosferze granica między autorem a jego dziełem zaciera się. Jak zasugerowałam wcześniej – znamy się, a jednak się nie znamy. Mimo to panuje przekonanie, że jeśli autorzy pokrewnych blogów, mimo że prywatnie nie zamienili ze sobą ani słowa, mają automatycznie polewać się miodem za każdą publikację, serduszkować sobie wzajemnie komentarze i pielęgnować internetową znajomość wedle zasady “share za share”. No ale tak nie powinno być. Powinniśmy się wzajemnie inspirować, wspierać, ale też być otwarci na konstruktywną krytykę i przyznawać się do błędów.

No dobrze, ale jak to się ma do doktoratu? Wykazałam chyba dość wyraźnie, że więcej we mnie (przynajmniej na tę chwilę) z blogerki niż z doktorantki. Jednak wydaje mi się, że jeśli młody autor przejdzie chrzest bojowy w Internecie i postanowi publikować pomimo zagrożenia, że użytkownicy skrytykują formę, treść, a może i samą tematykę pracy – wtedy będzie gotowy do pracy naukowej. Ten jest równie brutalny co wirtualny, z tą tylko różnicą, że Internet jest narzędziem demokratycznym i równościowym, a świat naukowy (przynajmniej w Polsce) wciąż opiera się na hierarchii. Mnie więc te wszystkie lata blogowania uczuliły na język i styl, jakiego używam, na sięganie do źródeł i pilnowanie praw autorskich, na wyszukiwanie najmniej oczywistych tematów i podejmowanie polemiki z ogólnie przyjętymi opiniami. Skoro dotarły do kilkudziesięciu tysięcy czytelników i większość z nich zaakceptowała moją pisaninę, oznacza to, że mogę kontynuować swoją drogę do idealnego planu na karierę akademicką: popularyzacji sztuki nordyckiej.

Jest jeszcze druga ważna zaleta. Poza tym, że pisanie w Internecie kształci w nas poczucie własnej wartości i umiejętność bronienia swoich racji, uczy również systematyczności i konsekwencji. Odkąd postanowiłam sobie publikować nowy tekst przynajmniej raz w tygodniu, a do tego planuję treści na kontach, Utulę Thule stało się szerszym projektem, z którego mogę być dumna i którym mogę legitymizować się nawet podczas kwerend czy wizyt w instytucjach kultury.

Jeśli więc planujesz rozwijać karierę naukową, polecam Ci zacząć już teraz w Internecie. I pamiętaj:

  1. Nawet introwertyk musi być czasem ekstrawertykiem. Pisanie bloga to idealne zajęcie dla kogoś, kto nie lubi być widoczny. Ja sama byłam raczej nieśmiałym dzieckiem i do dzisiaj nie lubię załatwiać ważnych spraw przez telefon lub w bezpośredniej konfrontacji. A jednak dzięki częstemu zgłaszaniu się na zajęciach nie miałam problemu z prezentacjami w szkole, co znacznie pomogło w wystąpieniach na konferencjach i postanowieniu o utworzeniu kanału na YouTube. A więc: nie bój się Hermionić!
  2. Wykształcenie to nie wszystko. Oczywiście, że mówiąc o karierze naukowej nie możemy udawać, że dyplomy i tytuły nie są ważne. Chodzi jednak o to, żeby nie bać się wychodzić poza dany stopień studiów. To nie tak, że na konferencjach mogą występować wyłącznie doświadczeni studenci, a publikować można tylko dobrze przemyślaną pracę dyplomową. Wyżsi rangą i stażem badacze będą próbować podcinać nam skrzydła. Ale nawet jeśli będzie się Wam wydawać, że jesteście śmieszni, bo piszecie bloga, to pamiętajcie, że z wypracowanymi zasięgami jesteście prawdopodobnie bardziej poczytni od zapatrzonego w siebie profesora.
  3. Przynajmniej jedna konferencja na stopień studiów. Studencka, ogólnopolska, internetowa, zagraniczna, nie ma to znaczenia. Ważne, żeby wyjść poza strefę komfortu i spotykać się z innymi mądrymi głowami w realu. Można prowadzić własne wykłady w Internecie, ale dobrze też spotykać ludzi o innych poglądach i metodach, którzy mogą nas zainspirować. Choćby do napisania kolejnego posta na blogu.
  4. Znajdź swój temat. Jeszcze do niedawna myślałam, że jestem jedyną osobą, która pisze o sztuce islandzkiej po polsku. Niestety znalazłam kilka tekstów i publikacji naukowych, które temu zaprzeczyły. Pocieszyłam się potem więc tym, że na pewno mało kto bada sztukę nordycką: ale i tu znalazły się osoby, nawet z macierzystych uczelni, które interesują się Północą. Niszowość jest super, ale jest mało prawdopodobne, że będziemy jedynymi ludźmi na całym świecie, którzy badają dany temat. W takim wypadku lepiej wśród podobnych zainteresowaniami badaczy robić sobie przyjaciół, nie wrogów.
  5. Bądź konsekwentny i systematyczny. Zaczyna się od planowania postów i regularnego publikowana, a kończy na efektywnym systemie pracy nad doktoratem czy tekstem naukowym. Każdy wie, jak trudno zmotywować się do pisania czy tworzenia, jeśli nie mamy sztywnego programu dnia czy siatki godzin. Ale taką cechę można sobie wyrobić i ja wciąż nad tym pracuję.

Masz więcej pytań? Napisz do mnie! Chcesz założyć swojego bloga? Kliknij tutaj.

Ziemniakożercy

Kartoflarze

tytuł oryginalny: Kartöfluæturnar
autor: Tyrfingur Tyrfingsson
tłumaczenie: Agnieszka Klimko
reżyseria: Michał Zdunik
premiera: 23.11.2020
obsada: Krzysztof Szczepaniak, Marcin Stępniak, Katarzyna Herman, Anna Moskal, Karolina Charkiewicz

Rzadko kiedy islandzkie sztuki teatralne docierają do Polski. Właściwie Islandia nie ma wcale swojej reprezentacji w polskich teatrach, z drobnymi wyjątkami gościnnych projektów z udziałem islandzkich reżyserów czy odczytami . Te ostatnie faktycznie zdarzały się wielokrotnie w kilku polskich teatrach, choć wydaje się, że ważniejszym wyzwaniem było samo przetłumaczenie tekstu, niż jego interpretacja dokonana przez polskiego reżysera.

I to właśnie dzięki odczytowi polski widz ma okazję zapoznać się z debiutancką sztuką Kartoflarze Tyrfingura Tyrfingssona, młodego, ale uznanego już na arenie międzynarodowej twórcy z Islandii.  W Polsce jest to oczywiście nazwisko anonimowe, ale niewielu dramatopisarzy czy reżyserów z obszaru nordyckiego zaistniało na stałe w polskim teatrze. Znamy oczywiście wielkich reprezentantów teatru skandynawskiego przełomu XIX i XX wieku: Augusta Strindberga i Henryka Ibsena. Ale nawet oni, choć uznani klasycy, dawno pokryli się patyną, a ich sztuki – choć pod wieloma względami uniwersalne – niekoniecznie odpowiadają na wyzwania dzisiejszego społeczeństwa. Dyletant musi jednak posłużyć się szkolną wiedzą, by mieć choć namiastkę aparatu interpretacyjno-analitycznego do odebrania współczesnej sztuki islandzkiej.

I faktycznie, można byłoby powiedzieć, że Kartoflarze to dzisiejsza wersja Nory. Dramat rodzinny, rozgrywający się w czterech ścianach ciężkich od wspomnień, dotyka problemów społecznych i tematów tabu dokładnie tak, jak Dom lalki Ibsena sto lat temu. Zamiast jednej wyrazistej bohaterki takiej jak Nora mamy w sztuce Tyrfingssona trzy kobiety: Lisę, Brunę i Kristin. Ta pierwsza jest bez wątpienia postacią wiodącą, matką i gospodynią domu, w którym rozgrywa się cały dramat. Niegdyś pielęgniarka pomagająca na wojnie w Jugosławii, za co w nagrodę otrzymała Order Sokoła, w istocie daleka jest od bohaterstwa i krytykowana przez własne dzieci: Brunę, oraz pasierba Mikaela za brak macierzyńskiej troski, za którą została chwalona w Kosowie. Z pozoru silna i niezależna kobieta, nosi brzemię dawno popełnionych błędów i niepowodzeń. Matka, która nie potrafi słuchać, babcia, która nie chce zajmować się własnym wnukiem, dojrzała kobieta, która bez skrupułów zaleca się do młodszych mężczyzn. A mimo to pełna krytycyzmu i surowości względem innych: Lisy, która nie była idealną córką, Mikaela, który nie potrafi dorosnąć, czy Hossiego, który przejawia upodobanie do strojów i zabawek dziewczęcych.

Mieszkającą samotnie Lisę odwiedzają kolejno nowi członkowie rodziny, a z każdą wizytą dramat eskaluje. Najpierw Bruna przyprowadza jej wnuka pod opiekę, choć robi to po raz pierwszy i nie bez skrywanej niechęci. Potem Mikael, który po latach odwiedza macochę i przyznaje się, że dopuścił się gwałtu na swojej dziewczynie. Potem dom odwiedza poszkodowana Kristina, która informuje Lisę o zgłoszeniu przestępstwa, od czego starsza kobieta próbuje ją odwodzić. W końcu każdy bohater wykłada na stół swoje problemy i dawno skrywane emocje. Brunie nie układa się z partnerką, więc planuje ją zostawić, Mikael ucieka do Tajlandii, Kristina nie chce skazać ukochanego na więzienie, ale robi to ze względu na swojego ojca. Lisa wraca wspomnieniami do swojego dzieciństwa i robi rachunek własnego sumienia, przyznając się do stosunku seksualnego z młodszym mężczyzną, bliskiego kazirodztwu.

Głównym problemem rodziny nie jest jednak przestępstwo. Nie mówi się tu nawet wprost o potępieniu Mikaela za to, że dopuścił się gwałtu, a Lisa też nie okazuje skruchy za swoje przewinienia. Kryzys wynika z nieprzepracowanych błędów i porażek, głównie na tle erotycznym. Choć seksualność sama w sobie nie stanowi tematu tabu (a mówi się o niej nawet niezwykle soczystym językiem), jest punktem wyjścia do tragedii każdego z osobna. Problem molestowania, aktu seksualnego z członkiem rodziny, czy wreszcie (pozornie neutralnie przedstawiona) kwestia homo- czy transseksualizmu stają się osią dramatu nie po to, żeby krytykować czy kwestionować pewne zachowania społeczne, lecz by pokazać ich wpływ na dalsze poczynania jednostek. Paradoksalnie tematem tabu jest macierzyństwo, słuchanie drugiej osoby, bezinteresowność czy wsparcie, którego każdy z bohaterów desperacko potrzebuje. Jedni wyrażają to wprost, jak Bruna, a inni maskują tę potrzebę nonszalanckim czy wręcz ignoranckim zachowaniem, jak Mikael.

Tekst, czytany przez socjologa, może być analizą współczesnej rodziny, która nie potrafi uporać sobie z rozszczepieniem wymaganych przez tradycję więzi. Jak twierdzi Adam Ostolski, problemem nie jest jednak próba przełamywania tabu czy oswajania się z kwestiami powszechnie uznawanymi za niewybaczalne. Wbrew ogólnemu przekonaniu, otwartość i liberalizm nie przyczyniają się do kryzysu wartości, a wręcz odwrotnie: ślepe dążenie do zachowania wbrew temu, co moralnie akceptowalne wynika z niepotrzebnie surowych ograniczeń, jakie narzuca nam społeczeństwo. Nie oznacza to bynajmniej, że bohaterowie mogą wymigać się od kary, choć nie są jedynymi winnymi popełnionych błędów.

Tytułowe kartofle to najbardziej błaha z rzeczy, które możemy sobie wyobrazić. Ten nudny i bezbarwny atrybut codzienności staje się jednak prostym łącznikiem członków rodziny: dla Lisy jest wspomnieniem własnego ojca, dla Hossiego prostym i pożywnym posiłkiem, dla innych – nadzieją na normalność w postaci wspólnego, rodzinnego obiadu. To także sygnał, że zjadaczami kartofli, dzielącymi podobne problemy czy dramaty, może być każdy z nas. Jest jednak w tytule sporo nacechowania pejoratywnego. Oryginalnie Kartöfluæturnar wywodzi się od czasownika eta, tłumaczonego jako “żreć”. A więc tytułowi kartoflarze to nie zjadacze kartofli jak na słynnym obrazie van Gogha (do którego swoją drogą chętnie odwołuje się sam autor tekstu), ale ziemniakożercy. Co ciekawe, pierwotne tłumaczenie sztuki w przekładzie Agnieszki Klimko zakładało właśnie taką wersję tytułu, jednak w czasie produkcji zmieniono zdanie. Problemy rodzinne to więc nie kartofel powszedni, które zjadamy w intencji kolejnego, zwykłego dnia. To raczej twardy ziemniak do zgryzienia, na który my, prości grzesznicy, rzucamy się łapczywie. Słowem: zżeramy rzeczywistość bez głębszego zastanowienia nad nią.

O ziemniakach dramatycznie - Wiadomości
Vincent van Gogh, „Jedzący ziemniaki”, 1885, Van Gogh Museum, Amsterdam, zdj. dzięki uprzejmości wydawnictwa Arkady, foto: Onet

Sztuka powinna więc pozostawić w nas jakiś odcisk, wrażenie. Może szokować, obrzydzać, może też zaskakiwać. Reżyser czytania, Michał Zdunik, przyznaje, że tekst Tyrfingssona był dla niego dobrą okazją do zrewidowania własnej wizji Islandii jako raju na ziemi. Nawet podczas dyskusji po premierze odwoływano się do strajku kobiet z 1975 jako punktu wyjścia do niezależności  i wyjątkowej pozycji Islandek w swoim społeczeństwie. Wydaje mi się jednak, że ów mit społecznie lepiej rozwiniętej Islandii to tylko efekt autopromocji zakompleksionego narodu, który jeszcze niedawno składał się z samych zjadaczy kartofli. Choć dziś Islandia uznawana jest za wzór w kwestiach społeczno-światopoglądowych, nie da się zaprzeczyć faktom, że nie brakuje tam także przemocy, gwałtu, dyskryminacji, niesprawiedliwości. Nie potrafię też zgodzić się z treścią opisu sztuki, w którym Lisę nazywa się feministką. W dramacie rodzinnym brak miejsca na jej współczucie czy akt solidarności z drugą kobietą. Zgwałcona Kristin nie może liczyć na słowo otuchy, zostaje jedynie poczęstowana wódką i zachęcona do wycofania swoich zeznań. Wolność jednej kobiety kończy się tam, gdzie powinna zaczynać swoboda drugiej, tak się jednak nie dzieje. Nie tym razem. Na czym polega więc podobieństwo do Nory? Czy pozostawienie swojej rodziny na rzecz samorozwoju i wolności dzisiaj przyjęte byłoby tak samo pozytywnie, jak w dniu premiery sztuki Ibsena?

Podczas dyskusji wielokrotnie padało określenie estetyki czy stylistyki nordyckiego noir. Ciekawa jestem, co dokładnie socjolog Adam Ostolski miał tu nam myśli. Jeśli chodziło mu o nastrój panujący w domu Lisy i nieumiejętność znalezienia porozumienia między bohaterami, faktycznie moglibyśmy znaleźć nawiązanie do charakterystyki tego gatunku, z indywidualizmem głównego bohatera czy kryzysem komórki społecznej na czele. Mamy też element zbrodni, a przynajmniej wachlarz przestępstw: gwałt, kazirodztwo, molestowanie, nieudana próba samobójcza, jednak nie są one celem narracji, ale jej środkiem literackim. Mroczne dusze głównych bohaterów brane są na warsztat psychologa czy socjologa, nie znajdziemy tu jednak psychiki typowej dla seryjnego mordercy czy bezpardonowego stróża prawa.

Kartoflarze to opowieść o codzienności. To pozbawiony idealizacji czy nawet koloryzacji portret grupowy rodziny z pozoru normalnej, bezproblemowej. Pod grubą skórką kryją się jednak liczne skazy, które powodują psucie się od środka. Wydaje się, że zarobaczone miejsca, a nawet zgniliznę, można sprytnie wykroić nożykiem, lecz rozpoczętego już procesu psucia nie można zatrzymać. Ale my i tak wrzucamy do garnka nadkrojone kawałki, bo tak robili nasi rodzice i dziadkowie.

źródło: Teatr Dramatyczny

Czytanie odbyło się w ramach projektu “Fabulamundi. Dramaturgia w Europie: Ponad granicami?”. Nagranie (dostępne tylko do niedzieli) można znaleźć tutaj:

https://youtu.be/FSQ_JyITlpE

Islandczyk jak Frankenstein

autor: Victor Hugo
tytułHan z Islandii (oryginalny: Han d’Islande)
rok: 1823
wydawnictwo: Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza
liczba stron: 272

Wyobraź sobie, że mieszkasz w XIX-wiecznej Francji. Twoje wyobrażenie o Północy to składowa lektury Edd, powieści grozy i malarstwa romantycznego. Jaki obraz Islandii może mieć wówczas w swojej głowie młody francuski dyletant?

Odpowiedź daje nam Victor Hugo i jego debiutancka powieść Han z Islandii. Co prawda powieść ta została napisana jako druga, jednak to właśnie ją wysłał do druku jako pierwszą 21-letni wówczas pisarz. Autor Nędzników i Dzwonnika z Notre-Dame zadebiutował jako autor krótkiej powieści grozy, której akcja rozgrywa się w XVII-wiecznej Norwegii. W okolicach Trondheim (w książce figurującego jako Drodheimus), sieje postrach tytułowy Han, potwór z Klipsdalur. Ta tajemnicza postać, o której legendy opowiadają sobie tak baronowie, jak prości rybacy, znana jest z podpaleń i brutalnych morderstw. Mówi się o nim, że jest to mężczyzna olbrzymiego wzrostu i nieludzkiej siły, inni zaś wiedzieli go jako niskiego karła o brzydkiej twarzy, odzianego w skóry zwierząt. Plotkom i pogłoskom towarzyszą rewelacje o tym, że Han żywi się krwią ludzką i nosi długie, ostre pazury. Wśród prostych ludzi bano się wymawiać jego imię i szerokim łukiem omijano miejsca, w których widziano słynnego złoczyńcę. Ten zaś jest nieuchwytny, a mimo wysokiej nagrody za jego głowę próżno szukać śmiałka, który zaryzykowałby spotkanie oko oko z potworem.

Niczym w dramatach Moliera, poznajemy tytułowego bohatera z relacji innych zanim osobiście wkroczy on na karty powieści. Oczekujemy najgorszego, a kiedy już główna postać pojawia się w akcji, narrator nie daje nam pewności, czy to właśnie Han z Islandii. Przyjmuje on bowiem w historii ciągle nowe role i stroje, stając się istotnie postacią poboczną całej akcji, a mimo to spirytus movens intrygi. Choć nie wiemy zbyt wiele szczegółów jego osobistej historii, prywatna żądza zemsty za zabójstwo własnego syna staje się motorem akcji, w którą wplątane są różne postaci z dworu i prostego ludu. Raz to Han ma dowodzić grupą buntowników, gotowych wzniecić rewolucję przeciwko królowi, raz przypadkiem pomaga w rozwiązaniu tajemnicy rodowej, która przeszkadza młodym kochankom połączyć się szczęśliwym więzem małżeństwa. Nigdy jednak Han nie działa jako przyjaciel, raczej jako samotny wilk, który dokładnie waży swoje działania i sprawdza, co ułoży się najlepiej po jego myśli. Mający posłuch u niedźwiedzi, śmiechem reagujący na niebezpieczeństwo, do ostatnich chwil swojego życia pozostaje samolubny i ogarnięty potrzebą pomszczenia swojego potomka. Han jest więc tytułowym bohaterem powieści, a jednak anty-bohaterem, który łączy w sobie najgorsze cechy i zachowania. Tak przedstawia się w jednej z ostatnich scen książki, kiedy samodzielnie stawia się przed sądem:

Jestem szatanem z Klipstadur. Matką moją jest stara Islandia, wyspa wulkanów. Dawniej była ona tylko górą, ale spłaszczyła ją ręka olbrzyma, który, spadłszy z chmur, oparł się na jej szczycie. Nie potrzebuję wam mówić o sobie; wiecie chyba, że jestem potomkiem Ingólfa Tępiciela i że jego ducha noszę w swoim ciele. Więcej popełniłem morderstw i wznieciłem pożarów, aniżeli wy wszyscy wydaliście niesłusznych wyroków. (…) Wypiłbym z rozkoszą wszystką krew z waszych żył. Natura moja to nienawiść do ludzi; złe im wyrządzać – moje posłannictwo.

W treści książki wielokrotnie powracają określenia „szatan”, „potwór”, „olbrzym”, „dziki zwierz”, „rozbójnik”, a więc najgorsze przymioty anty-bohatera. Pytanie jednak brzmi: dlaczego to właśnie Islandczyk ma być ucieleśnieniem zła, co skłoniło młodego Francuza to przypisania wszystkich złych cech akurat temu narodowi? Bez wątpienia Hugo miał jakieś pojęcie o Islandii; czytał w końcu Eddę, która pojawia się także w powieści jako poczytna lektura. Śledził poczynania pionierów literatury grozy: Horacy’ego Walpola, którego Zamczysko w Otranto z 1764 roku uznawany jest za początek gatunku, oraz Mary Shelley, autorki Frankensteina, prekursorskiej powieści grozy. Od najlepszych zaczerpnął więc nastrój i scenerię powieści: neogotycki kontekst architektoniczno-sceniczny, umieszczenie historii w dalekiej przeszłości, elementy nadnaturalne, dalekie jednak od typowo baśniowych postaci, ale potencjalnie wyobrażalne, bo będące w bliskim związku z człowiekiem.

W estetyce neogotyzmu często wykorzystywano miejsca odległe od cywilizacji i kultury wciąż przesiąknięte wierzeniami ludowymi. Obszar nordycki ze swoją germańską spuścizną wydawał się więc idealny jako tło dla powieści grozy. Hugo sięgnął po rozpowszechnione w Europie wyobrażenie dzikiej, tajemniczej, nieprzyjemnej, wręcz diabelskiej i nieludzkiej Północy, a Islandia – najdalsza znana wówczas wyspa tej szerokości geograficznej, stałaby się więc kulminacją takich obrazów. Czytelnicy neogotyckiej powieści grozy karmili się przecież potworami mieszkającymi w ciemnych jaskiniach, mających cechy zwierzęce, pozbawionych serca morderców czy zdolnych do układów z diabłem rozbójników. Ich perypetie świetnie kontrastowały z romansami, w których niezmiennie więzione w wieżach bezbronne kobiety mogły zostać ocalone jedynie dzięki miłości dzielnego, pięknego młodzieńca. W tej słodkiej historii miłosnej utkanej intrygami i przeciwnościami inspirowanymi Romeem i Julią potrzeba więc groźnego zgrzytu, elementu niesamowitego, strasznego motywu, który zmrozi krew w żyłach.

To wyraźne zestawienie idealizowanych kochanków: przystojnego rycerza Ordenera z niezwykle piękną, lecz pozbawioną wolności Ethel z wyobcowanym na własne życzenie anty-bohaterem Hanem stanowi punkt wyjścia dla późniejszych powieści w twórczości Victora Hugo, gdzie Han z Islandii stanowi pierwszy przykład bohatera odtrąconego przez społeczeństwo. Daleki krewny Quasimodo nie jest jednak postacią o dobrym sercu w skórze potwora. To potwór pozbawiony cech ludzkich, bo nawet zemsta po stracie syna nie powodowana jest żałobą po utraconym dziecku, ale potrzebą ukarania tych, którzy przyczynili się do zerwania kontynuacji rodu z Klipsdalur, bowiem zmarły młodzieniec był ostatnim potomkiem Ingólfa Tępiciela  z Islandii. Żądny krwi i idący do celu po trupach (dosłownie) Han ma więc także cechy bohatera powieści frenetycznych. Popularna w połowie XIX wieku frenezja romantyczna (od frénétique – gwałtowny, szaleńczy) skupiała się na scenach makabrycznych, motywach okropności, zbrodni i szaleństwa.

Wydanie francuskojęzyczne Hana z Islandii uzupełnione jest analizą i interpretacją dzieła. Jej autor zestawia tytułowego bohatera z innym, bardziej charakterystycznym dla literatury grozy bohaterem: potworem doktora Frankensteina, potocznie zwanego po prostu Frankensteinem.  Choć bohater powieści Mary Shelley nie był człowiekiem, a tworem rąk ludzkich, niebezpiecznym eksperymentem, Han z Islandii również przejawia cechy potwora gotowego do zabijania i pozbawionego skrupułów. Czy Victor Hugo tak właśnie wyobrażał sobie Islandczyków? Dzikich, niecywilizowanych wyrzutków, dla których honor i rodzina ważniejsze są od zasad społecznych? Czy Han to XVI-wieczny wiking, rozbójnik o nieludzkiej sile, niczym średniowieczni berserkowie? Gwałciciel zmuszający do stosunku samotną kobietę, tylko po to, by przedłużyć ród, z którego się wywodzi? Noszący u boku konkretny atrybut (czaszkę) dla wzbudzania postrachu u innych?

Warto sięgnąć po młodzieńczą powieść Victora Hugo nie tyle po to, by prześledzić rozwój jego stylu. Dla mnie jest on świetnym świadectwem stanu wyobrażeń na temat Islandii w XIX-wiecznej Francji i zestawieniem stereotypów, którymi posługiwano się, nie mając bezpośredniego kontaktu z daleką Północą.

Nordycki przepis na szczęście

autorki: Magdalena Szczepańska, Aleksandra Michta-Juntunen, Agnieszka Jastrząbek, Aldona Hartwińska, Iga Faurholt Jensen, Kinga Eysturland
tytułCodziennie jest piątek. Szczęście po nordycku. Sztuka celebrowania każdej wolnej chwili
rok: 2020
wydawnictwo: Pascal
liczba stron: 318

Cukier, słodkości i różne śliczności! Znacie początek znanej kreskówki Atomówki? Wydaje mi się, że w podobny sposób można streścić przepis na szczęście po nordycku.

Na pewno kojarzycie hasła takie jak hygge, lagom, þetta reddast, koseligt. Za tymi pojęciami kryje się sedno nordyckiego szczęścia, a przynajmniej różne oblicza tego, co Nordycy uważają za potrzebne do szczęścia. Od kilku lat te hipstersko brzmiące pojęcia stają się nowym sposobem na spędzanie wolnego czasu. Blogi lifestyle’owe i sklepy z produktami do urządzania wnętrz, a nawet cukiernie i księgarnie wykorzystują te magiczne hasła do marketingu, aby sprzedać nam szczęście w postaci pachnących świeczek, domowego ciasta, ciepłych kocyków, nastrojowych lampek, lektur do czytania w długie zimowe wieczory. Czy jednak na tym polega nordyckie szczęście? Czy można kupić je w sklepie i obkładać się takimi przedmiotami, żeby poczuć się lepiej?

Już od dawna marzyło mi się znaleźć islandzki odpowiednik słynnego hygge. Chciałam odnaleźć przepis na islandzkie szczęście, ale na szczęście (nomen omen) zrobiła to za mnie Aga Jastrząbek, autorka bloga Vikingaland. Wraz z innymi członkiniami kolektywu Nordic Talking wzięła udział w ciekawym projekcie, polegającym na zestawieniu popularnych w obszarze nordyckim wyobrażeń o dobrym samopoczuciu i przyjemnie spędzonym czasie. Efektem tego eksperymentu jest książka Codziennie jest piątek, w której – poza słynnym duńskim hygge (omówionym przez Igę Faurholt Jensen) czy szwedzkim lagom (część Aldony Hartwińskiej) – czytamy również o fińskim sisu, norweskim kos, farerskim hugni i islandzkim þetta reddast. Każda część książki, której bohaterem jest dany kraj, kończy się słowniczkiem kluczowych pojęć, przepisami na idealne dania na rodzinny piątek oraz wywiadami z autochtonami. Ta świetna formuła pomieszania przyjemnego z pożytecznym, popularnonaukowego stylu z naukowym podejściem (na końcu mamy kompletną bibliografię) oraz obiektywnego tonu z subiektywną perspektywą, daje nam książkę wnikliwie poruszającą problem, która nie jest traktatem akademickim, a solidną pozycją na chłodne wieczory.

Skupmy się jednak na części islandzkiej, najbliższej mojemu sercu. Bardzo cieszę się, że za tekst wzięła się właśnie Aga – od wielu lat mieszkająca na Islandii i znająca język, kulturę oraz kuchnię islandzką. Z wielką przyjemnością czytałam jej narrację, bo z jednej strony jest bardzo osobista, a z drugiej – pełna odniesień do doświadczeń Islandczyków. Aga, jak zresztą pewnie pozostałe autorki, sama praktykuje wiele z zasad, o których pisze, co czyni jej tekst wiarygodnym i niezwykle atrakcyjnym. Czytelnik sam ma ochotę zanurzyć się w ciepłym basenie albo usiąść przy dużym stole i jeść domowe ciasto z rabarbarem. Zresztą może je sobie samodzielnie przygotować, choć – niestety – pozostaje w pewnym rodzaju rozczarowania, że samo ciasto nie uczyni atmosfery iście magiczną.

Przepis na “szczęście po nordycku” nie jest bowiem prosty. Owszem, cukier, słodkości i inne śliczności to stały element piątków we wszystkich krajach nordyckich: usiądź wygodnie na kanapie, otaczaj się ładnymi, ale przyjemnymi rzeczami, zjedz coś prostego, ale pysznego na kolację, najlepiej przed telewizorem. Tego dnia dzieciakom pozwala się jeść słodycze, a i dorośli pozwalają sobie na pizzę czy drinka. Ale czy tak nie wyglądają piątkowe wieczory również w Polsce? Co jest tym tajemniczym “związkiem X”, który czyni nordyckie spędzanie wolnego czasu bardziej komfortowym, a ludzi – szczęśliwszymi? 

Jeśli wierzyć autorkom książki, kluczem do szczęścia nie jest wcale objadanie się słodyczami i wylegiwanie na kanapie. Wręcz przeciwnie! W każdym kraju Północy obowiązuje również kult ruchu na świeżym powietrzu, z norweskiego: friluftsliv. Ja rozumiem ten paradoks tak: jeśli na co dzień ruszasz się, odżywiasz zdrowo, oddychasz świeżym powietrzem i wychodzisz na dwór niezależnie od pogody, taki piątek w ciepłym domu z kominkiem i ciastkami smakuje dwa razy lepiej. Jest nagrodą za cały tydzień, choć też pewnie Skandynawowie nie stresują się pracą tak jak i my. Związkiem X może być właśnie mniej stresu, spowodowane kontaktem z przyrodą, lepszymi warunkami pracy, być może również lepszymi nastrojami społecznymi. Jest to na pewno idealizowanie krajów nordyckich, ale niezależnie od tego, co czytamy w zaufanych reportażach o Północy, spędzenie choćby kilku dni w krajach nordyckich utwierdza w przekonaniu, że tam n a p r a w d ę żyje się lepiej. Być może związkiem X jest mentalność i postawa obywatelska, wsparcie państwa opiekuńczego, dostęp do rozrywek i finansowe możliwości podróżowania za granicę kilka razy w roku. 

Aga pisze o “islandzkiej kolonii” na Teneryfie, powszechnym dostępie do basenów, wyjątkowości saumaklúbbar, czyli połączenia koła gospodyń wiejskich z klubem dyskusyjnym. O tym, że Islandczycy radzą sobie w najtrudniejszych sytuacjach, od kryzysu gospodarczego po wybuch wulkanu. O wynagradzaniu sobie tygodnia pracy domową pizzą i zabawnym programem telewizyjnym. To tylko kilka przykładów z życia rozwiniętego, bogatego, nowoczesnego społeczeństwa, które jeszcze do niedawna nie widziało granic konsumpcjonizmu i kupowało Jeepy na kredyt.

Choć Codziennie jest piątek pisany jest z optymistycznym zachwytem, zdaje się nie demaskować prawdy o państwach nordyckich, które swoje szczęście zbudowały dzięki swojej wyjątkowej sytuacji geopolitycznej. Względnie nietknięte większymi konfliktami zbrojnymi, niemające wojennej przeszłości w pamięci zbiorowej (może poza Norwegią i Finlandią), kreatywnie i efektywnie rozwiązały problem biedy (jeszcze w XIX wieku Szwedzi  z głodu masowo emigrowali do Ameryki), przekuwając problemy społeczne i gospodarcze w nieźle działający system państwa dobrobytu. Nie mówię, że Skandynawowie nie zasłużyli sobie na to szczęście, wręcz przeciwnie – zapracowali na nie. Ale jeśli łudzimy się, że świeczki i smaczna herbata dadzą nam choć namiastkę hygge, jesteśmy niestety w błędzie. 

Codziennie jest piątek nie jest jednak pozycją naukową, nie musi więc analizować problemu wnikliwie. Jest miłą, dobrze napisaną i ładnie wydaną książką o zjawiskach, które są charakterystyczne dla państw Północy. W przyjemnej dla oka rozkładówce typowej dla kolorowych czasopism znajdziemy wiele fotografii ilustrujących szczęście po nordycku. Ta radosna estetyka sprzyja przekonaniu, że kraje Północne są niemal idealne, ale nawet jeśli przypadkiem tak zinterpretujemy relację Polek mieszkających w krajach nordyckich lub zakorzenionych w ich kulturach, przepytani Nordycy sami nierzadko dokonują krytyki swoich zwyczajów, przyznając się do słabości i wad. Przykładowo: czy Islandczycy faktycznie zachwycali się swoim krajem zanim masowo zaczęli przyjeżdżać do niego turyści? Żeby uzyskać odpowiedź, sięgnijcie po książkę. 

Czy da się połączyć przyjemnie spędzany czas ze szczęściem? Jeśli wykorzystamy definicje szczęścia przedstawione przez bohaterów publikacji, zrozumiemy, że źródłem szczęścia wcale nie są przedmioty, ale drugi człowiek. Aga przywołuje islandzkie powiedzenie maður er manns gaman, człowiek jest szczęściem drugiego człowieka. W zimnych, ciemnych krajach północy towarzystwo i bliskość są na wagę złota, ale i my możemy nauczyć się doceniać obecność drugiego człowieka i spróbować nordyckiego przepisu na szczęście: zakupić niezbędne hygge-atrybuty, a potem podzielić się nimi z kimś bliskim.

Dziękuję wydawnictwu Pascal za egzemplarz recenzencki.