Islandzkie elfy i ukryci ludzie

Już od środy można słuchać pierwszego odcinka naszego projektu Elfy i trolle. Podcast o Północy. W tym odcinku opowiadamy mniej znane historie o islandzkich elfach i ukrytych ludziach.

 
W pierwszym odcinku podcastu Agnes i Emiliana zabierają Was do świata ukrytych ludzi, malarsko przedstawionego na obrazie “Miasto elfów” Eggerta Guðmundssona. Wizja islandzkiego artysty jest punktem wyjścia do rozmowy o różnicach między elfami a ukrytymi ludźmi, a także przybliżenia opowieści o powstaniu elfów, o ich niezwykłych podarkach oraz umiejętności mszczenia się za nieposłuszeństwo. W odcinku rozmawiamy również o tym, czy Islandczycy wierzą w elfy oraz opowiadamy o miejscach, w których można spotkać ukrytych ludzi🧙

Odcinek można znaleźć na YouTube UTULĘ THULE MÓWI O SZTUCE PÓŁNOCY, a także na platformach podcastowych. Wersję z reprodukcją obrazu znajdziesz tutaj (kliknij, aby przejść do filmu):

W odcinku nie starczyło miejsca na wszystkie wybrane przez nas historie, dlatego publikujemy tutaj treść opowieści przetłumaczonej i sparafrazowanej przez Agnes Arsól Bikowską:

Ojciec osiemnaściorga dzieci z Álfheimu

Zdarzyło się latem w pewnym gospodarstwie, że wszyscy ludzie oprócz gospodyni pracowali w polu. Gospodyni została po, to by doglądać gospodarstwa i swojego czteroletniego syna. Chłopczyk chował się zdrowo i do tego czasu dobrze rozwijał. Uczył się już mówić, był bystry i dobrze rokujący.

Kobieta musiała w międzyczasie zajmować się różnymi pracami w zagrodzie, nie licząc doglądania chłopca, więc odchodziła od niego co jakiś czas. Udała się nad jezioro, które było niedaleko położone od gospodarstwa, żeby wymyć maselnicę. W tym czasie zostawiła dziecko przy drzwiach od domu. Nic nie wiadomo, co się przez ten czas działo, ale kiedy kobieta wróciła po bardzo długim czasie nieobecności i zaczęła mówić do dziecka, by je uspokoić, ono wciąż płakało i strasznie krzyczało. Miała ona jednak nadzieję na to, że dziecko tak jak wcześniej w końcu się uspokoi: będzie spokojne, przyjacielskie i
grzeczne. Jednak teraz nie było nic poza jednym jazgotem i złym wyciem.

Trwało to chwilę, a dziecko nie wydobywało z ust ani jednego słowa, za to było nadal bardzo kapryśne i grymasiło. Matka nie widziała żadnego ładu w tej zmianie zwyczajów swojego synka, co ją bardzo rozdrażniło i zdecydowała udać się po poradę do bardzo mądrej i oczytanej sąsiadki, która wyjaśniłaby jej, co jest przyczyną owej tragedii. Sąsiadka wypytała ją dokładnie od jak dawna dziecko jest w tym głupkowatym nastroju i w jaki sposób jej zdaniem się to mogło stać. Matka chłopca opowiedziała jej o wszystkim co miało miejsce.

Kiedy mądra sąsiadka usłyszała o wszystkich okolicznościach spytała:
– Nie uważasz, moja droga, że chłopiec może być podmieniony? Ponieważ, moim zdaniem, został zamieniony w chwili kiedy od niego odeszłaś, zostawiając go przy drzwiach domu.
– Tego nie wiem. – odpowiedziała matka chłopca – Nie możesz mi jednak udzielić rady jak to naprawić?
– To mogę zrobić. – powiedziała sąsiadka. – Postaraj się zostawić dziecko raz samo i spróbować stworzyć coś nowego i nietypowego, wtedy powinien wypowiedzieć jakieś słowo. Pamiętaj, żeby nikogo wtedy nie było w jego pobliżu. Ty jednak powinnaś podsłuchiwać, żeby wiedzieć jakie będzie to słowo. Jeśli będziesz uważać, że jest ono dziwne albo okropne, powinnaś mu bezlitośnie przetrzepać skórę i poczekać aż coś się zmieni.

Matka chłopca podziękowawszy sąsiadce za dobre rady następnie poszła do domu. Kiedy kobieta przyszła do domu postawiła mały garnek z uszami na środku kuchennej podłogi. Następnie wzięła dużo kijków, związując każdy koniec ze sobą, następnie jeden wierzchołek patyków oparła tak by dosięgał kuchennego komina, a drugi koniec przywiązała do łyżki z długim trzonkiem, która stała w garnku. Kiedy skończyła budowlę w kuchni, zaniosła tam chłopca i posadziła samego. Następnie wyszła z kuchni i stanęła przy szparze drzwi obserwując kuchnię i podsłuchując. Kiedy już jakiś czas jej nie było, dziecko podeszło do garnka i zaczęło obchodzić je zdziwione i patrzeć na łyżkę następnie powiedziało:

– Jestem już taki stary, że brodę mi można zobaczyć, ojciec osiemnastki dzieci z Álfheimu, a takiego długiego komina w takim małym garnku jeszcze nie widziałem.

Wtedy weszła kobieta z powrotem do kuchni z dobrą miotłą wzięła podmienionego i zaczęła go bić tak długo i bez litości, ze ten zaczął przerażająco krzyczeć. W chwili kiedy kobieta biła chłopca, zobaczyła, że jakaś piękna nieznajoma weszła do kuchni z małym chłopcem na rękach. I przemówiła do kobiety tymi słowy:
– Niepodobna zostać tutaj. Ja usypiam twoje dziecko, a ty bijesz mojego chłopa?
Powiedziawszy to odłożyła chłopca, syna gospodyni, a jej mąż natychmiast zniknął. Chłopiec wyrósł u swojej matki i był dobrym człowiekiem.

Cały odcinek podcastu o islandzkich elfach i ukrytych ludziach znajdziesz na:

Malarz światła i ciszy

Czasami pytacie, w których polskich muzeach można oglądać sztukę Północy. Niestety, choć mamy kilka grafik Muncha czy Zorna w kolekcjach, nie pokazuje się ich na wystawach stałych. A kiedy przyjeżdża wystawa czasowa, jest to pierwsze takie wydarzenie w historii.

Wystawa “Vilhelm Hammershøi. Światło i cisza” w Muzeum Narodowym w Poznaniu to pierwsza monograficzna wystawa malarstwa duńskiego symbolisty w naszej części Europy. I nie są to podrzędne dzieła, ale najbardziej reprezentatywne dla wczesnej i dojrzałej twórczości tego artysty. Kuratorka Martyna Łukasiewicz wykonała tytaniczną pracę, żeby sprowadzić do Poznania dzieła, które na co dzień znajdują się na ekspozycjach stałych muzeów takich jak Statens Museum for Kunst czy kolekcji Hirschsprungów, a nawet paryskiego d’Orsay. Co więcej, w poznańskim Muzeum Narodowym obejrzymy prace nigdy dotąd nie wystawiane, np. pochodzące z prywatnej kolekcji ambasadora Johna L. Loeb Juniora w Nowym Jorku.

Wystawę otwiera prezentacja najważniejszych wydarzeń z życia Vilhelma Hammershøi. Jak powiedziała mi Martyna Łukasiewicz, dzięki której uprzejmości miałam prywatne oprowadzanie kuratorskie po wystawie, szczególnie ważne było uzupełnienie informacji biograficznych fotografiami z archiwum malarza. Według najnowszych badań nad twórczością duńskiego symbolisty, fotografia była bowiem ważnym elementem jego działań artystycznych,  a zdjęcia wnętrz malowanych przez niego mieszkań świetnie współgrają z jego twórczością. Co więcej, dzięki fotografiom udało się zaakcentować również dzieła, które nie przyjechały na wystawę. W pierwszej sali poznajemy więc życie malarza i najbliższe mu osoby: rodzinę i żonę, którzy często będą bohaterami jego obrazów.

Prezentacja obrazów na piętrze to przekrój nie tyle chronologiczny, co tematyczny. Na wystawie wita nas sam malarz w rzadko podejmowanym autoportrecie (1911, Statens Museum for Kunst), który to zdaniem kuratorki ma być nie tylko zaproszeniem do świata Hammershøi, ale też wstępem do najbardziej charakterystycznych elementów jego malarstwa. Już bowiem na tym obrazie widzimy motywy, z których słyną obrazy duńskiego symbolisty: drzwi, często otwarte na oścież i prowadzące wzrok do kolejnych pomieszczeń, oraz okna, niejako ślepe, z których nie rozpościera się żaden konkretny widok, ale które stanowią źródło światła i poszerzają kompozycję.

W pierwszej sali towarzyszą nam najczęściej: Ida, żona malarza, a także jego matka Frederikke i brat Svend. Postaci zatapiają się w codziennych czynnościach takich jak czytanie, robótki ręczne, przygotowanie posiłku. Jednak rzadko kiedy ich twarze są w pełni widoczne, raczej widzimy postaci od tyłu lub z boku, tak jakby ich tożsamość nie była istotna (trudno mówić tu w końcu o portretach), ale raczej ich obecność wpisywała się w proste, mieszczańskie wnętrza. Znajdziemy tu świetnie znane i często reprodukowane obrazy takie jak Pokój przy Strandgade (1901, Statens Museum for Kunst), oraz te mniej popularne, a jednak świetnie oddające atmosferę cichej pracy w prostym wnętrzu, np. Figura kobieca widziana od tyłu (1888, Statens Museum for Kunst).

Zresztą to właśnie te wnętrza przyniosły malarzowi największy sukces. Najczęściej malował własne mieszkania, które były jednocześnie jego pracowniami. Kuratorskie zestawienie obrazów parami lub trójkami pozwala na porównanie często powtarzających się motywów, jak i podkreślenie ewolucji stylu malarskiego artysty: od tych bardziej tradycyjnie malowanych, wygładzonych scen (takich jak Wnętrze, Strandgade 30, 1900, Ateneum Art Museum) po bardziej szkicowe, niemalże oderwane od rzeczywistości puste pokoje. Pomysłowe zestawienia pozwalają też na odkrycie sposobu pracy malarza: choć wydaje się, że malowane przez niego wnętrza są przestronne, duże, a nawet że pokazywane tu obrazy prezentują różne wnętrza, często są to te same pokoje, tyle że malowane z innej perspektywy, z przestawionymi meblami i dodatkami, przez co każde wnętrze wydaje się unikatowe, a jednak w jakiś sposób znajome.

Bogata prezentacja wnętrz Hammershøi, a więc jego najbardziej rozpoznawalnych obrazów, jest jednak uzupełniona tymi mniej znanymi, a równie często podejmowanymi przez malarza tematami. W kolejnej sali przechodzimy do świata pejzażu duńskiego, który ożywa za sprawą delikatności barw i efektów świetlnych. Na wybranych pracach widać też zresztą umiłowanie malarza do linii, tak w wyborze tematów (często mówił, że to właśnie one, a po nich światło i kolor, przyciągały go do namalowania danego motywu), jak i w samej technice pracy (na jednym z dzieł dostrzeżemy szkic siatki, którego malarz zdaje się nie kryć pod cienką warstwą farby, jakby celowo zdradzając tajniki swojej pracy).

Te linie widoczne będą również w widokach miasta, głównie Kopenhagi, ale też rzadkiego obrazu malowanego w podróży, przedstawiającego Londyn. Te matowe, czasem jakby w kolorze sepii, widoki miast odpowiadają sennej atmosferze wnętrz Hammershøi. Pozbawione ludzi ulice miast, samotne wierzchołki kościelnych wież czy puste otwory bram to sposób na uchwycenie bezczasowości architektury i urbanistyki miasta. Dowodzi temu mapka obecna w sali, na której można odnaleźć lokalizacje malowane przez Duńczyka, a także wystawa fotografii Justyny Śmidowicz-Cegły, która na prośbę kuratorki wykonała zdjęcia współczesnego miasta inspirowane malarstwem symbolisty (“Kopenhaga Hammershøia” można było oglądać w poznańskiej Przystani Sztuki w listopadzie tego roku).

Na koniec wchodzimy do przestrzeni prezentującej najmniej omawiane prace Hammershøi, czyli akty oraz rzadko lub nigdy nie pokazywane prace na papierze. W przypadku tego pierwszego rodzaju malarstwa, Duńczyk podejmował akt jako temat jeszcze podczas studiów w szkole P. S. Krøyera, ale jego wczesne, szkolne prace zestawione są z późniejszym aktem jako na dowód, że i do tego tematu zdarzało się malarzowi powracać. Zestawienie dwóch Nagich modelek, jest o tyle fascynujące, że jeśli pierwsza (1884, Statens Museum for Kunst) wynika z lekcji starszych malarzy tworzących w Paryżu, tak druga jest już bardzo odważnym kolorystycznie dziełem. Szarość postaci wtapiającej się w tło przywodzi na myśl późniejsze surrealistyczne kompozycje Magritte’a czy Olbińskiego, a układ rąk i poza modeli to być może świadomy cytat z pierwszego, otoczonego skandalem obrazu Hammershøi zaprezentowanego szerszej publiczności. Chodzi mi o Portret młodej dziewczyny, siostry artysty Anny Hammershøi (1885, kolekcja Hirschsprungów), która wydawała się zbyt odważna również ze względu na biel dłoni modelki.

Wystawę zamyka wybór wczesnych prac artysty na papierze (niektóre namalował już jako nastolatek), szkice z czasów studiów oraz późniejsze rysunki, w tym portret Alfreda Bramsena podarowany patronowi w dniu urodzin. Kuratorka Martyna Łukasiewicz pragnie podkreślić rolę tego kopenhaskiego dentysty, kolekcjonera dzieł sztuki i mecenasa artysty, bez którego być może jego kariera nigdy nie rozwinęłaby się w taki sposób. Ekspozycja zamknięta jest klamrą – rysunkami wnętrz, które przywitały nas w pierwszej sali.

Warto dodać, że wystawa nie kończy się jednak w tym miejscu. Na zakończenie warto udać się do sali na parterze, w której wyświetlany jest film – wywiad kuratorki z pracownikami kopenhaskiego Statens Museum for Kunst oraz plansze prezentujące techniczny proces twórczości Vilhelma Hammershøi. Ta przestrzeń, jak i wybór dzieł oraz ich zestawienia decydują o wielkiej wartości wystawy. Trzeba bowiem podkreślić, że Martyna Łukasiewicz i jej zespół nie tylko dokonali niezwykle trudnego zadania: ściągnęli do Polski najlepsze dzieła Hammershøi, w tym te na co dzień znajdujące się na wystawach stałych, a więc będące hitami duńskich muzeów, ale też zmierzyli się z zadaniem zrobienia pierwszej monograficznej wystawy duńskiego symbolisty w Europie Środkowej. I zrobili to znakomicie, w oparciu o najnowsze badania, kwerendy kuratorki w archiwach duńskich, a także światowe trendy tworzenia wystaw czasowych.

Walorem wystawy jest również jej scenografia, zaprojektowana przez duet Matosek-Niezgoda. Projektantom udało się w sposób subtelny, a jednak celny, uchwycić charakter prac duńskiego symbolisty. Delikatne przesłony okien pozwalają na uwzględnienie jednego z kluczowych motywów w twórczości artysty, a naturalne amfilady wnętrz starego gmachu Muzeum Narodowego w Poznaniu idealnie współgrają z kompozycjami Hammershøi. Co więcej, konstrukcja, na której powieszono biograficzny wstęp, inspirowana jest ceramiką brata malarza, Svenda Hammershøi, co dowodzi znakomitej znajomości kontekstu i czasów, w której tworzył bohater wystawy.

Powodów, żeby obejrzeć tę wystawę w Poznaniu do 23 stycznia 2022 roku (potem pojedzie do Muzeum Narodowego w Krakowie) jest wiele: kuratorski układ dzieł, obecność wszystkich ok. czterdziestu wypożyczonych prac, kącik do zrobienia sobie zdjęcia w przestrzeni inspirowanej obrazami Hammershøi oraz ciekawy program towarzyszący wystawie (w tym pokaz grafik Muncha i Zorna w styczniu). Okazja, żeby obejrzeć prace jednego z najwybitniejszych artystów Północy w Polsce raczej nie powtórzy się w kolejnych dekadach, dlatego naprawdę warto wybrać się właśnie do Poznania, a potem do Krakowa – dla porównania.

Serdecznie dziękuję Martynie Łukasiewicz za oprowadzenie po wystawie i zdradzenie tajników kuratorskich oraz ciekawostek z życia Vilhelma Hammershøi.

Elfy i trolle. PODCAST O PÓŁNOCY

W 2022 roku ruszamy z nowym projektem: „Elfy i trolle. Podcast o Północy”. Będzie to audiowizualna podróż do świata nordyckich baśni i legend, w której poznacie mniej znane opowieści i dzieła sztuki z dalekiej Północy.

Pomysł na podcast wywodzi się z nordyckiej tradycji kvöldvaka, czyli wieczornego opowiadania historii. Każdy odcinek przenosi słuchaczy w inne miejsce: na Islandię, Wyspy Owcze lub do Norwegii i prezentuje wywodzące się z lokalnego folkloru opowieści.  Punktem wyjścia do opowiadanej historii będzie zawsze dzieło sztuki: obraz lub rzeźba autorstwa artysty z Północy. Towarzysząca narracji ilustracja jest jednak tylko zaproszeniem do pobudzenia wyobraźni słuchaczy. Główna część odcinka to historia ukryta za dziełami sztuki, ludowa opowieść lub mit rozgrywający się na dalekiej Północy. Celem projektu jest więc opowiedzenie mniej znanych legend i mitów z Północy oraz prezentacja ilustracji tych opowieści według wybranych artystów norweskich, farerskich i islandzkich.  Spotkamy się w 12 odcinkach, które publikowane będą co miesiąc od stycznia do grudnia 2022 roku.

Przez kogo?

„Elfy i trolle. Podcast o Północy” to wieczorny podcast o sztuce i kulturze nordyckiej prowadzony przez cztery miłośniczki Północy: historyczki sztuki i skandynawistki:

Dla kogo?

Projekt skierowany jest do miłośników krajów Północy i amatorów sztuki w Polsce, a także wszystkich polskojęzycznych słuchaczy. Słuchać go mogą zarówno starsi, jak i młodsi, gdyż tematyka podcastu, jak i jego forma odpowiada osobom w każdym wieku. Wieczorna pora premiery odcinków sprzyja wyciszeniu, odpoczynkowi, odpłynięciu w krainę baśni i legend, a także jest propozycją spędzenia czasu wspólnie przez całą rodzinę.

Projekt jest też z założenia dostępny dla osób z dysfunkcją wzroku (w podcaście opisujemy omawianie dzieło sztuki bardzo dokładnie), jak i z dysfunkcją słuchu (każdemu odcinkowi będzie towarzyszył opis dzieła z treścią legendy na grupie Sztuka Północy).

W jaki sposób projekt promuje innowacyjność w dziedzinie sztuki i kultury?

Nowatorską stroną projektu jest zaproszenie słuchaczy do doświadczania sztuki i kultury prosto z ich domów. Słuchacze są zaproszeni do udziału w doświadczeniu opartym na wielu zmysłach: słuchania sztuk wizualnych z wizualizacją tekstów werbalnych. W dzisiejszych czasach jesteśmy przyzwyczajeni do szybkiego i powierzchownego kontaktu ze sztuką; odwiedzając galerię sztuki, oglądamy obraz tylko na kilka sekund. 15-minutowy odcinek zachęca do uważnego zbadania wybranego dzieła sztuki.

W jaki sposób projekt pomaga w przekazywaniu nowej wiedzy i doświadczenia?

Projekt ma wymiar zarówno społeczny, jak i psychologiczny. Spotkanie audiowizualne z malarstwem i opowieścią to dobra okazja dla słuchaczy do ćwiczenia umiejętności patrzenia na dzieło sztuki i wyobrażaniu sobie historii. Te dwa doświadczenia: patrzenia i słuchania łączą się w celu usprawnienia wielozadaniowości i wyobraźni, a także zaprasza słuchaczy do doświadczenia sztuki w kreatywny i relaksujący sposób po ciężkim i stresującym dniu.

Gdzie słuchać?

Podcast będzie dostępny na YouTube Utulę Thule oraz wybranych platformach do słuchania podcastów.

15 grudnia tego roku zapraszamy do wysłuchania premiery zwiastuna, w którym my, autorki podcastu, opowiemy co nieco o sobie i o samym projekcie.

Podcast zrealizowano dzięki funduszom Rady Nordyckiej.

Piątkowy wieczór na Islandii

Co zrobić w zimny, grudniowy wieczór? Udać się w podróż na Islandię za sprawą wystawy obrazów Aleksandry Knap w warszawskim Centrum Praskim Koneser. Wystawa trwa jeszcze do niedzieli 5 grudnia, dlatego zostało Wam już niewiele czasu!

Aleksandrę Knap poznałam dzięki kolacji, na którą zaprosił mnie Bogusław Szemioth, Konsul Republiki Islandii w Warszawie. Na spotkanie z ambasador Islandii w Berlinie, Jej Ekscelencją Maríą Erlą Marelsdóttir, przyszłam ja, Tomasz Grybek oraz właśnie Aleksandra. Otrzymałam wówczas od niej tomik jej wierszy napisanych po dwóch wyjazdach na Islandię. Później udałam się na wystawę malarstwa o tym samym tytule: Islandia – zimowe lato.

Tak wiersze, jak i obrazy malowane przez Olę i jej chłopaka, Kamila, są nietypowe. Skupmy się jednak na tych drugich, które możecie sami obejrzeć w praskiej Butelkowni. Jak określić te malowane bez pędzla abstrakcyjne kompozycje inspirowane pejzażem Islandii? Aleksandra i Kamil (których prace znajdziecie także na koncie na Instagramie @canvas_bohomaz) uzyskali niezwykły efekt: obrazy są jednocześnie zapiskiem podróży na samotną Wyspę, ale każdy może odczytać w nich to, co mu akurat w duszy gra. Sami popatrzcie na poniższe zdjęcia, co widzicie na tych sztalugach? Ocean, zorzę polarną, islandzkie góry, lawę z wulkanu, czarne plaże, a może jeszcze coś innego?

W piątek 3 grudnia spotkaliśmy się w Koneserze na kolejny wieczór z Islandią. Wraz z przybyłą publicznością wspominaliśmy nasze podróże na Islandię: ja moich kilka wypadów na Wyspę w 2017 i 2018 roku, natomiast Ola i Kamil – latem 2020 i zimą 2021 roku. Porównywaliśmy spostrzeżenia i wizje turystycznej Islandii sprzed i podczas pandemii. Podczas spotkania doszłam do wniosku, że rozwój turystyki na Wyspie można podzielić na kilka faz: sprzed kryzysu w 2008 roku, po wielkiej kampanii związanej z wybuchem Eyjafjallajökull w 2010 roku, kiedy padały rekordy przybyłych turystów oraz teraz, czyli ze zmniejszoną liczbą przybyszów i ze znacznie opustoszałymi atrakcjami.

Do dyskusji włączyli się także obecni na sali, którzy dzielili się własnymi wspomnieniami i radami. Rozmowa potoczyła się w stronę tematu “dobrych i złych” stron Islandii oraz obalania niektórych mitów, takich jak o wierze w elfy. Po spotkaniu Olę otoczyło grono świeżych posiadaczy tomiku jej wierszy z prośbą o dedykację, a ja natomiast odpowiadałam na pytania związane z obyczajami dawnych Islandczyków, o czym możecie poczytać m.in. w książce Aldy Sigmundsdóttir “Mała księga dawnych Islandczyków. O zwyczajach, tradycjach i przesądach”, której recenzję znajdziecie również na moim blogu. Dziękuję wszystkim przybyłym za tę wirtualną podróż na Islandię, a także Oli i Kamilowi za zaproszenie na wystawę.

Wszystko o Islanderach

autor: Ewelina Gąciarska
tytułTöltem przez Islandię. Moja historia wśród koni islandzkich
rok: 2021
wydawnictwoNaislandii.pl (e-book)
liczba stron: 156

Końmi islandzkimi interesuję się od lat i wydawało mi się, że wiem o nich już całkiem sporo. Lektura debiutanckiego e-booka Eweliny Gąciarskiej przekonała mnie jednak o tym, że moja wiedza to tylko wierzchołek góry lodowej.

Zacznijmy od tego, że Ewelina Gąciarska to najsłynniejsza islandzka koniara w polskim Internecie. Poznałam ją dzięki jej stronie na Facebooku, a potem zaprosiłam na jeden z Dni Islandzkich, żeby opowiedziała o Islanderach. Wydawałoby się, że o koniach islandzkich napisano i opowiedziano już chyba wszystko, począwszy od ich pojawienia się na Islandii, przez  charakterystykę typowego dla rasy chodu tölt na dyskusji konie vs. kuce kończąc. Koń islandzki to symbol Wyspy, a każdy turysta musiał spotkać się z tymi zwierzętami chociaż raz. Mimo to wciąż tak naprawdę wiemy o nich niewiele.

Dlatego Ewelina wydała swojego pierwszego e-booka i już na stronie tytułowej sygnalizuje, o czym będzie ta wirtualna książka: wszystko, co powinieneś wiedzieć o koniach islandzkich. Publikacja podzielona jest na trzy części: Konie z Krainy Ognia i Lodu, w której podane są wszystkie fakty dotyczące rasy; Töltem przez życie, czyli osobista historia autorki; oraz Pozostałe, gdzie znajdziemy polsko-islandzki słowniczek pojęć jeździeckich.

Jest to więc w istocie kompendium wiedzy nie tylko dla koniarzy, ale też każdego, kto chciałby solidnej (a nawet – końskiej!) dawki informacji na temat Islanderów. Pierwsza część jest szczególnie wartościowa, zważywszy na historię rasy, szczegółowy opis wszystkich maści, charakterystykę chodów, a nawet dokładne informacje odnośnie zawodów, hodowli i tajników jeździectwa. Ewelina dzieli się tutaj swoim ogromnym doświadczeniem i autorskimi fotografiami, podając nazwy i typy sprzętów, a także sprawdzone rady dotyczące treningu konia islandzkiego. Dla kogoś, kto na co dzień nie zajmuje się profesjonalnie jeździectwem, te wszystkie informacje mogą wydawać się zbędne czy nawet nużące, ale z pewnością specjaliści znajdą tu coś dla siebie. Amatorzy koni mogą z kolei wczytać się w historię rasy, a potem gładko przejść do kolejnej części książki.

W Töltem przez życie Ewelina opowiada bowiem o swoich początkach z ujeżdżaniem tych niezwykłych zwierząt, pierwszych podopiecznych i ulubionych wierzchowcach, a także osobistych przeżyciach, przygodach i więzi ze swoimi końmi. Tę część, pełną szczegółów, dat i udokumentowaną licznymi zdjęciami czyta się trochę jak pamiętnik, pisana jest bowiem w formie bloga, stylem znanym z Instagrama Islandzkie ciekawostki, prowadzonego przez Ewelinę. Dzięki lekturze poznajemy więc nie tylko konie, ale i samą autorkę, która dzieli się tak dobrymi, jak i złymi wspomnieniami. Wszystko to jednak dotyczy koni, a więc miłośnicy tych zwierząt z pewnością odnajdą tu samych siebie i dzięki osobistym zapiskom Eweliny będą mogli lepiej zrozumieć szczególny temperament Islanderów i to, czym różnią się od innych, znanych ras koni na świecie.

Ostatnia część jest najbardziej ekskluzywna, bo zawiera fachową terminologię jeździecką w języku polskim i islandzkim. Być może będzie to cenne źródło wiedzy dla filologów i tłumaczy, którzy – choć nie interesują się końmi – potrzebują takiego słownictwa do różnych celów. Przygotowanie listy słówek to dowód na solidność i pracowitość Eweliny, która jako dwujęzyczna i wychowana na Islandii oddaje w ręce czytelników bardzo pomocny słowniczek. Kto wie, może przyda się w najmniej spodziewanych okolicznościach?

Kolejną zaletą e-booka są wtręty z literatury i kultury islandzkiej. Ewelina cytuje powiedzenia lub idiomy związane z końmi, ale tłumaczy też wiersz Grímura Thomsena, którego słowa stały się tekstem dla najpopularniejszej islandzkiej piosenki jeździeckiej:

Jedźmy, jedźmy, jedźmy poprzez piach,
ciemność zapada przy Herðubreið,
królowa elfów zaprzęga poddanych,
niedobrze jest stanąć jej na drodze.
Oddałbym najlepszego rumaka aby
dotrzeć już do Kiðagil

Trzeba jednak przyznać, że wydawnictwo ma również swoje wady. Dotyczą głównie edycji samego tekstu, a także braku redakcji. W treści znajdują się pojedyncze literówki, źle stawiane spacje, które negatywnie wpływają na lekturę bądź co bądź ciekawego tekstu. Podczas tworzenia kolejnych e-booków poleciłabym więc Autorce zlecenie redakcji i łamania tekstu, co zdecydowanie wpłynęłoby korzystnie na następne publikacje. Pomimo przyjemnej szaty graficznej, spójności kolorystycznej i bogatych ilustracji, e-book mógłby być bardziej dopieszczony pod względem ułożenia tekstu i rozmieszczenia informacji. Takie kosmetyczne zmiany są po prostu niezbędne do tego, by tekst czytało się łatwiej (czasem go nie widać na kolorowym tle), z mniejszym wysiłkiem (być może warto byłoby rozważyć podział na więcej akapitów lub zwiększenie odstępów między linijkami) oraz przyjemniej (mając do czynienia ze zredagowaną treścią).

Tym niemniej gratuluję Ewelinie debiutanckiego e-booka i trzymam kciuki za kolejne teksty, bo wiadomo już, że przygotowaniu są co najmniej dwa nowe e-booki.

Dziękuję Ewelinie za egzemplarz recenzencki.

Podróż do wyobraźni

Gdzie jest Twoja Ultima Thule? Na to pytanie próbowali odpowiedzieć twórcy wystawy Ultima Thule. Gdzie kończy się świat a zaczyna się wyobraźnia i artyści, których prace zaprezentowano w Nadbałtyckim Centrum Kultury.

21 października otwarto oficjalnie wernisaż w siedzibie Nadbałtyckiego Centrum Kultury w Gdańsku. W ramach 16. Bałtyckiego Spotkania Ilustratorów zaprezentowano ilustracje książkowe trzech polskich artystów: Joanny Concejo, Pawła Pawlaka oraz Bartłomieja Ignaciuka, którzy na swój sposób interpretują motyw mitycznej Thule. Zdjęcia z wystawy fragmentarycznie prezentują te wspaniałe prace:

Ilustracje Pawła Pawlaka do książki Leszka Kołakowskiego “13 bajek z królestwa Lailonii dla dużych i małych”

Ilustracje Bartłomieja Ignaciuka do książki napisanej wspólnie z Agatą Loth-Ignaciuk i Markiem Kamińskim “Jak zdobyć bieguny ziemi… w rok”

Ilustracje do książki “M jak morze” Joanny Concejo

Miałam przyjemność w dniu wernisażu wygłosić prelekcję Utulę Thule. Opowieści o krańcu świata, podczas której przybliżyłam publiczności kontekst legendy o Ultima Thule oraz różne interpretacje i pomysły na zlokalizowanie tej mitycznej krainy na mapach Północy.

Hasło “Ultima Thule” współcześnie budzi wiele emocji. Jednym kojarzy się z legendarną wyspą, o której pisał grecki żeglarz Pyteasz z Massalii w IV wieku p.n.e. Tę mityczną krainę położoną na dalekiej północy próbowano utożsamiać z Islandią, Szetlandami, a nawet Grenlandią, a wielu badaczy do dziś próbuje ustalić jej geograficzne położenie. “Ultima Thule” jest też obecna w kulturze popularnej, pojawia się w tytułach piosenek i nazwach zespołów, przez co nabiera nowych, nieoczywistych znaczeń. Część z nich odkryjemy podczas spotkania.
Spotkanie przerodziło się w interesującą dyskusję o Islandii, z pytaniami o podróże i ciekawostki na temat mojej Ultima Thule. Dziękuję organizatorom za zaproszenie do wzięcia udziału w wernisażu, a szczególnie Annie Misiek za współpracę.

Nadbałtyckie Centrum Kultury
Bałtyckie Spotkania Ilustratorów
Ultima Thule. Gdzie kończy się świat a zaczyna się wyobraźnia
22 października – 28 listopada 2021

Wulkan i inne katastrofy

autor: Sigríður Hagalín Björnsdóttir
tytuł: Ognie. Miłość i inne katastrofy
tłumaczenie: Jacek Godek
rok: 2021
wydawnictwo:  Wydawnictwo Literackie
liczba stron: 360

W najnowszej powieści Sigríður Hagalín Björnsdóttir, autorka Wyspy oraz Świętego słowa, nie zawodzi swojego czytelnika i podaje mu dokładnie to, czego chciałby się spodziewać: historię zagubionych jednostek z islandzką katastrofą w tle.

Z czym może kojarzyć nam się Islandia, jeśli nie z wulkanami? Świat przypomniał sobie o istnieniu tej niewielkiej wyspy na Atlantyku dzięki erupcji Eyjafjallajökull  w 2010 roku, a jeszcze kilka wieków temu Islandię nazywano diabelską wyspą ze względu na Heklę, uważaną za wrota do piekieł. Od miesięcy temat kolejnych erupcji szczelinowych Fagradalsfjall dominuje medialne doniesienia na temat Islandii, a czerwone ognie przyciągają turystów i stają się nowym ulubionym motywem eksplorowanym przez artystów. Jeszcze niedawno dużo mówiło się o serialu Katla, dziele islandzkiego reżysera Baltasara Kormákura, w którym temat wulkanu łączy science fiction z folklorem.

Natomiast Sigríður Hagalín Björnsdóttir napisała Ognie: powieść inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami związanymi z wybuchami na Reykjanes, ale – co charakterystyczne dla jej twórczości – doprawione dystopijną wizją znacznie poważniejszych wybuchów. Ognie. Miłość i inne katastrofy to historia Anny Arnardottir, profesor wulkanologii, znanej na całą Islandię ekspertki, która w obliczu kolejnych erupcji staje się odpowiedzialna za bezpieczeństwo całego narodu i rzeszy skuszonych spektakularnymi wybuchami turystów. Dyrektor Wydziału Nauk o Ziemi, córka szanowanego w środowisku geologa, wiedzie szczęśliwe życie u boku męża, Kristinna, którzy wraz z dwójką dzieci mieszkają w pięknie położonym domu na przedmieściach Reykjaviku. Choć wiecznie zapracowana, Anna uwielbia swoją pracę i ceni sobie wygodne życie u boku bogatego prawnika. Spokój badaczki zostaje jednak zmącony, czego winna jest nie tylko wizja zbliżającej się katastrofy, ale także tajemniczy fotograf Tomas Adler.

Ten nieunikniony wątek romantyczny ma na celu najpewniej ukazać równoległość przeżyć ludzkich w obliczu gwałtownych zmian w przyrodzie. Tak jak magma kotłuje się pod ziemią, a jej wybuch spowoduje nieodwracalne straty nad powierzchnią, tak budząca się miłość i pożądanie wprowadzą zmiany w życiu prywatnym Anny. Romans wpłynie jednak nie tylko na jej pożycie małżeńskie, ale też na pracę zawodową: zawsze wierna intelektowi i przekonana o prymacie rozsądku Anna stanie się bardziej podatna na przeczucie i dyktaturę serca. Ale czy miłość zwycięży i sprawi, że niekochana przez egoistyczną matkę półsierota sama wybierze dzieci ponad własne szczęście? Jak wieści podtytuł powieści, miłość jest jedną z wielu katastrof, a jej skutki okażą się nieobliczalne.

Powieść Sigríður Hagalín Björnsdóttir to jednak znacznie więcej niż romansidło. Wątek miłosny jest tylko dodatkiem do opowieści o przygotowaniach do ewentualnego wybuchu na półwyspie zamieszkałym przez 1/3 ludności Islandii. To kulisy przepychanek między naukowcami a politykami, którzy muszą wypracować kompromis w obliczu nadchodzącej katastrofy. Badacze, zazwyczaj niedofinansowani i spychani na margines priorytetów, stają się nagle autorytetami w zakresie obrony cywilnej i muszą podjąć decyzje dotyczące bezpieczeństwa tysięcy ludzi. Jednocześnie, ich wymagająca praca jest dodatkowo utrudniana przez dziennikarzy, wścibskich fotografów, upartych polityków, którzy chcą sprzedać publiczności sensację, zrobić z erupcji atrakcję turystyczną, zapewnić Islandii ekonomiczny wzrost po chudych czasach pandemicznych. Praca pod taką presją jest trudna, a oczekiwania wysokie: czy pomimo lat doświadczeń da się przewidzieć erupcję wulkanu na Islandii? Czy można wyliczyć czas i miejsce wybuchu? Czy nauka zawsze jest w stanie dać nam odpowiedź, a liczby są pewniejsze od intuicji?

Islandia nie jest bowiem lądem, lecz geologicznym nieporozumieniem, powstała przez przypadek i będzie istnieć, dopóki diapir będzie na nią napierał spod płaszcza Ziemi, tak jak gorące powietrze bijące z kanałów metra unosi letnia suknię kobiety przechodzącej nad uliczną kratą wentylacyjną w zagranicznej metropolii; Islandia to wzdęcie tej sukni na chwilę przed tym, jak kobieta podejmie decyzję i wygładzi fałdy.

W książce wielokrotnie pada stwierdzenie, że Islandia potrzebuje utalentowanych wulkanologów i geologów, którzy pozwolą zrozumieć, a przynajmniej przewidzieć jej największe kaprysy. Ale nawet oni nie są w stanie wiedzieć na pewno, co drzemie pod powierzchnią lądu i oceanu. Pomiary i modele mogą zawieźć, bo żywioł rządzi się własnymi prawami, a nigdzie indziej jak właśnie na Islandii natura nie pokazuje bardziej dobitnie, że ma zdecydowaną przewagę nad człowiekiem. Björnsdóttir zdaje się przypominać o tym, dawać komentarz do dotychczasowych wydarzeń i oceniać podjęte decyzje. Masy Islandczyków i turystów wybierało się na spacer pod sam wulkan, niektórzy wdychali trujące gazy i wystawiali się na niebezpieczeństwo, próbując dotknąć lawy albo wchodząc na nią.  Spektakularna erupcja, czerwone światło i kłąb dymu fascynują i każdy chciałby przeżyć to na własnej skórze, a zarabiający na turystyce Islandczycy mogliby wymyśleć kolejne atrakcje, bo dopóki leje się lawa, przybywa pieniędzy. Autorka pokazuje do czego prowadzi – a przynajmniej może prowadzić – ta chciwość i ostrzega przed stanem wyjątkowym, nakreślając jedynie szkicowo to, co mogłoby się wydarzyć i ile ofiar ta ewentualna katastrofa mogłaby pochłonąć.

Niezwykle oczytana i kompetentna, Björnsdóttir po raz kolejny wykazuje się ogromem pracy nad poprawnością faktograficzną. Fikcja miesza się z cytatami z opracowań naukowych, osobiste wyznania z fachową terminologią geologiczną i meteorologiczną. Nie mam wątpliwości, że autorka z dziennikarską wnikliwością zrobiła przed napisaniem książki porządny research, dzięki któremu nawet fikcyjny wulkan wydaje się prawdziwym. Ten końcowy efekt jest też udziałem grafik i map umieszczonych w książce, a także w świetnie zredagowanej wersji polskiej, konsultowanej z Katarzyną Paluch, znanej z projektu Noise from Iceland. To także dzięki tej ekspertce od wulkanów książkę czyta się niemalże jak podręcznik do geografii, a czytelnikowi zostaje w głowie mnóstwo przydatnej wiedzy związanej z tematem.

Trzeba również oddać sprawiedliwość tłumaczowi Jackowi Godkowi, gdyż na tle dwóch poprzednich wydawnictw Ognie czyta się znacznie lepiej. To świetna robota translatorska, będąca niewątpliwie również zasługą redaktorek: Anny Poinc-Chrabąszcz oraz Ewy Polańskiej.  Choć w druku wciąż brakuje islandzkich znaków, o które prosiłam Wydawnictwo Literackie w recenzji Świętego słowa, postanowiłam się już pogodzić z tą konsekwentną decyzją. Brak islandzkich liter ostatecznie nie wpływa negatywnie na lekturę powieści. Książka jest świetna wydana, a ogniokrwista okładka projektu Anny Pol przyciąga uwagę i dopełnia treść powieści.

Gdybym miała ocenić, jak plasuje się powieść Ognie. Miłość i inne katastrofy na tle całej “trylogii” wydanej przez Wydawnictwo Literackie, dałabym jej drugie miejsce po Świętym słowie. W najnowszej powieści Sigríður Hagalín Björnsdóttir, autorka Wyspy oraz Świętego słowa, nie zawodzi swojego czytelnika i podaje mu dokładnie to, czego chciałby się spodziewać: historię zagubionych jednostek z islandzką katastrofą w tle. Bestsellerowa Wyspa niewątpliwie była znakomitym debiutem pisarki-dziennikarki i świetnie wymyśloną historią, ale sam temat i konstrukcja historii podobały mi bardziej w pozostałych powieściach. Powieści autorki lubię przede wszystkim właśnie za faktografię i popularyzowanie wiedzy, gdyż perypetie bohaterów mniej do mnie przemawiają. Niemniej jednak uważam, że Sigríður Hagalín Björnsdóttir należy do najwybitniejszych autorów islandzkich tego pokolenia i warto przeczytać tę książkę dla dobrego stylu i wielowątkowości.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

Dziewczyna z ładnego domu

Gdy kilka lat temu przechadzałam się ścieżkami reykiawickiego skansenu, nie zdawałam sobie wówczas sprawy z tego, że jeden z obecnych tam domów był miejscem urodzenia zapomnianej islandzkiej artystki.

W cyklu poświęconym malarstwu islandzkiemu wraz z Agnes Á. Bikowską przypominamy mniej znane islandzkie artystki. Dzięki tłumaczeniu fragmentów książki Huldukonur í íslenskri myndlist (Kobiety w malarstwie islandzkim) autorstwa Hrafnhildur Schram, poznajemy życie i twórczość “ukrytych” kobiet w malarstwie islandzkim. Na zakończenie cyklu przedstawiamy życiorys Kristín Þorláksdóttir Bernhöft.

Kristín  urodziła się w Reykjavíku jako trzecie z pięciorga dzieci pary kupieckiej Þorlákur Ó. Johnson i Ingibjörg Bjarnadóttir, którzy mieszkali przy Lækjargatu 4. Już sam dom, w którym urodziła się i wychowywała przyszła malarka był szczególny. Jej babka, Kristín Bjarnadóttir z farmy Esjuberg, otworzyła tam w  1887 roku kawiarnię  Hermes, jedną z pierwszym sal restauracyjnych w Reykjavíku. W tym budynku została również później założona pierwsza szkoła kupiecka w kraju. Ojciec Kristín Þorláksdóttir Bernhöft, Þorlákur Ó. Johnson, sprzedawał tam kopie obrazów oraz ramy i wyroby ze szkła, a co więcej, ze względu na swoje kontakty w Wielkiej Brytanii, zorganizował pierwszą na Islandii wystawę kopii dzieł malarzy angielskich. Ze względu na ważne miejsce tego domu w historii miasta, został on zrekonstruowany w podmiejskim skansenie Árbæjarsafn.

Dom z czasow dziecinstwa Krístin przy Lækjargata 4 (źródło: Huldukonur í ísl. myndlist…)

Matka Kristín, Ingibjörg, posiadała pierwszą w Reykjavíku maszynę dziewiarską i z tkanin kupowanych w Szwajcarii i Niemczech szyła wraz z córkami krawaty, fartuchy i inne akcesoria dla mieszkańców miasta. Być może to właśnie w tym czasie ujawniły się szczególne talenty plastyczne Kristín, którą wysłano na kurs do Þórarinna B. Þórlákssona.

Kristín pod jego kierunkiem zaczęła malować między innymi obrazy olejne, martwą naturę na tle okna, najprawdopodobniej w pracowni Þórarinna, tam gdzie Sigríður Björnsdóttir – rówieśniczka Kristín – malowała ten sam krajobraz w tym samym miejscu, jednak z trochę innej perspektywy. Obraz został prawdopodobnie namalowany przed jesienią 1895 roku, kiedy to Þórarinn B. Þórláksson wyjechał na  naukę do Kopenhagi. Kristín w tym czasie miała szesnaście lat.

Ingen fotobeskrivning tillgänglig.
Kristín Þorláksdóttir Bernhöft, Martwa natura namalowana w pracowni Þorlákssona (por. https://www.facebook.com/utuleTHULE/photos/gm.3103340329764389/1744488655702011/)

Niestety niewiele wiadomo o dalszej nauce malarstwa Kristín. Na pewno zimą 1897-1898 studiowała w szkole rysunku u Kristín Vídalín, pierwszej islandzkiej artystki wykształconej na kopenhaskiej Akademii Kobiecej w latach 1890-92. Sama także pojechała do Kopenhagi, prawdopodobnie już jesienią 1898 roku, ale nie wiadomo co i u kogo studiowała. Zachowały się tylko rysunki i studia detali architektonicznych, które zdaniem Hrafnhildur Schram są dowodem na obecność w pracowni o klasycznych wartościach i tradycyjnym podejściu do sztuki. Sam pobyt w stolicy nie pozostawia żadnej wątpliwości, gdyż całe rodzeństwo zostało wysłane na studia do Kopenhagi, a zaradna Kristín była w stanie nie tylko utrzymywać się samodzielnie na obczyźnie, ale też opłaciła kurs fotografii swojego brata Ólafura.

Kristín wróciła do Reykjaviku w roku 1900 i w dniu swoich 21. urodzin poślubiła lekarza Vilhelma G. Bernhöfta. Mąż wykonywał przede wszystkim zawód dentysty i wiadomo, że Kristín również mu pomagała. Sama jednak jeszcze przez kilka lat po ślubie zajmowała się malarstwem, co wspomina najstarszy syn Óskar Guido (urodzony w 1901 roku), który pamiętał swoją matkę pracującą przy sztaludze. Kristín urodziła łącznie pięcioro dzieci, a obowiązki rodzinne i pomoc mężowi stopniowo odrywały ją od pracy twórczej.

Kan vara en bild av 1 person
Kristín z mężem Vilhelmem G. Bernhöftem na tyłach domu panieńskiego przy Lækjargata 4.

Zachowało się niewiele oryginalnych prac Kristín Þórláksdóttir. Jednym z wybitniejszych jest portret starszej kobiety robiącej na drutach. Modelką była mieszkanka Reykjavíku, która chodziła w mieście od domu do domu i robiła na drutach oraz cerowała odzież. Portret ukazuje postać en face, co pozwala na dostrzeżenie skupionej twarzy poprzecinanej zmarszczkami oraz pracę rąk, które sprawnie obracają drutami. Choć w dziele tym widać elementy naturalizmu, z którym Kristín musiała spotkać się podczas swojego pobytu w Kopenhadze, jest on kolorystycznie i nastrojowo bliski twórczości jej pierwszego nauczyciela. Pomimo prostoty samej czynności wykonywanej przez bohaterkę obrazu, a może właśnie przez nią, dostrzegalne jest uproszczenie samych rąk, co zwraca naszą uwagę na ciekawie zakomponowany układ drutów i świetnie namalowany materiał dzierganej tkaniny, który pod względem warsztatu malarskiego jest najlepszym fragmentem tego obrazu.

Kristín Þorláksdóttir Bernhöft, Starsza kobieta szyjąca na drutach, b.d. (źródło: Huldukonur í ísl. myndlist…)

Malarka wykonała również szereg kopii obrazów duńskich, które podarowała Islandzkiej Galerii Narodowej. Ale w późniejszych latach zajmowała się również rzemiosłem, co poświadcza między innymi jej udział w wystawie rzemiosła i przemysłu (isl. Iðnsýningin) w Reykjavíku. Targi miały miejsce w budynku szkoły Miðbæjarskólinn przy Fríkirkjuvegur 1 i zostały zorganizowane w setną rocznice urodzin Jóna Sigurðssona, czyli 17 czerwca  1911 roku. Wystawę zainicjowali artyści zrzeszeni w Stowarzyszeniu Reykjawickich Rzemieślników (isl. Iðnaðarmannafélag Reykjavíkur) w nawiązaniu do wielkich wystaw przemysłowych w Londynie czy Paryżu. Wśród około 1500 obiektów znajdował się kilim autorstwa Kristín, który swoim rozmiarem wypełnił cały pokój i za który otrzymała w nagrodę dyplom.

Choć trudno oszacować, ile z jej 78-letniego życia pracowała jako artystka i rzemieślniczka,  twórczość Kristín Þorláksdóttir Bernhöft należy do spuścizny wielu innych islandzkich artystek, które dzieliły w natłoku obowiązków domowych szukały czasu na sztukę. Niestety nie dowiemy się już, jak potoczyłyby się kariery malarskie Kristín oraz jej koleżanek z reykjawickiej pracowni: Valborg Þorvaldsdóttir, Guðrún Pétursdóttir, Anny Pálsdóttir, Guðrún Þorgrímsdóttir, Margrét Jónsdóttir, Kristín Jónsdóttir, Rannveig Nikulásdóttir, Ragnhildur Eggerz oraz Ragnhildur Pétursdóttir, gdyby mogły wykorzystać swoje talenty i predyspozycje w taki sam sposób, w jaki wówczas robili to mężczyźni. Warto jednak pamiętać o tych mniej znanych kobietach-artystkach, które przetarły szlak kolejnym pokoleniom Islandek decydujących się na zawód malarek i rzeźbiarek.

Wszystkie informacje i cytaty pochodzą z książki Hrafnhildur Schram, Huldukonur í íslenskri myndlist (Kobiety w malarstwie islandzkim), 2005, przekł. Agnes Á. Bikowska

O tłumaczce:
Agnes Á. Bikowska ukończyła etnologię w Polsce oraz Íslenska sem annað mál na Iniwersytecie Islandzkim, obecnie studentka studiów magisterskich na kierunku Þýðingafræði. Mól książkowy, tłumaczka-hobbistka i pasjonatka języka islandzkiego.

Wokół kina Północy

autorTadeusz Szczepański
tytuł: Kino nordyckie. Pierwsze stulecie
rok: 2021
wydawnictwo: PWSFTviT Szkoła Filmowa w Łodzi
liczba stron: 280

Tadeusz Szczepański zabiera nas w podróż do świata kina nordyckiego, które znamy już wyłącznie z opowieści albo przeglądów filmowych.

“Kino nordyckie” to próba przedstawienia przeszło stuletnich dziejów kinematografii pięciu krajów nordyckich – Szwecji, Danii i Norwegii (określanych wspólną nazwą Skandynawia) oraz Finlandii i Islandii – które razem składają się na makroregion europejski, w znaczącym stopniu zintegrowany z położeniem geograficznym na Północy Europy (Nord). Łączą je również podobieństwa historycznych doświadczeń i procesów społeczno-cywilizacyjnych, (…) a także melancholijne piękno pejzażu, w kinie trudne do przeoczenia.

Dotąd na polskim rynku znalazło się kilka pozycji dotyczących kina skandynawskiego, wśród nich recenzowane przeze mnie: Kino Islandii. Tradycja i ponowoczesność Sebastiana Jakuba Konefała (2016) oraz Od Ibsena do Aho. Filmowe adaptacje literatury skandynawskiej (2015), zawierająca teksty wielu badaczy, wśród nich również Tadeusza Szczepańskiego, będącego redaktorem całego tomu. Podczas gdy antologia Konefała jest pierwszą tak wnikliwą analizą kinematografii islandzkiej od jej początków po czasy współczesne, publikacja zbiorowa z 2015 roku skupia się na filmach ze wszystkich krajów nordyckich, ale tylko tych opartych bezpośrednio na dziełach literackich. Tym samym najnowsza pozycja autorstwa Tadeusza Szczepańskiego, historyka filmu i badacza kinematografii Północy (skandynawskiej i rosyjskiej) staje się pełną analizą kina nordyckiego, nie tylko adaptacji filmowych, ale najważniejszych pozycji od kina niemego po produkcje z końca XX wieku.

Choć w przedmowie do Kina nordyckiego autor wylicza podobieństwa między krajami obszaru nordyckiego, argumentując zasadność wspólnego opracowania pięciu kinematografii w jednym tomie, jednocześnie podkreśla różnice i niuanse między produkcjami. Ten podział widać również w spisie treści: każdy rozdział poświęcony różnym zagadnieniom (kino nieme, kino klasyczne, nowe kino, kino końca stulecia) ma podrozdziały poświęcone odrębnym krajom: Danii, Szwecji, Norwegii, Finlandii oraz Islandii, która pojawia się dopiero w ostatnim rozdziale ze względu na późne początki islandzkiej kinematografii. To właśnie różne daty pojawienia się dziesiątej muzy oraz różne sposoby prowadzenia polityki wspierania powstawania produkcji filmowych są podstawą do podziału treści książki i odrębnego prezentowania rozwoju kinematografii krajów nordyckich.

Opowieść zaczyna się na samym początku kina, czyli od kina niemego, którego pionierem na obszarze nordyckim była Dania, a główną postacią tego rozdziału w historii kinematografii duńskiej jest postać Carla Theodora Dreyera, któremu Szczepański poświęca cały podrozdział. Gdy rozwój kina duńskiego zostaje spowolniony wydarzeniami drugiej wojny światowej, prym zaczyna wieść Szwecja pod szczególnym przewodnictwem Victora Sjöströma, który – wraz z innymi realizatorami – zadecyduje o szczególnej pozycji kina szwedzkiego w tej części Europy. Norwegia i Finlandia również ma swój udział w produkcjach kina niemego, ale prawdziwy rozwój tych kinematografii Szczepański opisuje przy okazji kina klasycznego, podkreślając rolę filmu w (współ)tworzeniu tożsamości narodowych dzięki podejmowaniu ważnych tematów i wykorzystywaniu archetypów kluczowych dla norweskości i fińskości.

Trzecia część opracowania dotyczy Nowej Fali, którą z kinem klasycznym łączy postać Ingmara Bergmana, niezaprzeczalnego geniusza kina skandynawskiego i giganta kinematografii szwedzkiej, któremu poświęcono najwięcej miejsca w tej pozycji. Nie oznacza to jednak, że cień wielkiego Bergmana przytłoczył wówczas produkcje z innych krajów nordyckich, bo choć autor mniej pisze o Nowej Fali w Danii, Norwegii i Finlandii, to opisuje najważniejsze produkcje i kluczowych twórców z taką samą dokładnością, wprowadzając te mniej znane nazwiska i zapełniając białe plamy w świadomości mniej obeznanych w temacie polskich czytelników i czytelniczek.

Opracowanie kończy się opowieścią o ostatnich dekadach stulecia, które po Bergmanie na nowo zdominuje kino duńskie, z eksperymentalną Dogmą i kontrowersyjnymi produkcjami Larsa von Triera.  Rozdział puentuje krótka historia kina islandzkiego lat 80. i 90. XX wieku. Choć z dużym opóźnieniem,  Islandzka Wiosna Filmowa, jak podkreśla sam autor, wkracza na rynek skandynawski z wielkim sukcesem, a produkcje wspierane przez zagranicznych inwestorów nie ustępują jakości filmom z krajów sąsiednich.

Wielką zaletą Kina nordyckiego jest przyjemnie prowadzona narracja. Badacz sprawnie miesza język naukowy z bardziej przystępnym stylem popularnonaukowym, dzięki czemu opracowanie nie jest wyłącznie podręcznikiem dla studentów filmoznawstwa. To pięknie wydany, bogato ilustrowany fotosami i kadrami z omawianych filmów album z soczystą treścią przywołującą historię wielkich i tych mniej znanych produkcji skandynawskich XX wieku. Tadeusz Szczepański zabiera nas w podróż do świata kina nordyckiego, które znamy już wyłącznie z opowieści albo przeglądów filmowych. Aby je obejrzeć, musimy mieć dostęp do archiwów czy starych wypożyczalni, większości tytułów nie znajdziemy przecież na Netflixie. Poszukiwaniom sprzyja indeks filmów umieszczony na końcu książki, który ułatwi szukanie tytułów w ich oryginalnych wersjach i polskim tłumaczeniu.

Kino nordyckie. Pierwsze stulecie autorstwa Tadeusza Szczepańskiego, wydane nakładem Łódzkiej Szkoły Filmowej to pozycja nie tylko dla kinomanów, ale każdego miłośnika Północy. Aby zrozumieć fenomen “szwedzkiego grzechu” albo pobudki do tworzenia kina Dogmy, należy sięgnąć po ten album z ikonicznym kadrem z Siódmej pieczęci Bergmana na okładce. Jak w przypadku każdej sztuki, kino skandynawskie przybliża nam historię i kulturę tego obszaru, a czarno-białe i kolorowe fotosy zdają się czasem lepiej oddawać ducha Północy niż książki i nieruchome obrazy.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu PWSFTviT.

Kieszonkowa historia Islandii

 

autor: Gunnar Karlsson
tytułHistoria Islandii w skrócie
tłumaczenie: Agnes Ársól Bikowska, Anna Karen Svövudóttir
rok: 2021
wydawnictwo: Forlagið Bókabúð
liczba stron: 80

Ile szczegółów z historii Islandii pamiętasz? 

O historii Islandii wiem co nieco. Bliska jest mi historia przełomu XIX i XX wieku, szczególnie związana z dążeniem do niepodległości. Dzięki sagom i innym lekturom związanym ze średniowieczem, wiem też jak mniej więcej wyglądało zasiedlenie Islandii i dzieje pierwszych Islandczyków. Ale pomiędzy średniowieczem a współczesnością do tej pory miałam w głowie białą plamą. Poza jakimś ogólnym rozumieniem, że Islandia przez wieki należała do Danii, nie do końca kojarzyłam jak do tego doszło, kiedy i dlaczego.

Przez te braki w mojej wiedzy, kiedy zaczęłam cykl wpisów na Facebooku, który dotyczył przypominana najważniejszych dat historycznych (#kalendarzislandzki), skupiłam się głównie na czasach współczesnych, bo te wydarzenia były mi dobrze znane i najlepiej udokumentowane. Ale po niemal roku trwania tego małego projektu, dotarłam do wielu interesujących wydarzeń z XIV-XVIII wieku. Krok po kroku, fragment po fragmencie zaczęłam odkrywać przed samą sobą kolejne karty z islandzkiej historii, ale ta selekcja wydarzeń nie dawała mi jeszcze ogólnego pojęcia o tym, jak wyglądała nowożytna Islandia, a nawet Islandia w XIX wieku!

Jedna z grafik do cyklu #kalendarzislandzki, które powstały już po lekturze książki.

Ale być może inni miłośnicy Islandii mają tak samo? W Polsce niewiele się przecież o tym pisze i mówi, a większość pisanych przez polskich badaczy albo tłumaczonych na język islandzki książek dotyczy albo czasów od zasiedlenia, albo od odzyskania niepodległości i czasów współczesnych. Wiele wydarzeń traktuje się niemal jak ciekawostki: demokratyczne przyjęcie chrześcijaństwa, konflikt z baskijskimi wielorybnikami, bezkrwawa walka o niepodległość, wojny dorszowe, pierwsza prezydentka na świecie i pierwsza zadeklarowana lesbijka na urzędzie premiera kraju. Ale co łączy te wydarzenia? Warto byłoby się dowiedzieć. 

Dlatego bardzo się cieszę, że w końcu pojawiła się “Historia Islandii w skrócie” Gunnara Karlssona, w przekładzie dwóch Polek mieszkających na Islandii: Agnes Ársól Bikowskiej i Anny Karen Svövudóttir. Jest to dokładnie to, czego potrzebowałam, żeby się doszkolić: krótka, ale bardzo treściwa książeczka, którą można przeczytać przed snem albo zabrać w podróż, bo łatwo zmieści się w torebce albo większej kieszeni. Z lektury której dowiecie się o najważniejszych wydarzeniach z przeszłości Islandii, opisanych w sposób przystępny, prostym językiem, do tego treść jest bogato ilustrowana zdjęciami i infografikami. Słowem, jest to bardzo przyjemna lektura dla każdego, kto chciałby mieć szerszy obraz historii Islandii, poznać ją w pigułce. 

Polskie wydawnictwo książeczki uzupełnia serię jej wydań w pięciu językach. Jak dotąd, niewielką książeczkę dostępnej w językach: islandzkim, angielskim, duńskim, niemieckim i hiszpańskim, można było zakupić w wielu punktach turystycznych na Wyspie, jako pamiątkę lub przewodnik po Islandii. Widać, że spełnia swoją funkcję, bo jest jedną z najlepiej sprzedawanych książek tego typu w całej Islandii. Ale przypadek polskiej wersji językowej pokazuje, że nie jest to jedynie pozycja przeznaczona dla turystów. Najwyraźniej nasi rodacy na Wyspie postanowili doszkolić się z islandzkiej historii, bowiem według księgarni wydawnictwa jest to bestseller pierwszej połowy lipca:

Beskrivning saknas.
Zdjęcie dzięki uprzejmości Agnes Ársól Bikowskiej.

Polskie wydanie cieszy, bo to również dzieło dwóch Polek mieszkających na Islandii. Agnes Ársól Bikowską znacie już dzięki naszej wspólnej serii tekstów o zapomnianych islandzkich artystach, z kolei Anna Karen Svövudóttir jest nie tylko tłumaczką, ale też doradczynią ds. komunikacji w islandzkim Ministerstwie Zdrowia. Obie zrobiły kawał roboty, choć – jak to bywa w polskich tłumaczeniach literatury islandzkiej – wkradają się w ich język formy jakby podstarzałe albo brzmiące dość obco polskiemu uchu. Ciekawe, czy wynika to z tego, że polscy tłumacze języka islandzkiego to często emigranci lub osoby mieszkające większość swojego życia na Islandii, a więc pracujące i być może również też myślące na co dzień w języku islandzkim. Te “islandzkie” naleciałości nie są bynajmniej wadą, niemniej jednak są dla mnie jako czytelniczki (i dyplomowanej, choć niepraktykującej językoznawczyni), bardzo intrygujące. 

Ale warto podkreślić, że pomimo drobnych błędów i literówek, do których przyczepiam się wyłącznie dla porządku, “Historię Islandii w skrócie” czyta się naprawdę dobrze, o czym już zresztą wspomniałam. Jeśli wpadnie Wam z ręce, koniecznie kupcie ją dla siebie lub komuś w prezencie, bo taka kieszonkowa lekcja historii każdemu może się przydać! Książkę możecie dostać obecnie głównie na Islandii, ale kto wie – może jej rosnąca popularność na Wyspie sprawi, że pojawi się w sprzedaży również w Polsce?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wspaniałej Agnes Ársól Bikowskiej!