Fałszywe złoto

Złotokap

tytuł oryginalny: Gullregn 
reżyseria: Ragnar Bragason
rok produkcji: 2020
kraj: Islandia

Złotokap (2020) - Filmweb

Jeśli zastanawialiście się, jak nazywa się islandzka odpowiedniczka Grażyny, to już Wam mówię: Indíana Jonsdóttir.

O filmie Złotokap w reżyserii Ragnara Bragasona dowiedziałam się jeszcze podczas Gdańskich Targów Książki, kiedy Karolina Gruszka w spotkaniu z Jackiem Godkiem opowiadała o swoich przygotowaniach do zdjęć. Tłumacz pomagał aktorce okiełznać islandzką wymowę oraz zrozumieć scenariusz do przygotowywanego filmu. Wówczas było jeszcze tajemnicą, o czym dokładnie będzie ta historia, jednak gdy tylko pojawiły się pierwsze zapowiedzi dystrybucji filmu w Polsce, zacierałam ręce z ciekawości i dziwnej dumy z udziału Polki w islandzkiej produkcji.

Nasza rodaczka wciela się w postać Danieli, pielęgniarki z Polski, która wywodząc się z wielodzietnej rodziny rozrzuconej po świecie, wyemigrowała na Islandię i od kilku lat zmaga się z językiem oraz szuka sobie ciekawych zajęć. Poznajemy ją jako pracownię domu starców, ale jako dyplomowana pielęgniarka będzie próbowała swoich sił również w ochotniczej grupie ratowników górskich, która zbiera nierozsądnych turystów z lodowców i innych niebezpiecznych destynacji. To właśnie w ramach tego wolontariatu poznaje Unnara (Hallgrímur Ólafsson), sympatycznego, ale też raczej nieśmiałego ratownika w średnim wieku. Ten każdą wolną chwilę poświęca swojej matce, Indíanie, właścicielce tytułowego złotokapu, czyli egzotycznego drzewa, które hoduje w swoim prywatnym ogródku na osiedlu wielkiego miasta (strzelam, że to gdzieś w reykjawickiej dzielnicy Breiðholt).

Wbrew polskiej linii promocji filmu, główną bohaterką nie jest Daniela, ale właśnie Indíana Jonsdóttir (Sigrún Edda Björnsdóttir). Typowa Grażyna, która surowo ocenia innych, sama będąc uosobieniem najgorszych cnót. Indíana to wyzyskiwaczka systemu, która wegetuje na zasiłkach i jeszcze na wszystko narzeka. Jako samotna matka wyszukała u syna wszelkie możliwe choroby, które pozwoliły jej na pobieranie publicznych pieniędzy i wakacyjne wyjazdy do sanatorium. Sama również jest na wszystko chora, udając niepełnosprawną kiedy wychodzi z domu. Wszystko po to, żeby się nie przepracować i nie zmęczyć, choć uważa, że jej życie od zawsze utkane było samymi przeciwnościami i los rzucał jej kłody pod nogi.

Jedynym pocieszeniem i adresatem bezinteresownych uczuć jest tytułowy złotokap, który dogląda i pielęgnuje z największą miłością. Egzotyczne drzewko przyniosło jej wiele zasług i dyplomów, lecz kiedy Ministerstwo Środowiska postanawia pozbyć się wszystkich gatunków obcych islandzkiej florze, kobieta idzie na wojnę z władzami. Pisze listy i wykłóca się z urzędnikami, uzbrojona w kule i okulary, które mają dowieść jej niepełnosprawności i wzbudzać litość. 

W domu jest jednak przeciwieństwem schorowanej i biednej obywatelki. Sprawna i całkiem już zdrowa, ma siłę wygrażać hałasującym sąsiadom, a kul używa do stukania w sufit, kiedy mieszkająca nad nią nastolatka ćwiczy grę na pianinie. Co gorsza, pianistka ma wietnamskie pochodzenie i zdaniem Indíany powinna wynieść się z Islandii, jak wszyscy inny imigranci. Indíana jest tradycjonalistką i wrogiem wszelkich nowości czy eksperymentów kulinarnych, traktując wszystko, co islandzkie, za najlepsze. Ciekawe tylko, że jej życie kręci się wokół egzotycznego drzewa, które z pewnością nie jest islandzkie. Niewielkie mieszkanko oświetlane złotem ukochanego drzewka jest jej królestwem i centrum dowodzenia: z fotela dyryguje dorosłemu już synowi oraz sąsiadce, Jóhannie (Halldóra Geirharðsdóttir), która pomimo własnej, potwierdzonej niepełnosprawności, usługuje jej na każdym kroku.

Jóhanna Einarsdóttir (świetnie zagrana rola!) jest postacią barwną i podkreślającą wszystkie wady Indíany, bo stanowi jej całkowite przeciwieństwo. Choć ograniczona ruchowo po wypadku, nie narzeka i nie boi się ruchu, czy to przy pracy, czy podczas igraszek z “narzeczonym”. Pogodnie i pokornie przyjmuje swój los, angażując się w życie społeczne osiedla i kolegując się ze wszystkimi sąsiadami. Jest bardzo otwarta na świat i ciekawa obcych kultur, ciesząc się obecnością imigrantów w swoim bloku. Gdy w życiu Indíany pojawia się Gabriela, polska dziewczyna Unnara, Jóhanna przyjmuje ją z otwartymi ramionami, chwaląc postępy w języku islandzkim i wypytując o polskie zwyczaje. Matka Unnara – wręcz przeciwnie – przyjmuje wrogie nastawienie do dziewczyny tylko dlatego, że nie jest Islandką i kaleczy język. 

Bilet na Złotokap - Warszawa, 05 Wrzesień 19:00 - Bilety24.pl

Indíana uosabia więc tradycjonalizm i ksenofobizm obecny na Islandii. Choć Wyspiarze wolą prezentować się jako tolerancyjni i otwarci, mieszkający tam emigranci przekonali się nie raz, że są gorsi, bo nie pochodzą stąd. Film jasno krytykuje islandzką zaściankowość i umiłowanie do tradycji czy puryzmu językowego, zgrabnie zestawiając ten groźny nacjonalizm z niewątpliwie dalekimi od patriotyzmu zachowaniami: pobieraniem publicznych pieniędzy bez powodu i nielegalnym dorabianiem na boku.

Indíana, jak typowa Grażyna czy Karen, jest uosobieniem średniactwa, które grozi współczesnym, multikulturowym i otwartym społeczeństwom. Biała, przynależąca do grupy etnicznej zamieszkującej swój kraj, należąca do większości kobieta w średnim wieku o średnim wykształceniu i reprezentująca klasę średnią niższą. Ma byle jakie pojęcie o świecie, ale uważająca się za pępek tego świata i wzór cnót. Nie podróżuje i nie zna języków obcych, więc wymaga od innych perfekcyjnego islandzkiego i przynależności do islandzkiej kultury. Sama nie pracuje i żyje z zasiłków, ale krytykuje niskie stanowiska innych czy pracę wolontariacką. Nie ma gustu i otacza się kiczowatymi przedmiotami, ale pozuje na elegancką, zadbaną damę w drogim futrze i wykwintnych upodobaniach. Wszystko to jednak opiera się na kompleksach, poczuciu własnej niższości, brakach w rozwoju duchowym i nierzadko trudnym dzieciństwie. 

Choć przeszłość Indíany mogłaby wyjaśnić jej toksyczną relację z synem i trudne podejście do świata, widz nie jest w stanie obdarzyć jej współczuciem. Jej zachowanie nie ma wytłumaczenia, a całe zło, które wyrządziła swojemu synowi, czyniąc go nie niepełnosprawnym uczuciowo i społecznie, jest krzywdą nie do naprawienia. Dobroć i wyrozumiałość Gabrieli z Polski nie wystarczy, aby wyleczyć tę ranę swoją miłością. Skierowanie wszystkich uczuć na drzewo przy wykorzystaniu własnego dziecka jako maszynki do pobierania zasiłków jest skrytykowane postawą postaci granej przez Karolinę Gruszkę, ale ostatecznie zło zwycięża z dobrem. Barwna egzotyka i wielokulturowość opuszcza ostatecznie dom Jonsdóttir, nie tylko dlatego, że jej ukochane drzewko zostanie w końcu wycięte. 

Film Złotokap świetnie wpisuje się w nurt czarnych komedii o charakterze gorzkiej analizy islandzkiego społeczeństwa, jaką widzieliśmy w W cieniu drzewa czy Kobieta idzie na wojnę. Użyta tu konwencja teatru telewizji, na którą uwagę zwrócił mój towarzysz, ma moim zdaniem uwypuklić role i podkreślić różnice między trzema bohaterkami: toksyczną i ograniczoną Indíaną, sympatyczną i otwartą Jóhanną oraz dobrą i współczującą Gabrielą. Te trzy typy kobiety dają wgląd w islandzkie społeczeństwo XXI wieku: złożone z radykalnych ksenofobów, lewicujących postępowców oraz licznych imigrantów. Ciekawe, że to właśnie role kobiece są w tym obrazie tak silne, spychając mężczyzn na drugi plan. Ci są albo zagubieni i bezsilni (Unnar), zrezygnowani i pozbawieni pewności siebie (Anton) albo emocjonalnie wykastrowani (Hjalti Pétur – krótka, ale barwna rola Jóna Gnarra). 

Czy na radykalizujące, idące w chory nacjonalizm i zaściankowość społeczeństwo islandzkie (i nie tylko) spadnie złoty deszcz zdrowego rozsądku? Czy oświetli nas wreszcie idea świata otwartego na wszystkich, tolerancyjnego, pełnego mądrych, ciekawych i dobrych ludzi? Skoro nawet społeczeństwo kraju uważanego powszechnie za jeden z najlepiej zorganizowanych i światłych zepsute jest aż do korzeni, czy jest nadzieja na to, że zakwitnie nam jeszcze lepsza Europa? Czy pastiszowy obraz Indíany-Grażyny stanie się czymś więcej niż niewyczerpalnym źródłem dla żartów i memów? Nie mówię, że Złotokap to film genialny i w pełni analizujący to, co dzieje się we współczesnym świecie. Uważam jednak, że wiele w nim celnych uwag i dobrze zanalizowanych przypadków, dlatego warto go obejrzeć, nawet jeśli – albo właśnie dlatego, że – znudziły nas już żarty z Grażyny i Janusza.

Koncert czasów zarazy

Wielu pewnie po prostu chciało zobaczyć islandzką kompozytorkę na żywo. Nie spodziewali się całego artystycznego entourage’u tego koncertu. Występ Hildur Guðnadóttir był częścią Ephemera Festival by Unsound.

Trzeba przyznać, że i ja byłam wśród tych zaskoczonych. Gdy dowiedziałam się, że laureatka Oscara za muzykę do Jokera zagra koncert w Warszawie, po prostu chciałam zobaczyć ją na żywo. W dodatku koncert reklamowano jako Chernobyl live, a więc Islandka miała grać własne kompozycje ze ścieżki dźwiękowej do serialu Czarnobyl, który połknęłam w dwa lub trzy wieczory będąc jeszcze zimą we Francji.

Wtedy nie zgadłabym jeszcze, że przyjdą czasy zarazy i że w pewnym sensie rzeczywistość pokazana w serialu będzie miała swoją wariację w bliskiej przyszłości. Choć nie o skażenie atomowe na szczęście przyszło nam się martwić, świat stanął w miejscu i wielu ludzi sparaliżował strach. Przyszło nam nosić maski, unikać skażonych miejsc i ludzi, a nawet widzieć na osiedlach epidemiologów czy pracowników służby ratowniczej w kombinezonach przeciwbiologicznych. Krajobraz jak z serialu, który oglądało się jak science-fiction, bo choć opowiadał historię z przeszłości, w pewnym sensie wyszedł też w przyszłość.

Ale wróćmy do koncertu. To był mój pierwszy event muzyczny od czasów wybuchu epidemii. Kilka dni wcześniej poszłam po raz pierwszy do kina, więc spodziewałam się głównie obowiązku zakrywania nosa i ust. Na miejscu okazało się jednak, że trzeba podpisać oświadczenie, dać sobie zbadać temperaturę oraz zdezynfekować ręce. W sali krzesła ustawione były 1 m od siebie, a na ścianach wyświetlano w nieskończoność obowiązujące na miejscu zasady. W tle sączyła się już fabryczna muzyka, pasująca do tego post-industrialnego miejsca, jakim jest Mińska 65. Nastrój pasował idealnie do tworzącej się na bieżąco historii – być może za kilka lat będziemy wspominać wydarzenia kulturalne w takich warunkach ze śmiechem, być może staną się codziennością. A jednak rygor nakazujący pozostanie na swoim miejscu i nie rozmawianie z innymi w moim umyśle wykraczał już poza sytuację epidemiologiczną, a przybliżał go geopolitycznego kontekstu serialu Czarnobyl.

Wszystko to – świadomie lub nie – budowało napięcie przed koncertem, który rozpoczął się z dużym opóźnieniem, pewnie z racji ogonka czekającego na wynik termometru. W ciszy i podnieceniu oczekiwano wejścia na scenę filigranowej wiolonczelistki, która – gdy wreszcie objawiła się publiczności – została powitana głuchymi oklaskami. Sama nie powiedziała nic, mając twarz zakrytą maską, podobnie jak jest współtowarzysze: Sam Slater i Chris Watson. Ta cisza i sceniczny kamuflaż pogłębiały dystans, który w dzisiejszym świecie jest wartością pożądaną. Artystka była wręcz odwrócona do widowni plecami, być może ze strachu, że może kogoś zarazić przez śpiewanie. A może to tylko wnioski podszyte paranoją i przyzwyczajeniem do nowych standardów, według których niepodanie ręki nie jest już oznaką nieuprzejmości, ale troski o dobro wspólne. I nie jest już ważne, czy kompozytorka ma wrodzoną nieśmiałość i nie prowadzi dialogów z publicznością. W końcu COVID-19 przyszedł z pomocą wszystkim introwertykom tego świata.

Widziałam już zresztą Hildur Guðnadóttir na żywo, ale był to barwny koncert zespołu Múm, grany w czasach przed pandemią, a więc takich, które mało kto już pamięta. Wiem, że jest to z natury pogodna i uśmiechnięta dziewczyna, która miło niewielkiej postury tworzy magię za pomocą wiolonczeli. Ale tym razem nie miała ze sobą najpiękniejszego instrumentu świata, lecz mikrofon i muzyków przy komputerach. To oni odpowiedzialni byli za tajemnicze dźwięki, które budują niezwykły nastrój serialu o wybuchu reaktora jądrowego.

Gdy jednak na ekranie dźwięki spalają się z obrazem, bez video tracą jednak swój kontekst i stają się ciężką, trudną dla ucha nieprzygotowanego na takie doznania kakofonią. Być może to nowe, obce ścieżce dźwiękowej, brzmienie było dziełem Francesci Donadella, odpowiedzialnego za przestrzenność dźwięku. Ten dźwięk faktycznie zaskakiwał widownie z różnych kierunków, czasem atakując od tyłu, a czasem niemal od dołu. Towarzysząca mu od czasu do czasu wibracja tworzyła dodatkowy efekt, który przenikał aż do głębi, ale dla innych mógł wydawać się niekomfortowy. Nie były to jednak dźwięki przecinające umysł na pół czy przyprawiające o ból uszu. Czasem intensywne, czasem ciemne, ciepłe, dawały raz poczucie dyskomfortu, a raz niemalże skłaniały do medytacji z zamkniętymi oczami.

Trudno jednak powiedzieć, czy zamykałam oczy tylko ze względu na podróż muzyczną, a może zmuszały mnie też do tego ostre światła. Podczas koncertu wielokrotnie zadawałam sobie pytanie, czy ostrzegano pacjentów chorych na epilepsję przed takimi efektami. Często zmieniające się wiązki światła o różnych kolorach, czasem niemal stroboskopowe, okazały się być projektem Theresy Baumgartner, artystki z Berlina. Gra świateł była więc dodatkowym dziełem sztuki towarzyszącym koncertowi, jednak dla niektórych sztuka ta okazała się zbyt mocna. Jeden pan zakrywał długo twarz, aż w końcu opuścił salę przed zakończeniem koncertu.

Ja z kolei przeżywałam różne stany podczas tego dłuższego nieco ponad godzinę występu. Sztukę powinno odbierać się z dobrym przygotowaniem: przyjść na koncert wypoczętym, wyspanym, najedzonym. Ja jednak wpadłam prosto z trzygodzinnej próby chóru, zmęczona i prze-bodźcowana, szczególnie jeśli chodzi o dźwięki. W ciemnej sali z migającymi światłami oddalałam się więc w podróż, która z wolnym tempie z muzycznej zamieniała się w podróż do krainy Morfeusza. W pół śnie oddawałam się przemyśleniom na różne tematy, a brutalne dźwięki przywodziły na myśl najmniej przyjemne wydarzenia. W ciągu kilkudziesięciu minut zdążyłam przeanalizować wszystkie świeże porażki i toksyczne znajomości. Nie spodziewałam się, że koncert w czasach zarazy może okazać się swoistą terapią dźwiękami. Celem sztuki jednak jednak odciągnąć nas od problemów codzienności i zabrać w inny świat, albo zaserwować odbiorcy katharsis. Jeśli muzyka i jej tło skłoniły mnie do tego typu przemyśleń i przeżyć, to w pewnym sensie zdała swój egzamin. Przekaz był na tyle silny, że wyciągnął ze mnie, to co najgorsze. Tylko że po wyjściu niestety nie czułam się lepiej.

Ogromnym plusem tego wieczoru jest fakt, że po koncercie spotkałam znajomych-nieznajomych. Jednym z nich był Adam Świtała, polski muzyk na co dzień mieszkający na Islandii, człowiek wielu talentów, doktorant Akademii Sztuk Pięknych w Reykjaviku. W takim gronie trudno było przyznać się do mieszanych uczuć odnośnie koncertu, ale rozmowa na inne tematy pozwoliła na ochłonięcie, odrobinę odpoczynku od hałasu i przetrawienie tego intensywnego doświadczenia. Wróciwszy do domu uznałam, że jednak nie było tak źle, jak myślałam, będąc jeszcze na sali.

Żałuję tylko, że tak mało widziałam i słyszałam samą Hildur. Choć nie tworzy ona muzyki, której towarzyszy wizualne show na scenie, jej miła postać w lepszym świetle być może byłaby nagrodą za intensywną terapię. Kto wie, może w czasach zarazy przyszło mi oglądać ją na żywo po raz ostatni, a niewykluczone, że był to pierwszy i ostatni koncert dla mnie w tym sezonie. Mam tylko nadzieję, że wrócą normalnie czasy, kiedy na kameralnych koncertach widziało się wykonawcę na wyciągnięcie ręki, a publiczność stłoczona była pod sceną, nie patrząc na zachowanie żadnej odległości. Wtedy pewnie najbardziej industrialne dźwięki trafiałyby prosto do serca, nie tworząc wiwisekcji na naszych umysłach.

Unsound zaprasza: Ephemera Festival Warszawa - Portal Promocji Kultury  ProAnima.pl

Dziękuję działowi promocji za zaproszenie na koncert.

Mleczna rewolucja

Daleko od Reykjavíku

tytuł oryginalny: Héraðið
reżyseria: Grímur Hákonarson
rok produkcji: 2019
kraj: Islandia

Daleko od Reykjavíku | Kino Muranów

Jeśli wybieracie się na “nowy film twórcy Baranów“, nie zdziwi Was, że akcja znowu kręci się wokół zwierząt i znowu z daleka od dużego miasta.

To właśnie dzięki Baranom. Islandzka opowieść Grímur Hákonarson zrobił międzynarodową karierę, a film odniósł wielki sukces równie w Polsce, a ci, którzy dotąd nie mieli pojęcia o wyspiarskiej kinematografii albo niewiele wiedzieli o Islandii, poznali ją właśnie przez kadry czarnej komedii z owcami w roli głównej. Świetnie zagrany i pięknie skomponowany film miał faktycznie wszystkie atuty, by godnie reprezentować Wyspę. Konflikt między braćmi i silny związek z wsią i gospodarstwem, a przede wszystkim podkreślenie piękna (i zacofania) islandzkiej prowincji chwycił nas za serca, będąc uniwersalną opowieścią o wartościach. Jednocześnie stał się wizytówką islandzkiego kina – celnym komentarzem na temat współczesności, pozostającym w dialogu z klasykami podejmującymi podobny wątek kontrastu miasto-wieś. W dodatku komentarzem pełnym humoru – wszyscy pamiętamy scenę, w której rolnik podrzuca swojego brata ciągnikiem pod szpital i wykłada go łyżką pod drzwi przychodni.

Uwaga! Spoilery!

W Daleko od Reykjaviku również pojawia się godna zapamiętania scena, w której główna bohaterka oblewa siedzibę spółdzielni świeżym mlekiem z cysterny. Inga jest świeżą wdową – jej mąż umiera w wypadku samochodowym i zostawia na jej barkach całe gospodarstwo z krowami mlecznymi. Kobieta nie jest jednak sama, ponieważ może liczyć na pomoc spółdzielni – związku lokalnych rolników, którzy wspierają się poprzez skupywanie własnych produktów. Robią zakupy w tym samym sklepie i są samowystarczalni, nie musząc wspierać sieciówek z Reykjaviku. W teorii celem spółdzielni jest umocnienie patriotyzmu lokalnego i pozycji gospodarzy z małej wioski na północy Islandii. Niestety okazuje się, że rolnicy słono przepłacają na tej współpracy, a każda próba wyjścia poza spółdzielnie i robienie interesu z zewnętrznymi kontrahentami jest surowo karana przez zarząd. Niektórzy zmuszani są do kablowania na innych, straszeni odebraniem farmy mającej problemy finansowe. Ta patowa sytuacja zmusza rolników do godzenia się na wysokie ceny i nie wychylania się przed szereg.

Daleko od Reykjavíku | Kino Muranów

Co innego Inga (Arndís Hrönn Egilsdóttir), która po śmierci męża zaczyna drążyć wszelkie nieprawidłowości w funkcjonowaniu spółdzielni, stając się wrogiem publicznym numer jeden. W przerwie między dojeniem a dokładaniem siana krowom pisze pełen emocji artykuł na Facebooku, który rozprzestrzenia się w internecie, a następnego dnia udziela wywiadu państwowej telewizji, nazywając spółdzielnię mafią. Rozpoczyna rewolucję, nie bacząc na konsekwencje, z jakimi przyjdzie się jej zmierzyć. A te są przykre jak skwaśniałe mleko: publiczny ostracyzm, groźby, nachodzenie, niszczenie mienia, bycie obserwowaną. Zdaje się jednak, że ta dumna pani w gumiakach wypija naważone mleko duszkiem, a gdy nadchodzi niebezpieczeństwo, sięga po broń lub miesza z błotem – dosłownie – nieprzyjemnych typów. Wszystko to wydaje się wręcz nierealne: niemal w pojedynkę zaczyna walkę z mafią, sprzeciwia się woli społeczności, a na oczach mieszkańców wylewa plon pracy swoich rąk na elewację budynku wroga. Ale mleko się rozlało i obecni w siedzibie członkowie zarządu zdają się tylko utwierdzić w przekonaniu, że kobieta jest niespełna rozumu i zadbają o to, aby zgarnęła ją policja. 

Scena, symboliczna dla całej akcji filmu, jest w gruncie rzeczy bardzo tragikomiczna. Działająca dotąd pod wpływem emocji impulsywna kobieta zostaje sprowadzona do porządku przez mężczyzn, mających w ręku realną władzę i siłę. Niby nie traci swojej godności, bo szybko zostaje zwolniona z aresztu, ale w bardzo trywialny sposób jest nam tutaj zasygnalizowane, że kobieta nie ma zbyt wiele do powiedzenia w tej niewielkiej, konserwatywnej społeczności. Być może wąskie grono przyjaciół popiera jej bunt, ale dopiero sięgnięcie po ekstremalne środki zdaje się otworzyć społeczności oczy i zachęcić do zmiany. Część rolników zapragnie stworzyć własną spółdzielnie, ale jest to pomysł mężczyzn, a nie samej Ingi. Szargana emocjami kobieta doprowadzona do ostateczności przez walkę z niesprawiedliwym systemem zdaje się być postawiona do pionu przez racjonalny plan mężczyzn. Widz nie zastanawia się nawet, dlatego to nie Inga wpada na pomysł założenia niezależnej spółki. Po prostu akcja rozwija się we własnym, należącym do tej społeczności, tempie, gdzie inicjatywa kobiety i tak sprowadzona jest do realnego działania mężczyzn.

Daleko od Reykjavíku – Charlie Monroe Kino Malta

To oczywiście nie przypadek, że główna bohaterka jest kobietą. W jednym z wywiadów reżyser zgodził się, że Inga walczy nie tylko z systemem, ale również z uprzedzeniami zacofanej społeczności. Z jednej strony oczekuje się od Ingi pracowitości i przywiązania do krów, a z drugiej – po śmierci męża społeczność zadaje pytanie, kiedy wdowa opuści gospodarstwo. Inga pozostaje w opozycji nie tylko do spółdzielni, czy mężczyzn, ale do całej wspólnoty – dopiero z czasem ta silna jednostka zacznie przewodzić nowemu ruchowi i odnosić spektakularne suckesy.

Wspominałam już raz, że rozwój fabuły wydaje się wręcz nierealny, a teraz dodam, że entuzjazm i nadzieja na wygraną z systemem są po prostu naiwne. Historia oparta jest na faktach, podobno początkowo Grímur Hákonarson planował nakręcić dokument demaskujący korupcję i układy w wielu wsiach islandzkich. Nikt z poszkodowanych nie miał odwagi wypowiedzieć się przed kamera, dlatego reżyser ubrał fakty w fikcję i napisał bajkę o dzielnej kobiecie, która może wszystko. W tej bajce jest miejsce na czarny charakter, jakim bezsprzecznie jest zarządca spółdzielni, dojący niezłą kasę Eyjólfur (Sigurður Sigurjónsson), który gra przyjaciela, ale za plecami bohaterki knuje swój plan zniszczenia. Są też dobre wróżki, w tym przyjaciel Friðgeir (Sveinn Ólafur Gunnarsson) i jego żona, którzy wspierają Ingę od śmierci męża. Mimo czarów złego Eyjólfura staje się cud i społeczność przegłosuje wniosek założenia nowej spółdzielni. Jednak już następnego dnia cudowna bańka pryska i Inga dostaje nakaz eksmisji. Potulnie zbiera więc swoje graty i wyjeżdża na południe, zamieszkać wraz z dziećmi w Reykjaviku.

Przyznam, że mocno pogubiłam się w tej historii. Z początku film nabierał charakteru kryminału, w którym żona szuka sprawiedliwości po tajemniczej śmierci swojego męża. Bohaterka idzie na wojnę, ale tak naprawdę nie wiemy ostatecznie jakie są jej motywacje: czy robi to w imieniu męża-kreta, a może próbuje udowodnić własną siłę? Czemu tak zależy jej na gospodarstwie, skoro od dawna chciała je opuścić? Dlaczego poświęca tyle energii w przywrócenie sprawiedliwości, skoro tak łatwo poddaje się i wyjeżdża? W wielu momentach akcja pozostaje niespójna, a widzowi nie wystarcza barwne zakończenie, w którym Inga mknie przez pola lawowe, śpiewając stary hit za kierownicą. Niby piosenka jest o wolności i niezależności, ale właściwie w filmie nie zaznaczono, żeby bohaterce tego brakowało. Ogólnie zamknięcie narracji mdli jak mleko, kiedy się je zbyt mocno podgrzeje. 

Mam nadzieję, że Grímur Hákonarson odnajdzie jeszcze tę świeżość, którą pokazał w Baranach. Mam wrażenie, że przy okazji Daleko od Reykjaviku trochę przekombinował i sam chyba nie do końca wiedział, jaki efekt chce uzyskać. Prywatnie zaangażowany jest w kwestie społeczne i polityczne, a problem mafii faktycznie jest jednym z poważniejszych, ale rzadko dyskutowanych na Islandii. Mówi się, że Wyspą rządzą cztery wpływowe rodziny, które mają dostęp do władzy, mediów i biznesu. To oni decydują o życiu wszystkich Islandczyków, to oni maczali swoje palce bankach, co doprowadziło do kryzysu w 2008 roku. Z pewnością warto mówić o tym problemie głośno, szczególnie z filmie destynowanym na zagraniczne festiwale. Mimo to zniszczono potencjał ciekawej historii, przyprawiając ją o kożuch happy-endu. Czekam na prawdziwą silną jednostkę w islandzkiej kinematografii, która wyjdzie z filmu i nakręci prawdziwy film o tym problemie. Może to będzie kobieta? Kto wie, kto ma większe szanse na walkę z mafią.

Niespełniona doktorantka

„Myślałam, że już ma Pani doktorat!”, „Kto jak nie Ty ma się dostać?!”, „Z taką wiedzą…”.

Dzięki takim słowom, własnym ambicjom, a także wielkiemu pragnieniu pracy na uniwersytecie, uroiłam sobie już kilka lat temu, że chcę dostać się na studia doktorskie. Zawsze byłam pilnym uczniem, lubiłam pracować nad ulubionym tematem, opowiadać publicznie o swoich pasjach. Chciałam mieć kontakt z ludźmi, dzielić się wiedzą, pracować ze studentami. Postanowiłam ukończyć studia z historii sztuki, a potem skandynawistykę, bo miałam konkretny plan: badać sztukę nordycką. Skończyłam studia magisterskie z wyróżnieniem, dostawałam stypendia. Gdy dziekan wręczał mi dyplom, powiedział „Mam nadzieję, że do zobaczenia na studiach doktorskich”. Ot, wszystko miało składać się na to, że odniosę sukces w rekrutacji i będę kontynuować studia w ramach szkoły doktorskiej.

Pierwsze potknięcie 

Żeby nie było: nie jestem zakochaną w sobie marzycielką, która mając szóstki w podstawówce poczuła, że jest najmądrzejsza na świecie. Spotkałam na studiach wielu geniuszy, a ich wiedza i doświadczenie nie raz mnie zawstydzały. Wielokrotnie wątpiłam w to, czy nadaję się na historyka sztuki i faktycznie chcę badać tę dyscyplinę. Sam promotor sprowadził mnie na ziemię twierdząc, że to nie jest wcale takie oczywiste, że zrobię doktorat. Choć pewnie nie miał zamiaru podcinać mi skrzydeł, dla mnie był to jeden z pierwszych zgrzytów w mojej love-hate relacji z Instytutem Historii Sztuki Uniwersytetu Warszawskiego. Obawy się sprawdziły, bo już podczas pierwszej rekrutacji na studia moja kandydatura została bardzo mocno skrytykowana. Osoby w komisji szczerze wątpiły w sens moich badań nad sztuką islandzką, usłyszałam nawet retoryczne pytanie, czy ta sztuka w ogóle jest ładna. Tak, komisja rekrutacyjna jednego z najlepszych uniwersytetów w Polsce zadaje takie pytania. Pełny profesjonalizm i obiektywizm naukowy. Zjechali mnie równo, od początku rozmowy postawili mnie w sytuacji, z której nie umiałam się wybronić. Nie interesowały ich ani moje doświadczenie, ani dorobek naukowy. Problemem był temat, który jednak wcześniej oceniono na tyle wysoko, żebym dostała się do drugiej tury rekrutacji. Tylko po co?

Magisterkę obroniłam we wrześniu 2019 roku, dlatego nie zdążyłam rekrutować się na studia doktorskie przed wielką reformą szkolnictwa wyższego. Jak się okazało, dobra zmiana po raz pierwszy realnie zamieszała w moim życiu, bo nowy system szkół doktorskich zaważył na tym, że nie miałam szans w żadnej z instytucji, do której aplikowałam. A były to: Uniwersytet Warszawski, Uniwersytet Gdański, PAN. I przegrałam z systemem nie dlatego, że przeliczyłam się z moimi ambicjami, tylko dlatego, że nie byłam dostatecznie dobra w papierologię. A nawet okazało się, że rekrutacja do szkół doktorskich dobrej zmiany to strategia i taktyka wojenna, a nie dowiedzenie własnej wartości jako młodego badacza. Za pierwszym razem oficjalnie poszło o to, że aplikując do dyscypliny Nauki o sztuce wybrałam sobie promotora zatrudnionego w Instytucie Historii. Co z tego, że nazwisko profesor było wymienione na liście dostępnych promotorów tej dyscypliny. Student miał sam się domyślić, że to nie przejdzie i jeszcze usłyszał od mądrych pań i panów z komisji, że wybrany przeze mnie promotor nie ma doświadczenia w danym temacie, więc między słowami: nie nadaje się. Dziwne, bo temat był z pograniczna historii sztuki, historii i skandynawistyki, a pani profesor jest specjalistką od historii i kultury skandynawskiej, często pisze i wykłada również sztukę nordycką. Wychodzi na to, że szkoły doktorskie zabijają interdyscyplinarność i doprowadzają do walki o studentów między jednostkami. W końcu ministerstwo płaci wydziałom od łebka, więc w zgniłym świecie kapitalizmu student realizujący projekt w Instytucie Historii Sztuki nie może współpracować z pracownikiem innej jednostki. Bo kto zapłaci?

Walka z systemem

Wierzę, że nie ma w tym winy samych pracowników uczelni wyższych. Wszyscy znani mi doktorzy i profesorowie mocno krytykują nowy system szkół doktorskich, a jeśli spotkałam się z pozytywną oceną tej zmiany, to tylko przez ślepo wspierających obecną władzę. Jasne, że studentom zrobiono dobrze: nagle zamiast ubiegać się o stypendium, dostają gwarantowaną pensję. Miejsc jest tym samym mniej, a więc i bezrobotnych doktorów produkuje się mniej. Szkoda tylko, że system od początku nie był odpowiednio przemyślany i nie przewidziano, że chociażby w pierwszym roku zmian doktoranci już realizujący swój projekt rekrutowali się raz jeszcze, zabierając miejsca i szanse młodszym. W końcu z dobrze przemyślanym i ukształtowanym do tego czasu tematem łatwiej było zdobyć punkty za projekt, niż było to dane mniej doświadczonym świeżakom.

Ale możesz doszlifować swój projekt, wysłać go do zaopiniowania zaprzyjaźnionym pracownikom naukowym, dostać pochwały i komplementy, że projekt jest nad wyraz dojrzały, ale to nie wszystko. Potem idziesz na front z administracją szkół doktorskich i biurokracją. Weźmy na warsztat moją drugą rekrutację, czyli w roku 2020, w samym środku epidemii. Uczelnia ogłasza, że z tego powodu rozmowy rekrutacyjne odbędą się zdalnie. Moja promotor unika wychodzenia z domu, kontakt z nią jest tylko telefoniczny i internetowy. Wysyłam więc wymagane dokumenty w formie elektronicznej, z wszystkimi podpisami. W przeddzień ogłoszenia wyników pierwszej tury rekrutacji otrzymuję wiadomość, że mój wniosek pozostawiono bez rozpatrzenia. Powód? Brak ręcznego podpisu promotor. Zero możliwości odwołania, rekrutacja idzie swoim życiem, a ja dostaję uprzejmą odpowiedz, że wszyscy studenci muszą być traktowani tak samo i pilnować dokumentów. Wniosek kolegi zostaje odrzucony, bo jego promotor zapomniała uzupełnić we wniosku liczbę swoich podopiecznych. Przez tę jedną cyferkę, i to nieobecną nie z jego winy, jego kandydatura również zostaje wycofana. I było mnóstwo innych podobnych przypadków, bo komisja odrzucała niepełne wnioski automatycznie. Wszystko to po to, by nie robić sobie zbędnej roboty. I jeszcze za moje pieniądze, w końcu opłata rekrutacyjna ma być wynagrodzeniem za ich pracę.

Najgorszy jest jednak ten bałagan. Regulamin i lista wymaganych dokumentów to jedno, a widzimisię komisji to drugie. Na dokumencie widnieje miejsce na podpis dziekana jednostki, w której zatrudniony jest planowany promotor, a administracja chce podpisu dziekana jednostki, w której realizowany byłby projekt badawczy. I nagle nikomu nie przeszkadza, że promotor może być oficjalnie pracownikiem filologii, a przyjmować studentów z dyscypliny Nauki o sztuce. Pomimo drugiego roku w nowym systemie wszyscy pracownicy wciąż wydają się zagubieni i niedoinformowani, a odpowiedzialność za braki i wszechwiedzy oczekuje się od biednego studenta. Gdy człowiek drugi raz z rzędu próbuje każdej opcji i wysyła papiery na różne uczelnie w kraju, nie zna osobiście dostępnych promotorów, nie ma czasu na dogłębne poznanie ich dorobku naukowego. Gdy liczą się terminy, pisze się maile do każdego pracownika z danej dyscypliny, wierząc, że odpisze. Co z tego, że moim pierwszym wyborem była pewna profesor, skoro do 1 września była nieuchwytna, bo na urlopie? Gdy UW znowu odrzuca Twoją kandydaturę, w ostatniej chwili szukasz innych opcji. I wszystko robisz na wariackich papierach, w przeddzień terminu wydzwaniając do sekretariatu i błagając o kontakt do dziekana.

Podejście drugie

Na Uniwersytet Warszawski składałam kandydaturę dwa razy: raz w dyscyplinie Nauki o sztuce, a drugi w dyscyplinie Historia, kierując się proweniencją promotorki. W tamtym roku rozważałam udział w rekrutacji na Uniwersytecie Gdańskim, ale ostatecznie nie wysłałam dokumentów. W międzyczasie brałam udział w rekrutacjach na studia zagraniczne: w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych i Szkocji.

I przyznam szczerze, że tylko doświadczenia z UW doprowadziły mnie do białej gorączki. Weźmy przykład Gdańska: rekrutacja bez opłat, z bardzo pomocną administracją. Szefowa komisji zauważyła aż trzy braki w moich papierach i znalazła czas, aby do mnie zadzwonić i napisać maila z prośbą o ich dosłanie. Zostałam bardzo dokładnie poinformowana, czego brakuje i poinstruowana, co zrobić, żeby moja kandydatura nie została odrzucona. Pani zauważyła nawet, że mój temat i doświadczenie pasują lepiej do innej dyscypliny i poradziła, żeby to zmienić. Wszystko działo się w kilka dni i wymagało ode mnie tylko edycji dokumentów i ponownego nadania ich na poczcie. A wszystko z cierpliwością, uśmiechem i życzeniem powodzenia, bez prawienia morałów o tym, jak rekrutacja do szkół doktorskich uczy nas życia i walki o swoje. Podobnie było w przypadku Szkoły Doktorskiej Anthropos PAN, którego pracownika poinformowała mnie mailowo o drobnym braku w dokumentach i pozwoliła na jego uzupełnienie.

Już nawet nie pomnę jak życzliwie i troskliwie obsługuje się kandydatów za granicą, bo na uniwersytetach w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych czy Szkocji nikt nie odrzucał kandydatów tak łatwo. Jeśli coś się nie zgadzało, dostawałam wiadomość i czas na uzupełnienie braków. Całe zgłoszenie można było zrobić zdalnie, bez wysyłania oryginałów dokumentów i stresowania się o losy grubej koperty na poczcie. A potem dostawałam uprzejmą odpowiedź, że się nie dostałam, ale nie dlatego, że mój temat jest totalnie z kosmosu i nie warto nad tym pracować, tylko że zabrakło dla mnie miejsca. Bycie pierwszym na liście rezerwowej wciąż boli, ale przynajmniej nikt nie próbuje Ci udowodnić jak bardzo jesteś beznadziejny.

Nie chcę już zliczać, ile czasu, pieniędzy, nerwów i zdrowia psychicznego kosztowało mnie niemal trzyletnie podchodzenie do studiów doktorskich. I po co, pytam się. Czy naprawdę to wszystko warte jest tytułu, który być może nie da mi tego, o czym marzę? Uwierzcie mi, nie jestem absolwentem bez pracy, który nie ma co ze sobą zrobić, więc z braku laku rekrutuje się na doktorat, żeby przedłużyć swoje studia. Chcę tylko mieć podstawę do swoich działań i badań, bo w tym kraju nie traktuje się poważnie kogoś, kto pracuje naukowo na własną rękę. Spytacie, dlaczego tak uporczywie trzymam się studiów w Polsce, czemu nie pojadę do Skandynawii, za granicę? Owszem, że próbowałam: nie ma wakatów, nie ma chętnych ani odważnych do podjęcia tematów, nie ma stypendium, a nie stać mnie na płacenie 14 tysięcy funtów na studia w Glasgow (jedyne, na jakie się dostałam). No i najważniejsze: pomimo znienawidzenia polskiego systemu szkolnictwa wyższego i macierzystego Instytutu, chcę tu zostać i udowodnić, że sztuka nordycka ma wartość i trzeba o niej mówić. Bo to polskiej publiczności chcę pokazywać sztuką nordycką. Anglosasi i Skandynawowie już bardzo dobrze ją znają.

Właśnie to powiedziałam komisji, która w ubiegły piątek pytała mnie o powody zgłaszania się do podjęcia studiów w szkole doktorskiej. Z dużym doświadczeniem i przemyślawszy ten temat na wiele różnych sposobów, wyśpiewałam prosto z serca, dlaczego tak bardzo pragnę doktoratu. I skoro nie miałam już nic do stracenia, bo postanowiłam sobie, że 2020 będzie ostatnim rokiem moich prób, to nie bałam się mówić między wierszami co naprawdę myślę o nowym systemie i o polskiej historiografii.

Wejście do budynku Wydziału Neofilologii Uniwersytetu Gdańskiego, na chwilę przed rozmową.

Nadzieja?

I wiecie co? Albo trafiłam na wyjątkową komisję, albo właśnie to było moim atutem, bo rozmowa poszła mi naprawdę bardzo dobrze. Choć pytaniami próbowano zbić mnie z tropu i podburzyć sens mojego projektu, robiono to merytorycznie i profesjonalnie. Nikt nie pytał o wartość artystyczną sztuki nordyckiej. Czułam, że mam komisję po swojej stronie, a zebrane cudem dokumenty i opinie nie pozostawiały wątpliwości, że moja kandydatura nie jest godna odrzucenia. Wróciłam z jednodniowej, początkowo bardzo stresującej, wycieczki do Gdańska z uśmiechem na ustach, mając w sercu nadzieję. Czy 2020 to będzie mój rok? Czy trwa dobra pasja, skoro doceniono mój projekt w Glasgow? Czy będę mogła studiować po polsku i w Polsce? Czy w końcu przyszłość i plany nabiorą konkretnych kształtów?

W tym miejscu chciałabym wyrazić ogromną wdzięczność pracownikom Szkoły Doktorskiej Nauk Humanistycznych i Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego oraz Szkoły Doktorskiej Anthropos PAN, a także dziekanom i profesorom, dzięki których opiniom mogłam podejść do procesu rekrutacyjnego. Niezależnie od wyników rekrutacji w Państwa jednostkach, dzięki Państwa życzliwości i cierpliwości nie zwątpiłam tak do końca w polski system szkolnictwa wyższego.

Sztuka wikingów ⛵️

Wikingowie mogą kojarzyć się z rabunkami i budzeniem postrachu, ale wśród nich byli też zdolni rzemieślnicy wykonujący piękne przedmioty. Wśród nich wiele znajduje się obecnie w kolekcjach najważniejszych muzeach Skandynawii.

Czy wiesz, że…

⛵️ określenie wiking bierze się od staronordyckiego viking określającego zamorską wyprawę, nierzadko w celach poznawczo-grabieżczych? Na wiking jechali przede wszystkim młodzi mężczyźni, ale potocznie wikingami nazywamy ludność zamieszkującą Półwysep Skandynawski i migrującą na Północ oraz podróżującą po całej Europie między VIII a XI wiekiem.

⛵️ pamiątki po wikingach znaleziono nawet w Polsce? Wyspa Wolin jest świetnym przykładem dawnej obecności północnych kupców, a pozostawione przez nich obiekty i przedmioty wykonane w jednym ze stylów sztuki wikińskiej pozwalają śledzić ich migrację po Europie. Dzięki nim wiemy, że wikingowie dotarli na Sycylię i do Konstantynopola.

⛵️ sztuka wikińska miała wiele wspólnego z celtycką? Popularny motyw plecionki zaczerpnięty został najprawdopodobniej właśnie ze sztuki anglosaskiej i celtyckiej, ale późniejsze motywy sztuki wikińskiej wynikały również z inspiracji sztuką kontynentalnej Europy. Np. w stylu Urnes znajdziemy ślady francuskiej sztuki średniowiecznej.

⛵️ istnieje więcej niż sześć stylów sztuki wikińskiej? Poza nimi wyznacza się nie tylko wcześniejszy styl Vendel (którego ostatnia faza, styl E, często utożsamiany jest ze stylem Oseberg), ale również styl Broa, datowany na lata około 750 – 825, a więc rozpoczynający się przed wspomnianym Oseberg lub współistniejący z nim.

⛵️ sztukę wikińską można oglądać również w Polsce? Tym razem nie chodzi o Wolin, ale o kościół słupowy w Karpaczu. Świątynia Wang znalazła się na terenach dzisiejszej polski jeszcze w czasach zaborów, bowiem zakupił ją książę pruski Fryderyk William IV i przetransportował z Norwegii na tereny ówczesnych Prusów w roku 1842.

Więcej o wymienionych artystach dowiesz się z filmu na kanale Utulę Thule mówi o sztuce Północy:

OBRAZY I ZDJĘCIA UŻYTE W FILMIE

  1. Przykłady stylu Vendel: Del av hjälm, möjligen Odin, Del av hjälm, pressad bronsplåt, źródło: Wikimedia Commons. 
  2. Helm w stylu Vendel, źródło: Wikimedia Commons. 
  3. Detal statku z Oseberg, źródło: Wikimedia Commons. 
  4. Broszka w stylu Borres, źródło: Wikimedia Commons. 
  5. Zdjęcie kościoła w Urnes, źródło: Wikimedia Commons. 
  6. Kamień runiczny, Ög, źródło: Wikimedia Commons. 
  7. Posrebrzany naszyjnik, źródło: Wikimedia Commons. 
  8. Złota biżuteria z Hiddensee, Muzeum Narodowe w Kopenhadze, źródło: Wikimedia Commons. 
  9. Wiatrowskaz z Söderala, źródło: Wikimedia Commons. 
  10. Brazowa brosza w stylu Urnes, dzieło współczesne: zrodlo: https://ancientreasures.com/products/vikings-urnes-style-interlaced-animal-pewter-brooch
  11. Uprząż konna w stylu Borre, źródło: https://www.researchgate.net
  12. Topór w stylu Mammen, źródło: www.wikiart.org
  13. Portal z Urnes, Urnesportalen
  14. Kamień runiczny z Upplandii_Runinskrift_871
  15. Kamień runiczny w stylu Ringerike, Vangsteinen, źródło: źródło: Wikimedia Commons. 
  16. Kamień runiczny,  Aarhussten I, źródło: http://runer.ku.dk/
  17. Wszystkie plansze z opisem motywami charakterystycznymi dla danych stylów, źródło: https://jonaslaumarkussen.com/jellingstyle/
  18. Zdjęcia rekonstrukcji Szkatuły z Kamienia Podolskiego, źródło: Wikimedia Commons.
  19. Rekonstrukcja kurhanu, źródło: https://naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news%2C80185%2Cmalopolska-zrekonstruowano-grob-ksiazecy-sprzed-2-tys-lat.html
  20. Zdjęcia własne z pobytów w Muzeum Narodowym w Kopenhadze, Muzeum Łodzi Wikińskich w Oslo, Muzeum Historycznym w Sztokholmie, Muzeum Historycznym w Oslo, Muzeum Osadnictwa w Reykjaviku.
  21. Frank Dicksee, The Funeral of a Viking, 1893, Manchester Art Gallery.
  22. Johan Peter Raadsig, Ingolf tager Island i besiddelse, 1850.
  23. Christian Krohg, Leif Eriksson odkrywa Amerykę 1893.

Bibliografia: 
https://dzikibez.pl/wiedza/wierzenia-kultura/style-zdobnicze-w-swiecie-wikingow/
https://archiwa.winland.pl/obcy/obcy/2007/001_glowizna.php?kod_matrixa=win01xxxx206
http://www.vikingr.neostrada.pl/wiking1/art.htm
https://sosreb.wordpress.com/2013/09/11/podstawowe-style-wczesnosredniowiecznej-sztuki-skandynawskiej/

Czytaj więcej:

Konie w sztuce (staro)islandzkiej 🐴

Od wikingów po sztukę współczesną. Muzea w Oslo

Zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego – Kultura w sieci.

Biegiem przez biegun

autor: Artur Gorzelak
tytułPod bieguny
rok: 2020
wydawnictwo: Artur Gorzelak
liczba stron: 212

opis promocyjny:
W swojej książce Artur Gorzelak zabiera nas na spotkanie z nieujarzmioną przyrodą stref podbiegunowych. Publikacja prezentuje aż cztery wyprawy obfitujące w niespodzianki, jakie płata mieszkańcom umiarkowanej strefy klimatycznej zetknięcie z twardymi realiami Północy (a w jednym przypadku Południa). Pierwsza przygoda to maraton zorganizowany na dalekim Spitsbergenie w bliskim sąsiedztwie niedźwiedzi polarnych, który jednocześnie stanowi okazję do złożenia wizyty na Polskiej Stacji Polarnej Hornsund. Następnie towarzyszymy autorowi w objeździe dookoła Islandii słynną drogą nr 1 (w warunkach niekiedy ekstremalnych), by chwilę później wyruszyć na Półwysep Kolski w pogoń za zorzą polarną. Całość zamykają wędrówki pośród lodowców i parków narodowych odległej Patagonii. Książka “Pod bieguny” nie przypomina tradycyjnych przewodników, za to stanowi ich doskonałe uzupełnienie – opisuje z “pierwszej ręki” z jakimi wyzwaniami przyjdzie się zmierzyć podróżującym do tych zakątków świata. Nie brakuje w niej humorystycznych sytuacji i anegdot, a wszystko okraszone jest solidną, ale przystępnie podaną dawką wiedzy przyrodniczo-historycznej ze sporym udziałem wątków polskich.

Co wspólnego mają ze sobą Spitsbergen, Islandia, Półwysep Kolski i Patagonia? Z pewnością miejsca z okolic obu biegunów łączy jedno – trudne warunki klimatyczne.

Ale podobieństw jest więcej. Przeczytamy o nich w najnowszej książce Artura Gorzelaka, w mediach społecznościowych znanego jako W judodze na rowerze. Pod bieguny to czwarta książka przedstawiająca podróżniczo-sportowe przygody autora. Dotąd opisywał on Japonię i Koreę Południową (W judodze na rowerze. Japońsko – koreańska przygoda na dwóch kółkach) oraz Taiwan (Made it in Taiwan, czyli rowerem przez kraj rowerów) z pozycji jednośladu, a także zamarznięty Bajkał (Postawieni na lodzie. Piesza przeprawa przez Bajkał), który pokonał na własnych nogach. W najnowszej książce głównym środkiem transportu również są nogi. W Pod bieguny czytamy o maratonie na dalekiej Północy – w spitsbergeńskim Longyearbyen, a także trekkingowych wędrówkach po Islandii, Półwyspie Kolskim oraz Patagonii. Warto podkreślić, że książka ma dwóch, a nawet trzech autorów – ostatnia z części to zapis podróży rodziców Artura Gorzelaka, spisany przez jego matkę.

Wróćmy jednak do podobieństw skrajnych krain z bieguna północnego i południowego. Czytając fragment ostatniego rozdziału książki Pod bieguny, możemy przekonać się, że usunąwszy nazwy własne z poniższego opisu i wstawiając na ich miejsce dowolne toponimy, otrzymalibyśmy uniwersalny tekst charakteryzujący wiele z okołobiegunowych krain.

(…) wodospady lśniące na bazaltowej skale, posępny zasłany głazami krajobraz kontrastujący z radością piechurów, którzy osiągnęli swój cel, stada koni pasących się na rozległych łąkach wokół jeziora ***, sylwetki skalnych wież wyłaniających się z mgły na pożegnanie dnia czy (…) kwiaty *** odcinające się od błękitu nieba.

Fragment dotyczy Patagonii, jednak z mojego doświadczenia mógłby równie dobrze opisywać Islandię. Z resztą tylko w tym z czterech opisywanych miejsc byłam, a więc czytałam książkę w 1/4 z perspektywy własnych wspomnień, a w 3/4 w oparciu o wiedzę geograficzno-kulturową. Nie jest tajemnicą, że rozdział dotyczący Islandii interesował mnie najbardziej, dlatego rozpoczęłam lekturę właśnie od tego miejsca. Nie był to jednak mój pierwszy kontakt z książką, gdyż próbne ustępy pierwszego rozdziału otrzymałam od autora o wiele wcześniej, kiedy rozmawialiśmy o objęciu książki patronatem Utulę Thule. Już wtedy przekonałam się, że książka pisana jest lekko, choć bardzo obiektywnie, a może nawet zbyt anegdotycznie. Mimo to postanowiłam spojrzeć na całość przez oba filtry – doświadczonej Islandią i nieznającej reszty krańcowych krain i uświadomiłam sobie, że z tego punktu widzenia rozdział islandzki okazał się najmniej pociągający. Objazd Jedynki samochodem usiany geograficznymi ciekawostkami o gejzerach i wulkanach nie był tak porywający, jak podróż skuterem śnieżnym przez królestwo niedźwiedzia polarnego, sianiami przez rosyjską krainę Saamów czy truckiem przez argentyński park Los Glaciares.

Wszystkie cztery krainy opisane są z perspektywy podróżnika-piechura, stroniącego od rozwiązań wybieranych przez turystów. Są jednak pewne wyjątki, kiedy doświadczony i wysportowany narrator przyznaje się do wykupienia wycieczki z przyczyn logistyczno-racjonalnych, np. zdając sobie sprawę, że jazda wynajętym samochodem po zmarzlinach północnej Rosji czy samodzielna przeprawa przez tereny argentyńsko-chilijskie mogą być trudne, a nawet niebezpieczne. Wbrew opisowi promującemu książkę nie znajdziemy tu jednak sytuacji ekstremalnych, a przynajmniej takich, do jakich przywykliśmy czytać reportaże podróżnicze z rejonów podbiegunowych.

Nikt jednak nie obiecuje nam sportów ekstremalnych, ale relację z podróży, którą być może udałoby się czytelnikowi powtórzyć. Książka, okraszona autorskimi zdjęciami ze wszystkich czterech destynacji, pełna jest praktycznych porad (szczególnie w ostatnim rozdziale) oraz plastycznych opisów, ułatwiających wyobrażenie sobie współudziału w opisywanej przygodzie, a może nawet zaplanowanie własnej. Choć może nie będziemy mieli tyle szczęścia, aby popłynąć na północ Norwegii statkiem i przebiec maraton w mrozie, to osiągalnym dla czytelnika może być polowanie na zorzę polarną czy karmienie reniferów w wiosce saamskiej. Dla mnie książka ta jest właśnie wyważonym przykładem fajnie napisanej relacji z podróży, która w wielu miejscach jest na tyle nietypowa i oryginalna, że chce się o niej przeczytać, ale również przewidywalna i łatwa do powtórzenia, jeśli chcemy iść w ślady autora. Z lektury będzie więc zadowolony tak profesjonalny biegacz czy piechur, ale też przyzwyczajony do wygód turysta czy emeryt szukający dowodu na to, że życie zaczyna się po 65. roku życia.

Pomimo wielu interesujących faktów, książka nie jest zbiorem reportaży, a raczej przede wszystkim subiektywnym zapisem wspomnień z podróży. Nie jest to literatura pokroju Ilony Wiśniewskiej (na którą powołuje się autor w części poświęconej Spitsbergenowi), bowiem nie przedstawia wnikliwego zgłębienia kultury i próby zrozumienia lokalnej społeczności. Znajdziemy tu raczej ogólnie znane treści, choć książkę Pod bieguny łatwo obronić tym, że bez sięgnięcia po nią nie dowiedzielibyśmy się wielu istotnych informacji na temat północnej Rosji czy Saamów, gdybyśmy się nimi nie interesowali.

Książkę czyta się ją miło i przyjemnie, szczególnie, że proporcja autorskich doświadczeń do faktografii zdecydowanie wychodzi książce na plus. Autorowi (a raczej autorom) udało się znaleźć złoty środek pomiędzy tym, co znajdziemy w przewodnikach i encyklopediach a humorem i dystansem podróżnika-turysty. W wielu miejscach lektura przypominała mi relację z podróży Agnieszki Rezler, w której autorka nie robi z siebie ekspertki od Islandii. Podobnie tutaj, Artur Gorzelak i jego mama nie popisują się wiedzą, a wplatają usłyszane lub wyczytane informacje w swoją opowieść, czyniąc ją bardzo pedagogiczną. Nie brakuje tu jednocześnie soczystych opisów perypetii i zwrotów akcji, dzięki którym podróż wydaje się warta zapamiętania. To właśnie te anegdoty, choć czasem przedstawione chaotyczne i “wmontowane” w tekst dość przypadkowo, czynią z relacji interesującą lekturę w sierpniowe popołudnie.

Na koniec warto podkreślić, że książka jest piękne wydana i to wydana sumptem samego autora. Szczególnie godne pochwały są zdjęcia i szata graficzna, a także pięknie zaprojektowana okładka. Zważywszy prywatne wydawnictwo książki, należy pochwalić trud autora, który nie tylko sam musiał wziąć na siebie druk, ale też promocję. Tym samym jako patronka książki Pod bieguny zapraszam Was serdecznie na spotkanie premierowe, które odbędzie się 3 września w warszawskiej klubokawiarnii Tam i z powrotem.

zdjęcie: Artur Gorzelak

Regulamin konkursu: Wygraj książkę “Pod bieguny”

Regulamin konkursu

Wygraj książkę Pod bieguny Artura Gorzelaka, wydaną pod patronatem Utulę Thule!

1 POSTANOWIENIA OGÓLNE

  1. Organizatorem Konkursu jest Emiliana Konopka, autorka fanpage Utulę Thule.
  2. Niniejszy regulamin (dalej „Regulamin”) określa warunki Konkursu.
  3. Konkurs nie jest stworzony, administrowany, wspierany ani sponsorowany przez Facebook. Facebook jest znakiem towarowym zastrzeżonym przez Facebook, Inc. Facebook nie ponosi odpowiedzialności za prawidłowy przebieg Konkursu.
  4. Fundatorem nagród jest Artur Gorzelak.
  5. Konkurs jest prowadzony na fanpage’u Utulę Thule (dalej “Fanpage”)
  6. Udział w Konkursie jest nieodpłatny.
  7. Konkurs trwa od 26.08.2020 godz. 17.00 do 30.08.2020 godz. 23:59. W wyjątkowych sytuacjach Organizator Konkursu może przedłużyć lub przerwać trwanie Konkursu, w określonym przez siebie zakresie, o czym poinformuje Uczestników Konkursu na Fanpage’u.

Nadzór nad prawidłowością i przebiegiem Konkursu, tj. udzielaniem informacji na temat Konkursu oraz rozpatrywaniem reklamacji sprawuje Organizator.

2. UCZESTNICY KONKURSU

  1. Uczestnikami Konkursu mogą być wyłącznie osoby fizyczne, posiadające pełną zdolność do czynności prawnych, będące użytkownikami i posiadający aktywne konto w serwisie Facebook.com; które zaakceptowały niniejszy Regulamin (dalej: „Uczestnik”)
  2. Poprzez przystąpienie do Konkursu Uczestnik oświadcza, że:
  3. jest osobą fizyczną, posiadającą pełną zdolność do czynności prawnych;
  4. zapoznał się z treścią niniejszego Regulaminu i w sposób dobrowolny przystępuje do Konkursu;
  5. wyraża zgodę i akceptuje warunki Regulaminu, w tym zapoznał się z treścią dotyczącą procedury odbioru Nagrody i ją w pełni akceptuje;
  6. zobowiązuje się do przestrzegania postanowień Regulaminu, w tym również regulaminu Facebook;
  7. wyraził zgodę na przetwarzanie danych osobowych dla celów związanych z uczestnictwem w Konkursie;
  8. jest zarejestrowanym Użytkownikiem portalu społecznościowego Facebook;
  9. W Konkursie nie mogą uczestniczyć krewni ani powinowaci Organizatora, a także pracownicy albo współpracownicy Fundatora.

3. NAGRODA

  1. W Konkursie przewidziano 1 NAGRODĘ – dla osoby wyłonionej w sposób wskazany w § 6 poniżej.
  2. Nagrodą (dalej: „Nagroda”) w Konkursie jest książka “Pod bieguny” Artura Gorzelaka o wartości 40 zł
  3. Informacja o Nagrodzie będzie zawarta w treści ogłoszenia o Konkursie opublikowanego na portalu Facebook, na Fanpage’u Organizatora.
  4. Laureatowi nie przysługuje prawo wymiany Nagrody na gotówkę ani nagrodę innego rodzaju.
  5. Zwycięzca może zrzec się Nagrody, ale w zamian nie przysługuje mu ekwiwalent pieniężny ani jakakolwiek inna nagroda.
  6. Laureat Konkursu nie jest uprawniony do żądania przeniesienia Nagrody na inna osobę.

4. MIEJSCE, CZAS I ZASADY KONKURSU

  1. Konkurs jest dostępny w formie ogłoszenia konkursowego (dalej: „post konkursowy“) na portalu społecznościowym Facebook na profilu Organizatora.
  2. Konkurs trwa od dnia 26.08.2020 godz. 17.00 do 30.08.2020 godz. 23:59.

5. ZASADY UCZESTNICTWA W KONKURSIE

  1. Zadaniem Uczestnika Konkursu jest napisanie w komentarzu pod postem o konkursie nazwę destynacji, która pasowałaby najlepiej do zestawu Spitsbergen – Islandia – Półwysep Kolski – Patagonia wraz z uzasadnieniem.
  2. Informacje o Konkursie będą dostępne na Fanpage’u.

6. WARUNKI UCZESTNICTWA W KONKURSIE I ODBIORU NAGRÓD

  1. Warunkiem uczestnictwa w Konkursie jest zaakceptowanie Regulaminu oraz poprawne wykonanie wszystkich zadań opisanych w § 5. Ust. 1 Regulaminu.
  2. O przyznaniu Nagrody decyduje Organizator w drodze analizy poprawności wykonania zadań opisanych w § 5. Ust. 1 Regulaminu przez Uczestników Konkursu oraz wyboru najlepszego zgłoszenia ocenianego według kryteriów kreatywności i atrakcyjności.
  3. W Konkursie mogą brać udział tylko takie zgłoszenia Uczestników, którym przysługują wyłączne i nieograniczone prawo autorskie (osobiste i majątkowe) do przesłanego w ramach Konkursu zgłoszenia, a prawa te nie są obciążone żadnymi roszczeniami i innymi prawami osób trzecich, przy czym treść zgłoszenia została przez Uczestnika stworzona osobiście i nie stanowi opracowania, przeróbki lub adaptacji cudzego utworu.
  4. Spośród nadesłanych odpowiedzi Organizator, Sponsor oraz Autorka (Alda Sigmundsóttir) wyłoni 3 zwycięzców.
  5. Zwycięzca Konkursu zostanie powiadomiony o wygranej i warunkach odbioru Nagrody za pośrednictwem wiadomości prywatnej, wysłanej na Facebooku w ciągu 3 dni roboczych od momentu zakończenia Konkursu.
  6. Publiczna informacja o wygranej zostanie również umieszczona w komentarzu do posta konkursowego.
  7. Warunkiem odebrania przez wyróżnionego Uczestnika Nagrody jest przesłanie w ciągu 36 godzin od ogłoszenia wyników Konkursu wiadomości prywatnej z następującymi danymi:
  8. imię i nazwisko
  9. adres korespondencyjny
  10. Brak wysłania wiadomości, o której mowa w ust. 5 powyżej lub przekroczenie dopuszczalnego czasu odpowiedzi lub wysłanie nieprawidłowych danych powoduje utratę przez Uczestnika prawa do Nagrody.
  11. Przyznane w Konkursie Nagrody zostaną wysłane Uczestnikom do 14 dni kalendarzowych od dnia otrzymania przez Organizatora informacji, o której mowa w ust. 5.
  12. Nagrody zostaną wysłane na koszt Fundatora na adres wskazany przez Uczestnika.

7. ZAKRES ODPOWIEDZIALNOŚCI ORGANIZATORA

  1. Organizator nie ponosi odpowiedzialności za rzetelność i prawdziwość danych Uczestników Konkursu, w tym za brak możliwości przekazania nagród, z przyczyn leżących po stronie Uczestnika, w szczególności, jeśli ten nie podał prawdziwego adresu do korespondencji lub podane dane są niepełne lub nieaktualne.
  2. Organizator oświadcza, że nie prowadzi kontroli, ani monitoringu treści umieszczanych przez Uczestników w zakresie rzetelności i prawdziwości, z zastrzeżeniem działań związanych z usunięciem naruszeń Regulaminu lub przepisów powszechnie obowiązujących.
  3. Organizator zastrzega sobie prawo do wykluczenia z udziału w Konkursie Uczestników, których działania są sprzeczne z prawem, dobrymi obyczajami, Regulaminem lub regulaminem Facebooka, w szczególności Uczestników, którzy:
    a) zamieszczają treści obraźliwe, wulgarne, naruszające dobra osobiste osób trzecich. lub powszechnie uznawane za nieakceptowalne w przestrzeni publicznej, zarówno w warstwie tekstowej, jak i graficznej;
    b) podejmują działania z wykorzystaniem konta/profilu utworzonego niezgodnie z zasadami Facebooka;
    c) podejmują działania z wykorzystaniem niezgodnych z zasadami Facebooka kont/profili osób trzecich;
    d) ingerują w mechanizm działania Konkursu;
    e) tworzą fikcyjne konta/profile w serwisie Facebook
  4. Organizator nie ponosi odpowiedzialności za jakiekolwiek zakłócenia w działaniu łącz teleinformatycznych, serwerów, interfejsów, przeglądarek oraz platformy Facebook.
  5. Organizator nie ponosi odpowiedzialności za czasowe lub stałe zablokowanie strony lub aplikacji ze strony Facebooka.

8. PRZETWARZANIE DANYCH OSOBOWYCH

  1. Administratorem danych osobowych udostępnianych przez Uczestników Konkursu jest Organizator.
  2. Dane osobowe Uczestników Konkursu będą przetwarzane przez Organizatora wyłącznie w celu dokonania czynności niezbędnych do prawidłowego przeprowadzenia Konkursu.
  3. Dane osobowe Uczestników Konkursu będą przechowywane przez Organizatora przez okres niezbędny do przeprowadzenia Konkursu i wydania Nagród wyróżnionym Uczestnikom, a po zakończeniu Konkursu przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  4. Dane uzyskane w sposób opisany w § 6 ust 6 powyżej będą przekazywane podmiotowi, za pomocą którego nastąpi doręczenie Nagród.
  5. Uczestnicy mają prawo do: wglądu do przetwarzanych danych i ich poprawiania oraz usuwania, żądania ograniczenia przetwarzania, żądania przenoszenia danych, wniesienia sprzeciwu względem przetwarzania. Dane są podawane na zasadach dobrowolności, przy czym w zakresie uczestnictwa w Konkursie wymagana jest rejestracja na portalu społecznościowym Facebook. Wycofanie zgody nie wpływa na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego przed jej wycofaniem.
  6. W momencie usunięcia danych Uczestnik traci możliwość uczestnictwa w Konkursie.
  7. Uczestnikom przysługuje prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego zajmującego się ochroną danych osobowych – Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych.
  8. Dane osobowe Uczestników nie będą podlegały profilowaniu.

9. REKLAMACJE I ZGŁOSZENIA NARUSZEŃ

  1. Wszelkie reklamacje dotyczące sposobu przeprowadzania Konkursu, Uczestnicy winni zgłaszać poprzez wiadomość email Organizatorowi na adres mailowy Organizatora w czasie trwania Konkursu, jednak nie później niż w terminie 14 (czternastu) dni od dnia wydania Nagród.
  2. Reklamacja zgłoszona po wyznaczonym terminie nie wywołuje skutków prawnych.
  3. Reklamacja powinna zawierać imię, nazwisko, dokładny adres Uczestnika oraz dokładny opis i uzasadnienie reklamacji.
  4. Skutecznie złożone reklamacje zostaną rozpatrzone w terminie 14 dni od dnia otrzymania reklamacji.
  5. O wyniku rozpatrzenia reklamacji Uczestnik zostanie powiadomiony wiadomością email, wysłaną jako odpowiedź na reklamację.

10. POSTANOWIENIA KOŃCOWE

  1. Regulamin wchodzi w życie z dniem 03.06.2020.
  2. W kwestiach nieuregulowanych niniejszym Regulaminem stosuje się przepisy Kodeksu cywilnego i inne przepisy prawa.
  3. Spory odnoszące się i wynikające z Konkursu będą rozwiązywane przez sąd powszechny właściwy miejscowo dla siedziby Organizatora.
  4. Organizator zastrzega sobie prawo do zmiany zasad Konkursu w trakcie jego trwania. Informacja o zmianach będzie zamieszczona na Fanpage’u.

Top 10 artystów islandzkich 🇮🇸

Kjarval, Jónsson, Matthíasdóttir, Erró. Jeśli te islandzkie nazwiska nic Ci nie mówią, znaczy, że to zestawienie 10 islandzkich artystów jest właśnie dla Ciebie! Poznaj najważniejszych malarzy i rzeźbiarzy XX-wiecznej oraz współczesnej Islandii.

Czy wiesz, że…

🇮🇸 historia sztuki islandzkiej zaczyna się oficjalnie tak naprawdę dopiero z początkiem XX wieku? Nie oznacza to, że wcześniej nie było na Islandii sztuki, jednak dopiero po 1900 roku pojawili się pierwsi Islandczycy wykształceni na Akademii Sztuk Pięknych.

🇮🇸 Galeria Narodowa Islandii powstała w… Kopenhadze? Listasafns Íslands została założona w 1884 roku przez Björna Bjarnarsona patriotę robiącego interesy w Królestwie Duńskim. Pierwsza kolekcja opierała się na darach, a potem została wzbogacona o pierwsze islandzkie dzieła.

🇮🇸 Jón Stefánsson uczył się u samego Henri’ego Matisse’a? Większość islandzkich adeptów malarstwa wybierała się na studia od Kopenhagi, ale Stefánsson wolał pojechać do Paryża, z kolei Kjarval próbował swoich sił na studiach w Londynie.

🇮🇸 Ásmundur Sveinsson zaprojektował własny dom-pracownię? Ten utalentowany artysta tworzył prace inspirowane klasycyzmem i abstrakcjonizmem, ale w bryle budynku służącego dzisiaj za jego muzeum widać przede wszystkim echo architektury egipskiej. We wnętrzach oraz w ogrodzie znajdziemy prace rzeźbiarza ze wszystkich etapów jego twórczości.

🇮🇸 prawdziwa islandzka sztuka współczesna to sztuka kobiet? Do najważniejszych z nich należy omawiania w filmie Louisa Matthíasdóttir, ale również jej wspomniana przyjaciółka Nína Tryggvadóttir czy Guðmunda Andrésdóttir. Co więcej, kobiety-artystki były obecne na Islandii od zaorania nowoczesnej historii sztuki islandzkiej: nauczycielka Þórarinn B. Þorlákssona nazywała się Thóra Thoroddsen.

🇮🇸  w Reykjaviku znajduje się specjalny park rzeźb wyłącznie z pracami kobiet? Znajdziemy tam pomniki i rzeźby autorstwa Gunnfríður Jónsdóttir (1889 – 1968), Nína Sæmundson (1892 – 1962), Tove Ólafsson (1909 – 1992), Þorbjörg Pálsdóttir (1919 – 2009), Ólöf Pálsdóttir (1920) oraz Gerður Helgadóttir

🇮🇸  Erró został oskarżony o plagiat? W 2010 roku brytyjski rysownik Brian Bolland zarzucił Islandczykowi wykorzystywanie jego pomysłu w jednym z dzieł, które sprzedawał. Brytyjczyk napisał do artysty list, a sprawę szeroko komentowano. Choć trudno dociec, jak zakończyła się sprawa, podejrzane dzieło Erró trudno znaleźć teraz w Internecie.

🇮🇸 Ólafur Eliasson również jest Islandczykiem? Choć jego Studio mieści w Berlinie, a artysta działa w całej Skandynawii, należy do najważniejszych reprezentantów dzisiejszej kultury islandzkiej. Innym sławnym Islandczykiem jest Ragnar Kjartansson, niedawno uznany za jednego z najciekawszych artystów współczesnych w ogóle.

Więcej o wymienionych artystach dowiesz się z filmu na kanale Utulę Thule mówi o sztuce Północy:

https://youtu.be/Z0xmwNfRkoM

OBRAZY I ZDJĘCIA UŻYTE W FILMIE

  1. Szkatułka, Guðmundur Böðvarsson, 1799, Safnahúsið, Reykjavik.
  2. Einar Jónsson, Wiosna (isl. Vór), 1935-36, Listasafn Einars Jónssonar, Reykjavik
  3. Einar Jónsson, Wyjęci spod prawa (isl. Útlagar), 1901, Reykjavík
  4. Einar Jónsson, Narodziny Psyche, 1915-1927, Listasafn Einars Jónssonar, Reykjavik
  5. Einar Jónsson, Fatum (isl. Skuld),1900-1927, Listasafn Einars Jónssonar, Reykjavik
  6. Einar Jónsson, Pomnik Ingólfura Arnarsona, 1907, Reykjavik
  7. Einar Jónsson, Złamana przysięga, 1951, Reykjavik
  8. Þórarinn B. Þorláksson, Zachód słońca nad Tjörninem (Sólarlag við Tjörnina), 1905, Wikimedia Commons.
  9. Þórarinn B. Þorláksson, Hvítá in Borgarfjörður, 1903, Wikimedia Commons.
  10. Þórarinn B. Þorláksson, Summer Evening in Reykjavík, 1904, Wikimedia Commons.
  11. Þórarinn B. Þorláksson, From Þingvellir II, 1905, Wikimedia Commons.
  12. Þórarinn B. Þorláksson, Repose, 1910, Wikimedia Commons.
  13. Þórarinn B. Þorláksson, Stórisjór and Vatnajökull, 1921, Wikimedia Commons.
  14. Þórarinn B. Þorláksson, Hekla from Laugardalur, 1922, Wikimedia Commons.
  15. Þórarinn B. Þorláksson, Dom artysty (isl.Heimili listamannsins), 1923, Wikimedia Commons.
  16. Þórarinn B. Þorláksson, Hekla widziana z Laugarvatnin (isl. Hekla sed fra Laugarvatnin), 1917
  17. Ásgrímur Jónsson, Lava Gorge at Þingvellir, 1947, źródło: https://www.akvarellmuseet.org/
  18. Ásgrímur Jónsson,Thingvöllum, 1905, źródło: WikiArt.com
  19. Ásgrímur Jónsson, Jesień w Thingvellir (isl. Haust a Tingvollum),
  20. Jón Stefánsson, Letnia noc (isl. Sumarnótt), 1929, Listasafn Íslands, Reykjavik
  21. Jón Stefánsson, Landscape with the volcano “Herðubreið”, Iceland, bez daty, źródło: artnet.
  22. Jón Stefánsson, Breaking waves, Iceland, bez daty, źródło: artnet.
  23. Ásmundur Sveinsson, Ostatnia podróż (isl. Síðasta sjóferðin), 1960, Ásmundarsafn, Reykjavík
  24. Jóhannes S. Kjarval, Mleczna góra (isl. Fjallamjólk), 1942, Kjarvalsstaðir, Reykjavik
  25. Jóhannes S. Kjarval, Esja, 1959, Kjarvalsstaðir, Reykjavik
  26. Jóhannes Sveinsson Kjarval, Lava at Bessastadir, 1947-54, MoMA.
  27. Jóhannes Sveinsson Kjarval, Icelandic Melody by Icelandic painter
  28. Obrazy eksponowane na wystawie czasowej  dzieł Louisy Matthíasdóttir w Kjarvalsstaðir : https://artmuseum.is/news/exhibition-opening-louisa-matthiasdottir-calm
  29. Louisa Matthíasdóttir, Kobieta w Reykjaviku (isl. Kóna i Reykjavik), 1980, Kjarvalsstaðir
  30. Dzieła Erró ze zbiorów  Listasafn Reykjavíkur – Hafnarhús, źródło: https://safneign.listasafnreykjavikur.is/
  31. Helgi Thorgils Fridjónsson, Icelandic fishers, 2001, źródło: www.brigittarosenberg.ch
  32. Helgi Thorgils Fridjónsson, Painting, 2005, źródło: www.brigittarosenberg.ch
  33. Helgi Thorgils Fridjónsson, Painting 2004, źródło: www.brigittarosenberg.ch
  34. Helgi Thorgils Fridjónsson, Icelandic Birds (Mirage)2007, źródło: https://www.mutualart.com/
  35. Dzieła Helgiego Thorgilsa Fridjónssona, źródło: http://www.galeriecaesar.cz/Galerie%20Archiv/2009/214%20Fridjonsson/Fridjonsson_Helgi.htm oraz https://sim.is/saga-iceland-art-and-narrative-kumu-art-museum-tallinn-estonia/helgi-thorgils-fridjonsson/
  36. Þorbjörg Pálsdóttir, Taniec (isl. Dansleikur), 1970
  37. Þorbjörg Pálsdóttir, Feimin stelpa, 1967, źródło: arkiv.is
  38. Þorbjörg Pálsdóttir, Piltur og stúlka (Kata og Stebbi), 1968, Reykjavik
  39. oraz zdjęcia z archiwum prywatnego autorki.

Czytaj więcej:

Konie w sztuce (staro)islandzkiej 🐴

Domy-muzea artystów nordyckich cz. 1 🏛

Muzeum Narodowe – czyli jakie? Muzea Islandii

Zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego – Kultura w sieci.

10 najfajniejszych malarzy z Finlandii 🇫🇮

O sztuce fińskiej słyszy się zazwyczaj niewiele, ale malarstwo Młodej Finlandii na pewno się Wam spodoba! Współcześni artyści również warci są uwagi.

Czy wiesz, że…

🇫🇮 przez dłuższy czas Finlandia należała do Szwecji, a pierwszym językiem wielu artystów fińskich był szwedzki? Stąd wiele nazwisk i oryginalnych tytułów dzieł z Finlandii znajdziemy właśnie w tym języku.

🇫🇮 w 1892 roku artyści, poeci i muzycy powołali do życia Młodą Finlandię? Po przejęciu kraju przez Rosję nasiliły się nastroje narodowościowe, a młodzi Finowie – zasmakowawszy paryskiej bohemy – postanowili tworzyć sztukę nowoczesną. Członków stowarzyszenia Młoda Finlandia przedstawił choćby Akseli Gallen-Kallela na obrazie Sympozjum (fin. Symposion/Probleema).

🇫🇮 Gallen-Kallela urodził się jako Axel Waldemar Gallén? Na fali trendów narodowościowych postanowił on zmienić szwedzkie nazwisko na brzmiące bardziej po fińsku.

🇫🇮 Järnefelt był początkowo realistą, ale w jego twórczości zauważyć można również elementy impresjonizm? Szczególnie w jego lekkim, niemal szkicowym czasem ujęciu chmur i nieba. 

🇫🇮 Hugo Simberg jest autorem obrazu Finlandii numer 1? W 2006 roku galeria Ateneum zorganizowała plebiscyt na najbardziej fińskie dzieło (Maamme taulu -äänestyksessä). Pierwsze miejsce zajął Ranny anioł fińskiego symbolisty, drugie – Rekonwalescentka  Helene Schjerfbeck, a trzecie – Walczące głuszce Ferdinanda von Wrighta.

🇫🇮 Tove Jansson była nie tylko autorką “Muminków”, ale też utalentowaną malarką? Pochodziła z artystycznej rodziny jako córka Viktora Janssona, rzeźbiarza, oraz Signe Hammarsten-Jansson, ilustratorki i graficzki. Rodzice Tove byli też inspiracją dla postaci Mamusia i Tatusia Muminka.

🇫🇮 9 sierpnia świętuje się Dzień Sztuki Fińskiej? Święto ustanowiono w tym roku i przypada na dzień urodzin Tove Jansson, dlatego oficjalna nazwa wydarzenia to Tove Janssonin ja suomalaisen taiteen päivä. Więcej informacji o tym dniu poczytacie na stronie Pohjola.

🇫🇮 Tom of Finland tworzył pod pseudonimem ze względu na swoją orientację seksualną? W powojennej Finlandii prace o charakterze erotyczno-pornograficznym były zakazane, tak samo jak seksualizm. Artysta zaryzykował jednak wydawnictwa anonimowe (głównie w USA), dzięki którym stał się czołową postacią środowisk gejowskich i rewolucji seksualnej.

Więcej o wymienionych artystach dowiesz się z filmu na kanale Utulę Thule mówi o sztuce Północy:

https://youtu.be/Gj23Obc8E_I

OBRAZY I ZDJĘCIA UŻYTE W FILMIE

  1. Albert Edelfelt , Na fali (fin. Käytössä aallonmurtaja), 1883, Muzeum Sztuki w Goteborgu
  2. Albert Edelfelt, Przenoszenie trumny dziecka (fin. Lapsen ruumissaatto), 1879, Ateneum, Helsinki
  3. Albert Edelfelt, Most Kaukola o zachodzie słońca, 1890, Wikimedia Commons.
  4. Albert Edelfelt, La laitière, 1889, Wikiart.org
  5. Albert Edelfelt, Pejzaż, 1889, Wikimedia Commons.
  6. Albert Edelfelt, Kobiety Ruokolahti przed kościołem, 1887, Wikiart.org
  7. Albert Edelfelt, Dobrzy przyjaciele. Portret siostry artysty, Berthy Edelfelt
  8. Albert Edelfelt, Stara kobieta z koszykiem (fin. Eukko pärekoreineen), 1882, Ateneum, Helsinki. 
  9. Albert Edelfelt, Ogrody Luksemburskie (fin. Pariisin Luxemburgin puistossa), 1887, Ateneum, Helsinki. 
  10. Albert Edelfelt, Chrystus i Maria Magdalena, legenda fińska, 1890, Ateneum, Helsinki.
  11. Albert Edelfelt, Dzień odpoczynku, 1875-6, Nationalmuseum, Sztokholm
  12. Albert Edelfelt, Żyd sprzedający buty, ok. 1873, źródło: Bukowskis
  13. Albert Edelfelt, Chłopcy kapiący się na plaży (fin. Leikkiviä poikia rannallakiviä poikia rannalla), 1884, Ateneum, Helsinki.
  14. Albert Edelfelt, Paryżanka (Virginie), 1883, Joensuu Art Museum
  15. Albert Edelfelt, Letni wieczór (fiń. Kesäiltana), 1883
  16. Pekka Halonen, Pora posiłku (fiń. Ateria), Didrichsenin taidemuseo, Helsinki
  17. Pekka Halonen, Zachód słońca nad jeziorem Tuusula (fiń. Auringonlasku Tuusulanjärvellä), 1902
  18. Ferdinand von Wright, Walczące głuszce (fiń. Taistelevat metsot), 1886, Ateneum, Helsinki.
  19. Ferdinand von Wright, Z ogrodu. Kwiaty i ptaki, 1853–54, Ateneum, Helsiniki, Wikimedia Commons.
  20. Ferdinand von Wright, Puchacz łapiący zająca (fin. Huuhkaja iskee jänikseen), 1860, Ateneum, Helsinki, Wikimedia Commons.
  21. Ferdinand von Wright, Zaloty głuszców, 1862, Wikimedia Commons. 
  22. Ferdinand von Wright, Sroki wokół martwego głuszca, 1867, Wikimedia Commons.
  23. Ferdinand von Wright, Kaczki-krzyżówki, 1974, Wikimedia Commons.
  24. Ferdinand von Wright, Swinie i sroki, 1875, Ateneum, Helsinki.
  25. Ferdinand von Wright, Cietrzew pławiący się w piasku (fin. 
    Pyitä rypykuopalla), 1877, Ateneum, Helsinki, Wikimedia Commons. 
  26. Ferdinand von Wright , Sojki, 1877, Ateneum, Helsinki, Wikimedia Commons. 
  27. Ferdinand von Wright, Pierwsza niespodzianka (fin. Ensi yllatys), 1880, Wikimedia Commons. 
  28. Ferdinand von Wright, Pardwy, 1893, Ateneum, Helsinki, Wikimedia Commons. 
  29. Ferdinand von Wright, Orzeł przedni nad jeziorem, 1897, Ateneum, Helsinki, Wikimedia Commons. 
  30. Ferdinand von Wright, Ogród w Haminalahti, 1856–57, Wikimedia Commons. 
  31. Ferdinand von Wright, Widok z zatoki Hamina (fin. Näköala Haminalahdelta), 1853, Wikimedia Commons. 
  32. Ferdinand von Wright, Pejzaż z Lugnet, 1877, Wikimedia Commons. 
  33. Ferdinand von Wright, Leśny pejzaż z Haminalahti, 1880, Wikimedia Commons. 
  34. Ferdinand von Wright, Kuropatwy na śniegu, 1895, Wikimedia Commons. 
  35. Magnus, Wilhelm, Ferdinand von Wright, litografie z Svenska fåglar av bröderna, 1929, Bukowskis.
  36. Eero Järnefelt, Portret syna, 1897, Wikimedia Commons. 
  37. Eero Järnefelt, Blooming Summer, 1918, Wikimedia Commons. 
  38. Eero Järnefelt, Dziewczyna z Salo (szw. Flickan från Salo), 1894, Wikimedia Commons. 
  39. Eero Järnefelt, Chłop i pracownicy, 1893, Wikimedia Commons. 
  40. Eero Järnefelt, Samka na łące (fin. Saimi kedolla), 1892, Muzeum w Järvenpää, Finlandia
  41. Eero Järnefelt, W drodze do domu (fin. Kotimatkalla), 1903, Turku Art Museum, Turku, Finlandia. 
  42. Eero Järnefelt, Pełnia księżyca (fin. Kesäyön Kuu),  1889
  43. Akseli Gallen-Kallela, Parisienne, 1888, oil on canvas
  44. Akseli Gallen-Kallela, Jezioro Keitele (fin. Keitele), 1905, National Gallery, Londyn.
  45. Akseli Gallen-Kallela, Widok na jezioro (fin. Järvimaisema), 1901, Ateneum (Fińska Galeria Narodowa), Helsinki.
  46. Archiwalna fotografia Akselego Gallen-Kalleli i Alberta Edelfelta, 1893, źródło: https://mydailyartdisplay.wordpress.com/category/albert-edelfelt/
  47. Jules Bastien-Lepage, Pas Mèche (Nothing Doing), 1882
  48. A photograph of Axel Gallén and other art students in Académie Julian in the 1880s
  49. Akseli Gallen-Kallela, Chmury nad jeziorem, 1904
  50. Akseli Gallen-Kallela, Przy rzece Tuoneli, studium do fresku w Mauzoleum Juselius, 1903, Ateneum, Helsinki.
  51. Akseli Gallen-Kallela, Widok jeziora, 1901, Ateneum, Helsinki.
  52. Pekka Halonen, W saunie (fin. Saunassa), 1925
  53. Pekka Halonen, Wożący kłody (fin Tukinuittajat), 1925, Halosenniemi, Tuusula.
  54.  
  55. Hugo Simberg, Bajka 2, 1896, źródło: http://monsterbrains.blogspot.com/
  56. Hugo Simberg, Chłop i Śmierć u wrót Nieba i Piekieł, 1897, źródło: http://monsterbrains.blogspot.com/
  57. Hugo Simberg, Ranny anioł, 1903, Finnish National Gallery, Helsinki
  58. Hugo Simberg, Ku wieczorowi ,1913, Finnish National Gallery, Helsinki
  59. Hugo Simberg, Mróz, 1895, Finnish National Gallery, Helsinki
  60. Hugo Simberg, Ogród śmierci, 1896, Finnish National Gallery, Helsinki
  61. Hugo Simberg, Śmierć słucha, 1897, Finnish National Gallery, Helsinki
  62. Helene Schjerfbeck, Margareta Wind, 1934, Göteborgs konstmuseum
  63. Helene Schjerfbeck, Girl from Eydtkuhne II, 1927, Wikimedia Commons.
  64. Helene Schjerfbeck, Dziewczyna z Barösund (fin. Tyttö Barösundista), 1885–1890, Wikimedia Commons.
  65. Helene Schjerfbeck, Rekonwalescentka (fin. Toipilas, szw. Konvalescenten), 1888, Ateneum, Helsinki, Wikimedia Commons.
  66. Helene Schjerfbeck, Buty do tańca (fin. Tanssiaiskengät), 1882, Wikimedia Commons.
  67. Helene Schjerfbeck, Schnące pranie (fin. Vaatteita kuivumassa), 1883, Ateneum, Helsinki, Wikimedia Commons.
  68. Helena Schjerfbeck, Portret dziewczynki (fin. Tytuotokuva), 1885, Ateneum.
  69. Helena Schjerfbeck, Matka i dziecko, 1886, Ateneum, Helsinki.
  70. Helena Schjerfbeck, Robotnice w drodze do fabryki (fin.Tehdastyöläisiä matkalla työhön), 1921–1922, Riihimäki Art Museum
  71. Helene Schjerfbeck, Blondynka, 1916, Wikimedia Commons.
  72. Helene Schjerfbeck, The Apple Girl, 1928, Wikimedia Commons.
  73. Helene Schjerfbeck, Girl with Blue Ribbon, 1943, Wikimedia Commons.
  74. Helene Schjerfbeck, Idące do kościoła. Poranek wielkanocny, 1895–1900
  75. Helene Schjerfbeck, Portret aktora Matti Kiianlinna, 1926, Wikimedia Commons.
  76. Helene Schjerfbeck, Rosy-Cheeked Girl, 1927, Wikimedia Commons.
  77. Helene Schjerfbeck, The Seamstress (The Working Woman), 1905, Wikimedia Commons.
  78. Tove Jansson, Paląca dziewczyna (Autoportret) , 1940, © Moomin Characters™
  79. Tove Jansson, Autoportret. Boa z rysia , 1942, Dulwich Picture Gallery © Moomin Characters™
  80. Tove Jansson, Zabawa w mieście , 1947, © Helsinki Art Museum
  81. Tove Jansson, Rodzina, 1942, Ateneum, Finlandia
  82. Tove przy pracy nad freskiem Zabawa w mieście w helsińskim ratuszu, © Helsinki Art Museum
  83. Tove Jansson, Ilustracja z książki Kometa nad doliną Muminków , 1946, Tampere Art Museum, Moominvalley, fot. Finnish National Gallery / Hannu Aaltonen, © Moomin Characters ™
  84. Tove Jansson, Mural z przedszkola w Kotka, 1949, Moomin Characters ™
  85. Tove Jansson, Gra, 1955, © Helsinki Art Museum
  86. Tove Jansson in her studio | © Per Olov Jansson
  87. Tove Jansson,  Paris, 1934
  88. Tove Jansson, Before the Masquerade, 1943, źródło: DailyArt.com
  89. Tove Jansson, Still life with spring flowers, źródło: Bukowskis.
  90. Tom of Finland, Bez tytułu (Seria “Rowerzysta i złodziej”), 1960, Tom of Finland Foundation.
  91. Tom of Finland, Bez tytułu (Seria “Seks i pociąg), 1974, Tom of Finland Foundation.
  92. Tom of Finland (Touko Laaksonen), Bez tytułu (z serii “Camping”), 1976, Tom of Finland Foundation.
  93. Tom of Finland (Touko Laaksonen, Untitled (z serii “Camping”), 1976, Tom of Finland Foundation.
  94. Maija Isola, Kaivo (Well), Marimekko
  95. Maija Isola, Kompozycja z kwiatami, źródło: Bukowskis. 
  96. Maija Isola, Wzór makowy (fiń. Unikko), 1964, Marimekko
  97. Maija Isola, Amfora, 1948, Marimekko
  98. Maija Isola, Przyroda (fin. Luonto), 1957-1963, Marimekko
  99. Maija Isola, Wzory (fin. Ornamentti), 1958,  Marimekko
  100. Maija Isola, Lovelovelove, 1968, Marimekko

Czytaj więcej:

Ateneum, czyli świątynia sztuki fińskiej. Muzeum w Helsinkach

Domy-muzea artystów nordyckich cz. 2 🏠

Nordyckie ilustracje dla dzieci 📚

Top 10 malarzy szwedzkich 🇸🇪

 

Zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego – Kultura w sieci.

Wszystko płynie

autor: Andri Snær Magnason
tytułO czasie i wodzie
rok: 2020
wydawnictwoKarakter
tłumaczenie: Jacek Godek
liczba stron: 304

Chyba po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się sięgnąć po książkę, która w pełni odpowiadała moim obecnym zainteresowaniom i lękom. Gdy otwierałam ją po raz pierwszy, nie zdawałam sobie sprawy, ile dobra w niej znajdę.

“Lodowce to zamarznięte manuskrypty opowiadające historie na tej samej zasadzie co słoje w drzewie czy warstwy osadu – dzięki nim można gromadzić informacje i zbudować sobie obraz przeszłości.”

W marcu tego roku miałam zaplanowane wystąpienie w Centrum Interpretacji Zabytku. Poproszono mnie o wykład o Vatnajökull i innych lodowcach Islandii. Choć nie jestem glacjologiem ani klimatologiem, postanowiłam ruszyć temat od strony dziedzictwa narodowego i kultury. Zebrałam bardzo interesujący materiał, sięgając do islandzkiej sztuki, literatury, kinematografii oraz kultury popularnej. Okazało się, że lodowce istotnie zajmują ważne miejsce w wyobraźni Islandczyków, wielokrotnie portretowane i opisywane w sztuce. Zresztą już według mitologii nordyckiej lodowiec opisywany jest jako źródło życia i początek wszystkiego. Tak opisuje to Edda Młodsza:

Wykład został jednak odwołany z powodu Covid, a ja zabrałam się za inne projekty, angażując się coraz bardziej w głośnie mówienie o zmianach klimatycznych i dołączając do Chóru Klimatycznego oraz protestów Ingi Zasowskiej pod Sejmem. Nie mogłam zapomnieć o islandzkich lodowcach. Śpiewamy o nich podczas prób, rozmawiamy o ich topnieniu, dyskutujemy o dokumencie “Można panikować”, w którym prof. Szymon Malinowski przekonuje, że nasza sytuacja jest już naprawdę beznadziejna. I co? Nic z tym nie robimy, aż w końcu na rynek polski trafia książka, która w świetny sposób wyjaśnia, dlaczego tak jest. Dlaczego możemy angażować się w sprawy ekologiczne, odczuwać panikę przed końcem świata, a jednocześnie nie rezygnować z samolotów i cieszyć się z upałów w środku lata. W ubiegły weekend było jakieś 37 stopni i poza kilkoma wpisami w mediach społecznościowych “uff jak gorąco” nie zrobiło to na nikim większego wrażenia.

Andri Snær Magnason nazywa to białym szumem. Islandzki pisarz twierdzi, że w obliczu rozmiaru zmian klimatycznych pozostajemy bezradni, nie potrafimy odpowiednio reagować. Owszem, od czasu do czasu pochylimy się nad problemem i uronimy łzę, ale problem przygniata nas do tego stopnia, że wybieramy ignorancję. Łatwiej skupiać się na mniejszych problemach niż na tym, co jest kwestią globalną i dotyczy nas wszystkich, przez cały czas. Co więcej, zmiany klimatu są powolne i zaczęły się już dawno temu, a więc nie są tak spektakularne i nagłe jak inne katastrofy. Dlatego ich nie dostrzegamy.

Biały szum to jedno z wielu celnych spostrzeżeń autora. W swojej płynnej niczym tytułowa woda i czas narracji łączy on kwestie ekologiczne z portretem swoich przodków. Mogłoby się wydawać, że opowieść, w której mieści się pobyt na lodowcu, przeglądanie starych manuskryptów, skomplikowane operacje, rozmowy z Dalajlamą czy historie z dzieciństwa zamazują główny przekaz autora. Ale właściwie nie ma jednego tematu tego swoistego strumienia świadomości. Raz w formie eseju, a raz – reportażu, Magnason zdaje się chyba przede wszystkim opowiadać o zmianach. Wszystko płynie: ludzie się starzeją, lód topnieje, priorytety ulegają przewartościowaniu, a człowiek wciąż zadaje sobie nowe pytania i stawia przed sobą kolejne zadania.

Czas płynie, a jednak trzeba reagować już teraz. Jest to niby oczywiste, a mimo to każda kolejna książka wydana na ten temat to jakby nowe objawienie. Islandczyk podaje wiele liczb i faktów, które za tym przemawiają, a jednak jego przekaz wydaje się trafiać bardziej, niż debaty naukowców i specjalistyczne teksty. Książka porywa, zmusza do refleksji, bo pisana jest z osobistej perspektywy, a nie w suchy i pozbawiony subiektywności sposób. Co więcej  – nie przedstawia wyłącznie czarnych scenariuszy, gdyż stara się ująć różne kierunki i nadzieje na przyszłość, również z teorią o odradzaniu się lodowców. Pisze z pozycji nie ekologa, specjalisty, ale pisarza, poety, działacza na rzecz środowiska. Odwołuje się do własnej walki o regiony Islandii, które miały zostać poświęcone przemysłowi. Wspomina liczne podróże oraz obserwowane podczas nich zagrożone wyginięciem gatunki.

Wszystko płynie, a jednak za starożytnymi filozofami i współczesnymi myślicielami, autor zdaje się uczyć nas cierpliwości i pokory. “O czasie i wodzie” nie jest więc pozycją, którą mamy się biczować za nieprzyjazne środowisku wybory życiowe. Jest raczej opowieścią o nadziei, która w ustach najbardziej radykalnych aktywistów ekologicznych dawno już umarła. Jeśli zwyczajny Ziemianin nie chce czytać trudnych raportów ani zgodzić się z protestującymi dzieciakami, to może posłucha poety? W końcu podczas prób Chóru Klimatycznego uczono nas, że nie wykrzykiwaniem i obarczaniem winą zachęcimy do walki o lepszą przyszłość naszej planety. W czasach trudnych serca porywały nie ścisłe umysły, ale poeci.

Dlatego “O czasie i wodzie” to lektura obowiązkowa tak dla ekologicznych denialistów, jak i ludzi względnie zasmuconych zmianami klimatycznymi. Autor nie podaje konkretnych rozwiązań, zasiewa jednak potrzebę wprowadzania własnych zmian i uświadamia czytelnikowi, jak bezcenne, a jednocześnie nic nieznaczące w skali dziejów świata, jest ludzkie życie. Nawet jeśli jesteśmy na tej planecie tylko przez jakieś 100 lat, nasze wybory wpływają na kolejne pokolenia, tak jak decyzje naszych poprzedników ukształtowany nasze położenie. Można umrzeć i pozostawić po sobie bałagan wynikający z naszego lenistwa i obojętności, ale można też zadać sobie trud i wykonać nieskomplikowaną operacją matematyczną, by dowiedzieć się, w którym roku będą żyli ludzie, których narodzin doświadczymy za naszego życia.

Na koniec warto zaznaczyć, że polskie wydanie książki świetnie wpisuje się w tematykę proekologiczną. Biorąc ją do rąk mam wrażenie, że okładkę wykonano z papieru czerpanego, a strony są cienkie i lżejsze. Sam Magnason  pisał, że książki szybko się rozkładają, tym różnią się od niematerialnych zabytków kultury i naturalnego dziedzictwa narodowego. Tym niemniej mam nadzieję, że wybór biodegradowalnych materiałów lub papieru pochodzącego z odzysku uzupełnia sens słów islandzkiego pisarza. Słów, które pięknie przełożył Jacek Godek, w ostatnich miesiąc bardzo płodny tłumacz języka islandzkiego. Muszę przyznać, że jako czytelniczka większości jego przekładów jestem pozytywnie zaskoczona pewną zmianą stylu i lekkością pióra tłumacza. Wdzięczna jestem również redakcji za użycie islandzkich znaków, których często brakuje w wydawnictwach literatury tego kraju.

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję wydawnictwu Karakter.