Nie jest Ok

Przyjaciółka zrecenzowała mi retrospektywę Ólafura Eliassona jako nudną, a potem dowiedziałam się, że ogłaszane szeroko w islandzkich mediach wymarcie lodowca Ok jest ściemą. Czy Islandczycy tylko kreują się na tak zatroskanych o środowisko?

Było jak na pogrzebie bardzo ważnej osoby. Zmarłego żegnały tłumy, zwykli ludzie, ale też pani premier Katrín Jakobsdóttir oraz poeci. Ceremonię odprawiono z honorami, odsłonięto tablicę pamiątkową. A na niej takie słowa, autorstwa islandzkiego poety Andriego Snaera Magnasona:

Brevet till framtiden, skrivet av Andri Snaer Magnason.
źródło: https://www.notokmovie.com/

Symboliczne pożegnanie Okjökull na wielu zrobiło ogromne wrażenie. Choć status lodowca Ok stracił już w 2014 roku, oficjalna ceremonia pogrzebowa wpasowała się w nieustającą już dyskusję na temat postępującego globalnego ocieplenia i związanymi z nim nieodwracalnymi zmianami dla planety. W takich sytuacjach często oczy zwrócone są ku dzikim zakątkom świata, rezerwuarom dotąd nietkniętej przez człowieka przyrody, a jednak takim, których skutki działań człowieka również dosięgają. Płoną puszcze i lasy, topnieją lodowce. A wydarzenia takie jak to, które odbyło się u podnóża Okjökull oraz ton słów zapisanych na tablicy każą nam już nie tyle pisać rachunki sumienia, co przygotować solidne postanowienie poprawy, lecz z nutką goryczy i zwątpienia w to, czy zmiana na lepsze faktycznie nastąpi.

Marta Magdalena Niebieszczańska z Iceland News Polska zrelacjonowała pogrzeb lodowca Ok jako wydarzenie pełne smutku i zadumy. Jako moment zjednoczenia Islandczyków przeciwko ingerencji ludzkiej w dziewiczą przyrodę. Dotąd następowały one w przypadku zmiany infrastruktury na odludnych polach lawowych, dzięki czemu kojarzymy mieszkańców Islandii z ekopatriotyzmem i nadmierną troską o środowisko. Ale czy na pewno?

Fakty i mity na temat Okjökull 

Zacznijmy od tego, co lubię najbardziej, czyli kwestii językowych. “Okjökull” składa się z “Ok”, czyli nazwy wulkanu w zachodniej Islandii, oraz przyrostka “jökull”, co po islandzku oznacza lodowiec. Jak w pozostałych przypadkach, również słynnym Eyjafjallajökull, mamy do czynienia więc z kilkoma zjawiskami geograficznymi w jednej nazwie. W języku polskim często dochodzi do pleonazmów, vide: “lodowiec Eyjafjallajökull”, stąd ja używam w tym poście określenia “lodowiec Ok”. Problem polega na tym, że odkąd Okjökull stracił status lodowca, teraz używa się po prostu określenia Ok, czyli nazwy wulkanu. Ale wciąż jednak znajduje się na nim lód, dlatego terminologia może pozostać niejasna.

Obecnie Okjökull został według glacjologów zaklasyfikowany jako tzw. lód martwy, czyli bryła lodu oddzielona od lodowca lub lądolodu w czasie jego regresji (cofania się). W praktyce oznacza to, że lodowiec przestał się ruszać i zaczął topnieć, przez co wkrótce przekształci się w morenę (trochę pamiętam z lekcji geografii, a trochę wykorzystuję wiedzę z Wikipedii i stąd). Dotąd lodowiec spływał ze szczytu wulkanu, a nieregularne płaty śniegu pokrywające jego dolne stoki przypominały wyglądem cętkowanie lamparta.

Julien Achache
źródło: Julien Achache, https://www.notokmovie.com/

Losem Okjökull  zainteresowali się antropolodzy Cymene Howe i Dominic Boyer z Rice University, którzy zainicjowali projekt UN-GLACIER TOUR, będący alternatywą dla wszelkiego rodzaju wycieczek po lodowcach proponowanych turystom na Islandii. W ramach tej “nielodowcowej” wycieczki można zobaczyć to, co zostało z Okjökull, a więc obserwować jego stopniowe zanikanie. Symboliczny pogrzeb lodowca, który odbył się 18 sierpnia tego roku, był niczym innym, jak właśnie taką wycieczką.

Drugim projektem badaczy było zrealizowanie filmu “Not OK”, którego trailer można oglądać na oficjalnej stronie projektu. To krótka historia opowiadana z perspektywy lodowca, któremu głosu użyczył sam Jón Gnarr:

Od początku XX wieku ponad 400 lodowców islandzkich zaczęło topnieć w szybszym tempie, trącąc łącznie około 11 miliardów ton lodu rocznie. Według badaczy wszystkie lodowce Islandii mają zniknąć do 2200 roku, o czym szeroko dyskutowano przy okazji pożegnania Okjökull. Uczestnicy ceremonii wzięli winę na siebie, a jednak słyszy się, że zmiany klimatyczne następowałyby niezależnie od udziału człowieka. Mówi się o jökulhlaup, czyli powodziach wywołanych nagłym topnieniem lodowca położonego na szczycie wybuchającego wulkanu. Wreszcie, mówi się o regularnym zanikaniu i odradzaniu się lodowców, i że należy do nich także Okjökull, topniejący raz na 60 lat. Niektórzy badacze przypominają, że składa(ł) się on głównie z pokrywy śnieżnej i dlatego dotąd kwestionowali klasyfikację Okjökull jako lodowca. W internecie znaleźć można zdjęcia, które pokazują topnienie i ponowne odrastanie pokrywy lodowo-śnieżnej na wulkanie. A jednak te, które ja znalazłam, wyglądają naprawdę smutno:

Okjökull we wrześniu 1986 oraz sierpniu 2019, zdjęcie z kosmosu wykonane przez NASA, źródło: https://earther.gizmodo.com

Prawda czy mit? Zapytałam o komentarz znajomą poznaną w Reykjaviku, absolwentkę tamtejszej glacjologii. Becca powiedziała wprost, że na studiach zajmowali się większymi i bardziej dynamicznymi pokrywami śnieżnymi, dlatego dotąd nie interesowała się lodowcem Ok. O jego istnieniu dowiedziała się ze wspomnianego powyżej filmu. Natomiast do tego, czy Ok w ogóle był lodowcem, odniosła się przytaczając mi definicję: “aby nazwać go lodowcem, jego pokrywa śnieżna musi mieć wystarczająco dużą masę i ulegać deformacji pod jej ciężarem, a więc nie jest to przypadek Ok”.  Dodała, że nie wie nic o odradzaniu się lodowca co 60 lat, więc uznała, że to tylko mit.

Topniejące lodowce a zmiany klimatu

Prawdą jest natomiast, że emisja gazów cieplarnianych stopniowo zabija kolejne lodowce. W wywiadzie dla CNN Dominic Boyer podkreślał jak istotny wpływ na islandzkie dziedzictwo kulturowe, turystykę, hydroelektrownię oraz rybołówstwo będą miały zanikające lodowce. Dlatego nawet jeśli Ok nie był największym z nich, jego pogrzeb miał istotne znaczenie dla świadomości zbiorowej, nie tyle samych mieszkańców Wyspy, co całego świata. Ale podobne akcje działające na wyobraźnię miały miejsce już wcześniej,  najbardziej spektakularną z nich w ostatnim czasie był projekt Ice Watch Ólafura Eliassona.

Ice Watch installation by Olafur Eliasson in London
źródło: https://www.dezeen.com
Projekt zakładał pokazanie efektów globalnego ocieplenia tam, gdzie widać je najmniej. Stąd islandzko-duński artysta przetransportował do Londynu bloki grenlandzkiego lodu, które w naturalny sposób topniały przed gmachem Tate Modern na oczach przechodniów. Nazwa Ice Watch to gra słowna, bo lód można było oglądać, ale stanowił on też symboliczny zegar, odmierzający nas czas. Więcej o projekcie można poczytać na oficjalnych stronach Ice Watch oraz artysty.
O tym, że Ólafur Eliasson interesuje się zmianami w przyrodzie i ekologią już wspominałam, ale dlaczego moja przyjaciółka była rozczarowana retrospektywną wystawą artysty? Bo w pewnym sensie artysta ciągle się powtarza, a od czasów spektakularnego Weather Project nie stworzył dzieła o podobnej mocy pobudzenia naszej wyobraźni i tak oryginalnego. Że bryły lodu topnieją w miejskiej wyspie ciepła? To tak proste, że aż nudne. Z całym moim szacunkiem dla dorobku islandzkiego artysty, przyznam, że za późno już na sztukę uświadamiającą zmiany wynikające z globalnego ocieplenia. Bowiem zastanówmy się: ludzie podeszli do topniejącego lodu, zrobili sobie z nim zdjęcia, być może nawet ulegli chwili zadumy, ale czy zmienili swoje przyzwyczajenia? Czy zrobili coś, aby te globalne zmiany zatrzymać? Niestety nie. I tak samo dzieje się z tysiącami odbiorców sztuki ekologicznej.

Więc nie jest Ok. I nie będzie. A jak odniosę się do zadanego na początku pytania o to, czy islandzka proekologia jest tylko PRowym ruchem? Napisałam już o tym, że Islandczycy są eko, ale wielu z moich czytelników podważyło tę tezę. I mają rację, bo pominęłam w tym tekście wszystkie grzeszki mieszkańców Wyspy. To, że nie szanują wody, bo mają ją (ciepłą) właściwie za darmo. To, że marnują mnóstwo żywności, która – importowana z różnych zakątków świata – często zaczyna gnić już na sklepowych półkach. To, że latają samolotem na weekendowe wypady do Stanów i Europy, przywożąc ze sobą torby pełne zakupów, bo uwielbiają kapitalizm i konsumpcję. I co? Sama dałam się nabrać na ten PR, bo pierwsza strona medalu wygląda niemal idealnie. Ale ludzie są ludźmi.

Co z tym zrobimy? Jak głosi tablica upamiętniająca Ok, podsumują nas kolejne pokolenia.

Bądź jak Islandczyk. Bądź eko!

Od dawna staram się zmieniać świat i dokonywać wyborów, które są bliżej naturze i przyjazne środowisku. Im więcej patrzę na Skandynawię, tym bardziej eko chcę być. Islandia jest jednym z moich wzorów. Może być również wzorem dla Ciebie.

Kilka tygodni temu byłam na inspirującym koncercie Women’s Voices. Podczas występów polskich wokalistek w tle puszczono video z materiałów Greenpeace. Pokazywały one piękno przyrody i zniszczenie, jakie jej serwujemy. Jeden z filmów przedstawiał islandzkie lodowce, które się topią. Na naszych oczach ginie natura, którą tak bardzo chcemy podziwiać. Wydajemy mnóstwo kasy na pobyt na Wyspie, znosimy jej chłody i słoty, nocujemy w samochodzie lub pod namiotem. A wszystko po to, żeby zobaczyć resztki dziewiczej natury, która i tak rocznie jest coraz bardziej zadeptywana przez turystów i zmieniania przez człowieka.

Islandia kojarzy nam się właśnie z naturą. A skoro w 21. wieku nadal możemy w wielu miejscach oglądać ją tak niezmienioną, to znak, że Islandczycy dbają o przyrodę – tak myślimy. Często powtarzam, że sławna wiara Islandczyków w elfy to nic innego jak potrzeba spersonifikowania natury, którą otacza się szacunkiem i opieką. I choć nikt nie jest idealny, Islandczycy robią dużo fajnych rzeczy, żeby dbać o planetę. Oto kilka z inspiracji:

1. Pij wodę z kranu. Taka jest najpyszniejsza

Ostatnio islandzkie media społecznościowe lansują islandzką kranówkę. Do sieci trafił filmik, w którym sympatyczny pan promuje picie wody z kranu na Islandii. Film kończy się dowcipnym sloganem “Drinks are on us”. Faktycznie, pamiętam tabliczki z lotniska, zachęcające do picia wody prosto z kranu. Wówczas chwytem marketingowym było hasło, że woda jest krystalicznie czysta i zimna, bo pochodzi z lodowców. Teraz chodzi też o to, żeby zmniejszyć zużycie plastiku. Sami spójrzcie!

Ale nie trzeba być na Islandii, żeby pić prostu z kranu. Sama od lat piję wyłącznie kranówkę. Noszę ze sobą bidonik, który dostałam w göteborskiej siłowni i to jedyna plastikowa butelka, z której piję wodę. Kranówka jest super! Nie dajcie się zwieść kampaniom o magicznych właściwościach wód butelkowanych, pełnych odżywczych składników. Kranówka też ma w sobie dużo dobra, a do tego idealna na upały, bo zawsze ożywczo zimna! Bądź jak Islandczyk, pij kranówkę!

2. Jedz lokalne produkty. Szczególnie banany

Islandczycy mieszkają na wyspie i dobrze wiedzą, ile kosztuje sprowadzanie produktów z kontynentu. I choć oczywiście importują mnóstwo towarów (z produktów spożywczych najwyżej plasują się kawa i tabaka), starają się produkować żywność dla własnych potrzeb. Oczywiście na ile to możliwe – ale dzięki geotermie możliwe jest całkiem sporo. Dzięki ogrzewaniu prosto z wnętrza ziemi Islandczycy wypracowali system hodowli roślin w licznych szklarniach, wiele z nich oglądać można pod Hafnarfjördur:

To tam hoduje się słynne banany, a także pomidory, paprykę, ogórki czy rośliny ogrodowe. Choć w islandzkich supermarketach wciąż można kupić też produkty sprowadzane spoza Wyspy, wraz z towarami wytworzonymi na Islandii obniża się liczba owoców i warzyw sprowadzanych samolotami. Te hodowane w szklarniach nie tyle przewyższają je świeżością i lokalnością, ale według wielu dumnych Islandczyków – również i smakiem. Geoterma jest zresztą używana w kuchni islandzkiej nie od dziś: najpyszniejszy chleb jaki kupicie na Islandii wypiekany jest właśnie w cieple z wnętrza ziemi.

3. Ubieraj się modnie. Noś rybie łuski i ubrania z lumpeksów

Czy wiesz, że jednym z najbardziej szkodliwych dla przyrody jest przemysł odzieżowy? Produkcja ubrań, które kupujemy w sieciówkach zabiera mnóstwo wody, a także często wykorzystuje tanią siłę roboczą. Jak można z tym walczyć? Kupować mniej. Kupować w second-handach. Przerabiać. Tak jak Bára Hólmgeirsdóttir, twórczyni firmy Aftur, specjalizująca się w upcyklingu, czyli przerabianiu starych ubrań czy dawaniu nowego życia ciuchom znalezionym w second-handach. Jej kreacje zrobiły na Wyspie furorę i wiele z nich noszonych jest przez islandzkich celebrytów.

Islandzki świat mody dawno już zaprzyjaźnił się z pojęciem slow fashion, czyli modą na małą skalę, z produktów dobrej jakości, a przede wszystkim: przyjazną środowisku. Jedną z pierwszych takich marek na świecie była islandzka ELLA, założona przez Elínrós Líndal oraz Katrín María Káradóttir.  Celem marki było tworzenie ubrań typu basic, które można nosić niezależnie od sezonu i urozmaicać dodatkami. Dzięki temu można widocznie zmniejszyć liczbę kupowanych ubrań.

Choć dzisiaj marka już nie istnieje, islandzcy projektanci wciąż tworzą dla dobra planety. Najgłośniejszym zjawiskiem ostatniego czasu jest Atlantic Leather, czyli produkty ze skór rybnych. Ten rodzinny biznes z północy Islandii przerodził się w szeroko nagradzany fenomen. Rybia skóra zastępuje bowiem skóry innych zwierząt, przy tym jest bardzo trwała i o efektownym połysku. Do produkcji używa się skór-odpadów z przemysłu rybnego – tym samym wykorzystuje się naturę do maksimum, bez zbędnego zabijania dodatkowych istnień.

4. Szanuj prąd! Albo używaj energii odnawialnych

Islandia aż kipi od wód geotermalnych, które zasilają krany, ogrzewają domy, ale przede wszystkim przyczyniają się do produkcji energii odnawialnej. I uczy świat jak wykorzystywać podobne dary natury, które – choć w mniejszej skali – można znaleźć w wielu miejscach na świecie, nawet w Polsce. Warto jednak podkreślić, że tylko jakieś 27% procent energii produkowanej na Wyspie pochodzi z geotermy. Pozostała (73%) to efekt działalności elektrowni wodnych, a więc wynikałoby, że 100% energii produkowanej na Islandii jest odnawialna. Czy na pewno?

Polecam tutaj lekturę nowego artykułu na Iceland News Polska: “Czy Islandia nadal jest krajem energii odnawialnej?”. Jakiś czas temu Islandczycy myśleli nad rozwiązaniem problemu nadwyżki energii i sprzedawania jej innym krajom, ale tutaj przeszkodą była odległość i techniczne komplikacje przewozu energii. Ostatecznie sprzedaż okazała się możliwa i wielu partnerów zagranicznych robi interesy z Islandczykami, co budzi wiele kontrowersji i sprzeczności, głównie związane z transportem i interpretacją jakości tej energii.

Drugą przyczyną dla protestów i krytyki jest wykorzystywanie nadwyżki energii do gałęzi przemysłowych: huty aluminium i fabryki żelazokrzemu pożerają większą część islandzkiej energii, ale też duże połacie ziemi. To właśnie kwestie zmiany krajobrazu Islandii ze względu na rozwijający się przemysł ciężki trapią wielu Islandczyków, a temat też stał się również inspiracją dla filmu.

5. Szanuj przyrodę. Po prostu

Najważniejsza, i wydawałoby się: najprostsza, zasada to po prostu: szanuj przyrodę. I choć może dla samych Islandczyków wydaje się oczywistą, nie rozumieją jej przyjezdni. Niedawno wandale zniszczyli skały na wzgórzu Helgafell, pewnie dobiegła Was też już informacja o Instagramerze, który pochwalił się swoją brawurową jazdą na Islandii, za co niestety przyszło mu gorzko zapłacić. Nie tylko mandatem, ale dużą dezaprobatą internetów, a to dla zjadaczy lajków cios w samo serce. Nie chcę podlinkować tej historii, żeby nie promować samego “influencera”, ale jego wyczyn – i reakcja Islandczyków – to kolejny dowód na to, jak wielką energię wkładają w walkę z turystami wyjeżdżającymi off-road.

Najnowszym pomysłem jest akcja Inspired by Iceland, zachęcająca turystów do złożenia tzw. The Icelandic Pledge, czyli Islandzkiej Przysięgi. Została ona przygotowana w kilku wersjach językowych i znaleźć ją można w internecie, hostelach i wielu punktach często odwiedzanych przez turystów. Jej pełną treść znajdziecie tu i sami możecie za pośrednictwem tej witryny złożyć taką przysięgę. Może warto zastanowić się nad złożeniem obietnicy nie tylko Islandii, ale całemu światu?

Znalezione obrazy dla zapytania The Icelandic Pledge

Ekopatriotka Halla

W czasach kiedy lodowce topnieją, segregowanie śmieci nie uratuje planety, a w kwestiach klimatycznych strajkować muszą już nawet dzieci, Islandczycy robią film o ekopatriotyzmie.

Kobieta idzie na wojnę

tytuł oryginalny: Kona fer í stríð (eng: Woman at war)
reżyseria: Benedikt Erlingsson
rok produkcji: 2018
kraj: Islandia, Francja, Ukraina

Choć w materiałach prasowych promujących najnowszą produkcję w reżyserii Benedikta Erlingssona (twórcy O koniach i ludziach) tytułowa kobieta nazywana jest ekoterrorystką, to prawdziwa ekopatriotka. Z miłości do islandzkiej ziemi walczy ze zmieniającym dziewiczy krajobraz rozwojem przemysłu, ale – jak to z romantycznym patriotyzmem bywa – ponosi klęskę.

Mogłoby się wydawać, że Halla (Halldóra Geirharðsdóttir) robi dokładnie to, co my wszyscy powinniśmy byli zrobić już dawno temu. Mając dość niszczenia Matki Natury przez człowieka, bierze sprawy w swoje ręce. Wybiera się w interior z plecakiem i sabotuje linie energetyczne,  przez co zakłóca dostawę prądu do stolicy. Działa w sposób profesjonalny i przemyślany, ale czy na pewno? Emocje i pewność siebie, a przede wszystkim punkty zwrotne w jej życiu prywatnym, przekreślą nadzieję na wygraną z systemem. I wcale nie zdradzam Wam tym zakończenia, bo przecież wiadomo, że walka o naturę jest z góry przegrana. Doświadczamy tego codziennie, choć każdy z nas toczy podobną walkę sam ze sobą w obliczu najprostszych decyzji: co kupić, jak ugotować, czego nie zamawiać, czy zakręcić wodę podczas mycia zębów.

I nie mamy naśladować Halli poprzez wieszanie w mieszkaniu portretów Gandhiego, uprawianie wschodnich sztuk walki czy choćby nawet aktywność fizyczną (choć to ostatnie przydaje się bardzo, kiedy trzeba uciekać przed helikopterem lub dronem). Działalność Halli opiera się na bezpardonowości i prowokacji: do momentu publikacji swojego manifestu główna bohaterka jest pewna, że pociągnie za sobą miliony. Owszem, swoją płonną deklaracją zrzuconą z dachu Hotelu Borg porywa tłumy, ale tylko na chwilę: tyle, ile zajmuje retweet czy zrobienie fotki na Instagrama. Halla przegrywa walkę z systemem, bo media przekręcają jej słowa. Władze dobrze wiedzą jak przedstawić informacje, żeby wyszło na ich korzyść (a to już wiemy z własnego podwórka).

Ostatni Młodzieżowy Strajk Klimatyczny, na którym uczestniczyłam, kończył się słowami: media nie mówią o tym, co dzieje się z naszą planetą, bo wiele osób ma interes w tym, by o tym nie mówić. Na Islandii chodzi o korzystne kontrakty i układanie biznesów z Chińczykami albo Amerykanami. A skoro nawet tam,  na tej Wyspie Dziewiczej Natury i Dbałości o Środowisko, wszystko rozchodzi się o pieniądze, to jak ma być w pozostałych zakątkach planety? Gdy filmowi politycy przekonują Islandczyków o tym, że ekosabotaż doprowadzi do podwyżek cen, strach przed ukrytymi ludźmi odchodzi w zapomnienie. Lenistwo i własna wygoda są wrogiem numer jeden walki o lepsze środowisko. A Halla, oskarżająca swoją siostrę bliźniaczkę o egoizm, sama dojdzie do ściany w swojej w swoim altruizmie.

Koniecznie musicie obejrzeć ten film. Nie tylko ze względu na tematykę ekologiczną, świetny islandzki humor oraz bardzo pomysłowe wpisanie muzyki (Davíð Þór Jónsson) w narrację i obraz. Dla takiego islandofila jak ja, oglądanie tego filmu to była czysta przyjemność. Raz, że Reykjavik wydawał się tak bardzo znajomy, dwa, że twórcy przemycili do produkcji tak wiele islandzkich elementów kulturowych, że aż grzechem byłoby ich tu nie wymienić. Oto więc krótki przewodnik na przed lub po wizycie w kinie.

UWAGA SPOILER


Kobieta z gór

Fjallkonan – takim pseudonimem Halla podpisuje swój manifest. Od pierwszych chwil przywołało to uśmiech na mej twarzy, bo choć nazwę można tłumaczyć dosłownie – Halla działała w górach, stamtąd też pochodzi – to jednak postać Kobiety z gór ma znacznie dłuższą tradycję. Można poczytać o tym choćby w długim, ale bardzo solidnym, wstępie doktora Konefała do monografii kina islandzkiego. W dużym skrócie Fjallkonan jest personifikacją całej Islandii (jak niemiecka Germania czy włoska Italia). Motyw ten żywo jawił się w literaturze i sztuce XIX wieku, ale wciąż obecny jest w obchodach Święta Niepodległości 17 czerwca.  To wtedy właśnie wybiera się lokalną piękność, która dostąpi zaszczytu wystąpienia w stroju narodowym podczas ceremonii.

Thingvellir

Pewnie tego miejsca nie trzeba przedstawiać nikomu, kto co nieco słyszał o Islandii. A jednak realizatorzy filmu znów zrobili sympatyczny ukłon w stronę tych, którzy znają historię tego miejsca. Podczas wizyty delegacji z Chin w Dolinie Zgromadzeń mowa jest o władzy ustawodawczej i sądowniczej doby osadnictwa, I właśnie w momencie, kiedy przewodnik opowiada o Radzie Praw (Lögrétta), przedstawiciele islandzkiego rządu dowiadują się o wyczynie Kobiety z Gór i jej manifeście. Wszyscy stają w okręgu (właśnie jak goðar!) i naradzają się, jak sprawę zabić w zarodku. Nie ma więc przypadku, że scena ta rozgrywa się właśnie w miejscu początków islandzkiej demokracji. Mimo że to, jak zachowują się islandzcy politycy w filmie, dalekie jest od dobra ogółu.

Jón Gnarr

A kim jest ów przewodnik chińskiej grupy? Chyba tylko na Islandii jest możliwe, aby grupę tej rangi obsługiwał sam prezydent kraju. Lecz najlepszym dowcipem jest to, kto gra prezydenta Islandii. To Jón Gnarr, postać idealna do tej roli – aktor, ale i polityk. Znany na Wyspie jako człowiek wielu talentów: członek zespołu punkowego, aktor kinowych hitów, ale w ostatnich latach przede wszystkim charyzmatyczny burmistrz miasta Reykjavik. Świat poznał go nie tylko dzięki niekonwencjonalnemu stylowi zarządzania miastem, ale też dokumentowi poświęconym jego drodze do zwycięstwa w wyborach lokalnych. Gnarr wciąż próbuje swych sił w polityce, więc obsadzenie go w tej roli było znakomitym wyborem!

Kobieta-superbohaterka

Ostatnim sympatycznym intertekstem, a może raczej bezpośrednią inspiracją dla scenarzystów, jest historia pewnej Islandki sprzed lat. Chodzi o Sigríður Tómasdóttir, córkę farmera, który w XX wieku posiadał teren z wodospadem Gullfoss na swoją własność. Kiedy ojciec otrzymał propozycję sprzedania wodospadu pod budowę elektrowni wodnej pewnemu Anglikowi, Sigríður postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Ta niewykształcona, ale uparta kobieta wynajęła prawnika i przez lata procesowała się z państwem. Kiedy ostatecznie przegrała, zagroziła, że rzuci się w wody Gullfoss, skoro i tak musi być świadkiem przekształcenia jej ukochanego miejsca. Sabotaż poskutkował, bo do dzisiaj możemy oglądać jeden z najpopularniejszych wodospadów Islandii bez większej interwencji człowieka. A pomnik bohaterki stoi tuż obok.

Inna poprzedniczką filmowej Halli jest Björk. Piosenkarka wkręciła się na początku XXI wieku w projekt Náttúra, którego celem była walka z produkcją i eksportem aluminium. Piosenkarka zaangażowała się w wsparcie zielonej energii i rozwiązań odnawialnych, koncertowała i nagrywała piosenki na dobra tej sprawy. Na swój własny sposób walczyła więc z hutami aluminium na Islandii, mając ten sam cel i powód, co bohaterka filmu “Kobieta idzie na wojnę” – unikatowość dziewiczej przyrody islandzkiej.

Motywów i puszczania okiem do widza jest więcej, ale poprzestanę na tym. Nie będę psuć Wam zabawy w szukaniu ich na własną rękę.

Reykjavik to nie Islandia

Pretekstem do napisania tego posta była notka prasowa Iceland News Polska o tym, że Perlan przygotowuje na jedną z wystaw sztuczny klif z siedzącymi na nim dziesiątkami wypchanych maskonurów. Instalacja ma naśladować urwisko Látrabjarg, bodaj najpopularniejszy punkt do obserwacji tych właśnie ptaków.

Pierwsze pytanie jakie sobie zadałam: PO CO? Czy przy dostępności dobrej jakości zdjęć w Internecie oraz technologii VR potrzebujemy staromodnych rozwiązań na miarę  XIX-wiecznych panoram? Owszem, pobudzały one wyobraźnię naszych dziadków, dzisiaj natomiast realistycznie malowane pejzaże podsypane piaskiem, w który wetknięte są gdzieniegdzie suche gałęzie i wypchane zwierzęta stanowią muzealny relikt i traktowane są z przymrużeniem oka.

A jednak Perlan decyduje się na klif ukraszony trupkami. Nie pomaga tutaj fakt, że maskonury to obok koni islandzkich najmilej i najczęściej kojarzone z Islandią zwierzęta i choć w stolicy nie brakuje sklepów, w których można kupić wypchanego maskonura (dla tych, co nie zdążyli w Reykjaviku jest jeszcze nadzieja na lotnisku), środowisko islandofilów podzielone jest na grupę “nie przeszkadza mi, że Islandczycy zabijają maskonury” oraz grupę “maskonury to przyjaciele, a ja nie jem przyjaciół”. Zachwyt nad maskonurami ma jednak zawsze podobny finał: kiedy już znajdujemy się na Wyspie to marzymy o zrobieniu zdjęć tym urokliwym ptaszkom. A cena jest wysoka. Niejeden turysta spadł z klifów we mgłę, ja z kolei przemierzyłam sporą część Heimaey w deszczu, cała mokra, bo z uporem przekonywałam się, że “tam, właśnie tam” zobaczę w końcu pierwsze w życiu maskonury. Dlatego też pojechałam do Akranes, bo “ktoś widział tam maskonura”. Czyli przez maskonury można oszaleć. A mieć z nimi fotkę to trochę must-have wycieczki na Islandię. Ja miałam dwa podejścia, dopiero za trzecim mi się udało… (A kto jest złośliwy, to powie, że w sumie i tak niewiele maskonurów widać na tym zdjęciu)

20447240_1799083340120768_566860124_ofot. Borkowska Trippin’

Dlatego pomysł na instalację pełną nieruchomych ptaszków interpretuję jako ukłon w stronę turystów. Po co fatygować się na dalekie Fiordy Zachodnie, po co płynąć na Vestmannaeyjar albo na Flatey, lub – jeszcze dalej – na Grimsey? Skoro chodzi tylko o fotkę maskonura, do tego najlepiej z odpowiedniej odległości, może warto załatwić sprawę w Perlanie, gdzie maskonur nie ucieknie sprzed obiektywu, a nam uda się zrobić selfie w dogodnej ilości powtórzeń? Oczywiście śmieję się, bo mam nadzieję, że podróż na wymienione przeze mnie zakątki Islandii nie bierze się tylko i wyłącznie z chęci podglądania maskonurów. A nawet jeśli, to na świecie są jeszcze zapaleni ornitolodzy, którzy zadowalają się nacieszeniem oczu miast obiektywów.

Ale może jednak mam rację? Pod Perlanem zaaranżowano już przecież sztuczny gejzer, który w pewnym stopniu zastępuje wycieczkę na śmierdzące siarką pola z prawdziwym Geyserem. W stolicy znajduje się też instytucja zapewniająca zorzę polarną przez cały rok – wystarczy włożyć okulary i ma się pełne aurora experience. Niedawno w Reykjaviku otworzył się także Ice Bar, który – być może zdaniem niektórych – daje namiastkę zwiedzania Jökulsárlón. W stołecznym zoo można oglądać renifery. Czekam jeszcze na miejską wersję któregoś z najpopularniejszych wodospadów oraz cotygodniową aranżację wybuchu Eyjafjallajökull. I właściwie nie trzeba byłoby już w ogóle opuszczać stolicy, żeby zwiedzić Islandię w pigułce. Można tu przecież nawet spotkać niedźwiedzie polarne, choć na razie tylko w sklepach z pamiątkami.

sdr

Pamiętam, jak kolega ze studiów wrzucił na Instagrama fotki Hallgrímskirkji, że było to tuż przed moim pierwszym wyjazdem na Islandię i zadawałam mu mnóstwo pytań o podróżowanie po Wyspie. “Byłem tam tylko na weekend i wyłącznie w Reykjaviku”, powiedział i na tym skończyła się nasza rozmowa. Może to z mojej strony bardzo brzydko, ale pomyślałam, że kolega jest trochę bezmyślny. Nawet przy “o niebo tańszych” cenach lotów na Islandię, Reykjavik nie stał się jeszcze typowym miastem na city break. Hm, być może mogą sobie na to pozwolić bogacze lub podróżujący przesiadający się do samolotów lecących w kierunku Stanów Zjednoczonych. Ale w przeciwieństwie do wielu stolic europejskich, takich jak Paryż czy Londyn, zwiedzenie Reykjaviku nie załatwia nam sprawy “byłem na Islandii”.

Czy stołeczni Islandczycy nie robią wszystkiego, żeby zatrzymać nas w Reykjaviku? Z historycznego punktu widzenia, turystyka na Islandii została zamyślona w taki sposób, żeby Reykjavik był celem  wszystkich przybyszów na Wyspę (mimo że wcale nie musi być, bo znajduje się relatywnie daleko od lotniska, nie jest więc tak, że siłą rzeczy znajdujemy się tam “przejazdem”). Przez lata była to bowiem jedna z niewielu miejscowości z tak rozwiniętą infrastrukturą przeznaczoną dla turystów: hostelami, restauracjami, muzeami. Zresztą, jako zwykle jedyne islandzkie miasto znane przybyszom, był to must-visit takiej wycieczki. Ale jeszcze w pierwszej dekadzie XXI wieku bardziej obeznany w “miejskich” atrakcjach turystycznych Islandii podróżnik zadawał sobie trud dotarcia chociażby do Húsavíku, gdzie do 2008 znajdowała się siedziba osławionego Muzeum Fallusów. Dzisiaj Muzeum Fallusów znajduje się w Reykjaviku i wydaje się to być częścią polityki centralizacji turystyki na Islandii.

Jak już kiedyś pisałam, promowanie Reykjaviku jako miasta atrakcyjnego turystycznie miało odciągnąć rzesze turystów od zagrożonych ich przeludnieniem punktów z innych części Wyspy. Nie oznacza to jednak, że mamy udać się do stolicy tylko po to, żeby oglądać w niej namiastki atrakcji turystycznych z całej Wyspy. Reykjavik i tak dla wielu podróżnych jest bazą wypadową dla wycieczek w różne zakątki Islandii, a przynajmniej da się ze stolicy zrealizować jednodniowe wypady po Golden Circle, na półwysep Snæfellsnes czy nawet do Viku i z powrotem. Ci, którzy okrążają Wyspę Jedynką, prędzej czy później zatrzymują się w Reykjaviku. Tutaj można zrobić większe zakupy, wynająć lepsze samochody, znaleźć nieco tańsze bazy noclegowe.

Cały mój wywód kończy się gorzkim stwierdzeniem, że Reykjavik to tylko wydmuszka i nikt z turystów by się tam nie zatrzymał, gdyby nie musiał. Nic bardziej mylnego! Abstrahując od tego, co dyktują nam przewodniki, ciągnie nas do Reykjaviku, bo stolica stanowi klucz do zrozumienia islandzkiego społeczeństwa. Są tu przecież muzea i inne instytucje, dzięki którym możemy poznawać kulturę, nie mniej przecież kuszącą islandofilów od islandzkiej przyrody. I choć wiele z podanych tu przeze mnie informacji potwierdza fakt, że Reykjavik staje się powoli taką “Islandią w pigułce”, dedykowaną turystom dysponującym mniejszą ilością czasu na objazd Wyspy, punkt wyjścia – czyli ściana maskonurów jako “ścianka” do fotek” – był z zamierzenia prowokacją. Jak głosi bowiem wspominany na początku tego posta artykuł, instalacja ma być częścią wystawy poświęconej roli wody w islandzkim ekosystemie. Co jednak turyści zrobią z tą “ścianką”, przekonamy się dopiero po 1 grudnia, czyli kiedy wystawa zostanie oficjalnie otwarta.

8. Sæglópur: Maskonury i inne stworzenia

Chciałabym powiedzieć, że maskonury nie potrafią latać, bo wówczas miałyby coś wspólnego z kurami.

W moim przekonaniu braciszek arktyczny, czyli po łacinie Fratercula arctica, czyli po angielsku „puffin” (pękatek), czyli po islandzku lundi, nic wspólnego z kurą nie ma. To słodziutkie stworzonko zamieszkujące wyspy i wybrzeża północnego Atlantyku, bardzo popularne na Islandii i uważane za gatunek chroniony, według Islandczyków coś wspólnego z kurą jednak ma, bo gotuje się z niego rosół. Nie wiem czy akurat rosół, ale mięso maskonura tak czy siak jest lokalnym specjałem. W świetle dawnych dyskusji na temat jedzenia koniny moje rozwlekanie się nad losem ptaków o wielkości niespełna 40 cm wydaje się żałosne, jednak zastanawia mnie podejście mieszkańców do jedzenia zwierząt, które wedle ludowego przekonania są inkarnacją marynarzy i rybaków, którzy ZGINĘLI NA MORZU.

Ochrona przyrody

Ochrona fauny nie jest mocną stroną Islandczyków. Zaczynając od jedzenia maskonurów, przez zabijanie wielorybów po maksymalne połowy ryb – Islandczycy zawsze znajdą powód, by wytłumaczyć się ze swojego zachowania. Maskonury były nierzadko podstawowym pożywieniem pierwszych mieszkańców wyspy, stąd ich miejsce w dzisiejszym tradycyjnym islandzkim menu. Polowania na wieloryby w Islandii rozpoczęto już w XII wieku i do dzisiaj zwierzęta te wykorzystywane są to produkcji tranu i mięsa, które pojawia się w kebabie [sic!] i jest zjadane również przez turystów. Od wielu lat rządy różnych państw oraz organizacje międzynarodowe próbują wpłynąć na Islandię, aby zaprzestała połowów. WWF i Greenpeace prowadzą intensywne kampanie przeciwko działaniom myśliwych, doprowadzając nawet ponad 70 tysięcy osób z całego świata do podpisania swoistej deklaracji, że odwiedzą Islandię tylko jeśli państwo zaprzestanie połowu wielorybów. Choć można by przypuszczać, że kraj ma kłopoty z tego tytułu, jego opinia na arenie międzynarodowej ma się dobrze.

IMG_20170726_123743.jpg

Bo poza bestialskim wedle ekologów traktowaniem zwierząt wodnych, Islandia chwalona jest za generalną ochronę przyrody nieożywionej. Mogą tego dowieść obiekty, które udało nam się już oglądać: gejzery, wodospady, jeziora wulkaniczne, lodowce, utrzymywane głównie z powodów turystycznych. Na terenie wyspy znajduje się pięć parków narodowych, z których trzy połączono niedawno w jeden Vatnajökulsþjóðgarður, uważany za największy park narodowy w Europie, bo obejmuje niemal całą wschodnią część wyspy. Warto zatrzymać się na dłużej w okolicach parku Jökulsárgljúfur, uważanego za najpiękniejszy na Islandii, a stanowiący obecnie fragment parku Vatnajökull.

W obrębie tego rezerwatu można zobaczyć dwie bardzo ciekawe kaskady: najpotężniejszy wodospad Europy, Dettifoss, którego moc wynosi średnio 85 megawatów oraz Selfoss, mniej okazały, ale oryginalny, bo spadający w poprzek rzeki. Natomiast nieco dalej znajduje się Goðafoss, wodospad bogów, bowiem wedle średniowiecznej kroniki Íslendingabók (Księgi Islandczyków), po przyjęciu chrztu lögsögumaður ówczesnego Althingu wrzucił do wodospadu posągi pogańskich bóstw.

Te biedne wieloryby

Znajdujemy się na północnym wschodzie Islandii. Udamy się teraz do portowej miejscowości Húsavík, której podstawową atrakcją są morskie ssaki. Delfiny i wieloryby chętnie podpływają do samej zatoki, można także wybrać się na wycieczkę statkiem, wówczas prawdopodobieństwo ujrzenia wieloryba jest naprawdę wysokie – o ile ktoś wcześniej nie zaatakuje go harpunem. W tym samym miejscu można też oglądać maskonury na wyspie Lundey, która jest terenem chronionym i przeznaczonym do wylęgu ptaków. Dzięki takiej wycieczce mogę się wreszcie przekonać, że maskonury nie budują gniazd, ale wydłubują nory wysoko w skałach (a więc po to im te grube dzioby!) drążąc nawet metrowe tunele w ziemi. Po takim standardowym, trwającym około trzy godziny rejsie warto się osuszyć i ogrzać, bo morska bryza w tym kraju nie wpływa korzystnie na moje zdrowie. Czas na małe zwiedzanie okolicy. Zaraz po wielorybim rejsie drugim hitem miasta jest Hvalasafnið á Húsavík (Muzeum Wielorybnicze), ale omijam je szerokim łukiem, bo obawiam się najgorszego. Przed wejściem niespodzianka: wypchany niedźwiedź polarny, czyli jesteśmy w temacie. Okazuje się, że na Islandii zamordowanie niedźwiedzia jest świetną okazją do wykazania się męstwem i odwagą, więc ten nieszczęsny miś, który przypłynął sobie w 1969 roku na krze aż z Grenlandii do wyspy Grímsey (leżącej idealnie na kole podbiegunowym) został z miejsca zabity i wypchany. Ale to nie koniec żartów. Otóż znajduję się w najdziwniejszym muzeum na świecie – Íslenska Reðasafn, czyli Muzeum Fallusów, szczycącym się kolekcją 150 penisów ssaków – od wielorybów po misia polarnego (nie sprawdzałam, czy to ten wypchany). Co ciekawe, w zbiorach brakuje jedynie ludzkiego członka, ale właściciele muzeum mogą spać spokojnie, bo znalazł się pewien szaleniec, który obiecał, że po śmierci jego penis trafi do kolekcji.

IMG_20170722_103003.jpg

Wkurzające muszki

Lepiej mi zrobi, jeśli opuszczę to dziwne miejsce. Zdążę jeszcze cofnąć się do autostrady, a raczej nad jezioro Mývatn, które leży stosunkowo niedaleko. Znajdujące się pod ścisłą ochroną od roku 1974 „jezioro komarów” ( to po islandzku „muszka, komar”) jest raczej ostoją ptaków, szczególnie łabędzi, niż komarów. Chociaż sami Islandczycy przeczą, jakoby nad jeziorem można było spotkać miliony owadów, można zaobserwować przy dobrej pogodzie całe chmary komarów unoszące się nad wodą. Widok jeziora jest piękny, ale dźwięk bzyczenia nie do zniesienia. Dlatego na koniec dnia wybiorę się jeszcze dalej, żeby zwiedzić dwa miejsca. Po pierwsze zaraz obok jeziora znajduje się laguna Jarðböðin, która śmiało może konkurować z Błękitną Laguną, znajdująca się tu woda ma identyczne właściwości, a i ceny są niższe i mniej tu nachalnych turystów. Warto wybrać się jeszcze w jedno niezwykłe miejsce, bo przywodzące krajobraz księżycowy. Pole Hverarönd słynie z tego, że nieustannie kipi i wrze. Pełne jest dymiących kopczyków i bulgocących błotnych oczek, a wszystko pachnie siarką, którą wydobywano tutaj aż przez 400 lat. W związku z wysoką temperaturą ziemi i nagminnymi oparzeniami turystów wybudowano tutaj skomplikowany system drewnianych podestów, przez co wygląd całego miejsca jest co najmniej kosmiczny.

IMG_20170722_103546.jpg

Czas na odpoczynek i sen. Pytanie: gdzie można spać podczas wędrówki po islandzkim interiorze? Ze względu na atrakcyjne turystycznie punkty w niektórych miejscach łatwo znaleźć hotele, ale też skromniejsze hosteliki czy schroniska. Bardzo wygodną i oszczędną formą zakwaterowania są namioty, bowiem na Islandii biwakować można niemal wszędzie. Lepiej jednak nie stawiać namiotu na ternie parku narodowego. No i na polach Hverarönd.

P.s. Moja podróż na Islandię odbyła się w wyobraźni, z przewodnikami w ręku i muzyką Sigur Rós na uszach. Wszelkie powielane tu stereotypy czy błędne wyobrażenia zamierzam zweryfikować podczas prawdziwej wyprawy na wyspę.

Tekst został opublikowany po raz pierwszy w 2014 roku, na łamach internetowego czasopisma Magazyn (już nieistniejącego), a rok później wraz z całym cyklem – dzięki uprzejmości Marcina Kozickiego na stronie Stacja Islandia. Resztę cyklu można znaleźć w kategorii „Zapiski z podróży nieodbytej” oraz na wspomnianej stronie Marcina.

7. Hún jörð: Wyspa wulkanów

MATKA ZIEMIA pokochała Islandię tak gorąco, że podarowała jej dużo wulkanów.

Na wyspie i sąsiednich wysepkach znajduje się ponad 130 wulkanów, z czego większość koncentruje się na południu kraju i w centrum, co jest jedną z wielu przyczyn osiedlenia głównie w partiach przybrzeżnych.

Jeśli chodzi o zagrożenia naturalne, nie ma reguły: mogą to być zarówno trzęsienia ziemi wynikające z położenia geologicznego wyspy, a także lawiny śnieżne czy powodzie lodowcowe (jökulhlaup), będące nierzadko następstwem wypływu wrzącej lawy rozpuszczającej lód. Samej lawy z erupcji w ciągu ostatnich 500 lat na Islandii było tyle, że stanowiło to połowę ilości ze wszystkich innych wulkanów na świecie w tym czasie. I choć od momentu zasiedlenia wyspy mniej niż 50 wulkanów na wyspie zaakcentowało swoją obecność, a dzisiaj czynnych jest ich tylko 26, część wybuchów była na tyle poważna, że zapisała się tak w historii państwa, jak i Europy.

Eyjafjallajökull

Zacznijmy od islandzkiego celebryty, wulkanu Eyjafjallajökull, dzięki któremu Islandia nie schodziła z ust wszystkich europejskich dziennikarzy i przewoźników przez kilkanaście dni kwietnia 2010 roku. Ten wulkan polodowcowy, czyli przykryty lodowcem o powierzchni 107 km2, dotąd wybuchał już czterokrotnie, zazwyczaj na spółkę z leżącym nieopodal kraterem Katla. Erupcja z 2010 roku była na tyle szczęśliwa, że nie obudziła sąsiada, dzięki temu straty był naprawdę niewielkie w porównaniu z poprzednimi aktywnościami – nie było ofiar w ludziach, jedynie trzeba było ewakuować pobliskie wsie. Emisja pyłów wulkanicznych do atmosfery i ich przedostanie się nad kontynentalną Europę zachmurzyło jedynie pasażerów lotniczych, których kwieciste wypowiedzi na temat Islandii i jej mieszkańców (szczególnie wymowa nazwy wulkanu) śmieszyły Islandczyków przez kolejne miesiące.

eyjafjallajökull.jpg

Bowiem to nie pierwszy raz, kiedy islandzka przyroda ma tak widoczny wpływ na życie codziennie Europejczyków. W historii odnotowano jeszcze jedną głośną erupcję, która miała miejsce 8 czerwca 1784 roku i trwała właściwie przez cały rok. Mowa o dwukrotnie niższym od Eyjafjallajökull wulkanie Laki, którego wybuch uznaje się za jeden z najpotężniejszych w dziejach świata, o czym świadczy chociażby nadanie mu specjalnej nazwy Skaftáreldar, czyli rzeki ognia. Lawa wydostawała się z 130 kraterów i zajęła powierzchnię ponad 500 km2, czego pamiątką jest rozległe pole, które mijam jadąc autostradą.

Ale to nie jedyne skutki tej erupcji; w wyniku zanieczyszczenia terenów rolniczych wymarło ponad 80 tys. owiec oraz pogłowie bydła zmniejszyło się o połowę, co pociągnęło za sobą głód i śmierć około 20 tys. mieszkańców. Chmura pyłu dotarła nad Europę Środkową, w Berlinie z nieba spadał pył, zaś we Francji zapanował nieurodzaj, co wedle panującego na Islandii przekonania, przerodziło się ostatecznie w przyczynę rewolucji.

Hekla

Do kolekcji warto dodać jeszcze najbardziej aktywny wulkan Islandii – Heklę, który mierząc 1491 m n.p.m., pełni także rolę najwyższego czynnego wulkanu na wyspie. Jego pierwszą erupcję odnotowano w roku 1104, potem wybuchy powtarzały się mniej więcej co kilkanaście lat, jedne trwały przez kilka dni, inne niemal rok. Trudno przewidzieć, kiedy Hekla znów się odezwie, ale najgorzej, jeśli milczy zbyt długo, bo to zwiastuje potężny wybuch. Zazwyczaj straty są niewielkie – choć wulkan znajduje się niedaleko brzegu, czyli miejsc zamieszkałych, ze względu na jego oczywiste niebezpieczeństwo u jego podnóży nie rozwinęła się żadna większa osada, stąd erupcje nie przynoszą wielu ofiar. Mimo to Hekla już od średniowiecza wyjątkowo przeraża mieszkańców Islandii, którzy nazywają wulkan „bramą do piekieł”. W świetle mitologii nordyckiej porównanie to nie jest bez znaczenia, ponieważ z tym wulkanem wiąże się zapowiedzią o apokalipsie – jej początkiem ma być przybycie z otchłani Surtra (odpowiednika rzymskiego Wulkana), który swoim ognistym mieczem zabije Frejra, boga obfitości, tym samym przyczyniając się do zagłady świata.

Islandzka flora i fauna

Lecz skoro jeszcze ów świat istnieje, zachwyćmy się jego urodą. Puste pola w okolicach wulkanów stały się domem dla niewielu, ale jednak kilku, gatunków roślin i zwierząt. Flora islandzka jest bardzo uboga, dominują łąki i tundra, czasem karłowate drzewka, ale na próżno szukać tu lasów – lokalny dowcip głosi nawet, że jeśli zgubisz się w lesie, to po prostu podnieś się. Byłoby jednak niesprawiedliwym powiedzieć, że drzew nie ma w ogóle; jest szansa zobaczyć jarzębiny, wierzby, jałowce i brzozy (w końcu imię Björk od czegoś wziąć się musiało). Jeśli chodzi o zwierzęta na Islandii, ląd zamieszkują głównie gryzonie, ale także zwierzęta typowe dla terenów subarktycznych: foki, renifery, sezonowo niedźwiedzie polarne.

Są też gatunki, których nazwy świadczą o islandzkim rodowodzie. Na przykład owczarek islandzki (Íslenskur fjárhundur), pies pasterski towarzyszący pierwszym osadnikom. Co prawda nie występuje już w swym naturalnym środowisku, ale jego rasa została odtworzona przez hodowców i figuruje wśród psów o radosnym usposobieniu i znoszących najtrudniejsze warunki, może posilić się nawet rybą!

IMG_20170409_194813.jpg

Konie islandzkie

Innym zwierzęciem Islandii jest koń islandzki (Íslenski hesturinn), który powstał na skutek skrzyżowania różnych koni sprowadzanych na wyspę. W 982 roku Althing postanowił jednak zredukować ilość genów w obiegu i zakazał przywożenia koni na Islandię, dzięki czemu rasa wykształciła się przez tysiąclecie bez późniejszych domieszek. Konie były nie tylko niezbędne do codziennej pracy na wyspie, ale stanowiły także obiekt kultu – niejaki odpowiednik kreteńskiego byka. W mitologii nordyckiej wielokrotnie pojawia się postać konia; jeden z nich wyznaczył nawet miejsce wybudowania pierwszej osady na wyspie.

Islandię zamieszkuje również ponad 100 gatunków ptaków. Najchętniej kojarzonymi z wyspą są niepozorne maskonury, które można oglądać głównie na małych wysepkach niezamieszkałych przez człowieka. Te śliczne stworzonka mogłabym obserwować godzinami. Jeśli tylko na mojej drodze pojawią się maskonury, zaczynam żmudny proces oswajania i sesje zdjęciowe, dlatego wybaczcie mi, ale na mnie już pora.

IMG_20170726_123439.jpg

P.s. Moja podróż na Islandię odbyła się w wyobraźni, z przewodnikami w ręku i muzyką Sigur Rós na uszach. Wszelkie powielane tu stereotypy czy błędne wyobrażenia zamierzam zweryfikować podczas prawdziwej wyprawy na wyspę.

Tekst został opublikowany po raz pierwszy w 2014 roku, na łamach internetowego czasopisma Magazyn (już nieistniejącego), a rok później wraz z całym cyklem – dzięki uprzejmości Marcina Kozickiego na stronie Stacja Islandia. Resztę cyklu można znaleźć w kategorii „Zapiski z podróży nieodbytej” oraz na wspomnianej stronie Marcina.

6. Hoppípolla: Wodne atrakcje Islandii

Pozostajemy w Złotym Kręgu. Termin Golden Circle ukuły agencje turystyczne, bowiem określenie to odnosi się do największych „hitów” na wyspie, typowego „co warto zobaczyć”.

Co ciekawe, owe hity znajdują się w niewielkiej odległości od siebie i można obejrzeć wszystko dość dokładnie w ciągu kilku dni. Należy do nich omawiany już Þingvellir, czyli miejsce obrad najstarszego funkcjonującego do dzisiaj parlamentu w Europie. Ale jadąc dalej w kierunku wschodnim, a zatem zapuszczając się bardziej w głąb wyspy, będziemy mogli oglądać prawdziwe cuda przyrody, charakterystyczne dla Islandii. Ta podróż będzie wyjątkowo mokra, przecież na Islandii pada dosyć często. Jest tu też bardzo wilgotno, dlatego warto zaopatrzyć się w odzież deszczową i buty wodoodporne, niekoniecznie kalosze. To będzie istne SKAKANIE PO KAŁUŻACH.

Woda wybuchająca spod ziemi

Dlaczego? Woda jest głównym składnikiem islandzkiego krajobrazu. Zarówno ta w oceanie, który otacza i chroni wyspę, jak też ta w źródłach geotermalnych, która zapewnia mieszkańcom ogrzewanie, niezbędne w tym chłodnym klimacie. Mamy zatem wodę wokół i wodę pod nami, ale czeka nas też oglądanie wody z góry. Bo dzisiaj jadę do gejzerów. Czy wiecie, skąd wzięło się określenie na źródło wody podgrzewanej głęboko pod ziemią gorącą magmą i wypryskującej ponad powierzchnię ziemi w wyniku wysokiego ciśnienia? Przy drodze numer 35, w odległości kilkudziesięciu kilometrów od jeziora Þingvallavatn znajduje się miejscowość Geysir, zagłębie tych okazałych gorących źródeł. Nazwa miejscowości wzięła się od staroislandzkiego að geysa, czyli wytryskiwać, i tym samym dała określenie gejzerom w różnych miejscach na świecie. Ten „najprawdziwszy” Geysir, czyli największy gejzer w Islandii, od lat 60. XX wieku nie wybucha już sam z siebie, uaktywnia się tylko przy trzęsieniach ziemi.

IMG_20170408_185251.jpg

Warto jednak wybrać się do tej miejscowości by zobaczyć jego mniejszego brata, Strokkur, który regularnie co 10 minut wyrzuca potężny słup wody mierzący do 35 metrów wysokości (Geysir dawał podwójny efekt). Obok znajdują się inne, mniejsze gejzerki, których woda może przybierać różne kolory. Te cudeńka mogą przyprawić o zawrót głowy i sama zadzieram głowę przy kolejnych erupcjach „Maselniczki” (bo tak należy tłumaczyć nazwę Strokkur), ale uwaga! Woda, jak każda z wnętrza ziemi na Islandii, jest potwornie gorąca i trzeba uważać, żeby się nie oparzyć. Zapowiadałam skakanie po kałużach, ale nie takie, które roztopi nam podeszwy w butach.

IMG_20170408_190556.jpg

Woda spadająca na głowę

To nie koniec wodnych atrakcji. Zaledwie 6 km na wschód od Geysir można zaobserwować kolejne cudo: Gullfoss (złoty wodospad), bodaj najsłynniejszy i najbardziej oblegany na Islandii. Wodospad znajduje się na rzece Hvítá i ma dwie kaskady prostopadłe do siebie (niższa mierzy 11 metrów, większa 21 metrów). Właściwie trudno powiedzieć, czym Gullfoss zawdzięcza taką sławę, nie jest bowiem jedynym, ani najwyższym wodospadem na wyspie. Z pewnością uroku dodaje mu usytuowanie – jego pięknu nie przeszkadzają wysokie góry, a unosząca się poprzez szybki spadek wody mgiełka w połączeniu ze słonecznym dniem daje możliwość obserwowania kilku łuków tęczy na raz. Jest to zatem świetnie miejsce do widoczków-pocztówek z Islandii, ale też ciekawym pretekstem do snucia opowieści przewodników. Wodospad był bowiem bliski zabudowaniu przez przemysłowców w latach 20. XX wieku jednak, lecz – wedle anegdoty – dzięki heroicznemu wstawiennictwu córki ówczesnego właściciela tego terenu, która przyrzekła, że skoczy do rzeki jeśli ojciec pozwoli na budowę zapory i elektrowni, turyści mogą dziś cieszyć się magicznym widokiem nietkniętego wodospadu.

img_20170408_195418.jpg

Zwróćmy jednak uwagę na pozostałe kaskady islandzkie, a w szczególności najwyższy wodospad na wyspie – Glymur, znajdujący się na północ od stolicy przy mieście Akranes, ponoć założonym przez mnichów islandzkich, pierwszych osadników na Islandii. Sam Glymur to wodospad o wysokości 198 metrów, położony wśród wulkanicznych skał, nieco na uboczu i z dala od głównych szlaków turystycznych. Warto jednak wybrać się tam pod koniec naszej podróży, żeby zostawić sobie największe wrażenie na koniec. W międzyczasie zajrzymy jeszcze do Parku Narodowego w Skaftafell na południu wyspy żeby zobaczyć bardzo ciekawy wodospad Svartifoss otoczony kolumnami lawy, które zainspirowały Guðjóna Samúelssona, twórcę kościoła Hallgrímskirkja w Reykjavíku.

IMG_20170415_062755.jpg

Wizyta wodospadów to najbardziej mokry punkt wycieczki na Islandię. Trzeba uważać na śliskie skały i tryskającą wodę, ale wrażenia z pewnością są niezapomniane. To jednak nie koniec wodnych przebojów wyspy. Na uwagę zasługują także jeziora, tak odmienne od bezkresnego oceanu. Widzieliśmy dotąd dwa: w Reykjavíku i obok Þingvellir, ale nie miały one w sobie nic nadzwyczajnego. Inaczej sprawa ma się w przypadku jezior wulkanicznych, powstałych w kraterach wygasłych wulkanów, do których należy przepiękny Kerið. Jezioro to ma już 3 tysiące lat, jest głębokie na 55 metrów i długie na 270 metrów. W jeziorach tego typu, których na Islandii jest mnóstwo, najbardziej spektakularne są kaldery przybierające najróżniejsze barwy, niezwykle mieniące się w wodzie jeziora. Ze względu na kształt brzegów jeziora Kerið, który przywołuje na myśl amfiteatr, zorganizowano tu kilka lat temu koncert Björk transmitowany przez islandzką telewizję.

Woda pękająca pod nogami

Wodę możemy podziwiać także w innym stanie, od którego wzięła się nazwa wyspy. Aż 11% Islandii przykryte jest lodowcem, a chyba najlepszym miejscem, aby się o tym przekonać jest położona na północy wyspy Jökulsárlón, laguna lodowcowa, a raczej jezioro powstałe z topniejącego lodowca Vatnajökull. W jeziorze można obserwować pływające kawałki lodu, a nierzadko również foki i ptactwo wodne. Ten piękny widok był niejednokrotnie uwieczniany w filmach, najpopularniejsze są chyba zdjęcia ze „Śmierć nadejdzie jutro” czy popularnego ostatnio serialu „Gra o Tron”. W tej samej części wyspy można oglądać również fiordy, najwyższe o wysokości ponad 400 metrów znajdują się na północnym zachodzie wyspy. Z nich już tylko widok na ocean, płynąc dalej trafilibyśmy zapewne na biegun, a tak tylko zimniej i więcej lodu. Zatem zróbmy krok w tył i wróćmy w głąb wyspy, bo jeszcze wiele zostało nam do opowiedzenia…

IMG_20170415_075151.jpg

P.s. Moja podróż na Islandię odbyła się w wyobraźni, z przewodnikami w ręku i muzyką Sigur Rós na uszach. Wszelkie powielane tu stereotypy czy błędne wyobrażenia zamierzam zweryfikować podczas prawdziwej wyprawy na wyspę.

Tekst został opublikowany po raz pierwszy w 2014 roku, na łamach internetowego czasopisma Magazyn (już nieistniejącego), a rok później wraz z całym cyklem – dzięki uprzejmości Marcina Kozickiego na stronie Stacja Islandia. Resztę cyklu można znaleźć w kategorii „Zapiski z podróży nieodbytej” oraz na wspomnianej stronie Marcina.

Walka o turystów z naturą

Islandia nie narzeka na brak turystów. Większość z nich przyjeżdża na wyspę zwabiona jej egzotycznym pejzażem, szukając przygód w tym dzikim, ale jednak przecież czasem i niebezpiecznym, interiorze.

I choć turystyka staje się wiodąca dla gospodarki państwa, Anna Margret Guðjónsdóttir, przez wiele lat odpowiedzialna za rozwój tego sektora na Islandii, mówi o konieczności dalszego promowania wyspy. Tym razem turystów ma zwabiać bogata kultura kraju.

Jeszcze 20 lat temu Islandia leżała na marginesie turystycznej mapy Europy. Mimo to już od starożytności funkcjonowała w wyobraźni Europejczyków jako egzotyczne, odległe miejsce – Ultima Thule. W średniowieczu stanowiła pustelnię dla irlandzkich mnichów i miejsce schronienia norweskich banitów zanim na dobre ją zasiedlono. Wydawałoby się, że przez kolejne stulecia pozostawała w turystycznej próżni, mimo to zachowały się nowożytne relacje z podróży na odległą wyspę, choćby ta autorstwa czeskiego księdza Daniela Vettera z 1613, która jest jednocześnie najstarszym opisem wyspy w języku polskim. Dopiero w XIX i XX wieku zaczęli pojawiać się na niej artyści szukający inspiracji w prostej sztuce ludowej (William Morris) czy fantastycznych sagach (CS Lewis i JRR Tolkien). Regularne przyjazdy większych grup obcokrajowców wiążą się dopiero z drugą połową XX wieku, kiedy stacjonujących w Keflaviku amerykańskich żołnierzy odwiedzały ich rodziny. Zwiększająca się liczba turystów zza oceanu wiązała się także z polityką linii lotniczych Loftleiðir, które w ramach lotów interkontynentalnych proponowały swoim klientom przystanek na Islandii.

Popularność Islandii zaczęła rosnąć dopiero w latach 90. i to za sprawą ekscentrycznej wokalistki Björk. Wkrótce i jej rodacy z zespołów Sigur RósGusGus czy múm przyczynili się do wzrastającej atrakcyjności wyspy jawiącej się jako magiczna, tajemnicza, baśniowa. Islandia staje się stolicą muzyki alternatywnej, w 1999 roku rusza pierwsza edycja Iceland Airwaves Festival. Sponsor imprezy może pochwalić się ogromnym sukcesem; w roku następnym po raz pierwszy w historii kraju liczba przyjezdnych przekracza liczbę mieszkańców wyspy. W każdym następnym rokiem liczba ta wzrasta. W 2002 roku jezioro Jökulsárlón staje się tłem dla przygód Jamesa Bonda. Przybiera turystów zauroczonych krajobrazami wyspy. W roku 2014 turystyczna bańka pęka.

W tym roku oczekujemy 1,2 mln turystów. Czujemy się przytłoczeni.” – mówi Anna Margret Guðjónsdóttir. Tegoroczny Iceland Airwaves Festival musiał zostać przesunięty na listopad – latem bowiem zjeżdżający na wyspę turyści by się na niej nie pomieścili. Mimo rozwijającej się branży hotelarskiej wciąż brakuje miejsc noclegowych. W tym roku liczba turystów 4-krotnie przekroczy populację kraju. Czy jednak faktycznie Islandczycy czują się przytłoczeni i mają prawo nienawidzić turystów?

Oczywiście dzięki nim gospodarka kraju ma się bardzo dobrze; dzięki rozwojowi tego sektoru wzrasta liczba miejsc pracy, turystyka jest też lekiem na kryzys z 2008 roku, który ściągnął nowe rzesze przybyszów, bowiem koszty podróży i pobytu znacznie potaniały. Mimo to ten niewielki kraj odnotowuje wiele wad wynikających z najazdów turystów. „Głównie cierpi na tym natura”, mówi Guðjónsdóttir. Turyści paradoksalnie niszczą to, co przyjechali oglądać. Śmiecą, zbaczają z ustalonych tras, rozkładają namioty w miejscach objętych ochroną, znane są również przypadki śmierci w wyniku nierozważnego chodzenia po zamarzniętych jeziorach. To także z winy turystów „zniszczono” Geysir, który pobudzano do częstszych eksplozji mydłem, przez co uzyskano odwrotny efekt.

Islandczycy nie planują jednak polityki „antyturystycznej”, nie są też oficjalnie wrogo nastawieni wobec swoich gości. Wręcz przeciwnie, Islandia przoduje na listach najbardziej przyjaznych destynacji turystycznych. Ale próbą wybrnięcia z kłopotliwej sytuacji może okazać się trend „ściągania” turystów z tzw. Golden Circle do miast. Jak mówi sama Guðjónsdóttir, w turystyce pojawiła się rywalizacja pomiędzy kulturą a naturą. Nie powinno jednak dziwić, że najbardziej pociągająca w Islandii jest właśnie możliwość ucieczki od miejskiego zgiełku.

W tegorocznym plebiscycie podróżniczego wydawnictwa Lonely Planet na najlepsze miasta w Europie zwyciężyło Akureyri, drugie największe miasto na wyspie, którego największą zaletą jest jego peryferyjność: „zielone pastwiska, osady rybackie, grzęzawiska, wodospady, trasy narciarskie i zatoki pełne wielorybów”. Dla porównania Reykjavík góruje na listach najlepszych miejsc do spędzania Sylwestra, lecz rozwijające się życie nocne stolicy jest jedną z głównych bolączek mieszkańców tego miasta.

Dlatego wartością miast ma być ich atrakcyjna oferta kulturowa. Reykjavík nie pretenduje jednak do statusu drugiego Londynu, Paryża czy Wiednia, zresztą nigdy takiego statusu nie uzyska. Nie może bowiem przyciągać turystów drogocennymi kolekcjami malarstwa europejskiego ani budowlami reprezentatywnymi dla którejkolwiek z budzących dech w piersiach epok historii architektury.

Islandia może jednak poszczycić się bogatą kulturą niematerialną i cenną dla tradycji europejskiej, a na pewno skandynawskiej, kolekcją manuskryptów sag islandzkich oraz zabytków epoki wikingów. Społeczeństwo tak dumne ze swojego dziedzictwa, na którym zbudowało silną tożsamość narodową i wypracowało odrębność również wobec innych państw skandynawskich, wychowane jest na etosie codziennego kontaktu z kulturą. Niemal każde islandzkie dziecko występuje lub występowało w szkolnym chórze. Statystyczny Islandczyk chodzi do teatru od dwóch do trzech razy w roku. Jeden na dziesięciu mieszkańców wyspy wydaje książkę. Każda miejscowość posiada bibliotekę.

Wielu Islandczyków zbiera się wieczorami przed odbiornikami radiowymi, by wysłuchać sag – historii spisanych w XIII wieku w języku, który dzięki niewielu modyfikacjom na przestrzeni wieków jest wciąż zrozumiały na dzisiejszego Islandczyka. To właśnie sagi są jedną z przyczyn ogromnej dumy Islandczyków; te średniowieczne teksty opisujące początki istnienia państwa są ewenementem na skalę światową i stanowią podwaliny literatury europejskiej. Nie dziwi więc, że zasłużyły na osobne muzeum. Dziwi jednak coś innego – że przy tak wysokiej świadomości o wartości tradycji i historii. Islandczycy nie chcą pogłębiać wiedzy na ten temat. Drogie inwestycje ostatnich lat, jakimi się nowoczesne muzea z interaktywnymi wystawami, świecą pustkami. Otwarta w 2011 Landnámssýningin, ekspozycja prezentująca historię osadnictwa na Islandii odnotowała, że tylko 2% (sic!) odwiedzających z ubiegłego roku stanowili Islandczycy. Reszta to turyści, którzy podbijają statystyki większości muzeów i galerii na wyspie, mogą bowiem liczyć na opisy i przewodniki w języku angielskim.

Kristín Scheving z Listasafn Íslands, Galerii Narodowej prezentującej XIX i XX-wieczne malarstwo islandzkie, mówi o konieczności promocji sztuki islandzkiej wśród samych Islandczyków. Sztuki plastyczne są wciąż niedoceniane przez opinię publiczną, co może wiązać się z krótką tradycją tej dziedziny sztuki na wyspie. Zupełnie inną popularnością cieszy się muzyka i śpiew, uprawiane już przez średniowiecznych skaldów, co skutkuje ogromną muzykalnością Islandczyków.

Sukces Wystawy Osadnictwa wśród turystów wynika z rozwijającej się na wyspie polityki uprawiania dobrego muzealnictwa. Wystawa ta została przygotowana z wielką starannością oraz dbałością o jej edukacyjny charakter. Przy jej tworzeniu zaangażowani byli nie tylko historycy i archeologowie, ale także przewodnicy, nauczyciele oraz edukatorzy. Jak podkreśla Sigrun Kristjánsdóttir, dyrektor od spraw wystaw Muzeum Miasta Reykjavík, „muzea powinny umacniać swój wizerunek jako instytucji o funkcji przede wszystkim edukacyjnej.” Z kolei Anna Margret Guðjónsdóttir przypomina, że dostęp do kultury jest na Islandii jednym z podstawowych praw człowieka i wyrównywanie szans uczestniczenia w życiu kulturalnym, również poprzez edukację, jest obowiązkiem islandzkiego muzealnictwa (zgodnie z prawem grupy szkolne mają wstęp wolny do muzeów).

Stąd też szereg inicjatyw lokalnych i prób wyjścia ze sztuką do ludzi, takich jak organizowane od 1996 roku Reykjavík Culture Nights czy koordynowane przez Kristín Scheving akcje w mniejszych miejscowościach, jak chociażby stworzenie domu kultury w starej rzeźni czy festiwale łączące różne dziedziny sztuki od video-art po design i cyrk. Te liczne przedsięwzięcia miały na celu pobudzenie nieoswojonej ze sztuką publiczności.

Inwestycja państwa w edukację kulturalną, a co za tym idzie tworzenie kolejnych galerii sztuki i muzeów tematycznych, a także cykliczne festiwale i imprezy mają zatem ściągać również zagranicznych turystów, co już się w dużym stopniu udaje. Na przykład pomysł Kristín Scheving na festiwal video-art 700 IS Hreindýralandpoczątkowo organizowany na Wschodnim Wybrzeżu stał się ściągnął międzynarodową publiczność.

Islandia staje się interesującą propozycją dla wielu artystów współczesnych, choć wciąż ich islandzcy koledzy decydują się na karierę poza granicami kraju (ErróOlafur Eliasson). Choć Reykjavík nie może konkurować ze stolicami Europy kontynentalnej pod względem sztuki dawnej, ma duże szanse na stworzenie ośrodka sztuki współczesnej. Stoi tam już ultranowoczesny budynek sali koncertowej, Harpa, wyspa Viðey zaś od wielu lat gromadzi fanów Johna Lennona wokół Imagine Peace Tower, instalacji Yoko Ono. W Galerii Narodowej powstał Vasulka Chamber, jedna z największych w Europie kolekcji zdigitalizowanych prac artystów amerykańskich przekazanej Muzeum przez Steinę i Woody’ego Vasulka, islandzko-czeską parę artystów aktywnych twórczo w Stanach Zjednoczonych późnych lat 60. i 70.

Na koniec wreszcie Islandia nie tylko daje przykład w inwestowaniu w rozwój kultury własnej, ale od wielu lat finansuje projekty istotne dla rozwoju dziedzictwa kulturowego innych krajów. Wspiera chociażby wiele inicjatyw w Polsce; jedną z najświeższych jest budowa nowego oddziału Muzeum Narodowego w Krakowie, Pawilonu Józefa Czapskiego.

Czy zatem za kilka lat Islandia stanie się destynacją atrakcyjną również dla miłośników kultury i sztuki?

Zważywszy na historię turystyki na wyspie, to właśnie kultura ściągała pierwszych poważnych gości. Rozkoszując się malowniczymi widokówkami z Krainy Ognia i Lodu warto mieć na uwadze, że obraz tej utęsknionej, tajemniczej, spowitej mgłą wyspy pięknych krajobrazów został wykreowany właśnie przez dzieła kultury, baśniową literaturę i elficzną muzykę Islandii.

******

Artykuł powstał w oparciu o wizytę studyjną Anny Margret GudjonsdóttirSigrun Kristjánsdóttir oraz Kristín Scheving w Muzeum Narodowym w Krakowie w dniach 29.09-1.10.2015. Muzeum Narodowe w Krakowie w partnerstwie z Evris Foundation ses. z Islandii realizuje projekt „Dobre praktyki edukacyjne w pracy ze społecznością lokalną – wizyty studyjne i warsztaty w ramach współpracy polsko-islandzkiej„.

Projekt dofinansowano z Funduszu Współpracy Dwustronnej – część „b” dla Programu „Konserwacja i rewitalizacja dziedzictwa kulturowego” w ramach Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego i Norweskiego Mechanizmu Finansowego na lata 2009-2014.

Wsparcie zostało udzielone ze środków pochodzących z Islandii, Liechtensteinu i Norwegii oraz ze środków budżetu państwa. Kwota dofinansowania: 165 591 zł

Więcej informacji:
http://mnk.pl/artykul/dobre-praktyki-edukacyjne-w-pracy-ze-spolecznoscia-lokalna

Pierwsza publikacja tekstu na łamach Stacja Islandia.