Nie stracić kontaktu

In touch
reż. Paweł ZIemilski
Polska, Islandia
2018

Synku, powiedz mi, czy Ty mnie choć tak troszeczkę kochasz? Czy po tych 20 latach czujesz jeszcze jakąś więź?, mówi wzruszona matka w rozmowie przez Skype, którą zarejestrowali twórcy dokumentu “In touch”. Ona to jedna z wielu matek, sióstr, babć, dziadków i ojców, którzy tęskną za swoimi bliskimi. Niemal 1/3 populacji wsi Stare Juchy na Mazurach wyemigrowała na Islandię i większość z nich nie myśli o powrocie do ojczyzny.

Jednak dzięki dokumentowi Pawła Ziemilskiego emigranci powracają do rodzinnego miasta. Wirtualnie, bowiem za sprawą projektorów ich sylwetki wyświetlane są na domach, garażach, ścianach salonów rodziców, w przestrzeni publicznej stron rodzinnych. Ich bliscy mogą poczuć ich obecność w sposób inny, niż dotychczasowe rozmowy przez kamerkę. Dzięki sprytnej technologii wspólnie spożywają posiłki, uczestniczą w zasypianiu wnuczki, razem grają w piłkę z wnukiem. To jednak tylko iluzja, choć czasem tęsknota i potrzeba fizycznej obecności drugiej osoby oszukuje zmysły. Córka, mimo kilkunastu tysięcy kilometrów dzielących ją z matką, może wirtualnie malować jej paznokcie, a matka przymierza na jej wyświetlanej na drzwiach sylwetce ubrania, biżuterię. Syn pokazuje ojcu budowę, na której pracuje, a wszystko w skali 1:1. Rzeczywistość islandzka wychodzi poza ramy małego ekranu komputera, wchodzi na ściany mazurskich domów. Deszczowa pogoda, wiatr, a nawet zorza polarna stają się częścią codziennej przestrzeni stęsknionych bliskich w Polsce. Nawet jeśli tylko na chwilę, to mogą oni sobie wyobrazić odległe miejsce, które ich bliscy wybrali sobie na nową ojczyznę.

Byłam dzisiaj na premierze filmu “In touch” oraz spotkaniu z twórcami filmu podczas festiwalu Millennium Docs Against Gravity. Reżyser Paweł Ziemilski oraz producenci Łukasz Długołęcki i Haukur Hrafnsson z NUR opowiedzieli nie tylko o samej pracy nad filmem, ale również o emocjach, jakie wzbudzał w występujących w dokumencie bohaterach. Widzowie zgodzili się, że nie jest to tylko film o Polakach emigrujących na Islandię, ale o psychologii emigracji w ogóle. Emigrujący nie są bowiem w filmie obecni fizycznie: widzimy ich zawsze poprzez nagrania rzucane z projektorów. Również dla widza są oni więc niematerialni, odlegli, a ich historię poznajemy z perspektywy Starych Juch, ich rodzinnego miasta, oraz ich bliskich, który w codziennym życiu zmagają się z tęsknotą i braku po emigrantach. W kinowej narracji o emigracji brakuje tego punktu widzenia. Dokument “Isoland” Kuby Witka pokazuje doświadczenia Polaków mieszkających na Wyspie, jeśli padają słowa o tęsknocie za Polską i za rodziną, to jednak nigdy nie o bliskich, którzy oczekują ich z powrotem w ojczyźnie. W “In touch” natomiast stajemy po stronie tych, którzy zostali i którzy częściej mówią “Tęsknię za Tobą”, “Czekamy”, “Kiedy przyjedziesz?”.

Dokument staje się więc stadium tęsknoty, nie jest to w żadnym razie historia poszczególnych jednostek, ale raczej portret grupowy całej miejscowości, która w historii polskiej emigracji na Islandię jest rzeczywiście niezwykła. Masowe wyjazdy mieszkańców Starych Juch zaczęły się bowiem już w latach 80. i pierwszy wyjeżdżający przetarli szlak kolejnym. Jak głosi anegdota, którą przywołał reżyser, historia wyjazdów zaczęła się od Islandczyka w Polsce, który w roku 1979 trafił na Mazury i zakochał się w jednej z mieszkanek Starych Juch. Po ślubie wyjechali na Islandię, a za nimi inni bliscy. W wyniku transformacji wielu ludzi straciło pracę, a daleka Wyspa wydawała się szansą na nowe, lepsze życie. Po latach ustatkowani już niejako na obczyźnie Polacy potwierdzają, że w rodzinnych stronach nie mieliby tylu szans i możliwości dla siebie i swoich dzieci. A te, świetnie zintegrowane z Wyspą, śpiewają hity z islandzkiego radia.

Z dokumentu nie dowiadujemy się zbyt wiele o warunkach pracy, stopniu aklimatyzacji i asymilacji Polaków z Islandczykami. Poznajemy tylko strzępki islandzkiej rzeczywistości: zakład pracy, rodzinę chłopaka-Islandczyka, drogę rowerem ze szkoły, jazdę policyjnym wozem w godzinach pracy. A do tego wiele pięknych krajobrazów. Jak podkreślał reżyser, to nie miał być film pokazujący historię poszczególnych ludzi, to nie miała być opowieść o jednostkach. Dlatego bohaterowie pojawiają się i równie szybko znikają, nie poznajemy ich tak naprawdę. Jest kilka krótkich wypowiedzi wprost do kamery, ale narrację dominują fragmenty rozmów, które realizatorzy rejestrowali bezpośrednio ze Skype’a. Są tu też dłuższe wypowiedzi bliskich sobie osób, takie listy w postaci audio, które ilustrują filmową pocztówkę z Islandii. Reżyser dokumentu staje się tu więc listonoszem, który przekazuje te wiadomości za pomocą nowych technologii. Dzięki projekcjom widocznym w przestrzeni miasta, jak i wirtualnym rozmowom, kontakt wciąż jest możliwy, choć nie wypełnia pustki i tęsknoty.

“In touch” to dla mnie pozytywne zaskoczenie. Nie spodziewałam się historii opowiedzianej w ten sposób. Choć czasem narracja traci swoją spójność i niektóre przejścia wytrącają widza z równowagi, udało się twórcom uzyskać efekt “przewodnictwa interakcyjnego”, jak nazwała to jedna z uczestniczek spotkania. Wzruszamy się, kiedy widzimy starszych ludzi przytulających się do ściany czy obejmujących wirtualny obraz ich bliskich albo próbujących zrobić sobie z nim zdjęcie. Śmiejemy się, kiedy uczestniczymy w trywialnych, codziennych rozmowach o kupionych lekach czy wysadzanych przekleństwami instrukcjach dojazdu z lotniska do Reykjaviku albo wysyłki prezentów na święta. Domyślamy się, że tak przecież wygląda codzienność rodzin podzielonych emigracją: tęsknotę zaciera szereg przysług, o które dzieci proszą swoich rodziców, pustkę wypełniają wysyłane sobie prezenty oraz obietnice o następnych przyjazdach.

Polecam ten poetycki dokument. Wciąż jeszcze można oglądać go w ramach festiwalu Millennium Docs Against Gravity, informacje o godzinach seansów i biletach znajdziecie tutaj. Dokument bierze udział w konkursie głównym, będzie również podróżował po Polsce i w innych krajach, by zbierać kolejne nagrody.

Islandzka majówka, czyli polecane wydarzenia w Polsce

Marzec i kwiecień były trudne. Dobrze, że powoli dobiega końca ta przedwiosenna harówka i nadchodzi upragnione słońce majowe. A z nim wiele islandzkich propozycji na lato.

Długa przerwa wynikała z obowiązków naukowych.  Musiałam w trybie natychmiastowym poprawić swój artykuł o Larssonach, który pisałam już jakiś czas temu, więc powrót do tekstu i cytowanych źródeł zajął mi sporo czasu. Czasu, który miałam wykorzystać na inne istotne sprawy. Na dwa wyjazdy do Gdańska (Gdańskie Targi Książki i Nordic Talking) oraz konferencję Polen-Skandinavia: vitenskapelige møter på tvers av generasjoner organizowaną przez poznański UAM oraz warszawski SWPS (opowiadałam o pokrewieństwach między sztuką polską i szwedzką, mam nadzieję, że powstanie tom pokonferencyjny!). W międzyczasie załapałam się nawet na  jednodniową wycieczkę do Krakowa, żeby odwiedzić monograficzną wystawę dzieł Wyspiańskiego i mieć okazję poznać lepiej Tomasza, który od dłuższego czasu śledzi mnie na Utulę Thule i z którym porozmawialiśmy sobie mile o literaturze islandzkiej i nie tylko. Ślę pozdrowienia, Tomaszu!

Marzec i kwiecień były intensywne,  ale udało mi się zrealizować część postanowień noworocznych. A że styczniowy kalendarz wymaga pewnych aktualizacji, oto garść polecajek na nadchodzące miesiące. Będzie się  sporo islandzkiego działo latem w Polsce!

In Touch na 16. Millennium Doc Against Gravity Festival

Zaraz po majówce w Warszawie rozpoczyna się 16. edycja festiwalu filmów dokumentalnych Doc Against Gravity. W programie znajdziecie polsko-islandzką produkcję In Touch w reżyserii Pawła Ziemilskiego.

Dokument dotyka często podejmowanego już tematu polskiej emigracji na Islandię. Pisano już o niej książki, Kuba Witek zrealizował natomiast film Isoland, w którym prezentuje życie Polaków na Wyspie. 60-minutowy film Ziemilskiego przedstawia z kolei dzieje mieszkańców mazurskiej wsi Stare Juchy, z których już na początku lat 80. XX wieku wyemigrowało ponad 400 mieszkańców. Ta pierwsza większa fala polskiej emigracji na Islandię często miała charakter grupowych wyjazdów na Wyspę – i tak połowa lokalnej społeczności wyemigrowała na Islandię, co połączyło dwa odległe miejsca na kolejne lata. Dokument opowiada o tych więzach, o podtrzymywaniu kontaktów za pomocą Skype’a, ale też rozpoczynaniu nowego życia na obczyźnie.

Pełniejszy opis filmu oraz repertuar wraz z możliwością zakupienia biletów znajdziecie tutaj.

Arktyka, Antarktyka-200 lat polskich badań polarnych

5 kwietnia miał miejsce wernisaż wystawy czasowej o polskich badaniach polarnych w Muzeum im. Jacka Malczewskiego w Radomiu. Wystawę będzie można oglądać do 31 sierpnia bieżącego roku.

Na wystawie poświęcono sporą część Islandii. Jak dowiaduję się od Andrzeja Piotrowskiego, związanego między innymi z czasopismem Zupełnie Inny Świat, radomska wystawa jest zapowiedzią planowanego od dawna Muzeum Badań Polarnych, który w najbliższej przyszłości otworzy się w Puławach. Tymczasem polecam Wam wycieczkę do Radomia! Sama planuję wybrać się do Muzeum im. Jacka Malczewskiego pod koniec maja.

Więcej informacji o wystawie, godzinach otwarcia Muzeum im. Jacka Malczewskiego oraz opłatach za wstęp znajdziecie tutaj.

Dzień Nordycki

Kto interesuje się całym obszarem Nordyckim i ma blisko do Krakowa, będzie mógł wybrać się na Dzień Nordycki organizowany 22 maja w Wyższej Szkole Europejskiej w Krakowie. Impreza współorganizowana jest przez Skandynawistyczne Koło Naukowe Norden.

Bilden kan innehålla: text

Program wydarzenia i szczegóły znajdziecie tutaj.

Pieśń o Harbardzie – o mitologii nordyckiej psychoanalitycznie

Jeszcze pod koniec maja będzie się działo islandzko w Warszawie! To za sprawą spotkania w klubokawiarni Lisia Kita² 24 maja. Patrycja Strzeszkowska powraca ze swoimi Wieczorami z Mitologią Nordycką w nowej odsłonie: O kulturze psychoanalitycznie. Patrycja to absolwentka psychologii, studentka literatury nordyckiej i wieloletnia członkini Studenckiego Klubu Islandzkiego, gdzie często opowiadała nam o psychoanalitycznej interpretacji wielu nordyckich mitów i islandzkich sag. Tym razem przybliży nam Pieśń o Harbardzie, mitycznym przewoźniku.

Ingen fotobeskrivning tillgänglig.

Świetnym wstępem do spotkania może być lektura tekstu Lisiej Kity. Szczegóły dotyczące Wieczoru znajdziecie tutaj.

Dzień Islandzki 2019

A w czerwcu czeka nas Dzień Islandzki! Nie chciałabym Wam zdradzać jeszcze żadnych szczegółów, ale możecie liczyć na to, że kontynuacja islandzkiej imprezy z Warszawie na pewno się odbędzie! Ponieważ w tym roku będę organizować wydarzenie w pojedynkę, liczę na wszelkie sugestie co do miejsca, które chętnie przytuliłoby islandzką imprezę w stolicy… Zainteresowanych współpracą zapraszam na priv!

Iceland to Poland

A na koniec lata prawdziwa BOMBA, czyli fesitwal Iceland to Poland. Jak twórcy wydarzenia piszą na swojej stronie, jest to “pierwszy na świecie podróżujący festiwal muzyczny, który skupia się na połączeniu kulturowym dwóch, blisko powiązanych ze sobą krajów: Islandii i Polski poprzez platformę muzyki i sztuki”. Projekt powstał już trzy lata temu i skupia się na przybliżeniu islandzkiej sceny muzycznej w Polsce. W tym roku będzie się działo, bo udział potwierdzili już giganci tacy jak Hatari czy FM Belfast. O festiwalu będę Was informować przez całe lato, gdyż objęłam imprezę patronatem medialnym.

Nie możemy się doczekać!

Do zobaczenia w Warszawie! Więcej informacji o festiwalu znajdziecie na oficjalnej stronie internetowej oraz tutaj.

Macie więcej islandzkich polecajek? Koniecznie podzielcie się ze mną 😉

Drugie spotkanie miłośników Północy

Po pierwszej, bardzo udanej, edycji Festiwalu Nordic Talking organizatorki zdecydowały się pociągnąć temat i zaproponować podwójną wersję ubiegłorocznej edycji. Zamiast jednego – dwa dni wydarzeń, zamiast małej przestrzeni – cały budynek  Nadbałtyckiego Centrum Kultury pełen atrakcji.

Grono organizatorek powiększyło się i w tegorocznej edycji za stery wzięła się również Aldona Hartwińska z Pofikasz?, która wraz z organizatorką poprzedniej edycji, Magdą Szczepańską z Trolltunga, zabrała się do pracy niemal tuż po zakończeniu ubiegłorocznego festiwalu. Pomogły im też dziewczyny zaangażowane w realizację pierwszej edycji: Magdalena Łącka-Wojciechowska, Moods of Scandinavia, oraz Ewelina Małkowska. Nawet ja miałam swój malutki udział w organizacji, a także Wojtek Góralczyk z Polskiego gadania o szwedzkich rzeczach.

I tak zespół blogerów piszących o Północy przygotował program pełen atrakcji dla wszystkich zainteresowanych Skandynawią. Każdy z krajów nordyckich miał godną reprezentację. Były spotkania z podróżnikami, autorami książek, Polakami mieszkającymi tam na stałe, biznesmenami, przedstawicielami uczelni wyższych oferujących naukę języków skandynawskich, a także wielu firm i organizacji związanych ze Skandynawią. A do tego warsztaty (niemal) wszystkich języków nordyckich: szwedzkiego, norweskiego, duńskiego, fińskiego, farerskiego, oraz – a jakże! – islandzkiego. Te ostatnie poprowadziła Danuta Studzińska, prywatnie siostra Jacka Godka, którzy wychowali się na Islandii i stąd świetnie znają język.

Tych, którzy Skandynawię kojarzą przede wszystkim z chwalebną przeszłością i walecznymi wikingami, przyciągnęły na pewno co najmniej trzy punkty sobotniego programu.  6 kwietnia rano mieliśmy bowiem okazję obejrzeć rekonstrukcję walk wikińskich z bardzo interesującym i profesjonalnym komentarzem, a wszystko to za sprawą grupy Nordelag, która na świeżym powietrzu zaprezentowała broń i styl walki przodków Skandynawów.


Zaraz po tym odbyło się spotkanie z doktorem habilitowanym Jakubem Morawcem, ekspertem od historii średniowiecznej Skandynawii, sag oraz literatury staronordyckiej. W ogniu pytań prowadzącej spotkanie próbował  on zweryfikować informacje o wikingach serwowane przez twórców serialu o tym samym tytule. Choć dr Morawiec początkowo bardzo sceptycznie odnosił się do tej popularnej produkcji (jak mówił mi w prywatnej rozmowie, nie miał ochoty kontynuować oglądania serialu już po pierwszych odcinkach, ale “zmotywował się” przed Festiwalem…), podczas rozmowy często usprawiedliwiał “Wikingów”. Choć produkcja ta ma wiele błędów (logicznych, historycznych), to zdaniem specjalisty przyczyniła się w dużej mierze do zainteresowania Północą w ogóle, a wielu fanów postanowiło na poważnie wczytać się w historie wikingów czy sięgać nawet po teksty źródłowe. Tym samym dr Morawiec zachęcił nas do popularnonaukowej dawki informacji o Północy, zastrzegając jednak, abyśmy traktowali ją z dystansem.

Tego samego dnia można było również posłuchać o sagach islandzkich, czyli wspominanych wielokrotnie przez doktora Morawca tekstów źródłowych o życiu wikingów. W prowadzonym przeze mnie spotkaniu z Jackiem Godkiem, tłumaczem literatury islandzkiej, rozmawialiśmy o tym, ile z wikinga ma współczesny Islandczyk. Choć rozmowa nasza skupiła się głównie na sagach islandzkich, których własne tłumaczenia Godek umieszcza na stronie e-sagi.pl, mieliśmy okazję poznać wiele anegdot i mniej znanych historii z tych reliktów języka staroislandzkiego. A wszystko to okraszone niezwykłym poczuciem humoru pana Jacka i ogromną skromnością. Warto dodać, że na samej stronie znajdują się dziesiątki przetłumaczonych przez pana Jacka sag (za darmo!), a wraz z ukazanymi drukiem pozycjami literatury współczesnej Godek ma na swoim koncie ponad 80 przetłumaczonych tytułów islandzkich!

Niestety nie mogłam zostać na drugim dniu festiwalu, choć tego dnia również działo się wiele związanego z Islandią. Na szczęście choćby jednodniowa obecność była okazją do spotkania z miłośnikami Wyspy, przede wszystkim Piotrem i Bereniką z Ice Story oraz Martyną Zastrożną z W międzyczasie na Islandii. A do tego mnóstwo wspaniałych ludzi prowadzących blogi czy konta na portalach społecznościowych poświęconych okolicznym miejscom, w tym Wyspom Farerskim czy Grenlandii. Ale na Festiwalu spotkać można było niemal wszystkich znanych i szanowanych w Polsce blogerów i influencerów skandynawskich, nie sposób ich tu wszystkich wymienić! Dziękuję jednak każdemu, z kim dane mi było spotkać się i porozmawiać, a także organizatorkom za całe włożone w Festiwal serca.

Utulam Piotra i Berenikę z Ice Story i Martynę Zastrożną z W międzyczasie na Islandii.
Od lewej: Piotr i Berenika (Ice Story), Jacek Godek, Danuta Studzińska, Maciej Brencz (Farerskie Kadry), Martyna Zastrożna (W międzyczasie na Islandii), Marcin Michalski (Projekt Faroye).
Na zdjęciu islandzko-farerska ferajna oraz Bieguni, a z tyłu Wojtek Góralczyk z Polskiego gadania o szwedzkich rzeczach.

Festiwal Nordic Talking nie odbyłby się bez patronów, partnerów i partnerów medialnych, którym chciałabym w tym miejscu również podziękować:

PARTNERZY:
Wasa Polska
Stena Line Polska
Flying Tiger Polska
Po norwesku – biuro tłumaczeń
Trolltunga
BorealAmber
Język szwedzki z Humlą
Szvedka design
Flavia Travels&Med
Bloomtag
Praktyczna kosmetyka Maria Gosk
Rada Miasta food&wine
NorEkspert
Lekkå Studio
TTS Poland
Sp z oo Zieliński & Ossowski Kancelaria Adwokacka
Katedra Skandynawistyki SWPS
Xero-POKAŻ SIĘ
PATRONI HONOROWI:
I cóż, że ze Szwecji. Ambasada Szwecji w Polsce
Ambasada Finlandii w Warszawie – Suomen suurlähetystö Varsova
Ambasada Norwegii w Polsce
Embassy of Denmark in Poland Duński
Instytut Kultury/Danish Cultural Institute in Poland
Scandinavian-Polish Chamber of Commerce Svenska institutet
PATRONI MEDIALNI:
Iceland News Polska
Trojmiasto.pl
Radio Gdańsk S.A.
Zupełnie Inny Świat
MojaNorwegia
Nordic Focus Festival
Językowa Siłka – z nami żaden język nie jest obcy

It’s easier to be an artist here

Iceland is attractive not only to the Polish people. Many, even from much warmer and nicer places, choose to live on this moody but wonderful island.

For unknowns reasons, I keep meeting all the most positive weirdos, whose stories are much stunning than mine. Although I haven’t met Mak Jürgen in person yet, we had one chat on-line and it clicked immediately. We contacted due to his exhibition “I miss the days chasing lights”, photography and poetry show in HART Hostel and Art Gallery in Wrocław. It started on the 22nd of March and will last untill the 5th of April. (This is Part 2 of the Interview with Mak Jürgen).

UT: Would you say that you don’t just take pictures, but a portrait of Icelandic lighthouses? Your own soul painted in this tiny piece of the Icelandic scenery?

This particular moment is very important. That’s also why I love photography, but I chose the analogue technique, though digital would have been closer to my education (laughter). You can take pictures of well-known waterfalls for hundreds of times, places you already know, like Kirkjufell. Those pictures you scroll on Instagram don’t make Iceland less beautiful, however I wanted to do different photography. When I go to the lighthouses, I absorb the surroundings: wind, rain. Once I went to the northernmost point of ‘inland’ Iceland. On that day, there was an orange alert in the south-east, but I thought it’s going to be fine in the north-east, it wasn’t. The road there was awful because of the weather, but shortly after I arrived, the rain stopped and the wind turned out not that bad. It was a very special moment. What I tried is to capture or reflect this feelings in photographs and words This is also where my poems come from. I take the phone, write down my thoughts and sometimes I like what I write, sometimes – back at home, I just think it’s not enough, but there is always the essence of what I lived this day.

Bilden kan innehålla: en eller flera personer, personer som står och inomhus
Z wystawy “I miss the days chasing lights” we Wrocławiu, źródło: ROK tímarit / magazyn

UT: Emotional comment to your particular state of mind in the particular time and particular moment. You write in English, although it’s usually easier to put feelings in words of a native language. How do you deal with that?

MJ: I would find it too complicated to write in Basque/Spanish and then translate. My life in Iceland is based on English – I use it at work, I use it in conversations with friends, I rarely use my native language apart from calls with family and friends or talks with Spaniards living here. But it is a part of my being here. It comes therefore naturally, of course it’s not the same, but I try to write how I can, I do my best to express myself. Also, I have some help, a friend in Akureyri who studied English literature and she plays a role of some sort of an editor. She proofreads, comments what I write.

UT: I bet you know about Icelandic-Basque relation from the past. Both nations were related with the sea, fishery. When in Iceland, do you feel like there is something alike between your two homes?

MJ: I feel the distance, although Iceland is my new home. Basque people, or Spanish people are of course different from the Icelanders: open, direct, sociable, friendly. In Basque Country, however, it is hard to cross the line of making friends, but then you become real friends. I feel something similar in Nordic countries is not the easiest connection between people, but I don’t mean they are cold or unfriendly – I had very welcoming hosts and friends in Akureyri – but they won’t make friendships with you at once neither. If I say that I’m a Basque, a lot of people, especially the old, would react “Ay yes, Baskelandi!” and it makes me so happy because usually people from Europe don’t know what the Basque Country is. Here, on Iceland, almost everyone knows. They tell the stories, they have connections.

UT: Getting back to Instagram pictures. On your Instagram you post mostly clouds and skies, almost no lighthouses.

MJ: That was another project. I wanted to take pictures of the skies every single day, not only in Iceland but also of other places, and make an exhibition/ a show about it. But this comes later. I have plenty of projects, I can’t just stop on one idea. As for a creative person, continuity is sometimes hard. I start many things in the same time and don’t finish many of them. But I hope one day I’ll get back to them.

UT: Many projects, many ideas. Are you up for collaborations? Do you know some Icelandic photographers you think you’d like to work with?

MJ: As an artist, I was never used to work with other photographers. I’d rather be a bit aside, I don’t want to be in the middle of attention neither. Some Icelanders are also difficult to work with, they are kind of moody (I wouldn’t say that) maybe instead; I’m not quite sure how the Icelandic art scene works. There was a professor, for example, who shown us his studio very vividly and openly, naturally, friendly. Then we went to an exhibition in the Photography School in Reykjavik, the feeling there was quite elitist and close. Some people became famous, others are just nice and just normal nice people, doing what they do, I would say that the latest is my kind and Icelanders sometimes are quite like that, something I really like. I don’t know entirely if I am an artist or a photographer. Too big words to say.

UT: Would you say that Iceland is the land of photographers? Some say it has special filters already, whether it’s colour or the fog, that make it so photogenic and beautiful that you can’t take a bad picture in Iceland. You are more a landscape photographer, not thus interested in “typical” views of Iceland. Is it so that Icelandic photographers are already fed up with all these postcards landscapes and they’d rather make documentary photos instead? To tell the story about the place? Lighthouses as a figure of solitude. There is only one lighthouse and nothing else usually on your pictures.

MJ: I think it’s about the light. This is what Iceland has special. From the very dark to the very bright. I don’t know if it’s a matter of the latitude, but Iceland is special, on pictures. Iceland taught me about the attitude: it doesn’t matter if you’re and artist or not, you take pictures of what you see. It’s easier to be an artist here. What I mean is that here the sentence “I’m an artist” seems to be easily pronounced; from my point of view or understanding an artistic expression and therefore the self-definition as an artist – compared with other places I’ve been to, in Iceland is just easier and more openly accepted. Iceland is very inspiring. from the ground to the skies.

UT: Is Iceland your home now?

I don’t think I’d end up living the rest of my live in my hometown (UT: in the Basque Country). Iceland had been my home before I ever stepped on this island, or at least that’s how I feel. And it’s not that I have any kind of rejection towards the Basque Country (or any other place) – quite the opposite. Usually you realise that you love a place only when you leave or lose it; I do love my homeland, it’s just a feeling, and I let myself guided by feelings a lot. It’s hard to say that I will stay here forever, but I miss Iceland every time I’m away for a while. The future is untold, but I can say one thing: at the moment it’s hard to imagine me leaving heima.

This is part 2. Click here for part 1 of the interview with Mak Jürgen.

Lighthouses are alive to me

Iceland is attractive not only to the Polish people. Many, even from much warmer and nicer places, choose to live on this moody but wonderful island.

For unknowns reasons, I keep meeting all the most positive weirdos, whose stories are much stunning than mine. Although I haven’t met Mak Jürgen in person yet, we had one chat on-line and it clicked immediately. We contacted due to his exhibition “I miss the days chasing lights”, photography and poetry show in HART Hostel and Art Gallery in Wrocław. It started on the 22nd of March and will last untill the 5th of April.

Utulę Thule: How was the vernissage?

Mak Jürgen: It was a bunch of people. More than I expected, kind of surprising. I thought that younger people might come, but not all of them were young. Maybe young in the inside, but definitely not from the outside! (laughter). I’d say around their 50-60s. Very nice.

UT: There are many Polish people interested in Iceland. Wrocław is especially close to Reykjavik, as both cities are partners. There are also many Wrocław inhabitants involved in a Polish-Icelandic “ROK” magazine. How did you end up here?

MJ: It was a friend’s initiative. Adrian Siegle is a good friend of mine, we met in Iceland. He is from Portugal, but have lived in Wrocław for about 10 years.

UT: Tell me something about the whole project. Why Iceland? I know it’s a cliché question, at the end people don’t usually need reasons to move there, because it’s just amazing.  Is there anything particular that stroke you?

MJ: Usually a lot of people ask me this question. Most of them are like: you come from Spain, where it’s so sunny and warm, many people want to live there, why Iceland then? Well, I come from the Basque Country, where it is not that hot as they think, of course not as cold as in Iceland either, but it was not the weather that brought me here (laughter). I have always been attracted by Nordic countries in general and Iceland in particular, so, one day I just took my car and I drove to Iceland,  I took the ferry from Hirtshals in Denmark to Seyðisfjörður. This was three years ago, since then I worked in different places, and after spending two years in Akureyri, I moved to Reykjavik in October.

Zdjęcie z wernisażu wystawy “I miss the days chasing lights”, źródło: ROK tímarit / magazyn. Drugi od prawej: Mak Jürgen.

UT: How did your artistic career start? You say you have been creative since you were a child, but you can’t just be an artist on Iceland. Everybody needs to have at least two professions there.

MJ: I’m a graphic designer. Of course you can’t just make a living with art here. There is a place in Reykjavik called Andrými, It’s not a creative/art place persé but arts and creativity are a part of it. It’s truly more like a social place, an open house available for any kind of activity or event, where everyone is welcome and whoever can join and develop their inquisitiveness on any field. From social help and participation till more actively anticapitalist/anticonsumist aims or more creative related initiatives. Is a lot of things and everybody who is involved can have their perception and definition of this place. In the house there are different workshops or ateliers and one of them is a darkroom where I started my advantage with photography.

UT: Yes, you’re not a professional photographer, you use very artistic technique: analogue. Did you get the inspiration in Andrými?

MJ:  I’m not a professional photographer but I rediscovered this media. I met a few friends and among them, Kordian, from somewhere between Katowice and Kraków, who is a former professor in the School of Photography in Kraków. He helped me, I learned a lot with him and with some other people that I’m grateful I’ve met in the dark room.

UT: So the project? Was it born in Reykjavik?

MJ: No, I had had the idea much earlier, I wanted to do it but didn’t have time at first. No real studio neither, so the project got a bit of stuck. I was travelling around Europe and the moment when I came back to Iceland, was when I got more and more inspired. Travelling, taking pictures and writing – all happened  in a very organic natural way. The idea grew and I started taking it more deeply and working on it. Finally, I realised that I gathered some material, so I thought of publishing a book – which became much of a longer project.

UT: As for now, it’s a collection of analogue pictures of lighthouses with some examples of your poetry, written by hand and developed just like photos. When will the book be ready then?

MJ: The book will hopefully get published by the end of the year.

UT: But taking pictures is a thing that people usually do on Iceland. You know, there are thousands of accounts on Instagram, people just want to take similar pictures, to have their own “postcards”. But you decided to take pictures of lighthouses, which is both unexpected and characteristic for the Icelandic landscape.

Both in visual and practical way, I think lighthouses are very Icelandic. We have them everywhere, we are used to them in towns, harbours, but in Iceland they seem very special. For me they have a poetic and metaphorical value. They can inspire in so many ways, and I tend to have very emotional attachment to them.

UT: So you don’t see them as one of millions, some random buildings outstanding from the Icelandic skyline? Do you then own your own, favourite one?

MJ: Each of them has different, but evenly intense impact on me. Depending on the moment or the day, the same one can reflect on my (or it’s me reflecting on them) different feelings or emotion. That is why lighthouses are alive to me.

This is part 1. Click here for part 2 of the interview with Mak Jürgen.

Książka musi być lepsza od Internetu

W dniach 29-31 marca w budynku Polskiej Filharmonii Bałtyckiej przy Ołowianka 1 miały miejsce Gdańskie Targi Książki ze specjalnym udziałem Islandii jako gościa honorowego.

Nie mogło mnie tam zabraknąć, choć długo się wahałam, czy mogę sobie pozwolić na wyjazd do Trójmiasta na tydzień przed planowanym od dawna Festiwalem Nordic Talking. Ciekawość, jak również chęć poznania wielu nowych miłośników Islandii, zwyciężyły. I choć jeszcze w wieczornym pociągu do Gdańska żałowałam swojej decyzji, następnego dnia rano podekscytowana dreptałam w pięknym słońcu na miejsce targów. Od dawna wyczekiwana przeze mnie wiosna pewnie zatrzymałaby mnie na zewnątrz, a jednak w środku czekało na mnie wiele interesujących wydarzeń. 

O byciu Wyspą

Pierwsze z nich to spotkanie z Sigríður Hagalín Björnsdóttir, autorką “Wyspy”. Pisarka z przepięknym uśmiechem opowiadała o inspiracjach  dla swojego literackiego debiutu. Jako dziennikarka, interesuje się sprawami z Islandii i ze świata, ale od dawna zastanawiało ją, dlaczego nikt nigdy nie napisał książki o czymś, co właściwie mogłoby się stać. “Wyspa” to bowiem dystopia, w której mieszkańcy Islandii zostają całkowicie odizolowani od świata. Niby przed samolotami i Internetem taka sytuacja panowała tam od dawna, a jednak trudno sobie wyobrazić, jak przyszłoby Islandczykom żyć bez dostaw jedzenia i innych towarów spoza wyspy. Sigríður przyznała, że jej książka wzbudziła ogromne zainteresowanie na samej Islandii, a politycy wydzwaniali do niej z pytaniami, jak mieliby reagować gdyby kraj faktycznie znalazł się w takiej sytuacji. Tak dziennikarka stała się ekspertką od kryzysu.

Na zdjęciu: Adam Szaja, Jacek Godek, Sigríður Hagalín Björnsdóttir.

Była też mowa o tym, jak cienka może być granica między dystopią a utopią, i że niektórzy właśnie tak odczytali jej książkę. Autorka ze śmiechem potwierdziła, że islandzcy rolnicy tylko zacieraliby ręce na brak dostaw żywności z Unii Europejskiej, choć na dłuższą metę nikt nie chciałby, aby sytuacja opisana w książce wydarzyła się naprawdę… Prowadzący, Adam Szaja, zwrócił uwagę, że powieść napisana była przed Trumpem i rosnącym w Europie nacjonalizmem, a jednak trzy lata po premierze jest bardzo aktualna.

Książka musi być lepsza od Internetu

Kolejnym wydarzeniem w islandzkiej części programu towarzyszącego Targom była dyskusja “Kultura czytelnicza – tkanka łącząca w demokracji?” z udziałem prezydent Gdańska, Aleksandry Dulkiewicz, literaturoznawcy prof. Tomasza Swobody oraz pisarza Hallgrímura Helgasona. Najbardziej cieszyłam się oczywiście z obecności tego ostatniego, autora najpopularniejszych powieści z Islandii, w tym kultowej już “101 Reykjavik”. Podczas dyskusji wypowiedział on wiele interesujących spostrzeżeń i bardzo zabawnych “złotych myśli” dotyczących pisania na Islandii. Zapytany o udział książek w islandzkiej demokracji odpowiedział, że tak jak zachodnie pokolenia wychowywały się na kolejnych częściach “Gwiezdnych Wojen”, tak Islandczycy wychowywali się na sagach. Nie było w tym jednak cienia wyższości, bo ironicznie dodał, że “połowa Islandczyków pisze, a druga połowa chce, aby o nich pisano”. Tym sposobem pisarz nie zajmuje jakiegoś zaszczytnego miejsca w islandzkim społeczeństwie, choć – nagabywany przez potencjalnych bohaterów swoich książek – często załapuje się na darmowe drinki w knajpach. Helgason przyznał też, że za każdym razem gdy zabiera się do pisania, mówi sobie, że nowa książka musi być lepsza od Internetu.

Od lewej: Agnieszka Michajłow, Prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz, prof. Tomasz Swoboda, pisarz Hallgrímur Helgason oraz tłumacz Łukasz Kotyński.

Sama dyskusja była dla mnie jednak sporym rozczarowaniem. Pomijam już polityczny wkład pani Prezydent, która zupełnie niepotrzebnie przemycała w swoich odpowiedziach krytykę  opozycji i próbowała przekonać wszystkich (wraz z prowadzącą, Agnieszką Michajłow), że Gdańsk to “najfajniejsze” miasto w Polsce, bo tutaj najwięcej się czyta. Zapał ten gasił prof. Swoboda, który nie raz podkreślał, że kultura czytelnicza niewiele musi mieć wspólnego z dobrą demokracją. Choć – moim zdaniem – zadaniem dyskusji było uwypuklenie różnic między Islandią a Polską, jako krajem czytającym i nieczytającym, a Helgasonowi zadawano pytania o “receptę” na islandzką demokrację, ani razu nie padły ważne kwestie, takie jak wpływ protestantyzmu na wysokie czytelnictwo w krajach skandynawskich czy tamtejszą politykę kulturalną, wraz ze świąteczną tradycją obdarowywania się książkami pod choinkę na Islandii. Nie było nawet szansy na zaangażowanie publiczności w dyskusję, słowem: wydarzenie niewiele miało wspólnego z demokracją.

O Islandii bez Islandki

Małym zaskoczeniem było też spotkanie ze Steinunn Sigurðardóttir, które odbyło się bez autorki. I choć Islandka nie dotarła do Gdańska z powodu choroby, dr Jakub Konefał, tłumacz Jacek Godek oraz aktorka Karolina Gruszka świetnie wypełnili przeznaczoną im w programie godzinę. Prowadzący, który jest specjalistą od kina islandzkiego, zaczął od zapytania gości o ich związki z Islandią. Podczas gdy Jacka Godka nie muszę chyba nikomu przedstawiać (dotąd przetłumaczył 30 książek islandzkich, a licząc z pozycjami niewydrukowanymi byłoby to aż 50 tytułów!), Karolina Gruszka przyznała się, że od czerwca zaczyna zdjęcia do islandzkiego filmu, w którym zagra… po islandzku! W ramach przygotowania uczy się teraz tego trudnego języka, co udowodniła podczas lektury fragmentów prozy Steinunn Sigurðardóttir, przetłumaczonej oczywiście przez Godka.

Od lewej: Karolina Gruszka, Jacek Godek, dr Jakub Konefał.

Oprócz dyskusji nad nową książką Islandki, która ukaże się jesienią tego roku dzięki nakładowi wydawnictwa Kobiece, rozmawiano też o islandzkim chłodzie, izolacji, ale też islandzkich kobietach, jako że one będą bohaterkami nowej książki. Wspomniano, że powieść opierać się będzie na historii prawdziwej Islandki, która w swojej karierze była modelką, policjantką, farmerką i aktywistką ekologiczną. Szczegóły poznamy jednak po premierze.

Morskie opowieści

Dzień zakończył się spotkaniem z Einarem Kárasonem, autorem “Wyspy Diabła”, która niedługo zostanie wydana ponownie. Jednak bohaterką rozmowy była nowa książka islandzkiego pisarza, “Sztormowe ptaki”, które ukażą się jeszcze w tym roku nakładem wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego. W dyskusji udział wzięli: sam autor, tłumacz książki Jacek Godek, reprezentująca WUJ Anna Świerczyńska oraz Fabian Cieślik z Marpress, wydawnictwa zajmującego się literaturą marynistyczną. Jak bowiem podkreślał prowadzący spotkanie, prof. Dariusz Rott, twórczość Kárasona ściśle związana jest z morzem.

Od lewej: prof. Dariusz Rott, Jacek Godek, Einar Kárason, Fabian Cieślik, Anna Świerczyńska.

Zadałam autorowi pytanie o jego związek z morzem. Odpowiedział, że przez dwa lata pracował jako rybak, a sama książka czekała na spisanie około 20 lat! Jako twórca nie przejmuje się specjalnie rutyną pisarską, zaczyna pisać późnym rankiem, a kończy przed obiadem. Żeby tworzyć, potrzebuje skupienia i energii, dlatego do klawiatury siada po wykonaniu wszystkich niezbędnych obowiązków. Od niedawna pełni też funkcję w islandzkiej polityce, i choć – jak sam podkreślał – jest to bardzo nudne, wierzy, że praca w parlamencie przysporzy mu nowych tematów na książki. Podczas spotkania dowiedzieliśmy się, że marynarze z Fiordów Zachodnich mają w zwyczaju zabierać na statek skrzynki pełne książek, żeby wypełnić jakoś czas przed dopłynięciem na łowisko. Choć Kárason zaznaczył, że dziś na pokładzie jest też dostęp do Internetu, wielu umila sobie czas islandzkimi klasykami lub tytułami literatury światowej. Tym samym czytelnictwo na Islandii niezależne jest od klas i hierarchii społecznej: czyta każdy, od rybaka po premiera.

Islandzkie zbliżenia

Miałam przyjemność porozmawiać z autorem przed spotkaniem, bowiem złapałam go przy stoisku Islandii, żeby wręczyć naklejkę z logo Utulę Thule. Potem nosił ją podczas całego dnia Targów, a nawet na wieńczącej sobotnie wydarzenia dyskusji. Spotkałam też wielu innych islandzkich pisarzy: Sigríður Hagalín Björnsdóttir podpisała mój egzemplarz “Wyspy”, poetka Elísabet Jökulsdóttir podarowała mi swój tomik poezji, natomiast Hallgrímur Helgason na moich oczach wkleił tulisową naklejkę do etui swojego telefonu!

Wielokrotnie odwiedzałam Stoisko Islandii, na którym można było porozmawiać z pisarzami, jak również reprezentantkami Miðstöð Íslenska Bókmennta (Icelandic Literature Center). Hrefna Haraldsdóttir oraz Gréta María Bergsdóttir z uśmiechem i bardzo kompetentnie opowiadały o islandzkich wydaniach tłumaczonych na język polski oraz pozycjach, które warto znać. Choć niestety nie można było na stoisku niczego kupić, inni wystawcy oferowali pozycje islandzkich autorów: “Pułapkę” i “Śmierć” Lilji Sigurdardóttir, kryminały Arnaldura Indriðasona oraz Yrsy Sigurdardóttir, “Miasteczko w Islandii” Guðmundura Andriego Thorssona, a także polskie książki poświęcone Islandii, w tym “Szepty kamieni” Piotra i Bereniki z Ice Story oraz “Islandię…” Piotra Milewskiego.

Hrefna Haraldsdóttir oraz Gréta María Bergsdóttir z Miðstöð Íslenska Bókmennta (Icelandic Literature Center)

Z ogromnym żalem opuściłam Targi przed ich zakończeniem. W niedzielnym programie znalazło się bowiem spotkanie z Elísabet Jökulsdóttir połączone z czytaniem fragmentów jej poezji przez Małgorzatę Brajner oraz czytanie Eddy Poetyckiej w przekładzie Apolonii Załuskiej-Strömberg, jak również wspólne tłumaczenie piosenki Björk z udziałem Jacka Godka, Olgi Knasiak (Polka na Islandii) i Anny Karen.

Na koniec chciałabym podziękować wszystkim, których miałam okazję spotkać i poznać na Targach. Przede wszystkim niektórych z Was, którzy w miłych słowach wypowiadali się o mnie i mojej działalności; mówiliście, że piszę ciekawie i merytorycznie i jestem dumna, że tak chętnie wchodzicie na moją stronę! Ślę też uściski w stronę Olgi Knasiak, Olgi Szelc oraz Aleksandry Cieślińskiej, z którymi tworzymy zespół czterech kobiet z czterech różnych zakątków Polski, które jednak w jakiś sposób dotarły na Islandię i swoją pasją dzielą się na łamach czasopisma ROK. Do zobaczenia, dziewczyny!

Sztuka islandzka w Göteborgu

Czy byliście kiedyś w Göteborgu? Ja spędziłam tam rok i bardzo chętnie wracam. Również dlatego, że jak to w dużym mieście skandynawskim, można znaleźć tu bardzo bogatą ofertę kulturalną. Również wystawy artystów islandzkich.

W krajach nordyckich bardzo wysoko stawia się współpracę artystów, organizowanie wystaw przedstawicieli pozostałych krajów Północy, jest też szereg projektów i dofinansowań ułatwiających wymianę inspiracji. Skandynawowie płynnie przekraczają granice w poszukiwaniu pracy (od lat szefową podgöteborskiego Nordiska Akvarellmuset jest pochodząca z Islandii Bera Nordal). W grudniu 2017 roku byłam natomiast na intrygującym przedstawieniu teatralnym w Atalante. Był to gotycko-erotyczny performens islandzko-szwedzkiego duetu Amandy Apetrea i Halli Ólafsdóttir. Niezapomniane wrażenia!

Skandynawskie muzea oferują również przestrzeń wystawienniczą dla artystów z krajów nordyckich. Podczas jednej tylko wizyty w szwedzkim mieście udało mi się uczestniczyć w dwóch pokazach z udziałem Islandczyków. Pierwsze z wydarzeń to wystawa fotograficzna w Hasselblad Center przy Muzeum Sztuki w Göteborgu, drugie zaś było samodzielnym pokazem całokształtu twórczości islandzkiego projektanta w (nowo) otwartym Röhsska (Muzeum Designu).

Encounters: Bára Kristinsdóttir

Wystawa w Hasselblad Center, zatytułowana Encounters. Nordic photography beyond borders (23.02-5.05.2019) to prezentacja dzieł pięciu fotografów z pięciu krajów nordyckich. Fundacja Hasselblada już od 2004 wspiera młodych skandynawskich fotografików, finansując stypendia do Wielkiej Brytanii czy USA oraz organizując pokazy ich dzieł. Tegoroczna wystawa jest nie tylko prezentacją pięciu punktów widzenia, ale też wynikiem współpracy kuratorów z pięciu krajów nordyckich: z Islandii jest to Jóhanna Guðrún Árnadóttir z Muzeum Fotografii w Reykjaviku.

Tytuł wystawy ma zwrócić uwagę na przekraczanie granic administracyjnych na dzisiejszym rynku sztuki, ale też skupia się na etymologii słowa “encounters” (spotkanie, najczęściej jednak nieplanowane, nagłe, zaskakujące). Przekraczanie granic można natomiast traktować metaforycznie, gdyż w pracach mamy do czynienia z różnymi ograniczeniami: społecznymi, osobistymi, warsztatowymi.

W tym roku Islandię reprezentuje Bára Kristinsdóttir. Artystka studiowała fotografię w Szwecji, stąd też zainteresowanie fotografią dokumentalną. Prezentowane na wystawie prace są wynikiem dłuższego projektu It All Has a Story, rozciągniętego na lata 2013-2017. Jej “spotkanie” dotyczy starej fabryki na Islandii, która powoli odchodzi w zapomnienie i ulega destrukcji. Przy rozwoju globalnego przemysłu takie miejsca nie mają już racji bytu, pozostają po nich tylko puste przestrzenie i stare, nieużywane już narzędzia pracy. Choć ten zakład pracy jeszcze funkcjonuje, ostatnimi pracownikami są dwaj sportretowani starsi mężczyźni, lecz wraz z ich śmiercią umrze też cała fabryka. “Spotykają” się więc tutaj lokalna przedsiębiorczość ze światowym kapitalizmem, stare, rzemieślnicze rozwiązania z nowymi technologiami, prywatne zakłady pracy z wielkimi firmami. Fotografowana fabryka jest zapiskiem przemijającej epoki, ale też zwraca uwagę na wiele takich miejsc na Islandii, porzuconych, opustoszałych, przegrywających z nowoczesnością.

Wystawa będzie “podróżowała” po obszarze nordyckim. W reykjawickim Muzeum Fotografii będzie można ją oglądać od 14 września 2019 do połowy stycznia 2020.

Röhsska: Brynjar Sigurðarson

Röhsska, göteborskie Muzeum Designu i Rzemiosła, otwarte po wieloletnim remoncie, prezentuje twórczość Brynjara Sigurðarsona. Pokaz związany jest z nagrodą Söderberga, której laureatem w 2018 roku został islandzki projektant. Nagrodę im. Torstena Söderberga otrzymują wyróżniający się nordyccy projektanci i jest to największa nagroda tego typu w Skandynawii (w wysokości 1 miliona koron szwedzkich). W uzasadnieniu komisji tegoroczny wybór twórczości Sigurðarsona wiązał się przede wszystkim z obecną w jego pracach widoczną inspiracją tradycjami islandzkimi, które ważne są również dla całej kultury skandynawskiej: rybołówstwa i opowiadania historii. Komisja określiła projekty Islandczyka jako przykład “Nordic take” we współczesnym designie europejskim.

Na czym polega fenomen twórczości Islandczyka? Za pomocą projektowanych obiektów i różnych mediów opowiada on historie. Na wystawie można oglądać tak fotografie, jak i krótkie pokazy będące właściwie etiudami filmowymi niż typowym video-arts.  Do tego wiele przedmiotów: fantazyjnych mebli, tapiserii przypominających sieci rybackie czy sfilcowaną owczą sierść, kamienie, narzędzia pracy przerobione na instrumenty muzyczne (jak szczotka do zamiatania, której trzon wyrzeźbiony jest w kształt fletu). Sigurðarson “tka” więc historie, przyglądając się życiu Islandczyków niczym antropolog. Przy tym artysta pozostaje z zewnątrz, do czego przyznaje się w podzielonym na akty filmie; “I haven’t lived in Iceland for a while, which makes me even more Icelandic. I’m a translator” – mówi w filmie. Z Islandii wyprowadził się mając 23 lata, a po 9 latach powraca na Wyspę, traktując ją jako źródło fascynujących historii oraz obszar zainteresowań dla geologa czy antropologa właśnie.

Artysta jest więc tłumaczem; przybliża nam życie Borgþóra, islandzkiego eremity żyjącego z dala od ludzi (video-art Borgþór Sveinsson, 2012) czy muzyczne życie Wyspy, współpracując z flecistą Jean-Yves Roosenem, który skonstruował flet-okrąg, na którym może grać jednocześnie czterech muzyków, a stojąca w środku osoba ma szansę przeżyć niesamowite doświadczenie dźwiękowe (Circle flute, 2016). Są też obiekty, opowiadające historię Wyspy: 53 kamieni wykonanych z porcelany czy szklane formy o zielonkawym zabarwieniu kojarzące się z islandzką przyrodą. Są też słynne “świece lodowcowe” (Glacier candles, 2015), w przepiękny sposób uświadamiające topnienie lodowców i poważne zmiany klimatyczne.

Meble, sieci rybackie, owcza wełna, zdjęcia i filmowe obrazy islandzkiej przyrody, jej skały i lodowce, to niemal Islandia w pigułce. Do niej dodaje jednak artysta pojedyncze historie, przypominając, że każdy najdrobniejszy obiekt i głaz ma swoją opowieść. Całość opiera się na czterech żywiołach, bowiem jak podkreśla projektant, “The elements here in Iceland influence our imagination”. Jest więc woda jako źródło utrzymania rybaków, powietrze, jako potężna siła, z którą walczy eremita na islandzkim pustkowiu, jest ogień wulkanów i ziemia, reprezentowana przez kamienie i zdjęcia mchu. Proste, ale piękne.

Wystawę można oglądać do 12 maja 2019 roku.

I miss the days chasing lights

W piątek 22 marca we wrocławskim HART (Hostel & Art) przy Rydygiera 25a odbędzie się wernisaż wystawy zdjęć i poezji Maka Jürgena.

Mak Jürgen urodził się w Kraju Basków, od trzech lat mieszka jednak w Islandii. Jego talent artystyczny przejawia się od dzieciństwa – najpierw interesował się rysunkiem i malarstwem, teraz głównie fotografią i pisaniem. Jego najnowszy projekt, Vitar, to “poszukiwanie światła i poznawanie samego siebie”.

Z materiałów prasowych do wystawy:

I Miss The Days Chasing Lights to wystawa będąca prezentacją procesu prowadzącego do opracowania książki zatytułowanej Vitar, która ukarze się jesienią. Pochodzące z języka islandzkiego słowo vitar oznacza latarnie morskie. W publikacji, i tym samym w ramach wystawy, autor, wykorzystując fotografię i poezję, eksploruje myśli i uczucia towarzyszące mu podczas licznych podróży wokół Islandii.

Podążając w poszukiwaniu latarni morskich, będących motywem przewodnim i inspiracją, Mak Jürgen, niejednokrotnie zmagając się z wymagającymi warunkami pogodowymi panującymi na wyspie, docierał w odległe miejsca pełne wyśnionych krajobrazów. W ten sposób stworzył zbiór fotografii i tekstów będących symbolicznym zapisem tych doświadczeń.

źródło: materiały prasowe, autor: Max Jürgen

Wszystkie przedstawione obrazy autor zarejestrował na negatywie i ręcznie wywołał. Wiersze zapisał odręcznie i podobnie jak fotografie przeniósł je na papier światłoczuły w ciemni fotograficznej.

Zastosowanie technik tradycyjnych i prezentacja twórczości wykonanej własnoręcznie umożliwia odbiorcom bliższe przyjrzenie się całemu procesowi, a tym samym duszy i umysłowi autora. W pracach Jürgena zobaczyć można jego zmagania z niedoskonałościami jak również dostrzec swoisty urok i emocjonalny wkład. Wszystko to podkreśla niepowtarzalność każdego wytworu i czyni projekt bardzo osobistym.

źródło: materiały prasowe, autor: Max Jürgen

W ramach wystawy autor prezentuje swoją pracę ze światłem i pokazuje odbiorcom znacznie więcej aniżeli tylko zbiór zdjęć.

Dzięki temu sposobowi przedstawienia projektu odbiorca może zobaczyć więcej, aniżeli zbiór fotografii zawieszonych na ścianie.

Enjoy the trip.

Wernisaż w najbliższy piątek 22 marca o 18:00, podczas którego będzie okazja poznać artystę i zadać mu pytania o jego twórczość i najnowszy projekt. Wystawa potrwa do 5 kwietnia.

Co dobrego w nowym roku?

Kochani! Z okazji nowego, 2019 roku, życzę Wam samych wspaniałości! Tym, co kochają podróżować na Islandię, życzę udanych wypraw na Wyspę. Natomiast tym, co na Islandii mieszkają, życzę, by wulkany nie wybuchły, a trzęsienia ziemi dały Wam spokój. Ale może właśnie taki ma być 2019? Nieprzewidywalny? Pełen niespodzianek? Wzlotów? Upadków?

Rok temu obiecywałam sobie kilka rzeczy, ale chciałam zrealizować jedno, ważne postanowienie: pojechać na Islandię co najmniej dwa razy w 2018 roku. Chciałam też schudnąć 10 kg i zrealizować wiele innych, totalnie niewyobrażalnych pomysłów, ale z tą Islandią było tak na serio. Niestety udało mi się wywiązać z obietnicy (złożonej samej sobie) tylko w połowie. Pojechałam na Islandię tylko raz, za to w sam raz na Blue Monday, bodaj moment rezygnacji z postanowień noworocznych. U mnie zrobiło się trochę na odwrót – w styczniu pełna byłam motywacji, energii, nadziei, a do zimowego wyjazdu na Wyspę kusiły mnie okoliczności towarzyskie, ale chyba przede wszystkim nie widziana wówczas jeszcze nigdy w życiu aurora. Jednak spędziłam tydzień w mroźnym Reykjaviku i zorzy ani widu, ani słychu. Pojawiła się w przeddzień mojego wylotu. Ale nie mogłam jej już wtedy widzieć.  Zobaczyłam ją jednak miesiąc później w Laponii, więc oszukałam nieco przeznaczenie. Również tam próbowałam mięsa wieloryba i zaznałam prawdziwej, mroźnej zimy.

Ale koniec z użalaniem się nad przeszłością! W końcu czeka nas nowych 365 dni, które można wypełnić marzeniami i postanowieniami. A także okołoislandzkimi planami. Co ciekawego dzieje się w związku z Islandią w 2019 roku? W grudniu skończył się co prawda rok wielkich obchodów Fullveldi Íslands, ale paradoksalnie to 2019 będzie w Polsce pełen interesujących wydarzeń związanych z Islandią.

Oto moja krótka lista postanowień i planów na 2019:

styczeń 2019

Chodzić regularnie na wykłady ze staroislandzkiego i zdać egzamin. Na inne zajęcia napisać pracę zaliczeniową o kobietach w islandzkiej polityce.

luty 2019

Koncert Ólafura Arnaldsa. Bilety już kupione i leżakują w moim biurku. Nie mogę się doczekać, żeby 23 lutego wybrać się na Torwar i posłuchać jednego z moich najulubieńszych artystów islandzkich! Ale taka ze mnie fanka, że ostatni raz widziałam go na żywo (w sensie na scenie) dziewięć lat temu…

marzec 2019

W marcu natomiast postanawiam sobie pojechać do Gdańska, choć nie wiem jeszcze jak to z tym wyjazdem będzie. Bardzo jednak chciałabym udać się na Gdańskie Targi Książki (29-31 marca), bowiem głównym gościem będzie Islandia!!! Co prawda ostatnią islandzką książką, którą czytałam, były fragmenty publikowane w Tygodniku Powszechnym, to jednak moja biblioteczka chętnie urosłaby o kolejne ciekawe pozycje…

No photo description available.

kwiecień 2019

A w kwietniu, moi drodzy, wszyscy spotykamy się na drugiej edycji Nordic Talking, spotkania miłośników Północy! Po wielkim sukcesie ubiegłorocznego spotkania (w którym miałam wielką przyjemność uczestniczyć), organizatorki postanowiły poszerzyć cały koncept, dlatego w tym roku festiwal będzie trwał dwa dni (6-7 kwietnia). A że jestem pośrednio-bezpośrednio wkręcona w organizację tego wydarzenia, mogę Was zapewnić, że Islandii nie zabraknie! Na pewno będzie coś o Wikingach i literaturze staroskandynawskiej, ale szczegóły będą pojawiać się na bieżąco na stronie wydarzenia oraz stronie głównej festiwalu.

maj 2019

Marzy mi się w końcu wyjazd na Islandię. Ciągły brak czasu (i chyba pieniędzy) powoduje, że coraz dalej mi na Wyspę. Mam nadzieję, że to się jednak zmieni, bo naprawdę tęsknię!

czerwiec 2019

Czerwiec to i Dzień Islandzki! Co prawda w tym roku przybierze on inną formę niż dotychczas, to na pewno nie pozwolę, żeby obyło się bez corocznego świętowania. Obchody 17 júni to już tradycja w kręgach Studenckiego Klubu Islandzkiego, dlatego mam nadzieję, że i w tym roku uda nam się wymyślić jakieś fajne wydarzenie!

wakacje 2019

A może by tak do pracy na Islandię?

wrzesień 2019 …

Całego roku zaplanować się nie da, ale wiem, czego pragnę, a przynajmniej jakie żywię nadzieje względem początku nowego roku akademickiego… Rok 2019 to ważny czas dla mojej “kariery” naukowej i wielka nadzieja na spełnienie wielkiego marzenia: by stać się historykiem sztuki islandzkiej z prawdziwego zdarzenia. Mam nadzieję, że do końca wakacji 2019 będę już wiedziała, gdzie mnie poniesie, czy na doktorat, czy za granicę… Ale jedno jest pewne: będę pisać o Islandii, a może i na Islandii?

A jakie są Wasze postanowienia noworoczne? Ile w nich Islandii? A może wiecie coś o ciekawych wydarzeniach islandzkich w Polsce i chcielibyście się podzielić? Premiery ważnych książek o Islandii, nowe filmy islandzkie wchodzące do polskich kin, koncerty? Chętnie uzupełnię swój kalendarz 😉

ROK tímarit / magazyn

W ubiegłą sobotę 15 grudnia miała miejsce oficjalna premiera kwartalnika ROK, polsko-islandzkiego magazynu. Niestety nie mogłam być tego dnia w reykjawickim Bíó Paradís, by wraz z innymi twórcami świętować nasze dzieło. Swoje egzemplarze dostałam jednak pocztą prosto z drukarni i mogłam napawać się efektem ciężkiej pracy wspaniałych osób z Polski i Islandii zanim jeszcze pozostałe numery dotarły do brzegów Islandii. Starałam się trzymać tajemnicę i nie spalić tej wielkiej niespodzianki, którą przygotowywaliśmy dla Was od dawna. Teraz kwartalnik może trafić już w Wasze ręce (a nawet wszystkie cztery numery za cały 2018 rok!), choć z zamówieniami na teren Polski trzeba jeszcze chwileczkę poczekać.

Narobię Wam więc apetytu. Czym dokładnie jest ROK? To inicjatywa dwóch Polek na Islandii, Marty Magdaleny Niebieszczańskiej oraz Justyny “sajji” Grossel. Obie mieszkają na Wyspie od lat, udzielając się wszechstronnie, pisząc, fotografując, działając na rzecz Polonii, w tym tworząc portal Iceland News Polska. Tak dziewczyny opisują charakter magazynu we wstępniaku do pierwszego numeru:

Jest to pismo o Polakach, o Islandczykach, kobietach i mężczyznach, o pasjach, marzeniach i ich realizacji. (…) Jest o kulturze, historii, o tym, co ważne i ciekawe, o krajach, w których żyjemy, mieszkamy, mamy swoje domy i rodziny. Historie o wygodnych i niewygodnych sprawach, które mają pobudzić do myślenia. Na stronach magazynu przeplatają się artykuły w języku polskim i islandzkim.

I faktycznie, przekrój tematów i treści pierwszych czterech numerów jest naprawdę zachwycający! Mamy tutaj zarówno wywiady, reportaże, recenzje, fragmenty prozy i poezji, artykuły naukowe czy refleksyjnie, bardziej osobiste zapiski emigrantów. Są teksty pisane przez Polaków, jak i przez Islandczyków, polskie tłumaczone na islandzki, ale też islandzkie tłumaczone na polski. Mamy tu mnóstwo świetnych zdjęć oraz grafik, a także prezentacje artystów czy muzyków kojarzonych z Wyspą. Mamy teksty z poradami o tym jak żyć lub podróżować na Islandię, ale również eseje o wspomnieniach czy tęsknocie za Wyspą. Mamy wreszcie dobrze znane nam nazwiska: Jacek Godek, Berenika Lenard, Piotr Mikołajczak, Olga Knasiak, Olga Szelc.

Wśród tej śmietanki polsko-islandzkiej znalazło się i miejsce dla mnie, z czego jestem dumna jak paw i bardzo szczęśliwa. Jak doszło do tego, że ja, mały żuczek, stałam się niejako częścią całego projektu? Wszystko dzięki zaufaniu, jakim obdarzyła mnie współredaktor pisma, Marta Niebieszczańska. Pamiętam ten styczniowy wieczór podczas mojego pobytu w Reykjaviku, kiedy siedziałyśmy w przytulnym domku nad herbatą, głaszcząc co i raz nieobliczalnego kota. Wówczas Marta wspomniała mi po raz pierwszy o projekcie, pytając czy nie napisałabym tekstu o kobietach-artystkach. Co prawda przez kolejne miesiące pomysł na teksty ewaluował, i z czterech jak na razie zaplanowanych artykułów ten o kobietach jeszcze nie zawitał na strony kwartalnika, ale w pierwszych czterech numerach ROKu możecie znaleźć aż dwa moje teksty.

Kto czyta tego bloga lub śledzi moje publikacje naukowe, wie, czego można było się po mnie spodziewać. Oba teksty traktują bowiem o sztuce islandzkiej i o tym właśnie będę dla ROKu pisywać. Jako że polskie znaczenie tytułu magazynu (islandzkie oznacza “sztorm”) sygnalizuje, że całe przedsięwzięcie wiąże się z ważną dla obu nacji datą 1918 i jej 100-letnią rocznicą, tematyka pierwszych numerów krąży wokół niepodległości, suwerenności, symboli narodowych i wszystkiego tego, czym jest Polska i czym jest Islandia. Stąd w trzecim numerze możecie znaleźć mój tekst Islandzkość pędzlem malowana, czyli artyści okresu niepodległości, w którym opisuję proces tworzenia się sztuki narodowej w XX-wiecznej Islandii. Oto fragment, na zachętę: (a poniżej tłumaczenie fragmentu tekstu na islandzki. To dlatego, że jestem przeszczęśliwa, że tekst z moim nazwiskiem można czytać również po islandzku!!!!!!!!!!!!!)

Każdy Polak zna Jana Matejkę, a przynajmniej kojarzy jego „Bitwę pod Grunwaldem”. W przypadku Islandczyków sprawa nie jest jednak taka prosta; ich tożsamość narodowa oparta jest na słowie – pisanym, mówionym, śpiewanym, dlatego tradycja sztuk wizualnych rozpoczyna się na Wyspie stosunkowo późno. Nie jest chyba jednak przypadkiem, że narodziny islandzkiego malarstwa przypadają na początek XX wieku, kiedy nastroje niepodległościowe osiągnęły swój szczyt. Wszystko zaczęło się jednak w Kopenhadze: tam powstały studenckie ruchy proklamujące uniezależnienie się od Danii, tam też wykształcili się pierwsi islandzcy artyści, tam stacjonowała islandzka elita, która sfinansowała powstanie Islandzkiej Galerii Narodowej (Listasafn Íslands). To więc właśnie w Danii, a nie na Islandii, narodziło się islandzkie malarstwo. Jednak właśnie na Wyspie przybrało swój narodowy charakter i stało się ważnym elementem rozwoju kultury islandzkiej w nowym państwie.

rok2 — kopia.jpg

Natomiast w pierwszym numerze przeczytacie o tym, co zajmowało mnie w ostatnim czasie, czyli o koniach. Tym razem porównuję znaczenie konia w obu kulturach – polskiej i islandzkiej, zadając prowokacyjne pytanie w tytule Czego nie ma konik polski, co ma kuc islandzki?  Zdradzę tylko, że piszę tu zarówno o Kossakach, jak i o Kjarvalu, a sposób przedstawiania konia w malarstwie obu krajów jest dla mnie punktem wyjścia do zastanowienia się, czego możemy dowiedzieć się o mentalności naszych narodów właśnie z przedstawień koni.

Bilden kan innehålla: utomhus
zdjęcie: materiały promocyjne ROK tímarit / magazyn

To jak, nabraliście już ochoty na zaopatrzenie się w świeżutkie egzemplarze magazynu ROK? W sprawie zamówień zgłaszajcie się bezpośrednio do Redakcji, mailowo lub za pośrednictwem strony na Facebooku. Śledźcie nasz kwartalnik w mediach społecznościowych (profil również na Instagramie) i koniecznie ostrzcie sobie zęby na nowe numery! Niech nowy rok przyniesie kolejne znakomite numery ROKu, w których będziecie mogli znaleźć inspirację i siłę na walkę z codziennymi sztormami. Jak piszą Marta i Justyna, Magazyn ma być bowiem zmianą w naszej codzienności. Nie tylko tej, której doświadczają Polacy mieszkający na Islandii, ale również i my tutaj, w Polsce nieco odcięci, odizolowani (o ironio!) od tego, co dzieje się na Wyspie. Łączymy siły, by działać wspólnie i tworzyć wspaniałe rzeczy.

Na koniec chciałabym podziękować Marcie za jej entuzjazm, energię, umiejętność angażowania tak wielu osób w ważne sprawy, elektryzowania swoim optymizmem i siłą, a przede wszystkim każdorazowym udowadnianiem mi, że “jak się nie da jak się da?!”. To dzięki Tobie rzucam wszystkie codziennie, na pozór ważniejsze sprawy, by usiąść i napisać o sztuce islandzkiej. TAKK!

ROK logo.jpg