Islandia po staremu

Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądała Islandia przed masową turystyką? Stare książki o Islandii mogą pomóc wyobraźni, szczególnie jeśli pisane są z polskiej perspektywy, np. w latach 70.

Spotkanie z Islandią Haliny Ogrodzińskiej, książka napisana w roku 1974, to niezwykła podróż do przeszłości. Autorka opisuje Islandię czasów wojen dorszowych, Islandię niewinną turystycznie, pełną dzikich i nieznanych ścieżek. To typowa – dla współczesnego czytelnika – relacja z podróży, jednak niezwykła jak na tamte czasy, kiedy o zagranicznych podróżach większość Polaków mogła tylko pomarzyć. Wydaje się jednak, że autorka na stałe (lub przez długi czas) przebywała w Norwegii, gdzie poznała swoich islandzkich przyjaciół i skąd łatwiej było zorganizować wycieczkę na atlantycką Wyspę.

Z perspektywy dzisiejszych marzeń o podróży na Islandię, sytuacja Haliny Ogrodzińskiej może wydawać się lepsza niż idealna: przyjeżdża do Keflaviku na zaproszenie rodziny Johannessonów (pisownia oryginalna), z nimi podróżuje i przez nich jest oprowadzana po największych zabytkach Islandii: Thingvellir, gejzery, historyczne centrum Reykjaviku. Kiedy marznie pod wodospadem Gullfoss i dostaje gorączki, wiele dni spędza w łóżku z lekturami przynoszonymi przez członków zaprzyjaźnionej rodziny. Czyta książki historyczne, sagi, uzupełniając braki wiedzy przed kolejną wycieczką. Jest nawet zaproszona na kolację w polskiej ambasadzie, gdzie u państwa Godków (!) poznaje polskich geografów i glacjologów organizujących ciekawą wyprawę na lodowiec. Sama nie będzie miała niestety okazji zobaczyć lodowców z bliska, za to poza programem dane jej będzie spędzić jedno popołudnie na islandzkiej fermie, gdzie skosztuje świetnie przygotowanej jagnięciny i kupi islandzki sweter.

Narracja pierwszoosobowa, relacjonująca kolejne etapy podróży, uzupełniona jest o dłuższe wykłady z historii i kultury Islandii. Autorka streszcza treść przeczytanych przez siebie książek, opisuje nawet akcję sagi o Njalu, a resztę niezbędnych informacji wkłada w usta swoich bohaterów: Einara, Unn, Pietura i Odil. To oni zdają się w dialogach zarzucać autorkę ciekawostkami i faktami dotyczącymi Islandii, ale nie dowiemy się, czy to wiarygodna relacja z rozmów, czy zabieg używany przez niektórych podróżników do dziś, polegający na czynieniu z napotkanych osób chodzące Wikipedie. Trzeba jednak przyznać, że jak na tamte czasy książka Haliny Ogrodzińskiej mogła być jednym z niewielu źródeł wiedzy o Islandii, dlatego szkolna maniera pisania pasuje do jej dydaktycznych celów.

Jest to jednak narracja nie pozbawiona swoich wad: kiedy zaczyna się lekturę, ma się w głowie niemal automatycznie głos z offu, należący do lektora Polskich Kronik Filmowych. Już opis lądowania na lotnisku w Keflaviku staje się okazją do wspomnienia o wikińskich podróżach, połowach ryb i nazwiskach patronimicznych. Zaledwie 143-stronicowa książka pełna jest takich informacji, czasem wtrąconych w treść jakby przypadkiem, innym razem rozwiniętych na osobne rozdziały czy wielostronicowe opisy. Każda kolejna książka z podróży pisana w guście “opowiem Wam o kraju, który zwiedziłam” zdaje się naśladować ten styl i zarzucać czytelnika ciekawostkami historycznymi, politycznymi, kulturalnymi i geograficznymi.

Ale czy ta maniera nie ma swojego rodowodu właśnie w latach 70., kiedy każda relacja z podróży była na wagę złota, a informacje o dalekich krajach w języku polskim były białym krukiem? W tych właśnie czasach swój złoty wiek przeżywało Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Islandzkiej, jedyna organizacja zrzeszająca miłośników Islandii w Polsce i zajmująca się popularyzacją kultury islandzkiej nad Wisłą. Zbierane przez nich materiały i wydawane przez lata Biuletyny były niegdyś jedynymi publikacjami na tematy sztuki, polityki, geografii czy gospodarki islandzkiej. Nic więc dziwnego, że członkowie TPPI nawet do dziś posługują się podobną manierą: powtarzaniem znanych już, a często nawet zdezaktualizowanych, ciekawostek o Islandii.

Miałam tego przykład całkiem niedawno, kiedy zostałam zaproszona do audycji Lewym Okiem internetowego Nocnego Radia. Jeden z prowadzących należał kiedyś do TPPI, więc jego wiedza na temat Islandii była ogromna. Niestety w którymś momencie rozmowa zamieniła się w wyliczanie islandzkich “naj” i innych stereotypowych określeń, które w świetle nowych badań i zmian społeczno-politycznych mijają się już z rzeczywistością. Z początku starałam się spokojnie zbijać te argumenty i dzielić się moją wiedzą. Okazało się także, że owe “przesłuchanie” postawiło mnie w kłopotliwej sytuacji, bo zaczęto zadawać mi pytania z dyscyplin i tematów, o których zupełnie nie miałam pojęcia. Niemal trzygodzinna audycja była nie lada treningiem cierpliwości i koncentracji, ale mimo wszystko przyjęto mnie bardzo miło, a słuchacze zadawali interesujące pytania.

TPPI działało prężnie do śmierci wieloletniego prezesa i zasłużonego członka organizacji, pana Andrzeja Michałka. Wszyscy członkowie Towarzystwa mówią o nim z sentymentem i poczuciem ogromnej straty, szczególnie, że po nim nie pojawił się żaden tak charyzmatyczny przewodniczący, który zjednoczyłby pozostałych członków. Towarzystwo jest więc zamrożone, a wielokrotnie podejmowano próby jego reaktywacji, zgłaszając się nawet do mnie. Wydaje mi się jednak, że patrząc na bogaty dorobek Towarzystwa, jego reaktywacja musiałaby albo zakładać powrót do stylu czasów jego świetności, albo podporządkować dostosowaniu do nowej formy. Dawne publikacje TPPI opisują Islandię sprzed boomu turystycznego, wielkiej fali migracyjnej Polaków i globalizacji, która sprawiła, że ta daleka Wyspa stała się na wyciągnięcie ręki.

Dlatego książkę Spotkanie z Islandią czytałam przez filtr tych właśnie czasów, kiedy i książki pisano w inny sposób, i wydawanie ich nie polegało na wielkiej kampanii reklamowej i lansowaniu autora w mediach społecznościowych. Samą autorkę szanuję za szczerość i wyważenie: będąc nawet w kraju tak pięknym jak Islandia, nie popada w ślepy zachwyt, a wyrażane przez Odil komplementy w postaci “naj” traktuje z przymrużeniem oka. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że książka Haliny Ogrodzińskiej to reportaż na miarę tamtych czasów i zawężone kompendium wiedzy na temat Islandii sprzed tanich linii lotniczych, Błętkitnej Laguny, Instagrama i blogerów.

Za wynalezienie książki w internetowym antykwariacie dziękuję Klaudii z Po islandzku.

Magia internetu

Niedawno prowadziłam spotkanie pt. Od bloga do doktoratu. Jak budować karierę naukową w Internecie?

Już na wstępie postanowiłam postawić sprawę jasno. Kim jestem? Blogerką, która wykorzystuje media społecznościowe do kreowania swojego profilu eksperckiego. Tak naprawdę nie znoszę tego określenia, ale trudno przeczyć faktom: prowadzę bloga, więc jestem blogerką. Jak pamiętacie z dawnego felietonu, niełatwo mnie zaklasyfikować: ni to skandynawistka, ni historyczka sztuki. Ostatnio los ułatwił mi identyfikację, bo dzięki długim staraniom zostałam również doktorantką. W moim własnym przekonaniu nowa łatka znacznie podnosi rangę tej strony, w końcu nie jestem już TYLKO absolwentką jakichś studiów prowadzącą stronę w czasie wolnym. Powoli hobby przekształciło się w coś poważnego, w wizytówkę i kartę przetargową, dzięki której być może łatwiej było mi dostać się na studiach. Czy to możliwe, że blog ułatwił mi drogę do doktoratu?

Po raz pierwszy zalogowałam się do Internetu w późnej podstawówce. W gimnazjum serwowałam już po forach internetowych i zawierałam pierwsze wirtualne przyjaźnie. Konto na Facebooku założyłam na początku liceum. Przez cały ten czas miałam łącznie co najmniej 5 różnych blogów, w tym raczej personalne oraz jeden związany ze sztuką. Utulę Thule założyłam w 2017 roku. Tutaj przybieram wiele ról, trochę recenzuję, trochę bawię się w dziennikarkę, co popisuje felietony, trochę robię za gwiazdę islandzkiego światka, co wypowiada się w mediach (już nie tylko społecznościowych), ale przede wszystkim chcę być dla Was autorką merytorycznych tekstów naukowych lub popularnonaukowych. Publikuję tu moje teksty o Islandii, załączam źródła, żebyście mogli sami wyruszyć na dalsze poszukiwania. No i czasem zmagam się z islandzkim, bo uważam, że z czystym sumieniem pisać o Islandii można tylko jeśli mieszka się tam od lat (choć znam takich, którzy po kilkudziesięciu latach na Wyspie wciąż twierdzą, że w ogóle jej nie znają) albo zna język na tyle dobrze, by wniknąć w dusze Islandczyków. Ale nawet wtedy trzeba uważać z ogólnymi stwierdzeniami, bo możemy kogoś wprowadzić w błąd.

Tak sobie pomyślałam, że wielu z Was zna mnie tylko dzięki moim wydumanym wpisom na blogu, pseudoartystycznym zdjęciom na Instagramie, surowym recenzjom książek albo heheszkom na moim Facebooku. Prowadzę jednak moje media społecznościowe w taki sposób, że pewnie znacie mnie już całkiem nieźle, mimo że nigdy nie widzieliśmy się na oczy. Być może niektórych irytuje takie osobiste podejście to tematu i moje emocjonalne wyciąganie kwestii islandzkich. Ale możliwe również, że właśnie dzięki temu tak wiele pozornie nieznanych mi osób wraca do moich tekstów, komentuje moje wpisy, śledzi mnie i kibicuje mi w codziennych zmaganiach lub cieszy się z moich publikacji. To wielka siła, bo dzięki Wam powstał ten blog i nawet jeśli czyta mnie garstka osób, za żadne skarby nie zamienię Utulę Thule w bloga o wszystkim i o niczym, przynajmniej nie takiego, które wyskakują jako numery jeden po wpisaniu “Islandia” w Waszych wyszukiwarkach 😉

Internet jest super, bo dzięki niemu wielu z nas może codziennie bez wychodzenia z domu przenieść się na Islandię. Robiłam tak na początku swojej islandzkiej przygody, to znaczy napisałam cykl zmyślonych tekstów o podróżowaniu na Wyspie (palcem po mapie i kartach przeglądarki). Możecie je znaleźć na tym blogu, bo choć dzisiaj “Zapiski z podróży nieodbytej” napisałabym zupełnie inaczej (w końcu wiele z tych miejsc widziałam na żywo), to jednak są ciekawym reliktem a) czasów, kiedy informacje na temat Islandii w polskich internetach były jeszcze towarem luksusowym, b) podróż na Islandię nie polegała na tanim locie Wizzairem i bajerowaniem lokalsów na Couchsurfingu.

Internet jest świetny, bo pod Warszawą można zjeść sushi zamówione przez przyjaciela z Reykjaviku. Można mieć kontakt z Islandią 24/7, oglądać transmisje wydarzeń organizowanych przez Polonię, wideo z zorzą polarną live, czytać niezliczone teksty, sprawozdania z podróży, relacje. Można zalać się morzem informacji o Islandii, wierząc, że są one prawdziwe. I tak czytamy różne bzdety, na których wieść Islandczycy łapią się za głowę. Mi z pewnością też zdarzyło się napisać jakąś niezgodną z prawdą generalizację. Często organizuję tu sobie zresztą satyrę, dlatego mam nadzieję, że te bardziej swobodne teksty czytacie z przymrużeniem oka 😉 Ważne, że ma się dystans do własnego dzieła i jest się gotowym na krytykę. Ot, w tekście poświęconym wikińskiej szkatułce zrobiłam błąd kardynalny:  zamiast o Kamieniu Pomorskim, powtórzyłam wiele razy, że dzieło pochodziło z Kamieńca. Praca była czytana przez mądre głowy, ale to dopiero czujny czytelnik bloga Skandis/Vigdis wytknął mi ten błąd. Zrobiło mi się bardzo głupio, ale podziękowałam za korektę i poprawiłam tekst. To bardzo pomocne, kiedy wykrywacie moje błędy, literówki, bo dzięki temu wszystkim jest z tego powodu lepiej. Ja się na nikogo nie obrażam.

Krytyka w internecie jest bardzo potrzebna. Tak jak jest nieodzowna w świecie naukowym, bo praca badawcza to ciągłe dążenie do prawdy i poprawianie swoich poprzedników. Ale to, co trafia do hermetycznego grona ekspertów i redakcji czasopism naukowych może nigdy nie ujrzeć światła dziennego. Natomiast Internet rządzi się własnymi prawami: tutaj publikować może każdy, bez redakcji, bez cenzury. Na tym największym, najbardziej demokratycznym forum na świecie każdy ma prawo wypowiedzieć się o zamieszczonym kontencie i dzięki temu tekst ma szansę trafić do znacznie szerszego grona odbiorców niż ten wydrukowany w punktowanym czasopiśmie. Warto więc publikować dla siebie, ale trzymać się złotej zasady: to, że każdy uczestnik tego forum może opublikować dowolne informacje na dowolny temat oznacza, że trzeba być czujnym co do ich wiarygodności.

Szwedzi mają nawet specjalne słówka na tę okazję: källkritisk (krytyczny wobec źródeł) oraz faktakolla (sprawdzać źródła). Niewiele jednak osób ma tyle pasji i czasu, który mogą poświęcić na realne sprawdzanie informacji w Internecie, a szczególnie zwracania na to uwagi autorom. Jest jeszcze jedna kwestia, którą uświadomił mi ostatnio mój młodszy brat, świeży student, który zmaga się od pierwszego roku z koniecznością napisania pracy dyplomowej. Zapytał raz retorycznie, jak to było w momencie narodzin Internetu, kiedy studenci, dotąd opierający swoje prace na książkach dostępnych w lokalnej bibliotece, docenili już potencjał dostępu do nielimitowanej ilości informacji, a jednocześnie prawo plagiatu nie było jeszcze tak rozwinięte jak teraz. Zresztą, to było w latach 90., ale kto nie zrobił chociaż jednej szkolnej prezentacji w Power Poincie niemal w całości opartej na tekście z Wikipedii niech pierwszy rzuci kamieniem 😉

Tyle o słodkich stronach Internetu, czyli w skrócie: mnóstwo nieocenionych znajomości, łatwy dostęp do informacji z drugiego krańca świata, demokratyczność zamieszczania własnych tekstów na dowolny temat. Ale są też i gorzkie strony, czyli możliwość nadziania się na teksty pisane przez “autorytety”, ale w całości zerżnięte od innych, lub – co gorsza – w dużej części zmyślone. Internet wzbudza też wiele niepotrzebnych emocji: gównoburze, oskarżenia, usuwanie komentarzy, wciąganie ziomków do publicznej wojny. Tak jakby użytkownik Internetu nie miał prawa do oceniania, komentowania, krytykowania dzieł innych. Właśnie – dzieł, a nie ich autorów. Wydaje się jednak, że w blogosferze granica między autorem a jego dziełem zaciera się. Jak zasugerowałam wcześniej – znamy się, a jednak się nie znamy. Mimo to panuje przekonanie, że jeśli autorzy pokrewnych blogów, mimo że prywatnie nie zamienili ze sobą ani słowa, mają automatycznie polewać się miodem za każdą publikację, serduszkować sobie wzajemnie komentarze i pielęgnować internetową znajomość wedle zasady “share za share”. No ale tak nie powinno być. Powinniśmy się wzajemnie inspirować, wspierać, ale też być otwarci na konstruktywną krytykę i przyznawać się do błędów.

No dobrze, ale jak to się ma do doktoratu? Wykazałam chyba dość wyraźnie, że więcej we mnie (przynajmniej na tę chwilę) z blogerki niż z doktorantki. Jednak wydaje mi się, że jeśli młody autor przejdzie chrzest bojowy w Internecie i postanowi publikować pomimo zagrożenia, że użytkownicy skrytykują formę, treść, a może i samą tematykę pracy – wtedy będzie gotowy do pracy naukowej. Ten jest równie brutalny co wirtualny, z tą tylko różnicą, że Internet jest narzędziem demokratycznym i równościowym, a świat naukowy (przynajmniej w Polsce) wciąż opiera się na hierarchii. Mnie więc te wszystkie lata blogowania uczuliły na język i styl, jakiego używam, na sięganie do źródeł i pilnowanie praw autorskich, na wyszukiwanie najmniej oczywistych tematów i podejmowanie polemiki z ogólnie przyjętymi opiniami. Skoro dotarły do kilkudziesięciu tysięcy czytelników i większość z nich zaakceptowała moją pisaninę, oznacza to, że mogę kontynuować swoją drogę do idealnego planu na karierę akademicką: popularyzacji sztuki nordyckiej.

Jest jeszcze druga ważna zaleta. Poza tym, że pisanie w Internecie kształci w nas poczucie własnej wartości i umiejętność bronienia swoich racji, uczy również systematyczności i konsekwencji. Odkąd postanowiłam sobie publikować nowy tekst przynajmniej raz w tygodniu, a do tego planuję treści na kontach, Utulę Thule stało się szerszym projektem, z którego mogę być dumna i którym mogę legitymizować się nawet podczas kwerend czy wizyt w instytucjach kultury.

Jeśli więc planujesz rozwijać karierę naukową, polecam Ci zacząć już teraz w Internecie. I pamiętaj:

  1. Nawet introwertyk musi być czasem ekstrawertykiem. Pisanie bloga to idealne zajęcie dla kogoś, kto nie lubi być widoczny. Ja sama byłam raczej nieśmiałym dzieckiem i do dzisiaj nie lubię załatwiać ważnych spraw przez telefon lub w bezpośredniej konfrontacji. A jednak dzięki częstemu zgłaszaniu się na zajęciach nie miałam problemu z prezentacjami w szkole, co znacznie pomogło w wystąpieniach na konferencjach i postanowieniu o utworzeniu kanału na YouTube. A więc: nie bój się Hermionić!
  2. Wykształcenie to nie wszystko. Oczywiście, że mówiąc o karierze naukowej nie możemy udawać, że dyplomy i tytuły nie są ważne. Chodzi jednak o to, żeby nie bać się wychodzić poza dany stopień studiów. To nie tak, że na konferencjach mogą występować wyłącznie doświadczeni studenci, a publikować można tylko dobrze przemyślaną pracę dyplomową. Wyżsi rangą i stażem badacze będą próbować podcinać nam skrzydła. Ale nawet jeśli będzie się Wam wydawać, że jesteście śmieszni, bo piszecie bloga, to pamiętajcie, że z wypracowanymi zasięgami jesteście prawdopodobnie bardziej poczytni od zapatrzonego w siebie profesora.
  3. Przynajmniej jedna konferencja na stopień studiów. Studencka, ogólnopolska, internetowa, zagraniczna, nie ma to znaczenia. Ważne, żeby wyjść poza strefę komfortu i spotykać się z innymi mądrymi głowami w realu. Można prowadzić własne wykłady w Internecie, ale dobrze też spotykać ludzi o innych poglądach i metodach, którzy mogą nas zainspirować. Choćby do napisania kolejnego posta na blogu.
  4. Znajdź swój temat. Jeszcze do niedawna myślałam, że jestem jedyną osobą, która pisze o sztuce islandzkiej po polsku. Niestety znalazłam kilka tekstów i publikacji naukowych, które temu zaprzeczyły. Pocieszyłam się potem więc tym, że na pewno mało kto bada sztukę nordycką: ale i tu znalazły się osoby, nawet z macierzystych uczelni, które interesują się Północą. Niszowość jest super, ale jest mało prawdopodobne, że będziemy jedynymi ludźmi na całym świecie, którzy badają dany temat. W takim wypadku lepiej wśród podobnych zainteresowaniami badaczy robić sobie przyjaciół, nie wrogów.
  5. Bądź konsekwentny i systematyczny. Zaczyna się od planowania postów i regularnego publikowana, a kończy na efektywnym systemie pracy nad doktoratem czy tekstem naukowym. Każdy wie, jak trudno zmotywować się do pisania czy tworzenia, jeśli nie mamy sztywnego programu dnia czy siatki godzin. Ale taką cechę można sobie wyrobić i ja wciąż nad tym pracuję.

Masz więcej pytań? Napisz do mnie! Chcesz założyć swojego bloga? Kliknij tutaj.

Niespełniona doktorantka

„Myślałam, że już ma Pani doktorat!”, „Kto jak nie Ty ma się dostać?!”, „Z taką wiedzą…”.

Dzięki takim słowom, własnym ambicjom, a także wielkiemu pragnieniu pracy na uniwersytecie, uroiłam sobie już kilka lat temu, że chcę dostać się na studia doktorskie. Zawsze byłam pilnym uczniem, lubiłam pracować nad ulubionym tematem, opowiadać publicznie o swoich pasjach. Chciałam mieć kontakt z ludźmi, dzielić się wiedzą, pracować ze studentami. Postanowiłam ukończyć studia z historii sztuki, a potem skandynawistykę, bo miałam konkretny plan: badać sztukę nordycką. Skończyłam studia magisterskie z wyróżnieniem, dostawałam stypendia. Gdy dziekan wręczał mi dyplom, powiedział „Mam nadzieję, że do zobaczenia na studiach doktorskich”. Ot, wszystko miało składać się na to, że odniosę sukces w rekrutacji i będę kontynuować studia w ramach szkoły doktorskiej.

Pierwsze potknięcie 

Żeby nie było: nie jestem zakochaną w sobie marzycielką, która mając szóstki w podstawówce poczuła, że jest najmądrzejsza na świecie. Spotkałam na studiach wielu geniuszy, a ich wiedza i doświadczenie nie raz mnie zawstydzały. Wielokrotnie wątpiłam w to, czy nadaję się na historyka sztuki i faktycznie chcę badać tę dyscyplinę. Sam promotor sprowadził mnie na ziemię twierdząc, że to nie jest wcale takie oczywiste, że zrobię doktorat. Choć pewnie nie miał zamiaru podcinać mi skrzydeł, dla mnie był to jeden z pierwszych zgrzytów w mojej love-hate relacji z Instytutem Historii Sztuki Uniwersytetu Warszawskiego. Obawy się sprawdziły, bo już podczas pierwszej rekrutacji na studia moja kandydatura została bardzo mocno skrytykowana. Osoby w komisji szczerze wątpiły w sens moich badań nad sztuką islandzką, usłyszałam nawet retoryczne pytanie, czy ta sztuka w ogóle jest ładna. Tak, komisja rekrutacyjna jednego z najlepszych uniwersytetów w Polsce zadaje takie pytania. Pełny profesjonalizm i obiektywizm naukowy. Zjechali mnie równo, od początku rozmowy postawili mnie w sytuacji, z której nie umiałam się wybronić. Nie interesowały ich ani moje doświadczenie, ani dorobek naukowy. Problemem był temat, który jednak wcześniej oceniono na tyle wysoko, żebym dostała się do drugiej tury rekrutacji. Tylko po co?

Magisterkę obroniłam we wrześniu 2019 roku, dlatego nie zdążyłam rekrutować się na studia doktorskie przed wielką reformą szkolnictwa wyższego. Jak się okazało, dobra zmiana po raz pierwszy realnie zamieszała w moim życiu, bo nowy system szkół doktorskich zaważył na tym, że nie miałam szans w żadnej z instytucji, do której aplikowałam. A były to: Uniwersytet Warszawski, Uniwersytet Gdański, PAN. I przegrałam z systemem nie dlatego, że przeliczyłam się z moimi ambicjami, tylko dlatego, że nie byłam dostatecznie dobra w papierologię. A nawet okazało się, że rekrutacja do szkół doktorskich dobrej zmiany to strategia i taktyka wojenna, a nie dowiedzenie własnej wartości jako młodego badacza. Za pierwszym razem oficjalnie poszło o to, że aplikując do dyscypliny Nauki o sztuce wybrałam sobie promotora zatrudnionego w Instytucie Historii. Co z tego, że nazwisko profesor było wymienione na liście dostępnych promotorów tej dyscypliny. Student miał sam się domyślić, że to nie przejdzie i jeszcze usłyszał od mądrych pań i panów z komisji, że wybrany przeze mnie promotor nie ma doświadczenia w danym temacie, więc między słowami: nie nadaje się. Dziwne, bo temat był z pograniczna historii sztuki, historii i skandynawistyki, a pani profesor jest specjalistką od historii i kultury skandynawskiej, często pisze i wykłada również sztukę nordycką. Wychodzi na to, że szkoły doktorskie zabijają interdyscyplinarność i doprowadzają do walki o studentów między jednostkami. W końcu ministerstwo płaci wydziałom od łebka, więc w zgniłym świecie kapitalizmu student realizujący projekt w Instytucie Historii Sztuki nie może współpracować z pracownikiem innej jednostki. Bo kto zapłaci?

Walka z systemem

Wierzę, że nie ma w tym winy samych pracowników uczelni wyższych. Wszyscy znani mi doktorzy i profesorowie mocno krytykują nowy system szkół doktorskich, a jeśli spotkałam się z pozytywną oceną tej zmiany, to tylko przez ślepo wspierających obecną władzę. Jasne, że studentom zrobiono dobrze: nagle zamiast ubiegać się o stypendium, dostają gwarantowaną pensję. Miejsc jest tym samym mniej, a więc i bezrobotnych doktorów produkuje się mniej. Szkoda tylko, że system od początku nie był odpowiednio przemyślany i nie przewidziano, że chociażby w pierwszym roku zmian doktoranci już realizujący swój projekt rekrutowali się raz jeszcze, zabierając miejsca i szanse młodszym. W końcu z dobrze przemyślanym i ukształtowanym do tego czasu tematem łatwiej było zdobyć punkty za projekt, niż było to dane mniej doświadczonym świeżakom.

Ale możesz doszlifować swój projekt, wysłać go do zaopiniowania zaprzyjaźnionym pracownikom naukowym, dostać pochwały i komplementy, że projekt jest nad wyraz dojrzały, ale to nie wszystko. Potem idziesz na front z administracją szkół doktorskich i biurokracją. Weźmy na warsztat moją drugą rekrutację, czyli w roku 2020, w samym środku epidemii. Uczelnia ogłasza, że z tego powodu rozmowy rekrutacyjne odbędą się zdalnie. Moja promotor unika wychodzenia z domu, kontakt z nią jest tylko telefoniczny i internetowy. Wysyłam więc wymagane dokumenty w formie elektronicznej, z wszystkimi podpisami. W przeddzień ogłoszenia wyników pierwszej tury rekrutacji otrzymuję wiadomość, że mój wniosek pozostawiono bez rozpatrzenia. Powód? Brak ręcznego podpisu promotor. Zero możliwości odwołania, rekrutacja idzie swoim życiem, a ja dostaję uprzejmą odpowiedz, że wszyscy studenci muszą być traktowani tak samo i pilnować dokumentów. Wniosek kolegi zostaje odrzucony, bo jego promotor zapomniała uzupełnić we wniosku liczbę swoich podopiecznych. Przez tę jedną cyferkę, i to nieobecną nie z jego winy, jego kandydatura również zostaje wycofana. I było mnóstwo innych podobnych przypadków, bo komisja odrzucała niepełne wnioski automatycznie. Wszystko to po to, by nie robić sobie zbędnej roboty. I jeszcze za moje pieniądze, w końcu opłata rekrutacyjna ma być wynagrodzeniem za ich pracę.

Najgorszy jest jednak ten bałagan. Regulamin i lista wymaganych dokumentów to jedno, a widzimisię komisji to drugie. Na dokumencie widnieje miejsce na podpis dziekana jednostki, w której zatrudniony jest planowany promotor, a administracja chce podpisu dziekana jednostki, w której realizowany byłby projekt badawczy. I nagle nikomu nie przeszkadza, że promotor może być oficjalnie pracownikiem filologii, a przyjmować studentów z dyscypliny Nauki o sztuce. Pomimo drugiego roku w nowym systemie wszyscy pracownicy wciąż wydają się zagubieni i niedoinformowani, a odpowiedzialność za braki i wszechwiedzy oczekuje się od biednego studenta. Gdy człowiek drugi raz z rzędu próbuje każdej opcji i wysyła papiery na różne uczelnie w kraju, nie zna osobiście dostępnych promotorów, nie ma czasu na dogłębne poznanie ich dorobku naukowego. Gdy liczą się terminy, pisze się maile do każdego pracownika z danej dyscypliny, wierząc, że odpisze. Co z tego, że moim pierwszym wyborem była pewna profesor, skoro do 1 września była nieuchwytna, bo na urlopie? Gdy UW znowu odrzuca Twoją kandydaturę, w ostatniej chwili szukasz innych opcji. I wszystko robisz na wariackich papierach, w przeddzień terminu wydzwaniając do sekretariatu i błagając o kontakt do dziekana.

Podejście drugie

Na Uniwersytet Warszawski składałam kandydaturę dwa razy: raz w dyscyplinie Nauki o sztuce, a drugi w dyscyplinie Historia, kierując się proweniencją promotorki. W tamtym roku rozważałam udział w rekrutacji na Uniwersytecie Gdańskim, ale ostatecznie nie wysłałam dokumentów. W międzyczasie brałam udział w rekrutacjach na studia zagraniczne: w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych i Szkocji.

I przyznam szczerze, że tylko doświadczenia z UW doprowadziły mnie do białej gorączki. Weźmy przykład Gdańska: rekrutacja bez opłat, z bardzo pomocną administracją. Szefowa komisji zauważyła aż trzy braki w moich papierach i znalazła czas, aby do mnie zadzwonić i napisać maila z prośbą o ich dosłanie. Zostałam bardzo dokładnie poinformowana, czego brakuje i poinstruowana, co zrobić, żeby moja kandydatura nie została odrzucona. Pani zauważyła nawet, że mój temat i doświadczenie pasują lepiej do innej dyscypliny i poradziła, żeby to zmienić. Wszystko działo się w kilka dni i wymagało ode mnie tylko edycji dokumentów i ponownego nadania ich na poczcie. A wszystko z cierpliwością, uśmiechem i życzeniem powodzenia, bez prawienia morałów o tym, jak rekrutacja do szkół doktorskich uczy nas życia i walki o swoje. Podobnie było w przypadku Szkoły Doktorskiej Anthropos PAN, którego pracownika poinformowała mnie mailowo o drobnym braku w dokumentach i pozwoliła na jego uzupełnienie.

Już nawet nie pomnę jak życzliwie i troskliwie obsługuje się kandydatów za granicą, bo na uniwersytetach w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych czy Szkocji nikt nie odrzucał kandydatów tak łatwo. Jeśli coś się nie zgadzało, dostawałam wiadomość i czas na uzupełnienie braków. Całe zgłoszenie można było zrobić zdalnie, bez wysyłania oryginałów dokumentów i stresowania się o losy grubej koperty na poczcie. A potem dostawałam uprzejmą odpowiedź, że się nie dostałam, ale nie dlatego, że mój temat jest totalnie z kosmosu i nie warto nad tym pracować, tylko że zabrakło dla mnie miejsca. Bycie pierwszym na liście rezerwowej wciąż boli, ale przynajmniej nikt nie próbuje Ci udowodnić jak bardzo jesteś beznadziejny.

Nie chcę już zliczać, ile czasu, pieniędzy, nerwów i zdrowia psychicznego kosztowało mnie niemal trzyletnie podchodzenie do studiów doktorskich. I po co, pytam się. Czy naprawdę to wszystko warte jest tytułu, który być może nie da mi tego, o czym marzę? Uwierzcie mi, nie jestem absolwentem bez pracy, który nie ma co ze sobą zrobić, więc z braku laku rekrutuje się na doktorat, żeby przedłużyć swoje studia. Chcę tylko mieć podstawę do swoich działań i badań, bo w tym kraju nie traktuje się poważnie kogoś, kto pracuje naukowo na własną rękę. Spytacie, dlaczego tak uporczywie trzymam się studiów w Polsce, czemu nie pojadę do Skandynawii, za granicę? Owszem, że próbowałam: nie ma wakatów, nie ma chętnych ani odważnych do podjęcia tematów, nie ma stypendium, a nie stać mnie na płacenie 14 tysięcy funtów na studia w Glasgow (jedyne, na jakie się dostałam). No i najważniejsze: pomimo znienawidzenia polskiego systemu szkolnictwa wyższego i macierzystego Instytutu, chcę tu zostać i udowodnić, że sztuka nordycka ma wartość i trzeba o niej mówić. Bo to polskiej publiczności chcę pokazywać sztuką nordycką. Anglosasi i Skandynawowie już bardzo dobrze ją znają.

Właśnie to powiedziałam komisji, która w ubiegły piątek pytała mnie o powody zgłaszania się do podjęcia studiów w szkole doktorskiej. Z dużym doświadczeniem i przemyślawszy ten temat na wiele różnych sposobów, wyśpiewałam prosto z serca, dlaczego tak bardzo pragnę doktoratu. I skoro nie miałam już nic do stracenia, bo postanowiłam sobie, że 2020 będzie ostatnim rokiem moich prób, to nie bałam się mówić między wierszami co naprawdę myślę o nowym systemie i o polskiej historiografii.

Wejście do budynku Wydziału Neofilologii Uniwersytetu Gdańskiego, na chwilę przed rozmową.

Nadzieja?

I wiecie co? Albo trafiłam na wyjątkową komisję, albo właśnie to było moim atutem, bo rozmowa poszła mi naprawdę bardzo dobrze. Choć pytaniami próbowano zbić mnie z tropu i podburzyć sens mojego projektu, robiono to merytorycznie i profesjonalnie. Nikt nie pytał o wartość artystyczną sztuki nordyckiej. Czułam, że mam komisję po swojej stronie, a zebrane cudem dokumenty i opinie nie pozostawiały wątpliwości, że moja kandydatura nie jest godna odrzucenia. Wróciłam z jednodniowej, początkowo bardzo stresującej, wycieczki do Gdańska z uśmiechem na ustach, mając w sercu nadzieję. Czy 2020 to będzie mój rok? Czy trwa dobra pasja, skoro doceniono mój projekt w Glasgow? Czy będę mogła studiować po polsku i w Polsce? Czy w końcu przyszłość i plany nabiorą konkretnych kształtów?

W tym miejscu chciałabym wyrazić ogromną wdzięczność pracownikom Szkoły Doktorskiej Nauk Humanistycznych i Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego oraz Szkoły Doktorskiej Anthropos PAN, a także dziekanom i profesorom, dzięki których opiniom mogłam podejść do procesu rekrutacyjnego. Niezależnie od wyników rekrutacji w Państwa jednostkach, dzięki Państwa życzliwości i cierpliwości nie zwątpiłam tak do końca w polski system szkolnictwa wyższego.

Islandzki top 10

Ostatnio w sieci roi się od wyzwań łańcuszkowych. Ludzie podają tytuły swoich ulubionych książek albo płyt, które wpłynęły na ich życie. Ja podzielę się swoją islandzką dziesiątką. I nominuję każdego z Was.

1. Ulubione miejsce

Wiadomo, że nie da się znaleźć jednego. I będzie dotyczyło to wszystkich punktów mojej listy. Jednak miejsce na Islandii, które zapadło mi wyjątkowo w pamięć to wyspa Heimaey na Vestmannaeyjar. Owszem, Fiordy Zachodnie zrobiły na mnie ogromne wrażenie, a wiele widoczków z pocztówek, zobaczonych wreszcie na żywo, budziło emocje. A jednak w przypadku Heimaey ujęło mnie to, że tak niewiele się po niej spodziewałam, a więc pozwoliłam się zaskoczyć. Choć znajduje się na południu, nie każdy turysta tam dociera, choć widnieje w przewodnikach jako punkt obserwacyjny maskonurów, nie widziałam tam ani jednego. Ale widziałam mnóstwo innych ptaków unoszących się w mgle. Widziałam morze turkusowego koloru i ukryte pod pyłem wulkanicznym miasto. Widziałam piłkarzy grających w deszczu i puste ulice. Doświadczenie wyspy na wyspie było dla mnie bardzo ważne. Tak jakby przez ten mikrokosmos łatwiej było pojąć całą Islandię. Oczywiście nie jest to możliwe po jednej wizycie, dlatego chciałabym na Heimaey wrócić, najlepiej latem.

Heimaey w maju 2017

2. Ulubiona książka

Ustanawiając tę kategorię bałam się, że zapędzam się w kozi róg. Jest przecież mnóstwo pozycji z Islandii i o Islandii, które lubię, do których chętnie wracam i które zdobią specjalną półkę na regale. A jednak w pierwszych sekundach przyszedł mi na myśl tylko jeden tytuł: Duszpasterstwo koło lodowca Halldóra Kiljana Laxnessa… I szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, dlaczego. Podobno z każdym tekstem kultury jest tak, że robią na nas szczególne wrażenie w zależności od momentu życia, w którym jesteśmy. Albo kojarzą się z konkretnym wspomnieniem, np. cieplej wspominamy książki, które dostaliśmy w prezencie albo czytaliśmy podczas wakacji. Ja swój sfatygowany egzemplarz jednej z najbardziej znanych powieści Laxnessa otrzymałam od Karola ze Studenckiego Klubu Islandzkiego. Wręczył mi ciężką torbę własnych zbiorów, które miały zasilić nigdy nie powstałą biblioteczkę Klubu. Wśród tych darów kilka było powieści Laxnessa, ale zaczęłam właśnie od tej i potem trudno było przedrzeć się przez typowo narracyjne, długie powieści takie jak Dzwon Islandii czy Niezależni. Duszpasterstwo koło lodowca to dzieło z nurtu realizmu magicznego, pełne baśniowych wątków, absurdalnych zwrotów wydarzeń i niesamowitych bohaterów. To także kopalnia motywów wykorzystywanych w kulturze popularnej, a ekranizacja tej książki należy do jednych z najciekawszych islandzkich filmów.

3. Ulubiony film

Przyznaję się bez bicia: nie mam jednego. Dlatego wymienię tu kilka. Moje pierwsze spotkanie z kinematografią islandzką to Nói Albinói Dagura Káriego.  Był to jeden z pierwszych islandzkich filmów dystrybuowanych w Polsce i do dzisiaj posiadam płytę DVD, której nie mam już nawet jak odtworzyć w nowym laptopie.

Film, który oglądałam najwięcej razy, to chyba urzekająca produkcja Fridrika Thora Fridrikssona Dzieci natury. Jest to piękna historia dwóch starych ludzi, którzy postanawiają opuścić dom spokojnej starości i wrócić na farmę swojego dzieciństwa, aby tam pożegnać się ze światem. Wzruszająca i zabawna opowieść zilustrowana jest pięknymi dźwiękami Hilmara Örna Hilmarssona (nota bene obecnej głowy kościoła Ásatrú).

Jeśli natomiast chodzi o najnowsze produkcje, ze szczególnym upodobaniem wspominam film Kobieta idzie na wojnę, w którym poruszono ważny dla mnie teraz wątek aktywizmu proekologicznego.

4. Ulubiony muzyk

Wcale nie Sigur Rós, od którego zaczęło się moje zainteresowanie Islandią. Wcale nie moja imienniczka, Emiliana Torrini. Wcale nie przesympatyczny Ólafur Arnalds, którego lubię bardziej chyba za to, jakim jest muzykiem, a nie jaką muzykę tworzy. Wcale nie Sóley czy Múm, do których często bardzo chętnie wracam. Nie, moim ulubionym islandzkim muzykiem jest Júníus Meyvant i mam ciary za każdym razem, gdy słyszę jego głos. Nie zaprzeczę, że moje silne uczucia mają też związek z rudą brodą i zielonymi oczami. Ale ten głos i ta muzyka robią wszystko. Nawet mój chłopak, piekielnie zdolny muzyk, lubi Júníusa. A poza Sigur Rós nie toleruje żadnej innej muzyki z Islandii, więc cieszę się, że swoją wybrednością pobłogosławił moje skoki w bok w wprost w muzyczne objęcia Júníusa.

5. Ulubiona płyta

To, że Júníus jest moim ulubionym islandzkim muzykiem nie oznacza jednak, że to jego płyta jest dla mnie najważniejszą. I choć trudno wybrać jedną, postaram się zmieścić w dwóch tytułach. Pierwsza to Go Jónsiego, może dlatego, że słuchałam jest przez wiele lat aż do zdarcia, albo dlatego, że mam egzemplarz z autografem artysty, a może dlatego, że byłam na spektaklu opartym na tym albumie? Jest jednak w tym solowym wydaniu wokalisty Sigur Rós energia i radość, której brakowało mi w twórczości zespołu, a która stanowiła świetne tło do rozbuchanej hormonami młodością czasów gimnazjalnych. Miła płyta, do której chętnie wracam z sentymentem.

Druga ukochana płyta to Go go smear the poison ivy od Múm. Pierwsza, którą kupiłam za odłożone pieniądze. Wysłuchana od deski do deski, z wygniecioną książeczką, tekstami przepisanymi do ówczesnego segregatora z tekstami piosenek i z obrazami, które inspirowały kreatywną nastolatkę – jeden z nich przeniosłam nawet na t-shirt, którym chciałam pochwalić się muzykom podczas koncertu w Warszawie. Nie widzieli.

https://www.instagram.com/p/BzcdNzjonra/?utm_source=ig_web_copy_link

6.  Ulubiona piosenka

Moja ulubiona islandzka piosenka pochodzi z płyty Eulogy for Evolution Ólafura Arnaldsa, choć w przypadku tego artysty słucham najczęściej jednej składanki, którą nazwałam sobie roboczo “my fav ólafur” na Spotify. Na niej szczególne miejsce ma jeden utwór, figurujący również w moim prywatnym rankingu “chwytaczy serca”. To 3055, której do dzisiaj słucham z motylkami brzuchu, często wyłączając światło i leżąc prosto na kanapie, wsłuchując się w dźwięki i pozwalając im zawładnąć moim ciałem. Ze wszystkich piosenek, które przenikają mnie aż do wnętrza tylko ta daje aż tak piorunujący efekt, choć rozpływam się również przy Moon Pulls Múm.

7. Ulubiony malarz

Wiadomo, że historyk sztuki nie powinien dzielić się swoimi preferencjami, a przynajmniej nie faworyzować jednego artysty. Dlatego paradoksalnie o swoim ulubieńcu piszę najmniej. W kilku tekstach o sztuce islandzkiej, które dotąd opublikowałam, nazwisko Helgi Þorgils Friðjónsson padało niezbyt często. Ale jego sztuka jest dla mnie tym, czym ulubiona piosenka w sobotni poranek albo kubek pysznej kawy z domowym ciastem. Przyjemna. Jeśli poznajecie to uczucie ciepła na sercu, to wyobraźcie sobie, że odczuwam je za każdym razem, gdy widzę jego maskonury, nagich młodzieńców i chmury. Szczerze? Czego chcieć więcej! Owszem, niektóre z jego kompozycji rzucają się na mózg, jak np. skomplikowane hybrydy zwierzęco-ludzkie i inne surrealistyczne połączenia. Ale w jego twórczości jest tyle optymizmu, dobrego humoru i radości, której tak bardzo potrzebujemy.

Obraz Helgi ego Fridjonssona w Safnahúsið, Reykjavik.

8. Ulubiony smak

Brakuje mi wielu smaków Islandii. Tęsknię za prawdziwym skyrem, choć ten, który można kupić w Polsce coraz bardziej upodabnia się do tego oryginalnego. Chętnie znowu zatopiłabym zęby w chlebie  hverabrauð, posmarowanym brązowym serem topionym mysingur o słodkawym smaku. Oddałabym wiele za czekoladę Síríus, najlepiej z lukrecją albo słonym karmelem. A nawet za nieco wysuszone kleinur z uniwersyteckiej kawiarenki, popijane kawą przelewową.

Ale i tak nic nie pokona smaku kanilsnúðar, których smak pamiętam do dziś, choć minęło już ponad 3 lata od ostatniego kęsa. Jeśli myślicie, że ten smak zastąpią skandynawskie kanelbullar, to jesteście w błędzie. Te na Islandii posypywane są lukrecją, różowym cukrem, albo polewane są czekoladą. Niebo dla podniebienia i niezła dawka kalorii przed kolejną podróżą pod wiatr i deszcz!

9. Ulubiony zapach

Jestem jednym z tych dziwnych ludzi, który lubią zapach benzyny albo kadzidła. Ale ucztę olfaktoryczną stanowią dla mnie również ścięta trawa, zapach świeżego deszczu, kwitnących lilaków i czeremchy. Czasem czuję się jak narkomanka wpychając nos w rosnące wysoko pąki albo stając w lesie i wdychając resztki ozonu po burzy. Czy zdziwi Was, że pomiędzy tymi skrajnościami znalazło się miejsce dla niezwykłego islandzkiego pachnidła? Islandię wspominam bowiem głównie z zapachem siarki, przez wielu porównywanej do zapachu zgniłego jaja. Odkręcasz kurek pod prysznicem, a na Twoje ciało sączy się gorąca ciecz pachnąca siarą, ale mózg szybko przetrawia informacje, że to ta sama woń, którą pamiętasz z pola termalnego, na którym wybuchają gejzery. Tego zapachu nie da się chyba zastąpić żadnym innym i choć możemy naoglądać się zdjęć Islandii i nasłuchać dźwięków szumu oceanu czy świstu wiatru, bez siarki Islandia nie jest Islandią.

Seltún pod Krýsuvíkiem.

10. Ulubione wspomnienie

Kiedy podróżowało się na Islandię wielokrotnie, samemu, ale do życzliwych ludzi, w miejsca nieznane albo już oswojone, to wspomnień ma się cały gruby album z masą zdjęć, zapisków, wykorzystanych biletów i fragmentów ulotek albo folderów turystycznych. Ale kiedy którakolwiek z zaplanowanych podróży wymknie się spod kontroli, nadchodzi fala wydarzeń, które pamięta się najlepiej. Dlatego świetnie pamiętam noc spędzoną w obserwatorium dzikich ptaków, które skrzydłami i pazurami uderzały w dach nie dając zmrużyć oka. Pamiętam zawartą przyjaźń z końmi spotkanymi o świcie i łubiny, w których umościłam sobie tymczasowe gniazdko. Pamiętam twarze wszystkich życzliwych mi ludzi, a czasem nawet kolory samochodów, które zabierały mnie w dalszą drogę albo szczegóły ubrań kierowców.

Pamiętam też szczególnie pewną panią, której córka podeszła do mnie na stacji benzynowej, z niemowlakiem na ręku. “Widziałam Cię, że stałaś przy drodze, potrzebujesz podwózki? U nas nie ma miejsca, ale może zabrać Cię moja mama, ona też jedzie do Reykjaviku”. Pamiętam, że żałowałam, że musiałam wysiąść już w Borganes. Starsza pani okazała się sympatyczną wariatką z burzą siwych włosów i długimi paznokciami jak u czarownicy. Magicznym ruchem uruchomiła wiekowy samochód, a ze starego radia popłynęły głośne, gitarowe chwyty jednej z piosenek zespołu Kaleo. Przy tych rockowych dźwiękach islandzka czarownica opowiadała mi o każdym z mijanych pagórków, które znała po imieniu. Była to najsympatyczniejsza, a zarazem najbardziej odjechała podwózka w moim życiu. Jeśli ukryci ludzie istnieją, to ona z pewnością ma do nich namiary.

+ Ulubione słowo

Ulubione filmy, obrazy, piosenki są trudne do określenia głównie dlatego, że należy wybrać jedno dzieło z szerokiego zakresu obejrzanych czy usłyszanych. Ale czy można w ogóle powiedzieć, że ma się ulubione słowo, na dodatek w języku, który ledwie znam? Ile słów liczy w ogóle słownik islandzki? Według profesor Uniwersytetu Islandzkiego, Guðrún Kvaran, bazy języka islandzkiego liczą od od 50 tys. do 519 tys. pozycji. Do tego dochodzą neologizmy, wchodzące do użycia rok za rokiem, ale nie zapisywane w słownikach. Czy da się więc wyłuskać jedno, ulubione słowo?

Da się. Moje ulubione islandzkie słowo to frábært! Oznacza tyle co: “świetnie”, “wspaniale”. Dlaczego to moje ulubione słowo? Bo w samym jego dźwięku jest tyle pozytywnej energii, że samo powiedzenie go wymusza uśmiech na ustach. To zresztą jedno z niewielu islandzkich słów, które umiem wypowiedzieć naturalnie i bez większych błędów w wymowie: frauuupert! Takie małe, a cieszy. Jak się masz? Frábært! Jak twój islandzki? Frábært! Cała Islandia jest frábært. I to, że dobrnęliście do końca tego tekstu też jest frábært.

Kolejna podróż nieodbyta

Pamiętacie moje zapiski z podróży nieodbytej? Wyobrażałam sobie w nich jak wyglądałaby moja podróż dookoła Islandii jeszcze zanim po raz pierwszy się tam wybrałam.

Gdyby nie obecna sytuacja, od niemalże tygodnia wędrowałabym po Islandii w towarzystwie Magdy Bobryk. Poznałyśmy się na moim Dniu Islandzkim i to było wzajemnie porozumienie od pierwszego wejrzenia. Od wspólnego rozwiązywania supełków papierowych flag islandzkich, nasza znajomość rozwinęła się do wspólnych planów objechania Wyspy szlakiem muzeów. Bilety kupione, lista muzeów spisana, do spakowania walizek brakowało tylko pogody bliżej-długoterminowej, żeby oszacować liczbę ciepłych skarpet. Cieszyłam się na ten wyjazd jak dziecko, zapisałam złotymi literami daty wyjazdu w moim islandzkim kalendarzu. I już zacierałam ręce na to ponowne spotkanie po latach, bo ostatni raz byłam na Islandii w styczniu 2019 roku.

A potem nastąpił koronny krach, a w raz z nim poleciały nasze plany i marzenia. Czy na pewno? Ja głową jestem na Islandii, robię wszystko, by zaklinać nieciekawą koronową rzeczywistość. Tak więc napiszę Wam, jak wygląda(łaby) nasza podróż po Islandii.

Jest dzień 5. naszej wyprawy. Nogi cierpną mi już od przyciasnych butów, choć jeszcze dwa miesiące temu moje ulubione trapery pasowały idealnie. Ale stopy spuchły od chodzenia, a wełniane skarpety przepełniły czarę. Marzę o tym, żeby je w końcu zdjąć i położyć bose stopy na desce rozdzielczej. Ale nie zrobię tego Magdzie. Kieruje już drugi dzień z rzędu, bo ustaliłyśmy, że tu – w Fiordach Zachodnich – powinien dowodzić bardziej doświadczony kierowca. Jestem więc jej drugą parą oczu, wyglądam na drogę i pobocze, tak jakby łudząc się, że przewidzę wyskok jakieś owcy czy wyjeżdżające zza zakrętu samochody. Ale trudno się skupić, widoki przyciągają całym swoim powabem, te piękne zielono-fioletowe stoki soczyste nawet wczesną wiosną.

Choć droga jest tylko jedna, rzucam oko na mapę. Przezorna Magda załadowała w swoim smartfonie taką off-line, na której zaznaczyłyśmy interesujące nas muzea. Stworzenie listy zajęło jedno popołudnie, ale uzgodnienie, ile punktów uda nam się zrealizować – o wiele dłużej. Upierałam się na galeriach sztuki, Magda wyszukiwała jednak niewielkie centra kultury i muzea narracyjne. W końcu uzyskałyśmy jako-taki konsensus i zaczęłyśmy podróż w kierunku całkiem przewidywalnym. Wynajętym samochodem z Keflaviku od razu Jedynką na południe, żeby jeszcze przed końcem dnia ujechać jak najdalej na wschód Wyspy. Udało mi się przekonać Magdę, że jeśli naprawdę się postaramy, uda nam się zrealizować w tydzień punkty od Fjarðabyggð przez Húsavík na północ i aż do Fiordów Zachodnich, z finałem w Reykjaviku. 

Wbrew obawom, idzie nam całkiem nieźle. Jak dotąd wszystko niemal zgodnie z planem, tylko do Muzeum Śledzia w Siglufjörður nie udało nam się wejść, bo mimo wcześniejszych ustaleń właściciel nie stawił się na miejscu o umówionej godzinie, żeby otworzyć nam zazwyczaj o tej porze zamkniętą wystawę. Nie odbierał telefonów, a my po rozprostowaniu kości i sfotografowaniu kolorowych budynków na tle malowniczego fiordu postanowiłyśmy pójść na obiad i ruszyć w dalszą drogę. Na pewno trzeba tu będzie wrócić jeszcze latem. Może dla samych śledzi nie chciałoby mi się fatygować, ale chętnie obejrzałabym kolekcję malarstwa Gunnlauga Schevinga czy  Juliany. Sveinsdóttir. Trudno, nie pierwsze to i nie ostatnie muzealne drzwi, których klamkę przyszło mi pocałować.

Przynajmniej odhaczyłam miejsca z wcześniejszych niezrealizowanych planów. W końcu udało mi się odwiedzić Muzeum Sztuki w Akureyri, dotąd zamknięte podczas moich pobytów w stolicy Północnej Islandii. Miałam ogromne szczęście, bo załapałyśmy się na instalację Hrafnhildur Arnardóttir, artystki, która reprezentowała Islandię na Biennale w Wenecji. Ale nawet tylko dla wystawy stałej, prezentującej malarstwo XX wieku, byłoby warto odwiedzić to miejsce ponownie. Aż dziw, że Magda wciąż gotowa jest na tour muzealny w Reykjaviku, skoro nawet najdzielniejsi miłośnicy sztuki po takiej dawce zazwyczaj wymiękają. To chyba jednak nie o sztukę chodzi. Tu patrzy się na pejzaż malowany olejem na płótnie, a potem wychodzi się na zewnątrz i widzi ten sam malowniczy krajobraz przed sobą. I dopiero rozumie się dobór kolorów, intensywność barw, nieskazitelność bieli na szczytach gór i soczystość zieleni mchów. Wciągamy to północne powietrze na zapas i jedziemy dalej, podbijać Fiordy Zachodnie.

A więc minęła już połowa naszego wyjazdu, a my jesteśmy w drodze do Hólmavíku. Nie byłam jeszcze w tamtejszym Muzeum Czarów i Czarnej Magii i pewnie nigdy bym tam nie pojechała, ale zdjęcia Magdy i zachęty znajomych miłośników Islandii zmieniły moje konserwatywne podejście do nazywania muzeami wyłącznie tych instytucji, w których prezentuje się obrazy i rzeźby. Liczę na pozytywne zaskoczenie, bo za listę muzeów w tej części Islandii odpowiadała Magda. To dzięki niej jedziemy do wielu niezwykłych i rzadziej uczęszczanych miejsc, których nazw nie wolno mi jeszcze zdradzać. Najbardziej cieszę się jednak na spotkanie z rzeźbami Samúela Jónssona, bowiem w Selárdalur mamy być jutro późnym popołudniem. O tych rzeźbach rozmawiałam sporo z Piotrem Mikołajczakiem, współautorem reportażu Zostanie tylko wiatr…, i mam nadzieję nie odkryć na miejscu, że moje “fachowe uwagi” co do klasyfikacji stylu artysty były wierutnym kłamstwem.

Ale najbardziej czekam na lato. Przyjdzie dopiero w czwartek, przynajmniej tak twierdzą sami Islandczycy. Sumardagurinn fyrsti, czyli pierwszy dzień lata, przypada zawsze na czwartek między 19 a 25 kwietnia i gdy kupowałyśmy z Magdą bilety, cieszyłam się na to, żeby być na Islandii akurat w tym czasie. To już niedługo, lato tak blisko, a jednak jeszcze niedawno na północy widziałyśmy śnieg, a spanie w samochodzie mimo grubych polarów i śpiworów dostosowanych do minusowych temperatur każe mi wątpić, że lato faktycznie z dnia na dzień się pojawi.

Jestem jednak pełna nadziei, bo to nie o lato na zewnątrz chodzi, ale lato tu, w środku. Otwarta przestrzeń i świeże, czyste powietrze islandzkie rozbuchało we mnie chęć życia, a letnia energia, której nie można lekceważyć szczególnie tu, na zimnej Wyspie Lodu, rozsadza mnie od koniuszków palców u stóp po czubek głowy opatulonej czapką z Islandią i wiatroszczelnym kapturem. Myślę o lecie i już przestają mi ciążyć nogi, buty znowu zrobiły się wygodne, zza chmur wygląda słońce, a Magda właśnie zajechała na parking muzeum w Hólmavíku.

Może dowiem się, jak zaczarować to słońce, to niebo i to lato, żeby było we mnie zawsze, nawet gdy wyjadę z Islandii. 

Tekst powstał w ciepłym łóżku przy dźwiękach śpiewu ptaków z nagrań dostępnych na Spotify

Praca na Islandii? Niełatwa

Każdy z nas chyba był w tym miejscu. Zwiedzić kawałek Północy, a przy tym zarobić trochę grosza. Kto nie chciałby popracować przez kilka miesięcy na Islandii?

Dla mnie to trzeci z pomysłów na tymczasowy pobyt na Islandii. Jeśli nie mogę tam studiować, a wyjazd na wolontariat okazuje się ryzykowny, w końcu pada pytanie : czemu nie połączyć przyjemnego z pożytecznym? Od lat wyrzucałam sobie, że zamiast spędzać lato na Wyspie jak niektórzy z moich znajomych, wolałam szukać sobie innych zajęć. A rozwiązanie wydaje się idealne: spędzić na Islandii najlepsze miesiące, dostać niezbyt skomplikowaną pracę, zarobić ładną sumkę w koronach i odłożyć na resztę roku. Niektórzy wyjeżdżają na chwilę, a zostają na całe lata. Jedni szukają pracy z wyprzedzeniem, inni przyjeżdżają bez planu i z miejsca dostają płatne zajęcie. Znam oba przypadki z opowieści znajomych, ale sama chciałam poszukać czegoś dla siebie.

Kiedy zacząć szukać pracy?

Najbardziej interesują mnie oferty pracy na farmie lub w sektorze turystycznym, najchętniej agroturystyka lub hostel oddalony od większych miast. Jeszcze do niedawna opcje kwaterunkowe poza Złotym Kręgiem i południem Wyspy były trudne do znalezienia, ale dzisiaj hotele są wszędzie i wszędzie szuka się rąk do pracy. Dlatego szukam ofert właśnie na sezon wakacyjny, który zaczyna się już mniej więcej w kwietniu/maju, ale szczyt przypada na czerwiec-sierpień lub nawet wrzesień. Poza sezonem pracę można znaleźć raczej w innych sektorach, np. przetwórstwie rybnym, albo w Reykjaviku, gdzie sezon turystyczny trwa przez cały rok. Natomiast jeśli szukamy pracy stricte w rolnictwie, dobrze rozeznać się w terminarzu prac na islandzkich gospodarstwach. Większość z nich posiada owce, a więc dodatkowi pracownicy przydadzą się wczesną wiosną oraz jesienią.

Jeśli szukamy pracy na wakacje, najlepiej zacząć rozglądać się za ofertami już w styczniu, bo w połowie lutego/marcu potencjalni pracodawcy mają już skompletowany zespół pracowników na sezon. Prawda jest taka, że bezpieczniej jest zacząć wysyłać maile z CV jeszcze wcześniej, bo nie jest powiedziane, że na maila wysłanego raz od razu otrzyma się odpowiedź. Oczywiście zdarza się czasem, że można przyjechać na Islandię bez konkretnego planu i dostać pracę “z miejsca”, ale trzeba mieć dużo szczęścia, dobre CV i najlepiej referencje, bo Islandczycy lubią zatrudniać osoby zaufane. Kto nie lubi?

Jak szukać pracy na Islandii?

Jest wiele sposobów. Zacznijmy od tych najmniej inwazyjnych, czyli dodania się do różnych grup tematycznych na Facebooku. Koleżanka poleciła mi trzy: Away from Home – working in Iceland (strona dedykowana dla osób mieszkających już na Islandii), Work in Iceland – jobs availible or looking for job oraz Störf í ferðaþjónustu / Jobs in Tourism – Iceland. Pojawiają się tam różne oferty pracy, ale grupy są też bardzo liczne (około kilkanaście tysięcy członków), więc prawdopodobieństwo “upolowania” pracy jest raczej niewielkie.

Można więc próbować na około, a więc wyszukać w internecie interesujące nas miejsca pracy i pisać do nich bezpośrednio maile z CV i propozycją pracy. Jeśli wyślemy jakieś 100 takich maili, jest szansa, że otrzymamy ze dwie odpowiedzi. Zazwyczaj jednak dowiemy się, że dane miejsce nie szuka osób do pracy. Dlatego możemy znaleźć kolejnych 100 miejsc i szukać dalej. Albo wysłać ponownie maile do poprzednich adresatów, licząc, że zagubiły się w ich skrzynkach i tym razem zostaną odczytane.

Jest też trzecia droga, czyli poczta pantoflowa. Działa świetnie, jeśli mamy znajomych z doświadczeniem pracy na Islandii. Mogą podesłać konkretne adresy albo nawet nas polecić swoim dawnym pracodawcom. Jeśli mamy szczęście, to może akurat szukają gdzieś pracowników i pracę mamy niemal jak w banku. A jeśli nie mamy znajomych mieszkających na Islandii, możemy ich poszukać na grupie Polacy na Islandii, wierząc, że Polak Polakowi pomoże na obczyźnie. Cóż, wielu było śmiałków, którzy kierowali się wiarą we wzajemną miłość rodaków. Lecz wystarczyło kilka nieśmiałych postów w polonijnych grupach, aby przekonać się, że rzeczywistość nie zawsze jest taka, jaka nam się wydaje.

I na koniec: można szukać przez pośredników, np. różne strony internetowe. Dotarłam do nich szukając ofert dla au pair. Ogólnie rzecz biorąc bycie au pair na Islandii to wymarzona praca dla kogoś, kto chce poznać lepiej kulturę Islandii i ma do dyspozycji więcej czasu niż kilka miesięcy wakacji. Islandzkie rodziny szukają dziewczyn w wieku 18-25 lat, najlepiej na okres minimum 6 miesięcy, z dobrą znajomością języka angielskiego i prawem jazdy. Au pair zajmuje się ich dzieckiem lub dziećmi oraz domem, ale ma też czas wolny i kieszonkowe, które może wydawać na życie nocne w mieście. Więcej o warunkach pracy jako au pair na Islandii znajdziecie tutaj.

Zdjęcie zrobione przez Gosię Borkowską (Borkowska Trippin’), którą odwiedziłam na Fiordach Zachodnich dzięki temu, że tam pracowała.

Czy musisz znać islandzki? I inne wymagania

Jeśli mowa o pracy sezonowej, szczególnie w sektorze turystycznym, to język islandzki nie jest wymagany, podobnie jak w ofertach pracy jako au pair. W wielu sytuacjach angielski wystarczy, a w przypadku pracy jako przewodnik grup turystycznych czy pracownik hostelu znajomość dodatkowych języków jest mile widziana. W przeglądanych przeze mnie ofertach wśród preferowanych wymagań figurowała znajomość języków takich jak niemiecki, francuski, rosyjski czy chiński.

Nawet jeśli Islandczycy nie wymagają znajomości języka islandzkiego w pracy sezonowej, często wymagają posiadania kennitali, czyli czegoś w rodzaju naszego peselu połączonego z numerem ubezpieczenia. Niektórzy pracodawcy sami załatwiają kennitalę w urzędzie, inni chcą mieć to już za sobą. Z opowieści Polaków pracujących na Islandii od wielu lat, numer można dostać albo w kilka godzin, albo w kilka miesięcy. Z innych wymaganych dokumentów warto wymienić pozwolenie na podjęcie pracy (tutaj jednak z reguły sprawę załatwia obywatelstwo UE) oraz oświadczenie o niekaralności.

W wielu miejscach wymaga się doświadczenia pracy o podobnym charakterze. Pracodawcy lubią wiedzieć, że nie jesteśmy żółtodziobami i nie będą nam musieli tłumaczyć jak się zmienia pościel albo wkłada naczynia do zmywarki. To jest wymaganie, przy którym zazwyczaj odpadam, bo głupia od pierwszych dni studiów pracowałam niejako w swoim zawodzie i nie mam doświadczenia pracy w restauracji, hostelu, hotelu. A na au pair jestem za stara.

Historie kuchenne, czyli przestroga 

Jeśli wciąż zastanawiacie się nad wakacyjną pracą na Islandii, musicie pamiętać o tym, że to nie tylko okazja do szybkiego wzbogacenia się, ale też spora lekcja życia. Niełatwo jest nie tylko znaleźć pracę, ale też nie zwariować. To pierwsze wynika między innymi ze śliskiej sytuacji prawnej wolontariatu na Wyspie, ale też wykorzystywania obcokrajowców przez islandzkich pracodawców.

To drugie wynika z opowieści moich znajomych, którzy poznali pracę dla Islandczyków od kuchni. Jednym z powtarzających się w ich opowieściach problemów było nieotrzymywanie zapłaty o czasie lub otrzymywanie wypłaty niższej niż w umowie:

W hotelu, w którym pracowałam oprócz menadżera hotelu i menadżera restauracji byłam jedyną mówiącą po islandzku osobą i jedną z chyba 5, które miały płacone zgodnie z umowami 🙄 (a też parę miesięcy walczyłam z pomocą związków o wypłatę zgodnie z prawem).

Ewelina Gąciarska, Töltem przez Islandię

Wspomniana walka o swoje z pomocą związków to również częsty motyw. Jak się okazuje, islandzcy pracodawcy pozwalają sobie na płacenie pracownikom sezonowym 80% średniej krajowej albo zatrudniać ich na czarno, czasem bez wiedzy i zgody pracownika. Jak mówi mi Ewelina, w wielu przypadkach nie podpisuje się umowy o pracę, ale przyjezdni nie mają pojęcia o lokalnym prawie pracy, więc łatwiej dają się nabrać.

Sprawa jest jednak coraz częściej omawiania w publicznym dyskursie, głównie za sprawą programu telewizyjnego Kveikur, który – niczym nasza Sprawa dla reportera – ujawnił regularne wykorzystywanie zagranicznych pracowników na Islandii oraz ich trudności w walce o sprawiedliwe traktowanie. O programie dowiedziałam się od Eweliny Leśniewskiej (@halotuewelina), która ma też własne doświadczenia z obecnym w programie ASÍ, jednym z organów inspekcji pracy.  W programie mowa m.in. o tym, że obcokrajowcy otrzymują mniejszą pensję za taką samą pracę, którą wykonałby Islandczyk, oraz że problem dotyka głównie osób, które potrzebują pracy, aby przetrwać, są słabi i dlatego rzadko stawiają się pracodawcy niesprawiedliwie ich traktującemu.

Po obejrzeniu tego odcinka zastanowiłam się po raz drugi, czy warto wysyłać nowe maile z propozycją pracy. Chciałabym wierzyć, że są pewnie różnice między pracą sezonową a tą na stałe, między pracą w turystyce a w budowlance. O problemach Polaków pracujących na Islandii wiedziałam też m. in. z naukowych opracowań tematu. Jednak nie spodziewałam się, że tak wielu Islandczyków wykorzystuje zagranicznych pracowników i że decydując się na pracę wakacyjną na Wyspie, mogłabym być jedną z ich ofiar. Cóż, jeszcze się zastanowię. A wszystkim przekonanym o “islandzkim eldorado” proponuję zapoznać się z poniższym cytatem:

Mnóstwo ludzi na całym świecie ma wyidealizowany obraz Islandii. I choć żeby być na Islandii myją kible, nie narzekają.

Hjalti Tómasson, Islandzka Inspekcja Pracy

  • Szukając pracy na Islandii, skup się na ofertach z zaufanych źródeł. Znajdź opinie obecnych lub dawnych pracowników.
  • Nie daj się oszukać! Do legalnej pracy na Islandii potrzebujesz odpowiednich dokumentów i członkostwa w związkach zawodowych. Będą pomocne, kiedy będziesz musieć dociekać swoich praw.
  • Ten prost miał być opisem moich własnych poszukiwań pracy na Islandii, sama nie mam doświadczenia. Dlatego polecam bardziej merytoryczne strony polonijne, np. Polka na Islandii.

Wolontariat na Islandii? Nielegalny

Na pewno każdy miłośnik Islandii miał w głowie ten pomysł: pojadę na wakacyjny wolontariat, za pracę na farmie dostanę jedzenie i miejsce do spania, to świetny pomysł na pobyt na Wyspie.

Otóż nie. Jak się okazuje, jest to na Islandii nielegalne. Tak, sama byłam zdziwiona. Którejś nocy nie mogłam spać, a wtedy nawiedza mnie strumień kreatywności. Mózg bombarduje mnie pomysłami na nowe projekty, wyzwania, podróże. Kiedyś nawet obudziłam się z precyzyjnym planem wycieczki na Islandię rowerem. Ostatnio coraz częściej przyczyną mojej bezsenności jest klimatångest, czyli niepokój związany ze zmianami klimatycznymi. Więc umyśliłam sobie, że moją misją jest spędzić kilka miesięcy na pracy na “rzecz środowiska”. Usiadłam do komputera i wystosowałam takiego posta:

Kładłam się spać z ilustracjami przykładowej “pracy u podstaw” na moich powiekach. Śniłam o samej sobie w stroju roboczym, zbierającej śmieci z islandzkich plaż z uśmiechem na twarzy. Albo w ogrodniczkach na jakiejś ekofarmie, pielęgnującej grządki na kolanach. Już we śnie byłam z siebie taka dumna, że daję tyle od siebie planecie. Ot, marzenia młodych ludzi z pierwszego świata.

Dobre intencje a psucie rynku pracy

Rano sprawdziłam pocztę. Posypały się linki rekomendujące różne inicjatywy, ale też ostrzeżenia prosto z Islandii. “Ogólnie wolontariat na Islandii jest nielegalny”, napisała Ewelina Gąciarska, “Prawnie musisz dostać wynagrodzenie zgodne z umowami zbiorowymi związków zawodowych”. Słowem: praca za „wyżywienie i mieszkanie” jest nielegalna. Patrycja Makowska wyjaśnia “Zbyt wiele firm to zaczęło wykorzystywać”.

Jak dowiaduję się od dziewczyn oraz z internetowego researchu, islandzcy przedsiębiorcy zaczęli wykorzystywać tanią siłę roboczą i zepsuli tym rynek pracy. Tysiące młodych ludzi chętnych na tani, niemal darmowy, tymczasowy pobyt na Islandii w zamian za drobną pracę zaczęli przyjeżdżać na Wyspę już nie po to, by pomóc w ochronie przyrody, ale by serwować kawę bogatszym turystom. Układ wydawał się względnie sprawiedliwy: chcę zwiedzić Islandię, ale nie mam na to pieniędzy, dlatego przyjadę na jakiś wolontariat i przy dobrych wiatrach będę mieć wyżywienie, zakwaterowanie i samochód do szefa w zamian za kilka godzin pracy w jego gospodarstwie.

Tylko że wiele islandzkich gospodarstw zarabia teraz na agroturystyce, a i zwykłe, niekomercyjne, farmy potrzebują więcej rąk do pracy w sezonie. W Polsce byłoby nie do pomyślenia, że zamiast osoby z doświadczeniem w rolnictwie zaprasza się na gospodarstwo darmowych turystów do pomocy. Ale na Islandii pokusa była zbyt wielka i nagle mieszkańcy szukający pracy nie mogli jej znaleźć, bo zastępowali ich znacznie tańsi przyjezdni. Stąd nagle nie tylko w agroturystyce, ale też w hotelach i hostelach zaczęli pojawiać się “wolontariusze”, których darmowa praca w świetle prawa jest po prostu nielegalna.

Kwestia prawna

Hasło “nielegalna” od razu popchnęło mnie do pytań o konsekwencje prawne. Ale żeby odpowiedzieć na pytanie, co dokładnie jest niezgodne z prawem, należy wiedzieć, jak wygląda islandzkie prawo pracy. A według niego każdy pracownik zatrudniony na Wyspie musi otrzymać wynagrodzenie zgodne ze stawkami ustalonymi przez dany związek zawodowy. Poza ustaloną płacą minimalną, osoba wykonująca pracę – a więc z prawnego punktu widzenia także wolontariusz pracujący na farmie za “wikt i opierunek” – ma swoje prawa i obowiązki. W tym: posiadanie prawa do tymczasowego pobytu na Islandii, pozwolenie na pracę oraz obowiązek odprowadzania podatków.

Oczywiście obywatele Unii Europejskiej mogą pracować na Islandii na łagodniejszych warunkach. Nie zmienia to jednak faktu, że zatrudniając się jako wolontariusze w miejscach, które mogą być potencjalnymi miejscami pracy płatnej – łamią prawo. Za takie wykroczenie grozi kara finansowa o wysokości 500 000 koron islandzkich.  Problemy może mieć zarówno zatrudniający, jak i zatrudniany. W obu przypadkach bowiem dochodzi do popełnienia przestępstwa, czyli pracy “na czarno”.

Powiedzmy, że wiedziałam już o chciwości niektórych Islandczyków i przypadkach Polaków niesprawiedliwie potraktowanych przez ich islandzkich pracodawców. A jednak nie raz słyszałam o udanym wolontariacie na Wyspie, a wyszukiwarka internetowa aż pęczniała od takich ofert, szczególnie na portalu WWOOF. Inicjatywa “WorldWide Opportunities on Organic Farms” to platforma łącząca właścicieli farm ekologicznych z osobami, które w zamian za nabranie doświadczenia zawodowego i kulturowego są chętne do nieodpłatnej pomocy w imię budowania “zrównoważonej globalnej społeczności”. Jak dla mnie brzmi to świetnie i dokładnie tego szukałam, dlaczego postanowiłam skontaktować się z portalem pytając o ich doświadczenia z prawem na Islandii. W odpowiedzi przyznano, że WWOOFersi mieli problemy na Islandii, ale głównie dlatego, że tutejsze prawo źle rozumie ideę całego projektu. Jeden z ukaranych finansowo gospodarzy procesował się z organem ścigającym i dzięki wstawiennictwu WWOOF sprawę wygrał. Nie wiem jednak niestety, jak to skończyło się dla wolontariuszy.

Legalny wolontariat na Islandii ?

Jeśli wierzyć odpowiedzi od WWOFF, wspomniany gospodarz wciąż przyjmuje wolontariuszy i “na ten moment wszystko jest w porządku”. Organizacja szuka rozwiązań, aby dopasować się do islandzkiego rynku pracy, ale wydaje się, że dopóki wszystko pisane jest palcem na wodzie, lepiej nie ryzykować z wolontariatem w ramach WWOFF, nawet jeśli inicjatywa wygląda bardzo kusząco. Na Islandii jest wiele ekowiosek, które prowadzą działalność gospodarczą i z prawniczego punktu widzenia praca o charakterze wolontariackim byłaby tam nielegalna.

Jedyne formy pracy wolontariackiej dopuszczalne w islandzkim prawie na ten moment to Czerwony Krzyż oraz “działalność kulturalna i humanitarna”. Ta pierwsza opcja nie jest jednak tym, czego szukam, z kolei trudno zdefiniować co dokładnie kryje się pod drugim hasłem. Czy można zostać wolontariuszem dowolnej islandzkiej organizacji pozarządowej? Czy “działalność kulturalna” dotyczy też muzeów i instytucji kultury? Skoro tak, to dlaczego odmówiono mi bezpłatnego stażu w Norræna húsið, powołując się na prawo pracy? Wychodzi na to, że jeśli nie chcemy ryzykować zapłaceniem wysokiej grzywny, w przypadku każdej oferty najlepiej zasięgnąć rady prawnika.

Pewnym rozwiązaniem jest wyjazd na wolontariat czy staż, za który zapłacimy. Takim kompromisem jest platforma SEEDS Iceland, która oferuje kilkudniowe lub kilkutygodniowe “obozy pracy” w różnych częściach Wyspy, ale odpłatnie.  Przy każdej ofercie znajdziemy informację o wysokości opłaty (participant fee), np. za udział w dwutygodniowym projekcie oferującym warsztaty fotograficzne połączone z pracą organiczną, zakwaterowanie w domku oraz krótką wycieczkę po Złotym Kręgu zapłacimy 380 euro. Można zgłosić się też do udziału w dłuższych projektach, które są finansowane przez programy Erasmus+ lub Leonardo da Vinci. To rozwiązanie, jak i oferty znalezione za pośrednictwem European Youth Portal, zarezerwowane jest jednak dla osób z dostępną mobilnością, czyli takich, które nie brały udziału w dłuższych wymianach w ramach programu Erasmus.

W dużym skrócie: typowe oferty wolontariatu na świeżym islandzkim powietrzu, pomoc na ekologicznych farmach czy praca poświęcona pomocy środowisku i przyrodzie jest na Islandii ryzykowna. Każdą ofertę najlepiej dokładnie prześwietlić sprawdzając strony o charakterze międzynarodowym, np. związane z Komisją Europejską.

  • w wielu przypadkach wolontariat na Islandii jest traktowany jako praca “na czarno”, za którą grozi kara finansowa w wysokości 500 tys. ISK
  • wolontariat jest legalny wyłącznie w formie pracy charytatywnej, np. w islandzkim Czerwonym Krzyżu
  • więcej o sytuacji prawnej dotyczącej wolontariatu na Islandii można znaleźć na stronie: https://www.volunteering.is/
  • można wziąć też udział w legalnych projektach, takich jak Wolontariat Europejski SEEDS, dostępny dla osób powyżej 18. roku życia: https://www.seeds.is/european-voluntary-service-evs
  • więcej informacji w języku polskim: http://www.eurodesk.pl/eurowolontariat/wolontariat-w-islandii

Studia na Islandii? Niekoniecznie

1 lutego kończy się rekrutacja na Háskóli Íslands, a ja znowu nie zdążyłam znaleźć promotora planowanej pracy doktorskiej na czas.

Rok temu było dokładnie tak samo. Maile do potencjalnych prowadzących prace zaczęłam wysyłać już jesienią 2018 roku, ale na większość z nich nie doczekałam się odpowiedzi.  Gros islandzkich historyków sztuki ignorowała moje wiadomości, albo odpisywała, że nie ma możliwości współpracy. Dlaczego? Albo nie są zatrudnieni w odpowiedniej jednostce, albo nie mają możliwości przyjmowania studentów, albo – jeśli nie odpowiadali – nie byli zainteresowani moim projektem. Dlaczego tak bardzo uwzięłam się na studia na Islandii? Bo chciałabym badać sztukę islandzką, więc gdzie to robić, jeśli nie na Wyspie? Jeśli myślisz o studiach na Islandii, oto krótka historia moich zmagań w tym zakresie.

Odyseja islandzka

Wiedząc, że nie będzie łatwo znaleźć promotora bez pobytu na Islandii, zaczęłam szukać innych możliwości. Metoda networkingu nie działała drogą mailową, dlatego pozostawało mi wtopić się w środowisko naukowe na Wyspie. Ale do tego trzeba faktycznie być na Islandii, co przy zobowiązaniach trzymających mnie w Polsce nie było łatwe. Nawet wyjazd na tydzień-dwa finansowo i czasowo nie wchodził w grę. Ale już zaczęłam sobie planować przyszłość na Islandii, bo z pomocą przyszła bardzo atrakcyjna oferta stażu w Norræna húsið w Reykjavíku.

Norræna húsið w Reykjavíku

Pierwszą połowę 2020 roku miałam więc spędzić na Islandii. W maju ubiegłego roku zostałam wybrana spośród nie-wiem-ilu kandydatów do współpracy z Domem Nordyckim. Dostałam telefon od bardzo sympatycznej Finki i już nastawiłam się na miesiące pracy w pięknym budynku projektu Alvara Aalto i wykorzystanie wolnego czasu na wizyty bibliotek i spotkania z islandzkimi badaczami. Ale w międzyczasie skończyłam studia, a moja uczelnia rozdała już stypendia na absolwenckie wyjazdy w ramach programu Erasmus. I w dużym skrócie dlatego właśnie nie pojechałam na Islandię. Sympatyczna Finka powiedziała, że brak dofinansowania mojej pracy stawia firmę w złym świetle wykorzystywania taniej siły roboczej. Na nic moje próby zorganizowania sobie innego stypendium. Nie, i koniec. Ot, islandzka biurokracja.

Ale nie poddałam się. Całe lato szukałam innych opcji “naukowego” pobytu na Islandii, aż dotarłam do informacji o stypendium imienia Snorriego SturlusonaCo roku komitet wybiera jednego lub dwóch szczęśliwców, którym finansują badania i pobyt na Wyspie. Wiedząc, że program dedykowany jest pisarzom, tłumaczom i badaczom akademickim – oraz że nie należę do żadnej z tych grup – postanowiłam oszukać przeznaczenie i wziąć udział w rekrutacji. Z listami polecającymi od dr Anny Wojtyńskiej i Jacka Godka oraz całym moim dorobkiem naukowym (i nie) dotyczącym Islandii miałam wielkie nadzieje na pozytywną odpowiedź. Wyniki przyszły z miesięcznym opóźnieniem, ale i tak były to hiobowe wieści. Moja kandydatura była jedną z kilkunastu i została odrzucona.

Doktorat na Północy

Dlatego wróciłam do punktu wyjścia, czyli rozsyłania maili do profesorów na Islandii z propozycją współpracy. Na Północy rekrutacja na studia doktorskie wygląda trochę inaczej niż u nas, ale ma ten punkt wspólny, że do procesu rekrutacji należy podchodzić z nazwiskiem “ugadanego” już profesora. Podczas aplikowania na studia w Polsce musiałam nawet przedstawić dokument, że wybrana przeze mnie profesor deklaruje chęć współpracy nad moim projektem.

W świecie humanistycznym najczęściej prezentuje się własny projekt, stąd potrzeba odpowiedniego promotora. Na kierunkach przyrodniczych często rekrutacja przyjmuje system wakatowy, czyli to od liczby tematów i pieniędzy na badania zależy, ilu doktorantów przyjmie dany wydział. Wtedy też o przyjęciu decyduje nie sam projekt, ale umiejętności i doświadczenie kandydata. W przypadku np. historii sztuki poza dorobkiem należy przedstawić również własny temat badań, nie wybiera się więc z puli gotowych projektów. Jednak czasem również w Skandynawii także wydziały humanistyczne funkcjonują w systemie wakatów, bo przyjęcie na studia doktorskie wiąże się często z późniejszym zatrudnieniem doktoranta na wolnym stanowisku.

Na islandzkiej HÍ można rekrutować się do ogólnej szkoły humanistycznej, ale pomimo zatrudnionych na uniwersytecie historyków sztuki nie ma możliwości studiowania tego kierunku na poziomie studiów doktoranckich. Właściwie z moich poszukiwań wynika, że ten kierunek w ogóle nie istnieje na Wyspie, ale jedyny prężnie działający ośrodek związany z tą dyscypliną to Listaháskóli Íslands, czyli Akademia Sztuki w Reykjavíku. Rozmawiałam ze studiującym tam Adamem Świtałą, który robi doktorat w zakresie edukacji artystycznej, ale jego domeną jest muzyka, a nie sztuki plastyczne.  Zachęcona jego historią (znacznie różniącą się od mojej, bo w jego przypadku przyjęcie na studia było formalnością, a z obecną promotorką i innymi pracownikami instytutu współpracował już wcześniej), napisałam do zaproponowanych mi osób. Choć mój projekt jest ściśle historyczny, a na LÍ raczej bada się procesy współczesne, byłabym skłonna do poprawek. Jednak, jak można się było tego spodziewać, nie doczekałam się żadnej odpowiedzi.

Dużym plusem robienia doktoratu na Północy jest siatka współpracy między państwami nordyckimi, a co za tym idzie: wspólne konferencje, wymiana studentów, międzynarodowe projekty i badania. Sugerowano mi więc nie raz, aby rekrutować się na doktorat w Szwecji, Norwegii czy Danii, ale w tych krajach sytuacja wygląda podobnie: niewiele miejsc, duża konkurencja, ograniczone stypendia i – co zaskakujące – małe znaczenie dyplomu na arenie międzynarodowej. Właśnie dlatego wielu Skandynawów wybiera studia za granicą, a islandzcy historycy sztuki dzięki temu nie wzięli się znikąd.

Może nie studiowali na Wyspie, ale często pracują na islandzkich uczelniach czy w islandzkich muzeach. Daje to ostatnie dwa koła ratunkowe: albo zaczepić się przy jakiejś instytucji i tam robić badania, co dla wielu jest rozwiązaniem lepszym, bo mogą pisać pracę doktorską bez konkretnych studiów. Można też pozostać w kontakcie z jakimś islandzkim badaczem i robić podwójny dyplom, a raczej: traktować Islandczyka jako promotora pomocniczego. Daje to pewnego rodzaju kompromis, ale nie zapewnia środków na badania i takiego samego dostępu do źródeł. W moim przypadku jest więc równie niemożliwe, co studia na Islandii.

Studia na Islandii? 

Czy zatem studiowanie na Islandii jest w ogóle możliwe? Islandia jest dość popularnym celem wielu zagranicznych studentów, ale dotyczy to raczej studiów magisterskich i tylko wybranych dyscyplin. Mimo to raczej rzadko słyszymy o naszych rodakach wyjeżdżających na studia na Islandię, a nawet podczas moich studiów trudno było znaleźć możliwość pojechania tam na Erasmusa. Powodem są na pewno koszty, bowiem edukacja wyższa jest na Islandii płatna. Sam uniwersytet nie nazywa tego czesnymi, ale roczną opłatą rejestracyjną, i wynosi ona 75,000 koron islandzkich. Do tego często dochodzi koszt podręczników i innych materiałów naukowych, jak informuje Ewelina Gąciarska, autorka stron Töltem przez Islandię i Islandzkie ciekawostki.

Gmach Háskóli Íslands w Reykjavíku, największej uczelni publicznej na Islandii.

Poza kwestią finansową problemem jest właśnie ograniczony wybór kierunków. Na Islandii znajduje się wiele uniwersytetów, ale zazwyczaj “ten jedyny” (o którym zresztą mowa w moim tekście) to Uniwersytet Islandzki, czyli Háskóli Íslands. To tam znajduje się największa oferta studiów humanistycznych, atrakcyjna szczególnie dla tych, którzy chcą uczyć się języka islandzkiego albo studiować staroislandzką literaturę lub historię wikingów. Dla umysłów ścisłych jest też całe mnóstwo wyjątkowych programów, takich jak np. studia glacjologiczne, czyli nauka o lodowcach. Inne uniwersytety mogą specjalizować się w danych dyscyplinach albo proponować studia wyłącznie w zakresie rolnictwa czy leśnictwa. Wiele z nich ma w swojej ofercie także studia internetowe, które odbywają się niemal w całości na odległość, z wyjątkiem zajęć terenowych raz na rok oraz egzaminów na miejscu.

Czy studia są popularne na Islandii? Nie. Wielu Islandczyków nie ma wykształcenia wyższego, ale nie przeszkadza im to w znalezieniu dobrze płatnej pracy czy zajmowaniu stanowisk kierowniczych. Dyplom i tytuł są tu więc traktowane inaczej niż w Polsce, a tym samym szkolnictwo i świat akademicki mają inny poziom (i rozmiar) niż u nas. Z relacji wielu Polaków mieszkający na Islandii wynika jednak, że odbycie studiów językowych jest przepustką do znalezienia lepszej pracy. Bez dobrej znajomości islandzkiego ma się zupełnie inną pozycję na tutejszym rynku pracy.

A jak wiadomo, język islandzki przydaje się już nawet w Polsce. Sama potrzebuję go do moich badań, ale wiem, że nauczę się dopiero na Islandii. Czy straciłam już nadzieje na doktorat o sztuce islandzkiej? Nie, po prostu próbuję swoich sił w rekrutacjach na innych uczelniach. Dlaczego nie mogę studiować w Polsce? Bo po doświadczeniach z rekrutacją po prowadzeniu zmian w szkolnictwie wyższym przekonałam się, że obce i egzotyczne tematy nie mają szans rozwoju w naszym kraju, a poza tym ciągnie mnie na Północ.

Jeśli masz jakieś doświadczenia z doktoratem lub studiami na Wyspie, chętnie poznam Twoją historię, a jeśli chciałbyś lub chciałabyś zadać mi jakieś pytanie, postaram się podzielić swoją wiedzą!

Studia na Islandii w skrócie:

  • na Islandii znajduje się siedem uniwersytetów oraz kilka szkół wyższych. Niektóre uczelnie są publiczne, a inne prywatne. Największe z nich to Uniwersytet Islandzki (University of Iceland, Háskóli Íslands, publiczny), Uniwersytet Reykjawicki (University of Reykjavik, Háskólinn í Reykjavík, prywatny) oraz Uniwersytet w Akureyri (University of Akureyri, Háskólinn á Akureyri).
  • choć zasadniczo studia na islandzkich uczelniach publicznych nie są płatne, uczelnie pobierają tzw. roczne opłaty rejestracyjne, które mogą wynosić np. 75 000 koron islandzkich (trochę ponad 2000 zł).
  • wiele uniwersytetów proponuje studia w języku angielskim i prowadzi oddzielną rekrutację dla studentów zagranicznych. Na Uniwersytecie Islandzkim rekrutacja trwa od 10 grudnia do 1 lutego 2020 roku.

Orkiestra gra na Wyspie

12 stycznia odbędzie się 28. Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i po raz kolejny również na Islandii będzie można wesprzeć tę niezwykłą inicjatywę.

W tym roku w organizację finału zaangażowana jest Fundacja Zabiegani Reykjavik, której głównym celem jest pomoc chorym dzieciom w Polsce poprzez organizację zbiórek i różnych imprez charytatywnych na Islandii. W tegorocznym sztabie działają przede wszystkim Polacy mieszkający na Islandii, ale też wolontariusze z innych krajów, np. Litwy czy Estonii. Cały skład oraz mnóstwo pozytywnej energii znajdziecie w klipie promującym tegoroczny finał:

O Happy Islandia, historii WOŚP na Wyspie oraz najciekawszych licytacjach w tym roku rozmawiam z Sylwią Uzdowską, szefową sztabu Islandia. Film oraz zdjęcie główne autorstwa Aleksandry oraz Piotra Juczcic (Z Archiwum Podróżnika).

Od kiedy Orkiestra gra na Islandii?

Pierwszy sztab WOŚP na Islandii zawiązał się w 2010 roku i dokładnie 10 lat temu Orkiestra zagrała na Wyspie po raz pierwszy. Pierwszy oficjalny finał WOŚP miał miejsce w Szkole Polskiej w Reykjaviku, a kolejne imprezy organizowano już w innych miejscach, m.in. w Ambasadzie RP w 2013 roku. Według danych z oficjalnej strony WOŚP, w ciągu ostatnich 10 lat Orkiestra nie zagrała na Islandii tylko raz, w 2016 roku. Ostatni, 27. finał w 2019 roku, był rekordowym dla historii islandzkiego sztabu: zebrano wówczas ponad 103 tysięcy złotych.

Jak przebiega zbiórka pieniędzy podczas islandzkich finałów? Ze względu na ograniczoną liczbę puszek, na ulicach Reykjaviku i innych  islandzkich miast nie znajdziemy raczej wolontariuszy z naklejkami w kształcie serduszek. Są oni natomiast w polskich sklepach, ale najwięcej pieniędzy trafia do banku zawsze w dniu finału. Tego dnia odbywają się licytacje, a w poprzednich latach kończyły się też internetowe aukcje. Na Facebookowej stronie WOŚP Islandia wystawiano przedmioty do licytacji internetowej, które – jak mówi mi Sylwia Uzdowska – przynosiły Orkiestrze najwięcej pieniędzy. W tym roku aukcja obędzie się tylko stacjonarnie, czyli w Sportbarinn Ölver w Reykjaviku. Wpłaty i datki zawsze wpływają w islandzkich koronach, a potem są przesyłane do głównego banku Orkiestry w Polsce.

Tegoroczni wolontariusze i część Sztabu WOŚP Islandia (Sylwia Uzdowska w koszulce 28. Finału). Źródło: WOŚP Islandia.

Co można było dotąd wylicytować?

W archiwum dotychczasowych aukcji znajdziemy książki oraz płyty z autografami, rękodzieło (między innymi produkty z wełny owczej), bony na sesje zdjęciowe czy inne usługi.  Nie brakuje też gadżetów “fanowskich”. Podczas finału w 2015 można było licytować torbę z maskonurem podarowaną przez Studencki Klub Islandzki UW, a w tym roku Utulę Thule podarowała swój kalendarz islandzki na 2020 rok wraz z tulisiową naszywką z logo projektu. Więcej informacji o kalendarzu i licytacji można znaleźć na stronie wydarzenia 28. finału WOŚP na Islandii, a kalendarz kupić tutaj.

A co “sprzedaje się” najlepiej? Różne wycieczki oraz pobyt w atrakcyjnych domkach letniskowych na Wyspie. Te ostatnie cieszą się największym powodzeniem i co roku przybywa ofert wypraw z przewodnikiem. Również na Allegro znaleźć można aukcje, których przedmiotem jest wyprawa na Islandię, jak chociażby rejs luksusowym jachtem. W tym roku na uwagę zasługuje inicjatywa Michała Moca, kompozytora, akordeonisty i miłośnika Islandii, autora konta na instagramie icelandic.pl. Już po raz drugi oferuje on zwycięzcy aukcji wyprawę na Islandię na koszt organizatora, w tym roku ze szczególnym uwzględnieniem polowania na zorzę polarną. Jak donosi Gazeta Wyborcza, to „wyprawa po ciszę, spokój i zorzę polarną”.

View this post on Instagram

-RA

A post shared by @ icelandic.pl on

Jak na WOŚP reagują Islandczycy?

Czy są zaangażowani w charakterze wolontariuszy? Czy również licytują fanty podczas finałów? Według Sylwii Uzdowskiej islandzkie wsparcie widoczne jest raczej przede wszystkim od strony technicznej: Islandczycy udostępniają lokale do organizacji finałów, jak np. w 2018 roku, kiedy dyrekcja kina Bió Paradis wynajęła salę kinową i hol zupełnie za darmo. Wielu finałom towarzyszą występy islandzkich artystów, np. podczas finału w 2013 roku grała Myrra Rós, a w 2014 roku inni islandzcy artyści. Imprezę promowano nawet na oficjalnej stronie miasta, co prowokuje do wniosków, że Islandczycy mocno wspierają inicjatywę. Zdaniem Sylwii Uzdowskiej chodzi jednak bardziej o pomoc przedsięwzięciu mocno jednoczącym Polonię na Wyspie. Nie ma chyba innego takiego wydarzenia w roku, kiedy podziały i różnice znikają dla jednego, słusznego celu.

Tegoroczny finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Reykjaviku będzie można oglądać (przynajmniej we fragmentach) dzięki transmisji internetowej na Facebookowym profilu WOŚP Islandia. Tych, co na Islandii, zapraszamy na orkiestrowanie już w sobotę 11 stycznia. W programie bieg Policz się z Cukrzycą, morsowanie, zbiórka w polskiej szkole, strefa beauty, 24-godzinny maraton fryzjerski oraz mecz siatkówki. W dniu finału, czyli w niedzielę 12 stycznia w Sportbarinn Ölver, Álfheimar 74 w Reykjavíku od południa będzie trwała impreza otwarta (animacje, konkursy i zabawy dla dzieci, występy artystyczne, stoiska z pysznościami i wiele innych), a po godzinie 19 światełko do nieba oraz muzyka na żywo.

Bilden kan innehålla: text där det står ”wielka orkiestra świątecznej pomocy”

Za pomoc w przygotowaniu tekstu dziękuję Sylwii Uzdowskiej oraz Lindzie Zarzyckiej.

Islandia/Wyspy Owcze

Czy można pomylić Islandię z Wyspami Owczymi? Teoretycznie nie, ale kiedy porówna się zdjęcia z obu miejsc, naprawdę łatwo o pomyłkę. Czy poza krajobrazem coś jeszcze łączy te Wyspy? Odpowiadam po spotkaniu z Maćkiem Brenczem oraz Marcinem Michalskim.

WYSPA

Często piszę o Islandii “Wyspa”, bo w środowisku islandofilskim to niemal synonimy. To jednak spore uproszczenie, bo przecież Islandia nie jest jedną wyspą: w skład państwa wchodzą również archipelag Vestmannaeyjar (14 wysp), Grímsey na północy, Viðey pod Reykjavikiem oraz wiele innych niezamieszkałych lub częściowo zamieszkałych wysepek, dlatego trudno dokładnie policzyć, z ilu dokładnie składa się Islandia. W przypadku Wysp Owczych jest łatwiej: archipelag tworzy 18 głównych wysp. W obu sytuacjach mamy do czynienia z wyspami pochodzenia wulkanicznego, stąd krajobrazy wydają się niemal bliźniacze. Wyspiarskość obu krajów implikuje również izolację, która wpływa na szczególny charakter obu społeczeństw: usamodzielnionych, twardych, podtrzymujących swoją odmienność językową i kulturową.

JĘZYK

A skoro o języku już mowa, islandzki i farerski to naprawdę najbardziej zbliżone do siebie języki z grupy skandynawskich. Choć słabo znam islandzki, farerski wygląda bardzo znajomo i mogę zrozumieć większość słów, które kojarzę z islandzkiego. Pisany farerski jest tak bliski islandzkiemu, że podobno dr Przemysław Czarnecki, nauczyciel islandzkiego, czyta farerski bez specjalnego przygotowania. I choć wydawałoby się, że w takim razie nie trzeba tłumaczyć islandzkich książek na farerski i odwrotnie, Maciej Brencz uważa, że dla Farerów islandzki po prostu brzmi śmiesznie, dlatego wolą czytać islandzką literaturę w przekładzie. Choć bliskie sobie w piśmie i gramatyce, nie liczcie na to, że znając islandzki dogadacie się z Farerami! Wymowa jest całkowicie odmienna, o czym przekonałam się z próbek w wykonaniu Maćka i Marcina. W farerskim występują dźwięki przypominające polskie “cz” i “sz”, których nie znajdziemy w islandzkim. Islandzki jest też zdaniem Maćka bardziej “twardy”, a ja powiedziałabym, że farerski brzmi po prostu zupełnie nie po skandynawsku…

HISTORIA

Tak jak w przypadku Islandii, Wyspy Owcze zamieszkiwali mnisi irlandzcy, których ostatecznie przegonili wikingowie. O zasiedleniu tak Islandii, jak i Farojów poczytamy w sagach, które skrupulatnie opisują dzieje pierwszych wikingów na obu lądach.  W islandzkiej Landnámabók (Księga Osadnictwa) czytamy, że pierwszym wikingiem, który osiadł na Islandii był Ingólfur Arnarson, natomiast założycielem Wysp Owczych był – według  Færeyinga saga (Sagi Farerczyków) – Grímur Kamban. Wikingowie dotarli na Wyspy Owcze w pierwszej kolejności, bo już w 825 roku, natomiast islandzkie osadnictwo rozpoczyna się dopiero w roku 874. Oba kraje łączy długa przeszłość pod panowaniem norweskim, a potem duńskim. Z tą tylko różnicą, że Islandia usamodzielniła się od Danii w 1918, a potem oficjalnie w 1944 roku uzyskała niepodległość, podczas gdy Wyspy Owcze wciąż należą do Danii (ze statusem terytorium autonomicznego).

SYMBOLE NARODOWE

Ze względu na wspólną skandynawską przeszłość, oba kraje mają na fladze krzyż skandynawski. Wywodzi się on z emblematyki duńskiej, gdyż według legendy biały krzyż na czerwonym tle ukazał się królowi duńskiemu, Waldemarowi II podczas bitwy Lyndanisse jako symbol zwycięstwa chrześcijaństwa. Dzisiaj wszystkie kraje nordyckie (poza Grenlandią) mają krzyż skandynawski na swoich flagach, a barwy islandzkie i farerskie są do siebie bardzo zbliżone. Powszechnie interpretuje się błękit, biel i czerwień na fladze islandzkiej jako kolor nieba (lub oceanu), kolor lodu oraz kolor ognia/lawy. Z kolei w farerskiej symbolice błękit kojarzy się z niebem, biel oznacza pianę morską, a czerwień ma nawiązywać do innych flag skandynawskich. Obie flagi są ważnym symbolem podczas uroczystości państwowych, jak i w życiu codziennym.  Podczas gdy islandzka bandera nie ma swojej nazwy, Farerowie nazywają swoją chorągiew “MERKIД.

Marcin Michalski (Projekt Føroyar) oraz Maciej Brencz (Farerskie kadry) przed spotkaniem. Flaga islandzka na stole, a farerska (w małej skali) – na bluzie Marcina.

POLONIA

Z tematów społecznych najszerzej udało nam się omówić kwestię Polaków na obu wyspach. Podczas gdy na Islandii Polacy stanowią największą mniejszość narodową (i ostatnio liczba ta przekroczyła 20 000 osób!), farerska Polonia to zaledwie 100 osób (przynajmniej według moich danych), co czyni ją dopiero czwartą grupą etniczną. Warto jednak porównać proporcje: Islandczyków jest około 350 000, a Farerów ledwie ponad 50 000.  Liczby nie decydują jednak o stopniu zaangażowania Polonii w obu krajach. W Islandii działa portal polonijny, liczne stowarzyszenia, Polonia widoczna jest również na mediach społecznościowych. Nie inaczej jest z Polakami na Wyspach Owczych, których reprezentuje Sabina Poulsen czy Kinga Eysturland. Dodajmy do równania jeszcze jeden wspólny mianownik: Kubę Witka, który nakręcił dokumenty Isoland i Faroe Way, w których przedstawia Polonię zamieszkującą oba kraje.

Jeśli chodzi o Polaków, który zapisali się wyjątkowo w historii obu krajów, to znalazłoby się przynajmniej kilku. Casus islandzki dotyczy chociażby Bohdana Wodiczki, dyrygenta i muzyka, który zapisał się wyraźnie w historii muzyki islandzkiej, dowodząc przez wiele lat orkiestrą symfoniczną w Reykjaviku. W przypadku Wysp Owczych należy przywołać nazwisko Czesława Słani, który zaprojektował Farerom piękne znaczki pocztowe, w tym słynnego barana.

KUCHNIA

Jeśli myślicie, że Islandczycy zajadają się obrzydliwościami, lepiej zapoznajcie się z upodobaniami kulinarnymi Farerów! Tradycyjne islandzkie dania to zgniły rekin (hákarl), barani łeb czy kiszona płaszczka, ale – choć nie próbowałam większości z nich – nie byłam gotowa na specjały, które zaprezentowali Marcin i Maciej. Na slajdzie ukazało się oczom publiczności coś, co wygląda jak ususzony tasiemiec lub stara pępowina… Nic bardziej mylnego, bo okazało się, że patrzymy na rarytas: sperðil, czyli fermentowaną owczą odbytnicę wypełnioną częściami jelit, mięsem i łojem. Smakołyk może podobno zapachem i smakiem konkurować z najpopularniejszymi delicjami świata. Pocieszające jest to, że na Wyspach Owczych prędzej spotkamy ser owczy, niż sperðil. Tak jak na Islandii chętniej kupimy skýr niż specjały, które Islandczycy jadają w porze zimowej.  Niezależnie jednak od tego, co włożymy do ust, zawsze możemy zapić smak popularnymi w obu krajach trunkami: akvavitem albo lokalnym piwem.

KULTURA

Oba kraje są też muzykalne i uwielbiają pisać poezję oraz czytać książki. Trudno streścić w tak krótkim poście najważniejsze nazwiska, ale każdemu wykształconemu człowiekowi wypadałoby znać Halldóra Laxnessa z Islandii oraz Williama Heinesena z Wysp Owczych. My skupiliśmy się jednak na tym, co – jak się okazało – przyciągnęło zarówno mnie do Islandii, jak Maćka do Wysp Owczych: muzyce. Punktem stycznym może być chociażby Eivør Pálsdóttir, farerska wokalistka i tekściarka, która występuje nie tylko po farersku, ale też po islandzku. Podczas spotkania puściliśmy widowni utwór Dansaðu vindur, islandzki hit bożonarodzeniowy śpiewany przez Farerkę na szwedzką melodię (“Den vilda”, z którym Szwecja wystartowała w Eurowizji w 1996 roku).

Eivør nagrywa po islandzku i występuje na Islandii zapewne z uwagi na bliskość obu krajów i mały rozmiar rodzimego rynku muzycznego. Ale takich przykładów współpracy artystycznej  między Islandczykami a Farerami jest więcej. Marcin Michalski przypomniał nam (również i mnie!), że z projektem Harpy związany był Farer, Osbjørn Jacobsen, należący do kolektywu architektonicznego Henning Larsen Architects z Danii. Na kształt wizytówki miasta miał wpływ również islandzki artysta Ólafur Eliasson.

Podczas spotkania poruszyliśmy też kwestie wiary Islandczyków i Farerów, w tym wiarę w ukrytych ludzi. Nie zabrakło też porównania obu krajów pod kątem turystyki i świadomego podróżowania. Zastanawialiśmy się nad tym, czy Farerowie to faktycznie Islandczycy sprzed lat, którzy chętnie podwiozą autostopowicza, zaproszą na obiad albo nawet na nocleg. Czy już zmęczeni są turystami? A może jeszcze się nimi cieszą? Bo i przecież o Islandczykach trudno powiedzieć, żeby mieli wspólne stanowisko dotyczące turystyki. Piszą się już kolejne przewodniki, a internety zapełniają zdjęciami farerskich must-sees, które doprowadziły do zadeptania Islandii. Czy trzeba się spieszyć, żeby zobaczyć autentyczne Wyspy Owcze? Może skoro wciąż tak bardzo przypominają Islandię, to większa Wyspa ma się jeszcze całkiem dobrze?

Spotkanie islandzko-farerskie Ð,æ, ø, á — Islandia / Wyspy Owcze,  które poprowadziłam wraz z Marcinem Michalskim (Projekt Føroyar) oraz Maciejem Brenczem (Farerskie kadry) przyciągnęło tłumy! Dziękujemy Wam za takie ogromne zainteresowanie, a chłopakom dziękuję za świetną zabawę.