Orkiestra gra na Wyspie

12 stycznia odbędzie się 28. Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i po raz kolejny również na Islandii będzie można wesprzeć tę niezwykłą inicjatywę.

W tym roku w organizację finału zaangażowana jest Fundacja Zabiegani Reykjavik, której głównym celem jest pomoc chorym dzieciom w Polsce poprzez organizację zbiórek i różnych imprez charytatywnych na Islandii. W tegorocznym sztabie działają przede wszystkim Polacy mieszkający na Islandii, ale też wolontariusze z innych krajów, np. Litwy czy Estonii. Cały skład oraz mnóstwo pozytywnej energii znajdziecie w klipie promującym tegoroczny finał:

O Happy Islandia, historii WOŚP na Wyspie oraz najciekawszych licytacjach w tym roku rozmawiam z Sylwią Uzdowską, szefową sztabu Islandia. Film oraz zdjęcie główne autorstwa Aleksandry oraz Piotra Juczcic (Z Archiwum Podróżnika).

Od kiedy Orkiestra gra na Islandii?

Pierwszy sztab WOŚP na Islandii zawiązał się w 2010 roku i dokładnie 10 lat temu Orkiestra zagrała na Wyspie po raz pierwszy. Pierwszy oficjalny finał WOŚP miał miejsce w Szkole Polskiej w Reykjaviku, a kolejne imprezy organizowano już w innych miejscach, m.in. w Ambasadzie RP w 2013 roku. Według danych z oficjalnej strony WOŚP, w ciągu ostatnich 10 lat Orkiestra nie zagrała na Islandii tylko raz, w 2016 roku. Ostatni, 27. finał w 2019 roku, był rekordowym dla historii islandzkiego sztabu: zebrano wówczas ponad 103 tysięcy złotych.

Jak przebiega zbiórka pieniędzy podczas islandzkich finałów? Ze względu na ograniczoną liczbę puszek, na ulicach Reykjaviku i innych  islandzkich miast nie znajdziemy raczej wolontariuszy z naklejkami w kształcie serduszek. Są oni natomiast w polskich sklepach, ale najwięcej pieniędzy trafia do banku zawsze w dniu finału. Tego dnia odbywają się licytacje, a w poprzednich latach kończyły się też internetowe aukcje. Na Facebookowej stronie WOŚP Islandia wystawiano przedmioty do licytacji internetowej, które – jak mówi mi Sylwia Uzdowska – przynosiły Orkiestrze najwięcej pieniędzy. W tym roku aukcja obędzie się tylko stacjonarnie, czyli w Sportbarinn Ölver w Reykjaviku. Wpłaty i datki zawsze wpływają w islandzkich koronach, a potem są przesyłane do głównego banku Orkiestry w Polsce.

Tegoroczni wolontariusze i część Sztabu WOŚP Islandia (Sylwia Uzdowska w koszulce 28. Finału). Źródło: WOŚP Islandia.

Co można było dotąd wylicytować?

W archiwum dotychczasowych aukcji znajdziemy książki oraz płyty z autografami, rękodzieło (między innymi produkty z wełny owczej), bony na sesje zdjęciowe czy inne usługi.  Nie brakuje też gadżetów “fanowskich”. Podczas finału w 2015 można było licytować torbę z maskonurem podarowaną przez Studencki Klub Islandzki UW, a w tym roku Utulę Thule podarowała swój kalendarz islandzki na 2020 rok wraz z tulisiową naszywką z logo projektu. Więcej informacji o kalendarzu i licytacji można znaleźć na stronie wydarzenia 28. finału WOŚP na Islandii, a kalendarz kupić tutaj.

A co “sprzedaje się” najlepiej? Różne wycieczki oraz pobyt w atrakcyjnych domkach letniskowych na Wyspie. Te ostatnie cieszą się największym powodzeniem i co roku przybywa ofert wypraw z przewodnikiem. Również na Allegro znaleźć można aukcje, których przedmiotem jest wyprawa na Islandię, jak chociażby rejs luksusowym jachtem. W tym roku na uwagę zasługuje inicjatywa Michała Moca, kompozytora, akordeonisty i miłośnika Islandii, autora konta na instagramie icelandic.pl. Już po raz drugi oferuje on zwycięzcy aukcji wyprawę na Islandię na koszt organizatora, w tym roku ze szczególnym uwzględnieniem polowania na zorzę polarną. Jak donosi Gazeta Wyborcza, to „wyprawa po ciszę, spokój i zorzę polarną”.

View this post on Instagram

-RA

A post shared by @ icelandic.pl on

Jak na WOŚP reagują Islandczycy?

Czy są zaangażowani w charakterze wolontariuszy? Czy również licytują fanty podczas finałów? Według Sylwii Uzdowskiej islandzkie wsparcie widoczne jest raczej przede wszystkim od strony technicznej: Islandczycy udostępniają lokale do organizacji finałów, jak np. w 2018 roku, kiedy dyrekcja kina Bió Paradis wynajęła salę kinową i hol zupełnie za darmo. Wielu finałom towarzyszą występy islandzkich artystów, np. podczas finału w 2013 roku grała Myrra Rós, a w 2014 roku inni islandzcy artyści. Imprezę promowano nawet na oficjalnej stronie miasta, co prowokuje do wniosków, że Islandczycy mocno wspierają inicjatywę. Zdaniem Sylwii Uzdowskiej chodzi jednak bardziej o pomoc przedsięwzięciu mocno jednoczącym Polonię na Wyspie. Nie ma chyba innego takiego wydarzenia w roku, kiedy podziały i różnice znikają dla jednego, słusznego celu.

Tegoroczny finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Reykjaviku będzie można oglądać (przynajmniej we fragmentach) dzięki transmisji internetowej na Facebookowym profilu WOŚP Islandia. Tych, co na Islandii, zapraszamy na orkiestrowanie już w sobotę 11 stycznia. W programie bieg Policz się z Cukrzycą, morsowanie, zbiórka w polskiej szkole, strefa beauty, 24-godzinny maraton fryzjerski oraz mecz siatkówki. W dniu finału, czyli w niedzielę 12 stycznia w Sportbarinn Ölver, Álfheimar 74 w Reykjavíku od południa będzie trwała impreza otwarta (animacje, konkursy i zabawy dla dzieci, występy artystyczne, stoiska z pysznościami i wiele innych), a po godzinie 19 światełko do nieba oraz muzyka na żywo.

Bilden kan innehålla: text där det står ”wielka orkiestra świątecznej pomocy”

Za pomoc w przygotowaniu tekstu dziękuję Sylwii Uzdowskiej oraz Lindzie Zarzyckiej.

Islandia/Wyspy Owcze

Czy można pomylić Islandię z Wyspami Owczymi? Teoretycznie nie, ale kiedy porówna się zdjęcia z obu miejsc, naprawdę łatwo o pomyłkę. Czy poza krajobrazem coś jeszcze łączy te Wyspy? Odpowiadam po spotkaniu z Maćkiem Brenczem oraz Marcinem Michalskim.

WYSPA

Często piszę o Islandii “Wyspa”, bo w środowisku islandofilskim to niemal synonimy. To jednak spore uproszczenie, bo przecież Islandia nie jest jedną wyspą: w skład państwa wchodzą również archipelag Vestmannaeyjar (14 wysp), Grímsey na północy, Viðey pod Reykjavikiem oraz wiele innych niezamieszkałych lub częściowo zamieszkałych wysepek, dlatego trudno dokładnie policzyć, z ilu dokładnie składa się Islandia. W przypadku Wysp Owczych jest łatwiej: archipelag tworzy 18 głównych wysp. W obu sytuacjach mamy do czynienia z wyspami pochodzenia wulkanicznego, stąd krajobrazy wydają się niemal bliźniacze. Wyspiarskość obu krajów implikuje również izolację, która wpływa na szczególny charakter obu społeczeństw: usamodzielnionych, twardych, podtrzymujących swoją odmienność językową i kulturową.

JĘZYK

A skoro o języku już mowa, islandzki i farerski to naprawdę najbardziej zbliżone do siebie języki z grupy skandynawskich. Choć słabo znam islandzki, farerski wygląda bardzo znajomo i mogę zrozumieć większość słów, które kojarzę z islandzkiego. Pisany farerski jest tak bliski islandzkiemu, że podobno dr Przemysław Czarnecki, nauczyciel islandzkiego, czyta farerski bez specjalnego przygotowania. I choć wydawałoby się, że w takim razie nie trzeba tłumaczyć islandzkich książek na farerski i odwrotnie, Maciej Brencz uważa, że dla Farerów islandzki po prostu brzmi śmiesznie, dlatego wolą czytać islandzką literaturę w przekładzie. Choć bliskie sobie w piśmie i gramatyce, nie liczcie na to, że znając islandzki dogadacie się z Farerami! Wymowa jest całkowicie odmienna, o czym przekonałam się z próbek w wykonaniu Maćka i Marcina. W farerskim występują dźwięki przypominające polskie “cz” i “sz”, których nie znajdziemy w islandzkim. Islandzki jest też zdaniem Maćka bardziej “twardy”, a ja powiedziałabym, że farerski brzmi po prostu zupełnie nie po skandynawsku…

HISTORIA

Tak jak w przypadku Islandii, Wyspy Owcze zamieszkiwali mnisi irlandzcy, których ostatecznie przegonili wikingowie. O zasiedleniu tak Islandii, jak i Farojów poczytamy w sagach, które skrupulatnie opisują dzieje pierwszych wikingów na obu lądach.  W islandzkiej Landnámabók (Księga Osadnictwa) czytamy, że pierwszym wikingiem, który osiadł na Islandii był Ingólfur Arnarson, natomiast założycielem Wysp Owczych był – według  Færeyinga saga (Sagi Farerczyków) – Grímur Kamban. Wikingowie dotarli na Wyspy Owcze w pierwszej kolejności, bo już w 825 roku, natomiast islandzkie osadnictwo rozpoczyna się dopiero w roku 874. Oba kraje łączy długa przeszłość pod panowaniem norweskim, a potem duńskim. Z tą tylko różnicą, że Islandia usamodzielniła się od Danii w 1918, a potem oficjalnie w 1944 roku uzyskała niepodległość, podczas gdy Wyspy Owcze wciąż należą do Danii (ze statusem terytorium autonomicznego).

SYMBOLE NARODOWE

Ze względu na wspólną skandynawską przeszłość, oba kraje mają na fladze krzyż skandynawski. Wywodzi się on z emblematyki duńskiej, gdyż według legendy biały krzyż na czerwonym tle ukazał się królowi duńskiemu, Waldemarowi II podczas bitwy Lyndanisse jako symbol zwycięstwa chrześcijaństwa. Dzisiaj wszystkie kraje nordyckie (poza Grenlandią) mają krzyż skandynawski na swoich flagach, a barwy islandzkie i farerskie są do siebie bardzo zbliżone. Powszechnie interpretuje się błękit, biel i czerwień na fladze islandzkiej jako kolor nieba (lub oceanu), kolor lodu oraz kolor ognia/lawy. Z kolei w farerskiej symbolice błękit kojarzy się z niebem, biel oznacza pianę morską, a czerwień ma nawiązywać do innych flag skandynawskich. Obie flagi są ważnym symbolem podczas uroczystości państwowych, jak i w życiu codziennym.  Podczas gdy islandzka bandera nie ma swojej nazwy, Farerowie nazywają swoją chorągiew “MERKIД.

Marcin Michalski (Projekt Føroyar) oraz Maciej Brencz (Farerskie kadry) przed spotkaniem. Flaga islandzka na stole, a farerska (w małej skali) – na bluzie Marcina.

POLONIA

Z tematów społecznych najszerzej udało nam się omówić kwestię Polaków na obu wyspach. Podczas gdy na Islandii Polacy stanowią największą mniejszość narodową (i ostatnio liczba ta przekroczyła 20 000 osób!), farerska Polonia to zaledwie 100 osób (przynajmniej według moich danych), co czyni ją dopiero czwartą grupą etniczną. Warto jednak porównać proporcje: Islandczyków jest około 350 000, a Farerów ledwie ponad 50 000.  Liczby nie decydują jednak o stopniu zaangażowania Polonii w obu krajach. W Islandii działa portal polonijny, liczne stowarzyszenia, Polonia widoczna jest również na mediach społecznościowych. Nie inaczej jest z Polakami na Wyspach Owczych, których reprezentuje Sabina Poulsen czy Kinga Eysturland. Dodajmy do równania jeszcze jeden wspólny mianownik: Kubę Witka, który nakręcił dokumenty Isoland i Faroe Way, w których przedstawia Polonię zamieszkującą oba kraje.

Jeśli chodzi o Polaków, który zapisali się wyjątkowo w historii obu krajów, to znalazłoby się przynajmniej kilku. Casus islandzki dotyczy chociażby Bohdana Wodiczki, dyrygenta i muzyka, który zapisał się wyraźnie w historii muzyki islandzkiej, dowodząc przez wiele lat orkiestrą symfoniczną w Reykjaviku. W przypadku Wysp Owczych należy przywołać nazwisko Czesława Słani, który zaprojektował Farerom piękne znaczki pocztowe, w tym słynnego barana.

KUCHNIA

Jeśli myślicie, że Islandczycy zajadają się obrzydliwościami, lepiej zapoznajcie się z upodobaniami kulinarnymi Farerów! Tradycyjne islandzkie dania to zgniły rekin (hákarl), barani łeb czy kiszona płaszczka, ale – choć nie próbowałam większości z nich – nie byłam gotowa na specjały, które zaprezentowali Marcin i Maciej. Na slajdzie ukazało się oczom publiczności coś, co wygląda jak ususzony tasiemiec lub stara pępowina… Nic bardziej mylnego, bo okazało się, że patrzymy na rarytas: sperðil, czyli fermentowaną owczą odbytnicę wypełnioną częściami jelit, mięsem i łojem. Smakołyk może podobno zapachem i smakiem konkurować z najpopularniejszymi delicjami świata. Pocieszające jest to, że na Wyspach Owczych prędzej spotkamy ser owczy, niż sperðil. Tak jak na Islandii chętniej kupimy skýr niż specjały, które Islandczycy jadają w porze zimowej.  Niezależnie jednak od tego, co włożymy do ust, zawsze możemy zapić smak popularnymi w obu krajach trunkami: akvavitem albo lokalnym piwem.

KULTURA

Oba kraje są też muzykalne i uwielbiają pisać poezję oraz czytać książki. Trudno streścić w tak krótkim poście najważniejsze nazwiska, ale każdemu wykształconemu człowiekowi wypadałoby znać Halldóra Laxnessa z Islandii oraz Williama Heinesena z Wysp Owczych. My skupiliśmy się jednak na tym, co – jak się okazało – przyciągnęło zarówno mnie do Islandii, jak Maćka do Wysp Owczych: muzyce. Punktem stycznym może być chociażby Eivør Pálsdóttir, farerska wokalistka i tekściarka, która występuje nie tylko po farersku, ale też po islandzku. Podczas spotkania puściliśmy widowni utwór Dansaðu vindur, islandzki hit bożonarodzeniowy śpiewany przez Farerkę na szwedzką melodię (“Den vilda”, z którym Szwecja wystartowała w Eurowizji w 1996 roku).

Eivør nagrywa po islandzku i występuje na Islandii zapewne z uwagi na bliskość obu krajów i mały rozmiar rodzimego rynku muzycznego. Ale takich przykładów współpracy artystycznej  między Islandczykami a Farerami jest więcej. Marcin Michalski przypomniał nam (również i mnie!), że z projektem Harpy związany był Farer, Osbjørn Jacobsen, należący do kolektywu architektonicznego Henning Larsen Architects z Danii. Na kształt wizytówki miasta miał wpływ również islandzki artysta Ólafur Eliasson.

Podczas spotkania poruszyliśmy też kwestie wiary Islandczyków i Farerów, w tym wiarę w ukrytych ludzi. Nie zabrakło też porównania obu krajów pod kątem turystyki i świadomego podróżowania. Zastanawialiśmy się nad tym, czy Farerowie to faktycznie Islandczycy sprzed lat, którzy chętnie podwiozą autostopowicza, zaproszą na obiad albo nawet na nocleg. Czy już zmęczeni są turystami? A może jeszcze się nimi cieszą? Bo i przecież o Islandczykach trudno powiedzieć, żeby mieli wspólne stanowisko dotyczące turystyki. Piszą się już kolejne przewodniki, a internety zapełniają zdjęciami farerskich must-sees, które doprowadziły do zadeptania Islandii. Czy trzeba się spieszyć, żeby zobaczyć autentyczne Wyspy Owcze? Może skoro wciąż tak bardzo przypominają Islandię, to większa Wyspa ma się jeszcze całkiem dobrze?

Spotkanie islandzko-farerskie Ð,æ, ø, á — Islandia / Wyspy Owcze,  które poprowadziłam wraz z Marcinem Michalskim (Projekt Føroyar) oraz Maciejem Brenczem (Farerskie kadry) przyciągnęło tłumy! Dziękujemy Wam za takie ogromne zainteresowanie, a chłopakom dziękuję za świetną zabawę.

Na Północ!

Ostrzegali mnie, że ten moment nadejdzie.

Że w końcu fascynacja Islandią zaprowadzi mnie na Wyspy Owcze albo Grenlandię. Że jeśli pojadę na Islandię, to wszystko minie i będę szukała nowych podniet. Fascynacja Islandią nie minęła, ale pojawiła się ciekawość. Tyle razy słyszałam już o innych wyspach, że powoli rodzi się we mnie ta potrzeba. Potrzeba udania się na Północ.

Mówią, że Wyspy Owcze to jak Islandia sprzed boomu turystycznego.  Że tam wciąż jeszcze jest niewielu zwiedzających, hostele nieprzeładowane, a lokalni mieszkańcy pozytywnie nastawieni do przybywających. Podobno taka była Islandia jeszcze na początku XXI wieku, a potem Islandczycy się zmęczyli. I islandzka przyroda też się zmęczyła. Turystami. Teraz jest ich za dużo, to i Islandia nie jest już taka sama. Mniej autentyczna i taka jakaś sprzedajna. Niestety zanim dotarłam na swoją Thule, było już za późno. To już nie były egzotyczne rubieże Europy, tylko popularna destynacja turystyczna. Romantyczny element dzikości zadeptany przez miliony butów z firmową metką.

Ale podobno są inne Thule. Bo Ultima Thule może mieć wiele współrzędnych geograficznych. Dla mnie, i dla wielu innych autorów, to właśnie Islandia. Ale dla Agaty Lubowickiej – Grenlandia.  Dla autora książki Atlas wysp odległych – to  wyspa należąca do Wielkiej Brytanii. Natomiast dla autora bloga Ultima Thule każda domniemane destynacje znaleziona w różnych relacjach. Kiedyś przyjdzie czas, że napiszę swój tekst o tożsamości Ultima Thule. Ale na razie umówmy się, że każdy ma swoją Thule. I każdy z nas ma rację.

Z książki “Atlas wysp odległych”, wydawnictwo Dwie Siostry.

Dlatego może wkrótce wyjdę poza wyznaczony samej sobie kanon i zacznę pisać o innych Thule. Trudno się oprzeć, skoro wokół tyle pokus. Czytam właśnie Lud Ilony Wiśniewskiej i czuję to ciepło, które towarzyszyło mi wiele lat temu, kiedy dopiero poznawałam się z Islandią. Czuję ten prąd, który rozbudza ciekawość. Włącza mi się w mózgu taki stworek, który szepcze “Jedź!”. I internety też czytają w moich myślach, bo podsuwają mi chociażby świetny tekst o prawdziwej tożsamości Anaruka. Już zaplanowałam, że po Ludzie idę do miejskiej biblioteki po lekturę szkolną, żeby przeżyć to wszystko na nowo. Ale dlaczego wtedy, kiedy czytało się tę książkę w podstawówce, nie czułam jeszcze tego prądu?

Koleżanka poleciała na Svalbard i zrobiła mi smaka, podobnie jak Borkowska Trippin’, która siedzi na północy Norwegii chyba już drugi rok. Nie pomaga długa lista znajomych na Facebooku, którzy dzielą się zdjęciami z dalekiej Północy. Nie tylko tej tutejszej, europejskiej. Damian z Kierunek Alaska już od dłuższego czasu wwierca się w moją głowę piękną Alaską. A ja, choć zupełnie nie interesuje mnie podróż do Stanów, mam ciągle gdzieś plan awaryjny, że zrobię doktorat w Kanadzie. To chyba jedyne miejsce poza Europą, które wydaje się tak skandynawskie. Mówi o tym choćby sztuka, ale o tym też kiedyś napiszę szerzej.  No i Kanada to chyba największe skupisko Islandczyków poza samą Islandią.

Ach, a Laponia? Pamiętam, że na studiach reagowałam na to hasło z romantycznym rozmarzeniem, dokładnie jak XIX-wieczni artyści. Co z tego, że już byłam, chętnie pojechałabym znowu! Na północ Norwegii, na północ Szwecji, na północ Finlandii! Poznać lepiej kulturę saamską, popatrzeć na te piękne stroje i choć odrobinę zrozumieć szamanów rozmawiających z reniferami. Wsłuchać się w język, posłuchać na żywo joiku, sprawdzić, jak naprawdę wygląda współczesne życie Saamów. Zobaczyć znowu mieniący się tysiącami barw ogon lisa polarnego, bo tym według tamtejszych wierzeń jest zorza polarna.

Bliskie spotkanie z Saamem.

Gdy pierwszy raz leciałam na Islandię, myślałam, że wygrałam los na loterii. Gdy zobaczyłam swoje pierwsze maskonury stwierdziłam, że widziałam już wszystko i mogę umierać. Sami jednak widzicie, ile jest innych kierunków na północ. Choć jesień, słota i chłód, wcale nie marzę o ciepłych krajach. Spieszę się na północ, choć nigdy nie przepadałam aż tak za mrozem. Ale marzę o śniegu, o ciszy, o ciemności, o zorzy, o nowych obrazach i muzeach do odkrywania.

Mam znajomego, który robi habilitację ze sztuki grenlandzkiej i farerskiej. W Polsce nikt nie chce nawet słyszeć o doktoracie ze sztuki islandzkiej, a Bart jest na stypendium w Kopenhadze i jak widać Dania odczuwa potrzebę zaktualizowania własnej historii sztuki i interesuje się swoimi własnymi koloniami (to słowa Barta, bo stosuje właśnie metodologię postkolonializmu i bardzo mu tego całego projektu zazdroszczę). Teraz prowadzę tydzień ze sztuką skandynawską na instagramie Nordic Talking i przygotowując się do niego myślałam sobie, jak odkrywcze będzie zaprezentowanie Skandynawii przez jej sztukę. Jakże banalne i oklepane zdały mi się jednak te wszystkie Larssony, Krøyery i Munche, a nawet Kjarvale, gdy Maciek Brencz z Farerskich Kadrów wprowadził mnie w arkana sztuki farerskiej. To dla mnie zupełna terra incognita. Istna Ultima Thule malarstwa.

Więc budzi się we mnie ciekawość. Tak jak kiedyś marzyłam o badaniu sztuki skandynawskiej i zwiedzaniu skandynawskich muzeów, teraz chcę poznawać sztukę dalekiej Północy. Sztuka farerska tak bliska jest sztuce islandzkiej, a wciąż tak podobna do norweskiej czy duńskiej. A jaka jest sztuka grenlandzka? Saamska? Jak wygląda malarstwo na Alasce? Czy ktoś maluje na Svalbardzie? Sami widzicie, że raz decydując się na tę szaloną podróż ze sztuką, której nikt nie chce i nikt nie rozumie, brnę dalej w swoim uporze, by zajmować się tym, czego nikt nie chce tknąć. Kusi właśnie to, że mało kto jej dotykał, mało kto ją badał i opisał. A to w odkrywaniu podnieca najbardziej. Nietknięte, dziewicze tereny.

I wiecie co? Trochę się o sztuce farerskiej dowiemy z najbliższego spotkania, które organizuję z Maćkiem i Marcinem Michalskim z Wyspy Owcze – Projekt Føroyar. Sama nie mogę się już doczekać! Zapraszamy w sobotę 16 listopada do warszawskiej klubokawiarni KiciaKocia o 18:00!

“Independent scholar”

“To pani bada sztukę skandynawską, tak?”, zapytała pewna profesor po moim czwartkowym wykładzie na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Zabawne, bo z punktu widzenia polskiego systemu szkolnictwa wyższego to ona bada sztukę skandynawską, nie ja. Spotkałyśmy się kilka lat temu na konferencji, gdzie przedstawiała wyniki swojej analizy porównawczej dzieł Weissa i Muncha. Jako specjalistka od sztuki środkowoeuropejskiej, wzięła na warsztat tymczasowo malarstwo Norwega. Ja, raczej na odwrót, interesuję się sztuką skandynawską, ale szukam wspólnych mianowników ze sztuką polską, żeby jakkolwiek swojego kapryśnego czytelnika zainteresować. Ale to właściwie nic nie znaczy, bo ja oficjalnie niczego nie badam. Tak wygląda system: jeśli nie mam afiliacji, w akademickim świecie po prostu nie istnieję.

Na studiach było o tyle łatwo, że przy zgłoszeniu na dowolną konferencję czy do publikacji mogłam podać nazwę jednej z dwóch jednostek i już można było przypiąć mi jakąś łatkę. Ale jeszcze zanim skończyłam licencjat ze skandynawistyki, a miałam już tytuł magistra historii sztuki, zgłosiłam się na międzynarodową konferencję skandynawistyczną nie jako studentka, ale jako historyk sztuki. Trzy razy zwracano się do mnie z pytaniem, jak właściwie mnie “opisać”. Bo jak to tak: występować, a nie reprezentować żadnej jednostki? To pani nie jest zatrudniona w Instytucie Historii Sztuki? Więc wpisali mi w afiliacji “Muzeum Narodowe w Warszawie”, bo pracuję tam jako przewodnik. Ale ma się to nijak do mojej “kariery” naukowej, więc identyfikator raczej zakrywałam, żeby nie wynikły z tego dalsze nieporozumienia.

I jeszcze kwestia publikacji, które wysyłałam do różnych czasopism naukowych jeszcze jako studentka, ale ukażą się po mojej obronie. Co wpisać? Brak afiliacji? Jak to możliwe?! To będzie “pracownik niezależny”. “Independent scholar”, bo po angielsku jeszcze jakoś to brzmi, a co ważniejsze: funkcjonuje. Tutaj? Tutaj oznacza to, czym jest naprawdę: że jesteś totalnym szaleńcem, że zamiast wziąć się za porządną pracę (skoro nie dostałeś się na studia doktorskie), ty wciąż chcesz udzielać się naukowo i publikować. Oznacza, że robisz to całkowicie w ramach czasu wolnego, nikt Ci za to nie płaci, a zupełnie obojętne są Ci punkty i nowe listy czasopism. Kiedyś były ważne, bo zbierałeś materiały do rekrutacji na doktorat, teraz nic nie znaczą. W dużym skrócie: jesteś frajerem, bo traktujesz pracę naukową jako pasję, a nie pracę. Dużo w tym prawdy, smutnej prawdy.

To, że nie dostałam się do szkoły doktorskiej bardzo pokrzyżowało moje plany. Powszechny stereotyp doktoranta zakłada, że jest to smutny humanista pozbawiony perspektyw na pracę w zawodzie, dlatego świadomie przedłuża studia, żeby odroczyć wejście na rynek pracy. A u mnie miało być zupełnie na odwrót: chciałam zamienić “pracę w zawodzie” na pracę stricte naukową, chciałam robić to, co daje mi przyjemność w ramach godzin pracy, a nie po godzinach. Chciałam publikować, wykładać, badać archiwa, jeździć na konferencje, pisać i poznawać innych specjalistów. Komisja nie podzielała jednak mojego entuzjazmu i uznała mój projekt badawczy za niezbyt potrzebny polskiej humanistyce. I tak zaczęła się seria niefortunnych zdarzeń, którą być może kiedyś tu opiszę.

Na konferencji w Poznaniu. Jeszcze jako studentka SWPS, ale wpisana jako pracownik Muzeum Narodowego w Warszawie…

Mimo to nie zamierzam się poddawać. Że nie chcę wyjść z wprawy i wciąż działać aktywnie na polu naukowym, choć nie dają mi szansy. Bo brak afiliacji działa odstraszająco na wszystkich. Ale jak powiedziałam: nie poddaję się, będę wnioskować o stypendium dla osób, które promują kulturę Islandii. I co z tego, że – ZNOWU – nie mieszczę się w żadnej z proponowanych kategorii: “translators, scholars and writers”. Co z tego, że piszę, skoro nie jestem pisarką, bo nie wydałam żadnej książki? Co z tego, że regularnie publikuję merytoryczne teksty, skoro nie są to artykuły wydawane w punktowanych czasopismach naukowych? Co z tego, że uważam się za “badacza”, skoro nie jestem wcale badaczką? Cała nadzieja w Islandczykach, którzy mogą okazać się bardziej otwarci na wymykanie się klasyfikacjom, niż decydujący o obecnym kształcie polskiego szkolnictwa wyższego politycy (tak, bo za jakość polskich uniwersytetów obwiniam “tych z góry”, a nie pracowników muszących tylko wykonywać wymyślane przez nich zadania).

Zawnioskuję więc jako, no właśnie, “independent scholar”. Bo właściwie jestem takim niezależnym pracownikiem. Mój pierwszy zawód to “autor Utulę Thule”, choć nie mam z tego żadnych pieniędzy. Ale dopóki mogę, będę “pracownikiem naukowym” w ramach swojego hobby, choć wierzę, że za rok moja sytuacja (albo miejsce zamieszkania) się zmienią. Ten rok jest może rokiem straconym, ale wygłosiłam niedawno swój pierwszy wykład o sztuce skandynawskiej i przyniosło mi to ogromną przyjemność. Być może wkrótce wygłoszę następne, gościnne wykłady na innych uniwersytetach w Polsce. A na plakacie pod moim nazwiskiem nikogo jakoś nie zraził brak afiliacji. Nikt się o nią nawet nie pytał (no prawie, bo w hotelu oficjalnie reprezentowałam instytucję, z którą od dawna nie mam już nic wspólnego, a która wysłała mi ostatnio list z miłym przypomnieniem, że nie przyjęła mnie na studia doktorskie ;)). Pani profesor nie użyła słowa “doktorat”. Za to wszyscy mnie chwalili, a wykład dał mi takiego kopa pewności siebie i radość z tego, co robię, że aż uwierzyłam, że bez doktoratu świat się nie zawali 😉

Dziękuję Pawłowi Kaźmierczakowi za zaproszenie oraz organizację wykładu!

Jakie książki o Islandii czytać (i gdzie je znaleźć)?

Chcecie poczytać o Islandii, ale nie wiecie jakim pozycjom zaufać? A może nie wystarczają Wam wydawnictwa popularnonaukowe i chcecie sięgnąć po tekst merytoryczny, z długą bibliografią i wiarygodny?

Często pytacie mnie o sprawdzone pozycje o Islandii. Zawsze to pytanie o rekomendację mi schlebia, bo to znaczy, że naprawdę ufacie moim wyborom. Z drugiej strony za każdym razem gdy dostaję taką wiadomość, rzucam wszystko i śpieszę z odpowiedzią, rozpisując się na temat książek, które znam. Zapominając, że mogę przecież polecić recenzje z mojej strony, albo napisać taki oto gotowiec. Dlatego właśnie go piszę.

Nie chwaląc się, mam naprawdę sporą kolekcję literatury islandzkiej i książek o Islandii. Kiedyś kupowałam wszystko, co znajdowałam na polskim rynku, w ciemno płacąc każdą cenę za cokolwiek co miało w nazwie “Islandia”. Literatura piękna, reportaże, książki z podróży, przewodniki, książki naukowe.  Polowałam na starsze pozycje w internecie, a niektóre z nich dostawałam w spadku od dawnych członków Studenckiego Klubu Islandzkiego albo w prezencie od znajomych. Z jednej islandzkiej półki w końcu zrobiły się dwie (i to z rzędami jeden za drugim!), ale wciąż moja kolekcja nie jest kompletna. Niektóre pozycje pożyczyłam znajomym i nigdy ich nie odzyskałam, inne zostały na Islandii i wciąż tam na mnie czekają. Ale pomogę Wam znaleźć te, które moim zdaniem naprawdę warto znać (post o literaturze islandzkiej w polskim tłumaczeniu powstanie przy innej okazji).

Najstarsze publikacje

Pierwszą polskojęzyczną pozycją, w której pojawia się Islandia jest Islandia álbo Krotkie opisanie Wyspy Islandiy Daniela Vettera. Możecie znaleźć go w formie papierowej chociażby w Bibliotece UW, ale wersja elektroniczna została opublikowana na portalu Iceland.pl i jest ogólnodostępna. Jej fragmenty znajdziecie także w książce Piotra Milewskiego, opisującej podróż na Wyspę zainspirowaną najstarszym polskim przewodnikiem po Islandii.

Ze znacznie późniejszych (ale z mojej perspektywy równie starych) wydawnictw najważniejsze to Materiały o Islandii wydawane w latach 70.-90. przez Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Islandzkiej. Ich pełen wykaz znajdziecie tutaj. Możecie znaleźć je w zbiorach Biblioteki Narodowej, ale część z nich również została zdigitalizowana. W swoich prywatnych zbiorach posiadam chociażby tekst Andrzeja Marcina Dąbrowskiego Sztuka Islandii. Jeśli bylibyście zainteresowani, mogę wysłać mailowo! Jeśli z kolei znajdziecie te białe kruki wydane w papierze gdzieś na aukcjach lub w antykwariatach, koniecznie mnie o tym poinformujcie!

Pozycje naukowe

Jeszcze w XX wieku Materiały… Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Islandzkiej stanowiły niemal jedyne merytoryczne i wiarygodne źródło wiedzy o Islandii. Nie można jednak pominąć tutaj bogatego dorobku języko- i literaturoznawców, w tym przede wszystkim pani Margaret Schlauch, której pozycję Stare sagi islandzkie Wiedza Powszechna, Warszawa 1976) mam w swojej biblioteczce. Znalazłam ją na Allegro w fazie pierwszej fascynacji sagami islandzkimi, a była to na ten moment jedyna pozycja, która proponowała szerokie omówienie sag. Znajdziecie tu informacje o genezie sag, analizę najpopularniejszych gatunków oraz ich wpływ na późniejszą twórczość literacką. To prawdziwa perełka!

W nowym stuleciu, wraz ze wzrostem zainteresowania literaturą staroislandzką i Wikingami, wznowiono wiele sag i wydano je z obszernymi komentarzami specjalistów. Na mojej półce znajdują się pozycje z Księgarni Armoryka, która proponuje bogaty wybór sag oraz dawnych tekstów islandzkich z komentarzem. Dawne sagi ze wstępem wydaje również Wydawnictwo Chronicon związane z Uniwersytetem Śląskim w Katowicach, dlatego autorami komentarzy i analiz są znani w środowisku skandynawistycznym doktor Jakub Morawiec oraz doktor Katarzyna Anna Kapitan. Godną polecenia publikacją o sagach jest również praca zbiorowa specjalistów z całego kraju – recenzowana już przeze mnie tutaj książka Sagi islandzkie. Zarys dziejów literatury staronordyckiej pod redakcją Jakuba Morawca i Łukasza Neubauera (Wydawnictwo naukowe PWN, 2015).

Jeśli natomiast szukacie pozycji poświęconych Islandii dzisiejszej, polecam Wam trzy publikacje Uniwersytetu Warszawskiego. Pierwsza z nich – i też pierwsze takie kompendium wiedzy o Islandii wydane w Polsce – to Islandia: Wprowadzenie do wiedzy o społeczeństwie i kulturze pod redakcją doktorów Włodzimierza Pessela i Romana Chymkowskiego (Wydawnictwo Trio Collegium Civitas, Warszawa 2009). Znajdziecie w niej teksty naukowe z różnych dyscyplin i pisane przez autorów z różnych ośrodków. Drugą publikacją jest Islandia. Etos amatora wydany przez Studencki Klub Islandzki pod redakcją Łukasza Bukowieckiego, Marty Czemarmazowicz i Włodzimierza Karola Pessela (Warszawa 2011). Natomiast najnowsza pozycja to Antologia naukowa. Islandia: Język. Naród. Natura (Warszawa 2018), który gromadzi teksty studentów i doktorantów badających Islandię. Wszystkie trzy pozycje możecie pobrać ze strony SKI w wersji PDF.

Dotąd wydano naprawdę dużo artykułów naukowych o Islandii, niektóre można znajdować na platformach takich jak Academia.edu czy Research Gate. Rozprawy doktorskie w wydaniach książkowych znajdziecie również na półkach księgarni specjalistycznych, a dwie z nich – Kino Islandii Sebastiana Jakuba Konefała oraz Polacy na Islandii Magdaleny Budyty-Budzyńskiej – zrecenzowałam na swojej stronie.

Czasopisma oraz wydawnictwa publicystyczne

Jeśli szukacie periodyków wydawanych na papierze, to istnieje tylko jedno znane mi polskojęzyczne czasopismo o Islandii, czyli ROK. Choć wydawany jest rzadko i dość trudny do kupienia poza Islandią, należy śledzić media społecznościowe redakcji, żeby upolować najnowsze numery. Z polskich czasopism wydawanych na Islandii wychodziła kiedyś Wyspa, a dla zainteresowanych islandzką sceną muzyczną polecam wydawany przez Polkę – ale po angielsku – Reykjavik on stage.

O Islandii można było także poczytać w specjalnym numerze czasopisma Zupełnie Inny Świat. Bardzo dużo tekstów o różnej tematyce znajdziecie też w Zewie Północy, który (podobnie jak ZIŚ) można znaleźć w Empikach albo zamawiać z wysyłką do domu.

W tej sekcji pragnę wspomnieć także wydawnictwo Krytyki Politycznej Islandia. Przewodnik nieturystyczny (Warszawa 2010). Jest to kompendium wiedzy na temat kultury, polityki i społeczeństwa islandzkiego, w postaci artykułów autorstwa tak Polaków, jak Islandczyków. Znajdziecie tu teksty naukowe, ale również wywiady, dlatego nie zaliczyłabym tej pozycji do stricte naukowej, a raczej – jak sam tytuł wskazuje – przewodnika dla czytelnika zainteresowanego Islandią nie tylko jako destynacją turystyczną.

Pozycje popularnonaukowe oraz beletrystyka

Jeśli jednak wolicie lektury prostsze i przyjemniejsze, na pewno przyda Wam się przewodnik po tym co czytać, a czego lepiej nawet nie kupować. W wysypie wydawnictw poświęconych Islandii łatwo można natknąć się na świetnie wypromowany i ładnie wydany tekst, ale wątpliwej jakości. Są też książki po prostu nudne, bo powielające znane już fakty, książki drogi bardzo osobiste (a więc sugestywne), oraz świetnie pisane reportaże, w tym najnowsza pozycja Bereniki Lenard i Piotra Mikołajczaka: Zostanie tylko wiatr. Fiordy Zachodniej Islandii.

Jeśli dopiero chcecie poznać Islandię i szukacie pozycji, która w lekki sposób wprowadzi Was w ten kraj, muszę przyznać, że trudno będzie o książkę obiektywną. Na rynku znaleźć można głównie opisy podróży, które – choć okraszone dużą ilością ważnych informacji – czytelnikowi mogą wydawać się nudne, a nawet: przesadzone. Kogoś, kto zna Islandię bardzo dobrze mogą denerwować zachwyty autorów, ale jak na miłą lekturę, która pozwoli na podróż z perspektywy fotela, polecam Agnieszki Rezler Lawa, owce i lodowce. Zadziwiająca Islandia (Wydawnictwo Dolnośląskie, 2017) oraz Islandia. Czasem zielona Wyspa Wojtka Ziemnickiego (2014). Pierwsza z książek to opis podróży z rodziną, ale też pisana przyjemnie opowieść o Islandii z perspektywy turystki i miłośniczki Wyspy w jednym. Druga to zapis samotnej wyprawy rowerowej osoby zmagającej się ze stwardnieniem rozsianym. Znajdziemy tu wiele rozmyślań autora, ale też ciekawostek dotyczących Islandii.

Natomiast wśród subiektywnych opowieści o Islandii, których nigdy nie udało mi się zdobyć i przeczytać, należą:
Moja Islandia Magdaleny Anny Węcławiak (Novae Res, 2013) – dostępna podobno w polskich sklepach na Islandii oraz w księgarniach internetowych.
Islandia jak z bajki Janiny Ryszardy Szymkiewicz
(2012) – wydana na Islandii, trudno dostępna w Polsce.
Ultima Thule – głosy Islandii Krystyny Koneckiej
(Białystok 2018) – zbiór sonetów wydany po podróży autorki na Wyspę, nie znalazłam możliwości zakupu.

Edit: Prezenty urodzinowe, wśród nich kilka nowych pozycji islandzkich!

A jeśli interesuje Was opowieść z perspektywy emigranta, taką jest choćby książka Mirosława Gabrysia Islandzkie zabawki. Zapiski z Wyspy wulkanów (Pascal 2010), którą wciąż jeszcze możecie znaleźć w księgarniach. Czytałam tę książkę na początku mojej fascynacji Islandią, ale muszę przyznać, że już wtedy wydawała mi się zbyt subiektywna. Autor posługuje się specyficznym poczuciem humoru, który nie każdemu może przypaść do gustu. Jest to jednak gratka dla czytelnika ciekawego realiów pierwszej fazy polskiej emigracji na Wyspę w XXI wieku.

Z perspektywy literackiej o wiele milej czyta się natomiast książki Huberta Klimko-Dobrzanieckiego. Oparte na biografii autora, są jednak ciekawie konstruowaną fikcją literacką bazującą na geografii i i historii Islandii. Zaczytywałam się w Dom Róży. Krýsuvík (2006), który składa się na dwa dłuższe opowiadania, oraz w Zostawić Islandię (2016), uważane za symboliczne pożegnanie pisarza z Wyspą. 

Przewodniki

A jeśli od fantazji i lania wody wolicie suche fakty, na pewno dobrym źródłem wiedzy będą przewodniki. Ja przez lata opierałam się na jedynym dostępnym wówczas przewodniku po polsku, mianowicie wydawnictwie Pascala (Bielsko-Biała 2008). Przewodnik ten posiada bardzo solidnie opracowany wstęp, choć jest to już niestety w wielu miejscach pozycja zdezaktualizowana (na mapie Reykjaviku nie ma chociażby charakterystycznej Harpy). Obecnie na rynku znaleźć można wiele nowych wydawnictw, najnowsze to przewodnik wydany przez Bezdroża (2019).

Jeśli znacie jakieś książki, których tutaj nie wspomniałam, liczę na Wasze rekomendacje! A jeśli wiecie, gdzie znaleźć te, których szukam, również czekam na Wasze wiadomości! Miłej lektury w jesienne wieczory.

Rekin i baran, czyli autorzy oskarżeni o plagiat

Droga Marto Biernat,

pewnie kojarzysz list Émila Zoli J’accuse, w końcu tak jak ja skończyłaś historię sztuki. Jesteś osobą z wyższym wykształceniem, zakładam, że napisałaś też co najmniej jedną pracę dyplomową, jesteś więc zapoznana z systemem tworzenia przypisów, cytowania cudzych myśli, a także z pojęciem plagiatu. Napisałaś już dwie książki, podobno trzecia w drodze. A pierwsza z nich, Rekin i baran. Życie w cieniu islandzkich wulkanów, właśnie została oskarżona o plagiat. Alda Sigmundsdóttir, autorka książki The little book of the Icelanders in the old days twierdzi, że sporo sobie pożyczyłaś z jej dzieła, ale bez respektowania podstawowych praw panujących w świecie pisania i publikowania tekstów – praw autorskich.

Nie ma twardych dowodów, sprawa jest teraz w toku i czekamy na wyrok sądu. Ale w internecie od dawna krąży plik z zestawieniem fragmentów Twojej książki z ich oryginalnymi źródłami (kliknij w obrazek, a pobierze się cała tabela).

Chcę podkreślić, że nie ja jestem autorką tych tabel. Ale nawet bez zapoznania się z nimi lektura Twojej pierwszej książki była dla mnie podejrzana, o czym pisałam w recenzji. Styl tego tekstu jest bardzo niejednorodny – jak można w jednym akapicie użyć tylu gawędziarskich “ukraszeń”, popularnonaukowych uproszczeń i specjalistycznej terminologii? Byłoby to realne gdybyś przeprowadziła kilkuletnią kwerendę w archiwach islandzkich bibliotek, zadała sobie trud przejechania Wyspy i przeprowadzenia wywiadów z jej mieszkańcami. Ale czy zrobiłaś to? Piszesz, że rozmawiałaś z Islandczykami. Ilu ich było?

Wiesz, mi też zdarzyło się napisać cykl tekstów o miejscach, w których nigdy nie byłam. Kiedy publikowałam je w sieci, zaznaczyłam wyraźnie, że są one pisane z wyobraźni i że posiłkowałam się znanymi mi materiałami, żeby je napisać. Nie miałam zamiaru nikogo oszukiwać. Biorąc pod uwagę, że pisałam to kiedy miałam lat kilkanaście, mogło mi się zdarzyć, że użyłam czyjejś myśli i nie zaznaczyłam tego w tekście, ale nie chciałam nikogo przekonać, że jestem specjalistką od Islandii i cały materiał zebrałam sama. A przede wszystkim: nie brałam za to od nikogo pieniędzy, nie wydałam książki, która stała się bestsellerem. Tymczasem ludzie z ogromną wiedzą, o wiele większą od Twojej i mojej, mieszkający na Islandii od kilkudziesięciu lat, nie porywają się na pisanie książek, nawet popularnonaukowych. Inni z kolei poświęcają lata swojego życia oraz prywatne pieniądze na zbieranie materiałów do swoich reportaży, a każde zdanie piszą z wielką uwagą, sprawdzając przedstawiane w nim informacje w różnych źródłach.

Nie piszę jednak po to, żeby powiedzieć, że jestem lepszą autorką od Ciebie. Piszę to właśnie dlatego, że nie jestem żadną autorką, a ten tekst nie przysłuży się w żaden sposób do związanych z moim nazwiskiem wydawnictw. Nawet jeśli kiedykolwiek miałam wielkie marzenie napisania książki o Islandii, zapoznanie się z Twoją publikacją było dla mnie jak kubeł zimnej wody. Jasne, można napisać książkę po spędzeniu wakacji na Islandii, po objechaniu jej rowerem, bo przepracowaniu sezonu w przetwórni rybnej. Można tam pewnie nawet pomieszkiwać przez daną część roku, ale napisać książkę, która jest autorskim, własnym dziełem. Nie zbiorem cytatów, w żaden sposób niezaznaczonych w przypisach.

Pamiętam, jak w początkach Internetu robiło się prezentacje w podstawówce. Ludzie nie mieli wtedy pojęcia o prawach autorskich, wklejali więc na oślep treści z Wikipedii do Power Pointa. Ci o estetycznym zmyśle zadawali sobie trud usunięcia hiperłączy lub przynajmniej ujednolicania tekstu, żeby poszczególne słowa nie podkreślały się na niebiesko. To było minimum, ale też nikt nie brał tych jednorazowych wystąpień przez kolegami z klasy na poważnie, oceniali je średnio rozgarnięci w przestrzeni internetowej nauczyciele, a po dzwonku wszyscy już o tym zapominali. Być może Twoi czytelnicy – wśród nich ja – byli takimi niedoinformowanymi nauczycielami; niektórzy chwalili Cię w recenzjach za kawał dobrej roboty i świetnie napisany materiał, bo poradziłaś z nim sobie jak zdolny uczeń z talentem do lania wody, który w interesujący sposób potrafi zapełnić otrzymany na lekcji czas. Znam takich, co na prezentacje maturalne przychodzili z gotowcami i oczarowywali komisje swoją paplaniną. Potem dostawali piątki. Ale ci wszyscy, którzy sumiennie przygotowali się do egzaminu i poświęcali swój czas na autorski materiał nie przepadali za takimi ananasami. Jeśli wyczuwasz moją metaforę, sama jesteś bowiem mistrzynią długich porównań, to zrozumiesz, że nikt nie lubi pisarzy, którzy kradną cudzą wartość intelektualną.

Mogę się mylić, może to wszystko, co można znaleźć w obu Twoich książkach to tylko casus z napisów końcowych serialu telewizyjnego, coś w stylu “Zbieżność imion i nazwisk jest przypadkowa”??? Czy jednak jesteś takim geniuszem, że myślisz tak jak dziennikarze Gazety Wyborczej i autor przewodnika National Geographic jednocześnie? Porównałam informacje z tabelki, zajrzałam do Twojej książki i do źródeł. Tutaj możesz sobie porównać proporcje pożyczonych przez Ciebie zdań z przewodnika autorstwa Andrew Evansa. Zaznaczę tylko, że kolorowe karteczki wskazują tylko strony. A na nich takich przekopiowanych, sparafrazowanych zdań znajduje się od kilku po kilkanaście.

Nie piszę tego dla niczyjego poklasku. Ale odkąd zwróciłam Wam uwagę na błąd, mój komentarz został usunięty z Waszej strony na Facebooku, a Twój mąż Adam wytoczył przeciw mnie wojnę na zamkniętej grupie miłośników Północy, wciągając w to innych ludzi. Teraz też pisze o “małym człowieczku”, być może ma mnie na myśli. Ale gdzie jesteś Ty? Dlaczego zniknęłaś ze strony, bloga, a Adam przejął wszystkie media społecznościowe? Dlaczego nie możesz samodzielnie odnieść się do sprawy, w końcu – jak podkreśla Adam – treść była Twoim dziełem, on tylko zrobił zdjęcia. Czy tak jak Twój mąż będziesz zasłaniać się tym, że wszystko to tylko pomówienia? Odnieś się do sprawy, jeśli jakkolwiek chcesz jeszcze w środowiskach islandzkich zachować twarz.

Jedyne (jak dotąd) odniesienie się autorów Bite of Iceland, źródło: https://www.facebook.com/biteoficeland/

Jeśli jesteś ofiarą wydawnictwa żerującego na nośnych tematach, współczuję. Ale podobno Wydawnictwo Poznańskie miało wiedzieć o podejrzeniach o plagiat i pójść z Tobą na ugodę. Musiałaś wiedzieć, co się święci zanim wydałaś u nich drugą książkę. Już wtedy na Lubimyczytać.pl roiło się od negatywnych komentarzy, być może widziałaś tabelkę. A mimo to napisałaś drugą książkę, i tym razem dodałaś kilka przypisów ze źródłami. Ale wciąż zamiast solidnej “Bibliografii” książkę Laponia. Wszystkie imiona śniegu zamykała śmieszna sekcja “Dla zainteresowanych” na końcu książki.

Ale jeśli naprawdę dałaś sobie wmówić, że jako autorka poczytnych postów na blogu (choć może i te były przepisywane???) możesz zostać pisarką, nie daruję. A przede wszystkim nie dowierzam, że popełniłaś kolejny “produkt książkopodobny”. I że możesz jeszcze popełnić następne.

Chcę promować Islandię i wiedzę o niej. Dlatego Twoja książka bardzo mnie zdenerwowała. Nie tyle dlatego, że jako czytelnik mający na koncie ciut więcej niż średnia krajowa nie byłam w stanie przebrnąć przez ten bełkot i chciałam poddać się już po kilku stronach. Jako miłośniczka Islandii zmusiłam się, by dobrnąć do końca, bo nie dowierzałam, że taka pozycja została wydana przez poważną firmę.

Nie ma “jednego człowieczka”. Jest cała masa oszukanych czytelników, prawdziwych pisarzy, a przede wszystkim autorzy książek, z których korzystałaś. Mam nadzieję, że Cię tym zatrzymamy.  Ale domagamy się konsekwencji. Domagamy się, żebyś zabrała publicznie głos w tej sprawie. Żeby do sprawy odniosło się Wydawnictwo Poznańskie. Żeby Twój mąż przestał odgrywać szopki na mediach społecznościowych i zaczął mówić prawdę. Adam zasłania się, że tylko robił zdjęcia, ale czy nie wiedział o Twoim sposobie pracy?  Jeśli tak, dlaczego negował wszelkie podejrzenia??? Rekin i baran powinien zostać wycofany ze sprzedaży. A Wy powinniście oddać autorom przepisanych książek, co im się należy. Laponia powinna natomiast zostać poważnie prześwietlona, na wypadek, gdyby pojawiło się tam o wiele więcej odniesień niż te, które wskazałaś w przypisach.

Tak na koniec życzę Ci dużo odwagi  i siły.
To będzie trudny czas.

Jak podróżować (z głową)

Mój baskijski wpis wywołał komentarze w związku z podróżowaniem w ogóle. Na moim plecaku zbieram flagi wszystkich skandynawskich miejsc, które odwiedziłam, a podróżować lubię często i dużo.

Chęć do zwiedzania innych krajów obudzili we mnie rodzice. Dużo jeździliśmy po Europie, głównie samochodem. Kiedy miałam jakieś pięć, sześć lat, wybraliśmy się na objazdówkę po Skandynawii, to był mój pierwszy raz na Północy. Już wtedy podobno byłam bardzo wygadana i złośliwa, a moja mama często wspomina tekst, który wypowiedziałam przy przekraczaniu granicy szwedzko-norweskiej: Jak to? Kolejny kraj??? To ile ja mam się języków nauczyć?!

Wyjazd w te strony zawdzięczaliśmy bratu mojej babci, który wyprowadził się do Szwecji jeszcze w latach 80. i dlatego zawsze mówiliśmy na niego “wujek Szwed”. Pamiętam kiedy wujek przywoził nam na święta prezenty, istne skarby jak na tamte czasy. Mój pierwszy gadżet z Nici traktowałam jak najwspanialsze trofeum w dziecięcej kolekcji. Ostatni raz odwiedziłam wujka w jego domku letnim pod Eskilstuną latem 2010 roku. Zabrał mnie i moją kuzynkę na wycieczkę do Sztokholmu, wówczas po raz pierwszy weszłam do tamtejszego Nationalmuseum. Zachwyciłam się wiszącą na klatce schodowej kompozycją Midvinterblot, miałam też duże szczęście, że wystawa czasowa dotyczyła akurat akwareli Carla Larssona. Tak narodziła się w głowie małego historyka sztuki pasja do sztuki skandynawskiej, którą zaczęłam realizować dopiero kilka lat później.

Jedna z sal sztokholmskiego Nationalmuseum jeszcze przed remontem. Na pierwszym planie jedno z moim ówczesnych odkryć: Johan Tobias Sergel i rzeźba “Amor och Psyke”.

Zbulwersowana koniecznością nauki języków kilkuletnia Emilka wiele lat później nauczyła się szwedzkiego, poznała też duński i norweski, a nawet podstawy islandzkiego. To właśnie dzięki wujkowi zaczęłam uczyć się szwedzkiego, a nie bardziej zbliżonego do wymarzonego islandzkiego (którego nie było w ofercie studiów) – norweskiego. Ta wizyta w sztokholmskich muzeach była początkiem skandynawistycznej przygody, ale tułanie się samochodem po promach i autostradach z rodziną obudziło miłość do fiordów i jezior jeszcze wcześniej. Niestety nic nie pamiętałam z tych podróży, a zdjęcia z rodzinnego albumu tylko podsycały zazdrość do samej siebie, że po latach nie pamiętam już tego wyjazdu. Dlatego postanowiłam, że muszę odświeżyć wspomnienia i wrócić na Północ.

“Jak to ludzie robią? Tak po prostu wsiadają na prom lub samolot i jadą?”, spytała jedna z obserwujących Utulę Thule na Facebooku. Nie jestem podróżniczką, a przynajmniej nie zasłużyłam sobie na miano podróżnika. Ci fascynują przecież tłumy odwagą i otwartością na obce kultury, spędzaniem większości życia w drodze, odhaczając kolejne miejsca na swojej mapie świata. Ja nigdy nie wyjechałam poza Europę, a jednak potrzeba zwiedzania (głównie muzeów) co roku zmuszała mnie do pojechania w nowe miejsce. Odkąd moje konto w banku nauczyło się definiować moje wydatki, opcja “podróże” zawsze figuruje w rankingu i czasem prowokuje do podjęcia prób ograniczenia tego szaleństwa. Ale mój portfel i tak pozwala tylko na skromne podróżowanie, więc jestem stałą klientką tanich linii lotniczych oraz aktywną użytkowniczką portali Airbnb i Couchsurfing.

Tak, ludzie po prostu wsiadają w samolot lub prom, bo obecnie coraz więcej z nas na to stać. Loty do Skandynawii kosztują po kilkadziesiąt złotych, chociaż dopiero na miejscu zderzamy się z rzeczywistością, że transfer z lotniska potrafi wynieść nas trzy razy tyle, a jedzenie i nocleg to już naprawdę wysokie kwoty. Ale nie będę dawać tutaj rad na tanie podróżowanie, bo wcale nie jestem zwolenniczką takiego zwiedzania świata. Przestałam chodzić na slajdowiska i klubokawiarniane spotkania o Islandii głównie dlatego, że opowiadacze skupiali się na tym, jak “oszukali system”, rozbijając namiot za darmo, jeżdżąc stopem i żywiąc się makaronem z pesto. Januszowanie to doprawdy cecha godna pochwały w kraju nad Wisłą, bo każdy chce pojechać na Islandię, do Norwegii czy Szwecji, ale zrobić to najmniejszym kosztem. Ale turystyka, nawet w tak bogatych krajach jak skandynawskie, to również istotny sektor przemysłu, który choćby Islandii pozwolił wydźwignąć się z kryzysu. Powiecie mi: to niech bogaci turyści zostawiają w hotelach i restauracjach swoje fortuny, ja wybieram plecak i konserwy. Jasne, ja też podróżuję z plecakiem i staram się wydawać jak najmniej. Ale apeluję, żeby podróżować z głową. Czyli tak:

Otwórz się na nowe możliwości

Przewodniki są fajne, ale kurczowe trzymanie się wyznaczonych przez obcą ci osobę tras jest jak zwiedzanie muzeum z audioguidem. Niby sięgasz po zestaw niezbędnych informacji do zrozumienia wiszącego przed ciebie dzieła sztuki, ale często okazuje się, że to tylko opis tego, co widać na obrazie. I tak jak nie ma jednego klucza interpretacyjnego do zrozumienia sztuki, tak zaliczanie najważniejszych atrakcji turystycznych nie zapewni wam pełnego doświadczenia zwiedzanego kraju. I nie, nie masz być hipsterem, który wydeptuje nowe ścieżki w mchu i wyjeżdża poza drogę, żeby wpakować się w dół albo spaść z klifu. Ale dlaczego nie objechać Islandii w kierunku przeciwnym do tego, które proponują przewodniki? Dlaczego nie poszukać kawiarni poza główną ulicą dużego miasta? Dlaczego nie zjeść w knajpie, której nie polecają żadne Trip Advisory? Posiłkujemy się opiniami innych, bo chcemy zaoszczędzić czas i pieniądze. Ale czasem warto odmówić sobie wizyty w przereklamowanym muzeum i w zamian za to przespacerować się po mieście (to nic nie kosztuje!). Zgubić się, żeby odkryć magiczną dzielnicę Helsinek albo pole łubinów gdzieś na północy Islandii.

(Nie) ograniczaj się!

Istnieje teraz takie przekonanie, że podróż musi być wielką przygodą. Że musimy udowodnić coś sobie albo innym. W najgorszych przypadkach chodzi o to, żeby zaimponować swoim znajomym na mediach społecznościowych. Jedni próbują osiągnąć swój cel januszowaniem (“nie wydałem na nocleg ani korony! Tak ich wyrolowałem!”), a inni postanawiają objechać Islandię na wrotkach, bo nikt tego wcześniej nie zrobił. Wiecie, z dużym szacunkiem i zazdrością słucham o podróżowaniu po Skandynawii rowerem, bo wiem, że sama bym nie dała rady. Ale trochę nie rozumiem ludzi, którzy stawiają sobie ogromne cele, czasem niemal ryzykując swoim życiem.  Robią głupoty, ale mają dużo szczęścia, więc wychodzą z tego cało. Wchodzą na lodowce w trampkach i przeżywają katharsis, kiedy prawie zamarzają na śmierć, albo lądują w namiocie z nieznajomym, żeby zaoszczędzić na noclegu i cudem unikają gwałtu. Kiedy jeździłam stopem po Fiordach Zachodnich Islandii, myślałam, że jestem królową życia. Spałam w dziwnych miejscach, wsiadałam do samochodów przypadkowych ludzi. Nosiłam w sobie przekonanie, że Islandia to najbezpieczniejszy kraj dla samotnych podróżników. Głupi ma zawsze szczęście, więc nic mi się wtedy nie stało. Ale mogło stać. Dlatego trzeba mieć zawsze z tyłu głowy, że każda przygoda może skończyć się zarówno na cudownych, jak i przykrych wspomnieniach. Tym razem się udało, ale nigdy nic nie wiadomo. Dlatego unikam opisania tu szczegółów mojego lata na Islandii, bo nie chciałabym, żeby ktokolwiek przyjął za standard moje różne wybryki. Nie wierzcie w to, co czytacie. Albo przynajmniej nie próbujcie tego na własnej skórze.

Podróżowanie autostopem w Fiordach Zachodnich to wielka przygoda, ale też nauka pokory. Tutaj: kolejna godzina czekania na okazję w miejscu, które potocznie można nazwać zadupiem.

Szanuj siebie i innych

Osobiście bardzo lubię Couchsurfing, a na Islandii często korzystałam z gościnności Polaków, którzy pozwalali mi u siebie spać. Sama często przyjmowałam turystów i podróżników w swoim mieszkaniu, ale godzenie się na obecność nieznajomego pod własnym dachem wymaga sporo zaufania i głupoty (patrz punkt wyżej). Zawsze jednak zakładam, że ludzie są z natury dobrzy i oczekuję od nich tylko pozytywnej odpowiedzi na moje zaufanie (bo jeszcze nic złego mi się nie przytrafiło, ale patrz punkt wyżej). Ale tak jak nie lubię kiedy ktoś wykorzystuje moją gościnność, tak staram się nie robić tego u innych. Gościnność ludzka jest nie(d)oceniona, ale musi mieć swoje granice. Gdy po raz pierwszy przeglądałam oferty couchsurfingowe w Reykjaviku, uderzyła mnie przedsiębiorczość lokalnych gospodarzy. W długich opisach często mieli pochowane jakieś kody, a niewpisanie ich w wiadomość oznaczało automatyczne odrzucenie zapytania. Nie tak działa ten portal, nota bene założony właśnie dzięki podróży na Islandię. I choć może w końcu lat 90. Islandczycy chętnie przyjęli w swoich domach założyciela Couchsurfingu, bo znani są przecież w średniowiecznych manuskryptach ze swojej gościnności, obecnie udostępnianie swojej kanapy to na Wyspie wielki biznes. Nie dziwi mnie to. Człowiek może być gościnny, ale jednocześnie chciwy.

Na szczęście portal ten działa świetnie w reszcie Skandynawii. To naprawdę świetna okazja do podszkolenia języka i poznania lokalnych zwyczajów albo poznania miasta z własnym przewodnikiem. Dzięki Couchsurfingowi dyskutowałam o polityce po szwedzku i zostałam zaprowadzona do pięknego punktu widokowego w Jönköping. Poznałam też warunki zakwaterowania studenckiego w Helsinkach i niezwykle pomysłowe zagospodarowanie łazienki o powierzchni 1 metra kwadratowego na toaletę i prysznic. Albo gotowałam bezglutenowe spaghetti w Oslo. Młodzi Skandynawowie są bardzo otwarci na turystów z innych krajów, chętnie podzielą się rekomendacjami, ale czasem nie potrzebujemy proponowanego przez nich harmonogramu wycieczki, bo mamy własne plany. Trzeba się jednak wzajemnie szanować, bo Couchsurfing to więcej nic darmowy hotel.

Nie wstydź się być turystą

Takie proste, a jednak wielu z nas chciałoby zrobić wszystko, żeby wtopić się w tłum i za nic w świecie nie być przez lokalnych uznanymi za turystów. Sama tak mam, że w Skandynawii mówię do wszystkich po szwedzku i obrażam się, jak Szwedzi odpowiadają po angielsku (albo panikuję, kiedy Duńczycy odpowiadają po duńsku i nic nie rozumiem). Podczas pierwszego wyjazdu na Islandię tak bardzo pilnowałam, żeby nikt nie pomylił mnie z typową turystką, żestarałam się na każdym kroku udowodnić swoją wiedzę na temat Wyspy i podkreślać, że nie przyjechałam tu po to, żeby trzeba mnie było wyjmować z rowu helikopterem. Czasem kierowcy autostopowi byli pod wrażeniem, mówili, że wiem o Islandii o wiele więcej niż oni. Gdy pan z telewizji amerykańskiej wziął mnie za Islandkę, bo paradowałam po Laugavegur w islandzkim swetrze, bardzo mnie to podbudowało, ale też zaskoczyło. Przecież Islandczyka i tak nie oszukam. Przecież i tak nie jestem stąd.

A mimo to długo nie chciałam nazywać się turystką, bo turystyka kojarzyła mi się z obciachowymi pamiątkami, naiwnością, brakiem podstawowej wiedzy o odwiedzanych miejscach i ignorancją. Ale podróżnikiem też nie jestem. Ani lokalsem. Więc kim? A co gdyby zgodzić się na rolę turysty, ale świecić przykładem? Szanować lokalne zwyczaje, uiścić potulnie opłatę klimatyczną, wynająć raz samochód zamiast tułać się przy drodze w oczekiwaniu na okazję? Zjeść porządny obiad w restauracji zamiast zapychać się chlebem posmarowanym brązowym serem? Zapłacić za łóżko w wieloosobowym pokoju hostelowym zamiast koczować na stacji benzynowej? Z perspektywy czasu wstyd mi za januszowe podróżowanie, bo bycie dumnym turystą to też wspieranie infrastruktury dla turystów przeznaczonej. A jestem już za stara na spanie w toalecie dla niepełnosprawnych na lotnisku w Luksemburgu albo na plaży w Rawennie. Ale kurcze, to są wspomnienia!

Podróżować każdy może. Ty też możesz. Przez 10 lat wmawiałam sobie, że podróż na Islandię graniczy z cudem, szukałam wymówek. Bo jestem za młoda, bo nie mam pieniędzy, bo nie mam z kim pojechać, bo nie mam czasu, bo za daleko, bo za drogo. Aż w końcu tak po prostu kupiłam bilet i poleciałam. I nagle znalazły się i pieniądze, i noclegi, i towarzystwo. Miałam szczęście? Tak. Dzięki niemu wróciłam na Wyspę wielokrotnie. Ale może Islandia przyjmowała mnie tak chętnie również dlatego, że stosowałam się do powyższych zasad? Z plecakiem można pojechać naprawdę wszędzie. I nie wrócić z długami, ale pięknymi wspomnieniami. Nowymi znajomościami. Doświadczeniami. Obtarciami na nogach, może zagubionymi skarpetkami albo ręcznikiem. Byleby nie stracić głowy!

“Pomnik nieznanego biurokraty”, Magnús Tómasson, 1993 pod Ratuszem w Reykjaviku

Kilka mniej znanych blogów o Islandii

Kto interesuje się Islandią od lat, pewnie swoją wiedzę opiera na treściach znalezionych w Internecie. Już od dawna można w sieci znaleźć także blogi i strony w języku polskim. Niektóre znamy bardzo dobrze, inne zniknęły w odmętach internetu i gąszczu lajków.

Dlatego postanowiłam przypomnieć kilka stron, do których być może nie mieliście okazji jeszcze dotrzeć. W czasach doskonałego pozycjonowania treści w przeglądarkach kończymy zawsze na tych samych stronach, tymczasem jest jeszcze w sieci kilka perełek, których autorzy nie wzięli sobie promocji własnych treści aż tak na poważnie 😉
 

Polka na Islandii

 
Największym zainteresowaniem wśród polskich czytelników cieszą się strony prowadzone przez Polaków mieszkających na Islandii. Z oczywistych względów od nich możemy dowiedzieć się najwięcej o życiu na Wyspie, jak chociażby z Icestory, którego pewnie nikomu nie trzeba przedstawiać. Często blogi polonijne przyjmują jednak charakter bardzo subiektywnych relacji z prywatnych perypetii piszących., jak w przypadku Pani Dorci. Szczególną kategorię stanowią tu blogi parentingowe, jak np. Nasz Mały Świat, na których znajdziecie sporo informacji dotyczących podróżowania z dziećmi czy wychowywania milusińskich na emigracji.
 
Moim ulubionym blogiem islandzkim z tej puli jest bez wątpienia Polka na Islandii, blog prowadzony przez Olgę Knasiak. Olga rozpoczęła prowadzenie bloga w 2014 roku, ale na Islandii pojawiła się o wiele wcześniej. Jak pisze w jednym z pierwszych postów, prawdziwa islandzka przygoda rozpoczęła się wraz z przyjściem na świat synka Vincenta, który to jest głównym bohaterem strony, fanpage’a oraz konta na Instagramie. Mimo charyzmatycznej osobowości kilkulatka, blog traktuje nie tylko o wychowywaniu dziecka na Islandii (choć znaleźć tu można poradnik dla kobiet w ciąży czy informacje o islandzkich przedszkolach), ale też bardziej ogólne informacje o Wyspie. To właśnie to czyni stronę ciekawą również dla osób przyjeżdżających na Islandię czysto turystycznie: można poczytać choćby o mandatach czy potrzebnych dokumentach.

Vikingaland

Swoją obecność na Islandii można też przekuć na blog kulinarny. Takim jest właśnie stosunkowo niedawno otwarta strona Agi, która od kilku już lat zamieszkuje Akureyri. Vikingaland to innymi słowami “Islandia na talerzu” i znaleźć tu możecie wiele smacznych przepisów, jak i postów dotyczących islandzkiej kultury kulinarnej. 

Z jej prywatnego Instagrama oraz Facebooka można dowiedzieć się, ile czasu Aga spędza w kuchni i jak bardzo lubi gotować, nie tylko ciasta, ale też zdrowe posiłki. Wiele z tych inspiracji z pewnością będziecie mogli odnaleźć na jej blogu, podobnie jak dzięki jej postom poznacie niecodzienne tradycje żywieniowe Islandczyków. Blog ten polecam szczególnie tym, którzy myślą, że kuchnia islandzka to tylko rekin i baran 😉

O północy

 
 
Coraz większą popularnością cieszą się jednak także strony prowadzone przez miłośników Islandii, którzy Wyspę znają tylko z wyjazdów. Ta zewnętrzna perspektywa jest jednak niemniej ciekawa, bo pozwala zachować ten zachwyt, którego często nie znajdziemy już na stronach prowadzonych przez emigrantów z wieloletnim stażem. 
 
Znacie już bardzo dobrze Utulę Thule, ale polecam Wam również stronę Martyny, która publikuje również pod nazwą W międzyczasie na Islandii na Facebooku. Na jej fanpage’u znajdziecie przede wszystkim dużo odnośników do innych stron oraz ciekawych artykułów i znalezisk poświęconych Islandii, natomiast blog O północy poświęcony jest również innym miejscom na Północy. Znajdziecie tu galerię zdjęć w wyjazdów Martyny, oraz teksty o różnorodnej tematyce. Choć Martyna dopiero zaczyna, warto się tą stroną zainteresować! Myślę, że jednak najbliższa jej sercu jest wciąż Islandia, bo to właśnie jej poświęciła jak dotąd wiele tekstów, w tym loppapeysom oraz językowi islandzkiemu.
 
 
Jeszcze à propos blogów fotograficznych, bo te również cieszą się zainteresowaniem internautów, szczególnie z uwagi na piękno islandzkich krajobrazów. Choć kwadratowe widoczki Islandii znaleźć można na tysiącach podobnych kont na Instagramie, bardzo lubię strony, które udostępniają autorskie zdjęcia w ramach ilustracji relacji z podróży czy wpisu informacyjnego. Tak jest w przypadku zdjęć i tekstów Ewy Biernackiej dla Na Ogrodowej, w których autorka dzieli się swoją wiedzą na temat islandzkiej flory. W jej tekstach możecie poczytać o łubinach czy islandzkich ogrodach botanicznych.
 
Z kolei na stronie Markowe zwierzęta znajdziecie posty poświęcone islandzkim zwierzętom, głównie ptakom. Znajdziecie tu relacje z podglądania ostrygojadów, rybitw, maskonurów czy alk, ale też fotorelacje z wycieczek w interior i zdjęcia fok oraz wielorybów.  Marek pracuje na Islandii i jak sam pisze na swojej stronie, jego ulubionym sposobem na spędzanie wolnego czasu jest fotografowanie. Na blogu znajdziecie także subiektywne spostrzeżenia dotyczące Wyspy oraz krótkie filmiki przedstawiające okoliczności pracy autora. 
 
 
 
Kolejnym sposobem na “ugryzienie” Islandii jest stworzenie strony poświęconej islandzkim sagom. Wspaniały portal zawierający autorskie tłumaczenia sag założył już Jacek Godek (e-sagi.pl), a różne perypetie związane z manuskryptami staroislandzkimi możecie śledzić również na Galdrabók, której autor Bartłomiej
postawił sobie za cel przełożenie na język polski Ksiąg Galdarbók czyli Grimuarów Islandzkich. 
 
Podobne marzenia miała również Patrycja, autorka bloga Lisia Kita. Możecie na nim znaleźć próbki tłumaczeń sag i fragmentów mitów, ale przede wszystkim bardzo ciekawe interpretacje mitologii nordyckiej. Autorka jest z wykształcenia psycholożką, dlatego skupia się na psychoanalizie bohaterów baśni i sag, a swoją wiedzą dzieli się również poza sferą internetu: na spotkaniach organizowanych w ramach Wieczorów z mitologią nordycką oraz O kulturze psychoanalitycznie. Polecam Waszej uwadze szczególnie nadchodzące wydarzenia, szczególnie spotkanie poświęcone Pieśni o Harbardzie.
 
 
Jest jeszcze kilka blogów, które przedstawiają Islandię z nietypowej strony. To na przykład witryna niedawno jeszcze bardzo prężnie działającego Studenckiego Klubu Islandzkiego, ale też liczne strony na Facebooku, jak Piłkarska Islandia. Nie licząc znanych bardzo dobrze portali takich jak muzykaislandzka.pl czy Stacja Islandia, oraz serwisu informacyjnego dla Polonii: Iceland News Polska, w internecie aż roi się od polskojęzycznych stron firm oferujących wycieczki, pośrednictwo pracy na Islandii czy inne produkty z nią związane. Warto jednak pogrzebać w sieci i poklikać się do 6-10 strony wyszukiwań, aby znaleźć Islandię z innego punktu widzenia. Miłego tulenia!

Nie takie runy straszne…

Szwedzkie media donoszą, że minister sprawiedliwości Morgan Johansson wniósł do Riksdagu propozycję zakazania run. Jego zdaniem staronordycki alfabet został zawłaszczony przez środowiska neonazistowskie i nie powinien pojawiać się w przestrzeni publicznej. Propozycji sprzeciwiają się jednak wyznawcy Ásatrú oraz fani epoki wikingów.

Z tym, że alfabet runiczny przywodzi najróżniejsze skojarzenia, spotkałam się już dawno, wnikając w problem w trakcie przygotowań do spotkania dla Studenckiego Klubu Islandzkiego. Wówczas podkreślałam już, że magiczne funkcje run, o czym możemy poczytać w internecie, to tylko bardzo uproszczone zrozumienie użycia futharku przez przodków Skandynawów. Ale to właśnie ich egzotyczny wygląd został wykorzystany przez kolegów po fachu Wróżbity Macieja, a ich germańskie korzenie zawłaszczyli sobie zwolennicy Hitlera. Współcześnie runy znajdziemy również w sklepach z pamiątkami oraz na okładkach płyt zespołów heavy-metalowych. To być może właśnie te ostatnie wpłynęły na popularność tych znaków w dzisiejszych czasach.

Runy znaleźć można także w Warszawie. Ten napis często mijam w drodze rowerem do pracy, natomiast kto bywa czasem w Hybrydach zauważył pewnie tamtejszy wystrój. Choć wątpię, że pomysłodawcy tego ostatniego mają wiele wspólnego ze Skandynawią (tamtejsze runy nie układają się w żaden tekst), autor zilustrowanego graffiti musiał tę treść skądś przepisać. Chcecie ją odczytać? Nic prostszego!

Futhark

Ale najpierw: czym właściwie jest fuþark? To odmiana alfabetu runicznego znana w Skandynawii w co najmniej dwóch wersjach: starszym i młodszym futharku. Wbrew popularnej opinii runy nie były używane jedynie w Skandynawii, bowiem jedna z odmian futharku – fuþork – znany był chociażby na Wyspach Brytyjskich. Runy używane były również przez niektóre plemiona tureckie oraz Madziarów, a wywodzą się najprawdopodobniej z alfabetu fenickiego, choć niektórzy badacze zwracają uwagę na to, że podobne znaki istniały wcześniej również w Azji*.

W Skandynawii najpopularniejszy był właśnie futhark, szczególnie futhark starszy. Inskrypcje pisane tym alfabetem znaleźć można na kamieniach runicznych w południowej Szwecji i Danii. Wiele zapisów znaleziono również w Norwegii i na Islandii. Kształt liter wynika przede wszystkim ze sposobu ich rycia w kamieniu lub drewnie. Na starszy futhark składa się 24 znaków-liter:

Źródło: pl.depositphotos.com

Spróbujmy więc porównać powyższe znaki z tymi zapisanymi na jednym z warszawskich budynków: toten-fur-wotan.  Przekładając to na niemiecki dostaniemy Töten für Wotan, gdzie Wotan to jedno z wielu imion Odyna. Śmierć dla Odyna? Ofiara dla Odyna? Wystarczy wygooglować i otrzymujemy w wynikach album zespołu Wolfnacht, który – jak wynika z dalszych poszukiwań – sympatyzuje z neonazizmem. Chciałabym wiedzieć czy autor warszawskiego graffiti zdaje sobie z tego sprawę. Mam jednak nadzieję, że po prostu zafascynował się muzyką niemieckiego zespołu heavy-metalowego, ale nie znał jej przesłania.

Tu jednak dochodzimy do głównego problemu. Przypadkowy zapis runiczny znaleziony w przestrzeni miejskiej okazuje się pochwałą od dawna zakazanych ideologii. Niezależnie od intencji autora utrwalona została konotacja run z faszyzmem. Być może właśnie to miał na myśli szwedzki polityk, proponując zakazanie alfabetu. Cóż jednak można tym osiągnąć? Czy runy podzielą los swastyki, niegdyś symbolu religijnego, dziś kojarzonego niemal wyłącznie z Hitlerem?

Znaczenie run

Mam nadzieję, że nie. Pracują nad tym skandynawiści, miłośnicy kultury staronordyckiej i wyznawcy Ásatrú, czyli bogów nordyckich. Ci ostatni bronią run właśnie jako symboli religijnych, nie nazistowskich. Zgodnie z mitologią skandynawską, runy były właśnie darem bogów, podarowane przez samego Odyna (Wodana, Wotana), który posiadł magiczną wiedzę o runach dzięki zawiśnięciu na Yggdrasill (nordyckie axis mundi, Drzewo Życia) oraz poświęceniu jednego oka w zamian za możliwość napicia się ze studni wiedzy, strzeżonej przez olbrzyma Mimira. Od tego czasu Odyn uznawany był za najmądrzejszego z bogów, który podzielił się częścią swej wiedzy z ludźmi.

Na czym polega magiczność run? Jeśli zerkniemy na futhark, pod znakami znajdziemy nie tylko łacińskie odpowiedniki tych liter, ale również ich nazwy. Każda runa niesie ze sobą symboliczną, magiczną wartość. Zapisanie ich w odpowiedni sposób mogło przynosić więc pomyślność, ale też nieszczęście. Runy ryto w różnych miejscach, również w przedmiotach, czyniąc z nich talizmany albo źródło czyjejś zguby. Jak twierdzą badacze, inskrypcje często barwiono krwią**, aby wyryte zaklęcie spełniło się. Zdarzało się, że runy ryto jedna na drugiej, aby wzmocnić ich znaczenie, stąd tzw. bindruny, czyli runy podwójne, znane mam bardzo dobrze choćby z symbolu Bluetootha.

Z uwagi na symboliczną wartość run, stały się one często używane we współczesnej ezoteryce oraz wróżbiarstwie. Badacze podkreślają jednak, że magiczna funkcja run była tylko marginalnym użyciem tych znaków. Alfabet runiczny był podstawą zapisu informacji każdego rodzaju, również tych najbardziej trywialnych, a nawet romantycznych (jak słynne “smsy” z wyznaniem miłości oraz “telegrafy” od żony oczekującej rychłego powrotu męża z tawerny). Te znajduje się na terenie Skandynawii i stanowią one przedmiot zainteresowań badaczy, podobnie jak wspomniane już kamienie runiczne, których treść skupiała się najczęściej na upamiętnieniu jakiegoś wikinga lub ważnego wydarzenia. Zaklęcia i klątwy zapisane runami stanowią więc tylko niewielką część kilkuset znanych nam obecnie inskrypcji runicznych.

Czy można więc zakazać run? Korzystał z nich Tolkien, a przede wszystkim są bardzo ważnym elementem jednoczącym Skandynawów i identyfikującym kulturę wikingów. Choć wyparty przez alfabet łaciński, stanowi ważną część rozwoju języków skandynawskich i kolebkę nordyckiej literatury. Jeśli potraktujemy runy jako litery, a więc znaki służące do zapisu i pozwalające na pisanie długich tekstów, nie będziemy kojarzyć ich wyłącznie z symboliką nazistowską. Tak jak nie kojarzymy w ten sposób alfabetu łacińskiego, którym spisana była przecież Mein Kampf…

 

 

* Paulina Horbowicz, Gert Kreutzer, Witold Maciejewski, Dominika Skrzypek: Runy. Warszawa: Wydawnictwo TRIO, 2011
** Współcześnie inskrypcje na kamieniach runicznych zostały pociągnięte czerwoną farbą, głównie dla łatwiejszego ich odczytania.

 

5 momentów, w których poznałeś Islandię

Jeszcze ponad 10 lat temu Islandia myliła nam się z Irlandią, a kultura islandzka z islamską. Niewielu z nas zdawało sobie sprawę z istnienia tej wyspy gdzieś daleko na Atlantyku, a dostęp do wiedzy o tym kraju miała tylko garstka osób.

Jeśli trafiłeś na ten post, to najprawdopodobniej interesujesz się Islandią. Sprawdźmy, kiedy dowiedziałeś się o jej istnieniu!

2019 – występ Hatari na Eurowizji

Jesteś fanem tego najważniejszego konkursu piosenki w Europie i co roku śledzisz poczynania wszystkich krajów. Niewiele może Cię zaskoczyć, znasz nawet najbardziej ekstremalne przypadki. Tymczasem na scenę wpada trzech kolesiów w skórzanych strojach sado-maso, wychodzą z jakiejś klatki w rytmach techno. Jeden z nich wykrzykuje groźne hasła w niezrozumiałym języku, drugi wije się po scenie i falsetem wyśpiewuje refren, trzeci nie za bardzo rzuca się w oczy, coś tam sobie stuka w klawiaturę. Towarzyszą im też jakieś panie, choć – co szokujące jak na Eurowizję – pokazują mniej ciała niż ich sceniczni koledzy. Występ kończy się nieoczekiwanie, pozostawiając Cię w osłupieniu. Sprawdzasz co to za dziwny kraj wysłał na konkurs takie dziwadło.

2016 – reprezentacja Islandii na Euro

Oglądasz sobie spokojnie mecz reprezentacji Anglii z jakimś debiutującym krajem ze skandynawskim krzyżem na fladze. W sumie przygotowujesz się na nudny mecz, bo Skandynawia niekoniecznie kojarzy Ci się z dobrym futbolem. Nagle okazuje się, że ten tajemniczy kraj rozwala Anglię i gładko przechodzi do ćwierćfinału europejskich mistrzostw w piłce nożnej. Dostrzegasz nie tylko waleczność zawodników i to, jak zgraną są drużyną, ale również mocno zaangażowanych i solidarnych fanów swojej reprezentacji. Na Facebooku zalewają Cię memy i filmiki z charyzmatycznym komentatorem islandzkim, zapoznajesz się z fenomenem “húh” i nagle wiesz już wszystko o Wikingach.

2011 – Gra o Tron

Znajomi męczą Cię jakimś nowym serialem fantasy, który robi ogromną karierę w Internecie. Opiera się na poczytnej książce, ma dobre recenzje. Oglądasz pierwszy odcinek i wsiąkasz, zaczynasz mówić cytatami z filmu, po nocach śni Ci się, że sam zasiadłeś na tronie. Zachwycasz się pięknymi krajobrazami w filmie, w końcu ktoś Cię oświeca, że to nie fotoshop, tylko takie miejsce istnieje naprawę. Kilka kliknięć w internecie i docierasz do kont na Instagramie, które pokazują, że te miejsca znajdują się na Islandii. Coś tam słyszałeś o tym kraju, bo znajomy objechał latem Wyspę rowerem z namiotem, w końcu podobno jest tam tak drogo, że inaczej nie da rady zwiedzać. Zaczynasz marzyć o wycieczce niskim kosztem, byleby zwiedzić wszystkie miejsca. Okazuje się, że te miejsca jeszcze nie zaistniały w przewodnikach, nowe dopiero się drukują. W necie jednak szybko poznajesz ich nazwy: Kirkjufell, Dimmuborgir, Hverir, Grjótagjá… Okazuje się, że inne lokalizacje znasz już bardzo dobrze z innych filmów i produkcji. Marzysz o wyjeździe na Islandię.

2010 – wybuch Eyjafjallajökull 

W telewizji powiedzieli, że wiele osób nie będzie mogło uczestniczyć w pogrzebie ofiar katastrofy smoleńskiej z uwagi na zamknięcie strefy powietrznej. Dowiadujesz się, że winny za to jest wulkan o bardzo długiej i trudnej do wypowiedzenia nazwie. Okazuje się, że to wszystko dzieje się na dalekiej Islandii i to właśnie ten kraj odpowiedzialny jest za całe zamieszkanie. Eyjafjallajökull wybuchł 15 kwietnia, ale jego dymy tkwiły nad Europą jeszcze dobrych kilka tygodni. W mediach podają, że ta mała wysepka ma jeszcze kilka aktywnych wulkanów, straszą, że Eyjafjallajökull  jest najmniej groźnym z nich. Kiedy żaden z większych nie wybucha, wszystko wraca do normy. Przyjeżdżasz w końcu na Islandię i znajdujesz mnóstwo pamiątek z doskonale znanym słowem. Nadal nie potrafisz go wymówić.

2008 – wielki kryzys na Islandii

Wszyscy mówią o kryzysie, który ogarnął cały świat, ale niektóre miejsca szczególnie. W gazecie napisali, że Islandia zmaga się z ogromnymi skutkami krachu. Mowa o tym, że wyspa stała się niewypłacalna, a według niektórych plotek miała zostać spłacona przez Rosję.  Często powtarzanymi nazwami w prasie są nazwy upadłych banków: Kaupthing Bank, Landsbanki, Glitnir. Akurat nie miałeś tam pieniędzy, ale mimo wszystko szkoda Ci Islandczyków. Czytasz, że winią za krach swoich przywódców, że nie zamierzają spłacać długów innym państwom. Niektórych polityków zamknęli za kratkami. Myślisz sobie: niezłe z nich ziółka! Dowiadujesz się, że niektórzy przeprowadzili się do Norwegii, bo stracili cały dorobek swojego życia. Docierają do Ciebie nawet informacje, że wśród poszkodowanych mogli być również Polacy – ci jednak częściej przechowywali zarobione na emigracji pieniądze na polskich kontach. Ale w głowie zostaje informacja o tym, jak wielu mieszka tam Polaków.

2005 – Studencki Klub Islandzki

Jesteś studentem jakiegoś niszowego kierunku humanistycznego na Uniwersytecie Warszawskim albo kumplujesz się z kimś, kto jest. Dowiadujesz się o tajnych spotkaniach koła naukowego działającego przy Instytucie Kultury Polskiej. Jacyś wariaci opowiadają tam o kraju, którego istnienie na mapach Europy przemilcza się na lekcjach geografii i w serwisie pogodowym w telewizji. Ci szaleńcy opowiadają jednak o pięknych krajobrazach, somnambulicznej muzyce i alternatywnym kinie oraz dziwnych książkach. Padają nazwy Björk, Sigur Rós, Kormárkur, Laxness. Nikt z zebranych nie był nigdy w tym dalekim i bardzo drogim kraju, ale bardzo chciałby pojechać. Wchodzisz w szeregi koła albo przychodzisz na organizowane przez członków spotkania, bo fascynuje Cię ten zapał. Trochę też chcesz być hipsterem i szpanować w towarzystwie trudnymi do wypowiedzenia nazwami.

Doszedłeś aż do tego momentu? Czy to znaczy, że znałeś Islandię jeszcze wcześniej? Może za sprawą Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Islandzkiej? A może Twoi krewni/ bliscy emigrowali na Wyspę przed 2005 rokiem?