Święta na Islandii według Polaków

Pisałam już o bożonarodzeniowych zwyczajach kulinarnych na Islandii, z których raport zdały mi Agnieszka, Aga i Olga mieszkające na Islandii, tym razem głos oddaję Piotrowi Mikołajczakowi oraz Oldze Knasiak, którzy opisali mi swoje pierwsze święta na Islandii.

zdjęcie: Agnieszka Bikowska

Piotr Mikołajczak, współautor bloga Icestory, pisarz, dziennikarz, znany Wam również jako współautor książki “Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii”.

Do pierwszych wspólnych świąt zostało kilka dni. Siedzimy w niemal pustym mieszkaniu, do którego przeprowadziliśmy się dwa miesiące wcześniej. Łóżko, stół i cztery krzesła, telewizor. Tyle do tej pory udało się nam zamówić z Reykjaviku. Na stole dwa laptopy, na których powstają pierwsze posty. Za oknem śnieg i wiatr, wiejący ponad 140 km/h. Mróz oblepia szyby, samochody powoli nikną pod bielą. Nagle ktoś puka do drzwi. Nikt nas jeszcze nie odwiedził, więc spoglądamy na siebie ze zdziwieniem. W niedzielę przychodzą do ciebie znajomi lub przyjaciele, a tych jeszcze nie zdążyliśmy tu poznać. Jest jeszcze rodzina, ale ta mieszka ponad 3000 km od Grundarfjorður, więc wątpimy, że to oni. Komu by się chciało lecieć do obcego kraju i przejeżdżać 200 km po nieznanych, zaśnieżonych drogach. Pukanie się powtarza, więc w końcu wstajemy od stołu i idziemy otworzyć drzwi. Prawda okazuje się o wiele bardziej prozaiczna niż przypuszczaliśmy. Na progu stoi kobieta z kartką, na której wydrukowano tabelkę w Excelu. Zbiera zamówienie na ryby, więc jeśli masz ochotę na dorsza, karfi lub isę, proszę bardzo, “ile kilogramów”? Zamawiamy dorsza, którego dostaniemy dzień przed wigilią. Jeszcze nie wiemy, ale będzie to najlepsza, najświeższa ryba, jaką zjemy w życiu.

Przez następne dni nasze drzwi wpuszczały do domu znaki nadchodzących świąt i nowego roku: ulotkę z uśmiechniętą płaszczką, która informowała o świątecznym spotkaniu w Hótel Búðir za 2.800 koron, człowieka sprzedającego kalendarze z półnagimi strażakami z lokalnej remizy, zabłąkanego członka czyjejś rodziny, który wszedł do naszego domu, otrzepał buty, a gdy zapytaliśmy, co tu robi, ze stoickim spokojem oznajmij, że pomylił wejścia. Życzył nam wesołych świąt i wyszedł zostawiając na podłodze szybko topniejący śnieg. Wigilię spędziliśmy tradycyjnie – barszcz, pierogi, coś słodkiego, a wieczorem wyszliśmy na długi spacer, obserwując niebo w poszukiwaniu zorzy. Oglądaliśmy jednak tylko światła zwisające z dachów i rynien oraz te wewnątrz domów, po drodze mijając spacerujących znajomych, których jeszcze nie zdążyliśmy poznać, a którzy w nowym roku stali nam się bliżsi.

zdjęcie: Agnieszka Bikowska

Olga Knasiak, 13 lat na Islandii, autorka bloga Polka na Islandii.

Pamiętam moje pierwsze święta na Islandii. Pamiętam, że się bałam. Byłam pewna, że będzie mróz, ogromna ilość śniegu i wiatr. Spodziewałam się chyba jakiegoś Armagedonu, ale rzeczywistość na szczęście okazała się inna.

Śnieg padał, ale nie zakłócił ruchu drogowego jak w moich wyobrażeniach. Wiatr wiał, ale nie powodował większych trudności (kilka lat później wiatr wyrywał nam prezenty z rąk, gdy po wigilii próbowaliśmy je zabrać do auta), a islandzki mróz, czyli -10 stopni, to lekkie szczypanie w nosek, o ile nie towarzyszy mu ostry wiatr. Tym raczej rzeczywistość wygrała z wyobrażeniami.

Kolacja wigilijna odbyła się w gronie rodziny, gdyż w większości byliśmy już na Islandii. Polska atmosfera, polskie tradycje, polski język i polskie jedzenie z islandzkich produktów na islandzkiej ziemi. Jako że przyjechałam na Islandię w październiku to nadal niewiele zarabiałam i cały czas przeliczałam wszystko na złotówki. Podczas kupowania prezentów obiecałam sobie, że więcej nie będę kupowała żadnych prezentów na wyspie.

Już nie przeliczam, jednak do tej pory korzystam z dobrodziejstw taniej i różnorodnej Polski.

Wesołych Świąt!

Na islandzkim Jólaborð

Jak upływają Wasze święta? Spędzacie je w Polsce czy na Islandii? Pewnie ci, co mieszkają na Wyspie tęsknią za polskim karpikiem i pierogami, natomiast ci, którzy bywają na Islandii poza okresem bożonarodzeniowym marzą, by spróbować zgniłej płaszczki z roztopionym łojem owczym. Bo święta przede wszystkim kojarzą nam się ze smakami – tymi znanymi od dzieciństwa i tymi, które chcielibyśmy jeszcze odkryć. Kluczem do poznania w pełni obcej kultury jest z pewnością właśnie spędzanie świąt w jej kraju. Dlatego w tym wpisie oddaję głos znanym mi Polakom mieszkającym na Islandii i pytam ich o pierwsze święta na Wyspie, nietypowe zwyczaje i obserwacje islandzkiego sposobu obchodzenia Bożego Narodzenia czy po prostu wspomnienia najciekawszych, lub najdziwniejszych świąt na Wyspie.

Ingen automatisk text tillgänglig.

Chodź norweski zespół Ylvis w swojej świątecznej piosence sprzed dwóch lat donosi, że na północnych bożonarodzeniowych stołach stawia się pieczone maskonury, na Islandii królują znacznie wykwintniejsze smakołyki. Jak napisała mi Aga Jastrząbek mieszkająca w Akureyri od wielu lat, “na Islandii stół nie ugina się pod ciężarem dwunastu potraw. Jako przekąska często podawany jest gravlax, czyli łosoś peklowany w soli z dodatkiem cukru i koperku ze specjalnym sosem. Wśród dań głównych najczęściej podawany jest  hamborgarahryggur bądź rjúpa, czyli pardwa. Nowym trendem jest za to indyk, który coraz częściej pojawia się na islandzkich stołach podczas świąt”. Zdecydowanie islandzkie święta różni od polskich to, że świąteczna kolacja opiera się na dniach miejskich. Agnieszka Bikowska opisała mi, że “islandzkie dania to zazwyczaj upieczone w piekarniku mięso, np. kawałek świniny ze skórą. Tę skórę nacina się wzdłuż i w szerz tworząc kosteczki, następnie soli się solą kamienną i piecze w piekarniku w 170  stopniach, a później w 200, dzięki czemu skórka robi się chrupiąca”. Taką wieprzowinę można podać z ziemniakami w karmelu i groszkiem z puszki albo czerwoną kapustą lub małosolnym ogórkiem ze słoika. Zgodnie z tradycją można spodziewać się także hangikjöt, czyli wędzonej baraniny, podawanej z ziemniaczanym i/lub marchwiowym purée.

A co na deser? Znane wszędzie już pierniczki (piparkökur), ale Aga wspomina jeszcze pochodzący z Danii ris à la mande, czyli pudding ryżowy z migdałami. “Popularnym deserem są czekoladowe lody Toblerone, która jest bardzo lubiana na wyspie. Desery podawane są w towarzystwie wcześniej upieczonych ciasteczek i czekoladek (kofekt).” Ulubionym deserem Agi jest jednak sara, którą można zjeść na Islandii przez cały rok. “Sara ma trzy warstwy: makaronikowy spód, na nim krem czekoladowo-kawowy, a to wszystko oblane pyszną czekoladą. W niektórych piekarniach bądź kawiarniach można ją kupić przez cały rok, lecz jej popularność szczególnie pikuje w czasie adwentu.” Sara to pyszna rzecz, jadłam ją również w Laponii.  Na zachętę wrzucam Wam zdjęcie ciastka zamówionego właśnie w Akureyri:

No dobra, ale czy Polacy na Islandii nie próbują jednak kultywować tradycji polskich? Agnieszka przyznaje, że gotowała barszcz z koncentratu, Olga Knasiak (Polska na Islandii, na Islandii od 13 lat) wspomina natomiast swoje pierwsze święta na Wyspie tak: “polska atmosfera, polskie tradycje, polski język i polskie jedzenie z islandzkich produktów na islandzkiej ziemi”. Domyślam się, że wielu produktów nie można było wówczas znaleźć w lokalnych sklepach, ale Agnieszka potwierdza, że można ugotować polskie potrawy z produktów kupionym w polskim sklepie, ale też i w Bónusie: “Składniki do moich potraw kupiłam w polskim sklepie: barszcz, uszka, pierogi ruskie i z kapustą i grzybami, oraz bigos ze słoika, do którego później dodałam  islandzkiej koniny, bekonu i kiełbaski z Bónusa”. Zamiast typowego kompotu z suszu na Islandii popija się przy wigilijnym stole Malt og Apelsin – podpiwek zmieszany z islandzkim napojem gazowanym o smaku pomarańczowym.

Jedzenie na Islandii to bardzo ważna część bożonarodzeniowej tradycji, bo szczególne potrawy jada się w inne dni okresu świątecznego. Pierwsze kulinarne tradycje świąteczne można obserwować z początkiem adwentu, wówczas “bardzo popularne są spotkania w kawiarniach przy gorącej czekoladzie (heitt kakó) oraz szczególnie wypiekanie w rodzinnym gronie ciasteczek (smákökur), które są podjadane poprzez cały czas trwania adwentu”, jak donosi Aga. Typowym wyrobem jest również laufabrauð, cieniutki chrupki chlebek smażony w głębokim tłuszczu, który jest konsumowany w czasie świąt w towarzystwie. 23 grudnia, czyli Þórláksmessa (na pamiątkę biskupa ze Skáholt, który w XII wieku zginął właśnie tego dnia) wieczorem podawana jest skata – jedna z najbardziej cuchnących ryb na świecie, czyli wspomniana już na początku zgniła płaszczka.

To co, głodni? Maciej już smaka na islandzkie święta? Tak? No to może za rok? Tego sobie życzę. A Wam życzę przede wszystkim wszystkiego najlepszego, odpoczynku i spełnienia islandzkich marzeń w nowym roku!

Ingen automatisk text tillgänglig.

100 lat, Islandio!

1 grudnia 2018 roku Islandczycy będą hucznie świętować 100-lecie suwerenności. Na mocy uchwalonego w 1918 roku aktu utworzono Królestwo Islandii złączone unią personalną z duńskim królem Chrystianem X. Choć Duńczycy wciąż prowadzili islandzką politykę zagraniczną i kierowali obroną wybrzeża, był to początek drogi ku pełnej niepodległości, uzyskanej dopiero 26 lat później. To właśnie 17 czerwca 1944, data utworzenia całkowicie niezależnej republiki, uważana jest za najważniejsze święto narodowe Islandii, obchodzone tradycyjnie w dniu urodzin Jóna Sigurðssona, głównego działacza na rzecz niepodległości. Co więc dokładnie będą świętować Islandczycy w tym roku? Od 100 lat Islandia widnieje na mapach Europy jako oddzielne państwo, ma prawo do samostanowienia i uchwalania konstytucji, a także używania własnych symboli narodowych. Te oficjalne, jak i bardziej umowne są wielką dumą Islandczyków; używa się ich podczas poważnych uroczystości narodowych, jak i w życiu codziennym, również dla promocji Wyspy na świecie.

Ogień, lód, ocean

dav

Najbardziej charakterystycznym symbolem Islandii są jej barwy narodowe: biel, czerwień i ultramaryna. Choć powtarzają się na flagach wielu państw europejskich, skandynawski czerwony krzyż z białą obwódką na ultramarynowym tle to podstawa identyfikacji wizualnej Wyspy. Trzy kolory dominują w sklepach z pamiątkami, łopoczą na flagach widocznych w wielu punktach Reykjaviku, widniały też na koszulkach Strákarnir okkar i ich fanów podczas Mundialu. Zanim jednak barwy interpretowane jako odwzorowanie kolorystyki islandzkiego krajobrazu oficjalnie zagościły na islandzkiej fladze, jej wcześniejsze projekty były bardzo zróżnicowane. Pierwsze z nich zakładały motyw dorsza lub sokoła (symbol duńskiej szlachty) na niebieskim tle, a motyw krzyża skandynawskiego (nawiązujący naturalnie do flagi Danii) pojawił się dopiero w projektach z przełomu XIX i XX wieku, utrzymanych w barwach bieli i błękitu. Dopiero komitet utworzony w 1914 roku, a składający się z interdyscyplinarnej islandzkiej śmietanki, zaproponował wprowadzenie trzeciego koloru. Ostateczny szlif, wraz z nadaniem każdej barwie symbolicznego znaczenia żywiołów ognia, lodu i wody, nadał projektowi Matthías Þórðarson i to właśnie ta propozycja została uznana za oficjalną flagę Islandii w 1918 roku.

Dumni z natury

bdr

O tym, jak dumni ze swoich barw narodowych są Islandczycy dowiedzieliśmy się podczas ostatnich Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Cały kraj ogarnęło wielkie húh, a kibice polecieli do Rosji  trójbarwnym samolotem linii Icelandair, który przemalowano z okazji 100-lecia suwerenności. Specjalny Boeing otrzymał znamienną nazwę Thingvellir i dołączył tym samym do grona „islandzkich” maszyn firmy: Hekla Aurora, w barwach zorzy polarnej, oraz Vatnajökull, nazwanego na cześć największego lodowca na Wyspie. Choć wybór tych trzech miejsc może być tylko chwytem marketingowym, te właśnie topograficzne znaki Islandii odpowiadają miejscom, z których Islandczycy są naprawdę bardzo dumni. Zapytani o to, co jest dla nich najbardziej islandzkie, najczęściej odpowiadają bowiem: natura. Nawet osławiona ich wiara w elfy bierze się z ogromnego szacunku do natury; istoty ukryte w mchu i pod kamieniami są niczym innym jak ucieleśnieniem sił przyrody w wyobraźni zbiorowej Islandczyków. Podobnie jak maskonury kiedyś traktowane były jako odrodzone dusze zmarłych na morzu krewnych, a wiele gatunków islandzkiej flory i fauny ma w kulturze bardzo ważną symbolikę.

Głos ludu

sdr

Islandzka przyroda gloryfikowana jest również w hymnie islandzkim (Ó, guð vors lands), napisanym z okazji 1000-lecia osiedlenia Islandii, w 1874 roku. Z pewnością odśpiewany będzie podczas oficjalnych uroczystości 1 grudnia, które będą odbędą się w Thingvellir, miejscu symbolicznym dla historii Islandii. To tu świętowano odzyskanie pełnej niepodległości w 1944 roku, tu znajduje się dawna siedziba letnia premiera Islandii, a wszystko to związane z faktem, że tutaj zbierał się Althing, islandzki parlament. Dolina więc kojarzy się Islandczykom z demokracją i aktywnością obywatelską, która stanowi dla nich wartość i element identyfikacji narodowej. Akt unii z 1918 również był wynikiem głosu ludu: decyzję podjęto podczas referendum i „za” zagłosowało ponad 90 procent obywateli. 100 lat później całe społeczeństwo również ma głos i wpływ na kształt obchodów rocznicy odzyskania suwerenności, których bogaty program można znaleźć na oficjalnej stronie www.fullveldi1918.is.

Islandia jest kobietą

sdr

Kiedy pytam moją znajomą Islandkę o to, co według niej jest najbardziej islandzkie, odpowiada: feminizm. Trzy lata temu przypomniano 100-lecie przyznania praw wyborczych kobietom, w materiałach promujących 100-lecie suwerenności podkreśla się postać pierwszej pani prezydent na świecie, Vigdís Finnbogadóttir, a jeszcze niedawno polskie media donosiły o świetnych warunkach życia i pracy Islandek. Natomiast obecna premier Islandii, Katrín Jakobsdóttir, w oficjalnym przemówieniu na tegoroczne obchody przypomina ważne wartości islandzkiego społeczeństwa: różnorodność i tolerancję, które to stanowią o nowoczesności kraju i wynikają z tradycji, której uczyć powinny się inne państwa na świecie: już od czasów wikińskich kobiety były dość wyemancypowaną częścią społeczeństwa. Kobieta jest w istocie symbolem Islandii, a przyjmuje postać Fjalkonnan, Kobiety-Góry, która pełni funkcję francuskiej Marianny czy niemieckiej Germanii. Czasem uznaje się ją za piątego stróża Wyspy, żeńskiego pomocnika czterech opiekunów uwiecznionych w herbie islandzkim: orła, gryfa, byka i skalnego olbrzyma.

Saga, czyli historia

dav

Wybrane do islandzkiego herbu Landvættir, czyli duchy ziemi, pochodzą z „Heimskringli” Snorriego Sturlusona, którego twórczość jest bardzo ważna dla kultury islandzkiej . Historie spisane w średniowiecznych sagach są fundamentem tożsamości Islandczyków – wielu z nich potrafi sięgnąć w swych rodowodach aż po bohaterów sag, sagi są też kluczowe dla rozwoju islandzkiego języka. W 100. rocznicę odzyskania suwerenności powstało specjalne, kilkunastotomowe wydawnictwo zawierające wszystkie sagi islandzkie. Ich treść została obdarzona komentarzami i wyjaśnieniami, bowiem wbrew często powtarzanej opinii, język XIII-wiecznych sag odbiega od współczesnego i większość Islandczyków nie jest w stanie czytać ich bez dodatkowej pomocy. Rocznicowa seria jest przykładem na to, że symbolem Islandii jest również jej długa historia spisana na kartach starych manuskryptów, których odzyskanie z rąk Duńczyków było ważnym na skalę narodową wydarzeniem.

Post scriptum:

1 grudnia 1918 roku nie był najlepszą datą do świętowania. Przypadł na Zimę Wielkich Mrozów, jedną z najzimniejszych w historii Islandii. Termometry pokazywały wówczas –30°C. Jakby tego było mało, Islandię ogarnęła również epidemia grypy hiszpanki, która zabrała wielu obywateli. Później zaś nastąpił wybuch Katli, a erupcja wpłynęła znacząco na krajobraz i gospodarkę. W takich okolicznościach obchody nie odbyły się z odpowiednią pompą, ale nadrobiono świętowanie w kolejnych latach międzywojnia.

tekst został opublikowany w 32. numerze czasopisma Zew Północy

Nie będziesz miał skyrów cudzych przede mną

Niedawno przeszłam na dietę i z tego powodu muszę robić znacznie większe zakupy niż wcześniej, dlatego wybrałam się przedwczoraj z mamą na zakupy do jednego z wielkich hipermarketów. Najwięcej czasu spędziłyśmy w chłodni z nabiałem, bo dorwałam się do dużego wyboru skyrów, czy – jak kto woli – jogurtów typu islandzkiego. O popularności tego produktu nie muszę mówić, bo dzisiaj skyr ma w swojej ofercie każda Biedronka, a portale lansujące diety fit zachwycają się właściwościami islandzkiego jogurtu, który ma dużo białka, a mało tłuszczu. Ja natomiast od jakiegoś czasu tropię skyry w sklepach w całej Europie, kupuję, konsumuję i porównuję. Pomyślałam więc, że zabawię się tym razem w prawdziwą influenserkę i przedstawię Wam moją listę produktów skyropodobnych. A raczej: moje siedem grzechów głównych.

IMG_20170409_144823.jpg

Skyr.is od MS Iceland Diaries

img_20170408_132602.jpg

Niewinność straciłam z produktem od MS Iceland Dairies: Skyr.is. W niektórych kulturach stracie dziewictwa towarzyszą różnego rodzaju rytuały, a w moim islandofilskim porządku nie mogło być inaczej. Cały proces wtajemniczenia zorganizowałam starannie i bez uchybienia tradycji. Poszłam do najbliższego Bónusa, rzuciłam się do działu z jogurtami i przez 10 minut kontemplowałam półkę ze skyrami, wpatrując się w nią jak w ołtarzyk. Wiele plastikowych pojemników różnego kształtu i rozmiaru liczyło na to, że to właśnie z nim przeżyję swój pierwszy raz. Ale mój wybór padł na Skyr.is, bo opakowanie wydawało mi się najmilsze estetycznie. Liczy się wnętrze – mówią, ale oprawa też. Do koszyka wrzuciłam kilka smaków: gruszkowy, naturalny, nie mogło zabraknąć też klasycznego jagodowego. Do zbliżenia nie doszło jednak pierwszej nocy, bo trzeba było się do tego momentu przejścia odpowiednio nastawić. Zrobiliśmy to na wycieczce, żeby potem móc wspominać z perspektywy młodzieńczego szaleństwa i zapachu mokrego mchu przy krajowej Jedynce. Zatopiłam plastikową łyżeczkę w skyr gruszkowy i zatraciłam się w rozkoszy zmysłów. Z każdą następną przyjemność rozpływała się po moim ciele: od języka, przez podniebienie, gardło, aż do brzucha, platońskiego ośrodka żądzy. Takich pierwszych razów się nie zapomina!

Ísey Skyr

Podobny obraz

Kiedy człowiek raz zazna rozkoszy, to trudno mu się powstrzymać przed kontynuacją. Często jeszcze wracałam do Skyr.is, ale zapragnęłam czegoś nowego – nowych doznań, nowych smaków. Wróciłam więc do świątyni rozpusty zwanej Bónusem i sięgnęłam po następny z dostępnych produktów: Ísey Skyr. Choć do pierwszego wybranka zawsze mamy emocjonalny stosunek i dziecinny sentyment, nie lubimy oszukiwać samych siebie, że dał nam największą przyjemność. Ísey jest delikatniejszy, choć w Skyr.is lubiłam to, że czasem bywa słodki, jak gruszka, a czasem z odrobiną pikanterii, jak wanilia. Najbardziej w Ísey lubię natomiast jego rozmiar: kompaktowe opakowanie o prostym, tradycyjnym kształcie, zmieści się wszędzie bez problemu. Można je sobie na przykład poustawiać jeden na drugim na półce w lodówce i mieć dostęp w każdej chwili. Choć cena nie gra roli, wydaje mi się, że Ísey jest nieco tańszy, a jednocześnie niewiele gorszy od tego pierwszego.

Arla

Znalezione obrazy dla zapytania skyr arla

Po wyjeździe z Wyspy brakowało mi tych uzależniających doznań. A jak człowiekiem miotają żądzę, daje się ponieść emocjom, traci rozum i decyduje się nawet na najgorszy krok: wybiera produkt skyropodobny duńskiej firmy Arla. Islandczycy od dawna przypominają Europejkom (i Europejczykom), gdzie kipi źródło wikińskiego zdrowia i energii, ale ich skandynawscy bracia nie dają za wygraną i robią wszystko, by Wyspiarzom dorównać. Tak powstał skyr firmy Arla, dość popularnej na świecie, stąd jej produkty są łatwiej dostępne niż oryginalne skyry z Islandii. A więc i z nimi zdarzyło mi się zgrzeszyć. I to nie raz. Rok w Szwecji zrobił swoje, o podrabiane skyry było łatwo, wystarczyło wejść do sklepu i wybierać… Malinowe, czekoladowe, waniliowe, zdarzały się nawet jagodowe. Będąc w potrzebie, bierzemy wszystko, co dają. Czasem nie zastanawiamy się, czy warto, a następnego dnia budzimy się z moralnym kacem. Robimy rachunek sumienia, obiecujemy poprawę, ale szybko wracamy na złą drogę.

Løgismose Økologisk Skyr

Znalezione obrazy dla zapytania logismose skyr

Najbardziej wstydzę się chyba tych jednorazowych podróży do Kopenhagi. Że to uzależnienie, które nazwać już można było chorobą, kazało mi uprawiać skyrturystykę. Już pokonując Most nad Sundem po raz czułam, że gwarantuje sobie miejsce w drugim kręgu dantejskiego piekła. Że ten wiatr, który uderza w okna autobusu przekraczającego granicę szwedzko-duńską, wkrótce będzie rzucał moją potępioną duszą jako wieczna kara za to, że zgrzeszyłam zmysłowością. Tak kończą ci niestali w uczuciach – ci, którzy jadą do Danii zaopatrzyć się w alkohol i udawany skyr. Arla przynajmniej imitowała islandzki produkt podobnym opakowaniem, ale Løgismose nawet nie sprawiał pozorów. Wiedział, że kupi to każda naiwniaczka, której tęsknota za doznaniem każe zgodzić się na każdy wariant, nawet ekologiczny…

N.N.

Bez tytułu

Tego razu nawet dobrze nie pamiętam… Nie znam nawet jego imienia… Mówił, że jest słodki, ale nie miał w sobie ani grama cukru. Mówił, że jest prawdziwy, oryginalny, z Islandii, ale jego akcent zdradzał co innego… Mieszał się w zeznaniach. A ja topiłam w nim smutki po innych. Dobrze udawał, smakował niemal tak, jak inne jagodowe. Ten błąd więcej się nie powtórzył.

Skyr od Danone

Znalezione obrazy dla zapytania skyr danone

Ale choć po tamtym razie nauczką było zapamiętywać szczegóły i nie oddawać się przyjemności z byle kim, nie oznaczało to powrotu na dobrą drogę. Wakacyjny gorąc rozpalił zmysły i przywrócił dawne pragnienia. Francuz nawet nie udawał. Od razu podkreślał, że nie jest taki, jak prawdziwe skyry. Mówił, że tylko się nimi inspiruje, że to taka ogólnoświatowa akcja od Danone. Ale nic tak nie boli jak zdrada z Galem. Jak mogłaś to zrobić z Galem? A zdradziłam nie z jednym, a z całym taborem. Bo w zgrzewce były 4 sztuki, wychodziło taniej. W ramach pokuty nie jadłam go łyżką, tylko bretońskimi ciastkami, bo francuska podróba nie gwarantuje plastikowego narzędzia. To właśnie po tym można rozpoznać wszystkie farbowane lisy; te islandzkie, prawdziwe, oryginalne skyry zawsze mają łyżeczki. Na wszelki wypadek, gdybyś chciał to zrobić niezapowiedzianie: w lesie, w drodze powrotnej ze szkoły, albo po prostu w domu gdy nie chce ci iść do kuchni po łyżkę. Islandzka jakość zawsze dba o zabezpieczenie. A z innymi trzeba sobie czasem radzić brudnym palcem.

FruVita

Bez tytułu.jpg

Ale można upaść niżej. Nadchodzi taki moment uzależnienia od islandzkiego skyru, że już nawet się nie oszukujemy. Nie ma nas na Islandii, a w Biedronce za rogiem zawsze znajdziesz Skyr firmy Fruvita. Choć wiesz, że najwięcej ze skyru ma tylko w nazwie, bo nigdy nawet nie stał obok prawdziwego, bierzesz to, co jest. Nie ma tu już miejsca na uczucia, na przywiązanie, nie wmawiasz sobie, że coś z tego będzie. Nawet nie planujesz udawać, że ci się podobało. Bierzesz go i po fakcie przechodzisz do codzienności. Ze świeżymi owocami i płatkami owsianymi smakuje najlepiej, bo dodatki maskują wszelkie niedoskonałości. Wielkim pocieszeniem jest jego cena, dostępność i to, że możesz go jeść z prawdziwymi owocami, a nie jakimiś mrożonkami z Hiszpanii lub wyhodowanymi w geotermalnej szklarni bananami. Najlepiej sprawdzają się jednak te naturalne, bo wersje owocowe są bardzo podejrzane. Z pozoru niby wszystko ok, bo kiedy odkrywasz wieczko to spotykasz znaną ci konsystencję, a nawet i kolor. Ale skyr chełpiący się nazwą jagodowego czy malinowego to po prostu naturalny z dodatkiem owocowej papki. Co daje efekt mniej więcej taki, kiedy nad polskim morzem bulisz 15 zł za gofra z bitą śmietaną i owocami, a dostajesz zeszłoroczną frużelinę. FruVita – frużelina. I wszystko jasne. Nikt nie lubi sztucznych.

Piątnica

46482190_2177151182500867_7339004626642927616_n.jpg

Dla każdego grzesznika jest jednak nadzieja, jak w tym słynnym przykazaniu o islandzkich owieczkach. Nie szukałam w Polsce prawdziwego skyru, ale on znalazł mnie. To znaczy prawie, bo daleko mu do moich islandzkich wybranków. To produkt Piątnicy sprawił, że wczoraj zamiast marznąć na dworze, marzłam w sklepowej chłodni. Przebierałam w smakach proponowanych przez podlaską firmę. Większość z nich nawiązuje do oryginału: naturalny, jagodowy, truskawkowy, waniliowy. Ale jest też i nowość dla mnie, mianowicie smak brzoskwiniowy. Nic to jednak w obliczu niepowtarzalnych kombinacji obecnych na rynku islandzkim: kokos, rabarbar, banan, jabłko… Ale tu jest Polska, tu nie ma oryginalnego skyru. Ten od Piątnicy daje jednak najbliższą namiastkę moich pierwotnych doznań. W dodatku jest bardziej ekonomiczny: dziesięć sztuk kosztuje tyle, co jeden islandzki. Więc wzięłam dziesięć właśnie.

Więcej grzechów nie pamiętam. Żadnego nie żałuję.

I pamiętajcie: jest jeden skyr.

Polskie wątki w Reykjaviku

O tym, że na Islandii żyje wielu Polaków, nie trzeba nikomu przypominać.

Akcje polonijne oraz najróżniejsze stowarzyszenia i instytucje zrzeszające Polaków na Wyspie mieszczą się głównie w Reykjaviku, ale nie o nich będzie dzisiaj mowa. Prezes Klubu, Emiliana Konopka, wybrała się na Islandię w – jeśli tak to można nazwać – podróż służbową, bo w stolicy udało jej się odwiedzić miejsca i spotkać z ludźmi, z którymi Klub planuje zacieśnić współpracę w tym roku.

Uczyć się polskiego na Islandii

Pierwszym zadaniem Emiliany było wystąpienie na Uniwersytecie w Reykjaviku w gronie studentów uczących się języka polskiego. Podobne spotkanie odbyło się niecały rok temu, kiedy to Islandczycy zapoznali się z działalnością Studenckiego Klubu Islandzkiego i zostali zaproszeni do wspólnego projektu zakładającego tandem językowy. Pomysł podstawowych rozmówek polsko-islandzkich powrócił także podczas drugiej wizyty na Háskóli Íslands, bo kurs języka polskiego rozpoczęła grupa nowych studentów. Po zaprezentowaniu działalności SKI mowa była również o projektach na nowy rok, w tym związanych ze wspólnym świętowaniem 100. rocznicy odzyskania niepodległości naszych krajów.

dav

Skarby polskiej literatury w jednym miejscu

Drugim przystankiem w reykjawickiej peregrynacji Emiliany była Biblioteka Polska mieszcząca się w budynku Ambasady RP w Reykjaviku. Prowadzi ją kobieta-orkiestra, Monika Sienkiewicz, która jest także dyrektor Szkoły Polskiej w Reykjaviku oraz nauczycielką języka polskiego na Uniwersytecie. Ta działalność, w którą zaangażowani są jeszcze inny polscy nauczyciele, pozwala polskim dzieciom na kontakt z językiem zarówno oprzez zajęcia sobotnie, jak i możliwość wypożyczenia książek sprowadzanych z Polski. W zbiorach biblioteki znajdziemy głównie tytuły adresowane do młodzieży, literaturę popularnonaukową, skandynawskie kryminały, ale też lektury szkolne oraz słowniki i encyklopedię, a także bogaty zbiór filmów polskich i czasopism. Monika zdradziła mi, że zainteresowanie biblioteką jest duże i dzieci tłumnie wypożyczają książki. Można tu znaleźć nawet naszą publikację!

davsdrsdr

Nowy Ambasador Polski na Islandii

Najważniejszym punktem wycieczki była jednak Ambasada RP, znajdująca się pod biblioteką. Jak się okazało, Emiliana miała wielkie szczęście, bo udało jej się spotkać z nowo-obranym Ambasadorem, panem Gerardem Pokruszyńskim. Pan Ambasador sam ucieszył się na spotkanie, bo czytał o naszym Klubie i chciał się z nami skontaktować. Tym sposobem obie strony potwierdziły chęć nawiązania współpracy, a SKI ma na ten rok kilka naprawdę ambitnych pomysłów, więc nie pozostaje nam nic jak cieszyć się na wsparcie i poparcie ze strony samego Pana Ambasadora. O naszych projektach będziemy informować w swoim czasie, na razie możemy zdradzić tylko tyle, że Projekt 1918-2018 będzie miał na celu zacieśnienie współpracy studenckiej obu krajów przy okazji 100. rocznicy odzyskania niepodległości obu państw – Polski w listopadzie, a Islandii w grudniu. Trzymajcie kciuki, bo czeka nas wielkie przedsięwzięcie!

Wychodzi więc na to, że postanowieniem SKI na nowy rok jest poszerzenie granic swojej działalności. Nie będziemy promować Islandii tylko w Warszawie, ale także będziemy mieli okazję do promocji Polski w Reykjaviku!

Ta ten post został napisany dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Piknik z Polka Bistro w Reykjaviku

Przebywająca od kilku dni w Reykjaviku Emiliana Konopka miała okazję wzięcia udziału w polonijnym wydarzeniu współorganizowanym przez Polka Bistro i Stowarzyszenie Polonii Islandzkiej. W niezwykle słoneczną niedzielę grupa Polaków mieszkających w stolicy Islandii miała szansę zebrać się w celu smakowania sztuki oraz polskiej kuchni. To drugie za sprawą Polka Bistro, jednodniowej restauracji pop-up, która przy różnych jednorazowych okazjach dopieszcza polskie (i islandzkie) żołądki domowymi specjałami. Tym razem, podczas pikniku w parku przy Muzeum Einara Jónssona, serwowano kiełbasę z grilla, wegetariańską pomidorówkę oraz szarlotkę.

Po lekturze “Polacy na Islandii. Rekonstrukcja przestrzeni obecności” byliśmy ciekawi, jak to z Polonią islandzką jest naprawdę. Już dwa lata temu zaprosiliśmy autorkę książki, dr Małgorzatę Budytę-Budzyńską na spotkanie, podczas którego próbowaliśmy odpowiedzieć na pytanie Jak żyje się Polakom na Islandii? W książce Budyta-Budzyńska analizuje proces integracji Polaków i ich asymilacji na Wyspie; ze względu na młody status islandzkiej Polonii oraz przede wszystkim dorobkowy lub zarobkowy charakter ich emigracji, wielu Polaków wcale nie odczuwa potrzeby poszukiwania kontaktu z rodakami na Wyspie. Najczęściej pozostają przy małych grupach, takich jak rodzina czy grupa przyjaciół, z którymi przyjechali, lub których ściągnęli na Wyspę. Bardzo trudno jest, szczególnie w przypadku imigrantów najświeższych, tj. przybyłych na Islandię w ostatnich latach, o zainteresowanie ich udziałem w polonijnych wydarzeniach. Organizacje i projekty animujące naszych rodaków na Wyspie nie cieszą się imponującym zaangażowaniem, a mimo to niektóre z nich działają na Islandii już od wielu lat. Jednym z takich ugrupowań jest właśnie Stowarzyszenie Polonii Islandzkiej, której obecnym prezesem jest Witold Bogdański,  przebywający na Wyspie od 32 lat.

IMG_20170709_143837.jpg

To właśnie dzięki panu Bogdańskiemu grupa zainteresowanych mogła wziąć udział w bezpłatnym oprowadzaniu po Muzeum Einara Jónssona. Jako licencjonowany przewodnik po Islandii, pan Witold wprowadził nas w historię miejsca, zwracając uwagę na to, że budynek Muzeum jest najstarszym w okolicy; gdy go budowano (1916 rok), nie było jeszcze ani pomnika Leifura Erikssona, ani słynnej Hallgrímskirkja, które dzisiaj są zdecydowanie bardziej charakterystycznymi punktami w centrum miasta. Sam budynek Muzeum był początkowo domem oraz pracownią artysty, który pod koniec swojego życia przekazał swój dobytek miastu.

W środku możemy zastać kolekcję gipsów w niemal niezmienionym układzie, czyli tak, jak pozostawił je artysta. Do zbiorów muzeum należą również obrazy, szkice i rysunki Einara Jónssona, a także fotografie dokumentujące zmieniający się krajobraz tej części Reykjaviku. Na uwagę zasługuje szczególnie najwyższe piętro, w którym zachowano część mieszkania artysty z umeblowaniem, biblioteką oraz świetnym widokiem na plac z pomnikiem Leifa Erikssona.

IMG_20170709_150158.jpg

Doskonałym uzupełnieniem kolekcji Muzeum jest zbiór brązowych rzeźb, których gipsowe modele oglądaliśmy w środku. Najsłynniejsze realizacje Einara Jónssona można oglądać również w innych punktach miasta; jego dłuta jest chociażby statua Ingólfra Arnarsona stojąca nieopodal Harpy, czy stojąca przy cmentarzu najsłynniejsza rzeźba artysty, Wyjęty spod prawa.

Po oprowadzaniu mieliśmy okazję zamienić parę słów z przewodnikiem, a także rozkoszować się piękną pogodą. Oczywiście w towarzystwie intrygujących rzeźb, przegryzając domowej roboty ciasta i popijając je polskim Tymbarkiem 😉

Ta ten post został napisany dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Zupełnie Inny Świat – Islandia

Na fali promocji islandzkiego numeru Zupełnie Innego Świata, w którego tworzeniu braliśmy udział, zostaliśmy zaproszeni do wystąpienia podczas wieczorku promującego czasopismo. Redakcja poprosiła prezeskę SKI, Emilianę Konopkę – jako że już po raz drugi wybrała się na Islandię i przywiozła wiele nowych pomysłów – do wygłoszenia krótkiej prelekcji na wybrany temat. Wybrano słowo-klucz od Islandii i islandzkości. Narracja “Jednym słowem Islandia” była jednym z trzech wystąpień zaplanowanych na wieczór 30 maja w Południku Zero.

Na początek Andrzej Piotrowski, współpracujący z ZIŚ i koordynujący prace nas współudziałem członków Klubu Islandzkiego w tworzeniu marcowego numeru, opowiedział o tym, co najbardziej w Islandii go fascynuje, a co wiąże się także z jego ścieżką zawodową. Opowieść “Islandia okiem geologa” przybliżyła publiczności to, co drzemie pod Wyspą. Dlaczego jest ona tak wyjątkowa? Czy chodzi tylko o gejzery, wulkany, lodowce, pola lawy? A może o to, że to jedyne miejsce na Ziemi, gdzie granica dwóch płyt tektonicznych widoczna jest gołym okiem (choć Andrzej Piotrowski podkreślał, że nie jest prawdą, że na Islandii jedną stopą stoi się w Europie, a drugą w Ameryce Północnej ;))? A może też o to, że Islandczycy w ekspresowy sposób radzą sobie z konsekwencjami wybuchów wulkanów i powodziami lodowcowymi (o czym możecie poczytać w tekście jego autorstwa w Zupełnie Innym Świecie).

Drugie wystąpienie należało do Pauliny Pilch i Joanny Mostowskiej z Islandii na nartach, które odbyły pierwszy kobiecy zimowy trawers Islandii. Więcej o tej szczególnej wyprawie dziewczyny opowiedzą już 20 czerwca, teraz bardzo ogólnie opowiedziały o swoich doświadczeniach z przewędrowania ponad 400 km przez Islandię, od Akureyri po południowe wybrzeże Wyspy. Ich opowieść spotkała się oczywiście z największym zainteresowaniem publiczności, pytań o ekwipunek i warunki pogodowe nie brakowało 😉

Jednym słowem Islandia

Wieczór islandzki zamknęła Emiliana Konopka z “Jednym słowem Islandia”, czyli autorską próbą odnalezienia islandzkiego hygge. Czy Islandczycy mają słowo, które najlepiej ich opisuje? Emiliana szukała różnych słów definiujących Islandię i Islandczyków, pytała ludzi związanych z Wyspą i mieszkających tam. Zebrane określenia zaprezentowała w formie islandzkich tłumaczeń na tle zrobionych przez siebie zdjęć. Oczywiście nie udało się znaleźć jednego słowa, ale najbardziej oddającym mentalność Islandczyków okazuje się chyba Þetta reddast, czyli jakoś to będzie!

Slajd4

unikatowa, niepowtarzalna – taka Islandia jest dla samej Emiliany

Slajd9

piękna – taka Islandia jest dla Sóley

Slajd12

przestrzeń – z tym Islandia kojarzy się wielu osobom

Slajd13

izolacja (dosł. smutek samotności), czyli o kwintesencji bycia Wyspą

Slajd20

Þetta reddast! – jakoś to będzie! To rozwiązanie każdego problemu, od wybuchu wulkanu, przez kryzys finansowy, po przeciwności życia codziennego 😉

*wszystkie tłumaczenia są robocze. Emiliana dopiero od niedawna uczy się islandzkiego. Za wszelkie błędy przepraszamy!

Ta ten post został napisany dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Zapiski z (pierwszej) podróży na Islandię

W dniach 5-16 kwietnia nasza prezeska, Emiliana Konopka, miała okazję po raz pierwszy (sic!) pojechać na wymarzoną Ultima Thule. Jej przygotowania i perypetie z podróży mogliśmy śledzić na utworzonej specjalnie na okazję wyjazdu stronie Utulę Thule.

Emiliana miała dużo szczęścia, bo dzięki znajomościom Klubu nie wybierała się na Islandię z poczuciem, że będzie tam kompletnie sama. Przede wszystkim jej 1,5-tygodniowy wyjazd okazał się znakomitym sposobem do zawarcia wielu nowych znajomości z Polakami mieszkającymi na Islandii, a także na spotkanie się z tymi, których od dłuższego czasu Klub Islandzki znał tylko z wymiany mailowej.

Pierwszym i bardzo ważnym przystankiem w islandzkiej podróży Emiliany było spotkanie ze studentami Uniwersytetu w Reykjaviku, zaaranżowanym przez Monikę Sienkiewicz. Jak się okazuje, na Uniwersytecie istnieje dość silna grupa Islandczyków i imigrantów chcących uczyć się języka polskiego! Jak opowiadała mi przy kawie w stołówce uniwersyteckiej, chęć nauki tego “egzotycznego” dla Islandczyków języka wziął się przede wszystkim z tego, że Polacy są bardzo zauważalni na Wyspie. Stąd większość jej kursantów zdecydowała się na zapoznanie z językiem ich partnerów, kolegów z pracy czy przyjaciół. Kiedy weszłam już na ich zajęcia, zobaczyłam przed sobą głównie młode twarze, i to całkiem sporo! Monika uprzedzała mnie, że zajęcia nie są obowiązkowe, a Islandczycy niekoniecznie czują się zobligowani do udziału w dodatkowych wydarzeniach (choć specjalnie zaaranżowała spotkanie w czasie zajęć, na które zapowiedziany był test – z nadzieją, że przyjdzie ich jak najwięcej :)). Podobnie Monika przestrzegła mnie, że Islandczycy nie są skorzy do odpowiadania na pytania czy jakiejkolwiek interakcji. Jak się potem okazało, myliła się!

Miałam okazję przedstawić się (swoim łamanym islandzkim) przed grupą co najmniej kilkunastoosobową, a potem dochodzili jeszcze spóźnieni uczniowie (podobno to też jest dość normalne, że kursanci zaczynają się schodzić tak od 5. minuty zajęć). Już po angielsku, zaprezentowałam im działalność Klubu za pomocą prezentacji i zdjęć, potem dużo opowiadałam o naszych najfajniejszych dokonaniach. Okazało się, że byli bardzo zainteresowani, ale też zdziwieni. Po co w Warszawie taka organizacja, pytali. Szczególnie rdzennym Islandczykom trudno było uwierzyć, że ktoś chce interesować się ich dalekim krajem w Polsce. Nie wierzyli też w to, że wielu Polaków po prostu marzy o przyjeździe na Islandię, niekoniecznie w celach zarobkowych czy czysto turystycznych. Nie tyle chętnie odpowiadali na moje pytania, co zadawali własne, bardzo trudne! Jedna z kursantek poprosiła mnie, abym określiła Islandię jednym polskim słowem. Przyznam, że było to naprawdę trudne! W końcu powiedziałam “niepowtarzalna”, co nie było wcale takie łatwe do przetłumaczenia na angielski, bo uznaliśmy, że “unique” to jednak nie jest to samo. Pytająca stwierdziła, że dla niej Islandię można określić słowem “cicha”. I nawet mieszkający tu od urodzenia się z tym zgodzili.

sdrdav

W następnej kolejności Emiliana spotkała się z Piotrem Mikołajczakiem, współautorem książki “Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii”, której opis i recenzję możecie przeczytać tutaj. Sama książka, którą udało mi się przeczytać w trakcie lotu z Warszawy do Keflaviku, była świetnym punktem wyjścia do rozmowy o Islandii jej postrzeganiu. Piotr i Berenika, zwiążani z różnymi krajami skandynawskimi i mający wiele wspólnego z turystyką, postanowili stworzyć cykl postów na prowadzonego przez nich bloga IceStory. Z idei postów relacjonujących ich podróże po Wyspie i rozmowy z mieszkańcami tytułowych opuszczonych miejsc zrodziła się ostatecznie cała książka, która nie jest jedynie opowieścią o miejscach, ale przede wszystkim o ludziach. Jak mówił mi Piotr, Islandia znacznie zmieniła się w ciągu ostatnich lat. Rozwijający się sektor turystyczny doprowadził do zmian nie tylko stylu życia (np. trudności w wynajęciu mieszkania w Reykjaviku), jak i samych Islandczyków: wielu z nich chciwie próbuje zarobić na zaistniałej sytuacji na wszelkie sposoby. Nie brakowało jednak w naszej rozmowie refleksji nad skutkami tak wielkiego napływu turystów, jak i zmian w przyrodzie Islandii. O uciążliwych turystach rozmawiałam z Islandczykami i Polakami na Wyspie wielokrotnie i zawsze rozmowa sprowadzała się do dwóch rzeczy: masowego wypróżniania się na łonie przyrody oraz postępującego zawłaszczania centrum Reykjaviku przez usługi hotelarskie i sklepy z pamiątkami.

Spotkanie z Piotrem było dla mnie niezwykle inspirujące. Nie tylko opowiedział mi o swojej Islandii, a ja w wielu miejscach mogłam przyznać mu rację, ale też zabrał mnie na krótką wycieczkę do Reykjaviku. Podjechaliśmy pod Höfði, uroczy dom nad brzegiem oceanu, w którym to Gorbaczow i Reagan spotkali się w 1986 roku, by zakończyć Zimną Wojnę, a także galerię Tollego Morthensa, malarza, brata słynnego Bubbiego. Byliśmy też w Hallgrímskirkja, najbardziej rozpoznawalnym kościele Reykjaviku, oraz w muzeum Einara Jónssona, pierwszego rzeźbiarza miasta i autora największej liczby pomników w Islandii.

IMG_20170407_104201.jpg

Ważnym dla mnie spotkaniem w Reykjaviku było także to z udziałem grupy Polaków mieszkających na Wyspie do kilku, czy nawet kilkunastu lat. Należała do nich Olga Knasiak, autorka bloga Polka na Islandii, na którym opisuje codzienność bycia matką na Islandii, choć podczas naszego piątkowego spotkania w KAFFI VÍNYL przy Laugavegur przyznała, że szalenie cieszy ją wyrwanie się z domu na lampkę wina 😉 To właśnie dzięki Oldze, która zorganizowała nasze piątkowe spotkanie, miałam okazję poznać Martę Niebieszczańską, szefową Iceland News Polska, prężnie działającego serwisu informacyjnego dla Polaków na Islandii. Z tą pełną energii i naprawdę niezwykłą osobą miałam okazję przejechać się na obrzeżach Reykjaviku jeszcze w dniu mojego wyjazdu do Polski. Na szybko pokazała mi miejsca, do których nie dotarłam sama, w tym uroczą Grottę czy dzielnicę willi i dom Björk. Marta i Olga oraz ich przyjaciele, jako imigranci na stałe już wrośnięci w społeczeństwo islandzkie, opowiadali o sytuacji Polaków na Islandii, o ich wzajemnych relacjach i działaniach, które mają zrzeszać ich na obczyźnie. – Dzisiaj jest inaczej, niż lata temu. Młodzi imigranci nie potrzebują takich działań – opowiadała Marta. Rozmawiałam z wieloma Polakami na Wyspie, z różnym stażem i doświadczeniami; miałam wielkie szczęście poznawać jednak głównie takich, którzy naprawdę starali się asymilować z islandzkim społeczeństwem, poznawać język i ludzi. Bardzo cieszę się na działania środowisk takich jak Iceland News Polska czy Projekt Polska, bo usprawniają one też kontakt między Polską a Islandią i są niezwykle ważne dla działań Klubu Islandzkiego 🙂

IMG_20170408_002442.jpg

Kolejne cenne rozmowy miały miejsce już w Akureyri, gdzie spotkałam się z Agnieszką Jastrząbek, która występowała na naszej zeszłorocznej konferencji z tematem o kuchni islandzkiej. I tak się akurat złożyło, że to właśnie u Agnieszki miałam okazję zapoznać się z rodzimymi przysmakami po raz pierwszy na Wyspie. Agnieszka przygotowała mi degustację kilku specjałów, które – w odróżnieniu od słynnego hákarl czy svið, baraniej głowy – są konsumowane przez Islandczyków w ramach diety codziennej. Miałam więc okazję spróbować hatbrauð, czyli słodki chleb islandzki, który – posmarowany pysznym islandzkim masłem – świetnie komponował się z hangiálegg, szybką z baraniny. Druga wersja kanapki składała się z soðið brauð, pieczywa przypominającego pączka z ziołami, oraz mysingur, topionego brązowego sera, który w smaku przypominał solony kajmak. A do tego wielkanocne słodkości i rodzynki w czekoladzie.

Po degustacji Agnieszka zabrała mnie do centrum Akureyri, aby pokazać mi, gdzie pracuje. Była to najpiękniejsza kawiarnia w mieście, Bláa Kannan, rozpoznawalna po niebieskiej wieżyczce, pysznych ciastkach (na zdjęciu sara) i miłej obsłudze 😉 Następnego dnia spotkałam się z Martą Majdą, która – jak się okazało – również pracowała w tej kawiarni, a nawet islandzka telewizja nakręciła o niej materiał, w którym możecie podziwiać rysunki na kawie autorstwa Marty. Marta poczęstowała mnie innym islandzkim daniem, czyli plokkfiskur, zapiekanką z rybą, cebulą i beszamelem. Zarówno dzięki Marcie, jak i Agnieszce, miałam możliwość zapoznać się z realiami życia codziennego w Akureyri oraz sytuacji Polek dzielących swoje życie z Islandczykami. Ich obecność przy kuchennym stole była też dla mnie jedną z niewielu okazji na szczerą rozmowę o turystach czy innych sprawach, które – jak dotąd mi się wydawało – stanowiły dla Islandczyków tabu.

W ramach mojej islandzkiej wyprawy zatrzymałam się także w Kirkjubæjarklaustur na południu Islandii, aby odwiedzić Agnieszkę Weronikę Majkę. Majka uczy islandzkie dzieci plastyki, ale w wolnym czasie robi zdjęcia i maluje. Akurat następnego dnia po moim pobycie w Kirkjubæjarklaustur miała otwierać się wystawa jej prac zatytułowana “Absinthe – Northern Lights”.  To było naprawdę fajne spotkanie przy kawie i polskich Michałkach, gdzie mogłam poczuć zbliżające się święta Wielkanocne – Majka akurat pomalowała już jajka. Sama spędziłam Wielkanoc w przemiłym towarzystwie już w Reykjaviku.

img_20170416_110841.jpg

Na koniec spotkałam się z Agnes Gabríeludóttir, która dołączyła do Studenckiego Klubu Islandzkiego w ubiegłym roku stając się pierwszą niestacjonarną osobą stowarzyszoną SKI z Reykjaviku 🙂 Agnieszka przygotowuje dla nas internetowy kurs języka islandzkiego, którego pierwszą lekcję możecie zobaczyć tutaj. Agnieszka opowiadała mi o studiach w Reykjaviku, bo ukończyła tutaj filologię islandzką. Piłyśmy kawę w knajpie Babalú przy Skólavörðustígur, do której chętnie przychodziła w czasach studenckich. – Kiedyś było tu bardzo spokojnie, słyszało się niemal wyłącznie język islandzki. – powiedziała. – A teraz, sama widzisz. Wokół nas siedzą sami turyści. 

Jak wygląda Islandia w kwietniu? Przede wszystkim turyści napływają, ale nie ma ich jeszcze tak wielu. Krajowa jedynka przejezdna, główne atrakcje da się jeszcze sfotografować bez konieczności czekania, aż głowy gapiów znikną z kadru. Na pewno w ciągu niespełna dwóch tygodni nie udało mi się zwiedzić Islandii naprawdę, ale jedno jest pewne: nie zawiodłam się. Islandia przyciąga jak magnes, o tym mówiło mi wiele osób. I na pewno wkrótce tam wrócę.

Dziękuję wszystkim polskim elfom, bez których mój wyjazd na Islandię nie byłby taki udany! Takk fyrir i do zobaczenia!

IMG_20170415_080915.jpg

Ta ten post został napisany dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Islandczycy to nie kosmici

Dzisiaj w ramach festiwalu “Ultima Thule – na krańcu świata” w warszawskim Iluzjonie mieliśmy okazję spotkać naszych opiekunów – dr. Włodzimierza Karola Pessela i dr. Romana Chymkowskiego w swoich żywiołach. W panelu dyskusyjnym “Islandia okiem przybysza” wypowiadali się jako nasi lokalni specjaliści od Islandii (redaktorzy pierwszej w Polsce publikacji poświęconej Islandii ). Gośćmi spotkania byli także Christof Wehmeier oraz Steven Meyers, członkowie Icelandic Film Center, choć “przybysze” na Islandii. Wszyscy czterej w dyskusji prowadzonej przez dr. Sebastiana Jakuba Konefała opowiadali o swoim spojrzeniu na Islandię.

12837468_594837663997880_194692337_o

Punktem wyjścia do dyskusji był artykuł, w którym przedstawiano zwariowane stereotypy na temat Islandii. Zamiarem prowadzącego było zbicie tych stereotypów. Pierwszy z nich dotyczył kolejek na Islandii; wydawałoby się, że w kraju takim jak Islandia kolejek się nie spotyka, bo gęstość zaludnienia wynosi 3 osób/km² (w Reykjaviku 435 os./km²), a kraj ten nie ma “kultury kolejek”, jak na przykład my doświadczeni PRLem. Dr Pessel powiedział, że widział jednak kolejkę na Islandii raz – i było to na lotnisku. Faktycznie, przy zwiększającym się ruchu z i na Islandię oraz fakcie, że podobno większość lotów międzynarodowych jest w tych samych godzinach, sznurek Islandczyków może powstać. Ale to jednak wciąż rzadkość. Z kolei dr Chymkowski odniósł się do stereotypu dotyczącego kobiet – według ogólnego przekonania piękniejsza połowa społeczeństwa islandzkiego ma wygląd “wikińskiej baby” – o germańskim typie urody, ale niezbyt urodziwej. Chymkowski zbił stereotyp, jakoby wszystkie Islandzki wyglądały tak samo cytując redagowaną przez siebie publikację, w której autor opowiada o różnych korzeniach społeczeństwa islandzkiego.

Na trzeci stereotyp, że “Islandczycy już od kołyski słuchają heavy metalu” odpowiedzieli goście z Islandii. Steven Meyers, który – jak sam określił – “wżenił się” w Islandię, powiedział, że jego, ale i wielu innych na wyspę przyciągnęła właśnie muzyka i bynajmniej nie był to heavy metal. Statystyczny miłośnik Islandii skojarzy prędzej Sigur Rós i Björk niż czołowe islandzkie zespoły heavy metalowe. Zresztą na Islandii słucha się różnych gatunków muzycznych; owszem – metal jest bardzo popularny (co widać w ostatnim filmie islandzkim Fusi), ale równie popularne jest także disco. Goście nie mogli też wspomnieć o muzyce ich młodości; Christof Wehmeier (pół-Islandczyk, pół-Niemiec, wprowadził się na Islandię w dzieciństwie) pamięta szał na punk rocka, ale także z opowieści rodziców streścił historię muzyki popularnej na Islandii. W dużym stopniu Islandczycy zawdzięczają rozwój rodzimej sceny muzycznej Amerykanom stacjonującym w Keflaviku, który w latach 60. zyskał nawet miano “Liverpoola Islandii” – za pośrednictwem tego miasta Islandczycy zapoznali się z Beatelsami i innymi ważnymi zespołami tego okresu. Steven powiedział także o popularności islandzkich coverów światowych przebojów – niemal każdy światowy hit miał swoją wersję islandzką z tekstem w tym języku. Nie zabrakło też odniesień do faktu, że Islandczycy uwielbiają muzykę do dziś – świadczy o tym popularność festiwalu Icelandic Airwaves oraz Eurowizji.

Na pytanie, co najbardziej zaskoczyło “przybyszów” na Islandii padały różne odpowiedzi. Roman Chymkowski wymijająco odpowiedział, że zwykło się przedstawiać Islandczyków jako dziwolągów i nawet polscy dyplomaci pytani o mieszkańców wyspy z zasady skupiają się na ich odmienności od mieszkańców kontynentu. Ale przecież – jak twierdzi Chymkowski – “Islandczycy to nie kosmici”. Z wypowiedzi jego rozmówców jednak wynika coś innego. Wszyscy zgodzili się, że Islandczycy ignorują kodeks drogowy; nie używają kierunkowskazów i jeżdżą tak, jak chcą, a co gorsza – piesi również chodzą tak, jak chcą i jeśli któryś z nich wpadnie pod koła samochodu, to zawsze kierowca ponosi za to winę. Ale oczywiście samochód to główny środek komunikacji i wystarczy wyjechać choć kilka kilometrów za miasto, by nie spotkać pieszego. Zresztą istnieje inny stereotyp – jeśli w interiorze spotkasz kogoś, kto idzie na własnych nogach, z pewnością musi to być Polak. Dr Pessel to potwierdził. Z kolei Steven Meyers mówił o odludnych miejscach; jeszcze w latach 90. wyjechanie za miasto wiązało się z brakiem żywej duszy na trasie: nawet nie widywało się samochodów, a tym bardziej pieszych.

12837517_594837657331214_984124589_o

Nie zabrakło też tematu pogody. “Oczywiście, że jest szalona!” przytaknął Wehmeier. Ale to, co w Islandii kocha, to białe noce. Włodzimierz Pessel wspominał swój pierwszy pobyt na Islandii, w towarzystwie pierwotnego składu SKI – wówczas zaskoczyła ich zorza polarna, której o tej porze roku miało nie być. A jednak była. Więc Islandia na wiele sposobów potrafi zaskakiwać. Również jeśli chodzi o styl życia. Christof Wehmeier mówił, że jako dziecko zauważył różnice pomiędzy sposobem wychowywania dzieci w Niemczech a w Islandii. “Tutaj dzieci mają więcej swobody, przestrzeni.”, powiedział.

Jak postrzegają Islandię inne narody? Dr Włodzimierz Pessel, specjalizujący się w kontaktach polsko-duńskich, ale także znający relacje duńsko-islandzkie, powiedział, że w tym przypadku trudno nie użyć tzw. “filtru postkolonialnego”. Jakby nie patrzeć, Islandia przez wiele lat byłą kolonią Danii i wiele od niej wzięła; samo pojęcie nacjonalizmu, który ostatecznie pozwolił Islandii uniezależnić się od wieloletniego okupanta, zostało zapożyczone od Duńczyków – przyjeżdżający do Kopenhagi studenci zachłysnęli się panującym tam wówczas romantyzmem. Z drugiej strony wiele kwestii ma swój początek na Islandii – także wyspiarska kinematografia zawdzięcza wiele Duńczykom: islandzcy twórcy kształcą się w kopenhaskiej szkole filmowej, wiele obrazów powstaje w koprodukcji z Danią. A jak sama Dania podchodzi do Islandii? Podobno 90% Duńczyków nie interesuje się dawną “kolonią”, a jednak w prasie wiele pisało się i pisze o wydarzeniach na wyspie.

Z kolei dr Roman Chymkowski opowiedział o polskich podróżach na Islandię. Ich początek sięga przełomu pierwszej i drugiej połowy XIX wieku, a pierwsza relacja należy do Edmunda Chojeckiego, który dla opisania nieznanej mu rzeczywistości posługiwał się określeniami znanymi, ale równie egzotycznymi. Stąd czytamy o koniach islandzkich podobnych dromaderom, o samotnych kościołach przywołujących meczety, o lodowcach jak pustynne piaski i o zrealizowaniu się na Islandii cnoty wolności (której figuracją miało być porównanie do wolnego beduina). W dyskusji nie zabrakło też reakcji drugiej strony, głównie do polskich imigrantów. Subtelne nawiązanie do tej sytuacji znajdujemy w filmach, ale wciąż brak jeszcze islandzkiego filmu o tej tematyce. Panowie z Icelandic Film Center liczą, że niedługo powstanie obraz komentujący powiększającą się liczbę mieszkańców innych nacji, ale też ras. Już teraz realny kształt przyjmują projekty budowy meczetu dla 50 uchodźców z Syrii i innych mieszkających już w Islandii muzułmanów.

Jak to więc jest z tymi Islandczykami? Czy to ludzie dziwni, inni, a może chcemy tak na nich patrzeć, bo sami trochę się na takich kreują? Nie zapominajmy o wierze w ukrytych ludzi i osobliwym podejściu do zabobonności oraz turystów. Wciąż jednak społeczeństwo to uczy się kontaktu z “obcymi”. A przybysz musi uzbroić się w cierpliwość i mnóstwo odwagi.

Ten post został napisany dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Elfy i krasnoludki

Za nami druga odsłona cyklu “Islandzkie Opowieści dla Dorosłych”. Tematem przewodnim spotkania 16 grudnia były stworzenia, bez których trudno byłoby wyobrazić sobie nie tylko islandzką kulturę – elfy i krasnoludy.  Choć dzieliła je z pewnością uroda (na korzyść tych pierwszych), to miały one ze sobą więcej wspólnego niż mogłoby się wydawać… Po mitologicznym świecie elfów i krasnoludów oprowadziła słuchaczy Emiliana Konopka.

10846497_10152598759342635_4881875881561995509_n

Na początku wysłuchaliśmy fragmentu Völuspy wyśpiewanej w języku islandzkim przez Annę Czepiel, która sama ułożyła melodię do tekstu (!). W tej pieśni pojawia się cały szereg imion, z których zdecydowana większość należy do karłów.

10836511_423566711124977_867868443_n

Ale możemy też usłyszeć imiona takie jak Gandalfr czy Vindalfr, które budzą skojarzenia z Alfami, zwanymi częściej elfami. Oba te rodzaje stworzeń pojawiły się na świecie w podobnym czasie. Istnieje nawet prawdopodobieństwo, że krasnoludy to po prostu inny, “ciemny” rodzaj elfów, ale o tym za chwilę…

Imion pada dużo, bo i krasnoludów żyje spora gromada. Rody karle mieszkają we wnętrzach gór i skał. Choć sami do atrakcyjnych nie należą, to potrafią tworzyć rzeczy wyjątkowo piękne.  Dzięki ich talentowi rzemieślniczemu powstały nie tylko atrybuty bogów, np. młot Thora, ale też przedmioty czysto ozdobne, których moc wcale nie była mniejsza. Jak dowiedzieliśmy się z mitu przeczytanego przez Paulinę Wisz, przekonała się o tym bogini Freya, silnie oczarowana Brisingamenem – błyszczącym naszyjnikiem wykonanym przez karły.

10872164_423566737791641_886175547_n
Z mitu wyłonił się obraz karłów, które nie lubią dawać nikomu wykonanych przez siebie skarbów, a jeśli już to robią, to za naprawdę wysoką cenę.  Stworzone przez Asów, choć na pewno nie na ich podobieństwo, krasnoludy były brzydkie, niskie, czasem garbate, kulawe, nawet podobne do zwierząt. Nie ruszą palcem, o ile nie mają w tym interesu, nawet jeśli będzie odgrywał się przed nimi Ragnarok – bitwa ostateczna. Całkiem inaczej niż waleczne krasnoludy znane z Tolkiena, które nawet przyjaźniły się z elfami. Choć w obu “wcieleniach” trudniły się kowalstwem i górnictwem. Miłośnicy fantastyki znają więc karły od dużo lepszej strony, tylko czy… prawdziwej?

Ludzka wyobraźnia nadała też wiele nowych cech mitycznemu pierwowzorowi elfów. Małe stworzonka o szpiczastych uszach ze świątecznych dekoracji nie przypominają stojącego wysoko w hierarchii rodu wysokich, pięknych, świetlistych i dumnych Alfów.  Snori Sturluson, autor Eddy prozaicznej, podzielił elfy na jasne, wymieniane wśród bogów, i ciemne, mieszkające pod ziemią. Możliwe, że tymi czarnymi elfami były właśnie karły. To by wyjaśniało pojawienie się w Voluspie ich imion obok siebie. Zaś te wspomniane bajkowe małe postacie nawiązują do wizerunku elfów w podaniach ludowych, gdzie opisywane są one jeszcze inaczej – jako ukryci ludzie. Małe, ale całkiem charakterne duszki, które podobnie jak ludzie lubią zabawę i tańce. Wychodzą ze swoich kryjówek w nocy, a jeśli natkną się wtedy na człowieka, sprawią, że ślad po nim zaginie. Nagradzają prezentami za postępowanie zgodne z ich życzeniem, a za obrazę potrafią rzucić urok. Islandczycy wiedzą, że nie warto z elfami zadzierać, dlatego uważają na te magiczne siły nawet przy tak ziemskich sprawach jak budowanie dróg.

10445128_10152598760747635_4458288410909446411_n

Po raz kolejny chcielibyśmy podziękować wszystkim przybyłym za wypełnienie sali po brzegi!
Zapraszamy na spotkanie o olbrzymach i olbrzymkach już 30 stycznia o godzinie 18:00 w tym samym miejscu 😉

Ten post został napisany dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.