Małe dziwactwa i spory skandal

autor: Alda Sigmundsdóttir
tytuł: Mała księga dawnych Islandczyków. O zwyczajach, tradycjach i przesądach
rok: 2020
wydawnictwo: Poznańskie
liczba stron: 250

Jeśli znane Wam jest już nazwisko Aldy Sigmundsdóttir, to albo jesteście wiernymi fanami Islandii sprzed lat, albo dowiedzieliście się o niej niedawno. Niezależnie od tego: warto znać jej książki.

Myślałam, że całkiem sporo wiem o kulturze Islandii. Tymczasem na horyzoncie pojawiła się Alda Sigmundsdóttir, która wywróciła mój stan wiedzy do góry nogami. No dobra, jej dotychczas jedyna książka dostępna w języku polskim, Mała księga Islandczyków (wyd. Innymi słowy, 2015), czyli 50 esejów o dziwactwach tego narodu, nie była szczególną wycieczką poznawczą. Co innego z kolejną częścią, czyli wydaną niedawno przez Wydawnictwo Poznańskie Małą księgą dawnych Islandczyków. To dopiero jazda bez trzymanki, bo nawet jeśli ktoś wie, że Islandczycy bywają dziwni, to nie zgadłby, że są tacy od dawna. I to jak!

Zdradzę tylko tyle, na ile pozwala opis wydawniczy.  Z Małej księgi dawnych Islandczyków dowiecie się między innymi o tym, jakie zastosowanie miały „patyczki czuwania”, czym jest “bogowanie przez okno”, albo o co chodziło ze wzdychaniem przed śmiercią. Takie i inne niecodzienne zwyczaje w niektórych częściach Islandii obowiązywały jeszcze o końca XX wieku! Dzięki Aldzie czytelnik może dopasować swoje wyobrażenie o współczesnym Islandczyku do etosu życia na wsi, które wynika z islandzkiej kinematografii. To bardzo ważne, że autorka wypełnia lukę między dobrze znaną epoką wikingów a czasami dzisiejszymi. To, co działo się na Islandii między średniowieczem a XIX wiekiem jest często pomijane w polskich pozycjach na ten temat, a trzeba przyznać, że to spory kawałek islandzkiej historii. Kolejny element układanki istotnej dla zrozumienia “islandzkiej duszy”, jak zgrabnie ujmuje to sama autorka.

Alda Sigmundsdóttir nie jest ekspertką z zakresu antropologii czy etnologii, co podkreśla na samym wstępnie. To cenna uwaga, bo wielu mamy na rynku ekspertów od Islandii pozbawionych tej cnoty skromności. Autorka Małej księgi… jest Islandką, jednak dorastała poza krajem, a wróciwszy do ojczyzny po latach, poznawała ją jakby na nowo, okiem cudzoziemca. Założyła bloga The Iceland Weather Report, na którym dzieliła się swoimi obserwacjami w języku angielskim, a z czasem zaczęła relację z przebiegu wielkiego kryzysu ekonomicznego. To doprowadziło to wydania pierwszej książki, a potem kolejnych. Każda charakteryzuje się swobodnym stylem dziennikarskim, a dość dowolnie ułożone eseje opisują pojedyncze, zdaniem autorki ważne uwagi, zagadnienia. Mimo popularnonaukowego charakteru tych krótkich tekstów, pisarka powołuje się na różne źródła, w przypadku Małej księgi dawnych Islandczyków głównie na Íslenzkir þjóðhættir Jónasa Jónassona oraz inne dzieła etnografów. Dzięki temu lektura jest wiarygodna, choć przetykana subiektywnymi ocenami i kąśliwymi uwagami od autorki.

Ja sama podczas lektury śmiałam się na zmianę z otwieraniem buzi ze zdziwienia. Czy naprawdę można było przypisywać ochronną funkcję głowie konia wetkniętej w stóg siana, jednocześnie bojąc się, że zalęgną się w nim myszy? Czy mogło istnieć aż tyle przesądów związanych z ciążą czy narodzinami dziecka? Wreszcie: czy gość przybyły w środku zimowej nocy pukając w okno nie straszył mieszkańców bardziej niż duchy, po których spodziewano się pukania w drzwi? Alda sama stawia te pytania, dowcipnie kwitując dziwaczne przekonania swoich przodków. Być może właśnie to, że autorka uważa się za obcą we własnym kraju, pozwala jej na chłodne i trzeźwe ocenienie dawnych zwyczajów. Tyle poświęconej uwagi i pasja, która sączy się z kolejnych kart Małej księgi… daje każdemu miłośnikowi Islandii okazję do poznania mieszkańców Ultima Thule z innej strony.

Tę książkę po prostu trzeba mieć na swojej półce.  Jest piękne wydana, choć polskie tłumaczenie, autorstwa Katarzyny Bażyńskiej-Chojnackiej oraz Piotra Chojnackiego​, miejscami pozostawia wiele do życzenia. Przeszkadzało mi między innymi określenie “ukryty lud” i “niewidzialni ludzie”, może dlatego, że przyjęło się już tłumaczenie huldufólk  na “ukrytych ludzi”. Niby drobiazg, a jednak powodujący zgrzyt. Wielokrotnie zastanawiało mnie również użycie anachronizmu “najmici” zamiast bardziej współczesnego słowa “najemcy”, oraz “warzucha”, którą najprawdopodobniej pomylono z “dzięgielem” (angeliką). Alda wspomina roślinę bogatą w witaminę C, którą jeszcze do niedawna jedzono dla zdrowia zębów i dziąseł.  Owszem, warzucha jest bogata w witaminę C, ale z moich źródeł wynika, że to właśnie angelika uchroniła Islandczyków przed szkorbutem.

Wreszcie trzeba przyznać, że Wydawnictwo Poznańskie poradziło sobie świetnie z pewnym skandalem. Warto bowiem nadmienić, że recenzowana tutaj pozycja nie pojawiłaby się w ofercie Wydawnictwa gdyby nie inna książka o Islandii, wycofana już zresztą z oficjalnej sprzedaży. Autorka tej książki była oskarżona o nadmierne inspirowanie się jej tekstami innych, co nagłośniła właśnie Alda zwracają uwagę, że również została poszkodowana. I faktycznie, muszę przyznać, że wiele z treści obecnych w Małej księdze dawnych Islandczyków brzmiało znajomo. Szczęśliwie polski czytelnik może zapoznać się z oryginałem, a nie jego wątpliwą kopią. Mam nadzieję, że na polskim rynku pojawią się też inne dzieła islandzkiej dziennikarki, bo po prostu są tego warte!

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Poznańskiemu.

Każdy ma jakąś bliznę

autor: Auður Ava Ólafsdóttir
tytułBlizna
tłumaczenie: Jacek Godek
rok: 2020
wydawnictwo:  Wydawnictwo Poznańskie
liczba stron: 216

W dużym skrócie powiem, że lektura książki była… bolesna.

Powieść, której główny bohater planuje popełnić samobójstwo to nie jest najlepsza lektura na izolację. W tej trudnej sytuacji wzrasta liczba chorych na depresję, a przymusowe siedzenie w domu czy w obecności toksycznego członka rodziny tylko pogłębia tragedię. Często sięgamy po książki po to, by uciec od własnych problemów. Szukamy lektur lekkich, przyjemnych, byleby zanurzyć się w innym, lepszym świecie. Tymczasem Wydawnictwo Poznańskie proponuje nam nowość reklamowaną takim cytatem z książki z Blizny Auður Avy Ólafsdóttir:

„Czy świat za mną zatęskni? Nie.
Czy świat beze mnie będzie uboższy? Nie.
Czy świat da sobie radę beze mnie? Tak.
Czy świat jest lepszy teraz, kiedy ja się na nim zjawiłem? Nie.
Co zrobiłem, aby go poprawić? Nic”.

To świetny cytat. Założę się, że każdy z nas przynajmniej raz zadał sobie podobne pytania. I nie trzeba dochodzić do takich wniosków akurat podczas przygotowywania stryczka. A raczej: życzę wszystkim, żeby przemyśleli te kwestie o wiele wcześniej, a może właśnie uchronią przed smutnym finałem. Ironia? Nie, realizm. Nikt z nas nie jest wyjątkowy, nikt z nas nie jest lepszy od innych. Prawo Jante? Nie, klasyczna filozofia. Czy świat może funkcjonować bez nas? I tak, i nie. Czy świat byłby inny bez naszego udziału? I tak, i nie. Czy jedna osoba może zmienić go na lepszy? I tak, i nie.

Dokładnie takie odpowiedzi daje nam autorka, Auður Ava Ólafsdóttir.  Główny bohater Blizny, Jonas Ebeneser, faktycznie ma zamiar się zabić. Wydaje się, że planował to od dawna, wszystko ma przemyślane: żegna się z matką, pożycza strzelbę od jedynego przyjaciela, spotyka z córką po raz ostatni. W mieszkaniu strzelba ląduje jednak na łóżko, a przyszły samobójca postanawia w pierwszej kolejności zrobić porządki, żeby nie kłopotać tych, którzy będą musieli się tym zająć po jego śmierci. Skrupulatność daje mu jednak kilka dodatkowych dni życia. Potem, stawiając taboret pod hakiem od żyrandola, słusznie zauważa, że ktoś w końcu znajdzie jego ciało, może nawet jego jedyna latorośl. Odkłada więc godzinę śmierci na później i postanawia pogodzić się z życiem w obcym kraju. Kupuje więc bilet w jedną stronę, wsadza do walizki sprzęty potrzebne do zamontowania stryczka i wyrusza na lotnisko. Bliskim ogłasza, że wybiera się na wakacje.

Jonas ma wiele blizn. Niektóre fizyczne, szpecące jego ciało, więc pokrywa je tatuażem. Czy robi to ze wstydu, a może boi się, że ewentualna obserwatorka jego nagiego ciała po bliznach wniknie do jego duszy i odkryje prawdziwe, niezabliźnione rany? Jest samotny, od lat nie był z kobietą. Matka go nie rozumie, żona zostawiła, córka okazuje się nie należeć do niego. Miał być filozofem, ale przejął interes po ojcu. Miał skończyć studia, ale przerwał na pierwszym roku. Pisał. Nie publikował. Zdobywał kobiety, a teraz nie dowierza, że dwudziestokilkuletni casanova spisujący wspomnienia młodości ma cokolwiek wspólnego z około pięćdziesięcioletnim nudziarzem czytającym owe pamiętniki. Być może jego życie było kiedyś fascynujące, ale to przeszłość. Obecnie nie odnajduje się w teraźniejszości, a tym bardziej nie widzi dla siebie przyszłości. Pamiętniki zabiera w podróż, żeby po jego śmierci nie miały okazji go ośmieszyć. W obcym kraju nikt nie zrozumie języka, w którym były spisane.

Co zabrałbyś na bezludną wyspę? A co wziąłbyś ze sobą w samobójczą podróż? Czerwoną koszulę, stare dzienniki, wiertarkę, narzędzia. Strzelba nie była potrzebna, obcy kraj to miejsce niebezpieczne, w którym jeszcze niedawno toczyła się wojna. Miasto leży w gruzach, hotel ma swoich pierwszych gości od dawna. Z początku uważają Jonasa za szpiega, bo nikt tu przecież nie przyjeżdża na wakacje. Nie z takim bagażem. A Jonas chce tylko przestać odpowiadać na pytania i dokonać żywota w swoim pokoju. 

Jeśli nie byłeś w stanie zabić się we własnym domu, to nie zrobisz tego w hotelu. Bo Jonas jest perfekcjonistą. Gdy wiesza swoją jedyną koszulę w szafie, drzwi wypadają z zawiasów. Skoro ma śrubki i wiertarkę, to chyba może jeszcze przed śmiercią naprawić szkodę. Naprawić. Uzupełnić. Odnowić. Dać nowe życie.

Nie trudno się domyślić, że to nie będzie ostatnia scena powieści. Jonas zostanie poproszony o pomoc. Poczuje się potrzebny. Porozmawia z kobietą inaczej, niż poprzez powtarzanie jej pytań zdaniami twierdzącymi. Odkryje sens w dawnych, wykonywanych niemal bezwiednie dla kobiet swojego życia czynnościach. Skoro szpachlował i cyklinował dla matki, żony i córki, może też pomóc kobietom w kraju ledwie wychodzącym z wojny. Brakuje mężczyzn, brakuje rąk do pracy. A ta się pali w rękach. I nie zostawia żadnych ran, żadnych blizn, nawet pęcherzy.

Nie, to nie jest powieść o białym człowieku, który niesie cywilizację ludom Trzeciego Świata, żeby poczuć się lepiej.  To nie jest harlekin, w którym hydraulik w średnim wieku nawiązuje romans z pokojówką podczas przepychania rur. To nie jest nawet opowieść o antybohaterze, którzy zmienia się w bohatera. Właściwie nie wiem dokładnie, co autorka miała na myśli. Podobno “jej książki nie opisują doniosłych wydarzeń, ale skupiają się na drobiazgach codzienności, którym autorka przygląda się jak pod mikroskopem” (Wydawnictwo Poznańskie). Ale o jaką codzienność tutaj chodzi? 

Pisząc to zastanawiam się, czy przekornie autorka nie miała na celu stworzenia powieści feel-good. Z typowo islandzkim poczuciem humoru próbowałaby pocieszyć nas opowieścią o niedoszłym samobójcy, który odnajduje sens życia. Samotniku, który zaprzyjaźnia się z całym miastem, nieudaczniku, który staje się złotą rączką. Przegranym, który staje się niezastąpiony. Czy to ma nas pocieszyć? Czy mamy zidentyfikować się z Jonasem? Czy przypadkiem nie wychodzi z tego jakiś pokraczny poradnik pseudoterapeutyczny? “Od zera do bohatera”. “I ty możesz pomóc światu”.  Bo podlał uschnięte kwiatki na balkonie wodą ze świeżo przepchanej rury? Bo naprawił kilka zawiasów w mieście? Bo przypadkiem załatwił darmowe meble do świeżo remontowanego domu? Bo po tym wszystkim odnalazł siebie i odechciało mu się odebrania sobie życia? Zmienił negatywne nastawienie i poczuł wreszcie sens istnienia?

Jeśli o to chodziło, to ja tego nie kupuję. Jeśli ktoś chciał się zabić, to miał poważny problem, z którym nie był sobie w stanie poradzić inaczej. Jeśli to parodia sytuacji samobójcy, czy może osoby chorej na depresję, to tym bardziej szkodliwa. Bo nawet jeśli miała być zabawna, lekka, przyjemna, to napisana bez konkretnej puenty, urwana jakby w połowie. Byłam rozczarowana zakończeniem, ale niespecjalnie nim zdziwiona. Taka więc będzie i ta recenzja. Bez puenty.  

Każdy ma jakąś bliznę. Ja w dzieciństwie spadłam z roweru prosto na ostrą blachę, rany nie zszyto, więc skóra rozeszła mi się pod kolanem. To tu, to tam zadrapania, kawałek asfaltu wrośnięty w łokieć, szrama po nieudanej przygodzie na ściance wspinaczkowej, odcisk na lewej pięcie. Czy warto o nich mówić? I tak, i nie. Czy trzeba je zakrywać? Nie. Czy trzeba się ich wstydzić? Nie. Czy można je nosić z dumą? Tak. Dlaczego nie? Być może Jonas zmierzył się ze swoimi ranami dopiero wtedy, kiedy postanowił je zakryć, kiedy zapragnął przykryć je tatuażem ukazującym lilię wodną. Czy miała to być zapowiedź znajdowania piękna w innych, bolesnych fragmentach siebie? Czym jest więc dla nas, czytelników posiadających swoje, niekoniecznie zatuszowane, niedoskonałości? 

Przeczytajcie i powiedźcie mi, czy było warto.

Maria Hiszpańska-Neumann: Sagi jak malowane

Gdy po raz pierwszy sięgnęłam po wydanie Sag islandzkich z 1960 roku, ogromne wrażenie zrobiły na mnie nie trudne w odbiorze, pisane specyficznym językiem sagi, ale piękne drzeworyty.

Wtedy wymarzyłam sobie napisać o nich pracę licencjacką, ale sprawy potoczyły się inaczej. Temat wrócił jednak do mnie sam po latach, wraz z premierą książki Ewy Kiedio i Marii Czarneckiej: Zostały mi słowa miłości. Maria Hiszpańska-Neumann: życie i twórczość. Tym razem sprawy nabrały obrotów: udało mi się skontaktować z dziećmi artystki, przyjrzeć dokładniej jej pozostałym grafikom i zmotywować wielu miłośników Islandii do sięgnięcia po stare wydania sag islandzkich.

Na początku marca, gdy powietrze pachniało już wiosną, a na Mokotowie kwitły pierwsze krokusy, odwiedziłam panią Bognę Neumann w mieszkaniu, w którym przez lata żyła i pracowała jej mama, Maria Hiszpańska-Neumann. Pani Bogna już na wstępie zaprosiła mnie do widnej przestrzeni, obecnie pełniącej funkcję przedszkola. “To tutaj mama miała swoją pracownię”, sympatyczna gospodyni zachęca mnie, by wejść dalej. “Wszystkie jej prace od 1962 roku powstawały w tym miejscu”, dodaje. Potem przechodzimy do części mieszkalnej, a na stole czekają już sagi islandzkie drukowane nakładem Wydawnictwa Poznańskiego w latach 70. Otwieramy je, przeglądamy strona po stronie, znajdując charakterystyczne drzeworyty Hiszpańskiej-Neumann na obwolutach, okładkach, stronach tytułowych, oddzielnych stronach, a także winietach i inicjałach w tekście.

Hiszpańska-Neumann zilustrowała cztery wydania sag islandzkich: Sagi islandzkie (opr. Artur Górski, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1960), oraz trzech wydawnictw Poznańskiego w tłumaczeniu Apolonii Załuskiej-Strömberg: Sagę o Njalu (1968), Sagę rodu z Laxdalu (1973) oraz Sagę o Egilu (1974). 

W jej dorobku znajdziemy jeszcze kilkadziesiąt innych tytułów, które zilustrowała, łącznie ponad 90 publikacji! Piszą o nich autorki wspomnianej już monografii w rozdziale drugim, Całą głową lecę w romańszczyznę. Ilustracje książkowe. Z niego dowiedziałam się, że Hiszpańska-Neumann, której twórczość znam wyłącznie z ilustracji książkowych, zaczęła swoją przygodę z grafiką użytkową z przypadku, czy może nawet konieczności. Rozpoczęła studia w 1935 roku, ale rozwój kariery artystycznej przerwała wojna. W 1942 roku wywieziono ją do obozu Ravensbrück, gdzie wykonała wiele rysunków. Trzy lata później udało jej się uciec podczas ewakuacji i wróciła do Warszawy w 1945 roku. Wtedy właśnie zaczęła przyjmować zlecenia na ilustracje książkowe, bo w trudnej sytuacji finansowej była to najlepsza droga do zarobienia pieniędzy. Dla niej samej o wiele ważniejsze było malarstwo, którego uczyła się m.in. u Karola Tichego na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. W jej dorobku znajdziemy więc liczne przykłady malarstwa sakralnego, w tym – także niezrealizowane lub niezachowane – malowidła ścienne do kościołów projektowanych np. przez Władysława Pieńkowskiego (o czym dowiaduję się od swojego czytelnika, Emiliana Nagiela, za co mu bardzo dziękuję ;)).

A jednak wielu kojarzy ją jako świetną ilustratorkę książkową, mistrzyni drzeworytu. Używała najchętniej dwóch rodzajów tej wypukłej techniki graficznej: 

“Ponieważ nad ilustracjami do książek związanych ze średniowieczem pracowała od końca lat czterdziestych aż po lata siedemdziesiąte, ich przegląd pozwala zaobserwować zmian dokonujące się w jej stylu i technice – przejście od wycyzelowanego, bogatego w szczegóły i wysoce dekoracyjnego drzeworytu sztorcowego do prostoty czy wręcz surowości drzeworytu langowego.”[1]

Drzeworyty sztorcowe, czyli poprzeczne, odnajdziemy w ilustracjach do Sag islandzkich z 1960 roku. Tu grafika jest dokładniejsza, szczegółowa i jakby delikatniejsza, co widać chociażby na przykładzie ilustracji do Sagi o Gudrun (poniżej).  Linie są prowadzone gładko, twarze mają delikatniejsze rysy, a figury postaci subtelnie wydobyte są z czarnego tła. Do takiego typu drzeworytu używana jest deska cięta w poprzek pnia, składająca się z posklejanych małych klocków. Jak jednak dowiedziałam się od córki artystki, Maria Hiszpańska-Neumann szybko odeszła od małych klocków na rzecz drugiej techniki graficznej. 

Jeśli porównamy powyższe grafiki z drzeworytami wykonanymi do późniejszego wydania Sagi Rodu z Laxdalu, opowiadającej tę samą historię, zauważymy znaczne różnice. Tutaj formy wydają się bardziej kanciaste, proporcje (już znacznie wydłużonych postaci) jeszcze bardziej zachwiane, przejścia między bielą a czernią znacznie skrócone, spłaszczające plamę barwną. Rama całej kompozycji ulega pogrubieniu, a formy wydają się ciosane szybko i równo, jakby w twardszym materiale i z mniejszą dbałością. Nawet tło nie jest wydłubane do końca, a artystka pozostawiła jego chropowatą fakturę dla uzyskania efektu widocznego na ilustracji po prawej stronie.  Rezygnacja ze szczegółów i modelunku brył, a także wzmożenie ekspresji za pomocą silnego kontrastu między bielą a czernią zdaje się świetnie odpowiadać stylowi sag islandzkich. Jak piszą autorki monografii Hiszpańskiej-Neumann: 

“Mocno uproszczone, rzec można nawet: toporne, poddane deformacji i zgeometryzowaniu ryciny odpowiadają grubo ciosanej mentalności bohaterów owych historii”.[2]

W zleceniach dla Wydawnictwa Poznańskiego Hiszpańska-Neumann wykorzystała technikę drzeworytu langowego, czyli wzdłużnego. W tym przypadku używana jest deska cięta wzdłuż pnia, w efekcie czego słoje i włókna biegną równolegle do krawędzi deski, a sama powierzchnia drzeworytu jest większa. Poza całostronicowymi ilustracjami, w wydaniach tych znajdziemy też winiety oraz większe kompozycje na obwoluty książek, wszystkie wykonane techniką drzeworytu wzdłużnego. Szczególnie piękne są te niewielkie kompozycje winietowe, wykonywane w skali 1:1. W wielu z nich dopatrzymy się bezpośredniej inspiracji sztuką dawnej Skandynawii, tak rytami z kamieni runicznych, jak i ilustracjami ze średniowiecznych manuskryptów. Każdy rozdział rozpoczyna się także inicjałami malowanymi tuszem, a w kształcie liter znajdziemy ewidentną stylizację na runy

Skąd Maria Hiszpańska-Neumann czerpała inspirację? Od jej córki wiem, że nigdy nie była na Islandii, ale podróżowała do Szwecji, gdzie być może odwiedziła jakieś muzeum ze zbiorami sztuki skandynawskiej. Znała ją zresztą dobrze z albumów, które jeszcze do niedawna zdobiły regały mokotowskiego mieszkania. Wśród nich pani Bogna pamięta niemieckojęzyczny album z reprodukcjami sztuki islandzkiej, dowód na to, że ilustratorka przygotowywała się do każdego zlecenia rzetelnie, znajdując nie tylko idealną formę dla ilustrowanej treści, ale też zgodną z kulturą danego tekstu. Fascynowało ją średniowiecze, a dużą wiedzę na temat sztuki romańskiej i gotyckiej zaczerpnęła z wykładów na Uniwersytecie Warszawskim. Z niemieckich źródeł doczytywała to, czego nie dowiedziała się od polskich profesorów. Resztę dopowiedziała wyobraźnia albo znajomi, tak jak Dariusz Bogucki, podróżnik i żeglarz, autor reportażu Islandzki rejs. Jak wspomina pani Bogna, mama przyjaźniła się z Boguckimi i poznawała Islandię poprzez fotografie i opowieści z pierwszej ręki. A te z pewnością pobudzały wyobraźnię, bo nawet fragmenty książek Dariusza Bogackiego dowodzą jego umiejętności budowania plastycznych opisów:

“Krajobraz wokół nas zmienia się ciągle. Trawiaste, połogie wzgórza ustępują miejsca wielkim rumowiskom starej, zwietrzałej lawy. Gdzieniegdzie regularne kształty bruzd zastygłej lawy przypominają zaoraną ziemię lub fale skamieniałego morza. (…) Wjeżdżamy w górzystą okolicę czarnych bazaltowych skał o dziwnych, poszarpanych ostro kształtach. Tworzą one długie, strome grzędy, wyrastające pionowo wśród rudych, piarżystych usypisk i kęp ubogiej trawy.” [3]

Czy mając takie wyobrażenie Islandii można inaczej zilustrować najważniejsze teksty tutejszej literatury? To, że Maria Hiszpańska-Neumann potrafiła bezbłędnie oddać nastrój i charakterystykę tak opisywanych w sagach wydarzeń, jak i samej specyfiki islandzkiej kultury, dowodzi ogromnego talentu i wrażliwości ilustratorki. Choć interesowała się różnymi tekstami doby średniowiecza i ilustrowała wiele z nich, krótki epizod z sagami zaowocował pięknymi ilustracjami, pobudzającymi wyobraźnię czytelników. Wszystkich zaintrygowanych twórczością Myszki, bowiem tym małym gryzoniem sygnowała swoje prace, zapraszam do zgłębienia jej dorobku. A fanów literatury staroislandzkiej zachęcam do pochylenia się nad grafikami Hiszpańskiej-Neumann i odkrycia, z jaką celnością i prostotą potrafiła ubrać daną scenę w odpowiednie formy. 

 

Za pomoc w przygotowaniu tekstu oraz zgodę na wykorzystanie prac Marii Hiszpańskiej-Neumman dziękuję jej dzieciom: Bognie i Michałowi Neumann. Za inspirację i kontakt ze spadkobiercami dziękuję również Ewie Kiedio. 

Bibliografia:

[1] Całą głową lecę w romańszczyznę. Ilustracje książkowe [w:] Ewy Kiedio i Marii Czarneckiej: Zostały mi słowa miłości. Maria Hiszpańska-Neumann: życie i twórczość, Wydawnictwo Biblioteka “Więzi”, 2020, s. 218
[2] Ibidem, s. 224.
[3] Dariusz Bogucki, Islandzki rejs, wyd. Iskry, Warszawa 1970, s. 101-102.

Więcej o Marii Hiszpańskiej-Neumann:
https://maria-hiszpanska-neumann.pl/o_artystce.html
http://cdim.pl/maria-hiszpanska-neumann-droga,587
https://niezlasztuka.net/ksiazki/maria-czarnecka-ewa-kiedio-zostaly-mi-slowa-milosci-maria-hiszpanska-neumann-zycie-i-tworczosc/

WSZYSTKIE ILUSTRACJE SĄ AUTORSTWA MARII HISZPAŃSKIEJ-NEUMANN.
Copyright: spadkobiercy artystki. 

Skąd się wzięły wilkołaki na Islandii?

Czy wilkołak ma coś wspólnego z berserkiem? Jaką funkcję pełniły wilki w dawnej kulturze Skandynawii? O likantropii i „ulfach” w sagach i mitach.

Spośród wielu omawianych przeze mnie sag islandzkich, nie było jeszcze okazji, aby odnieść się do Sagi o Völsungach. Saga ta nie należy do tzw. sag klasycznych, gdyż znajdziemy tam zjawiska fantastyczne i stworzenia, na które nie ma miejsca w rzeczowych relacjach wydarzeń sag klasycznych. Takimi stworzeniami są chociażby smoki, jak ten, którego zabija Sigurd w drugiej części Sagi o Völsungach (isl. Völsunga saga). Ja jednak chciałabym skupić się na innym zjawisku, mianowicie na likantropii, czyli wilkołactwu (od gr. lýkos – wilk).

Przemiana człowieka w wilka pojawia się w wierzeniach ludowych i mitologiach wielu kultur. W kulturze staroskandynawskiej wilk zajmował ważne miejsce;  w samej Eddzie zwierzę to pojawia się kilka razy. Przede wszystkim jeden z najpotężniejszych wrogów bogów, Fenrir, syn Lokiego, był wilkiem (i dla spętania go krasnoludy wykonały specjalny łańcuch). Natomiast podczas końca świata, Ragnaroku, wilk pożre słońce. Stąd wilk kojarzył się przede wszystkim ze złem i zniszczeniem i uosabiał najgorsze cechy ludzkości.

John Bauer, Tyr i Fenrir, 1911 (podczas próby spętania potwora w specjalnie utkany łańcuch Tyr “dał sobie rękę uciąć”, że bogowie mają względem Fenrira pokojowe zamiary)

 

Przejdźmy jednak do tego, co dokładnie przydarzyło się Sigmundowi i Sinfjotlemu, bohaterom Sagi o Völsungach. Wędrując po lesie napotkali dwóch śpiących mężów z wiszącymi nad nimi wilczymi skórami. Wzięli więc je i włożyli na siebie, a odtąd nie mogli już z nich w żaden sposób wyjść. Choć czuli się ludźmi, nie umieli walczyć z drapieżnym instynktem, co widać w zachowaniu Sinfjotlego podczas walki z jedenastoma mężczyznami, a przede wszystkim w okrutnym ukaraniu niepokornego podopiecznego – Sigmund rzuca się na Sinfjotlego i zagryza go na śmierć. Potem chce za wszelką cenę pozbyć się wilczej skóry, wiedząc, że nie jest sobą nosząc ją na swoim grzbiecie.

Mamy zatem do czynienia z mężczyznami, którzy pod postacią wilczą atakowali w morderczym szale. Skojarzenie ze znanymi nam z filmów i książek wilkołakami jest na tyle oczywiste, że wielu badaczy nazywa Sigmunda i Sinfjotla wilkołakami, co nie powinno dziwić, skoro w języku polskim słowo to oznacza dosłownie człowieka porośniętego wilczą sierścią. I faktycznie nasi bohaterowie mają cechy wilkołacze; o ich zachowaniu decyduje siła wyższa, „moc” zawarta w wilczych skórach. W sadze czytamy, że „Tamtego dnia nie mogli wyjść z wilczych skór”[1]. Wyjście ze skóry było bowiem możliwe, ale najwcześniej 10. dnia po jej włożeniu, więc do tego czasu noszący ją nie panował do końca nad swoim zachowaniem.

Weźmy jednak pod uwagę, że Sigmund i Sinfjotl dobrowolnie włożyli na siebie wilcze skóry. Co więcej, zdawali sobie sprawę z ich mocy, tak jakby oczekując efektów, jakie miały przynieść ich noszenie. Zatem chcieli stać się wilkołakami. W niektórych kulturach, również nordyckiej, znane są przykłady inicjacji wilkołaczych. Pierwsze próby miały miejsce jeszcze kiedy chłopiec był pod opieką matki. Gotowi adepci spotykali się w ustronnym miejscu, np. lesie, najlepiej w dniu przesilenia albo o pełni księżyca. Następowała ceremonia; kandydata rozbierano do naga i poddawano go rytualnej śmierci – zakopywano, podtapiano lub dotykano skrwawionym mieczem. Wierzono, że odradzał się jako wilczy brat.

Czemu służyły tego typu inicjacje? Odrodzony śmiałek miał przejąć cechy zwierzęce, potrzebne mu w walce. W ten sposób opisana w Sadze o Volsungach historia byłaby niczym innym, jak zaprezentowaniem schematu inicjacji wojennej młodzieńca. Matka Sinfjotla już w dzieciństwie poddaje go próbie wytrwałości i męstwa; następny etap inicjacji ma miejsce w towarzystwie Sigmunda – w lesie, w ustronnym miejscu. Pamiętamy, że pobyt bohaterów w lesie wynikał z nieprzygotowania młodzieńca.  Dopiero walka w wilczych skórach i symboliczna śmierć Sinfjotla (wierzono, że wilkołakiem można się stać poprzez ugryzienie przez drugiego wilkołaka) sprawiają, że jest on gotowy do walki z wrogiem w celu pomszczenia dziadka. Kiedy wilcze skóry zostają wykorzystane, pali się je, tak jak pozbywano się rekwizytów potrzebnych do inicjacji.

Płyta wykonana z brązu pochodząca z ery Vendela znaleziona w Olandii przedstawiająca berserka, źródło: WikiCommons

 

Nie mamy więc wątpliwości, że bohaterowie omawianej sagi byli wilkołakami. Ale czy to jedyny przypadek, kiedy w sagach pojawia się przemiana wojownika w groźne zwierzę? Podobnym inicjacjom oddawali się berserkowie. Sagi określają tym terminem wojowników walczących w skórach zwierząt. Samo słowo berserk oznacza “skóra niedźwiedzia”,  choć mówiono na nich także ulfhednar, “ludzie w skórze wilka”. Skóra niedźwiedzia czy wilcza, możliwe, że berserkiem była po prostu „osoba walcząca w samej koszuli, naga”.  Berserkowie, których poznajemy w sagach islandzkich, wyróżniają się cechami dzikich zwierząt, a zatem nieustraszoną walką w szale, podczas której byli niepokonani i siali spustoszenie wśród wrogów.  Tacy berserkowie wydawali się niepokonani, jak np.  islandzki berserk Otrygg znany z Sagi o Njalu, który potrafił  bez szwanku przejść przez dwa płonące ogniska (podczas próby chrystianizacji Islandii).

Z kolei w Sadze o Egilu poznajemy wielu berserków. Pierwszym jest dziadek tytułowego bohatera, Kwedulf:

“Opowiadają, że z tymi, którzy się przemieniają w wilki albo dostają berserkowego szału, sprawa tak się ma, że póki owa przemiana trwa, są tak mocni, że nikt i nic nie jest w stanie im się przeciwstawić, lecz skoro minie, wówczas są zupełnie wyczerpani i bez siły. Tak też było teraz z Kweldulfem” [2].

Jednak według sagi, bycie berserkiem to przypadłość dziedziczone. Po Kwedulfie podobne cechy będzie miał jego syn Skalla-Grím, o którym król Harald powiedział: “Kiedym miał przed sobą ten wielki, łysy łeb, zobaczyłem, że mu wilkiem z oczu patrzy. Skoro się tylko dorwie, pozabija mi moich najlepszych ludzi” [3]. Cechy te miał też przejąć jego syn, a wnuk Kwedulfa – Egil, który nie grzeszył wdziękiem, ale za to był potężny, silny i świetnie się bił, zarówno za młodu, kiedy jako kilkulatek był w stanie ubić starszego od siebie, jak i później. Z końcowego fragmentu sagi dowiadujemy się, że nawet czaszka Egila była niezniszczalna: “Opowiadają starzy, że są to kości Egila. Wtedy to duszpasterzem był Skapti Thorarinsson (…), wziął on czaszkę Egila i pochował ją na cmentarzu. Czaszka była przeolbrzymia, ale jeszcze bardziej nieprawdopodobny był jej ciężar. (…) Skapti chciał wtedy przekonać się, jak gruba była kość. Wziął duszy topór, zamierzył się z całą siłą i rąbnął obuchem, chcąc ją rozłupać. Tam gdzie obuch trafił, kość zbielała, lecz nie wklęsła ani nie pękła” [4].

Saga o Egilu, tłum. Apolonia Załuska-Strömberg, Wydawnictwo Poznańskie, 1974, ilustracje: MARIA HISZPAŃSKA-NEUMANN, copyright: spadkobiercy autorki

 

Skąd berserkowie mieli taką siłę? Czy był to wynik inicjacji, magiczna rola wilczej lub niedźwiedziej skóry, a może coś więcej? Patronem berserków był Odyn i to on miał wprawiać ich w szał bojowy, tzw. berserkgang. Zgodnie z sagami wojownik w szale był odporny na broń, gryzł tarczę i potrafił zabić wszystkich, którzy stawali na jego drodze i wierzono, że to sam Odyn daje swoim wojownikom taką nadludzką moc. A jednak współcześni badacze uważają, że przyczyną szału walki mogły być jakieś szczególne substancje. Z pierwszego cytatu z Sagi o Egilu dowiadujemy się, po berserkgangu Kwedulf był wyczerpany i bez sił. To świadectwo pozwoliło badaczom na domysły, że szał bojowy był w istocie efektem środków halucynogennych, np. grzybów czy innych substancji, z których warzono specjalne napoje, pite przez wojowników przed walką. Podobno według przekazów wojownik musiał nie tyle odpocząć, co przeczekać kilka dni, był bowiem na szaleńczym kacu i unikał kontaktu z innymi.  Bardzo prawdopodobne, że doprowadzanie się do takiego stanu miało związek z rytuałami religijnymi, a więc odurzanie się mogło mieć na celu przypodobanie się Odynowi.

Czy berserkowie byli wilkołakami? Często łączono berserków z wilkołakami, choć trudno stawiać pomiędzy tymi pojęciami znak równości. Głównym argumentem jest brak całkowitej zmiany wyglądu;  włożenie wilczej skóry nie jest równoznaczne z przemianą człowieka w wilka pod względem jego wyglądu. „Wilkołacy”, których poznajemy w sagach, choć ubrani w wilcze skóry, raczej zachowują się jak dzikie zwierzęta  niż wyglądają tak jak one. Ale czy rzeczywiście nie dochodziło do żadnej przemiany wyglądu?  Dziki temperament miał wpływ na wygląd zewnętrzny berserka, jak w przypadku wspomnianego już Skalla-Gríma, któremu „wilkiem mu z oczu patrzyło”. Z kolei o najstarszym berserku z rodu mówiono: „kiedy się miało ku wieczorowi [Ulf – imię znaczące] stawał się zły, tak że ludzie nie mieli odwagi zbliżyć się do niego, stawał się senny i opowiadano, że przyoblekał się w inną postać. Dano mu miano Kweldulf, Wilk Nocny”.  Jeśli oprzeć się wyłącznie na tym opisie, Skalla-Gríma miał cechy wilkołacze, a dzikość i szał berserków (bez opamiętania) mógł zainspirować wierzenia ludowe na temat wilkołaków.

Bibliografia:

[1] Saga o Völsungach, tłum. Renara Leśniakiewicz, wyd. Armoryka, Sandomierz 2009, s. 16
[2] Saga o Egilu, tłum. Apolonia Załuska-Strömberg, Wydawnictwo Poznańskie, 1974, s. 55-56.
[3] Ibidem, s. 51.
[4] Ibidem, s. 212.

Berserkowie czy wilkołacy? [w:] Leszek Paweł Słupecki, „Wilkołactwo”, Warszawa 1987
Berserkowie czy wilkołaki? [w:] Leszek Paweł Słupecki „Wojownicy i wilkołaki”, Warszawa 1994
Wojownicy Odyna [w:] Erberto Petoia, „Wampiry i wilkołaki. Źródła, historia, legendy od antyku do współczesności, Kraków
Wikingowie, Wilkołaki i Halucynogeny, dr Jerzy Tomasz Bąbel, dostępne on-line: http://www.etniczni.pl/jerzy-t-babel/wikingowie-wilkolaki-i-halucynogeny

Elfy i krasnoludy

O „huldufólk”, ukrytych ludziach, a także o tym, skąd wziął się Gandalf w powieściach Tolkiena.

Z wprowadzającej pieśni Eddy starszej, Völuspy, możemy poznać imiona pewnych fantastycznych stworzeń mitologii nordyckiej  – karłów. Długa lista imion, począwszy od tych związanych z czterema kierunkami świata (Norðri, Suðri, Austri, Vestri), którzy zgodnie z mitologią podtrzymują sklepienie wykonane z czaszki Ymira, określa również zajęcia i profesje innych karłów. Ale wśród tych imion znajdziemy takie, które pozwoliły badaczom domyślać się, że być może stworzenia te nie były do końca karłami, czyli krasnoludami. Imiona takie jak „Gandalfr” czy „Vindalfr” sugerują przynależność do zupełnie innej grupy stworzeń mitologicznych – Alfów, których określa się czasem mianem elfów. Zatem elfy i krasnoludy mają ze sobą wiele wspólnego. Z mitu o początku świata wiemy, że stworzenia te powstały mniej więcej w tym samym czasie. Nordycki świat podzielony jest na dziewięć światów, z czego dwa odrębne należą do omawianych tu stworzeń: Alfheim  – Świat Alfów oraz Nidavellir – Świat Krasnoludów.

Krasnoludy, karły czy krasnoludki

Karły zostały stworzone przez Asów, bogów, z kości po olbrzymie Ymirze. Asowie stworzyli Praojców – Módsognira i Durina, którzy otrzymali możliwość ulepienia swoich współbraci z gliny. Gdy ród karli pomnożył się, zamieszkali oni pod ziemią, we wnętrzach gór i skał. Wraz z zejściem pod ziemię upodobali sobie ciemność i mrok, do tego stopnia, że światło słoneczne jest dla nich zabójcze. Z mitologii wiemy o karłach przede wszystkim to, że są to stworzenia bardzo mądre – nauczyły się pisania run i dzięki temu potrafią posługiwać się magią, która pozwala im na tworzenie pięknych przedmiotów.

Z mitu o Alwisie, Wszechwiedzącym karle dowiadujemy się, co spotyka karła, który nie schowa się przed świtem w swojej pieczarze. Alwis był karłem wyjątkowo mądrym i zdolnym; za wykonanie dla bogów wspaniałej broni miał otrzymać adekwatną zapłatę – córkę Thora. Bóg grzmotów nie wiedział jednak o tym układzie i kiedy Alwis pojawił się u jego progu prosząc o rękę jego córki, zezłościł się i nie miał zamiaru spełnić obietnicy. Nie mógł jednak zerwać świętej przysięgi, dlatego postanowił przechytrzyć karła – zaczął testować jego wiedzę, zadając mu pytania o nazwy wielu rzeczy na świecie. Alwis, skupiony na popisywaniu się swoją wiedzą, nie zwrócił uwagi na nadchodzący wschód słońca. Gdy tylko pierwsze promienie padły na jego głowę, zamienił się w kamień. W taki sposób Thor pozbył się niegodnego absztyfikanta swojej córki.

źródło ilustracji: http://germanicmythology.com/

Ale to, co w mitologii najważniejsze, jeśli chodzi o krasnoludy, to ich talenty rzemieślnicze. Sami Asowie nauczyli karłów sztuki górnictwa, kowalstwa i jubilerstwa, aby zamawiać u nich piękne przedmioty. Mieszkające w górach karły wynajdowały najpiękniejsze surowce do swoich dzieł. To one wykonały atrybuty bogów, czy to młot Thora, czy magiczne przedmioty, np. magiczny łańcuch do związania wilka Fenrira. Poza bronią i przydatnymi rzeczami, krasnoludy wykonywały też piękną biżuterię. W mitologii znajdziemy opowieść o tym, co piękna bogini Freya zrobiła dla błyszczącego naszyjnika. Z historii tej dowiadujemy się o tym, jak bardzo w dziele własnych rąk potrafią zakochać się karły. Nie chcą i nie potrafią się dzielić pięknymi przedmiotami, są też bardzo chciwi. Do tego wiemy, że byli nieatrakcyjni dla kobiet. Są to stworzenia niskie, przez Asów uważane za brzydkie, nierzadko garbate, kulawe lub podobne do zwierząt. Najczęściej mają długie brody, a z czasem pojawiają się na ich głowach kaptury i czapki. Przez ukrywanie się w jaskiniach nie darzą innych ras szczególnym zaufaniem i są bardzo zdystansowani do innych, nawet bogów. Są bardzo interesowni, wszystko oceniają przez pryzmat tego, co mogą mieć z pomocy bogom. Podobno karły nie staną do walki podczas ostatecznej bitwy w Ragnarok – będą stały z boku i obserwowały walczących. Nie wiemy też, czy po końcu świata ich ród się odrodzi.

Stanowi to całkowite przeciwieństwo krasnoludów, których przedstawił w sześcioksięgu John Ronald Reuel Tolkien. Stworzone przez Tolkiena postacie, które wiele mają w sobie ze skandynawskich karłów, są to waleczni, mężni i niezłomni wojownicy. Nie są też tak obcy dla innych stworzeń, wiemy przecież o przyjaźni Gimlego z Legolasem. W powieściach Tolkiena znajdziemy jednak wiele cech wspólnych – jego krasnoludy także trudzą się górnictwem i kowalstwem, z wyglądu przypominają swoje nordyckie pierwowzory, mówią własnym językiem (a o innych języku karłów możemy dowiedzieć się z mitu o Alwisie) i potrafią dla skarbu rzucić na kogoś zły urok, a nawet zabić.

Elfy czy Alfowie?

obraz: Nils Blommér, Elfy łąkowe (Ängsälvor), 1850

U Tolkiena pojawiają się także elfowie. Są to stworzenia piękne, wdzięczne, wysokie, świetliste, o delikatnym głosie i jasnych włosach. W świecie Tolkienowskim Przebudziły się jeszcze przed karłami. Ale wbrew pozorom mają z nimi kilka cech wspólnych. Niektórzy elfowie zajmują się kowalstwem, a przede wszystkim stworzenia te mają swój własny język. Tolkien podzielił elfów na różne grupy, np. Legolas należał do elfów leśnych. Ten podział z pewnością także zapożyczył z Eddy i mitologii skandynawskiej.

W samej Eddzie elfy, a raczej Alfy, narodziły się w tym samym czasie co karły. Są to jednak w hierarchii stworzenia o wiele ważniejsze od karłów. Niewiele wiemy na ich temat z Eddy, gdyż nie pojawiają się żadni konkretni bohaterowie zamieszkujący Alfhaim, czyli krainę Alfów. Wielokrotnie jednak ród ten jest wymieniany wraz z Asami i Wanami, co świadczyłoby o tym, że byli bardzo ważni. Niektórzy nawet uważają, że Alfy były tożsame z Wanami, rodem, z którego wywodził się Frey i Freya, bogowie płodności.

Autor Eddy prozaicznej, Snorri Sturluson wyszczególnił dwie grupy elfów, czyli alfrów (słowo to wiąże się ze światłem, świetlistością). Według podziału Sturlusona istnieją elfy jasne, czyli świetliste (ljósalfrar), które należałoby wiązać z wysokimi, pięknymi, dumnymi postaciami wymienianymi wśród bogów, a także elfy ciemne (dokkalfar), czy nawet czarne (svartalfar), które zamieszkały pod ziemią. Czyż ta druga grupa elfów to karły? Kiedy wrócimy do imion karłów wymienionych w Völuspie, podobieństwo tych rodów staje się możliwie. Vindalf czy Gandalf to może właśnie elfowie-karły. U Tolkiena Gandalf staje się istotą poza tymi dwiema rasami, jest przecież czarodziejem. Ale i to ma uzasadnienie w Eddzie; imię Gandalfa można przetłumaczyć jako „elfa z różdżką”.

Warto jednak nie mylić Alfów, ani nawet Tolkienowskich elfów z wróżkami, które znamy z bajek. Stwory te pochodzą nie z mitologii, ale podań ludowych, które popularne są na Islandii do dzisiaj. W wierzeniach ludu elfy dalekie są już od dumnych i potężnych bogów-Alfów, ale stają się właśnie małymi istotkami zamieszkującymi polany i głazy, stają się duszkami opiekuńczymi. Podobnie jak kobule, karły, które zamieszkują stajnie i obory, mają zajmować się domem, w którym wybrały sobie zamieszkać.

Ilustracje: Arthur Rackham, John Bauer.

Elfy w wierzeniach ludowych występują jako „huldufólk” – ukryci ludzie. Ze spisu podań ludowych opracowanych przez Jóna Anarsona dowiadujemy się, że duszki te potrafią być nieobliczalne. Podobne są do ludzi; organizują się w małe społeczności, lubią spędzać czas na zabawie i tańcach. Unikają jednak ludzi i wychodzą ze swoich kryjówek tylko nocą. Jeśli jednak jakiś śmiertelnik zobaczy ich, to ślad po nim zaginie. Ukryci mężczyźni i ukryte kobiety potrafią uprowadzić piękne dziewczęta lub młodzieńców. Są też mściwe i bezlitosne, jeśli ktoś z ludzi okaże się ślepy na ich wdzięki i odrzuci ich zaloty. Potrafią być urocze, wabić swoim pięknem, ale też odrażające – ponoć piękni z przodu przerażają swoimi wydrążonymi plecami. Jeśli ludzie są im posłuszni i robią co karzą, obdarzają ich prezentami. Jeśli jednak ludzie ich czymś obrażą, potrafią rzucać uroki. Wiara w to jest na Islandii żywa do dziś, chociażby istnienie elfów może zaszkodzić budowie drogi czy innym przedsięwzięciom.

Bo wiara w te istoty nie ustała po wprowadzeniu chrześcijaństwa. Udało się nawet wypracować kompromis co do istnienia takich istot. Już sam Snorri Sturluson, który pisał Eddę młodszą z perspektywy chrześcijanina, podzielił elfy na jasne i ciemne, sugerując podział na anioły – świetliste, oraz diabły – mieszkające pod ziemią. Niektóre podania mówią o tym, że ukryci ludzie to nieumyte dzieci Adama i Ewy. Kiedy Bóg przyszedł do nich w odwiedziny , Ewa ukryła te dzieci, których nie zdążyła umyć. Bóg wiedział jednak o ich istnieniu i powiedział: “Niech wszystko to, co ukryte przede mną, zostanie ukryte przed ludźmi”. Obecność elfów nie przeszkadza również w obchodzeniu chrześcijańskich świąt – np. podczas Wigilii zostawia im się smakołyki, a wracając z pasterki można odnaleźć w kominku ślady małych stópek. Wigilia to też dzień, w którym można zobaczyć ukrytych ludzi – jeśli stanie się na skrzyżowaniu, w którym na końcu każdej ulicy widać kościół, można zobaczyć elfy wracające z podarunkami do domów. Być może ta tradycja sprawiła, że świątecznym dekoracjom często towarzyszą te małe stworzonka o szpiczastych uszach.

W Eddach młodszej i starszej możemy wyczytać znacznie więcej o wierzeniach dawnych Skandynawów. Bogowie i inne postaci z mitologii nordyckiej opisane są w tych ważnych księgach, będących dla nas znakomitym źródłem wiedzy na temat Islandii (i nie tylko) sprzed wieków. Zapraszam do obejrzenia live’a z gościnnym udziałem doktora hab. Jakuba Morawca na profilu Utulę Thule w czwartek 26.03.2020 o godzinie 14:00. 

Bilden kan innehålla: 2 personer, text

Saga rodu z Thulekampu

autorEinar Kárason
tytułZłota Wyspa
tłumaczenie: Jacek Godek
rok: 2020
wydawnictwo:  Marpress
liczba stron: 255

Jeśli szukacie współczesnej sagi islandzkiej, to proponuję Wam Złotą Wyspę.

Już w komentarzu do pierwszej części trylogii Einara Kárasona zastanawiałam się, czy nawiązanie do stylu sag jest zamierzone. W recenzji Wyspy Diabła dywagowałam, czy język sag to oryginalny zabieg, a może kwestia tłumaczenia, którego autorem jest Jacek Godek. Podczas lektury drugiej części, również wydanej nakładem wydawnictwa Marpress, utwierdziłam się w przekonaniu, że język i styl sag mocno tkwią w twórczości jednego z najważniejszych pisarzy współczesnej Islandii. 

Saga rodowa

Zacznijmy od najważniejszej cechy sag islandzkich, czyli obecność bohatera zbiorowego w postaci ważnego rodu osiedlającego się w danym miejscu Islandii. Złota Wyspa to kontynuacja sagi rodzinnej, której bohaterem jest wielopokoleniowa familia Tomassonów. Już od pierwszych stron przypomina nam się głównych bohaterów: mamę Gogo, która mieszka w Stanach, i jej dwóch zupełnie niepodobnych do siebie synów: niepokornego Baddiego oraz małomównego Danny’ego. Jest też córka, Dolli, która założyła własną rodzinę. Oraz seniorzy rodu: drobny kupiec Tommi, jedyne prawdziwe źródło dochodu rodziny, oraz Lina, wróżka, która cieszy się dużym szacunkiem w okolicy. Wszyscy tłoczą się w Starym Domu, wśród baraków w Thulekampie, niegdyś pozostawionych przez armię amerykańską. 

Ród Tomassonów, podobnie jak rody opisywane w sagach islandzkich, jest wyjątkowy w swojej małej społeczności, o czym dowiedzieliśmy się w pierwszej części trylogii. Wysoka pozycja rodziny wynika z pozycji państwa starszych, ale oczywistą przyczyną estymy rodu jest obecność córki w Stanach. W Złotej wyspie sytuacja i rola rodziny zaczyna jednak ulegać dużej zmianie. Amerykański sen wydaje się być już tylko wspomnieniem. Owszem, Boże Narodzenie wciąż ma blask ozdób choinkowych przysyłanych przez Gogo z Ameryki, a prezenty od niej są najważniejszym elementem rodzinnego świętowania. Ale rodzina, niegdyś wiodąca prym w gadżetach o pochodzeniu amerykańskim, nagle zaczyna być w tyle. Złote czasy w Starym Domu się skończyły, ale Wyspa rozwija się własnym tempem. Mieszkańcy Reykjaviku, nawet sąsiedzi z baraków, zaopatrują się w najnowsze cudo technologii, którego nie ma rodzina Tomassonów: telewizory. Stary Tommi, który zawsze znajdował banknoty w wysłużonym portfelu, nagle musi rozczarować roszczeniową rodzinę. Te i inne perypetie rodzinne dowiodą upadku wysokiej pozycji drobnego kupca. 

Bohaterowie i antybohaterowie

W drugiej części trylogii na pierwszy plan wychodzą postaci, które wcześniej pozostawały w cieniu. Akcja coraz częściej skupia się wokół rodziny Dolli, a nawet wydarzeń spoza Starego Domu. Dotąd wyjazdy bohaterów, chociażby Baddiego i Danniego do Stanów, były relacjonowane z pozycji Starego Domu. W drugiej części akcja przenosi się w inne lokalizacje, chociażby na Fiordy Wschodnie, dokąd udaje się na wycieczkę Dolli z mężem, Grettirem. Wyprawa do rodzinnego miasta Grettira planowana jest z dużym wyprzedzeniem, mamy opisane trudy i znoje bohatera gotowego zrobić wszystko, aby podróż się udała. Co równie ciekawe, bohaterowie pojadę nie samochodem, lecz statkiem, a więc na wzór wikingów udają się w podróż morską. Choć sama podróż będzie miała różne skutki dla bohaterów, a na miejscu ich przygody dalekie będą od udanych, mamy tu cechy pastiszu wyprawy wikińskiej. Grettir, choć anty-bohater i nie szanowany przez nikogo, często obrażany przez żeńską część familii i uznawany za niemęskiego kurdupla, okazuje swoje atuty wygrywając walkę. Co prawda jest to walka na poduszki, ale opisana nie gorzej, niż poważna bitwa z użyciem śmiertelnego oręża:

“Nasz zawodnik był w świetnej formie. Nareszcie mógł się wyżyć. Walił, bił, machał poduszką wokół siebie. Gospodarze jeden za drugim wpadali do wody. Zdawało się, że nikt nie jest w stanie zrzucić go z dechy. (…) Walczył mężnie i udało mu się strącić z dechy wszystkich zawodników drużyny gospodarzy, a jego samego zniesiono na złotym tronie wśród grzmiącego aplauzu.”

W powieści mamy też bohaterów, którymi kolejno stają się Baddi i Danni. Ten pierwszy, choć znany czytelnikowi pierwszej części raczej jako nierób i źródło kłopotów, zmieni się na dwie chwile z wyglancowanego Elvisa na tytana pracy. Raz – malując salon przed świętami, a drugi – pomagając przy budowie szkoły. Jego kilkunastogodzinna praca bez przerwy będzie powodem do dumy wszystkich domowników, a on sam przedstawiony zostanie jako niezdarty, posiadający nieludzkie siły bohater, który nie umie się zmęczyć (choć przez większość czasu przesiaduje na kanapie i śpi do południa). Jego młodszy brat również zostanie bohaterem domu, kiedy okaże się, że potajemnie zrobił kurs lotnika. Małomówny troll zamieni się w asa przestworzy i przyćmi nawet swojego przebojowego brata. Dwaj bracia ukazani są więc jak herosi, bohaterowie, dzielni młodzieńcy udowadniający swoje atuty w niezwykle męskich zajęciach. Ich sławę opiewać będą jednak już nie skaldowie, ale dziennikarze rozpisujący się na ten temat w lokalnych gazetach. 

Prawo zemsty

Często w Złotej Wyspie jednostkami przejmującymi inicjatywę są kobiety. To one trzęsą domem i okazują się też wprawnymi organizatorkami, gospodyniami, a nawet przedsiębiorczyniami. Dolli, Lina, a potem również przybyła na Wyspę Gogo i najmłodsza w rodzie Gislina będą miały sporo do powiedzenia. Najważniejsza jest oczywiście Lina – domownicy muszą liczyć się z jej zdaniem i starać o jej względy. Lina jest świetnym przykładem bohaterki-wikinki, silnej i niezależnej kobiety z sag.  I tak jak w sagach matki nierzadko musiały namawiać tchórzliwych synów do działania, tak Lina też nie raz musi brać sprawy w swoje ręce.  

We współczesnej sadze, jaką jest Złota wyspa Einara Kárasona nie brakuje też wątku zemsty i wymierzania sprawiedliwości. Oczywiście proporcjonalnie do czasów. Rodzina musi trzymać się razem i wspólnie stawiać różnym przeciwnościom, choćby utracie źródła dofinansowania. Jeśli kogoś z rodziny upokorzono albo obrażono, zadaniem pozostałych członków jest odpowiednia reakcja na to poniżenie. W sagach ów wyrok wykonywali panowie, ale w Złotej Wyspie zadanie to przypadnie właśnie Linie. Gdy Tommi straci władzę w swoim sklepie, pani starsza od razu uruchamia swoje kontakty. Musi pomścić utraconą pozycję Tommiego i opisane to jest nie gorzej niż w przypadku zbrojnej zemsty:

“(…) i dopiero w porze kolacji przypuściła szturm na Blok Energetyków, żeby wykończyć Fię i Totiego. Tam skrzyżowały się miecze: Fia darła japę, lecz odpowiadała sensownie; po trwającej kwadrans awanturze, która skończyła się skowytem i trzaskaniem drzwiami, nastąpiło pełne zerwanie więzów przyjaźni między rodzinami.”

W Złotej Wyspie nie brakuje też konfliktów rodzinnych, choćby rywalizacji między braćmi. Baddi obrazi się na brata i wyjedzie do matki po tym, kiedy Daniel okazuje się przydatnym pilotem. Z kolei ich szwagier, Grettir, nie raz będzie trzecim do porównania, podobnie jak liczni przyjaciele Baddiego. Męska rywalizacja wykroczy również poza ramy rodziny, bo w powieści znajdziemy również wątek starania się o względy tej samej dziewczyny i sukces silniejszego w “stadzie”.

Rzeczowość a wątki fantastyczne 

Klasyczne sagi islandzkie z reguły pozbawione są wątków fantastycznych. Ich rzeczowy, niemal reporterski styl wykorzystany jest przez Kárasona również w Złotej Wyspie.  Historia rodziny Tomassonów opisana jest bez komentarza narratora, z zachowaniem zasady, że psychologia postaci zbudowana jest na ich zachowaniu i wypowiedziach. Odstępem mogą być tylko wtręty z pamiętników Daniela, pisanymi w pierwszej osobie, dającymi subiektywne spojrzenie na wydarzenia. Fragmenty te traktować można jednak jako oddanie głosu bohaterowi, który w kontaktach z innymi zazwyczaj milczy. Te ustępy pozwalają lepiej poznać Danniego, który dotąd stał w cieniu innych postaci i nagle staje się niemalże najważniejszą osobą w rodzinie.

Kárason nie szczędzi opisów naturalistycznych, choć w drugiej części trylogii mniej uwagi poświęca fizjologii, a więcej śmierci i rozkładowi. Nie ma w nich jednak miejsca na zadumę czy żałobę, po prostu sprawy opisane są wprost, niemalże zaskakują czytelnika. Tragiczna śmierć opisana jest krótko, rzeczowo, podobnie pogrzeb i zachowanie bohaterów, którzy – jeśli będą wspominać zmarłego – to niezbyt wylewnie albo w ciszy. Śmierć jest zatem potraktowana jest normalna kolej rzeczy, jak naturalny element życia w Thulecampie, choć bohaterowie muszą zmierzyć się z nim po raz pierwszy. Dotąd przywykli do nowych członków rodziny, wprowadzania się kolejnych lokatorów albo narodzin dzieci. Śmierć jest czymś nowym, a jednak przemilczanym.

W tej trzeźwej, niemal chłodnej relacji wydarzeń jest jednak miejsce na motywy nadnaturalne. Wróżka Lina czyta z kart przyszłość, a jej przepowiednie przez niektórych mieszkańców Domu brane są bardzo poważnie. Kobiety w rodzinie miewają też wizje senne, w których nawiedza je zmarły. Z kolei kotu-przybłędzie często przypisuje się cechy diabelskie, a demony i złe duchy to jedno z głównych zmartwień bogobojnej Karoliny. Wróżka, jedną ręką kładąca tarota, a drugą otwierająca Pismo Święte, jest jakby łącznikiem między światem ziemskim a wszelkimi upiorami i pukami, które kryją się w ścianach domu i powodują złą energię w danym miejscu. W tej współczesnej sadze wydaje się jednak, że wątki fantastyczne potraktowane są z przymrużeniem oka, a dwulicowa duchowość Liny przedstawiona jest karykaturalnie. Kárason, niczym chrześcijański skryba, opisuje więc wiarę bohaterów z pewnym dystansem, dla zachowania szczegółowości relacji, a jednak ze szczyptą sceptycyzmu.

 

Jeśli więc szukacie współczesnej sagi islandzkiej, z całego serca mogę polecić Złotą Wyspę Einara Kárasona. Dwie pierwsze części czyta się jak dłuższą sagę, a wydawnictwo Marpress planuje uzupełnić trylogię trzecią częścią już niedługo. Powieść świetną opowieścią z dziejów rodziny z Reykjaviku, napisaną w sposób nieprzewidywalny i z różnymi zwrotami akcji. Samą historię czyta się szybko i przyjemnie, choć razi jedna rzecz: brak islandzkich liter w imionach bohaterów.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Marpress. 

Średniowieczne telenowele, czyli sagi

Jeśli myślicie, że islandzkie sagi to trudna literatura dla specjalistów, to mylicie się!

Na moim Instagramie trwa właśnie marcowe wyzwanie #miesiączliteraturąstaroislandzką! O co chodzi? O to, żeby każdy miłośnik Islandii przeczytał w tym miesiącu chociaż jedną sagę islandzką. Zachęcam Was codzienną dawką pięknych drzeworytów autorstwa Marii Hiszpańskiej-Neumann, które ilustrowały wydania sag z lat 60. i 70. Poniżej tego posta przedstawię listę sag dostępnych w języku polskim, natomiast celem wpisu jest dalsze zachęcenie Was do zapoznania się z literaturą staroislandzką. Wbrew pozorom te stare opowieści wciąż bawią i wzruszają współczesnego czytelnika.

View this post on Instagram

aby zachęcić Was do udziału w moim wyzwaniu #miesiączliteraturąstaroislandzką (więcej info w wyróżnionej relacji pt. "sagi islandzkie") postanowiłam zaprezentować Wam piękne ilustracje do polskich wydań sag z lat 60. i 70. autorką ilustracji jest Maria Hiszpańska-Neumann (1917-1980), absolwentka warszawskiej ASP, więźniarka obozu Ravensbrück, jedna z najpłodniejszych powojennych graficzek i ilustratorek polskich. na początek strona tytułowa zbioru "Sagi islandzkie", opr. Artur Górski, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 1960. był to pierwszy zbiór sag, które wpadły w moje ręce i wciąż można upolować go w antykwariatach. jeden z nich podarowałam też zbiorom @buw_official. może mieliście okazję wypożyczyć? czytaliście? copyright: spadkobiercy autorki #sagiislandzkie #arturgórski #islandzkiesagi #sagi #icelandicsagas #sagas #mariahiszpańskaneumann #mariahiszpanskaneumann #ilustracjeksiążkowe #booklovers #lubięczytać #kochamksiążki

A post shared by utulę THULE (@utule_thule) on

Na początek przypomnijmy sobie, czym dokładnie są sagi.  „Saga” nie jest gatunkiem literackim; to staronordyckie słowo oznacza mniej więcej tyle, co „zostało powiedziane”, zaś w języku islandzkim do dzisiaj funkcjonuje jako „historia, opowieść”. To szerokie pojęcie jest zatem stosowane do określenia bardzo licznych, a także bardzo zróżnicowanych utworów. Ich cechą wspólną jest zazwyczaj brak autora (przynajmniej dzisiaj nie wiemy, kto je napisał) oraz spisane ich w języku islandzkim.

Tematyka i konstrukcja sag

W opracowaniu sag przez polskich badaczy znajdziemy taką klasyfikację:

  • sagi królewskie (Konungasögur) traktują o królach Norwegii i mają charakter kronik historycznych;
  • sagi islandzkie (Íslendingasögur), których fabuła toczy się na Islandii, a jej bohaterami są głównie Islandczycy;
  • sagi legendarne (Fornaldarsögur);
  • sagi rycerskie (Riddarasögur), stylizowane na francuskich chansons de geste,  powstały pod wpływem literatury europejskiej;
  • sagi hagiograficzne (Heilagra manna sögur);
  • sagi poświęcone biskupom (Biskupa sögur).

Tematem tego wpisu są głównie sagi islandzkie, czyli powstałe w XIII wieku. Ich tematyka oscyluje wokół wydarzeń historycznych: opisuje dzieje pierwszych Islandczyków na wyspie, perypetie wikingów udających się na służbę na zagraniczne dwory, proces przyjmowania chrześcijaństwa na Wyspie oraz wiele innych, codziennych spraw. Dzięki temu przyjęło się, że choć sagi pisane są z perspektywy czasowej, można traktować je jako źródło wiedzy o średniowiecznej Skandynawii. 

Za szczególnie wiarygodne uznaje się sagi rodowe, czyli te opisujące zasiedlenie Islandii w końcu IX wieku i początku X wieku. Przypominają one telenowele typu “Moda na sukces”, bo wprowadzane na bieżąco postaci z nowych pokoleń dają wrażenie nieskończoności opowieści. Choć wnikliwy opis rodowodu każdego bohatera może wydawać się nużący, dla Islandczyków był bardzo ważny: dzięki temu mogli przekonać się czy bohater nie był z nimi spokrewniony. Szczegółowe rodowody podkreślały wiarygodność historii, a działania bohaterów – opisywane tak według standardów zachowań ówczesnych Islandczyków – sprawiały, że owego “realizmu społecznego” nie poddawano w wątpliwość.  

Sagi islandzkie z reguły otwierają się rodowodem bohatera, ale do innych motywów wiodących należą: honor, ambicja, lojalność rodowa, praworządność, sprawiedliwość i zemsta, przywiązanie do rodziny, czasem też wątki miłosne i rywalizacja kilku bohaterów o względy tej samej kobiety. Trzeba wiedzieć, że tak jak autorzy scenariuszy do seriali i telenoweli, tak autorzy sag doskonale wiedzieli, które tematy będą chętniej czytane. Dlatego w sagach nie brakuje scen walk, dążenia do zemsty (szczególnie takiej, która przechodzi z pokolenia na pokolenie) oraz romansu, a więc motywów, które do dziś gwarantują sukces każdego dzieła kultury.

Młodsze sagi, wśród których wymienia się sagi legendarne, mitologiczne i romantyczne, różnią się od sag klasycznych nie tylko tematyką, ale też stylem. Ich cechą charakterystyczną jest występowanie elementów fantastycznych, choć zdarzają się też sagi klasyczne o takich motywach, np. motyw walki z upiorem w sadze o Hawardzie z Fiordu Lodowego (isl. Hávarðar saga Ísfirðings). W sagach “nieklasycznych” znajdziemy często postaci z folkloru, np. czarownice, oraz bohaterów stylizowanych na literaturę europejską: rabusiów à la Robin Hood, rycerzy (których na Islandii przecież de facto nie było), kochanków w typie Tristana i Izoldy. Są tam także wymieniane dalekie, egzotyczne krainy, o których istnieniu autor musiał dowiedzieć się z innych dzieł. Wyodrębnia się nawet gatunek sag kłamliwych (lygisögur), których bohaterowie noszą nieislandzkie imiona, a tematyka dotyczy zaklęć i uroków, może mieć nawet charakter burleskowy. 

Maria Hiszpańska-Neumann, ilustracja do “Sag islandzkich”, Warszawa 1960, drzeworyt, copyright: spadkobiercy autorki

Styl sag

Sagi to literackie utwory narracyjne pisane prozą. Sagi klasyczne pisane są najczęściej stylem prostym, rzeczowym, ale czasem określanym nawet jako nieporadny. Charakteryzują się też zwięzłością i powściągliwością słowa. Brak w nich liryzmu, chyba że bohaterami sagi są skaldowie, wówczas znajdziemy tam fragmenty poezji, wplecione w wypowiedzi skaldów (jak w sadze o Gunnlaugu Wężowym Języku, isl. Gunnlaugs saga ormstungu). Sagi klasyczne cechuje reportażowy styl: dokładny, konkretny. Ich zadaniem jest obiektywne relacjonowanie faktów, a nawet historia miłosna jest suchą opowieścią bez ozdobników (warto prześledzić ją w Sadze o Gudrun, fragmencie Sagi Rodu z Laxdalu). 

Opisy są bardzo konkretne i  poważne, choć czasem brzmią groteskowo, np. „Olaf zamierzał właśnie ciąć Torbjoerna, a kiedy poczuł raz, obrócił się. Skarf puścił siekierę, zaś Olaf już był podniósł swoją i rąbnął nią Skarfa w głowę, że utkwiła w mózgu.” Prostota stylu nie wiąże się jednak z prymitywnością autorów; był to zabieg świadomy i zaplanowany, szczególnie że sagi pełne są jednocześnie wyszukanych litotes, czyli sformułowań osłabiających dobitność mowy poprzez eufemizację. Ta figura retoryczna – w przeciwieństwie do eufemizmu – jest stosowana  w przypadku sformułowań pozytywnych czy neutralnych. W sagach mnóstwo jest takich przykładów, jak choćby zamiast wprost powiedzieć, że bohater został zabity, użyto litoty: “Nie sądzę, aby rana jego wymagała bandażowania”. Często zabieg ten ma charakter dowcipny, przypomina czarny humor dzisiejszych komedii islandzkich. W jednej z sag w obliczu śmierci bohater rzuca na odchodne celnym żartem, dowodząc, że nie boi się śmierci: “Nigdy nie byłem przystojny, a tyś mi tym ciosem również urody nie dodał”.

W ogóle w sagach ważne jest to, aby dialogi były krótkie, ale cięte i pełne znaczenia. Charakter postaci budowany jest właśnie poprzez ich wypowiedzi, a jego stan emocjonalny również wynika z rozmów i zachowań, nie jest dodatkowo komentowany przez narratora. Postaci rzucają wzajemne oskarżenia i pomówienia, które mogą stanowić dla nas dobre źródło wiedzy o priorytetach i upodobaniach bohaterów: „Teraz widzę, że z ciebie raczej córka nie syn, kiedy nie masz odwagi przyjść swoim krewnym z pomocą”. Porównywanie wikinga do kobiety czy zarzucanie mu zniewieścienia było jednym z najgorszych inwektyw w średniowiecznym świecie sag.

Mimo powtarzalnych cech, np. męstwa czy odwagi postaci różnią się między sobą, są zindywidualizowane. Ich charakterystyka nie jest jednak wprowadzona przez narratora, ale wynika z dialogów, które także uwiarygodniają treść sag. Wielu chciało wierzyć, że słowa wkładane w usta postaci są bezpośrednimi ich cytatami. Sagi są również pełne plastycznych opisów i wartkości akcji.

Innym ciekawym środkiem jest powtarzanie pewnych motywów, najczęściej w liczbie trzy. Dla przykładu, wiking opuszczający ukochaną przed podróżą zawsze umawia się z nią, że wróci za trzy lata. Z kolei w sadze o Hawardzie tytułowy bohater w reakcji na śmierć swojego syna Olafa i związane z tym zniewagi trzy razy będzie kładł się do łóżka na rok i dopiero po namowie żony zacznie domagać się sprawiedliwości. Sam motyw kobiet i żon jest bardzo ważny, bo w sagach znajdziemy zarówno przykład wiernych żon idealnych, ale też średniowieczne femmes fatales.

W sagach nieklasycznych styl mocno różni się od wyżej opisanego. Nierzadko zdarza się, że autor jest subiektywny, staje po stronie czarnego charakteru, a więc prezentuje “antybohatera”. Sagi legendarne, mitologiczne i romantyczne często stanowią “odwrotność” sag klasycznych: luźno traktuje się w nich fakty, parodiują też heroizm bohaterów sag klasycznych. Nowością jest również rubaszne potraktowanie spraw płci, szczegółowe opisy fizjologiczne, w tym także sceny burleskowe i sceny seksu, których na próżno szukać w sagach klasycznych. Szczególnie w sagach romantycznych podkreśla się walory bohatera-amanta i opisuje jego sposoby na podryw. Miejscami sagi te są bardzo melodramatyczne, tak jak wenezuelskie telenowele. 

Sagi islandzkie po polsku

Na polskim rynku znajdziemy całkiem sporo tłumaczeń sag. Ogromny wybór można znaleźć na stronie Jacka Godka e-sagi.pl, do których dostęp można uzyskać za pomocą jednego kliknięcia. 

Kultowe wydania sag islandzkich tłumaczonych na język polski (ze staroislandzkiego tłumaczyła je Apolonia Załuska-Strömberg) wciąż dostępne są w stacjonarnych i internetowych antykwariatach. Wydawało je Wydawnictwo Poznańskie w latach 70., ale na poniższej liście znajdują się też publikacje innych wydawnictw:

  • Saga o Gislim wyjętym spod prawa i inne sagi islandzkie, Artur Górski, Dom Książki Polskiej, Warszawa 1931
  • Sagi islandzkie, Artur Górski, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1960
  • Saga o Gunnlaugu Wężowym Języku, Apolonia Załuska-Strömberg, Zakład Naukowy im. Ossolińskich, Wrocław 1968
  • Saga o Njalu, Apolonia Załuska-Strömberg, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1968
  • Saga rodu z Laxdalu, Apolonia Załuska-Strömberg, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1973
  • Saga o Egilu, Apolonia Załuska-Strömberg, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1974

Na rynku wydawniczym znajdziemy także współczesne wydania papierowe sag, dostępne chociażby w sklepie wydawnictwa Armoryka.

Sagi są więc na wyciągnięcie Waszych rąk i mam nadzieję, że sięgniecie teraz po nie z większą chęcią. Porównanie ich do telenoweli nie jest na wyrost: choć proste i przewidywalne, wciągają nas w opowieść o problemach i sukcesach obcych nam ludzi. Z tą różnicą, że opisywane wydarzenia działy się na wiele lat przed wynalezieniem telewizji.  Powodzenia i liczę na Wasze relacje z przeczytanych sag!

Homo legens w tarapatach

autor: Sigríður Hagalín Björnsdóttir
tytułŚwięte słowo
tłumaczenie: Jacek Godek
rok: 2020
wydawnictwoWydawnictwo Literackie
liczba stron: 336

Święte słowo, najnowsza książka Sigríður Hagalín Björnsdóttir, utwierdziła mnie w przekonaniu, że autorka jest islandzkim Danem Brownem.

Na początek przypomnijmy sobie tego amerykańskiego pisarza, który pewnie czasy największej popularności ma już za sobą. Jego powieści sensacyjne zyskały miano bestsellerów: najpierw hitowy Kod da Vinci, potem Anioły i demony. Jako nastolatka zaczytywałam się w tej pierwszej przed wycieczką do Paryża. Naiwna gimnazjalistka, dałam się wciągnąć w tę plotkarską niemal opowieść o sekcie, a jako początkująca miłośniczka sztuki łyknęłam autorskie interpretacje wielkich dzieł sztuki. Po latach przeczytałam Inferno, równie szokujące, ale już nie dla mnie – osoby po częściowych studiach italianistycznych już nie tak łatwo można było oszukać. Czytałam jednak jednym tchem, bo świetnie wchodziło.

Kod da Wyspa

Z twórczością Sigríður Hagalín Björnsdóttir jest tak samo. Świetnie się czyta. Jej druga powieść potwierdza, że pisarka jest przede wszystkim dziennikarką, bowiem dociekliwość i sięganie do źródeł to cechy charakterystyczne jej twórczości. Podobnie jak szukanie sensacyjnych, nośnych tematów. Debiutancka Wyspa to dystopia, wariacja na temat całkiem prawdopodobnej sytuacji, w której Islandia odcięta jest od reszty świata i jakoś musi sobie radzić. Na spotkaniach autorskich oraz w materiałach prasowych autorka często wspominała, że zanim napisała książkę, była pewna, że ktoś wcześniej wpadł już na podobny pomysł. A jednak nie – a książka okazała się hitem. Sama przeczytałam ją z wielką przyjemnością, choć późniejsze debaty na ten temat (z Islandczykami lub nie) obudziły we mnie niepewność: czy w powieści bardziej pociąga mnie samo gdybanie na temat przyszłości, czy warsztatowo sprawnie napisana opowieść?

Zdjęcie z pisarką z Gdańskich Targów Książki, marzec 2019.

Książka musi być lepsza od Internetu

Dysleksja i hiperleksja

W nowej powieści Święte słowo Sigríður Hagalín Björnsdóttir oddaje głos Ragnheiður, sparaliżowanej kobiecie, która opowiada losy swoich dzieci: Einara i Eddy. Edda co prawda nie jest jej prawdziwą córką, ale Ragnheiður pomagała w wychowywaniu jej matce, Julii. Obie kobiety zaszły w ciążę z tym samym don juanem i postanowiły wspólnie zamieszczać, aby wzajemnie pomagać sobie wychowywać dzieci. Einar i Edda to więc niejako bliźnięta, od dzieciństwa nierozłączni i najbliżsi przyjaciele. Podobni, a jednak nie do końca: Einar jest dyslektykiem, nawet jako dorosły nie potrafi sprawnie czytać, a całe dzieciństwo kojarzy mu się ze stresem związanym z nauką czytania. Edda natomiast to jego przeciwieństwo: nauczyła się czytać w wieku 3 lat i całe dzieciństwo spędziła wśród książek, opowiadając bratu niestworzone historie. Ona – wyobcowana, autystyczna, najchętniej spędzająca czas w domu, on – towarzyski, otwarty, głodny wrażeń i przygód. Kiedy nastoletni Einar postanawia wyprowadzić się do ojca mieszkającego za oceanem, ich święte porozumienie pęka. Edda, aspołeczna i niegotowa to poznawania nowych przyjaciół, musi zmierzyć się z nową codziennością: codziennością bez brata, jej jedynego poplecznika i obrońcy.

I pewnie jako nerdka schowałaby się w swoim książkowym świecie jeszcze bardziej. Ale Edda przestaje czytać i staje się najpopularniejszą w Islandii instagramerką. Zgrzyt, ale cała historia jest na tyle ciekawa, że zaczyna się od zaginięcia dziewczyny. W kilka dni po porodzie, młoda matka opuszcza swój dom i słuch o niej zaginął. Mąż nic nie wie, jedna matka nic nie wie, druga matka nic nie wie, obserwujący i media krajowe nic nie wiedzą. Brat też nic nie wie, bo od lat ma z siostrą słaby kontakt i nowe życie siostry mniej go interesuje, jej nowa osobowość nie pasuje do niego. Ale matka każe mu szukać siostry i wysyła prostego chłopaka do Stanów Zjednoczonych, bo bilet kupiony przez Eddę to jedyny trop, na jaki wpada rodzina. Einar, z oporami, wybiera się jednak do Nowego Jorku na poszukiwania zaginionej w jednej z największych metropolii świata.

Za egzemplarz bardzo dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

UWAGA – SPOILER!

Magiczna funkcja słowa

Fabuła opisana w ten sposób trąci melodramą i mogłaby z powodzeniem stanowić kanwę scenariusza wenezuelskiej telenoweli. Tak, fabuła jest prosta, ale jednak cała magia w tym, jak skonstruowana jest sama powieść. Autorka nie opowiada nam całej historii od razu, ale dzieli ją na kawałki i podaje porcjami. Wątek nowojorskich poszukiwań Einara przepleciony jest z jego wspomnieniami z dzieciństwa oraz przemyśleniami Ragnheiður, opowiadającej historie sprzed narodzin dzieci.  Czytelnik dostaje nowe tropy, sam staje się śledczym, który próbuje połączyć wątki i znaleźć rozwiązanie. Najpierw poznaje Eddę jako powierzchowną influencerkę, a dopiero potem dowiaduje się o stwierdzonej w dzieciństwie hiperleksji i nastoletnich problemach z dostosowaniem się do reszty społeczeństwa. Edda znika, bo ma w tym jakiś cel, ale toczy z bratem grę, a ten także ma jej jedną tajemnicę do zdradzenia.

Spora część poszukiwań Einara ma miejsce w bibliotece. Brat wpada na pomysł, że Edda mogła wrócić do dawnej pasji i ma nadzieję spotkać ją w największej czytelni Nowego Jorku. Gdy pyta obsługę o zaginioną i posługuje się jej imieniem, ma się wrażenie, że autorka puszcza w tym momencie oko do każdego, kto chociaż minimalnie zna się na literaturze islandzkiej. Pracownik biblioteki wyszukuje bowiem w katalogu Eddę młodszą i przekierowuje Einara do konkretnego regału. Okazuje się jednak, że konkretne książki przybliżą brata do siostry, a wśród tomów Einar znajdzie ukrytą wiadomość.

W niej Edda opowie Einarowi bajkę, jak dawniej. Jest to jednak opowieść o tym, jak pismo niszczy swojego użytkownika. Jak niszczy każdego z nas, całą naszą cywilizację. Siostra włącza się do projektu ALEX, którego celem jest przygotowanie się do świata niezdolnego czytać (stąd nazwa – od aleksji). Litery i druk mają zniknąć, a ludzie przypomną sobie zdolność opowiadania, wrócą do korzeni, bo – jak twierdzi Edda – mózg zmuszany jest do nabywania umiejętności czytania, jest ona nienaturalna. Człowiek wymyślił pismo przeciwko samemu sobie, a przeciwnikami liter byli już filozofowie starożytni, tacy jak Sokrates. Z wywodu Eddy można wysnuć więc wniosek, że nasze przekonanie o roli pisma w budowaniu cywilizacji jest błędne, a przodkowie radzili sobie bez zapisywania: wówczas pielęgnowali umiejętność opowiadania.

Jak się zastanowić: Islandczycy faktycznie radzili sobie świetnie bez pisma. Skaldowie recytowali swoje wiersze, lögsögumenn, czyli głosili prawo z pamięci,  a mitologia nordycka była zbiorem opowieści zanim została spisana. Ale nie mogę w pełni zgodizć się z Eddą. Gdyby nie pismo, nie znalibyśmy nordyckich mitów, nie zachowałyby sie do naszych czasów. Bez kronik i sag Islandczycy byliby odarci ze swojej tożsamości, a to stare i dobrze zachowane manuskrypty są islandzkim dziedzictwem narodowym. Edda pisze o świętości słowa mówionego, ale podczas lektury miałam wrażenie, że zapomina też o wielkiej magii run – te miały swoją funkcję dopiero wtedy, kiedy zostały spisane. Choć według bohaterki opowieść to czary (i dowiadujemy się, jak istotne znaczenie miały dla rodzeństwa), akurat w tradycji islandzkiej czarami stawały się dopiero w formie zapisanej.

Science fiction?

Kiedy dowiadujemy się, że Edda cierpi na hiperleksję i wraz z bratem poddawana była w dzieciństwie dziwnemu eksperymentowi, a potem dobrowolnie zgadza się na jego kontynuację, powieść sensacyjno-kryminalna trąci już innym gatunkiem. Pasowałoby tu określenie science fiction, choć tylko rozumiane dosłownie: fikcja dotycząca świata nauki.

Zacznijmy od hiperleksji – szczerze mówiąc przed lekturą Świętego słowa nie miałam o tej przypadłości pojęcia. W treści książki czytelnik nie raz ma do czynienia z fachową terminologią neurologiczną. Pisarka wkłada skomplikowane pojęcia i nazwy w usta bohaterów-autorytetów: lekarzy, językoznawców. Sięga też po literaturę klasyczną, cytując Platona albo odwołując się do mitologii sumeryjskiej. Słowem: czytelnika mniej sprawnie poruszającego się w zagadnieniach dotyczących tych dyscyplin zasypuje faktografią, która każe mu myśleć, że historia jest wielce prawdopodobna.  Ostatecznie To narzędzie zapożyczone od Dana Browna: autor Kodu da Vinci również oparł swoją fikcję na kilku faktach, które dodają historii rysu prawdopodobieństwa, ale historiografia nie potwierdza jego teorii na temat Marii Magdaleny i tak dalej.

Czytelnik Świętego słowa chce wierzyć, że opisane w niej zdarzenia są prawdopodobne. Cytaty, odwołania – podobnie jak wycinki prasowe w Wyspie – zacierają granicę między fikcją a rzeczywistością. Powieść wciąga tak samo jak filmowy thriller: operuje napięciem, niedomówieniem, sytuacjami i historiami opartymi na faktach lub takich, które mogą się wydarzyć. Mało kto na serio boi się zombie i wilkołaków, bo wie, że nie istnieją. Ale kiedy oglądam filmy o egzorcyzmach czy nawiedzonych domach, często mam dreszcze. Fabuły Dana Browna czy Sigríður Hagalín Björnsdóttir przyprawiają o podobną ekscytację: aż chciałoby się wierzyć, że są na świecie różne sekty i instytucje tworzące różne spiski i mające kontrolę nad całym światem. Nawet pisząc o tym mam wątpliwości, czy się nie mylę.

“Książka to umierające medium”

Takie słowa padają z ust jednego z bohaterów Świętego słowa. To już nie hipoteza, to realny proces, który codziennie obserwujemy. Portale internetowe ograniczają tekst do minimum, zastępując je fotogaleriami. Infografiki stają się skuteczniejszą formą przekazywania informacji. W mediach społecznościowych większą popularnością cieszą się zdjęcia niż dłuższe wpisy. Ci, którzy jeszcze lubią i chcą czytać, łapią się za głowy: otumanione dzieciaki wpatrzone w smartfony, wtórni analfabeci, upraszczanie i obniżanie poziomu wiedzy ogólnej młodszych pokoleń, kres edukacji, koniec cywilizacji! Edda, jaką poznajemy, wydaje się ucieleśnieniem tego “wroga” współczesnej inteligencji: powierzchowna, pozująca do selfies z dziubkiem, królowa social media. Sigríður Hagalín Björnsdóttir odwraca jednak kota ogonem i mówi: spójrzcie, może pismo, czytanie, książki wcale nie są nam potrzebne? Więcej, może nam szkodzą? Może to dobrze, że wracamy do źródeł, jakimi były piktogramy? To nie jest opinia samej pisarki, to słowa wielu językoznawców broniących nowej formy wyrażania emocji: emoji i emotikonek.

Święte słowo to jednak paradoks, bo zaprzecza samo sobie. To książka, pismo, które traktuje o wadach pisma. To opowieść o molu książkowym, który nie ma przyjaciół, bo spędził dzieciństwo w bibliotece. Edda marzy o tym, aby zatracić umiejętność czytania. A przynajmniej uwolnić się od potrzeby ciągłego przyklejenia do książek. Czy taka powieść spodoba się zapalonym czytelnikom? Czy miłośnicy literatury ocenią ją dobrze? W końcu to książka wymierzona przeciwko nim. A przecież książka świetna – otwierająca pole do dyskusji na wiele tematów, będąca głosem w ważnej i szerokiej debacie. Moim zdaniem – bardzo potrzebna. No i świetnie napisana.

Pismo ma swoje wady, a widać je w samej książce. Książce-rzeczy, a nie samej powieści. To już nie pierwszy raz, kiedy literatura islandzka wydawana jest bez islandzkich znaków. Miłośnikowi Islandii mocno rzuca się to w oczy, a nie wierzę, że to dzieło tłumacza czy braki w fontach. Co kierowało redaktorem/wydawcą, aby podjąć taką decyzję? Mam wrażenie, że podobne błędy da się wybaczyć wydaniom z lat 70., ale dzisiaj są właściwie niewybaczalnie. Stąd moja prośba do Wydawnictwa Literackiego: przy następnej wydanej przez Państwa książce islandzkiej (a liczę na więcej!) proszę o znaki islandzkie. Jeszcze nie zawładnęła nami aleksja, więc homo legens domaga się w tekście wszystkich literek z Orsmbók cytowanej przez samą autorkę w motta powieści:

Poetka w futrzanych kapciach

Elísabet Kristín Jökulsdóttir poznałam w ramach Gdańskich Targów Książki. Zwracała uwagę pięknym czerwonym kapeluszem, w którym z gracją przemieszczała się między stoiskami. Następnego dnia włożyła natomiast kapcie podbite białym futerkiem. Dokładnie takim, jakie mają niedźwiedzie polarne.

“Nie zdziwiłbym się, gdyby powiedziała, że to ona zastrzeliła tego niedźwiedzia”, opowiadał tydzień później Jacek Godek podczas spotkania przy okazji Nordic Talking. To on, wraz z autorką, wręczył mi egzemplarz niedawno wydanego tomiku poezji Elísabet Kristín Jökulsdóttir Miłość – jeden kłębek nerwów: żaden taniec pod Rybią Skałą, który ukazał się nakładem Miðstöð íslenskra bókmennta, Centrum Literatury Islandzkiej.

Książkę przeczytałam jednym tchem, podczas jazdy warszawskim tramwajem. Tych kilkadziesiąt stron mieści krótsze i dłuższe formy, czasem podzielone na wersy, czasem w zwartych blokach niczym mini opowiadania.  Wszystkie zaczynają się wielką literą i kończą kropką, która stanowi jedyny znak interpunkcyjny. Opowieść zaczyna się od pierwszego słowa i kończy na ostatnim. A każda następna jest kontynuacją kolejnej. Bowiem autorka opowiada nam historię, za pomocą wierszy i fragmentów prozy wprowadza czytelnika w świat kobiety – raz szaleńczo zakochanej, ale też zranionej i porzuconej. Ta krótka historia o miłości dzieli się na trzy części: “…zalecanki”, “…pożycie”, “…rozstanie”. Nie jest to bynajmniej historia szczęśliwa, a jednak opowiedziana w sposób dowcipny, charakterystyczny dla Elísabet, która na co dzień zachwyca swoim absurdalnym poczuciem humoru i kosmicznymi stylizacjami.

Być może śmiech to jedyna zdrowa reakcja na to, co stało się pod Rybią Skałą. Nie ma znaczenia, czy opowiedziana historia to doświadczenie samej autorki. To mogło przydarzyć się każdej kobiecie, cała opowieść jest niczym utkana z oddzielnych doświadczeń nie znających się nigdy bohaterek. Łączy je bezwarunkowa miłość do mężczyzny, który silne uczucia odwzajemnia  równie silnymi pięściami i morzem łez z poczucia winy. A bohaterka tkwi w tym schemacie od dłuższego czasu, bo za każdym razem wmawia sobie, że to był ostatni.

Człowiek zamek

Wieczór przed przeprowadzką do mnie
zwierza mi się
że kobiety często zmieniały zamki
by utrudnić mu wejście
a oczy jego zachodzą łzami
i już nie wiem czy mam się śmiać czy płakać
wpadł w ciąg a one myślały
że chce je bić
i z zimną krwią zmieniały zamki
a on nadziewał się na zamknięte drzwi
więc kazał mi przyrzec
że nigdy nie zmienię zamka przenigdy
jeśli wszystko byłoby w porządku
powinnam była zwiać do domu i zmienić zamek
ale chciałam tego pożycia
bez względu na koszty
choćbym się zatrzasnęła w środku czy na zewnątrz
wszystko jedno gdzie.

Poprzez lekturę tomiku doświadczamy przemianę bohaterki. Od momentu stania się “prawdziwą kobietą”, kiedy po raz pierwszy jest przez niego zauważona i czuje się kochana, marzy o ślubie i wspólnym pożyciu, po przestrogi ze strony jego poprzednich partnerek, aż po strach i decyzję o rozstaniu. Być może przebieg tej historii wydaje się oczywisty,  a nawet oklepany, a jednak czyta się to z napięciem, bowiem autorka potrafi ubrać najtrudniejsze doświadczenie w najpiękniejsze słowa. Oszczędny, chłodny styl miesza się tutaj z absurdem i humorem. W islandzkim pejzażu, nad zimnym oceanem nie ma bowiem miejsca na romantyczne mówienie o miłości. Nie ma miejsca na tańce pod Rybią Skałą.

Sześć miesięcy pożycia

Zmywam krew
ze ścian
dla niego

po tym jak
wbił pięść
w jedną z nich

i wrzucam
trzydziestokilogramowe serce z kamienia
z Hekli przez okno

a on wstawia
nową szybę
dla mnie.

Tomik poezji Elísabet Kristín Jökulsdóttir to ciekawe studium nie tylko toksycznego związku i przemocy domowej. To także portret smutnych ludzi szukających rozwiązania w alkoholu, kończących w szpitalach psychiatrycznych, tkwiących w niszczących ich relacjach, ale znajdujących też dość siły, żeby się z nich uwolnić. To wreszcie opowieść o kobiecie szalonej: szalonej z miłości, szalonej z samotności, szalonej z bólu i rozpaczy, szalonej naprawdę.

Książka musi być lepsza od Internetu

W dniach 29-31 marca w budynku Polskiej Filharmonii Bałtyckiej przy Ołowianka 1 miały miejsce Gdańskie Targi Książki ze specjalnym udziałem Islandii jako gościa honorowego.

Nie mogło mnie tam zabraknąć, choć długo się wahałam, czy mogę sobie pozwolić na wyjazd do Trójmiasta na tydzień przed planowanym od dawna Festiwalem Nordic Talking. Ciekawość, jak również chęć poznania wielu nowych miłośników Islandii, zwyciężyły. I choć jeszcze w wieczornym pociągu do Gdańska żałowałam swojej decyzji, następnego dnia rano podekscytowana dreptałam w pięknym słońcu na miejsce targów. Od dawna wyczekiwana przeze mnie wiosna pewnie zatrzymałaby mnie na zewnątrz, a jednak w środku czekało na mnie wiele interesujących wydarzeń. 

O byciu Wyspą

Pierwsze z nich to spotkanie z Sigríður Hagalín Björnsdóttir, autorką “Wyspy”. Pisarka z przepięknym uśmiechem opowiadała o inspiracjach  dla swojego literackiego debiutu. Jako dziennikarka, interesuje się sprawami z Islandii i ze świata, ale od dawna zastanawiało ją, dlaczego nikt nigdy nie napisał książki o czymś, co właściwie mogłoby się stać. “Wyspa” to bowiem dystopia, w której mieszkańcy Islandii zostają całkowicie odizolowani od świata. Niby przed samolotami i Internetem taka sytuacja panowała tam od dawna, a jednak trudno sobie wyobrazić, jak przyszłoby Islandczykom żyć bez dostaw jedzenia i innych towarów spoza wyspy. Sigríður przyznała, że jej książka wzbudziła ogromne zainteresowanie na samej Islandii, a politycy wydzwaniali do niej z pytaniami, jak mieliby reagować gdyby kraj faktycznie znalazł się w takiej sytuacji. Tak dziennikarka stała się ekspertką od kryzysu.

Na zdjęciu: Adam Szaja, Jacek Godek, Sigríður Hagalín Björnsdóttir.

Była też mowa o tym, jak cienka może być granica między dystopią a utopią, i że niektórzy właśnie tak odczytali jej książkę. Autorka ze śmiechem potwierdziła, że islandzcy rolnicy tylko zacieraliby ręce na brak dostaw żywności z Unii Europejskiej, choć na dłuższą metę nikt nie chciałby, aby sytuacja opisana w książce wydarzyła się naprawdę… Prowadzący, Adam Szaja, zwrócił uwagę, że powieść napisana była przed Trumpem i rosnącym w Europie nacjonalizmem, a jednak trzy lata po premierze jest bardzo aktualna.

Książka musi być lepsza od Internetu

Kolejnym wydarzeniem w islandzkiej części programu towarzyszącego Targom była dyskusja “Kultura czytelnicza – tkanka łącząca w demokracji?” z udziałem prezydent Gdańska, Aleksandry Dulkiewicz, literaturoznawcy prof. Tomasza Swobody oraz pisarza Hallgrímura Helgasona. Najbardziej cieszyłam się oczywiście z obecności tego ostatniego, autora najpopularniejszych powieści z Islandii, w tym kultowej już “101 Reykjavik”. Podczas dyskusji wypowiedział on wiele interesujących spostrzeżeń i bardzo zabawnych “złotych myśli” dotyczących pisania na Islandii. Zapytany o udział książek w islandzkiej demokracji odpowiedział, że tak jak zachodnie pokolenia wychowywały się na kolejnych częściach “Gwiezdnych Wojen”, tak Islandczycy wychowywali się na sagach. Nie było w tym jednak cienia wyższości, bo ironicznie dodał, że “połowa Islandczyków pisze, a druga połowa chce, aby o nich pisano”. Tym sposobem pisarz nie zajmuje jakiegoś zaszczytnego miejsca w islandzkim społeczeństwie, choć – nagabywany przez potencjalnych bohaterów swoich książek – często załapuje się na darmowe drinki w knajpach. Helgason przyznał też, że za każdym razem gdy zabiera się do pisania, mówi sobie, że nowa książka musi być lepsza od Internetu.

Od lewej: Agnieszka Michajłow, Prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz, prof. Tomasz Swoboda, pisarz Hallgrímur Helgason oraz tłumacz Łukasz Kotyński.

Sama dyskusja była dla mnie jednak sporym rozczarowaniem. Pomijam już polityczny wkład pani Prezydent, która zupełnie niepotrzebnie przemycała w swoich odpowiedziach krytykę  opozycji i próbowała przekonać wszystkich (wraz z prowadzącą, Agnieszką Michajłow), że Gdańsk to “najfajniejsze” miasto w Polsce, bo tutaj najwięcej się czyta. Zapał ten gasił prof. Swoboda, który nie raz podkreślał, że kultura czytelnicza niewiele musi mieć wspólnego z dobrą demokracją. Choć – moim zdaniem – zadaniem dyskusji było uwypuklenie różnic między Islandią a Polską, jako krajem czytającym i nieczytającym, a Helgasonowi zadawano pytania o “receptę” na islandzką demokrację, ani razu nie padły ważne kwestie, takie jak wpływ protestantyzmu na wysokie czytelnictwo w krajach skandynawskich czy tamtejszą politykę kulturalną, wraz ze świąteczną tradycją obdarowywania się książkami pod choinkę na Islandii. Nie było nawet szansy na zaangażowanie publiczności w dyskusję, słowem: wydarzenie niewiele miało wspólnego z demokracją.

O Islandii bez Islandki

Małym zaskoczeniem było też spotkanie ze Steinunn Sigurðardóttir, które odbyło się bez autorki. I choć Islandka nie dotarła do Gdańska z powodu choroby, dr Jakub Konefał, tłumacz Jacek Godek oraz aktorka Karolina Gruszka świetnie wypełnili przeznaczoną im w programie godzinę. Prowadzący, który jest specjalistą od kina islandzkiego, zaczął od zapytania gości o ich związki z Islandią. Podczas gdy Jacka Godka nie muszę chyba nikomu przedstawiać (dotąd przetłumaczył 30 książek islandzkich, a licząc z pozycjami niewydrukowanymi byłoby to aż 50 tytułów!), Karolina Gruszka przyznała się, że od czerwca zaczyna zdjęcia do islandzkiego filmu, w którym zagra… po islandzku! W ramach przygotowania uczy się teraz tego trudnego języka, co udowodniła podczas lektury fragmentów prozy Steinunn Sigurðardóttir, przetłumaczonej oczywiście przez Godka.

Od lewej: Karolina Gruszka, Jacek Godek, dr Jakub Konefał.

Oprócz dyskusji nad nową książką Islandki, która ukaże się jesienią tego roku dzięki nakładowi wydawnictwa Kobiece, rozmawiano też o islandzkim chłodzie, izolacji, ale też islandzkich kobietach, jako że one będą bohaterkami nowej książki. Wspomniano, że powieść opierać się będzie na historii prawdziwej Islandki, która w swojej karierze była modelką, policjantką, farmerką i aktywistką ekologiczną. Szczegóły poznamy jednak po premierze.

Morskie opowieści

Dzień zakończył się spotkaniem z Einarem Kárasonem, autorem “Wyspy Diabła”, która niedługo zostanie wydana ponownie. Jednak bohaterką rozmowy była nowa książka islandzkiego pisarza, “Sztormowe ptaki”, które ukażą się jeszcze w tym roku nakładem wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego. W dyskusji udział wzięli: sam autor, tłumacz książki Jacek Godek, reprezentująca WUJ Anna Świerczyńska oraz Fabian Cieślik z Marpress, wydawnictwa zajmującego się literaturą marynistyczną. Jak bowiem podkreślał prowadzący spotkanie, prof. Dariusz Rott, twórczość Kárasona ściśle związana jest z morzem.

Od lewej: prof. Dariusz Rott, Jacek Godek, Einar Kárason, Fabian Cieślik, Anna Świerczyńska.

Zadałam autorowi pytanie o jego związek z morzem. Odpowiedział, że przez dwa lata pracował jako rybak, a sama książka czekała na spisanie około 20 lat! Jako twórca nie przejmuje się specjalnie rutyną pisarską, zaczyna pisać późnym rankiem, a kończy przed obiadem. Żeby tworzyć, potrzebuje skupienia i energii, dlatego do klawiatury siada po wykonaniu wszystkich niezbędnych obowiązków. Od niedawna pełni też funkcję w islandzkiej polityce, i choć – jak sam podkreślał – jest to bardzo nudne, wierzy, że praca w parlamencie przysporzy mu nowych tematów na książki. Podczas spotkania dowiedzieliśmy się, że marynarze z Fiordów Zachodnich mają w zwyczaju zabierać na statek skrzynki pełne książek, żeby wypełnić jakoś czas przed dopłynięciem na łowisko. Choć Kárason zaznaczył, że dziś na pokładzie jest też dostęp do Internetu, wielu umila sobie czas islandzkimi klasykami lub tytułami literatury światowej. Tym samym czytelnictwo na Islandii niezależne jest od klas i hierarchii społecznej: czyta każdy, od rybaka po premiera.

Islandzkie zbliżenia

Miałam przyjemność porozmawiać z autorem przed spotkaniem, bowiem złapałam go przy stoisku Islandii, żeby wręczyć naklejkę z logo Utulę Thule. Potem nosił ją podczas całego dnia Targów, a nawet na wieńczącej sobotnie wydarzenia dyskusji. Spotkałam też wielu innych islandzkich pisarzy: Sigríður Hagalín Björnsdóttir podpisała mój egzemplarz “Wyspy”, poetka Elísabet Jökulsdóttir podarowała mi swój tomik poezji, natomiast Hallgrímur Helgason na moich oczach wkleił tulisową naklejkę do etui swojego telefonu!

Wielokrotnie odwiedzałam Stoisko Islandii, na którym można było porozmawiać z pisarzami, jak również reprezentantkami Miðstöð Íslenska Bókmennta (Icelandic Literature Center). Hrefna Haraldsdóttir oraz Gréta María Bergsdóttir z uśmiechem i bardzo kompetentnie opowiadały o islandzkich wydaniach tłumaczonych na język polski oraz pozycjach, które warto znać. Choć niestety nie można było na stoisku niczego kupić, inni wystawcy oferowali pozycje islandzkich autorów: “Pułapkę” i “Śmierć” Lilji Sigurdardóttir, kryminały Arnaldura Indriðasona oraz Yrsy Sigurdardóttir, “Miasteczko w Islandii” Guðmundura Andriego Thorssona, a także polskie książki poświęcone Islandii, w tym “Szepty kamieni” Piotra i Bereniki z Ice Story oraz “Islandię…” Piotra Milewskiego.

Hrefna Haraldsdóttir oraz Gréta María Bergsdóttir z Miðstöð Íslenska Bókmennta (Icelandic Literature Center)

Z ogromnym żalem opuściłam Targi przed ich zakończeniem. W niedzielnym programie znalazło się bowiem spotkanie z Elísabet Jökulsdóttir połączone z czytaniem fragmentów jej poezji przez Małgorzatę Brajner oraz czytanie Eddy Poetyckiej w przekładzie Apolonii Załuskiej-Strömberg, jak również wspólne tłumaczenie piosenki Björk z udziałem Jacka Godka, Olgi Knasiak (Polka na Islandii) i Anny Karen.

Na koniec chciałabym podziękować wszystkim, których miałam okazję spotkać i poznać na Targach. Przede wszystkim niektórych z Was, którzy w miłych słowach wypowiadali się o mnie i mojej działalności; mówiliście, że piszę ciekawie i merytorycznie i jestem dumna, że tak chętnie wchodzicie na moją stronę! Ślę też uściski w stronę Olgi Knasiak, Olgi Szelc oraz Aleksandry Cieślińskiej, z którymi tworzymy zespół czterech kobiet z czterech różnych zakątków Polski, które jednak w jakiś sposób dotarły na Islandię i swoją pasją dzielą się na łamach czasopisma ROK. Do zobaczenia, dziewczyny!