Jedź, zwiedź i zakochaj się w Islandii

Kolejne spotkanie z cyklu (tradycyjnie w grochowskiej Kici Koci) poświęcone było wrażeniom Emiliany Konopki, prezeski SKI, z jej całkiem spontanicznego pierwszego wyjazdu na wyspę. Emiliana zabrała ze sobą jako bagaż tylko mały plecak i pluszowego maskonura, na wypadek gdyby nie udało się zobaczyć tego prawdziwego 😉

unnamed (4)unnamed (3)

Wnikliwe miesięczne przygotowania były w zasadzie zbędne, bo Emiliana interesuje się Islandią nie od dzisiaj 😉  Jakiś czas temu ukazał się nawet cykl jej artykułów “Zapiski z podróży nieodbytej”, opisujący krok po kroku – ale bynajmniej nie z autopsji – podróż po atrakcjach Islandii. Relacja ta zawierała pewne (choćby geograficzne) błędy i informacje, które Emiliana miała wreszcie okazję zweryfikować.

Jak przyznała, cała wyprawa stała pod znakiem szczęśliwych splotów okoliczności. Na miejscu było wielu dobrych ludzi, którzy użyczyli miejsce do spania za darmo, zaoferowali transport, a nawet poczęstowali piwem. Pozostało tylko zmierzyć oczekiwania z rzeczywistością. Jak opisuje Emiliana, można to porównać do znajomości z internetu sprawdzonej w realu: czy Islandia poznana dawno temu wciąż istnieje, czy napływ turystów jej nie zniszczył?

unnamed (1)

Wyruszyła więc na zwiedzanie. Kwiecień to co prawda jeszcze nie sezon, ale to bez znaczenia, bo pogoda zawsze jest nieprzewidywalna. Keflavik, lądowanie prawie o północy, zgubienie w drodze do autobusu, opóźniony wyjazd i pierwszy przystanek: hotel Wiking wyglądający jak kościół w Karpaczu. To wzbudziło pewien sceptycyzm. Skąpany we mgle Reykjavik nie był dobrze widoczny pierwszego dnia. Poza opadami i wiatrem pojawiło się jednak sporo zaskoczeń na plus i prawie wszystko się układało dobrze. Panorama Reykjaviku oglądana z Perlanu, nie jak w większości z wieży Hallgrímskirkja. Nietypowe z perspektywy przeciętnego turysty było też zwiedzanie muzeów (nawet z oprowadzaniem!). Galeria Narodowa to w rzeczywistości niewielka ekspozycja.

Niedostatek atrakcji we wnętrzach rekompensuje urok tego, co na zewnątrz, zwłaszcza piękny kolor oceanu. Słynny “szkielet morświna” 😉 podobno okazale błyszczy się w słońcu, ale przy innej pogodzie wydaje się po prostu… srebrny. Harpa to coś, czego przewodnik Emiliany z 2006 r. jeszcze nie uwzględniał, ale z pewnością nie można jej przegapić. Feeria szkiełek jest tak samo piękna od środka, jak i na zewnątrz. Na zdjęciach z miasta przy kolorowych domkach w kadr wchodzą też rozkopane, ciemne, błotniste ogródki i baraki. Przez napływ turystów Reykjavik się zmienia. Oddaje się go turystom, co widać zwłaszcza w obszarze głównej ulicy, gdzie budynki zmienia się i wyburza, żeby zastąpić tradycyjną zabudowę sklepem albo hotelem. Nawet street art nie wydał się aż tak spektakularny jak się spodziewała, choć szare przestrzenie nabierają gdzieniegdzie kolorów.

unnamed (2)

Relacja ze spotkania z grupą Islandczyków uczących się polskiego opisana była już szerzej w poprzednim poście. Warto jednak zaznaczyć, że studenci byli ciekawi i zdziwieni istnieniem Klubu (oczywiście językiem pomostowym w rozmowie był angielski, a nie islandzki ;)) Wieczorne spotkanie z ludźmi z Couchsurfingu było okazją do poznania pierwszego rodowitego Islandczyka, który – wbrew obiegowym opiniom – bardzo dobrze przyjął próby rozmowy po islandzku! Każdy z gości miał swój sposób na podróżowanie (nawet zaplanowane podziwianie zorzy polarnej, czego jak wiadomo zaplanować się nie da). W rozmowie stosunek mieszkańców wyspy do turystów został określony jako “love-hate relationship”.

Już nawet nie sama stolica, ale cała wyspa się zmienia. Być może nieodwracalnie. Śpieszmy się więc podziwiać Islandię, a w tym – jak w przypadku Emiliany – rzeźby ulubionego Einara Jónssona (na których Ultima Thule znajduje się nie na północy, a w samym centrum świata), obrazy, jakie tworzy brat islandzkiego barda Bubbiego, tył kościoła Hallgrimura (który nie jest tak efektowny jak przód) czy widzianego z bliska Damiena Rice’a. Druga z tych atrakcji nie byłaby możliwa gdyby nie spotkanie ze współautorem wydanych niedawno “Szeptów kamieni” – Piotrem Mikołajczakiem. Książka (o której szerzej piszemy tutaj) obala wiele mitów o Islandii i porusza ważne wątki.

Co się jeszcze udało Emilianie na Islandii? Kupno tanio tradycyjnego swetra w Czerwonym Krzyżu, darmowa kawa w galerii, kolejne spotkania z ludźmi, jak np. redaktorką Iceland News Polska (która opowiedziała o sytuacji Polaków na wyspie), odwiedziny w muzeum Halldora Laxnessa (mieści się w willi kupionej zapewne za pieniądze z Nobla :)), skosztowanie Skyru o smaku jagodowym (najpyszniejszy!).

Wśród gorzkich obserwacji wymienić można kolejne przeobrażenia pod wpływem turystów. Tym razem negatywny wpływ na… konie islandzkie. Turyści zatrzymują się bezmyślnie, zastawiając drogę, dokarmiają zwierzęta niewłaściwymi produktami, przyczyniają się do niszczenia ogrodzenia, bo konie, zachęcone smakołykami, chcą wyjść gościom na przeciw. Erupcje gejzerów są krótkie i trzeba czuwać z aparatem, ale za to dostępne wokół gorące źródełka wyróżniają się pięknymi barwami, podobnie jak zielone mchy. Czarna plaża nie jest tak unikatowa jak można by przypuszczać, w końcu ciągnie się kilometrami. Godna zapamiętania była też podróż do Akureyri z szalonymi Hiszpankami. Samochód po skręceniu w boczną drogę rył podwoziem po śniegu, ale szczęśliwie udało się zawrócić. Jazda autem pozwoliła zaobserwować zmiany w krajobrazie na przestrzeni 400 km: od kwiecistej wiosny do srogiej zimy i z powrotem.

Emilianie udało się zobaczyć rybacką miejscowość Akranes (w której naturalnie unosił się zapach smażonej ryby), wulkan Eyjafjallajökull, szklarnie bananów i pomidorów w pobliżu gorącej rzeki Varma w Hveragerði (i przy okazji skorzystać z możliwości kąpieli). Piękniejszy, niż mogła sobie wyobrazić, okazał się słynny wodospad Svartifoss, do którego wiodła kilkudziesięciominutowa droga przez park narodowy Skaftafell. Ostatnie przystanki na Jökulsárlón i Kirkjubæjarklaustur, gdzie mieszka pewna polska artystka, która, mając posadę nauczycielki, może poszczycić się pięknym służbowym mieszkaniem. Wielkanoc udało się mile spędzić w Reykjaviku. Nie udało się za to zobaczyć maskonura, choć gęsi było pod dostatkiem…

unnamed (7)

Na koniec Emiliana jeszcze raz wróciła do przemyśleń na temat przemysłu turystycznego na Islandii. Choć generalnie nie jest aż tak źle, zwłaszcza poza stolicą, to skrytykować można niektóre pamiątki i sklepy szydzące z trudności języka islandzkiego. Islandzka przyroda wciąż stoi otworem i to należy szanować. W przeciwnym razie słuszna i po prostu konieczna może wydawać się strategia podnoszenia cen, służąca temu, aby zachować naturalne walory, dla których turyści tak chętnie na Islandię przyjeżdżają.

Więcej zdjęć i wrażeń na Utulę Thule.

Ta ten post został napisany dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Zapiski z (pierwszej) podróży na Islandię

W dniach 5-16 kwietnia nasza prezeska, Emiliana Konopka, miała okazję po raz pierwszy (sic!) pojechać na wymarzoną Ultima Thule. Jej przygotowania i perypetie z podróży mogliśmy śledzić na utworzonej specjalnie na okazję wyjazdu stronie Utulę Thule.

Emiliana miała dużo szczęścia, bo dzięki znajomościom Klubu nie wybierała się na Islandię z poczuciem, że będzie tam kompletnie sama. Przede wszystkim jej 1,5-tygodniowy wyjazd okazał się znakomitym sposobem do zawarcia wielu nowych znajomości z Polakami mieszkającymi na Islandii, a także na spotkanie się z tymi, których od dłuższego czasu Klub Islandzki znał tylko z wymiany mailowej.

Pierwszym i bardzo ważnym przystankiem w islandzkiej podróży Emiliany było spotkanie ze studentami Uniwersytetu w Reykjaviku, zaaranżowanym przez Monikę Sienkiewicz. Jak się okazuje, na Uniwersytecie istnieje dość silna grupa Islandczyków i imigrantów chcących uczyć się języka polskiego! Jak opowiadała mi przy kawie w stołówce uniwersyteckiej, chęć nauki tego “egzotycznego” dla Islandczyków języka wziął się przede wszystkim z tego, że Polacy są bardzo zauważalni na Wyspie. Stąd większość jej kursantów zdecydowała się na zapoznanie z językiem ich partnerów, kolegów z pracy czy przyjaciół. Kiedy weszłam już na ich zajęcia, zobaczyłam przed sobą głównie młode twarze, i to całkiem sporo! Monika uprzedzała mnie, że zajęcia nie są obowiązkowe, a Islandczycy niekoniecznie czują się zobligowani do udziału w dodatkowych wydarzeniach (choć specjalnie zaaranżowała spotkanie w czasie zajęć, na które zapowiedziany był test – z nadzieją, że przyjdzie ich jak najwięcej :)). Podobnie Monika przestrzegła mnie, że Islandczycy nie są skorzy do odpowiadania na pytania czy jakiejkolwiek interakcji. Jak się potem okazało, myliła się!

Miałam okazję przedstawić się (swoim łamanym islandzkim) przed grupą co najmniej kilkunastoosobową, a potem dochodzili jeszcze spóźnieni uczniowie (podobno to też jest dość normalne, że kursanci zaczynają się schodzić tak od 5. minuty zajęć). Już po angielsku, zaprezentowałam im działalność Klubu za pomocą prezentacji i zdjęć, potem dużo opowiadałam o naszych najfajniejszych dokonaniach. Okazało się, że byli bardzo zainteresowani, ale też zdziwieni. Po co w Warszawie taka organizacja, pytali. Szczególnie rdzennym Islandczykom trudno było uwierzyć, że ktoś chce interesować się ich dalekim krajem w Polsce. Nie wierzyli też w to, że wielu Polaków po prostu marzy o przyjeździe na Islandię, niekoniecznie w celach zarobkowych czy czysto turystycznych. Nie tyle chętnie odpowiadali na moje pytania, co zadawali własne, bardzo trudne! Jedna z kursantek poprosiła mnie, abym określiła Islandię jednym polskim słowem. Przyznam, że było to naprawdę trudne! W końcu powiedziałam “niepowtarzalna”, co nie było wcale takie łatwe do przetłumaczenia na angielski, bo uznaliśmy, że “unique” to jednak nie jest to samo. Pytająca stwierdziła, że dla niej Islandię można określić słowem “cicha”. I nawet mieszkający tu od urodzenia się z tym zgodzili.

sdrdav

W następnej kolejności Emiliana spotkała się z Piotrem Mikołajczakiem, współautorem książki “Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii”, której opis i recenzję możecie przeczytać tutaj. Sama książka, którą udało mi się przeczytać w trakcie lotu z Warszawy do Keflaviku, była świetnym punktem wyjścia do rozmowy o Islandii jej postrzeganiu. Piotr i Berenika, zwiążani z różnymi krajami skandynawskimi i mający wiele wspólnego z turystyką, postanowili stworzyć cykl postów na prowadzonego przez nich bloga IceStory. Z idei postów relacjonujących ich podróże po Wyspie i rozmowy z mieszkańcami tytułowych opuszczonych miejsc zrodziła się ostatecznie cała książka, która nie jest jedynie opowieścią o miejscach, ale przede wszystkim o ludziach. Jak mówił mi Piotr, Islandia znacznie zmieniła się w ciągu ostatnich lat. Rozwijający się sektor turystyczny doprowadził do zmian nie tylko stylu życia (np. trudności w wynajęciu mieszkania w Reykjaviku), jak i samych Islandczyków: wielu z nich chciwie próbuje zarobić na zaistniałej sytuacji na wszelkie sposoby. Nie brakowało jednak w naszej rozmowie refleksji nad skutkami tak wielkiego napływu turystów, jak i zmian w przyrodzie Islandii. O uciążliwych turystach rozmawiałam z Islandczykami i Polakami na Wyspie wielokrotnie i zawsze rozmowa sprowadzała się do dwóch rzeczy: masowego wypróżniania się na łonie przyrody oraz postępującego zawłaszczania centrum Reykjaviku przez usługi hotelarskie i sklepy z pamiątkami.

Spotkanie z Piotrem było dla mnie niezwykle inspirujące. Nie tylko opowiedział mi o swojej Islandii, a ja w wielu miejscach mogłam przyznać mu rację, ale też zabrał mnie na krótką wycieczkę do Reykjaviku. Podjechaliśmy pod Höfði, uroczy dom nad brzegiem oceanu, w którym to Gorbaczow i Reagan spotkali się w 1986 roku, by zakończyć Zimną Wojnę, a także galerię Tollego Morthensa, malarza, brata słynnego Bubbiego. Byliśmy też w Hallgrímskirkja, najbardziej rozpoznawalnym kościele Reykjaviku, oraz w muzeum Einara Jónssona, pierwszego rzeźbiarza miasta i autora największej liczby pomników w Islandii.

IMG_20170407_104201.jpg

Ważnym dla mnie spotkaniem w Reykjaviku było także to z udziałem grupy Polaków mieszkających na Wyspie do kilku, czy nawet kilkunastu lat. Należała do nich Olga Knasiak, autorka bloga Polka na Islandii, na którym opisuje codzienność bycia matką na Islandii, choć podczas naszego piątkowego spotkania w KAFFI VÍNYL przy Laugavegur przyznała, że szalenie cieszy ją wyrwanie się z domu na lampkę wina 😉 To właśnie dzięki Oldze, która zorganizowała nasze piątkowe spotkanie, miałam okazję poznać Martę Niebieszczańską, szefową Iceland News Polska, prężnie działającego serwisu informacyjnego dla Polaków na Islandii. Z tą pełną energii i naprawdę niezwykłą osobą miałam okazję przejechać się na obrzeżach Reykjaviku jeszcze w dniu mojego wyjazdu do Polski. Na szybko pokazała mi miejsca, do których nie dotarłam sama, w tym uroczą Grottę czy dzielnicę willi i dom Björk. Marta i Olga oraz ich przyjaciele, jako imigranci na stałe już wrośnięci w społeczeństwo islandzkie, opowiadali o sytuacji Polaków na Islandii, o ich wzajemnych relacjach i działaniach, które mają zrzeszać ich na obczyźnie. – Dzisiaj jest inaczej, niż lata temu. Młodzi imigranci nie potrzebują takich działań – opowiadała Marta. Rozmawiałam z wieloma Polakami na Wyspie, z różnym stażem i doświadczeniami; miałam wielkie szczęście poznawać jednak głównie takich, którzy naprawdę starali się asymilować z islandzkim społeczeństwem, poznawać język i ludzi. Bardzo cieszę się na działania środowisk takich jak Iceland News Polska czy Projekt Polska, bo usprawniają one też kontakt między Polską a Islandią i są niezwykle ważne dla działań Klubu Islandzkiego 🙂

IMG_20170408_002442.jpg

Kolejne cenne rozmowy miały miejsce już w Akureyri, gdzie spotkałam się z Agnieszką Jastrząbek, która występowała na naszej zeszłorocznej konferencji z tematem o kuchni islandzkiej. I tak się akurat złożyło, że to właśnie u Agnieszki miałam okazję zapoznać się z rodzimymi przysmakami po raz pierwszy na Wyspie. Agnieszka przygotowała mi degustację kilku specjałów, które – w odróżnieniu od słynnego hákarl czy svið, baraniej głowy – są konsumowane przez Islandczyków w ramach diety codziennej. Miałam więc okazję spróbować hatbrauð, czyli słodki chleb islandzki, który – posmarowany pysznym islandzkim masłem – świetnie komponował się z hangiálegg, szybką z baraniny. Druga wersja kanapki składała się z soðið brauð, pieczywa przypominającego pączka z ziołami, oraz mysingur, topionego brązowego sera, który w smaku przypominał solony kajmak. A do tego wielkanocne słodkości i rodzynki w czekoladzie.

Po degustacji Agnieszka zabrała mnie do centrum Akureyri, aby pokazać mi, gdzie pracuje. Była to najpiękniejsza kawiarnia w mieście, Bláa Kannan, rozpoznawalna po niebieskiej wieżyczce, pysznych ciastkach (na zdjęciu sara) i miłej obsłudze 😉 Następnego dnia spotkałam się z Martą Majdą, która – jak się okazało – również pracowała w tej kawiarni, a nawet islandzka telewizja nakręciła o niej materiał, w którym możecie podziwiać rysunki na kawie autorstwa Marty. Marta poczęstowała mnie innym islandzkim daniem, czyli plokkfiskur, zapiekanką z rybą, cebulą i beszamelem. Zarówno dzięki Marcie, jak i Agnieszce, miałam możliwość zapoznać się z realiami życia codziennego w Akureyri oraz sytuacji Polek dzielących swoje życie z Islandczykami. Ich obecność przy kuchennym stole była też dla mnie jedną z niewielu okazji na szczerą rozmowę o turystach czy innych sprawach, które – jak dotąd mi się wydawało – stanowiły dla Islandczyków tabu.

W ramach mojej islandzkiej wyprawy zatrzymałam się także w Kirkjubæjarklaustur na południu Islandii, aby odwiedzić Agnieszkę Weronikę Majkę. Majka uczy islandzkie dzieci plastyki, ale w wolnym czasie robi zdjęcia i maluje. Akurat następnego dnia po moim pobycie w Kirkjubæjarklaustur miała otwierać się wystawa jej prac zatytułowana “Absinthe – Northern Lights”.  To było naprawdę fajne spotkanie przy kawie i polskich Michałkach, gdzie mogłam poczuć zbliżające się święta Wielkanocne – Majka akurat pomalowała już jajka. Sama spędziłam Wielkanoc w przemiłym towarzystwie już w Reykjaviku.

img_20170416_110841.jpg

Na koniec spotkałam się z Agnes Gabríeludóttir, która dołączyła do Studenckiego Klubu Islandzkiego w ubiegłym roku stając się pierwszą niestacjonarną osobą stowarzyszoną SKI z Reykjaviku 🙂 Agnieszka przygotowuje dla nas internetowy kurs języka islandzkiego, którego pierwszą lekcję możecie zobaczyć tutaj. Agnieszka opowiadała mi o studiach w Reykjaviku, bo ukończyła tutaj filologię islandzką. Piłyśmy kawę w knajpie Babalú przy Skólavörðustígur, do której chętnie przychodziła w czasach studenckich. – Kiedyś było tu bardzo spokojnie, słyszało się niemal wyłącznie język islandzki. – powiedziała. – A teraz, sama widzisz. Wokół nas siedzą sami turyści. 

Jak wygląda Islandia w kwietniu? Przede wszystkim turyści napływają, ale nie ma ich jeszcze tak wielu. Krajowa jedynka przejezdna, główne atrakcje da się jeszcze sfotografować bez konieczności czekania, aż głowy gapiów znikną z kadru. Na pewno w ciągu niespełna dwóch tygodni nie udało mi się zwiedzić Islandii naprawdę, ale jedno jest pewne: nie zawiodłam się. Islandia przyciąga jak magnes, o tym mówiło mi wiele osób. I na pewno wkrótce tam wrócę.

Dziękuję wszystkim polskim elfom, bez których mój wyjazd na Islandię nie byłby taki udany! Takk fyrir i do zobaczenia!

IMG_20170415_080915.jpg

Ta ten post został napisany dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Walka o turystów z naturą

Islandia nie narzeka na brak turystów. Większość z nich przyjeżdża na wyspę zwabiona jej egzotycznym pejzażem, szukając przygód w tym dzikim, ale jednak przecież czasem i niebezpiecznym, interiorze.

I choć turystyka staje się wiodąca dla gospodarki państwa, Anna Margret Guðjónsdóttir, przez wiele lat odpowiedzialna za rozwój tego sektora na Islandii, mówi o konieczności dalszego promowania wyspy. Tym razem turystów ma zwabiać bogata kultura kraju.

Jeszcze 20 lat temu Islandia leżała na marginesie turystycznej mapy Europy. Mimo to już od starożytności funkcjonowała w wyobraźni Europejczyków jako egzotyczne, odległe miejsce – Ultima Thule. W średniowieczu stanowiła pustelnię dla irlandzkich mnichów i miejsce schronienia norweskich banitów zanim na dobre ją zasiedlono. Wydawałoby się, że przez kolejne stulecia pozostawała w turystycznej próżni, mimo to zachowały się nowożytne relacje z podróży na odległą wyspę, choćby ta autorstwa czeskiego księdza Daniela Vettera z 1613, która jest jednocześnie najstarszym opisem wyspy w języku polskim. Dopiero w XIX i XX wieku zaczęli pojawiać się na niej artyści szukający inspiracji w prostej sztuce ludowej (William Morris) czy fantastycznych sagach (CS Lewis i JRR Tolkien). Regularne przyjazdy większych grup obcokrajowców wiążą się dopiero z drugą połową XX wieku, kiedy stacjonujących w Keflaviku amerykańskich żołnierzy odwiedzały ich rodziny. Zwiększająca się liczba turystów zza oceanu wiązała się także z polityką linii lotniczych Loftleiðir, które w ramach lotów interkontynentalnych proponowały swoim klientom przystanek na Islandii.

Popularność Islandii zaczęła rosnąć dopiero w latach 90. i to za sprawą ekscentrycznej wokalistki Björk. Wkrótce i jej rodacy z zespołów Sigur RósGusGus czy múm przyczynili się do wzrastającej atrakcyjności wyspy jawiącej się jako magiczna, tajemnicza, baśniowa. Islandia staje się stolicą muzyki alternatywnej, w 1999 roku rusza pierwsza edycja Iceland Airwaves Festival. Sponsor imprezy może pochwalić się ogromnym sukcesem; w roku następnym po raz pierwszy w historii kraju liczba przyjezdnych przekracza liczbę mieszkańców wyspy. W każdym następnym rokiem liczba ta wzrasta. W 2002 roku jezioro Jökulsárlón staje się tłem dla przygód Jamesa Bonda. Przybiera turystów zauroczonych krajobrazami wyspy. W roku 2014 turystyczna bańka pęka.

W tym roku oczekujemy 1,2 mln turystów. Czujemy się przytłoczeni.” – mówi Anna Margret Guðjónsdóttir. Tegoroczny Iceland Airwaves Festival musiał zostać przesunięty na listopad – latem bowiem zjeżdżający na wyspę turyści by się na niej nie pomieścili. Mimo rozwijającej się branży hotelarskiej wciąż brakuje miejsc noclegowych. W tym roku liczba turystów 4-krotnie przekroczy populację kraju. Czy jednak faktycznie Islandczycy czują się przytłoczeni i mają prawo nienawidzić turystów?

Oczywiście dzięki nim gospodarka kraju ma się bardzo dobrze; dzięki rozwojowi tego sektoru wzrasta liczba miejsc pracy, turystyka jest też lekiem na kryzys z 2008 roku, który ściągnął nowe rzesze przybyszów, bowiem koszty podróży i pobytu znacznie potaniały. Mimo to ten niewielki kraj odnotowuje wiele wad wynikających z najazdów turystów. „Głównie cierpi na tym natura”, mówi Guðjónsdóttir. Turyści paradoksalnie niszczą to, co przyjechali oglądać. Śmiecą, zbaczają z ustalonych tras, rozkładają namioty w miejscach objętych ochroną, znane są również przypadki śmierci w wyniku nierozważnego chodzenia po zamarzniętych jeziorach. To także z winy turystów „zniszczono” Geysir, który pobudzano do częstszych eksplozji mydłem, przez co uzyskano odwrotny efekt.

Islandczycy nie planują jednak polityki „antyturystycznej”, nie są też oficjalnie wrogo nastawieni wobec swoich gości. Wręcz przeciwnie, Islandia przoduje na listach najbardziej przyjaznych destynacji turystycznych. Ale próbą wybrnięcia z kłopotliwej sytuacji może okazać się trend „ściągania” turystów z tzw. Golden Circle do miast. Jak mówi sama Guðjónsdóttir, w turystyce pojawiła się rywalizacja pomiędzy kulturą a naturą. Nie powinno jednak dziwić, że najbardziej pociągająca w Islandii jest właśnie możliwość ucieczki od miejskiego zgiełku.

W tegorocznym plebiscycie podróżniczego wydawnictwa Lonely Planet na najlepsze miasta w Europie zwyciężyło Akureyri, drugie największe miasto na wyspie, którego największą zaletą jest jego peryferyjność: „zielone pastwiska, osady rybackie, grzęzawiska, wodospady, trasy narciarskie i zatoki pełne wielorybów”. Dla porównania Reykjavík góruje na listach najlepszych miejsc do spędzania Sylwestra, lecz rozwijające się życie nocne stolicy jest jedną z głównych bolączek mieszkańców tego miasta.

Dlatego wartością miast ma być ich atrakcyjna oferta kulturowa. Reykjavík nie pretenduje jednak do statusu drugiego Londynu, Paryża czy Wiednia, zresztą nigdy takiego statusu nie uzyska. Nie może bowiem przyciągać turystów drogocennymi kolekcjami malarstwa europejskiego ani budowlami reprezentatywnymi dla którejkolwiek z budzących dech w piersiach epok historii architektury.

Islandia może jednak poszczycić się bogatą kulturą niematerialną i cenną dla tradycji europejskiej, a na pewno skandynawskiej, kolekcją manuskryptów sag islandzkich oraz zabytków epoki wikingów. Społeczeństwo tak dumne ze swojego dziedzictwa, na którym zbudowało silną tożsamość narodową i wypracowało odrębność również wobec innych państw skandynawskich, wychowane jest na etosie codziennego kontaktu z kulturą. Niemal każde islandzkie dziecko występuje lub występowało w szkolnym chórze. Statystyczny Islandczyk chodzi do teatru od dwóch do trzech razy w roku. Jeden na dziesięciu mieszkańców wyspy wydaje książkę. Każda miejscowość posiada bibliotekę.

Wielu Islandczyków zbiera się wieczorami przed odbiornikami radiowymi, by wysłuchać sag – historii spisanych w XIII wieku w języku, który dzięki niewielu modyfikacjom na przestrzeni wieków jest wciąż zrozumiały na dzisiejszego Islandczyka. To właśnie sagi są jedną z przyczyn ogromnej dumy Islandczyków; te średniowieczne teksty opisujące początki istnienia państwa są ewenementem na skalę światową i stanowią podwaliny literatury europejskiej. Nie dziwi więc, że zasłużyły na osobne muzeum. Dziwi jednak coś innego – że przy tak wysokiej świadomości o wartości tradycji i historii. Islandczycy nie chcą pogłębiać wiedzy na ten temat. Drogie inwestycje ostatnich lat, jakimi się nowoczesne muzea z interaktywnymi wystawami, świecą pustkami. Otwarta w 2011 Landnámssýningin, ekspozycja prezentująca historię osadnictwa na Islandii odnotowała, że tylko 2% (sic!) odwiedzających z ubiegłego roku stanowili Islandczycy. Reszta to turyści, którzy podbijają statystyki większości muzeów i galerii na wyspie, mogą bowiem liczyć na opisy i przewodniki w języku angielskim.

Kristín Scheving z Listasafn Íslands, Galerii Narodowej prezentującej XIX i XX-wieczne malarstwo islandzkie, mówi o konieczności promocji sztuki islandzkiej wśród samych Islandczyków. Sztuki plastyczne są wciąż niedoceniane przez opinię publiczną, co może wiązać się z krótką tradycją tej dziedziny sztuki na wyspie. Zupełnie inną popularnością cieszy się muzyka i śpiew, uprawiane już przez średniowiecznych skaldów, co skutkuje ogromną muzykalnością Islandczyków.

Sukces Wystawy Osadnictwa wśród turystów wynika z rozwijającej się na wyspie polityki uprawiania dobrego muzealnictwa. Wystawa ta została przygotowana z wielką starannością oraz dbałością o jej edukacyjny charakter. Przy jej tworzeniu zaangażowani byli nie tylko historycy i archeologowie, ale także przewodnicy, nauczyciele oraz edukatorzy. Jak podkreśla Sigrun Kristjánsdóttir, dyrektor od spraw wystaw Muzeum Miasta Reykjavík, „muzea powinny umacniać swój wizerunek jako instytucji o funkcji przede wszystkim edukacyjnej.” Z kolei Anna Margret Guðjónsdóttir przypomina, że dostęp do kultury jest na Islandii jednym z podstawowych praw człowieka i wyrównywanie szans uczestniczenia w życiu kulturalnym, również poprzez edukację, jest obowiązkiem islandzkiego muzealnictwa (zgodnie z prawem grupy szkolne mają wstęp wolny do muzeów).

Stąd też szereg inicjatyw lokalnych i prób wyjścia ze sztuką do ludzi, takich jak organizowane od 1996 roku Reykjavík Culture Nights czy koordynowane przez Kristín Scheving akcje w mniejszych miejscowościach, jak chociażby stworzenie domu kultury w starej rzeźni czy festiwale łączące różne dziedziny sztuki od video-art po design i cyrk. Te liczne przedsięwzięcia miały na celu pobudzenie nieoswojonej ze sztuką publiczności.

Inwestycja państwa w edukację kulturalną, a co za tym idzie tworzenie kolejnych galerii sztuki i muzeów tematycznych, a także cykliczne festiwale i imprezy mają zatem ściągać również zagranicznych turystów, co już się w dużym stopniu udaje. Na przykład pomysł Kristín Scheving na festiwal video-art 700 IS Hreindýralandpoczątkowo organizowany na Wschodnim Wybrzeżu stał się ściągnął międzynarodową publiczność.

Islandia staje się interesującą propozycją dla wielu artystów współczesnych, choć wciąż ich islandzcy koledzy decydują się na karierę poza granicami kraju (ErróOlafur Eliasson). Choć Reykjavík nie może konkurować ze stolicami Europy kontynentalnej pod względem sztuki dawnej, ma duże szanse na stworzenie ośrodka sztuki współczesnej. Stoi tam już ultranowoczesny budynek sali koncertowej, Harpa, wyspa Viðey zaś od wielu lat gromadzi fanów Johna Lennona wokół Imagine Peace Tower, instalacji Yoko Ono. W Galerii Narodowej powstał Vasulka Chamber, jedna z największych w Europie kolekcji zdigitalizowanych prac artystów amerykańskich przekazanej Muzeum przez Steinę i Woody’ego Vasulka, islandzko-czeską parę artystów aktywnych twórczo w Stanach Zjednoczonych późnych lat 60. i 70.

Na koniec wreszcie Islandia nie tylko daje przykład w inwestowaniu w rozwój kultury własnej, ale od wielu lat finansuje projekty istotne dla rozwoju dziedzictwa kulturowego innych krajów. Wspiera chociażby wiele inicjatyw w Polsce; jedną z najświeższych jest budowa nowego oddziału Muzeum Narodowego w Krakowie, Pawilonu Józefa Czapskiego.

Czy zatem za kilka lat Islandia stanie się destynacją atrakcyjną również dla miłośników kultury i sztuki?

Zważywszy na historię turystyki na wyspie, to właśnie kultura ściągała pierwszych poważnych gości. Rozkoszując się malowniczymi widokówkami z Krainy Ognia i Lodu warto mieć na uwadze, że obraz tej utęsknionej, tajemniczej, spowitej mgłą wyspy pięknych krajobrazów został wykreowany właśnie przez dzieła kultury, baśniową literaturę i elficzną muzykę Islandii.

******

Artykuł powstał w oparciu o wizytę studyjną Anny Margret GudjonsdóttirSigrun Kristjánsdóttir oraz Kristín Scheving w Muzeum Narodowym w Krakowie w dniach 29.09-1.10.2015. Muzeum Narodowe w Krakowie w partnerstwie z Evris Foundation ses. z Islandii realizuje projekt „Dobre praktyki edukacyjne w pracy ze społecznością lokalną – wizyty studyjne i warsztaty w ramach współpracy polsko-islandzkiej„.

Projekt dofinansowano z Funduszu Współpracy Dwustronnej – część „b” dla Programu „Konserwacja i rewitalizacja dziedzictwa kulturowego” w ramach Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego i Norweskiego Mechanizmu Finansowego na lata 2009-2014.

Wsparcie zostało udzielone ze środków pochodzących z Islandii, Liechtensteinu i Norwegii oraz ze środków budżetu państwa. Kwota dofinansowania: 165 591 zł

Więcej informacji:
http://mnk.pl/artykul/dobre-praktyki-edukacyjne-w-pracy-ze-spolecznoscia-lokalna

Pierwsza publikacja tekstu na łamach Stacja Islandia.

Goście z Islandii w Krakowie

W dniach 28 września – 1 października Muzeum Narodowe w Krakowie gościło trzy panie z Islandii związane z promocją kultury lub pracujące w instytucjach kultury na wyspie. Na zorganizowanych przez Muzeum warsztatach i wspólnych spotkaniach uczestniczyła nasza członkini Emiliana Konopka. Szczególnie ostatni dzień sesji, podczas którego to goście opowiadali o swoich zadaniach i celach, okazał się bardzo interesującym źródłem informacji o Islandii i samych Islandczykach.

Koordynatorka całej wymiany ze strony islandzkiej, Anna Marget Guðjónsdóttir, która reprezentowała przede wszystkim Fundację EVRIS, opowiadała o współpracy fundacji, a tym samym całej Islandii, z Europą i Unią Europejską.Ta fundacja non-profit zajmuje się przede wszystkim pomocą w pozyskiwaniu funduszy unijnych i krajów norweskich. Wiele z tych funduszy wzbogaca rozwój kultury, a pieniądze z EEA Grants (Islandia, Norwegia i Liechtenstein) nierzadko wykorzystywane są przez polskie placówki i instytucje kulturalne, np. na rok 2016 planowane jest otwarcie nowego oddziału Muzeum Narodowego w Krakowie – Pawilon Józefa Czapskiego, który ma szansę zaistnieć właściwie głównie dzięki temu funduszowi.

Co do promocji kultury na samej Islandii, Margret mówiła, że jest to jedno z jej podstawowych zadań. Wieloletnia dyrektor od spraw turystyki miasta Reykjavik, opowiadała o tym, że jeśli mówimy o promocji kultury na wyspie, to właściwie mówimy głównie o stolicy, bo tam koncentruje się większość jej mieszkańców. Ale nie tylko Islandczycy są beneficjentami projektów i strategii obmyślanych przez osoby zajmujące się kulturą. To także, a jak się okazuje – przede wszystkim – turyści, których liczba zwiększa się z roku na rok i w lecie 2016 Islandia spodziewa się ich aż 1, 2 miliona! I choć większość z nich wciąż przyciąga przede wszystkim natura wyspy, celem osób takich jak Margret jest zainteresowanie ich również islandzką kulturą.

12067398_543802792434701_1576532613_n

Jak to zrobić? Choć trudno w to uwierzyć, jeszcze 20 lat temu Islandia opracowywała ogólne strategie “zwabiania” turystów na wyspę. Były to, jeśli chodzi o sektor kultury, wydarzenia i imprezy, takie jak Reykjavik Culture Night, którą zainicjowano w sierpniu 1996, zatem w sezonie turystycznie najatrakcyjniejszym. Choć impreza ta, przypominająca niejako europejską Noc Muzeów, ale opierająca się raczej na wychodzeniu sztuki do człowieka niż człowieka do sztuki, była planowana także z myślą o społeczeństwie miasta, które miało czuć się jednocześnie gośćmi jak i współorganizatorami tej wielkiej imprezy. Margret opowiedziała także o pewnej pułapce, w jaką zaplątali się Islandczycy, co wyjaśniła na przykładzie festiwalu Iceland Airwaves, przeniesionego na listopad z uwagi na zbyt dużą ilość przyjezdnych w sezonie letnim. Islandia, a szczególnie Reykjavik, pozostaje jednak krajem o ograniczonych możliwościach, szczególnie kwaterunkowych, dlatego czasem zbyt duża ilość turystów Islandczyków po prostu przytłacza.

Druga prelegentka, Sigrun Kristjánsdóttir, wypowiadała się natomiast o samej edukacji kulturalnej w Islandii. Jako osoba odpowiedzialna za organizację wystaw i różnych wydarzeń w Muzeum Miasta Reykjavik, przedstawiała ten problem od strony nauczania historii. Muzeum posiada pięć oddziałów: Muzeum na otwartym powietrzu (skansen) Árbær, Muzeum Osadnictwa, Muzeum Morskie, Muzeum Fotografii oraz wyspę Viðey. Już samo zróżnicowanie i specyfika oddziałów pokazują jak inne spojrzenie na muzealnictwo spotykamy w Islandii. Duże zainteresowanie ekosystemem wyspy oraz ochroną środowiska, a także dbałość o pamięć i pielęgnowanie wspomnień “wspólnoty” to aspekty brane pod uwagę w szerokim programie edukacyjnym na ciekawych wystawach. Na przykład na wystawie “Consumption” uczniowie klas gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych poznają historię znanych im rzeczy, chociażby dżinsów – dowiadują się, czego potrzeba do ich produkcji, w jaki sposób dostają się do sklepów, a także co można z nimi zrobić kiedy nie nadają się już do użytku. Zresztą oferta edukacyjna, jak i nierzadko same wystawy, powstaje we współudziale nauczycieli i innych osób, które mogą mieć twórczy wkład w jej jakość. Ważna jest także sama rola i opinia odwiedzającego – aby ułatwić mu dostęp do tej edukacji, Muzeum przygotowało zestawy dla szkół, a także “memory boxes” wysyłane do ludzi starszych, którym trudno dotrzeć fizycznie do placówki. Te pudełka pamięci pełne są przedmiotów zmuszających do refleksji i wspomnień, a także rozmów o wspólnej przeszłości.

12092664_543802775768036_636477899_n

Z kolei trzeci gość, Kristín Scheving, to absolwentka Akademii Sztuk Pięknych i aktywna artystka w obszarze video-art, a także pracowniczka Galerii Narodowej. Znaczące jest to, że o samej placówce, która jest najstarszą galerią sztuki na wyspie (130 lat działa, około 11 tysięcy obiektów), Kristin mówiła niewiele. Opowiadała natomiast o potrzebie dygitalizacji dzieł sztuki, a także wszelkiego rodzaju dokonań artystów zapisanych na taśmach filmowych, kliszach, czy w ich komputerach. Idąc tym tropem sama “odtworzyła” koordynowane przez siebie przedsięwzięcia, takie jak przetworzenie dawnej rzeźni na dom kultury w małej miejscowości na wschodnim wybrzeżu i organizację pierwszego festiwalu video-art na świecie. Opowiadała też o angażowaniu lokalnych społeczności we wszelkiego rodzaju imprezy czy wydarzenia kulturalne, a także oswajanie ich ze sztuką. Jak sama przyznaje, wielu z okolicznych przychodniów miało po raz pierwszy do czynienia ze sztuką właśnie za pośrednictwem jej działań w domu kultury, a były to pierwsze spotkania dosyć mocne, bo związane właśnie z zupełnie nietradycyjnym video-artem.

12047397_543802725768041_455912501_n

Do wniosków  z odbytej wizyty studyjnej należały przede wszystkim istotne różnice wynikające z rozmiarów, a także specyfiki instytucji kultury w Polsce i w Islandii. Goście z uśmiechem zwrócili uwagę na “zwariowaną” polską biurokrację i zwróciły uwagę, jak ważne jest pytanie ludzi o ich opinie i analizowanie tych opinii, uczenie się na nich. Mamy nadzieję na wykorzystanie tych cennych kontaktów i powtórne spotkanie.

Ten post został napisany dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.