Na islandzkim Jólaborð

Jak upływają Wasze święta? Spędzacie je w Polsce czy na Islandii? Pewnie ci, co mieszkają na Wyspie tęsknią za polskim karpikiem i pierogami, natomiast ci, którzy bywają na Islandii poza okresem bożonarodzeniowym marzą, by spróbować zgniłej płaszczki z roztopionym łojem owczym. Bo święta przede wszystkim kojarzą nam się ze smakami – tymi znanymi od dzieciństwa i tymi, które chcielibyśmy jeszcze odkryć. Kluczem do poznania w pełni obcej kultury jest z pewnością właśnie spędzanie świąt w jej kraju. Dlatego w tym wpisie oddaję głos znanym mi Polakom mieszkającym na Islandii i pytam ich o pierwsze święta na Wyspie, nietypowe zwyczaje i obserwacje islandzkiego sposobu obchodzenia Bożego Narodzenia czy po prostu wspomnienia najciekawszych, lub najdziwniejszych świąt na Wyspie.

Ingen automatisk text tillgänglig.

Chodź norweski zespół Ylvis w swojej świątecznej piosence sprzed dwóch lat donosi, że na północnych bożonarodzeniowych stołach stawia się pieczone maskonury, na Islandii królują znacznie wykwintniejsze smakołyki. Jak napisała mi Aga Jastrząbek mieszkająca w Akureyri od wielu lat, “na Islandii stół nie ugina się pod ciężarem dwunastu potraw. Jako przekąska często podawany jest gravlax, czyli łosoś peklowany w soli z dodatkiem cukru i koperku ze specjalnym sosem. Wśród dań głównych najczęściej podawany jest  hamborgarahryggur bądź rjúpa, czyli pardwa. Nowym trendem jest za to indyk, który coraz częściej pojawia się na islandzkich stołach podczas świąt”. Zdecydowanie islandzkie święta różni od polskich to, że świąteczna kolacja opiera się na dniach miejskich. Agnieszka Bikowska opisała mi, że “islandzkie dania to zazwyczaj upieczone w piekarniku mięso, np. kawałek świniny ze skórą. Tę skórę nacina się wzdłuż i w szerz tworząc kosteczki, następnie soli się solą kamienną i piecze w piekarniku w 170  stopniach, a później w 200, dzięki czemu skórka robi się chrupiąca”. Taką wieprzowinę można podać z ziemniakami w karmelu i groszkiem z puszki albo czerwoną kapustą lub małosolnym ogórkiem ze słoika. Zgodnie z tradycją można spodziewać się także hangikjöt, czyli wędzonej baraniny, podawanej z ziemniaczanym i/lub marchwiowym purée.

A co na deser? Znane wszędzie już pierniczki (piparkökur), ale Aga wspomina jeszcze pochodzący z Danii ris à la mande, czyli pudding ryżowy z migdałami. “Popularnym deserem są czekoladowe lody Toblerone, która jest bardzo lubiana na wyspie. Desery podawane są w towarzystwie wcześniej upieczonych ciasteczek i czekoladek (kofekt).” Ulubionym deserem Agi jest jednak sara, którą można zjeść na Islandii przez cały rok. “Sara ma trzy warstwy: makaronikowy spód, na nim krem czekoladowo-kawowy, a to wszystko oblane pyszną czekoladą. W niektórych piekarniach bądź kawiarniach można ją kupić przez cały rok, lecz jej popularność szczególnie pikuje w czasie adwentu.” Sara to pyszna rzecz, jadłam ją również w Laponii.  Na zachętę wrzucam Wam zdjęcie ciastka zamówionego właśnie w Akureyri:

No dobra, ale czy Polacy na Islandii nie próbują jednak kultywować tradycji polskich? Agnieszka przyznaje, że gotowała barszcz z koncentratu, Olga Knasiak (Polska na Islandii, na Islandii od 13 lat) wspomina natomiast swoje pierwsze święta na Wyspie tak: “polska atmosfera, polskie tradycje, polski język i polskie jedzenie z islandzkich produktów na islandzkiej ziemi”. Domyślam się, że wielu produktów nie można było wówczas znaleźć w lokalnych sklepach, ale Agnieszka potwierdza, że można ugotować polskie potrawy z produktów kupionym w polskim sklepie, ale też i w Bónusie: “Składniki do moich potraw kupiłam w polskim sklepie: barszcz, uszka, pierogi ruskie i z kapustą i grzybami, oraz bigos ze słoika, do którego później dodałam  islandzkiej koniny, bekonu i kiełbaski z Bónusa”. Zamiast typowego kompotu z suszu na Islandii popija się przy wigilijnym stole Malt og Apelsin – podpiwek zmieszany z islandzkim napojem gazowanym o smaku pomarańczowym.

Jedzenie na Islandii to bardzo ważna część bożonarodzeniowej tradycji, bo szczególne potrawy jada się w inne dni okresu świątecznego. Pierwsze kulinarne tradycje świąteczne można obserwować z początkiem adwentu, wówczas “bardzo popularne są spotkania w kawiarniach przy gorącej czekoladzie (heitt kakó) oraz szczególnie wypiekanie w rodzinnym gronie ciasteczek (smákökur), które są podjadane poprzez cały czas trwania adwentu”, jak donosi Aga. Typowym wyrobem jest również laufabrauð, cieniutki chrupki chlebek smażony w głębokim tłuszczu, który jest konsumowany w czasie świąt w towarzystwie. 23 grudnia, czyli Þórláksmessa (na pamiątkę biskupa ze Skáholt, który w XII wieku zginął właśnie tego dnia) wieczorem podawana jest skata – jedna z najbardziej cuchnących ryb na świecie, czyli wspomniana już na początku zgniła płaszczka.

To co, głodni? Maciej już smaka na islandzkie święta? Tak? No to może za rok? Tego sobie życzę. A Wam życzę przede wszystkim wszystkiego najlepszego, odpoczynku i spełnienia islandzkich marzeń w nowym roku!

Ingen automatisk text tillgänglig.

ROK tímarit / magazyn

W ubiegłą sobotę 15 grudnia miała miejsce oficjalna premiera kwartalnika ROK, polsko-islandzkiego magazynu. Niestety nie mogłam być tego dnia w reykjawickim Bíó Paradís, by wraz z innymi twórcami świętować nasze dzieło. Swoje egzemplarze dostałam jednak pocztą prosto z drukarni i mogłam napawać się efektem ciężkiej pracy wspaniałych osób z Polski i Islandii zanim jeszcze pozostałe numery dotarły do brzegów Islandii. Starałam się trzymać tajemnicę i nie spalić tej wielkiej niespodzianki, którą przygotowywaliśmy dla Was od dawna. Teraz kwartalnik może trafić już w Wasze ręce (a nawet wszystkie cztery numery za cały 2018 rok!), choć z zamówieniami na teren Polski trzeba jeszcze chwileczkę poczekać.

Narobię Wam więc apetytu. Czym dokładnie jest ROK? To inicjatywa dwóch Polek na Islandii, Marty Magdaleny Niebieszczańskiej oraz Justyny “sajji” Grossel. Obie mieszkają na Wyspie od lat, udzielając się wszechstronnie, pisząc, fotografując, działając na rzecz Polonii, w tym tworząc portal Iceland News Polska. Tak dziewczyny opisują charakter magazynu we wstępniaku do pierwszego numeru:

Jest to pismo o Polakach, o Islandczykach, kobietach i mężczyznach, o pasjach, marzeniach i ich realizacji. (…) Jest o kulturze, historii, o tym, co ważne i ciekawe, o krajach, w których żyjemy, mieszkamy, mamy swoje domy i rodziny. Historie o wygodnych i niewygodnych sprawach, które mają pobudzić do myślenia. Na stronach magazynu przeplatają się artykuły w języku polskim i islandzkim.

I faktycznie, przekrój tematów i treści pierwszych czterech numerów jest naprawdę zachwycający! Mamy tutaj zarówno wywiady, reportaże, recenzje, fragmenty prozy i poezji, artykuły naukowe czy refleksyjnie, bardziej osobiste zapiski emigrantów. Są teksty pisane przez Polaków, jak i przez Islandczyków, polskie tłumaczone na islandzki, ale też islandzkie tłumaczone na polski. Mamy tu mnóstwo świetnych zdjęć oraz grafik, a także prezentacje artystów czy muzyków kojarzonych z Wyspą. Mamy teksty z poradami o tym jak żyć lub podróżować na Islandię, ale również eseje o wspomnieniach czy tęsknocie za Wyspą. Mamy wreszcie dobrze znane nam nazwiska: Jacek Godek, Berenika Lenard, Piotr Mikołajczak, Olga Knasiak, Olga Szelc.

Wśród tej śmietanki polsko-islandzkiej znalazło się i miejsce dla mnie, z czego jestem dumna jak paw i bardzo szczęśliwa. Jak doszło do tego, że ja, mały żuczek, stałam się niejako częścią całego projektu? Wszystko dzięki zaufaniu, jakim obdarzyła mnie współredaktor pisma, Marta Niebieszczańska. Pamiętam ten styczniowy wieczór podczas mojego pobytu w Reykjaviku, kiedy siedziałyśmy w przytulnym domku nad herbatą, głaszcząc co i raz nieobliczalnego kota. Wówczas Marta wspomniała mi po raz pierwszy o projekcie, pytając czy nie napisałabym tekstu o kobietach-artystkach. Co prawda przez kolejne miesiące pomysł na teksty ewaluował, i z czterech jak na razie zaplanowanych artykułów ten o kobietach jeszcze nie zawitał na strony kwartalnika, ale w pierwszych czterech numerach ROKu możecie znaleźć aż dwa moje teksty.

Kto czyta tego bloga lub śledzi moje publikacje naukowe, wie, czego można było się po mnie spodziewać. Oba teksty traktują bowiem o sztuce islandzkiej i o tym właśnie będę dla ROKu pisywać. Jako że polskie znaczenie tytułu magazynu (islandzkie oznacza “sztorm”) sygnalizuje, że całe przedsięwzięcie wiąże się z ważną dla obu nacji datą 1918 i jej 100-letnią rocznicą, tematyka pierwszych numerów krąży wokół niepodległości, suwerenności, symboli narodowych i wszystkiego tego, czym jest Polska i czym jest Islandia. Stąd w trzecim numerze możecie znaleźć mój tekst Islandzkość pędzlem malowana, czyli artyści okresu niepodległości, w którym opisuję proces tworzenia się sztuki narodowej w XX-wiecznej Islandii. Oto fragment, na zachętę: (a poniżej tłumaczenie fragmentu tekstu na islandzki. To dlatego, że jestem przeszczęśliwa, że tekst z moim nazwiskiem można czytać również po islandzku!!!!!!!!!!!!!)

Każdy Polak zna Jana Matejkę, a przynajmniej kojarzy jego „Bitwę pod Grunwaldem”. W przypadku Islandczyków sprawa nie jest jednak taka prosta; ich tożsamość narodowa oparta jest na słowie – pisanym, mówionym, śpiewanym, dlatego tradycja sztuk wizualnych rozpoczyna się na Wyspie stosunkowo późno. Nie jest chyba jednak przypadkiem, że narodziny islandzkiego malarstwa przypadają na początek XX wieku, kiedy nastroje niepodległościowe osiągnęły swój szczyt. Wszystko zaczęło się jednak w Kopenhadze: tam powstały studenckie ruchy proklamujące uniezależnienie się od Danii, tam też wykształcili się pierwsi islandzcy artyści, tam stacjonowała islandzka elita, która sfinansowała powstanie Islandzkiej Galerii Narodowej (Listasafn Íslands). To więc właśnie w Danii, a nie na Islandii, narodziło się islandzkie malarstwo. Jednak właśnie na Wyspie przybrało swój narodowy charakter i stało się ważnym elementem rozwoju kultury islandzkiej w nowym państwie.

rok2 — kopia.jpg

Natomiast w pierwszym numerze przeczytacie o tym, co zajmowało mnie w ostatnim czasie, czyli o koniach. Tym razem porównuję znaczenie konia w obu kulturach – polskiej i islandzkiej, zadając prowokacyjne pytanie w tytule Czego nie ma konik polski, co ma kuc islandzki?  Zdradzę tylko, że piszę tu zarówno o Kossakach, jak i o Kjarvalu, a sposób przedstawiania konia w malarstwie obu krajów jest dla mnie punktem wyjścia do zastanowienia się, czego możemy dowiedzieć się o mentalności naszych narodów właśnie z przedstawień koni.

Bilden kan innehålla: utomhus
zdjęcie: materiały promocyjne ROK tímarit / magazyn

To jak, nabraliście już ochoty na zaopatrzenie się w świeżutkie egzemplarze magazynu ROK? W sprawie zamówień zgłaszajcie się bezpośrednio do Redakcji, mailowo lub za pośrednictwem strony na Facebooku. Śledźcie nasz kwartalnik w mediach społecznościowych (profil również na Instagramie) i koniecznie ostrzcie sobie zęby na nowe numery! Niech nowy rok przyniesie kolejne znakomite numery ROKu, w których będziecie mogli znaleźć inspirację i siłę na walkę z codziennymi sztormami. Jak piszą Marta i Justyna, Magazyn ma być bowiem zmianą w naszej codzienności. Nie tylko tej, której doświadczają Polacy mieszkający na Islandii, ale również i my tutaj, w Polsce nieco odcięci, odizolowani (o ironio!) od tego, co dzieje się na Wyspie. Łączymy siły, by działać wspólnie i tworzyć wspaniałe rzeczy.

Na koniec chciałabym podziękować Marcie za jej entuzjazm, energię, umiejętność angażowania tak wielu osób w ważne sprawy, elektryzowania swoim optymizmem i siłą, a przede wszystkim każdorazowym udowadnianiem mi, że “jak się nie da jak się da?!”. To dzięki Tobie rzucam wszystkie codziennie, na pozór ważniejsze sprawy, by usiąść i napisać o sztuce islandzkiej. TAKK!

ROK logo.jpg

Niespodziewane prezenty

Już wkrótce pierwszy ze Świątecznych Chłopców (jólasveinar) zejdzie z gór, żeby swoją obecnością zainicjować ostatnie dwa tygodnie oczekiwania na święta Bożego Narodzenia. Niektórzy przyjmą to pewnie ze strachem, że tak niewiele czasu pozostało na przedświąteczne porządki albo na wycieczkę do centrum handlowego w celu wydania listopadowej wypłaty na prezenty. Inni znowu wstaną o świcie, żeby pójść na roraty (znam takich!), a jeszcze inni wzruszą ramionami i wyjmą z adwentowego kalendarzyka kolejny kawałeczek produktu czekoladopodobnego, pełni przekonania, że nie można inaczej oczekiwać świąt niż tak, jak wmawiają nam to reklamy.

Nie wierzę jednak, że da się całkowicie zignorować ostatnie dni przed świętami. Nie tylko przypominają nam o tym codziennie ckliwe kolędy i amerykańskie przeboje z Last Christmas na czele, ale niezależnie od popkulturowego konsumpcjonizmu tli się w nas ta nadzieja  na czas spędzony wśród bliskich. Czekamy, aby w końcu usiąść za wigilijnym stołem i znowu pokłócić się o politykę, objadamy się potrawami, które według turystów stanowią naszą dietę codzienną, a potem odpakowujemy mniej lub bardziej trafione prezenty.

Ale jest w tych dniach jednak coś magicznego. Możemy zrobić sobie wolne od codziennych obowiązków, możemy odłożyć na chwilę pisanie pracy dyplomowej albo artykułu naukowego potrzebnego “na już”, możemy zapomnieć o długiej liście książek do przeczytania lub rzeczy do zrobienia. Dla mnie to z pewnością będzie czas, kiedy odpocznę od podejmowania ważnych decyzji dotyczących przyszłości, wyłączę Gmaila i zostawię sobie kilka dni na złożenie aplikacji na doktorat za granicą. Święta to taki doroczny, niespodziewany prezent w postaci wolnego czasu. Co prawda po 1 stycznia musimy ruszyć do pracy ze zdwojonym tempem, ale przynajmniej przez kilka dni dajemy sobie ten komfort nicnierobienia.

Bardzo lubię prezenty. A najbardziej nieoczekiwane. A tak było właśnie rok temu, kiedy oczekiwałam świąt Bożego Narodzenia 2017. A wszystko za sprawą świątecznych chłopców.

To był jeden z tych dni, kiedy nowy dzień wita Cię nieopisanym, skandynawskim mrokiem, bo wstajesz na poranne zajęcia. Schodzisz ze swojego pokoiku do wspólnej kuchni, nastawiasz wodę na kawę, a za oknem widzisz scenę jakby żywcem wyrwaną z jakiegoś norweskiego filmu egzystencjalnego z dużą dozą czarnego humoru. Twój wzrok napotyka bowiem srokę walczącą o życie z pazurami i zębami wielkiego rudego kocura. Ptaszek nie ma jednak szans, bo kły drapieżnika zatopiły się już w jego ciele, a krew cieknie powoli na biały śnieg. Tak właśnie wyglądają zimy w Goteborgu. Nic, tylko zacząć nowy dzień.

Po powrocie do zimnego pokoju przypomniałam sobie, że na zewnętrznym parapecie okna zostawiłam poprzedniego wieczora jeden z butów, w końcu była to noc, podczas której przychodzi Stekkjarstaur, pierwszy ze Świątecznych chłopców. Naprawdę nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Od dziecka wiem przecież, że Święty Mikołaj nie istnieje, postarała się o to moja starsza siostra, która postanowiła ukrócić mi dzieciństwo tą okrutną wiadomością kiedy miałam jeszcze 5 lat. Dlatego nigdy nie wierzyłam w zostawianie grubasowi ciasteczek i mleka, żadnych skarpet na kominku. Wróżka Zębuszka też zawiodła mnie już od pierwszego straconego zęba, a mimo to naiwnie wkładałam jeszcze kilka martwych mleczaków pod poduszkę, licząc na jakieś skarby. Czemu więc magiczne istoty miałyby zmienić swoją politykę wobec mnie i w końcu  zacząć dawać mi prezenty? Jestem przecież już duża, a mimo to dałam nabrać się koleżance, która powiedziała: uważaj, tej nocy odwiedzi cię jólasvein.

Koleżanka to Niemka, poznałyśmy się na zajęciach w ramach programu Erasmus. W ten weekend mnie odwiedziła, więc wspomnienia wspólnie spędzonego semestru zimowego w Szwecji wracają jak żywe. Dwie stare baby bawiły się w świeżym śniegu jak dzieci, za pierwszym razem lepiłyśmy bałwana, a potem zjeżdżałyśmy z ośnieżonej górki na blachach do pieczenia, owiniętych w plastikowe torebki z supermarketu Willys. Nico znała doskonale moje szaleństwo na punkcie Islandii, przeżyła też cały weekend ze mną w Oslo, gdzie świrowałam w każdym muzeum, gdzie znajdowało się cokolwiek wspólnego z wikingami. Więc chyba chciała mi zagrać na nosie i zrobić nadzieję na prezenty od świątecznych chłopców. No i jej się udało, bo rankiem byłam prawdziwie zawiedziona.

Poszłam na zajęcia i z dziecięcym fochem oznajmiłam jej, że żadnego świątecznego chłopca u mnie nie było. Ale stwierdzeniem tym chyba obraziłam wszystkie magiczne istoty zimowe, bo po zajęciach spadł tak obfity śnieg, że nie dało się w ogóle dojechać do domu (w zaparte jeździłam po Goteborgu rowerem niezależnie od pory roku i pogody). Było bardzo zimno, a ja (jak to ja) ubrana w spódniczkę i rajstopy maks. grubości 40 DEN, pedałowałam w śniegu i przeklinałam szwedzką zimę.

A potem przyszedł pierwszy z nieoczekiwanych prezentów. Znalazłam go w “magicznym” pudełku na jedzenie, ukrytym w kamiennym grillu na terenie naszego akademika. Było zaadresowane do mnie, więc ośmieliłam się je otworzyć. Tam tkwił prezent dla mnie. Podpisany “To Emiliana from Stekkjarstaur and Giljagaur”. A więc to prawda, że islandzkie elfy i szwedzkie trolle nie rozumieją się nawzajem i muszą używać języka angielskiego w pocztowych interakcjach. Dowód na to znalazłam zresztą dwa miesiące później w Laponii, bo ze wszystkich istot zamieszkujących wioskę Świętego Mikołaja w Rovaniemi tylko sam Mikołaj posługiwał się najróżniejszymi językami świata. Jego pomocnicy natomiast znali tylko angielski. Jak oni sobie radzą z odszyfrowywaniem listów od dzieci z całego świata, tego nie wiem.

Ponieważ Stekkjarstaur zakopał się w świeżym śniegu, przyszedł z małym opóźnieniem, od razu w towarzystwie swojego brata Giljagaur. Podarowali mi z tej okazji podwójny prezent – w pudełku znalazłam dwa czekoladowe Mikołaje na patyku oraz kartkę z uszczypliwą uwagą. “Ostatnia słodka rzecz przed przejściem na dietę”. Świąteczni chłopcy znają mnie za dobrze, bo nawet do nich doszły moje lamenty o tym, jak trudno jest przejść na dietę, szczególnie kiedy mieszka się w Kraju Fiki i Bułeczek Cynamonowych. W kraju, gdzie kawa i ciasteczka są darmowe w naszej akademickiej kawiarni, a w hipermarkecie zawsze czyha na Ciebie stoisko z godis na wagę. A że od dziecka miałaś problemy z szacowaniem wartości, to nakładasz ich sobie stanowczo za dużo, niż potrzeba. A potem zamiast schować tę papierową torbę wypchaną orzeszkami w białej czekoladzie, żeby wydzielać sobie słodkie dobra stopniowo, siadasz do kolejnego sezonu ulubionego serialu i zjadasz wszystko na raz. True story. Tak wygląda Erasmus w Szwecji.

A jak wyglądam ja po tym Erasmusie, to Wam nie pokażę.  Świąteczni chłopcy odwiedzali mnie natomiast regularnie aż do świąt. Do znanej nam tylko skrytki co wieczór podkładali różne urocze drobiazgi, wkładając je do torebek z motywem “Kraina lodu”, które skutecznie rozpuszczały lód na moim sercu. Stúfur i Þvörusleikir podarowali mi orzeszki i bakalie, Pottaskefill kartkę z Muminkiem i napisem “Hand over the candy”, Askasleikir zaś podarował mi mini foremki do muffinek. Na tym jednak skończyły się aluzje do przechodzenia na dietę i nieskutecznej redukcji słodkości w moim życiu codziennym. Zresztą realizowanie postanowień wcale nie szło mi lepiej po zakończeniu adwentu, w święta nażarłam się niemiłosiernie, a po Nowym Roku wróciłam do Szwecji i jej słodkości. W Walentynki mój przyszły wówczas chłopak obdarował mnie słoikiem Nutelii, a tego samego dnia piekliśmy w naszej kawiarni semle. Szwedzką zimę jakoś trzeba znosić.

Ale pozostali bracia wykazali się również znajomością innej części mojej osobowości, bo dostałam od nich sporo artykułów papierniczych, w tym zestaw kolorowych ozdobnych taśm. To były prezenty od Hurðaskellira, Skyrgámura, Bjúgnakrækira i Gluggagægira.

IMG_20171216_124159.jpg

Ostatnią partię prezentów przedświątecznych rozpakowałam już w Polsce. Gáttaþefur, Ketkrókur i Kertasníkir obdarzyli mnie kartkami świątecznymi. Ta ostatnia była sprytnym nawiązaniem do pierwszej części prezentów, kartka zawierała bowiem szkockiego bożka domowego, który wyglądem przypomina trochę skrzata lub krasnoludka. W goteborskim Muzeum Sztuk pięknych obraz z jego podobizną zatytułowany był po prostu “Troll”. Jednak jego prawdziwa nazwa to Brownie.

img_20171218_155612.jpg

W tym roku nie czekam na przyjście świątecznych chłopców, bo wiem, że nic dwa razy się nie zdarza. Ale już nie powiem, że w nie nie wierzę, tak samo jak po pobycie na Islandii nie powiem, że elfy nie istnieją. Każdy wyobraża je sobie tak, jak chce, a ja dowody na istnienie jólasveinar dostałam w ubiegłe święta. Wierzę, że w tym roku sprawią radość komuś innemu.

Wystawcie buty na dwór, może to właśnie Wam się w tym roku poszczęści?

Nie będziesz miał skyrów cudzych przede mną

Niedawno przeszłam na dietę i z tego powodu muszę robić znacznie większe zakupy niż wcześniej, dlatego wybrałam się przedwczoraj z mamą na zakupy do jednego z wielkich hipermarketów. Najwięcej czasu spędziłyśmy w chłodni z nabiałem, bo dorwałam się do dużego wyboru skyrów, czy – jak kto woli – jogurtów typu islandzkiego. O popularności tego produktu nie muszę mówić, bo dzisiaj skyr ma w swojej ofercie każda Biedronka, a portale lansujące diety fit zachwycają się właściwościami islandzkiego jogurtu, który ma dużo białka, a mało tłuszczu. Ja natomiast od jakiegoś czasu tropię skyry w sklepach w całej Europie, kupuję, konsumuję i porównuję. Pomyślałam więc, że zabawię się tym razem w prawdziwą influenserkę i przedstawię Wam moją listę produktów skyropodobnych. A raczej: moje siedem grzechów głównych.

IMG_20170409_144823.jpg

Skyr.is od MS Iceland Diaries

img_20170408_132602.jpg

Niewinność straciłam z produktem od MS Iceland Dairies: Skyr.is. W niektórych kulturach stracie dziewictwa towarzyszą różnego rodzaju rytuały, a w moim islandofilskim porządku nie mogło być inaczej. Cały proces wtajemniczenia zorganizowałam starannie i bez uchybienia tradycji. Poszłam do najbliższego Bónusa, rzuciłam się do działu z jogurtami i przez 10 minut kontemplowałam półkę ze skyrami, wpatrując się w nią jak w ołtarzyk. Wiele plastikowych pojemników różnego kształtu i rozmiaru liczyło na to, że to właśnie z nim przeżyję swój pierwszy raz. Ale mój wybór padł na Skyr.is, bo opakowanie wydawało mi się najmilsze estetycznie. Liczy się wnętrze – mówią, ale oprawa też. Do koszyka wrzuciłam kilka smaków: gruszkowy, naturalny, nie mogło zabraknąć też klasycznego jagodowego. Do zbliżenia nie doszło jednak pierwszej nocy, bo trzeba było się do tego momentu przejścia odpowiednio nastawić. Zrobiliśmy to na wycieczce, żeby potem móc wspominać z perspektywy młodzieńczego szaleństwa i zapachu mokrego mchu przy krajowej Jedynce. Zatopiłam plastikową łyżeczkę w skyr gruszkowy i zatraciłam się w rozkoszy zmysłów. Z każdą następną przyjemność rozpływała się po moim ciele: od języka, przez podniebienie, gardło, aż do brzucha, platońskiego ośrodka żądzy. Takich pierwszych razów się nie zapomina!

Ísey Skyr

Podobny obraz

Kiedy człowiek raz zazna rozkoszy, to trudno mu się powstrzymać przed kontynuacją. Często jeszcze wracałam do Skyr.is, ale zapragnęłam czegoś nowego – nowych doznań, nowych smaków. Wróciłam więc do świątyni rozpusty zwanej Bónusem i sięgnęłam po następny z dostępnych produktów: Ísey Skyr. Choć do pierwszego wybranka zawsze mamy emocjonalny stosunek i dziecinny sentyment, nie lubimy oszukiwać samych siebie, że dał nam największą przyjemność. Ísey jest delikatniejszy, choć w Skyr.is lubiłam to, że czasem bywa słodki, jak gruszka, a czasem z odrobiną pikanterii, jak wanilia. Najbardziej w Ísey lubię natomiast jego rozmiar: kompaktowe opakowanie o prostym, tradycyjnym kształcie, zmieści się wszędzie bez problemu. Można je sobie na przykład poustawiać jeden na drugim na półce w lodówce i mieć dostęp w każdej chwili. Choć cena nie gra roli, wydaje mi się, że Ísey jest nieco tańszy, a jednocześnie niewiele gorszy od tego pierwszego.

Arla

Znalezione obrazy dla zapytania skyr arla

Po wyjeździe z Wyspy brakowało mi tych uzależniających doznań. A jak człowiekiem miotają żądzę, daje się ponieść emocjom, traci rozum i decyduje się nawet na najgorszy krok: wybiera produkt skyropodobny duńskiej firmy Arla. Islandczycy od dawna przypominają Europejkom (i Europejczykom), gdzie kipi źródło wikińskiego zdrowia i energii, ale ich skandynawscy bracia nie dają za wygraną i robią wszystko, by Wyspiarzom dorównać. Tak powstał skyr firmy Arla, dość popularnej na świecie, stąd jej produkty są łatwiej dostępne niż oryginalne skyry z Islandii. A więc i z nimi zdarzyło mi się zgrzeszyć. I to nie raz. Rok w Szwecji zrobił swoje, o podrabiane skyry było łatwo, wystarczyło wejść do sklepu i wybierać… Malinowe, czekoladowe, waniliowe, zdarzały się nawet jagodowe. Będąc w potrzebie, bierzemy wszystko, co dają. Czasem nie zastanawiamy się, czy warto, a następnego dnia budzimy się z moralnym kacem. Robimy rachunek sumienia, obiecujemy poprawę, ale szybko wracamy na złą drogę.

Løgismose Økologisk Skyr

Znalezione obrazy dla zapytania logismose skyr

Najbardziej wstydzę się chyba tych jednorazowych podróży do Kopenhagi. Że to uzależnienie, które nazwać już można było chorobą, kazało mi uprawiać skyrturystykę. Już pokonując Most nad Sundem po raz czułam, że gwarantuje sobie miejsce w drugim kręgu dantejskiego piekła. Że ten wiatr, który uderza w okna autobusu przekraczającego granicę szwedzko-duńską, wkrótce będzie rzucał moją potępioną duszą jako wieczna kara za to, że zgrzeszyłam zmysłowością. Tak kończą ci niestali w uczuciach – ci, którzy jadą do Danii zaopatrzyć się w alkohol i udawany skyr. Arla przynajmniej imitowała islandzki produkt podobnym opakowaniem, ale Løgismose nawet nie sprawiał pozorów. Wiedział, że kupi to każda naiwniaczka, której tęsknota za doznaniem każe zgodzić się na każdy wariant, nawet ekologiczny…

N.N.

Bez tytułu

Tego razu nawet dobrze nie pamiętam… Nie znam nawet jego imienia… Mówił, że jest słodki, ale nie miał w sobie ani grama cukru. Mówił, że jest prawdziwy, oryginalny, z Islandii, ale jego akcent zdradzał co innego… Mieszał się w zeznaniach. A ja topiłam w nim smutki po innych. Dobrze udawał, smakował niemal tak, jak inne jagodowe. Ten błąd więcej się nie powtórzył.

Skyr od Danone

Znalezione obrazy dla zapytania skyr danone

Ale choć po tamtym razie nauczką było zapamiętywać szczegóły i nie oddawać się przyjemności z byle kim, nie oznaczało to powrotu na dobrą drogę. Wakacyjny gorąc rozpalił zmysły i przywrócił dawne pragnienia. Francuz nawet nie udawał. Od razu podkreślał, że nie jest taki, jak prawdziwe skyry. Mówił, że tylko się nimi inspiruje, że to taka ogólnoświatowa akcja od Danone. Ale nic tak nie boli jak zdrada z Galem. Jak mogłaś to zrobić z Galem? A zdradziłam nie z jednym, a z całym taborem. Bo w zgrzewce były 4 sztuki, wychodziło taniej. W ramach pokuty nie jadłam go łyżką, tylko bretońskimi ciastkami, bo francuska podróba nie gwarantuje plastikowego narzędzia. To właśnie po tym można rozpoznać wszystkie farbowane lisy; te islandzkie, prawdziwe, oryginalne skyry zawsze mają łyżeczki. Na wszelki wypadek, gdybyś chciał to zrobić niezapowiedzianie: w lesie, w drodze powrotnej ze szkoły, albo po prostu w domu gdy nie chce ci iść do kuchni po łyżkę. Islandzka jakość zawsze dba o zabezpieczenie. A z innymi trzeba sobie czasem radzić brudnym palcem.

FruVita

Bez tytułu.jpg

Ale można upaść niżej. Nadchodzi taki moment uzależnienia od islandzkiego skyru, że już nawet się nie oszukujemy. Nie ma nas na Islandii, a w Biedronce za rogiem zawsze znajdziesz Skyr firmy Fruvita. Choć wiesz, że najwięcej ze skyru ma tylko w nazwie, bo nigdy nawet nie stał obok prawdziwego, bierzesz to, co jest. Nie ma tu już miejsca na uczucia, na przywiązanie, nie wmawiasz sobie, że coś z tego będzie. Nawet nie planujesz udawać, że ci się podobało. Bierzesz go i po fakcie przechodzisz do codzienności. Ze świeżymi owocami i płatkami owsianymi smakuje najlepiej, bo dodatki maskują wszelkie niedoskonałości. Wielkim pocieszeniem jest jego cena, dostępność i to, że możesz go jeść z prawdziwymi owocami, a nie jakimiś mrożonkami z Hiszpanii lub wyhodowanymi w geotermalnej szklarni bananami. Najlepiej sprawdzają się jednak te naturalne, bo wersje owocowe są bardzo podejrzane. Z pozoru niby wszystko ok, bo kiedy odkrywasz wieczko to spotykasz znaną ci konsystencję, a nawet i kolor. Ale skyr chełpiący się nazwą jagodowego czy malinowego to po prostu naturalny z dodatkiem owocowej papki. Co daje efekt mniej więcej taki, kiedy nad polskim morzem bulisz 15 zł za gofra z bitą śmietaną i owocami, a dostajesz zeszłoroczną frużelinę. FruVita – frużelina. I wszystko jasne. Nikt nie lubi sztucznych.

Piątnica

46482190_2177151182500867_7339004626642927616_n.jpg

Dla każdego grzesznika jest jednak nadzieja, jak w tym słynnym przykazaniu o islandzkich owieczkach. Nie szukałam w Polsce prawdziwego skyru, ale on znalazł mnie. To znaczy prawie, bo daleko mu do moich islandzkich wybranków. To produkt Piątnicy sprawił, że wczoraj zamiast marznąć na dworze, marzłam w sklepowej chłodni. Przebierałam w smakach proponowanych przez podlaską firmę. Większość z nich nawiązuje do oryginału: naturalny, jagodowy, truskawkowy, waniliowy. Ale jest też i nowość dla mnie, mianowicie smak brzoskwiniowy. Nic to jednak w obliczu niepowtarzalnych kombinacji obecnych na rynku islandzkim: kokos, rabarbar, banan, jabłko… Ale tu jest Polska, tu nie ma oryginalnego skyru. Ten od Piątnicy daje jednak najbliższą namiastkę moich pierwotnych doznań. W dodatku jest bardziej ekonomiczny: dziesięć sztuk kosztuje tyle, co jeden islandzki. Więc wzięłam dziesięć właśnie.

Więcej grzechów nie pamiętam. Żadnego nie żałuję.

I pamiętajcie: jest jeden skyr.

Łaciny też nie ogarniam

Znowu nie poszłam wczoraj na islandzki.

Trochę dlatego, że byłam w pracy, a trochę dlatego, że wstyd mi zawsze na tych zajęciach. To już trzeci rok kiedy od nowa zaczynam swoją przygodę ze staroislandzkim. Najpierw chodziłam jako wolny słuchacz, potem z nadzieją, że będę mogła zaliczyć przedmiot awansem. Nic z tego nie wyszło i musiałam poczekać z oficjalnym wpisaniem wykładu do planu zajęć na trzecim roku. No i przyszedł trzeci rok, a na ekranie znane mi bardzo dobrze slajdy i zasady, które powinnam już przecież tak dobrze znać. Co roku są nawet te same przykłady, a ja nadal nic nie pamiętam. A zazwyczaj nauka języków przychodzi mi łatwo, szybko łapię reguły, nowe słówka same wchodzą do głowy. Co więc idzie nie tak?

Na pewno problemem nie jest brak motywacji. Islandzkiego chciałam się uczyć jeszcze przed studiami. Szukałam różnych kursów, ale kto chciał nauczyć się tego języka w Warszawie wie, że nie ma zbyt wiele możliwości. Kiedyś był podobno lektorat na UW, ale studenci szybko zniechęcili się do trudnego języka i pomysł upadł. Potem islandzki pojawił się w prywatnej szkole języków północy. Zapisałam się od razu i przebierałam nóżkami na pierwsze zajęcia. Atmosfera była świetna, wszyscy członkowie niewielkiej grupy mieli mnóstwo samozaparcia, w końcu byli wśród nas zapaleni fani Islandii. Dziwnym trafem jednak z kilkunastoosobowej grupy do następnego roku utrzymało się tylko pięć osób, ledwie stworzono dla nas grupę. A i my, którzy zdecydowaliśmy się na kontynuację nauki, uświadomiliśmy sobie, że po wakacjach nie pamiętamy nic. Trzeba było zaczynać niemal od początku.

img_20181108_120154.jpg

Zaczynanie od początku to była nawet moja strategia przy każdym powrocie na wykład ze staroislandzkiego. Kupowałam nowy zeszyt i przepisywałam notatki ze starego, ładniej i staranniej, obiecując sobie, że tym razem będę uczyć się częściej i sumienniej. Ale z obiecywaniem sobie zawsze kończy się tak samo; gdybym kontynuowała naukę islandzkiego przez te wszystkie lata zamiast ciągle zaczynać od nowa, to pewnie mogłabym już rozmawiać z Islandczykami na proste tematy. A tak to wciąż tkwię w podstawowych zwrotach i muszę zawsze sprawdzać, jak się tworzy żeńską wersję dla Komdu sæll og blessaður (nawet żeby napisać tę popularną frazę musiałam poprosić o pomoc Google). Co dopiero pamiętać inne zasady gramatyczne, znać odmianę przez wszystkie przypadki, liczby i rodzaje. Nie mówiąc już o wszystkich wyjątkach, o pamiętaniu reguł takich jak zmiana tematu w przypadku występowania obok siebie danych samogłosek*…

Mówi się, że staroislandzki jest jak łacina północy. Coś w tym jest, bo z nauką łaciny szło mi tak samo opornie, jak z nauką staroislandzkiego. W obu przypadkach nauka opiera się na tekstach, wkuwaniu słówek i reguł gramatycznych. W obu przypadkach poznawanego języka nie używa się w sposób czynny, chyba że w ćwiczeniach typu “zmień z liczby pojedynczej na mnogą”. No i w obu przypadkach podkochiwałam się w moich nauczycielach.

Łacinę maglowaliśmy przez trzy lata liceum i dopiero na studiach zaczęłam porządnie się uczyć (może dlatego, że prowadząca była kobietą, a może dlatego, że koniecznie chciałam sobie udowodnić, że potrafię zmierzyć się z tabelkami wyjątków). Co z tego, skoro po obronieniu magisterki nie pamiętam już nic, a teoretycznie jako historyk sztuki powinnam łacinę znać. Tak samo jako skandynawistka powinnam znać staroislandzki, choć w odróżnieniu od moich zbuntowanych kolegów i koleżanek ze studiów, który traktują ten przedmiot jak historycy sztuki łacinę na pierwszym roku, ja naprawdę CHCĘ się go nauczyć. I już nie chodzi o tkwiące w mojej głowie przekonanie, że wykształconemu człowiekowi wypada znać języki “klasyczne”.

Raczej dlatego, że znać staroislandzki to prawie tak, jak znać nowoislandzki. Bo choć różnica między łaciną a włoskim czy francuskim jest ogromna, tak współczesny islandzki niewiele różni się od islandzkiego. Gramatyka i większość zasad dotyczących języka staroislandzkiego (a więc tego, którym posługiwano się w średniowieczu i w którym zostały spisane sagi**) dotyczy również języka nowoislandzkiego, w wielu przypadkach również słownictwo zachowało się do XXI wieku, choć czasem stare słowa otrzymują nowe znaczenia (np. kiedyś czasownik að lenda oznaczał kiedyś dopływać do brzegu, a dziś znaczy także lądować). Znajomość staroislandzkiego nie zawadza w nauce współczesnego języka Islandurów, tym bardziej, że zgodnie z przyjętymi normami wymowa tego pierwszego oparta jest na współczesnej fonetyce (trudno dowieść, jak wymawiano islandzki kiedyś, tak jak i w przypadku łaciny mądre głowy debatują między poprawnością veni, vidi, vici a łeni, łidi, łiki).

Tym samym staroislandzki ma przewagę nad łaciną, bo nie jest tak do końca językiem martwym. Łacina nie przyda nam się raczej w życiu codziennym (choć profesor od historii języka szwedzkiego może wzbudzić we mnie poczucie winy, kiedy pyta, co w XV-wiecznym dokumencie ze Sztokholmu może oznaczać łacińskie item. To jeden z tych momentów, kiedy wolę nie przyznawać się, że uczyłam się łaciny przez 5 lat swojego życia). Natomiast znajomość staroislandzkiego przyda się każdemu, kto tak jak ja próbuje zmierzyć się ze współczesnym islandzkim. Zmierzyć, bo po prześledzeniu dwóch części bezpłatnego podręcznika do islandzkiego Íslenska fyrir alla udało mi się osiągnąć tyle, że islandzki nie jest jednak dla mnie. Na ten moment zdarzają mi się momenty wielkiej radości, kiedy dzięki szwedzkiemu odszyfrowuję jakieś krótkie teksty, ale długa jeszcze droga przede mną.

IMG_7099.jpg

Doktorat o sztuce islandzkiej to będzie kolejne wyzwanie i kolejny pretekst do nauki islandzkiego. Już w tym roku miałam “pocisnąć”, bo przecież muszę być w stanie czytać teksty w języku oryginalnym – ale jak to jest z obiecywaniem sobie, można przeczytać powyżej. Na ten moment obiecuję sobie nadrobić zaległy materiał z wykładu i zdać egzamin tak, żeby nie było mi wstyd przed prowadzącym. A potem znowu sobie obiecam…

*chodzi o zmianę a na ö w przypadku sylaby długiej (czyli akcentowanej), oraz a na u w sylabie krótkiej, np. gamall (isl. stary, mianownik liczby pojedynczej rodzaju męskiego) zamieni się na gömul (isl. stara, mianownik liczby pojedynczej rodzaju żeńskiego).
**trzeba jednak pamiętać, że błędnym jest powszechne przekonanie o tym, jakoby dzisiejsi Islandczycy swobodnie czytali XIII-wieczne sagi. Często lektura starych tekstów wymaga dodatkowego komentarza, a obecnie wydawane sagi są pisane uwspółcześnionym językiem,  przy zmianie oryginalnego zapisu, np. epentetyczne u pojawia się w nazwach własnych: w starym tekście czytamy Ingólfr, obecnie zaś Ingólfur.

Ale parówa!

Czy widzieliście już najnowszą rzeźbę na jeziorze Tjörnin? Pewnie zastanawialiście się, co to za kolejna shitowa instalacja nowoczesna?! Budzi wiele skojarzeń, w zależności od naszych przyzwyczajeń i upodobań przypominać może zarówno formy falliczne, jak i wielką parówkę. Jak donosi Iceland News Polska, nowy pomnik w centrum Reykjaviku to syrenka, nawiązująca do stojącej w tym samym miejscu pracy Níny Sæmundsson. Znana spacerowiczom brązowa statua islandzkiej rzeźbiarki jest odniesieniem do słynnej kopenhaskiej syrenki dłuta Edvarda Eriksena, będącej tym samym symbolem wspólnej przeszłości islandzko-duńskiej, lub jak można określić to bardziej dosadnie: wielowiekowej historii Islandii jako duńskiej kolonii. Tymczasem nowa instalacja w tafli jeziora powstała z okazji odbywającego się teraz w stolicy Cycle Music and Art Festival i jest jednocześnie elementem dekoracji miasta na zbliżającą się 100. rocznicę uzyskania przez Islandczyków niepodległości.

źródło: Iceland News Polska

Nowe dzieło to jednak nie tylko syrenka. To Syrówka, po islandzku Hafpulsan, czyli Syrena-Parówka. Autorka instalacji, Steinunn Gunnlaugsdóttir znana jest ze swojej artystycznej działalności, w której często wykorzystuje metaforę parówki. Niezależnie od bogatej interpretacji jego wieloznacznego motywu, trzeba powiedzieć jedno: parówka to ważny symbol Islandii i Islandczyków. Kto nie słyszał o słynnych hot-dogach islandzkich? Być może komuś z Was zdarzyło się nawet stać w długiej kolejce do budki z parówkami, w której swojego hot-doga zamówił sam Bill Clinton? A może mieliście okazję spróbować spolszczonej wersji islandzkich pylsur, które Studencki Klub Islandzki serwował podczas jednego ze swych wydarzeń z Warszawie? Można było wówczas skonsumować gorące parówki z importowanym prosto z Wyspy sosem remúlaði, wydawane przez okienko ze znanym bardzo dobrze szyldem. Uśmiechnięta czerwona parówka jest bowiem rozpoznawalnym logo firmy SS Pylsur, która od lat zapełnia brzuchy biedniejszych turystów, dając im namiastkę ciepłego posiłku i atrakcję turystyczną. Trudno jednak zaprzeczyć, że pylsur nie są przysmakiem samych Islandczyków. Ich ulubione parówki stanowią współcześnie element lokalnej kuchni niemal tak ważny jak hákarl czy gotowane baranie łby.

dav
Ola i Karolina serwują parówki podczas Dnia Islandzkiego organizowanego przez Studencki Klub Islandzki w czerwcu 2017 roku w Warszawie

Nie brakuje jednak takich znawców sztuki współczesnej, którzy w najnowszej instalacji Gunnlaugsdóttir widzą przede wszystkim penisa. Droga od parówki do penisa nie jest znowu taka długa; pamiętam z książki do nauki języka islandzkiego ważny dialog, w którym pan pytał panią czy przypadkiem nie ma ochoty na “hot-doga ze wszystkim”. Nie trzeba być fanem freudowskich lapsusów ani znawcą działalności polskiej artystki Natalii LL, żeby w obłych kształtach o różowawym zabarwieniu widzieć wyłącznie fallusy. Z pewnością i takie intencje miała autorka pomnika, a przecież penisy w Islandii to w końcu nic złego. Z popularności Muzeum Fallusów w Reykjaviku wynika przecież, że ludzie lubią oglądać i porównywać prącia różnych gatunków, a są skłonni zapłacić każdą cenę za chaotycznie prezentowaną kolekcję pomarszczonych obłych form zatopionych w formalinie. Choć osobiście uważam to muzeum za najgorsze, jakie w życiu widziałam, sama jego obecność na Wyspie mówi coś o seksualnej wolności Islandczyków. Do tego dochodzi szeroko pojęta tolerancja: w końcu syrena to stworzenie rodzaju żeńskiego, ale kształtem przypomina organ męski, tworzy się więc swego rodzaju transgenderowa hybryda lub symbol uniseksualny.

IMG_20180130_143201.jpg

Jeśli skojarzenie z syreną miało tutaj nawiązywać do płci żeńskiej, możemy również interpretować Hafpulsan jako dzieło na wskroś feministyczne. Nie dlatego, że każda współczesna artystka musi z automatu tworzyć dzieła tego nurtu, ani też dlatego, że każda historyczka sztuki musi posługiwać się tą metodologią. Raczej interesujące jest tutaj zestawienie nowej rzeźby w Reykjaviku z pracami feminizmu lat 70., np. twórczością Marii Pinińskiej-Bereś, która operowała środkami takimi jak obłe różowe kształty czy miękkie formy przypominające waginę i inne części kobiecego ciała. Jeśli takim tropem szła islandzka artystka tworząc plastyczną, lejącą się cielistą formę seksownie zasiadającą na bułko-kamieniu, to być może chciała podkreślić również to oblicze islandzkiej demokracji, równości i tolerancji, przypominając ważną pozycję kobiet w wyspiarskim społeczeństwie.

Maria Pinińska-Bereś, Mój różowy pokoik, 1975, Muzeum Narodowe w Krakowie, źródło: MNK

Zbierzmy więc wszystkie pomysły do kupy. Co o Islandii może powiedzieć Syrówka, będąca erotycznym symbolem zarówno kobiety, jak i mężczyzny? Czy jako syrena, ale bardzo niekonwencjonalna, ma być puszczeniem oka w stronę Duńczyków w momencie 100. rocznicy zerwania unii personalnej z tym zamorskim królestwem? Czy ma być oznaką dumy ze stulecia niezależności, kiedy to formowały się wartości, z których Islandczycy mogą być dzisiaj dumni? A może jest to artystyczna ironia dotycząca konsumpcjonizmu i globalizacji, bądź co bądź pylsur przyszły na Islandię z Danii, a same hot-dogi kojarzą nam się głównie ze Stanami. Z wypowiedzi samej artystki wynika, że nie miała ona na celu szydzić z niczego ani nikogo, a nawet żywi nadzieję, że jej instalację zastąpi kiedyś statua odlana z brązu powtarzająca pierwotną formę. Będziemy mieć wówczas w centrum miasta wielką parówę, która w nowym kolorze zacznie budzić nowe skojarzenia…

Edit: Na początku grudnia 2018 roku rzeźba Gunnlaugsdóttir została zniszczona. Uznaje się, że akt wandalizmu został sprowokowany skandalem Klaustur, o którym pisałam tutaj.

Hallóvín!

Dzisiaj Halloween.  Nie wiem, co planujecie, ale ja w tym roku nie mogę poddać się urokowi tego powierzchownego święta. Święta, które obwieszczają nam wszystkie hipermarkety mniej więcej od pierwszych dni października. Co prawda w dużych sieciówkach gadżety halloweenowe mieszają się już z kalendarzami adwentowymi i czekoladowymi Mikołajami, ale jedno jest pewne: jak co roku ten komercyjny szał porywa i mnie, więc znów mam ochotę przebrać się za Batmana albo maskonura, bo dla mnie Halloween to zwykle okazja do przebieranek. Bardzo lubię też cukierki, ale rodzicie nigdy nie pozwolili mi chodzić po ludziach i żebrać o słodycze po nocy, więc przebierałam się na imprezy szkolne, a słodycze zapewniałam sobie sama. Ale w tym roku przebrania nie mam, a przez ostatnie dni jadłam wyłącznie słodycze i już brzuch mnie boli. Jedziemy do moich niedoszłych teściów, żeby jak francuskie gęsi znowu napychać się jedzeniem. Nici z przebieranek, ale może wyjdzie coś z upijania się bordoskim winem.

maskonur
Przebranie za maskonura

Więc Hallóvín, hello wine, tak podobno świętuje się również Halloween na północy. Kto jest za stary na zbieranie słodyczy, ten ładuje procenty w ten szczególny wieczór. Kiedyś na przełomie października i listopada świętowano początek zimy, ofiarami i ogniskami poganie próbowali podziękować za udane zbiory i prosić o łaski na długą i niebezpieczną zimę. Dzisiaj to chyba tylko oficjalny początek zimowej chandry i próba odczarowania nocnego mroku rozgrzewającym alkoholem i nieturystycznym swetrem wydzierganym przez babcię (takim, który naprawdę rozgrzewa, bo te chińskie nie przepuszczają powietrza). Nudni Duńczycy mogą to sobie nazywać hygge, bo wszystkim naiwniakom/miłośnikom Północy, którzy nigdy nie spędzili zimy powyżej 55. równoleżnika wydaje się, że receptą na najdłuższe noce jest ciepły kocyk, kryminały i polskie produkty z czekolady I choć z pewnością zziębnięty Islandczyk zagryza brennivín wafelkiem Prince Polo, a może nawet przywiezionym przez kolegów z Polski Ptasim Mleczkiem, to mało kto w Islandii kojarzy Halloween ze słodyczami. Te bowiem w śmiesznych strojach zbiera się na Wyspie w Środę Popielcową, a nie 31 października.

Nigdy nie miałam okazji być na Islandii w okresie Halloween, ale jestem pewna, że w najbardziej zamerykanizowanym kraju skandynawskim święto to wybrzmiewa nie gorzej niż w Europie. Islandczycy dekorują swoje ogródki bibelotami z Bónusa, może nawet niektóre dzieci skuszone ideą trick-or-treats wychodzą na ulice Reykjaviku w przebraniach duchów i Donaldów Trumpów. Pewnie ich rodzice nie boją się wypuszczać dzieci nocą, bo te od urodzenia przyzwyczajona są do półrocznej ciemności. Nigdy nie zapomnę, jak oglądałam krótkometrażówkę zapowiadającą film “Wróble” z przejęciem, jak to w ogóle możliwe, że te nastolatki wychodzą z domu w taką ciemną noc. Ale jak widać na Islandii niepotrzebne jest świętowanie strasznego Halloween, skoro spacer styczniową nocą po parku przypomina scenerię “Koszmaru z ulicy Wiązów”.

IMG_20170724_003638_097.jpg

Islandia to ponoć najbezpieczniejsze miejsce w Europie. Ale czy coś może tutaj przerazić? Skoro dzieci nie boją się wracać po ciemku do domu, a liczba odnotowanych tu morderstw rocznie wynosi mniej niż w mojej rodzinnej miejscowości, to chyba nie ma się czego bać? A jednak zdarzyło mi się przeżyć tu chwile grozy, i to niejedną. Pierwsza miała miejsce w pewną upojną czerwcową noc, kiedy po raz pierwszy w życiu odważyłam się na one-night stand z Tindera. Koleś podjechał po mnie samochodem i wywiózł mnie w ciemne i nieznane, a potem dałam się zaprowadzić do jego mieszkania i słuchać Phila Collinsa. Choć udawałam, że jestem super wyluzowana, to tak naprawdę czekałam tylko na moment, kiedy mój towarzysz rozłoży na podłodze gazety, założy plastikowy strój i wyskoczy na mnie z siekierą, jak w “American Psycho”. Na szczęście wróciłam z imprezy w jednym kawałku, ale to był pierwszy i (nie) ostatni raz, kiedy odważyłam się na tego typu przygodę z nieznajomym.

Druga chwila grozy spotkała mnie podczas podróżowania autostopem po Fiordach Zachodnich. Ten jeden jedyny raz nie miałam zapewnionego noclegu, zostałam więc skazana na spanie pod gołym niebem w mieście-widmo o wdzięcznej nazwie Blönduós. Najpierw chciałam położyć się na ławce nad oceanem, ale przejeżdżające obok samochody nie dawały mi spać. Potem skusiła mnie romantyczna wizja leżenia w łubinach, ale było zimno, niewygodnie i zbyt jasno, żeby zasnąć. Kiedy zrobiło się już naprawdę późno, przydrożna stacja paliw została zamknięta, a ludzie po prostu zniknęli, udałam się na rekonesans w mieście i nad samą rzeką znalazłam drewniany domek – obserwatorium ptaków. Spędziłam noc tam, ale nie przespałam ani minuty, bo każdy szmer i trzepot skrzydeł po dachu jawiły się w mojej zmęczonej głowie niczym bombardowanie lub nalot gwałcicieli.

Dojechałam w końcu do koleżanki mieszkającej w Patreksfjörður, ale i tam byłam częścią wydarzeń jak z thrillerów, którymi moja gospodyni umilała sobie czas podczas filetowania ryb. Otóż spotkany przez nas na basenie Islandczyk, który samotnie objeżdżał fiordy swoim autem, stał się rychło współlokatorem niebieskiego drewnianego domku i wcale nie planował nas opuszczać. Na moje subtelnie zadanie pytanie kiedy znowu rusza w drogę odpowiedział tajemniczo, że jutro “zniknie w jakimś fiordzie”, a od tego momentu sprawa zaczęła mi śmierdzieć. Dodałam sobie w głowie fakty: w samochodzie trzyma liny, jest dość silny i małomówny, do tego to co mówi przestało mieć sens. Razem z Gosią urobiłyśmy sobie w głowach, że on na pewno chce nas zamordować i pozbyć się naszych ciał jak resztek wnętrzności w fabrykach rybnych. Tego wieczoru, kiedy ona była w pracy na wieczornej zmianie, moje serce biło bardzo szybko. Islandczyk siedział w kącie pokoju i się na mnie patrzył. Po szybko zaaranżowanej akcji z zaprzyjaźnionymi Polakami udało się go wyprosić z domku, ale on obraził się ŚMIERTELNIE, że wzięłyśmy go za mordercę. Było więc w nim coś nienormalnego.

IMG_20180129_234651.jpg

Tak więc nie muszę oglądać horrorów w Halloween, bo wystarczy, że wyobrażę sobie moje perypetie z Islandii i jestem dostatecznie przestraszona. Dodać do tego nocleg w świeżo obrobionym mieszkaniu, ślady nieznajomych butów pod drzwiami i wrażenie, że jestem obserwowana, a także szalonego kota, który w środku nocy atakował moją twarz pazurami, a potem wtykał mi swój zad w twarz, żeby go pogłaskać. Dziwne, że w tym wszystkim miałam jeszcze odwagę wędrować w środku nocy wgłąb zatoki Faxa, żeby zapolować na zorze.

Mało straszne? Na pewno Wy przeżywaliście w życiu większą grozę, ale pamiętajcie, że jestem córeczką tatusia wychowywaną pod kloszem i dotąd największymi tragediami w moim życiu była jedynka z matmy w podstawówce albo zawód miłosny 😉 Ale każdy powód do zapijania dziecięcych traum winem w Bordeaux jest dobry. Udanego Hallóvín!

Islandzkie numery

Od jakiegoś czasu intensywnie poszukuję możliwości spełnienia mojego następnego akademickiego marzenia: chcę pójść na studia doktoranckie, napisać doktorat o sztuce islandzkiej i ugruntować swoją pozycję (bodaj) jedynego historyka sztuki zajmującego się sztuką Islandii w Polsce 😉 W Polsce studiować nie mogę; choć nie brak znakomitych Skandynawistów w różnych ośrodkach naukowych, a nawet historyków sztuki zainteresowanych sztuką skandynawską, brak dla mnie realnej szansy na rozwijanie swoich pasji i zainteresowań naukowych nad Wisłą. Więc pomyślałam sobie: a czemu nie połączyć dwóch przyjemnych rzeczy i nie wyjechać na studia do Reykjaviku? Sprawa nie jest jednak taka prosta…

IMG_20170406_175328.jpg

Nie ma na Islandii studiów doktoranckich na wydziale historii sztuki. Wychodzi na to, że wszyscy pracujący na Wyspie specjaliści kształcili się za granicą. Stwierdziłam więc, że moje śledztwo, rozpoczynające się od googlowania ośrodków historyczno-artystycznych w Reykjaviku, musi przerodzić się w bardziej skomplikowane poszukiwania. Wyjęłam książki o sztuce islandzkiej, zajrzałam do spisu treści i zaczęłam wyszukiwać znajdujące się tam nazwiska. Z niektórymi z nimi nie było łatwo, bo jakiś historyk sztuki nazywał się Magnus Magnusson i nawet przy dodatkowych hasłach w wyszukiwarce trudno było go namierzyć. Niektórych znalazłam przez LinkedIna, innych w spisie pracowników na stronach różnych muzeów skandynawskich. Okazało się na przykład, że jedna z bardziej płodnych badaczek, Bera Nordal, urodziła się w Reykjaviku, ale pracuje w… Nordiska Akvarellmuseet, które przez rok mieszkania w Goteborgu miałam niemal pod nosem, ale nigdy nie udało mi się tam w końcu dotrzeć.

Udało mi się potwierdzić, że większość badaczy wciąż żyje (jest to jednak dość ważny szczegół) i że są aktywni naukowo, choć niekoniecznie wykładają na uczelniach i nie przyjmują studentów. Zamierzałam jednak napisać do nich z prośbą o wskazówki, pytając, co w mojej sytuacji mogę zrobić. Może polecą jakichś zaufanych prowadzących innych uczelni, może będą to Amerykanie lub Brytyjczycy (w końcu kilka wystaw sztuki islandzkiej powstało właśnie w tych miejscach i coś tam o nich wiedzieć powinni). Trudno jednak było zdobyć adresy mailowe, dlatego zwróciłam się o pomoc do znanej mi pracownicy reykjawickiej Galerii Narodowej. W odpowiedzi na prośbę o kontakt do wymienionych badaczy wysłała mi listę… numerów telefonu. Nawet do mieszkającej od lat w Szwecji Bery Nordal.

img_20170406_124458.jpg

Nie wiem jak Wy, ale ja lubię załatwiać sprawy na piśmie. A wydawać by się mogło, że kultura islandzka opiera się na zupełnie innych przyzwyczajeniach. Po co pisać, skoro można zadzwonić? Często znamy przecież adresata osobiście, a jak nie, to pośrednio. Być może Islandczycy nie potrzebują dystansu i porządku, który można uzyskać poprzez przesłanie maila. A może moja znajoma stwierdziła, że nikt nie odpisze mi na maila, skuteczniej więc będzie polować na VIPów z telefonem? Nie raz słyszałam w końcu o tym, jaką wagę do odpisywania na ważne maile przywiązują Islandczycy. Wyślesz im pierwszego maila i czekasz na odpowiedź. Gdy nie otrzymujesz żadnej wiadomości przez pierwsze dwa, trzy tygodnie, piszesz następnego. Ale potem wciąż musisz czekać kolejny tydzień, więc wysyłasz następną wiadomość. Wciąż cisza, więc za kilka dni ponawiasz próbę. Rekordziści czekają miesiącami, a inni radzą od razu: zadzwoń. Rozmowy telefonicznej nie da się zignorować. No, chyba że nie odbierze się telefonu.

Ciekawe, jaką Islandczycy mają pamięć. Kiedy załatwiam sprawy służbowe przez telefon, muszę albo robić szczegółowe notatki, albo proszę o potwierdzenie omówionych decyzji w formie maila. Lubimy mieć wszystko na piśmie. Może Islandczycy bardziej cenią sobie tradycję ustną, ale bez spisania Eddy nikt raczej dzisiaj nie znałby jej treści. A może się mylę i nie doceniam pamięci Wyspiarzy. Mimo to wysłałam do mojej znajomej Islandki kolejnego maila z pytaniem, czy zna może jednak adresy mailowe wymienionych historyków sztuki. Nie odpisała. Nawet mój Gmail denerwuje się z tego powodu i wysyła mi przypomnienia o treści “Wysłany … dni temu. Napisać ponownie?”

Bez tytułu.jpg

Jak widać, w poszukiwania zaangażowanych jest więcej osób. Wciągnęłam w to niemal wszystkich, którzy mają cokolwiek wspólnego z Islandią 😉 Każdego proszę o adresy mailowe. Bo tak naprawdę, to po prostu wstydzę się zadzwonić.

Reykjavik to nie Islandia

Pretekstem do napisania tego posta była notka prasowa Iceland News Polska o tym, że Perlan przygotowuje na jedną z wystaw sztuczny klif z siedzącymi na nim dziesiątkami wypchanych maskonurów. Instalacja ma naśladować urwisko Látrabjarg, bodaj najpopularniejszy punkt do obserwacji tych właśnie ptaków.

Pierwsze pytanie jakie sobie zadałam: PO CO? Czy przy dostępności dobrej jakości zdjęć w Internecie oraz technologii VR potrzebujemy staromodnych rozwiązań na miarę  XIX-wiecznych panoram? Owszem, pobudzały one wyobraźnię naszych dziadków, dzisiaj natomiast realistycznie malowane pejzaże podsypane piaskiem, w który wetknięte są gdzieniegdzie suche gałęzie i wypchane zwierzęta stanowią muzealny relikt i traktowane są z przymrużeniem oka.

A jednak Perlan decyduje się na klif ukraszony trupkami. Nie pomaga tutaj fakt, że maskonury to obok koni islandzkich najmilej i najczęściej kojarzone z Islandią zwierzęta i choć w stolicy nie brakuje sklepów, w których można kupić wypchanego maskonura (dla tych, co nie zdążyli w Reykjaviku jest jeszcze nadzieja na lotnisku), środowisko islandofilów podzielone jest na grupę “nie przeszkadza mi, że Islandczycy zabijają maskonury” oraz grupę “maskonury to przyjaciele, a ja nie jem przyjaciół”. Zachwyt nad maskonurami ma jednak zawsze podobny finał: kiedy już znajdujemy się na Wyspie to marzymy o zrobieniu zdjęć tym urokliwym ptaszkom. A cena jest wysoka. Niejeden turysta spadł z klifów we mgłę, ja z kolei przemierzyłam sporą część Heimaey w deszczu, cała mokra, bo z uporem przekonywałam się, że “tam, właśnie tam” zobaczę w końcu pierwsze w życiu maskonury. Dlatego też pojechałam do Akranes, bo “ktoś widział tam maskonura”. Czyli przez maskonury można oszaleć. A mieć z nimi fotkę to trochę must-have wycieczki na Islandię. Ja miałam dwa podejścia, dopiero za trzecim mi się udało… (A kto jest złośliwy, to powie, że w sumie i tak niewiele maskonurów widać na tym zdjęciu)

20447240_1799083340120768_566860124_ofot. Borkowska Trippin’

Dlatego pomysł na instalację pełną nieruchomych ptaszków interpretuję jako ukłon w stronę turystów. Po co fatygować się na dalekie Fiordy Zachodnie, po co płynąć na Vestmannaeyjar albo na Flatey, lub – jeszcze dalej – na Grimsey? Skoro chodzi tylko o fotkę maskonura, do tego najlepiej z odpowiedniej odległości, może warto załatwić sprawę w Perlanie, gdzie maskonur nie ucieknie sprzed obiektywu, a nam uda się zrobić selfie w dogodnej ilości powtórzeń? Oczywiście śmieję się, bo mam nadzieję, że podróż na wymienione przeze mnie zakątki Islandii nie bierze się tylko i wyłącznie z chęci podglądania maskonurów. A nawet jeśli, to na świecie są jeszcze zapaleni ornitolodzy, którzy zadowalają się nacieszeniem oczu miast obiektywów.

Ale może jednak mam rację? Pod Perlanem zaaranżowano już przecież sztuczny gejzer, który w pewnym stopniu zastępuje wycieczkę na śmierdzące siarką pola z prawdziwym Geyserem. W stolicy znajduje się też instytucja zapewniająca zorzę polarną przez cały rok – wystarczy włożyć okulary i ma się pełne aurora experience. Niedawno w Reykjaviku otworzył się także Ice Bar, który – być może zdaniem niektórych – daje namiastkę zwiedzania Jökulsárlón. W stołecznym zoo można oglądać renifery. Czekam jeszcze na miejską wersję któregoś z najpopularniejszych wodospadów oraz cotygodniową aranżację wybuchu Eyjafjallajökull. I właściwie nie trzeba byłoby już w ogóle opuszczać stolicy, żeby zwiedzić Islandię w pigułce. Można tu przecież nawet spotkać niedźwiedzie polarne, choć na razie tylko w sklepach z pamiątkami.

sdr

Pamiętam, jak kolega ze studiów wrzucił na Instagrama fotki Hallgrímskirkji, że było to tuż przed moim pierwszym wyjazdem na Islandię i zadawałam mu mnóstwo pytań o podróżowanie po Wyspie. “Byłem tam tylko na weekend i wyłącznie w Reykjaviku”, powiedział i na tym skończyła się nasza rozmowa. Może to z mojej strony bardzo brzydko, ale pomyślałam, że kolega jest trochę bezmyślny. Nawet przy “o niebo tańszych” cenach lotów na Islandię, Reykjavik nie stał się jeszcze typowym miastem na city break. Hm, być może mogą sobie na to pozwolić bogacze lub podróżujący przesiadający się do samolotów lecących w kierunku Stanów Zjednoczonych. Ale w przeciwieństwie do wielu stolic europejskich, takich jak Paryż czy Londyn, zwiedzenie Reykjaviku nie załatwia nam sprawy “byłem na Islandii”.

Czy stołeczni Islandczycy nie robią wszystkiego, żeby zatrzymać nas w Reykjaviku? Z historycznego punktu widzenia, turystyka na Islandii została zamyślona w taki sposób, żeby Reykjavik był celem  wszystkich przybyszów na Wyspę (mimo że wcale nie musi być, bo znajduje się relatywnie daleko od lotniska, nie jest więc tak, że siłą rzeczy znajdujemy się tam “przejazdem”). Przez lata była to bowiem jedna z niewielu miejscowości z tak rozwiniętą infrastrukturą przeznaczoną dla turystów: hostelami, restauracjami, muzeami. Zresztą, jako zwykle jedyne islandzkie miasto znane przybyszom, był to must-visit takiej wycieczki. Ale jeszcze w pierwszej dekadzie XXI wieku bardziej obeznany w “miejskich” atrakcjach turystycznych Islandii podróżnik zadawał sobie trud dotarcia chociażby do Húsavíku, gdzie do 2008 znajdowała się siedziba osławionego Muzeum Fallusów. Dzisiaj Muzeum Fallusów znajduje się w Reykjaviku i wydaje się to być częścią polityki centralizacji turystyki na Islandii.

Jak już kiedyś pisałam, promowanie Reykjaviku jako miasta atrakcyjnego turystycznie miało odciągnąć rzesze turystów od zagrożonych ich przeludnieniem punktów z innych części Wyspy. Nie oznacza to jednak, że mamy udać się do stolicy tylko po to, żeby oglądać w niej namiastki atrakcji turystycznych z całej Wyspy. Reykjavik i tak dla wielu podróżnych jest bazą wypadową dla wycieczek w różne zakątki Islandii, a przynajmniej da się ze stolicy zrealizować jednodniowe wypady po Golden Circle, na półwysep Snæfellsnes czy nawet do Viku i z powrotem. Ci, którzy okrążają Wyspę Jedynką, prędzej czy później zatrzymują się w Reykjaviku. Tutaj można zrobić większe zakupy, wynająć lepsze samochody, znaleźć nieco tańsze bazy noclegowe.

Cały mój wywód kończy się gorzkim stwierdzeniem, że Reykjavik to tylko wydmuszka i nikt z turystów by się tam nie zatrzymał, gdyby nie musiał. Nic bardziej mylnego! Abstrahując od tego, co dyktują nam przewodniki, ciągnie nas do Reykjaviku, bo stolica stanowi klucz do zrozumienia islandzkiego społeczeństwa. Są tu przecież muzea i inne instytucje, dzięki którym możemy poznawać kulturę, nie mniej przecież kuszącą islandofilów od islandzkiej przyrody. I choć wiele z podanych tu przeze mnie informacji potwierdza fakt, że Reykjavik staje się powoli taką “Islandią w pigułce”, dedykowaną turystom dysponującym mniejszą ilością czasu na objazd Wyspy, punkt wyjścia – czyli ściana maskonurów jako “ścianka” do fotek” – był z zamierzenia prowokacją. Jak głosi bowiem wspominany na początku tego posta artykuł, instalacja ma być częścią wystawy poświęconej roli wody w islandzkim ekosystemie. Co jednak turyści zrobią z tą “ścianką”, przekonamy się dopiero po 1 grudnia, czyli kiedy wystawa zostanie oficjalnie otwarta.

Podróż do wnętrza ziemi

Co zrobić z pierwszym naprawdę ciepłym, słonecznym dniem na Islandii? Jeśli ma się dużo szczęścia i możliwości, a do tego jest się akurat na północy, w Akureyri, można przeżyć przygodę życia. Nie ma to jak wykorzystać taką letnią pogodę na wejście do wnętrza ziemi, gdzie temperatura nie przekracza 0 stopni 😉

Dzięki Guide to Iceland miałam dzisiaj okazję wziąć udział w niesamowitej wycieczce. Po nocnej i bardzo intensywnej podróży z Reykjaviku do Akureyri, wczesnym rankiem wybrałam się do centrum tego pięknego miasta na umówioną wycieczkę. Już od 7 świeciło piękne słońce, a pogoda zapowiadała się cudowna, a ja musiałam to jakoś znieść w dwóch polarach i pożyczonych spodniach narciarskich. O 8 podjechał po mnie samochód, którego sympatyczny kierowca (z kilkoma zmianami planów, w tym powrotem do miasta i nieplanowanym zajazdem na lotnisko) zawiózł mnie w okolice jeziora Mývatn, oddalonego jakąś godzinę drogi od Akureyri. Powitała mnie przepiękna błękitna tafla tego słynnego akwenu, który – choć w takie dni jak ten aż prosi się, aby dać w niego nura – jest zgodnie z prawem niedostępny dla ludzi. Na szczęście nikt nie zabrania na niego patrzeć. No, może muszki, które faktycznie mogą ukrócić radość z przebywania w okolicy jeziora.

IMG_20170722_135846

Na parkingu (który jest jednocześnie stacją benzynową, myjnią samochodową, supermarketem, centrum turystycznym i publiczną toaletą) przesiadłam się, wraz z dwiema rodzinami Holendrów, do wielkiego Monster Trucka. Jak się okazało, jego kierowcą był kuzyn mojego kierowcy z Akureyri, a potem zająć miał się nami następny przewodnik, również członek rodziny. Wkrótce miałam się też dowiedzieć, że rodzina ta ma bardzo długą historię (jej korzenie sięgają aż norweskich osadników) i jest w posiadaniu większości ziem w okolicy Mývatn. Tym samym współcześni wikingowie nie byli tylko naszymi przewodnikami, ale też gospodarzami. Jako właściciele jaskini, do której się zbliżaliśmy, mieli wyłączność na jej eksploatowanie, jednak z typowo islandzkim podejściem robili to zgodnie z naturą – do jaskini mogło w jednym czasie wejść maksymalnie 10 osób, nie można było niczego dotykać ani wynosić. Co oczywiste, cud natury okazał się także świetną maszynką do zarabiania pieniędzy.

dav

Zjechaliśmy z utwierdzonej drogi na off-road (oznaczone na mapach literą F, można się po nich poruszać wyłącznie odpowiednimi samochodami, a nasz Monster Truck zdecydowanie do nich należał: przejechanie głębokiej kałuży poszło jak bułka z masłem), na którym natchnęliśmy się na dwa obce samochody. I tu znowu wyszła na jaw islandzka gościnność: nasz kierowca nie był zły na nieoczekiwanych gości, powiedział im, że oczywiście mogą tędy przyjechać, ale do jaskini niestety nie dostaną się na własną rękę. Przepraszał ich za to i zaproponował duży rabat na wycieczkę, byleby ich tylko nie urazić. Niemieccy turyści mieli się zastanowić, ale chyba jednak się rozmyślili.

dav

Niech żałują! Po długiej drodze pełnej wstrząsów i żółtego pyłu (ale też pięknych widoków!), wysiedliśmy w samym środku lawowej polany i resztę drogi musieliśmy przejść pieszo. Pogoda była odpowiednia, a widoki niepowtarzalne: widzieliśmy jeden z niewielu NATURALNYCH lasów, złożonych ze skarłowaciałych brzóz, a na horyzoncie majaczył piękny krater Hverfjall, który – zgodnie z informacjami przekazanymi nam przez przewodników – powstał zaledwie w 48h! Dzięki aktywności tektonicznej otworzyła się również nasza jaskinia; została odkryta w latach 80., ale dopiero od niedawna można ją zwiedzać z przewodnikami.

IMG_20170722_131112.jpg

Po dotarciu do małej przyczepy (nie wiadomo, w jaki sposób dowieziono ją na tę lawową pustynię), otrzymaliśmy odpowiedni ekwipunek: kalosze i kask z latarką. Wraz z ciepłą odzieżą były one niezbędne do odbycia podróży do wnętrza ziemi.

dav

Uprzedzono nas, że wejście do jaskini jest bardzo wąskie. Nie spodziewałam się jednak, że dosłownie trzeba się będzie przez nie przeciskać, nie: prześlizgać! Cała nasza podróż przez jaskinię (niezbyt głęboką, ale jednak trudną do przejścia) zajęła chyba z godzinę, głównie za sprawą konieczności mocowania się ze śliskim lodem i linami. Widoki i atmosfera całkowicie to jednak wynagrodziły: świecące stalagmity, błyszczące kryształki lodu na brzegach skał, dźwięk spadających kropel wody i ta wszechogarniająca ciemność, która faktycznie może kojarzyć się z wejściem do podziemi, do piekieł.

Nasz przewodnik, Bjarni, był naprawdę świetny. Podróż do wnętrza ziemi nie opierała się tylko na wysiłkowym przejściu przez lodową jaskinię, ale również podziwianie tego cudu natury. Bjarni podświetlał nam wybrane bryły lodu, tworząc niesamowitą atmosferę, a na koniec spaceru kazał nam po prostu wyłączyć latarki i pogrążyć się w ciemności, żeby w pełni wchłonąć jej klimat. Przenikliwy chłód i elfickie dźwięki wydobywane z stalagmitów, w które wpadały krople wody, to zdecydowanie uczucie, którego nie da się zarejestrować na zdjęciu ani filmiku. To trzeba po prostu przeżyć!

Jeśli ktoś z Was będzie miał kiedykolwiek chęć (na pewno!) i okazję, by przeżyć coś podobnego, poszukajcie wycieczki do lodowej jaskini Lofthellir na https://guidetoiceland.is/pl/najlepsze-wycieczki-na-islandii/jaskinia-lofthellir-z-myvatn. WARTO!

Ta ten post został napisany dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.