Nie moja bajka

autor: Janina Ryszarda Szymkiewicz
tytułIslandia jak z bajki
rok: 2012
wydawnictwo: Arisa
liczba stron: 288

Islandzki elf o imieniu Kasia postanowił podarować mi swój egzemplarz rzadkiej książki. Pewnego dnia po prostu znalazłam ją w swojej skrzynce, reagując na paczkę jak dziecko.

Tej pozycji nie dostaniecie w Polsce. A przynajmniej nie znajdziecie jej w naszych księgarniach, bo została wydana na Islandii. W roku jej premiery można było ją kupić w niemal dowolnym punkcie na Wyspie. U nas to biały kruk i polowałam na niego od dawna, bo to na ten moment ostatnia z polskojęzycznych pozycji islandzkich, których jeszcze nie przeczytałam. “Islandia jak z bajki”, bo o tej książce mowa, zdążyła już więc w moim przeświadczeniu obrosnąć legendą. I choć co nieco o niej słyszałam, spodziewałam się literackiego Świętego Grala. Do lektury przygotowywałam się przez pół tygodnia, żeby wreszcie wygodnie usiąść z nią w fotelu podczas majówkowego weekendu. I połknąć w jeden, może dwa popołudnia.

Dobra, sama zaczynam snuć własne bajki. Tak naprawdę za lekturę zabrałam się tego samego dnia, kiedy książka do mnie dotarła. Tylko że był to już późny wieczór, a pierwsze strony były mało zachęcające. Ot, opis podróży po Islandii, pech chciał, że najbardziej klasyczny z możliwych – od Keflaviku na południe, przeciwnie z ruchem wskazówek zegara. W połowie pierwszego rozdziału ziewnęłam i zgasiłam lampkę przy łóżku. Już chciałam spisać lekturę na straty, ale obiecałam sobie, że podzielę się z Kasią moją opinią. Dlatego potrzebowałam wolnego dnia, kiedy zmęczenie nie znuży mnie bardziej niż sama opowieść. Z “Islandią jak z bajki” spędziłam więc majówkę na słonecznym balkonie:

I warto było dać książce drugą szansę. Tylko połowa wywodu to faktyczny opis podróży po Islandii. I żeby nie było: to nie jest tak, że każda relacja samochodowej rundy Jedynką jest według mnie nudna. Są ciekawie napisane książki, ale też takie, w których autora jest za dużo i jego subiektywne wtręty przeszkadzają w śledzeniu akcji. Powiedziałabym, że w powieści Janiny Ryszardy Szymkiewicz są obie te skrajności. W wielu momentach czuć lekkość pióra i czyta się tekst z ogromną przyjemnością, ale co kilka stron czekają czytelnika pewne zgrzyty, a więc to, co nazywam “wsadzaniem rozmówcom fragmentów przewodników do ust”. Jasne, możemy umówić się, że dialogi to czysta fikcja i że bohaterowie wcale nie o tym rozmawiali. Nie mamy nawet pewności, czy Janek i Hania to autorka i jej mąż, a może postaci zmyślone. Ale można pisać fikcję, która porywa. Niestety nie jest to możliwe, kiedy bohaterowie popisują się wiedzą faktograficzną i w zwykłym small-talku przy kawie rzucają datami, nazwiskami i specjalistycznymi terminami z islandzkiego. Rozumiem, że książka miała “bawić i uczyć”, czyli snuć opowieść i jednocześnie przywoływać fakty. W moim przypadku skutkowało to poczuciem irytacji, choć – gdyby wyrzucić ozdobniki i przytoczenia – dowiedzieć się można z tej pozycji naprawdę wielu ciekawych rzeczy. Nie można nie powiedzieć, że autorka nie odrobiła lekcji.

Podczas gdy rozdziały z serii “W trzydzieści dni dookoła Islandii” mają udawać relację z podróży, przeplatające je rozdziały prezentują wydarzenia z przeszłości, ale też jakby mocno podkolorowanej. Niezależnie od literackiej wartości tych fragmentów, są miłym odpoczynkiem od nazw geograficznych, liczb przejechanych kilometrów i wypitych podczas przystanków kaw. W nich dowiemy się więcej o życiu Polaków na Islandii, o przyjeździe na  Vestmannaeyjar  i podjęciu pracy w przetwórni rybnej pomimo wyższego wykształcenia. W tej fragmentarycznej opowieści brakuje jednak porządku, może nawet konsekwencji. Raz bohaterowie mieszkają na Wyspach, raz w Akureyri. Raz mają problem wypowiadać islandzkie imiona, a potem bez problemu rozumieją rozmowę Björk z pracownikiem hotelu. Może to nie są ci sami ludzie? Może to reprezentacja różnych emigrantów z Polski? A jednak ma się wrażenie, że to zawsze historia tego samego małżeństwa, od lat mieszkającego i pracującego na Islandii, a więc znającego Reykjavik jak własną kieszeń. Z kolei relacja z podróży pisana jest jakby z pozycji osoby, która po raz pierwszy zwiedza Islandię. Jak to pogodzić?

A może nie należy wymagać żadnej konsekwencji. Może należy traktować powieść jak podręcznik od historii i geografii. Czytać fragmentami, przewertować do momentu, który wydaje nam się ciekawszy. Pomijać partie, w których Hania/autorka chwali się swoją wiedzą, międzynarodowymi przyjaźniami, stołowaniem w drogich restauracjach i niemal poddańczą miłością swojego męża (tego ostatniego nie dało mi się przełknąć). A całość traktować raczej z przymrużeniem oka, bo choć bezsprzecznie autorka korzystała z wiarygodnych źródeł, popełniła kilka merytorycznych błędów. Nie są one jednak na tyle poważne, żeby je tu wymieniać. Czyta się to po prostu dobrze i łatwo łaknie wiedzę. Ale nie jest to lektura wyższych lotów.

Tyle z niespodzianek na minus. A zaskoczenie na plus? Zdecydowanie fragment poświęcony Grenlandii, bo nie spodziewałam się jej w książce o Islandii. Jako że sama coraz częściej sięgam po lektury związane z tą częścią świata, czytałam to z większą przyjemnością, bo odkrywałam mniej znane tereny. Z uśmiechem na twarzy czytałam na przykład o Tupilakach, mając w pamięci obejrzany niedawno jednym tchem serial Fortitude, kręcony na Islandii, ale dziejący się na Spitsbergenie. To, co łączy wszystkie te miejsca, ale dotyczy przede wszystkim Grenlandii, to problem postkolonialnej nierówności społecznej. Ta zdaje się zaskakiwać samą autorkę, jak gdyby odkrywała Amerykę niczym Leif Eriksson.

Wyzłośliwiam się, ale niestety w wielu miejscach forma trąci manierą innej, zniesławionej już książki o Islandii. Sam już tytuł zapowiada, że Islandia jest krajem z kosmosu, najlepszym i najpiękniejszym miejscem na świecie. Autorka zachwyca się każdym kamykiem i podrywem wiatru, wybierając tylko te elementy, które pasują do idealnego obrazka. Nie ma w tym nic złego, dopóki narracja nie staje się zbyt cukierkowa. Tu jednak nie tylko Islandia podlega idealizacji, czy może nawet hiperbolizacji, ale też miłość pomiędzy bohaterami, ich wiedza na temat Islandii czy zdziwienie miejscowych taką niebywałą znajomością Wyspy. W Islandii jak z bajki wszystko jest proste i piękne, no może z wyjątkiem szutrowych dróg i nieprzyjemnego pisku w samochodzie. No i koszmarów sennych, które budzą Janka w ostatnim rozdziale książki. Ale o co dokładnie chodzi w tym wątku, nie mam najmniejszego pojęcia. Na moje oko była to ostatnia okazja do popisu wiedzą na temat mitologii nordyckiej. I niestety – znowu – poprowadzona dość niezręcznie…

Trzeba jednak zaznaczyć, że to książka z 2012 roku, a czytam ją w 2020, mając na koncie niemal wszystkie książki o Islandii napisane po polsku w ostatniej dekadzie. Jestem więc już uodporniona na “zaczarowywanie” Islandii, ten styl, który jeszcze do niedawna był w modzie. Lecz – uwaga! – o Islandii można pisać inaczej. Można pisać o wadach, trudach, deszczu, wietrze, nieprzyjemnościach. To też jest Islandia jak z bajki. Tylko nie takiej, jaką znamy z dzieciństwa.

Bardzo dziękuję Kasi za ten podarunek. Mam taki pomysł, żeby podzielić się z Wami tym białym krukiem w ramach akcji “Stowarzyszenie Wędrującej Książki”. Szczegóły akcji znajdziecie na moim Facebooku i Instagramie. Jeśli jesteście zainteresowani wzięciem udziału, piszcie!

Saga rodu z Thulekampu

autorEinar Kárason
tytułZłota Wyspa
tłumaczenie: Jacek Godek
rok: 2020
wydawnictwo:  Marpress
liczba stron: 255

Jeśli szukacie współczesnej sagi islandzkiej, to proponuję Wam Złotą Wyspę.

Już w komentarzu do pierwszej części trylogii Einara Kárasona zastanawiałam się, czy nawiązanie do stylu sag jest zamierzone. W recenzji Wyspy Diabła dywagowałam, czy język sag to oryginalny zabieg, a może kwestia tłumaczenia, którego autorem jest Jacek Godek. Podczas lektury drugiej części, również wydanej nakładem wydawnictwa Marpress, utwierdziłam się w przekonaniu, że język i styl sag mocno tkwią w twórczości jednego z najważniejszych pisarzy współczesnej Islandii. 

Saga rodowa

Zacznijmy od najważniejszej cechy sag islandzkich, czyli obecność bohatera zbiorowego w postaci ważnego rodu osiedlającego się w danym miejscu Islandii. Złota Wyspa to kontynuacja sagi rodzinnej, której bohaterem jest wielopokoleniowa familia Tomassonów. Już od pierwszych stron przypomina nam się głównych bohaterów: mamę Gogo, która mieszka w Stanach, i jej dwóch zupełnie niepodobnych do siebie synów: niepokornego Baddiego oraz małomównego Danny’ego. Jest też córka, Dolli, która założyła własną rodzinę. Oraz seniorzy rodu: drobny kupiec Tommi, jedyne prawdziwe źródło dochodu rodziny, oraz Lina, wróżka, która cieszy się dużym szacunkiem w okolicy. Wszyscy tłoczą się w Starym Domu, wśród baraków w Thulekampie, niegdyś pozostawionych przez armię amerykańską. 

Ród Tomassonów, podobnie jak rody opisywane w sagach islandzkich, jest wyjątkowy w swojej małej społeczności, o czym dowiedzieliśmy się w pierwszej części trylogii. Wysoka pozycja rodziny wynika z pozycji państwa starszych, ale oczywistą przyczyną estymy rodu jest obecność córki w Stanach. W Złotej wyspie sytuacja i rola rodziny zaczyna jednak ulegać dużej zmianie. Amerykański sen wydaje się być już tylko wspomnieniem. Owszem, Boże Narodzenie wciąż ma blask ozdób choinkowych przysyłanych przez Gogo z Ameryki, a prezenty od niej są najważniejszym elementem rodzinnego świętowania. Ale rodzina, niegdyś wiodąca prym w gadżetach o pochodzeniu amerykańskim, nagle zaczyna być w tyle. Złote czasy w Starym Domu się skończyły, ale Wyspa rozwija się własnym tempem. Mieszkańcy Reykjaviku, nawet sąsiedzi z baraków, zaopatrują się w najnowsze cudo technologii, którego nie ma rodzina Tomassonów: telewizory. Stary Tommi, który zawsze znajdował banknoty w wysłużonym portfelu, nagle musi rozczarować roszczeniową rodzinę. Te i inne perypetie rodzinne dowiodą upadku wysokiej pozycji drobnego kupca. 

Bohaterowie i antybohaterowie

W drugiej części trylogii na pierwszy plan wychodzą postaci, które wcześniej pozostawały w cieniu. Akcja coraz częściej skupia się wokół rodziny Dolli, a nawet wydarzeń spoza Starego Domu. Dotąd wyjazdy bohaterów, chociażby Baddiego i Danniego do Stanów, były relacjonowane z pozycji Starego Domu. W drugiej części akcja przenosi się w inne lokalizacje, chociażby na Fiordy Wschodnie, dokąd udaje się na wycieczkę Dolli z mężem, Grettirem. Wyprawa do rodzinnego miasta Grettira planowana jest z dużym wyprzedzeniem, mamy opisane trudy i znoje bohatera gotowego zrobić wszystko, aby podróż się udała. Co równie ciekawe, bohaterowie pojadę nie samochodem, lecz statkiem, a więc na wzór wikingów udają się w podróż morską. Choć sama podróż będzie miała różne skutki dla bohaterów, a na miejscu ich przygody dalekie będą od udanych, mamy tu cechy pastiszu wyprawy wikińskiej. Grettir, choć anty-bohater i nie szanowany przez nikogo, często obrażany przez żeńską część familii i uznawany za niemęskiego kurdupla, okazuje swoje atuty wygrywając walkę. Co prawda jest to walka na poduszki, ale opisana nie gorzej, niż poważna bitwa z użyciem śmiertelnego oręża:

“Nasz zawodnik był w świetnej formie. Nareszcie mógł się wyżyć. Walił, bił, machał poduszką wokół siebie. Gospodarze jeden za drugim wpadali do wody. Zdawało się, że nikt nie jest w stanie zrzucić go z dechy. (…) Walczył mężnie i udało mu się strącić z dechy wszystkich zawodników drużyny gospodarzy, a jego samego zniesiono na złotym tronie wśród grzmiącego aplauzu.”

W powieści mamy też bohaterów, którymi kolejno stają się Baddi i Danni. Ten pierwszy, choć znany czytelnikowi pierwszej części raczej jako nierób i źródło kłopotów, zmieni się na dwie chwile z wyglancowanego Elvisa na tytana pracy. Raz – malując salon przed świętami, a drugi – pomagając przy budowie szkoły. Jego kilkunastogodzinna praca bez przerwy będzie powodem do dumy wszystkich domowników, a on sam przedstawiony zostanie jako niezdarty, posiadający nieludzkie siły bohater, który nie umie się zmęczyć (choć przez większość czasu przesiaduje na kanapie i śpi do południa). Jego młodszy brat również zostanie bohaterem domu, kiedy okaże się, że potajemnie zrobił kurs lotnika. Małomówny troll zamieni się w asa przestworzy i przyćmi nawet swojego przebojowego brata. Dwaj bracia ukazani są więc jak herosi, bohaterowie, dzielni młodzieńcy udowadniający swoje atuty w niezwykle męskich zajęciach. Ich sławę opiewać będą jednak już nie skaldowie, ale dziennikarze rozpisujący się na ten temat w lokalnych gazetach. 

Prawo zemsty

Często w Złotej Wyspie jednostkami przejmującymi inicjatywę są kobiety. To one trzęsą domem i okazują się też wprawnymi organizatorkami, gospodyniami, a nawet przedsiębiorczyniami. Dolli, Lina, a potem również przybyła na Wyspę Gogo i najmłodsza w rodzie Gislina będą miały sporo do powiedzenia. Najważniejsza jest oczywiście Lina – domownicy muszą liczyć się z jej zdaniem i starać o jej względy. Lina jest świetnym przykładem bohaterki-wikinki, silnej i niezależnej kobiety z sag.  I tak jak w sagach matki nierzadko musiały namawiać tchórzliwych synów do działania, tak Lina też nie raz musi brać sprawy w swoje ręce.  

We współczesnej sadze, jaką jest Złota wyspa Einara Kárasona nie brakuje też wątku zemsty i wymierzania sprawiedliwości. Oczywiście proporcjonalnie do czasów. Rodzina musi trzymać się razem i wspólnie stawiać różnym przeciwnościom, choćby utracie źródła dofinansowania. Jeśli kogoś z rodziny upokorzono albo obrażono, zadaniem pozostałych członków jest odpowiednia reakcja na to poniżenie. W sagach ów wyrok wykonywali panowie, ale w Złotej Wyspie zadanie to przypadnie właśnie Linie. Gdy Tommi straci władzę w swoim sklepie, pani starsza od razu uruchamia swoje kontakty. Musi pomścić utraconą pozycję Tommiego i opisane to jest nie gorzej niż w przypadku zbrojnej zemsty:

“(…) i dopiero w porze kolacji przypuściła szturm na Blok Energetyków, żeby wykończyć Fię i Totiego. Tam skrzyżowały się miecze: Fia darła japę, lecz odpowiadała sensownie; po trwającej kwadrans awanturze, która skończyła się skowytem i trzaskaniem drzwiami, nastąpiło pełne zerwanie więzów przyjaźni między rodzinami.”

W Złotej Wyspie nie brakuje też konfliktów rodzinnych, choćby rywalizacji między braćmi. Baddi obrazi się na brata i wyjedzie do matki po tym, kiedy Daniel okazuje się przydatnym pilotem. Z kolei ich szwagier, Grettir, nie raz będzie trzecim do porównania, podobnie jak liczni przyjaciele Baddiego. Męska rywalizacja wykroczy również poza ramy rodziny, bo w powieści znajdziemy również wątek starania się o względy tej samej dziewczyny i sukces silniejszego w “stadzie”.

Rzeczowość a wątki fantastyczne 

Klasyczne sagi islandzkie z reguły pozbawione są wątków fantastycznych. Ich rzeczowy, niemal reporterski styl wykorzystany jest przez Kárasona również w Złotej Wyspie.  Historia rodziny Tomassonów opisana jest bez komentarza narratora, z zachowaniem zasady, że psychologia postaci zbudowana jest na ich zachowaniu i wypowiedziach. Odstępem mogą być tylko wtręty z pamiętników Daniela, pisanymi w pierwszej osobie, dającymi subiektywne spojrzenie na wydarzenia. Fragmenty te traktować można jednak jako oddanie głosu bohaterowi, który w kontaktach z innymi zazwyczaj milczy. Te ustępy pozwalają lepiej poznać Danniego, który dotąd stał w cieniu innych postaci i nagle staje się niemalże najważniejszą osobą w rodzinie.

Kárason nie szczędzi opisów naturalistycznych, choć w drugiej części trylogii mniej uwagi poświęca fizjologii, a więcej śmierci i rozkładowi. Nie ma w nich jednak miejsca na zadumę czy żałobę, po prostu sprawy opisane są wprost, niemalże zaskakują czytelnika. Tragiczna śmierć opisana jest krótko, rzeczowo, podobnie pogrzeb i zachowanie bohaterów, którzy – jeśli będą wspominać zmarłego – to niezbyt wylewnie albo w ciszy. Śmierć jest zatem potraktowana jest normalna kolej rzeczy, jak naturalny element życia w Thulecampie, choć bohaterowie muszą zmierzyć się z nim po raz pierwszy. Dotąd przywykli do nowych członków rodziny, wprowadzania się kolejnych lokatorów albo narodzin dzieci. Śmierć jest czymś nowym, a jednak przemilczanym.

W tej trzeźwej, niemal chłodnej relacji wydarzeń jest jednak miejsce na motywy nadnaturalne. Wróżka Lina czyta z kart przyszłość, a jej przepowiednie przez niektórych mieszkańców Domu brane są bardzo poważnie. Kobiety w rodzinie miewają też wizje senne, w których nawiedza je zmarły. Z kolei kotu-przybłędzie często przypisuje się cechy diabelskie, a demony i złe duchy to jedno z głównych zmartwień bogobojnej Karoliny. Wróżka, jedną ręką kładąca tarota, a drugą otwierająca Pismo Święte, jest jakby łącznikiem między światem ziemskim a wszelkimi upiorami i pukami, które kryją się w ścianach domu i powodują złą energię w danym miejscu. W tej współczesnej sadze wydaje się jednak, że wątki fantastyczne potraktowane są z przymrużeniem oka, a dwulicowa duchowość Liny przedstawiona jest karykaturalnie. Kárason, niczym chrześcijański skryba, opisuje więc wiarę bohaterów z pewnym dystansem, dla zachowania szczegółowości relacji, a jednak ze szczyptą sceptycyzmu.

 

Jeśli więc szukacie współczesnej sagi islandzkiej, z całego serca mogę polecić Złotą Wyspę Einara Kárasona. Dwie pierwsze części czyta się jak dłuższą sagę, a wydawnictwo Marpress planuje uzupełnić trylogię trzecią częścią już niedługo. Powieść świetną opowieścią z dziejów rodziny z Reykjaviku, napisaną w sposób nieprzewidywalny i z różnymi zwrotami akcji. Samą historię czyta się szybko i przyjemnie, choć razi jedna rzecz: brak islandzkich liter w imionach bohaterów.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Marpress. 

Islandzki nordic noir

The Valhalla Murders (2019)

The Valhalla Murders

tytuł oryginalny: Brot
reżyseria: Thordur Palsson
rok produkcji: 2019
produkcja: Netflix Ríkisútvarpið-Sjónvarp (RÚV)

Nie jestem specjalistką od kryminałów.

Podczas Erasmusa w Szwecji chodziłam tylko na zajęcia z kina nordyckiego. Czytaliśmy sporo tekstów na temat nordic noir, czyli nurtu powieści i filmów kryminalnych z Północy. Oglądaliśmy wspólnie Most nad Sundem i analizowaliśmy serial pod kątem różnych aspektów: współpracy między państwami skandynawskimi, typowego humoru, charakterystycznego mise-en-scène czy po prostu tego, w jaki sposób buduje się ową “mroczność” skandynawskich seriali kryminalnych. Mam wrażenie, że komuś, kto naoglądał się takich dzieł, nie trzeba zbytnio przedstawiać naszych wniosków.  Seriale te powielają ten sam schemat, w imię zasady, że publiczność lubi oglądać rzeczy, które zna. A jednak twórcy prześcigają się w pisaniu scenariuszy, budowaniu napięcia, prowadzeniu intrygi. A my wciągamy się w nie i dlatego tak bardzo kochamy kryminały kręcone na Północy. Dlaczego z pewnością polubimy The Valhalla Murders?

Północna sceneria

Po pierwsze, serial kręcony jest na Islandii, a więc same widoki gwarantują wysoką oglądalność i zainteresowanie serialem każdego, kto tęskni do tych białych, surowych krajobrazów. Nie bez powodu kamera wielokrotnie serwuje nam szerokie ujęcia na ośnieżone góry i zimowe pustkowia, z lotu ptaka ukazując malutki samochód głównych bohaterów, sunący po czarnej nitce odśnieżonej drogi. Zimowa scenografia to jeden z pewniaków nordic noir i chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego długie noce wpływają lepiej na nastrój serialu kryminalnego. Poza tym krew ofiary świetnie prezentuje się na białym śniegu. Ujemne temperatury mają również swoje zadanie: konserwują znalezione ciała, przez co patolodzy mają trudność z oszacowaniem czasu ich zgonu. Klasyk.

The Valhalla Murders review - a satisfying murder-mystery from Iceland
źródło: https://readysteadycut.com

Zwykłe problemy zwykłych ludzi

Po drugie: zwyczajność głównych bohaterów. Ważną cechą nordic noir jest także rozbudowana psychologia postaci. W oficjalnym opisie serialu czytamy przecież: “Poturbowany przez życie detektyw z Oslo…”, co ma zaintrygować widza, a jednocześnie potwierdzić ludzką stronę protagonistów. Skandynawscy policjanci nie są superbohaterami ani detektywami o wyjątkowych zdolnościach intelektualnych, jak chociażby Sherlock Holmes. To zwyczajni ludzie z sąsiedztwa, dalecy od amerykańskiego toposu policjanta-gnidy czy lenia zajadającego się pączkami.

W The Valhalla Murders obaj główni bohaterowie są wysportowani: Kata ćwiczy pływanie, a Arnar regularnie biega. Ma to pewnie ugruntować stereotyp nordyckiego zahartowania, ale też zapowiedzieć, że tężyzna fizyczna przyda się bohaterom do pościgów i walki z kryminalistami.

źródło: https://www.thecinemaholic.com

Te wysportowane, szczupłe ciała (często w serialu obnażane, jakby na dowód fizycznej kondycji bohaterów) – choć nieidealne – stanowią przeciwieństwo do tego, co dzieje się w środku. Arnar (Björn Thors), ów “poturbowany policjant z Oslo” wraca na rodzinną Islandię bardzo niechętnie – wkrótce okaże się, że relacje z ojcem i siostrą nie należały nigdy do udanych, a sam przeżył w dzieciństwie wiele traum, które zaszły mu za skórę (dosłownie). Natomiast Kata (Nína Dögg Filippusdóttir), rozwódka z nastoletnim synem i pozornie nadgorliwą matką, traci kontrolę nad własnym życiem i choć jest bardzo ambitną i utalentowaną policjantką, stres zawodowy wpłynie na jej decyzje w życiu prywatnym. Oboje bohaterowie mają prawo do popełniania błędów oraz próbują wykorzystać doświadczenia życiowe i własne wady do tego, by przybliżyć się do świadków lub ofiar. Empatia czy przejmowanie się w prywatnym życiem osób zaangażowanych w śledztwo nie raz doprowadzi ich do działania wbrew prawu i proszenia współpracowników o przysługi. Ten model policjanta gotowego poświęcić karierę dociekaniu prawdy jest nam bardzo dobrze znany z innych skandynawskich seriali kryminalnych.

Kontekst społeczny

Szczególnie w powieściach, nordic noir cechuje się uwypukleniem problemów społecznych. Autorzy zwracają uwagę na prawa kobiet, mniejszości etnicznych czy wytykają różne wady samemu systemowi. Nie inaczej jest w The Valhalla Murders, który bierze swoją nazwę od ośrodka opiekuńczego dla nastoletnich chłopców. Wbrew założeniom i rządowym raportom, nie było to miejsce idealne, a błędy personelu doprowadziły do seryjnych morderstw. Sprawa jest jednak bardziej złożona, a problem wynika – jak zawsze – z decyzji odgórnych. Szybko okaże się, że policjanci z Reykjaviku, we współpracy z sympatycznym wolnym strzelcem z Borgarnes, Hákonem (Víkingur Kristjánsson) napotkają przeszkody na wyższych szczeblach. Ktoś będzie utrudniał śledztwo, bo sam ma sporo za uszami.

Znalezione obrazy dla zapytania: the valhalla murders press material

Abstrahując jednak od problemu wpływowych ludzi, którzy zawdzięczają swoją pozycję i pieniądze uciszaniu słabszych od siebie, serial uwypukla też problemy tych słabszych właśnie. Mamy do czynienia z systemem, który odbiera dzieci dysfunkcyjnym rodzinom i umieszcza je w ośrodku, który przeradza ich życie w piekło. Wnikliwa dziennikarka Selma (Anna Gunndís Guðmundsdóttir), przekona dorosłych już wychowanków ośrodka do przejmujących zeznań i odkryje przed widzami niewygodną prawdę. Z kolei zespół pracujący nad śledztwem przekona się, że większość chłopców z tajemniczego zdjęcia zeszła na drogę kryminalną lub popełniła samobójstwo. System więc nie działa, bo patologia rodzi patologię. Tylko nieliczni wybierają lepszą drogę i mimo traum próbują ułożyć sobie życie.

Z kolei wątek Arnara podejmuje jeszcze jeden interesujący aspekt. Mamy tutaj pobieżnie zarysowany portret społeczności świadków Jehowy, przedstawionej jako sekta, która wyklucza odstępujących od ich wiary. Choć tak naprawdę nie wiemy, co dokładnie doprowadziło do zerwania stosunków Arnara z jego rodziną, widzimy skutki tej decyzji: ograniczony kontakt z siostrą, brutalne wyproszenie z pogrzebu własnego ojca. Portret sekty często pojawia się w kinematografii skandynawskiej, niekoniecznie kryminalnej. Wątek geja wykluczonego z własnej społeczności znajdziemy chociażby w Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek, ekranizacji trylogii szwedzkiego pisarza Jonasa Gardella. 

Szansa na sukces

Ale to, co łączy skandynawskie seriale kryminalne, to sami aktorzy.  W The Valhalla Murders znajdziemy wiele znanych twarzy. Główną bohaterkę gra Nína Dögg Filippusdóttir, którą pamiętamy jeszcze z W pułapce. Z kolei rolę jej matki zagrała Edda Björgvinsdóttir, znana chociażby z W cieniu drzewa. Inną znaną aktorką, odtwórczynią roli Helgi, jest Tinna Hrafnsdóttir, która dała się poznać dzięki filmowi Veðramót. W zespole policjantów jest jeszcze jedna znana kobieta twarz, mianowicie Aldís Amah Hamilton, aktorki i stewardessy Icelandaira, a prywatnie córki pisarki Aldy Sigmundsdóttir.

źródło: https://www.thecinemaholic.com/

Wśród odtwórców męskich ról mamy wspomnianego już Hákona (Víkingur Kristjánsson), którego znamy chociażby z Wiru. W rolach drugo-, a nawet trzecioplanowych znajdziemy także Gunnara Jónssona, znanego jako Fúsi, oraz Þorsteinna Bachmanna, obecnego m. in. w Życie na kredycie. Do aktorów starszego pokolenia należą Sigurður Sigurjónsson, grający za młodu główną rolę w Duszpasterstwie pod lodowcem, a ostatnio odkryty przez międzynarodową publiczność rolą w Baranach. Mamy też Þóra Tuliniusa, serialowego Kristjána, aktora o bardzo pokaźnej filmografii, na którą składają się Anioły Wszechświata czy Ingaló. Omára gra z kolei Theódór Júliusson, kilka lat temu wcielający się w rolę głównego bohatera filmu Wulkan

Są to jednak twarze znane wąskiemu gronu odbiorców kina islandzkiego. Jednak po ogromnym sukcesie W pułapce (isl. Ófærð, ang. Trapped) Islandia umocniła swoją pozycję wśród filmowych produkcji nordic noir. Fani serialu Baltasara Kormákura z niecierpliwością oczekują informacji o trzecim sezonie, a niektórym aktorom – takim jak Ingvar Eggert Sigurðsson – serial przyniósł międzynarodową sławę. Inne twarze znane są widzowi przyzwyczajonemu do islandzkiej kinematografii, ale z pewnością to tylko kwestia czasu, aby kolejne nazwiska zawładnęły Hollywoodem, a przynajmniej pojawiały się w szerzej znanych produkcjach. Wróżę międzynarodową karierę chociażby Nínie Dögg Filippusdóttir, której mąż Gísli Örn Garðarsson zagrał ostatnio w innej interesującej produkcji Netflixa, Ragnarok

Być może to właśnie współpraca z Netflixem sprawi, że wielu islandzkich aktorów i reżyserów wypłynie na szersze wody. Coraz częściej znajdujemy ich nazwiska w obsadach produkcji nieislandzkojęzycznych, chociażby w Wiedźminie pojawił się Björn Hlynur Haraldsson. 

 

Nie jestem specjalistką od kryminałów. Z tych skandynawskich z największym zacięciem oglądałam Most nad Sundem, ale porównywanie każdego nowego nordyckiego serialu kryminalnego do Bron byłoby niesprawiedliwe. Chociaż… Mam podejrzenie, że twórcom mogło zależeć na jakiejś analogii, w końcu ten duńsko-szwedzki serial zrobił furorę i niejako ożywił na nowo skandynawskie seriale kryminalne. Czy to nie przypadek, że w The Valhalla Murders mamy parę policjantów? Że Kata jest tak samo upartą i ambitną blondynką, co Saga? Że Arnar przybywa do Reykjaviku, żeby pomóc w śledztwie? Że między partnerami zrodzi się przyjaźń? Nie wątpię, że Bron ustanowił kolejny model do powielenia. Ale The Valhalla Murders daleko do swojego ewentualnego pierwowzoru, choć ma i swoje atuty: islandzką scenerię, surowsze poczucie humoru i mniej uzależniającą ścieżkę dźwiękową. 

Białe, czyli bezbarwne

Biały, biały dzień

tytuł oryginalny: HVÍTUR, HVÍTUR DAGUR
reżyseria: Hlynur Pálmason
rok produkcji: 2019
kraj: Dania, Islandia, Szwecja

Mój kolega ze studiów pisał pracę licencjacką o kolorach.

Wspomniałam go dzisiaj, gdy w drodze powrotnej z kina próbowałam wymienić wszystkie asocjacje z przymiotnikiem biały. Biały śnieg, białe światło, biały cień, biała armia, biały jak ściana, białe pieczywo, orzeł biały. Próbowałam zrozumieć, jaki związek z filmem, który przed chwilą oglądałam, ma jego tytuł. 

Film zaczyna się od  sekwencji scen przepełnionych bielą. Samochód jedzie przez zamglony krajobraz. Dom pokryty śniegiem. Białe szczyty gór. Biała mgiełka deszczu. Kiedy mgła spowija ziemię, trudno zobaczyć jej kres, biel scala bowiem niebo z ziemią w mlecznym uścisku. Biała mgła, białe mleko. Ta pierwsza będzie powracającym motywem, to drugie – pojawi się w scenie raz, jednak dobitnie. Czyste, nieskazitelne, a jednak gęste, mokre, brudzące podłogę czy ograniczające pole widzenia.

W niektórych kulturach biel symbolizuje też śmierć. Nie na Islandii, ale Islandczycy też kojarzą biel ze śmiercią. Film otwiera się anonimowym cytatem/mądrością ludową, która brzmi: W biały, biały dzień, gdy nieba nie można odróżnić od ziemi, zmarli mogą mówić do tych, którzy wciąż żyją.  A w tej historii mgła owinęła białym całunem żonę głównego bohatera,  Ingimundura (Ingvar Eggert Sigurðsson). Białobrody mężczyzna w średnim wieku wypełnia pustkę remontem starego domu i opieką nad wnuczką, którą często podrzuca mu pod drzwi jej matka. Ingimundur, były policjant, raczej powściągliwy, ale lubiany w środowisku, zdaje się pracą fizyczną uśmierzyć ból po stracie bliskiej mu osoby. Gdy córka wspomina zmarłą matkę, ten ucina rozmowę, gdy ksiądz-terapeuta wypytuje go o żałobę, ten drastycznie kończy terapię. Gdy były kochanek żony przyznaje się do płonnego romansu, sprawa kończy się krwawą awanturą. 

Trudno właściwie powiedzieć, co przeżywa główny bohater. Miota się między agresją, gniewem, zniecierpliwieniem, złością, pragnieniem zemsty i uporem. Nie stać go na emocje i gesty, które przywykliśmy kojarzyć z żałobą: smutek, żal, płacz. Pamiątki po zmarłej przegląda niemal bezceremonialnie, a i z powodu niedopowiedzianych faktów nie wiemy nawet, ile czasu dokładnie minęło od wypadku. Pogrzeb, grób, trumna są nieobecne tak samo jak żałoba. W całej opowieści wokół śmierci ważnej osoby nie pada nawet jej imię. Na zdjęciach czy nagraniach nie widać jej twarzy. Tak jakby sam Ingimundur nie chciał lub nie mógł już jej sobie przypomnieć. Postać zmarłej otoczona jest tabu, a brak przepracowanej straty odbija się na zachowaniu bohatera. Resztki uwagi i czułości poświęca ośmioletniej Salce, przy której wspominanie zmarłej czy w ogóle myślenie o śmierci przychodzi inaczej.  Jest nawet obrócone w żart, makabryczną historię na dobranoc o trupie, daleką wariację na temat motywu walki z upiorem, którą znamy z sag. Zmarli mogą mówić do tych, którzy wciąż żyją. Upiory wciąż zajmują ważne miejsce w islandzkiej wyobraźni. A cytowane słowa znają swoje ucieleśnienie w ostatniej scenie filmu.

Premiera filmu z Kinie Muranów.

Na spotkaniu towarzyszącym pokazowi mądre głowy rozwodziły się nad filozoficznym sensem filmu. Mowa była o katharsis i współczesnym przeżywaniu smutku i żałoby. Biały, biały dzień zaklasyfikowano jako film psychologiczny i postanowiono skupić się tylko na tym aspekcie. Eksperci z innych dziedzin również uznali film za ważny, jeśli nie wyjątkowy: doceniony na festiwalu w Cannes, był też islandzkim kandydatem do Oscara. Tymczasem wydaje mi się, że gdyby odrzeć film z tego filozoficzno-psychologicznego kostiumu, to okazuje on się nam całkiem nagi: dłużące się sceny, brak szkieletu całości. Rozmyty i niewyraźny, jak ta mgła.

Jeszcze wczoraj mówiłam znajomemu, że kino islandzkie jest dla mnie jak cheeseburger: choć nie jest to arcydzieło, często z przyjemnością się na nie decyduję, bo wiem, czego się spodziewać. Zawsze znajdę tam dobrą dawkę czarnego humoru i muszę przyznać, że i w Białym, białym dniu zdarzały się sceny dowcipne, tak absurdalne i makabryczne, jak lubię najbardziej. Skorzystam jednak z przysługującego mi koła ratunkowego i przyznam otwarcie, że najnowszy film Hlynura Pálmasona nie jest na moje kubki smakowe. Menu reżysera okrzykniętego teraz wschodzącą gwiazdą, nie odpowiada moim preferencjom. Już jego długometrażowy debiut Zimowi bracia (Vinterbrødre, 2017) oglądałam bez przekonania, charakteryzował się takim samym tempem rozwoju wydarzeń i przewagą fizycznej interakcji aktorów nad wypowiadanymi przed nich słowami.  Było w nim też dużo bieli, czasami wręcz kłującej w oczy. Mogę jednak z czystym sumieniem podsumować, że zdecydowanie wolę cierpką zieleń Kobieta idzie na wojnę czy torfowy brąz Baranów, od białego, bezbarwnego sosu.

Homo legens w tarapatach

autor: Sigríður Hagalín Björnsdóttir
tytułŚwięte słowo
tłumaczenie: Jacek Godek
rok: 2020
wydawnictwoWydawnictwo Literackie
liczba stron: 336

Święte słowo, najnowsza książka Sigríður Hagalín Björnsdóttir, utwierdziła mnie w przekonaniu, że autorka jest islandzkim Danem Brownem.

Na początek przypomnijmy sobie tego amerykańskiego pisarza, który pewnie czasy największej popularności ma już za sobą. Jego powieści sensacyjne zyskały miano bestsellerów: najpierw hitowy Kod da Vinci, potem Anioły i demony. Jako nastolatka zaczytywałam się w tej pierwszej przed wycieczką do Paryża. Naiwna gimnazjalistka, dałam się wciągnąć w tę plotkarską niemal opowieść o sekcie, a jako początkująca miłośniczka sztuki łyknęłam autorskie interpretacje wielkich dzieł sztuki. Po latach przeczytałam Inferno, równie szokujące, ale już nie dla mnie – osoby po częściowych studiach italianistycznych już nie tak łatwo można było oszukać. Czytałam jednak jednym tchem, bo świetnie wchodziło.

Kod da Wyspa

Z twórczością Sigríður Hagalín Björnsdóttir jest tak samo. Świetnie się czyta. Jej druga powieść potwierdza, że pisarka jest przede wszystkim dziennikarką, bowiem dociekliwość i sięganie do źródeł to cechy charakterystyczne jej twórczości. Podobnie jak szukanie sensacyjnych, nośnych tematów. Debiutancka Wyspa to dystopia, wariacja na temat całkiem prawdopodobnej sytuacji, w której Islandia odcięta jest od reszty świata i jakoś musi sobie radzić. Na spotkaniach autorskich oraz w materiałach prasowych autorka często wspominała, że zanim napisała książkę, była pewna, że ktoś wcześniej wpadł już na podobny pomysł. A jednak nie – a książka okazała się hitem. Sama przeczytałam ją z wielką przyjemnością, choć późniejsze debaty na ten temat (z Islandczykami lub nie) obudziły we mnie niepewność: czy w powieści bardziej pociąga mnie samo gdybanie na temat przyszłości, czy warsztatowo sprawnie napisana opowieść?

Zdjęcie z pisarką z Gdańskich Targów Książki, marzec 2019.

Książka musi być lepsza od Internetu

Dysleksja i hiperleksja

W nowej powieści Święte słowo Sigríður Hagalín Björnsdóttir oddaje głos Ragnheiður, sparaliżowanej kobiecie, która opowiada losy swoich dzieci: Einara i Eddy. Edda co prawda nie jest jej prawdziwą córką, ale Ragnheiður pomagała w wychowywaniu jej matce, Julii. Obie kobiety zaszły w ciążę z tym samym don juanem i postanowiły wspólnie zamieszczać, aby wzajemnie pomagać sobie wychowywać dzieci. Einar i Edda to więc niejako bliźnięta, od dzieciństwa nierozłączni i najbliżsi przyjaciele. Podobni, a jednak nie do końca: Einar jest dyslektykiem, nawet jako dorosły nie potrafi sprawnie czytać, a całe dzieciństwo kojarzy mu się ze stresem związanym z nauką czytania. Edda natomiast to jego przeciwieństwo: nauczyła się czytać w wieku 3 lat i całe dzieciństwo spędziła wśród książek, opowiadając bratu niestworzone historie. Ona – wyobcowana, autystyczna, najchętniej spędzająca czas w domu, on – towarzyski, otwarty, głodny wrażeń i przygód. Kiedy nastoletni Einar postanawia wyprowadzić się do ojca mieszkającego za oceanem, ich święte porozumienie pęka. Edda, aspołeczna i niegotowa to poznawania nowych przyjaciół, musi zmierzyć się z nową codziennością: codziennością bez brata, jej jedynego poplecznika i obrońcy.

I pewnie jako nerdka schowałaby się w swoim książkowym świecie jeszcze bardziej. Ale Edda przestaje czytać i staje się najpopularniejszą w Islandii instagramerką. Zgrzyt, ale cała historia jest na tyle ciekawa, że zaczyna się od zaginięcia dziewczyny. W kilka dni po porodzie, młoda matka opuszcza swój dom i słuch o niej zaginął. Mąż nic nie wie, jedna matka nic nie wie, druga matka nic nie wie, obserwujący i media krajowe nic nie wiedzą. Brat też nic nie wie, bo od lat ma z siostrą słaby kontakt i nowe życie siostry mniej go interesuje, jej nowa osobowość nie pasuje do niego. Ale matka każe mu szukać siostry i wysyła prostego chłopaka do Stanów Zjednoczonych, bo bilet kupiony przez Eddę to jedyny trop, na jaki wpada rodzina. Einar, z oporami, wybiera się jednak do Nowego Jorku na poszukiwania zaginionej w jednej z największych metropolii świata.

Za egzemplarz bardzo dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

UWAGA – SPOILER!

Magiczna funkcja słowa

Fabuła opisana w ten sposób trąci melodramą i mogłaby z powodzeniem stanowić kanwę scenariusza wenezuelskiej telenoweli. Tak, fabuła jest prosta, ale jednak cała magia w tym, jak skonstruowana jest sama powieść. Autorka nie opowiada nam całej historii od razu, ale dzieli ją na kawałki i podaje porcjami. Wątek nowojorskich poszukiwań Einara przepleciony jest z jego wspomnieniami z dzieciństwa oraz przemyśleniami Ragnheiður, opowiadającej historie sprzed narodzin dzieci.  Czytelnik dostaje nowe tropy, sam staje się śledczym, który próbuje połączyć wątki i znaleźć rozwiązanie. Najpierw poznaje Eddę jako powierzchowną influencerkę, a dopiero potem dowiaduje się o stwierdzonej w dzieciństwie hiperleksji i nastoletnich problemach z dostosowaniem się do reszty społeczeństwa. Edda znika, bo ma w tym jakiś cel, ale toczy z bratem grę, a ten także ma jej jedną tajemnicę do zdradzenia.

Spora część poszukiwań Einara ma miejsce w bibliotece. Brat wpada na pomysł, że Edda mogła wrócić do dawnej pasji i ma nadzieję spotkać ją w największej czytelni Nowego Jorku. Gdy pyta obsługę o zaginioną i posługuje się jej imieniem, ma się wrażenie, że autorka puszcza w tym momencie oko do każdego, kto chociaż minimalnie zna się na literaturze islandzkiej. Pracownik biblioteki wyszukuje bowiem w katalogu Eddę młodszą i przekierowuje Einara do konkretnego regału. Okazuje się jednak, że konkretne książki przybliżą brata do siostry, a wśród tomów Einar znajdzie ukrytą wiadomość.

W niej Edda opowie Einarowi bajkę, jak dawniej. Jest to jednak opowieść o tym, jak pismo niszczy swojego użytkownika. Jak niszczy każdego z nas, całą naszą cywilizację. Siostra włącza się do projektu ALEX, którego celem jest przygotowanie się do świata niezdolnego czytać (stąd nazwa – od aleksji). Litery i druk mają zniknąć, a ludzie przypomną sobie zdolność opowiadania, wrócą do korzeni, bo – jak twierdzi Edda – mózg zmuszany jest do nabywania umiejętności czytania, jest ona nienaturalna. Człowiek wymyślił pismo przeciwko samemu sobie, a przeciwnikami liter byli już filozofowie starożytni, tacy jak Sokrates. Z wywodu Eddy można wysnuć więc wniosek, że nasze przekonanie o roli pisma w budowaniu cywilizacji jest błędne, a przodkowie radzili sobie bez zapisywania: wówczas pielęgnowali umiejętność opowiadania.

Jak się zastanowić: Islandczycy faktycznie radzili sobie świetnie bez pisma. Skaldowie recytowali swoje wiersze, lögsögumenn, czyli głosili prawo z pamięci,  a mitologia nordycka była zbiorem opowieści zanim została spisana. Ale nie mogę w pełni zgodizć się z Eddą. Gdyby nie pismo, nie znalibyśmy nordyckich mitów, nie zachowałyby sie do naszych czasów. Bez kronik i sag Islandczycy byliby odarci ze swojej tożsamości, a to stare i dobrze zachowane manuskrypty są islandzkim dziedzictwem narodowym. Edda pisze o świętości słowa mówionego, ale podczas lektury miałam wrażenie, że zapomina też o wielkiej magii run – te miały swoją funkcję dopiero wtedy, kiedy zostały spisane. Choć według bohaterki opowieść to czary (i dowiadujemy się, jak istotne znaczenie miały dla rodzeństwa), akurat w tradycji islandzkiej czarami stawały się dopiero w formie zapisanej.

Science fiction?

Kiedy dowiadujemy się, że Edda cierpi na hiperleksję i wraz z bratem poddawana była w dzieciństwie dziwnemu eksperymentowi, a potem dobrowolnie zgadza się na jego kontynuację, powieść sensacyjno-kryminalna trąci już innym gatunkiem. Pasowałoby tu określenie science fiction, choć tylko rozumiane dosłownie: fikcja dotycząca świata nauki.

Zacznijmy od hiperleksji – szczerze mówiąc przed lekturą Świętego słowa nie miałam o tej przypadłości pojęcia. W treści książki czytelnik nie raz ma do czynienia z fachową terminologią neurologiczną. Pisarka wkłada skomplikowane pojęcia i nazwy w usta bohaterów-autorytetów: lekarzy, językoznawców. Sięga też po literaturę klasyczną, cytując Platona albo odwołując się do mitologii sumeryjskiej. Słowem: czytelnika mniej sprawnie poruszającego się w zagadnieniach dotyczących tych dyscyplin zasypuje faktografią, która każe mu myśleć, że historia jest wielce prawdopodobna.  Ostatecznie To narzędzie zapożyczone od Dana Browna: autor Kodu da Vinci również oparł swoją fikcję na kilku faktach, które dodają historii rysu prawdopodobieństwa, ale historiografia nie potwierdza jego teorii na temat Marii Magdaleny i tak dalej.

Czytelnik Świętego słowa chce wierzyć, że opisane w niej zdarzenia są prawdopodobne. Cytaty, odwołania – podobnie jak wycinki prasowe w Wyspie – zacierają granicę między fikcją a rzeczywistością. Powieść wciąga tak samo jak filmowy thriller: operuje napięciem, niedomówieniem, sytuacjami i historiami opartymi na faktach lub takich, które mogą się wydarzyć. Mało kto na serio boi się zombie i wilkołaków, bo wie, że nie istnieją. Ale kiedy oglądam filmy o egzorcyzmach czy nawiedzonych domach, często mam dreszcze. Fabuły Dana Browna czy Sigríður Hagalín Björnsdóttir przyprawiają o podobną ekscytację: aż chciałoby się wierzyć, że są na świecie różne sekty i instytucje tworzące różne spiski i mające kontrolę nad całym światem. Nawet pisząc o tym mam wątpliwości, czy się nie mylę.

“Książka to umierające medium”

Takie słowa padają z ust jednego z bohaterów Świętego słowa. To już nie hipoteza, to realny proces, który codziennie obserwujemy. Portale internetowe ograniczają tekst do minimum, zastępując je fotogaleriami. Infografiki stają się skuteczniejszą formą przekazywania informacji. W mediach społecznościowych większą popularnością cieszą się zdjęcia niż dłuższe wpisy. Ci, którzy jeszcze lubią i chcą czytać, łapią się za głowy: otumanione dzieciaki wpatrzone w smartfony, wtórni analfabeci, upraszczanie i obniżanie poziomu wiedzy ogólnej młodszych pokoleń, kres edukacji, koniec cywilizacji! Edda, jaką poznajemy, wydaje się ucieleśnieniem tego “wroga” współczesnej inteligencji: powierzchowna, pozująca do selfies z dziubkiem, królowa social media. Sigríður Hagalín Björnsdóttir odwraca jednak kota ogonem i mówi: spójrzcie, może pismo, czytanie, książki wcale nie są nam potrzebne? Więcej, może nam szkodzą? Może to dobrze, że wracamy do źródeł, jakimi były piktogramy? To nie jest opinia samej pisarki, to słowa wielu językoznawców broniących nowej formy wyrażania emocji: emoji i emotikonek.

Święte słowo to jednak paradoks, bo zaprzecza samo sobie. To książka, pismo, które traktuje o wadach pisma. To opowieść o molu książkowym, który nie ma przyjaciół, bo spędził dzieciństwo w bibliotece. Edda marzy o tym, aby zatracić umiejętność czytania. A przynajmniej uwolnić się od potrzeby ciągłego przyklejenia do książek. Czy taka powieść spodoba się zapalonym czytelnikom? Czy miłośnicy literatury ocenią ją dobrze? W końcu to książka wymierzona przeciwko nim. A przecież książka świetna – otwierająca pole do dyskusji na wiele tematów, będąca głosem w ważnej i szerokiej debacie. Moim zdaniem – bardzo potrzebna. No i świetnie napisana.

Pismo ma swoje wady, a widać je w samej książce. Książce-rzeczy, a nie samej powieści. To już nie pierwszy raz, kiedy literatura islandzka wydawana jest bez islandzkich znaków. Miłośnikowi Islandii mocno rzuca się to w oczy, a nie wierzę, że to dzieło tłumacza czy braki w fontach. Co kierowało redaktorem/wydawcą, aby podjąć taką decyzję? Mam wrażenie, że podobne błędy da się wybaczyć wydaniom z lat 70., ale dzisiaj są właściwie niewybaczalnie. Stąd moja prośba do Wydawnictwa Literackiego: przy następnej wydanej przez Państwa książce islandzkiej (a liczę na więcej!) proszę o znaki islandzkie. Jeszcze nie zawładnęła nami aleksja, więc homo legens domaga się w tekście wszystkich literek z Orsmbók cytowanej przez samą autorkę w motta powieści:

Potępiona Thule

autor: Einar Kárason
tytuł: Wyspa diabła
tłumaczenie: Jacek Godek
rok: 2019
wydawnictwoMarpress
liczba stron: 244

Z klasykami jest niemal zawsze to samo. Najpierw oglądasz film, a dopiero potem czytasz książkę.

U mnie tak właśnie było z Diabelską wyspą czy Wyspą Diabła, bo pod tą pierwszą nazwą poznałam film, a pod tą drugą – książkę. Film puszczali w ramach festiwalu Ultima Thule, a najlepiej pamiętam z niego Baltasara Kormákura ucharakteryzowanego na Jamesa Deana czy innego Elvisa.  Książkę, bez wątpienia jeden z najważniejszych tytułów współczesnej literatury islandzkiej, poznałam dopiero teraz, przy jego drugim polskim wydaniu. A samego autora, Einara Kárasona poznałam przy okazji Gdańskich Targów Książki. Był tam też tłumacz drugiego wydania, Jacek Godek.

Książkę poznałam w ostatniej kolejności, a więc nie da się nie oceniać jej przez pryzmat pozostałych danych. Tuż po skończeniu lektury szukałam filmu (reż. Friðrik Þór Friðriksson, 1996), aby odświeżyć sobie pamięć i przekonać się, czy jest on bardziej ekranizacją, czy adaptacją. Ale na razie muszę pozostać w niepewności o tym, ile z książki faktycznie znajduje się w filmie. Skoro pamiętam głównie Kormákura, odgrywającego rolę Baddiego, to zakładam, że produkcja skupia się na tej części historii, kiedy chłopiec jest już dorosły i powraca z Ameryki przywożąc ze sobą lansiarski wóz, buty w szpic i rock’n’rolla. A cała filmowa historia oscyluje właśnie wokół amerykańskiego snu, o czym pisałam w recenzji dla Studenckiego Klubu Islandzkiego:

Zadziwiające, jak niewiele powstało filmów islandzkich o tak jasnym odniesieniu do miejsca Ameryki w wyobraźni Islandczyków w latach 50.  (…) A  temat jest bardzo ciekawy, bo od połowy XX w. Islandia ma więcej wspólnego z USA niż Europą.

W książce ten wątek amerykański jest ważnym, jeśli nie dominującym dla zrozumienia perypetii mieszkańców Thulecampu. Reykjawickie baraki, w których mieszka rodzina Thomassonów i ich znajomi, to w końcu budowle pozostawione przez żołnierzy amerykańskich. “Jankesi” wciąż obecni są w życiu codziennym Islandczyków, wracają też często we wspomnieniach domowników i opowieściach ich sąsiadów, traktowani z szacunkiem albo poirytowaniem. Owocem spotkań Islandek z Amerykanami są tutejsze dzieci, a małżeństwo Gogo z przybyszem zza Oceanu jest głównym źródłem dostatku i wysokiej pozycji rodziny Thomassonów w całym Thulecampie. Ameryka to dla Islandczyków kraj nowinek technologicznych i możliwości: aparatów fotograficznych, samochodów, lepszej pracy czy modnych mebli. Ale dla innych jest też miejscem niepewnym i podstępnym, szczególnie gdy przyciąga młodych chłopców, osieracając Islandię.

Ale w książce historia toczy się też tu i teraz, a więc w Reykjaviku z lat 50. W barakowym getcie życie wygląda jednak inaczej niż w sąsiadujących z nimi blokach. Tam ludzie mają zawody, pieniądze na kontach, są wykształceni i przeszkadzają im mieszkańcy baraków. Ci bowiem są głośni, awanturniczy, piją i marnują czas. Jeśli dzieci z baraków pójdą do szkoły, są obśmiewane przez okoliczne dzieci. Potrafią się jednak odgryźć mocnymi razami, a buńczuczną młodzież próbuje się opanować zajęciami sportowymi. W tym mikrokosmosie pijaków i bijących ich żon panuje jednak solidarność i wsparcie, którego ucieleśnieniem jest największy autorytet w okolicy: drobny kupiec Thomas i jego żona Karolina, lokalna wróżka. Mieszkańcy Starego Domu zdają się zarządzać całą dzielnicą baraków, bo mają jakieś wykształcenie, szacunek ludzi z zewnątrz i córkę w Ameryce.

Lina trzęsie barakami ze względu na swój dar widzenia przyszłości i niewyparzony język. Ale zaskakuje szczególna pozycja Thomasa – starego wilka morskiego, który zdobywanie mórz zamienił na bezinteresowną pomoc bliskim, zaangażowanie lokalne i uczciwą pracę przynoszącą jakieś dochody. Postać ta nie pasuje do Thulecampu, ale może właśnie dlatego jest tak ważnym bohaterem w tej sadze rodzinnej. W niej odnaleźć można kilka cech samego autora, Einara Kárasona, który większość życia spędził na statku i umilał sobie pracę na morzu lekturą książek, tak jak Thomas urozmaica sobie godziny w sklepie słuchając fińskich koncertów akordeonowych. 

Wyspę Diabła czyta się jak sagę. Nie tylko ze względu na konstrukcję historii, która wprowadza każdego z członków rodzinny po kolei do akcji. Wątki przybliżające dzieje poszczególnych osób pojawiają się jednak niespodziewanie, a pewnych relacji nie da się czasem wygodnie prześledzić. Z sagami łączy powieść również język, choć trudno orzec, czy to zasługa samego autora, czy tłumacza. Styl Jacka Godka bezsprzecznie kojarzy się ze stylem sag, ale stosowane przez Kárasona poczucie humoru i mówienie o kwestiach fizjologicznych wprost jest charakterystyczne dla stylu XIII-wiecznych manuskryptów. Pytanie, czy tłumacz lub autor robią to świadomie, czy obaj zanurzeni są w tych średniowiecznych tekstach do tego stopnia, że mówią ich językiem.

Słyszałam o tej książce opinię, że lekturze towarzyszy i śmiech, i łzy, a czasem śmiech przez łzy. Mi często towarzyszyły niesmak i złość, ale nie z uwagi na bezpardonowe opisy scen toaletowych, ale niektóre cechy głównych bohaterów. Dlaczego Lina jest tak zapatrzona w swojego wnuka, Baddiego, że nie dostrzega jego wad, szczególnie gdy chłopiec stawia cały dom do góry nogami co weekend, spraszając do siebie kolegów? Dlaczego Thomas daje za wygraną innym, stawiając siebie i swoje interesy zawsze na drugim miejscu, poświęcając się dla sprawy? Dlaczego wiele postaci jest tak naiwnych i pozbawionych wyobraźni czy chociażby zdrowego rozsądku?

Zdaje się, że Kárason maluje realny portret biedniejszych mieszkańców Reykjaviku lat 50. Co prawda uprzedza czytelnika, że “historia ta jest prawdziwą, choć opisane wydarzenia i postaci zostały zmyślone”, ale możemy założyć, że książkowi mieszkańcy Thulecampu oparci są na prawdziwych Islandczykach, którzy po wojnie przeprowadzali się ze wsi do miast by wieść życie, o którym pomarzyć mogli w amerykańskim śnie. Ich jedyną ambicją jest stwarzanie pozorów i zarabianie, a nawet magazynowanie, pieniędzy, czego przerysowanym przykładem jest para Fia i Toti. Komiczni niczym muminkowi Topik i Topcia, strzegą swoich skarbów za wszelką cenę i mówią własnym językiem, w którym rozpoznajemy słowo klucz: piiniądze. Portret malowany przez Kárasona jest na wpół realistyczny, ma bowiem w sobie również cechy karykatury. 

Czy Islandia jest diabelską wyspą? Czy w treści książki choć raz pada takie stwierdzenie? Pewnie z perspektywy ziemi obiecanej, jaką w tamtym czasie była Ameryka, odpowiedź brzmi “tak”. Ale wozy, telewizory, winyle i multipleksy docierają w końcu na Islandię, a więc amerykański blask oświetla również i przeklętą Thule, nawet zapomniany przez bogów (i władze miasta) barak Thulecamp. Synowie marnotrawni powracają do ojczyzny, ale Baddi reprezentuje w sobie wszystko to, co kojarzyłoby się komunistom ze zgniłym zachodem. Zachwyceni nowoczesnością Islandczycy zdają się jednak nie zauważać tego zepsucia, choć w Thulecamp pamięta się jeszcze ciężką pracę na roli i trudne dzieciństwo. Może właśnie dlatego dziadkowie ulegają dzikim pomysłom rozpuszczonego młodziaka i dają się uwieźć urokom młodości, odkładając tradycyjne formy wychowania na bok i wsadzając w dłoń chłopaka banknoty stukoronowe.

Czy powieść Kárasona miała być przestrogą przed kapitalistycznym rozpasaniem Islandii? Czy w drugim wydaniu zachowuje aktualizm i świeżość przesłania? Choć opowieść o Wyspie sprzed ponad pół wieku wydaje się archaiczną i nudną lekcją o historii, może być ciekawą inspiracją dla zrozumienia Islandczyków współczesnych. Szczególnie, że Wyspa diabła to klasyk i przeczytał ją podobno co ósmy Islandczyk.

Za książkę, oraz ekoopakowanie przesyłki, dziękuję Wydawnictwu Marpress.

Farma pełna światła

autor: Steinunn Sigurðardóttir
tytuł: Farma Heidy
tłumaczenieJacek Godek
rok: 2019
wydawnictwo: Kobiece
liczba stron312

Kiedy podczas Gdańskich Targów Książki Karolina Gruszka czytała fragmenty książki Farma Heidy, świeżo zresztą wówczas przetłumaczonej przez Jacka Godka, zapadła mi w pamięć raczej historia o kobiecie, która zrezygnowała z kariery modelki dla pracy w gospodarstwie. Z czytanych fragmentów wyobraziłam sobie, że ta piękna, wysoka blondynka, Heiða Ásgeirsdottír, marzyła o wyjeździe w wielki świat, ale tradycja kazała zostać jej na ojcowiźnie. Cieszę się, że mogłam zanurzyć się w lekturze tuż po premierze książki i całkowicie zmienić zdanie o Islandce, której historię spisała Steinunn Sigurðardóttir.

Heiða to postać istniejąca naprawdę. Faktycznie zapowiadała się na modelkę, ale w życiu próbowała wielu zawodów i zajęć. Nauczycielka wf-u, poetka, policjantka, właścicielka dużego gospodarstwa, krasomówczyni, rolniczka, lokalna polityk, parlamentarzystka, działaczka ekologiczna. Wszystkie role przenikają się ze sobą, ale Heiða wielokrotnie podkreśla, że najważniejszą z nich jest prowadzenie gospodarstwa o pięknej nazwie Ljótarstaðir, które można tłumaczyć jako “farma światła”, a przynajmniej tak chce rozumieć tę nazwę właścicielka. Praca na nim, podlegająca rytmowi pór roku, organizuje układ całej książki według czterech głównych części: Lato, Jesień, Zima, Wiosna. W każdej z nich przedstawione są najważniejsze obowiązki dla danej pory roku: latem żniwa, jesienią redyk i strzyżenie owiec, zimą spis ciąż w całej Islandii, wiosną wykot. Opieka nad całkiem licznym kierdlem i związane z nią obowiązki to praca na cały etat i przez wszystkie dni w roku, z okazją do jedynie krótkich wakacji za granicą.

Meet Heiða, a sheep farmer at Ljótarstaðir in Skaftártunga in South Iceland. She keeps 500 sheeps and it can take a few days to shear them all.

Publicerat av Inspired by Iceland Fredag 13 januari 2017

I być może gdyby historia Heiðy była tylko opowieścią o przywiązaniu islandzkiego chłopa do ziemi i cykliczności pór roku, odłożyłabym ją z niesmakiem, bo Chłopów to się czytało w liceum. A jednak pozycja ta zrobiła furorę w samej Islandii i za granicą, niemal sto lat po przyznaniu Reymontowi Nobla. Urok Farmy Heiðy polega na niej samej. Po pierwsze: to kobieta samodzielnie zarządzająca wielkim gospodarstwem. Nawet jeśli islandzki feminizm nas nie dziwi, to jednak nawet na Islandii kobieta na farmie to rzadkość. Choć nie jest jedyną rolniczką w regionie, wielokrotnie zawstydza kolegów po fachu umiejętnością wywiązania się z trudnych zadań bez pomocy. Ale i sukces Heiðy polega na tym, że pomimo swojej wrodzonej nieśmiałości i dość skąpej towarzyskości,  może liczyć na duże grono rodziny i przyjaciół pomagających jej w najtrudniejszych zadaniach.

Heiða nie ma partnera ani dzieci, ale nie jest samotna. Mieszka z matką, czasem przyjmuje licznych gości. Otacza się zwierzętami, których traktuje jak bliskich przyjaciół. A do tego udziela się w swojej społeczności, co z trudem mieści się w dość napiętym harmonogramie zajęć. Mimo nawału pracy w gospodarstwie, angażuje się w działalność ekologiczną, idąc na wojnę z firmami planującymi budowę elektrowni. Determinacja i przywiązanie do małej ojczyzny doprowadzi ją nawet do udziału w polityce krajowej, kiedy w wyborach parlamentarnych zostaje wybrana na reprezentantkę swojego okręgu. Między sondą do liczenia ciąż a prowadzeniem traktora Heiða odbiera więc kilkadziesiąt telefonów dziennie i odpisuje na wiadomości, jedną ręką w macicy owcy lub na kierownicy.

Wydaje się jednak, że bez ryzyka i odrobiny szaleństwa życie Heiðy po prostu nie miałoby sensu. Dlatego wciągamy się w jej historię, choć osobie mającej zerowe doświadczenie w pracy z owcami specjalistyczna terminologia może odebrać chęć na dalszą lekturę. Nazwy różnych rodzajów umaszczenia islandzkich owiec są tu jednak przeplecione poezją. Krótkie formy autorstwa samej Heiðy, fragmenty jej ulubionych utworów czy wierszowane odpowiedzi na listy od jej przyjaciół nie zdziwią czytelnika przyzwyczajonego do literackiego dziedzictwa Islandii, ale zszokują każdego, kto po farmerze spodziewa się tylko spędzenia wolnego czasu na siedzeniu przed telewizorem.

Heiða łamie wiele stereotypów. Pewnie na Islandii popularność książki wiążę się z heroiczną walką bohaterki o lokalną przyrodę, być może wątki ekologiczne przyniosły książce sukces również za granicą. Myślę jednak, że poza ekologią pozycja ta porusza wiele innych uniwersalnych tematów. Zahacza o feminizm, bo ten osobisty wywiad-rzeka zręcznie spisany przez pisarkę stawia przed czytelnikiem obraz silnej i pewnej siebie kobiety, która zmaga się z fizycznymi i psychicznymi słabościami, by robić to, co daje jej szczęście okazało się pracą jej marzeń. Mimo predyspozycji do wielkiej kariery na światowych wybiegach, bohaterka zamiast szpilek wybiera gumowce, nie boi się ubrudzić, zmęczyć ani nie kryje, że rozrywki “typowo męskie”, takie jak przepychanie się i bijatyki, przynoszą jej dużo radości.

Mimo wstępnego, mylnego, wyobrażenia o książce, spodziewałam się, że znajdę tu więcej szczegółów o ekologicznej działalności bohaterki. I choć opisana jest ona dokładnie w części “Lato”, wątek nie jest poprowadzony przez pozostałe pory roku, a wydaje mi się, że też niezbyt pogłębiony. Dowiadujemy się co prawda, w jaki sposób biznesmeni z Reykjawiku starają się przekonać lokalnych mieszkańców do swoich niecnych planów , ale tak naprawdę nie wiemy, jak dokładnie kończy się cała sprawa. Heiða często jednak przypomina o swoich ekologicznych poglądach choćby wielokrotnie podkreślając, że nienawidzi bezsensownego zabijania zwierząt czy sprawia im bólu. Dzieli się również cennym spostrzeżeniem, który ukoronował moją lekturę tę książki i przyczynił się do ostatecznej ,bardzo dobrej, oceny tej pozycji:

Ekologia zwiastuje nową optykę i nowe czasy. Kiedy one się zmieniają, ludzie nie dają sobie rady z ideami. Bo przecież nie każdy zwolennik budowy elektrowni jest zwolennikiem niszczenia krajobrazu… To mogą być osoby szanujące przyrodę, dbające o nią, ale niepotrafiące poradzić sobie z takimi pojęciami jak ekologia czy ekolog… Odbierają je jako agresję.

Lektura z widokiem na owce.  Gospodarstwo w Sieradowicach pod Bodzentynem.

Echoiczna postnarracja?

Echo

tytuł oryginalny: BERGMÁL
reżyseria: Rúnar Rúnarsson
rok produkcji: 2019
kraj: Islandia, Francja, Szwajcaria

Na najnowszy film Rúnara Rúnarssona wybrałam się w ramach Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Co roku festiwal proponuje przynajmniej kilka tytułów z Islandii, ale tym razem na liście znalazło się tylko Echo, które miało swoją polską premierę w ubiegły poniedziałek. Premierowemu pokazowi filmu towarzyszyło spotkanie z reżyserem, który jest już znany festiwalowej – i polskiej – publiczności z wcześniejszych filmów fabularnych Wróble oraz Wulkan. Widz znający te produkcje ma więc ogólny obraz tego, czego może spodziewać się po tym islandzkim reżyserze, a jednak jego trzeci film pełnometrażowy był dla widowni niemałym zaskoczeniem.

Całość otwiera się sceną jeepa w myjni samochodowej. Podniosła muzyka zwiastuje, że nie bez kozery buduje się napięcie i w kolejnej scenie zdarzy się coś, co wprowadzi nas w fabułę. Jednak to się nie stanie. Postaci pojawiające się w pierwszych scenach nie wracają na ekran, choć przez kilkanaście minut filmu ma się jeszcze nadzieję, że ich historie zostaną dopowiedziane w dalszej części obrazu. Każda scena wprowadza nowych bohaterów i nowe, krótkie historie, a z oszczędnych dialogów możemy wynieść tylko strzępki informacji.

W końcu dostrzegamy, że motywem przewodnim całości jest jedna pora w roku, czyli zima, a konkretniej: święta Bożego Narodzenia i Sylwester. I każda z postaci przygotowuje się i przeżywa ten szczególny czas w roku inaczej. Jedni wybierają drzewko i przyrządzają świąteczną kolację, inni zjeżdżają do domu lub obdzwaniają rodziny, jeszcze inni gotowi są na świętowanie w samotności. Ot, szerokie spektrum współczesnego społeczeństwa, w którym tradycja miesza się z nowoczesnością. Wspólne śpiewanie kolęd na rynku miasta zestawione jest z odgrzewaniem gotowego dania, aby samotnie zjeść je przed telewizorem. Spokojne wysłuchanie orędzia pani premier przeplata się z rodzinną kłótnią o politykę. Szkolne jasełka skontrastowane zostają z pokazem blond kulturystek. Narkomani otrzymują opatrunki, nowe igły i świąteczny podarunek, a pracownicy Błękitnej Linii wysłuchują dzieci, których rodzice pobili się w domowym zaciszu. Polacy opuszczają budowę, bo płaci się im za mało, a mała dziewczynka zabiega o względy taty, który wybrał życie z nową rodziną.

Echo nie opowiada jednej historii. Złośliwiec z sąsiedniego fotela kinowego powiedziałby nawet, że nie opowiada żadnej historii. Bowiem najnowszy film Rúnara Rúnarssona to zlepek kilkudziesięciu scen, które w żaden sposób nie łączą się ze sobą. Bohaterowie, niczym aktorzy w Weselu Stanisława Wyspiańskiego,  wpadają na scenę, wygłaszają swoje kwestie i wychodzą, a ich miejsce zajmują kolejni. To korowód anonimowych, naszkicowanych tylko postaci, których historie nie mają większego znaczenia, bo widz nie zdąży w żaden sposób przywiązać się do nich, aby mieć chęć prześledzić poczynania  danego bohatera.  Razem stanowią swego rodzaju studium współczesnego społeczeństwa w okresie bożonarodzeniowym. Choć akcja dzieje się w Reykjaviku i z wielu wskazówek wnosimy, że to właśnie Islandczycy są sportretowani w tym filmie, taki kalejdoskop wydarzeń może przytrafić się w dowolnym mieście, na dowolnej szerokości geograficznej. Mimo to widz oczekuje, że ten przegląd urywków życia codziennego reprezentantów wszystkich grup społecznych do czegoś nas poprowadzi. Ale nie.

Gdy włączają światła, publiczność pozostawiona jest w pewnego rodzaju konsternacji. Film kończy się długą sceną statku kołyszącego się na morzu, a kamera wycelowana jest wprost w wysokie fale, więc patrzymy na sztorm z pokładu. Walczę ze swoją chorobą morską, ale wmawiam sobie, że ta potwornie długa scena ma jakiś sens, że pojawi się coś, co zepnie całość w jakiś konkret, że usłyszymy jakiś morał. Ale na fale wjeżdżają już napisy końcowe, co wcale nie sprawia, że w głowie przestaje mi się kręcić. Większość widzów opuszcza już salę, a ja cierpliwie czekam na Q&A z udziałem reżysera, może wyjawi on przede mną jakąś tajemnicę.

Pod ekran wychodzą reżyser oraz pani prowadząca, która zaczyna przepytywanie od odniesienia się do poprzednich filmów Islandczyka. Te opowiadały jakieś historie bohaterów, ich dojrzewanie albo trudny etap starości. Tym razem reżyser postanawia wyłamać się z wcześniejszej konwencji. Dlaczego to robi? Rúnar Rúnarsson odpowiada enigmatycznie. Jego zdaniem kino fabularne ma swój kres i obecnie zamiast wymyślania własnych historii scenarzysta powinien opowiadać te prawdziwe, rejestrować rzeczywistość, jak w dokumencie. Jak dodaje, Echo jest po części dokumentem, bo scenariusz przewidział 60 scen, ale do filmu weszło ich 58 i wiele było improwizowanych. Twórcy wręcz chodzili z kamerą po ulicy i w ciągu zaledwie 80 dni zdjęciowych zarejestrowali historie zwykłych ludzi, którzy przed kamerą grali samych siebie. Wszyscy aktorzy są amatorami, a wielu z nich opowiada swoje historie. Nie jest to jednak dokument, więc jak poradzić sobie z klasyfikacją i odbiorem takiego filmu?

Zdaniem reżysera kluczem do obrazu ma być ten szczególny czas przedstawiony. Boże Narodzenie, przygotowania do niego, Wigilia, wspólne świętowanie, a potem Sylwester i Nowy Rok. Historie bohaterów znajdują więc tu swój mianownik, co według Rúnarssona “ułożyło się samo”. Te pozornie wyjęte z kontekstu sceny tworzą pewną całość, ale nie chodzi o całość fabularną, lecz o studium emocji, jakich przeżywamy zależnie od kalendarza. Boże Narodzenie to taki “wzmacniacz emocji”, wtedy czujemy intensywniej i żyjemy pełniej. Wybaczamy, przypominamy sobie o dawnych bliskich, łakniemy towarzystwa, ale spływa z nas też całoroczny stres, stąd kłótnie i konflikty. Nie znaczy to jednak, że w święta jesteśmy prawdziwą wersją siebie, bo film nie pozwala nam porównać bohaterów z ich pozaświątecznymi “wcieleniami”. Nie jesteśmy w stanie postaciom nawet współczuć, bo ich dostatecznie dobrze nie poznajemy. Czy mamy w ich przeżyciach i zachowaniach odszukać samych siebie?

Zdaje się, że islandzki reżyser sądzi, że stworzył dzieło genialne. I nie tyle chełpił się tym na kinowej sali, bo Rúnar Rúnarsson  to w zasadzie człowiek bardzo cichy i skromny. Z jego wypowiedzi wypływało jednak przekonanie, że idealnie odnalazł się w nurcie kina “postfabularnego”, choć określenie to nie padło i wymyśliłam je na potrzeby tego tekstu. Pomógł mi w tym wspomniany już sąsiad, który uznał, że ta potrzeba nieopowiadania, unikanie narracji czy wychodzenie z roli opowiadacza dla potrzeb historii samej w sobie wpisuje się w postmodernim, kierunek, w którym podąża islandzki reżyser. Skoro zdaniem Rúnarssona w dzisiejszym kinie nie ma miejsca na opowieści, czy jest jeszcze sens tworzenia fabuł? Echo nie jest przecież dokumentem, tylko dokumentalizowaną fabułą. Aktorzy odgrywają siebie, a więc nie są przed kamerą do końca sobą. Nie są też aktorami? Więc kim?

Najnowszy film twórcy Wróbli i Wulkanu to zdecydowanie kino dla koneserów. Trzeba się chyba naprawdę dobrze na filmie znać, żeby dostrzec w tym obrazie wielką wartość. Trzeba, tak jak pani prowadząca spotkanie z reżyserem, policzyć sceny i użyć jakichś algorytmów, żeby uznać obraz za arcydzieło. Dla mnie było to kino trudne, a może nawet nudne. Monotonne i mało odkrywcze, jak tytułowe “echo”. Zestaw krótkich historii, które znam z życia codziennego. A ponoć do kina chodzi się po to, aby na chwilę wyłączyć się z własnego życia.

Sonety z krańca świata

autor: Krystyna Konecka
tytuł: Ultima Thule. Głosy Islandii (eng: Voices of Iceland)
tłumaczenie na angielski: Ewa Sherman
rok: 2017
wydawnictwo:
BUK
liczba stron: 58

Gdy tylko dowiedziałam się o istnieniu tej publikacji, zapragnęłam ją mieć. Nie tylko dlatego, że zbieram wszystkie polskie wydawnictwa dotyczące Islandii, ale głównie ze względu na tytuł. Odkąd wymyśliłam nazwę dla swojego projektu wiele osób wyprowadza mnie z błędu, jakoby Ultima Thule to faktycznie była Islandia. Wiem to, nie ma pewności, o jaką wyspę chodziło greckiemu geografowi. Ale tradycyjnie przyjęło się, że chodzi o Islandię, choć dziś podobnie określa się chociażby Grenlandię…

Zatem już jedno łączy mnie z autorką sonetów, Krystyną Konecką. Obie uważamy, że Ultima Thule to Islandia. Z internetu dowiaduję się, że ta uznana poetka pochodzi z Białegostoku, a jedyne informacje o zbiorach jej sonetów napisanych pod wpływem pobytu na Islandii znajduję w krótkich relacjach z wieczorów autorskich stolicy Podlasia. Umieściłam ją więc na liście życzeń i życzyłam sobie, że jeszcze uda mi się książkę zdobyć. I udało się, choć dość nieoczekiwanie. Kolega Julian z Klubu Islandzkiego postanowił mi ją sprezentować na urodziny, ale w dniu imprezy wręczył mi przykład literatury farerskiej, bo sam przekonał się, że szukał białego kruka. Ale ponoć dzień po naszym spotkaniu dostał odpowiedź na wiadomość wysłaną do tłumaczki sonetów, prywatnie córki poetki, Ewy Sherman. Zgodziła się udostępnić jeden z zachowanych egzemplarzy. Tak trafił w moje ręce, z autografem!

Kiedy Julek wręczał mi książkę, byłam realnie podekscytowana. Kim może być podlaska poetka, o której lokalne media piszą “Maskonurzyca na skrzydłach sonetów“? W ostatnim roku poznałam prawdziwą poetkę-wariatkę oraz co najmniej trzy miłośniczki Islandii, które są zafiksowane na punkcie Wyspy tak samo jak ja. Powiedziałam więc koledze ze SKI, że ktoś, kto pisze o Islandii sonety musi być co najmniej wypadkową tych dwóch. Ktoś, kto publikuje je niemal własnym sumptem, z autorskimi fotografiami, przetłumaczone przez własną córkę… Cóż, nic, tylko zabrać się za lekturę i mieć nadzieję, że kiedyś spotkam autorkę i znajdę odpowiedź na wszystkie pytania.

Cały tom przeczytałam w drodze autobusem do metra. Może mało to poetyckie, ale taka jest właśnie poezja życia. Sonety ze względu na swoją naturę są krótkie i treściwe, a w zbiorze znajduje się ich 23 (każdy z tłumaczeniem i zilustrowany fotografią). Choć nie jestem z poezją w największej przyjaźni, a z sonetów dogłębniej wczytałam się tylko w Shall I compare thee to a summer’s day Szekspira, bo uczyliśmy się go na pamięć w szkole, to jakaś reszta wrażliwości estetycznej, która tkwi we mnie po latach studiów historyczno-artystycznych pozwoliła mi zachwycić się prostotą i lekkością, z jaką poetka układa zachwyt Islandią w skomplikowany układ tetrastychów i dystychów. Choć nietypowy szyk wyrazów czasem każe oczom zatrzymać się nad jednym wersem na dłużej, umysł samoistnie wpada w rytm świetnie poprowadzonych  rymów.

Czytałam już wiele relacji z podróży po Wyspie, z którymi łatwo było mi się zidentyfikować.  Po raz pierwszy spotkałam się jednak z podmiotem, który widzi Wyspę naprawdę tak jak ja: nie tylko przez pryzmat pięknych i nietypowych, ale – umówmy się – już dość oklepanych literacko widoków. W poezji Krystyny Koneckiej wciąż pojawiają się motywy, którym dotąd nikt nie poświęcał tyle uwagi w uczuciowym raporcie z podróży.  Poetka opisuje wizytę w domu Halldóra Laxnessa, odwołuje się do rzeźb Ásmundura Sveinssona czy Thorvaldsena, a nawet w jednym z wierszy pojawia się nazwisko Tove Jansson, nad której twórczością ostatnio dużo rozmyślałam. I w końcu dwa sonety poświęcone Ultima Thule, czym poeta chwyta mnie za serce.

Podczas lektury sonetów Krystyny Koneckiej towarzyszył mi zachwyt nad jej umiejętnością opanowania trudnych zasad budowy sonetu i zawarcia esencji o danym miejscu/zjawisku w jednym utworze. Nawet jeśli czasem metafory są za ciężkie albo zbyt skomplikowane, z tomu wyłania się niezwykły i bardzo nietypowy obraz Wyspy. Kraj poezji skaldycznej opisany w wierszach.

Bardzo dziękuję tłumaczce tekstów za podarowanie tego niezwykłego tomu poezji. Dziękuję również za angielskie tłumaczenia, które pozwolą przybliżyć Islandczykom takie – bliskie mojemu – spojrzenie na Wyspę.

Moja (i tylko moja!!!) Islandia

autor: Anna Magdalena Węcławiak
tytuł: Moja Islandia
rok: 2013
wydawnictwo:
Novae Res
liczba stron: 74

Polowałam na nią od dawna, podobno pierwsze wydanie dostępne było tylko na Islandii. Więc czekałam cierpliwie, że w końcu znajdę ją na Wyspie albo ktoś z mieszkających tam znajomych mi ją pożyczy. W międzyczasie pojawiło się nowe wydanie, tym razem dostępne w Polsce. Koleżanka kupiła mi ją na urodzinowy prezent, a wręczając książkę, powiedziała: “To żart, nie książka. Taka cieniutka, a za cenę normalnej książki”.

Ale przecież nie o wartości pieniężnej książki chcę tu napisać. Gdybym jednak miała przeliczyć swoje rozczarowanie na pieniądze, a książkę kupiła z własnych środków, pewnie po lekturze wykrzyknęłabym “Oddajcie mi moją kasę!!!”. Ale że jestem prawdziwym islandofilem z ambicją skompletowania całej półeczki pozycji o Islandii, ta niewielka książeczka zostanie u mnie na półce, jako kolejny przykład jak nie pisać o Islandii.

Nawiązałam do Rekina i barana Marty Biernat celowo, bo mam wrażenie, że autorka skądinąd skandalicznej książki mocno inspirowała się stylem Magdaleny Anny Węcławiak. Otóż podczas lektury Mojej Islandii  towarzyszy nam istny strumień świadomości. 74-stronicowy tekst nie podzielony został na żadne sekcje czy rozdziały, jest tylko początek i koniec, a po środku wszystkie możliwe informacje i ciekawostki, które autorka jakby wylała z siebie podczas jednego ze spotkań z koleżankami. Rozmowa pod tytułem “Ale ta Islandia jest piękna, a Islandczycy nudni i beznadziejni”. Serio.

Dawno nie spotkałam się z takim zagęszczeniem stereotypów i anegdot, a tekst nie jest nawet z założenia satyryczny. Wydawałoby się, z perspektywy tylu lat przemieszkanych na Islandii, zbudowaniu polsko-islandzkiego domu i wybraniu Wyspy na swoją drugą ojczyznę, spostrzeżenia autorki będą co najmniej sprawiedliwe. Niestety, pisze ona o Islandczykach w sposób bardzo uproszczony. Zdaniem autorki, która – przypominam – od lat mieszka, pracuje i żyje wśród Islandczyków, mieszkańcy Wyspy są flegmatyczny, leniwi, “wyjątkowo nienadpobudliwi” i nierozgarnięci. I może tylko ja reaguje na takie ogólniki, bo naczytałam się mądrych prac antropologów i socjologów, ale na każdy taki sąd przypomina mi się historia z pewnego slajdowiska, na którym obecni byli również Islandczycy. Polka opowiadająca o swoim pobycie na jednej z islandzkich farm i spostrzeżeniach dotyczących spotkanych tam Islandczyków, dużo uwagi poświęciła oddawaniu gazów i bekaniu (o tym pisze też Węcławiak). Obecna na sali Islandka (wokalistka na co dzień mieszkająca w Berlinie) była bardzo zaskoczona i powiedziała, że takie rzeczy nie należą do codzienności. Wniosek? Obie Polki opisywały prostych ludzi spotkanych na wsi i w zakładach rybnych, a kto mi powie, że Polacy na wsi nie bekają i nie pierdzą? W Reykjaviku nigdy nie doświadczyłam takiego zachowania. Dlatego nie uważam, że sprawiedliwym było napisanie, że “Manierami przy stole też się nikt specjalnie nie przejmuje”. Bo Islandczycy są przecież różni, halo!

Anna Magdalena Węcławiak pisze o wszystkim, ale właściwie niczego się z tej książki nie dowiemy. To zbiór subiektywnych spostrzeżeń gęsto doprawionych wspomnieniami z Polski i przechwałkami autorki. Albo jest od Islandczyków sprytniejsza, albo bardziej pracowita, albo mądrzejsza. I pewnie znowu przesadzam, ale żartobliwy nawet styl w niektórych miejscach tekstu nie uratuje mojego spostrzeżenia, że w taki sposób nie powinno się pisać. Owszem, to “Moja Islandia”, ale ma się wrażenie, że nie ma tu miejsca na inny punkt widzenia, że perspektywa autorki jest jedyną i słuszną.

Naprawdę możecie sobie darować tę lekturę. Co prawda zajmie Wam ona tylko jeden wieczór, ale lepiej w zamian przeczytać sobie dowolny przewodnik albo po prostu bloga. Aż dziw bierze, że takie książki są z powodzeniem wydawane, a pisarze, którzy naprawdę mają coś ciekawego do powiedzenia, muszą się ze swoimi elaboratami przebijać.