Jak pies z kotem

W cieniu drzewa

tytuł oryginalny: Undir trénu (eng: Under the tree)
reżyseria: Hafsteinn Gunnar Sigurðsson
rok produkcji: 2017
kraj: Islandia, Dania, Polska

Znalezione obrazy dla zapytania w cieniu drzewa

Niech mi nikt więcej nie mówi, że na Islandii nie ma drzew. Otóż są, a niektóre z nich stają się świadkami niezwykłych losów ludzkich.

“W cieniu drzewa” to kolejna propozycja kinematografii islandzkiej, która dość sprawnie dostała się do polskich kin, pewnie dzięki koprodukcji i wielu znajomo brzmiącym nazwiskom realizatorów. Sam scenariusz przypomina też znane na polskim gruncie produkcje typu “Sąsiedzi”, w których mieszkańcy domku dwurodzinnego przepychają się o tytułowe drzewo. Im bardziej jedna para upomina się o ścięcie rzucającego na ich ogródek cień drzewa, tym zacieklej drugie małżeństwo odracza choćby jego przycięcie. Konflikt zaognia się i przynosi bardzo nieoczekiwane skutki…

Po superprodukcjach o islandzkich zwierzętach, takich jak “O koniach i ludziach” czy “Baranach” , trafił do nas film z kotem i psem w rolach głównych.  Akcja filmu toczy się, w przeciwieństwie do wymienionych produkcji, nie na islandzkiej wsi, ale przedmieściach Reykjaviku, a bohaterowie nie zmagają się z silnym wiatrem czy uporczywym deszczem utrudniającym pracę w gospodarstwie, lecz przesiadują w pięknie urządzonych mieszkaniach, opalają się w gustownych ogródkach czy wyjeżdżają na piknik do podmiejskiej Ikei. Nic, tylko Islandia jakiej nie zwykliśmy oglądać w docierających do nas filmach. Można by nawet powiedzieć, że twórcy filmu chcieli pokazać historię uniwersalną, nieosadzoną w islandzkim kontekście.

Właściwie poza językiem, nic w najnowszym filmie Hafsteinna Gunnara Sigurðssona nie zdradza nam Islandii. Natomiast do znudzenia natomiast bombardowani jesteśmy kryptoreklamami Ikei: naczynia w kuchni, słynna niebieska torba, wycieczka poza miasto i piknik na sklepowym parkingu, konsumpcja lodów z automatów za kasami. Bohaterowie mają iPhony i używają Maców, ale jeżdżą dość zwykłymi autami, a nawet jeden z pojawiających się na ekranie samochodów to prawdziwy grat. Mamy tu jednak obrazek islandzkiej burżuazji czy nowobogackich: przestronne biura, piękne domy, przystrzyżone ogrody. Rasowe psy i koty, które traktuje się jak pełnoprawnych członków rodziny.

Ale są też problemy. Znudzony monogamią mąż ekscytuje się dawnymi seksnagraniami z udziałem swojej byłej, więc żona wyrzuca go z domu i zabrania widywać się z córką. Jego rodzice wciąż przeżywają zaginięcie czy śmierć drugiego syna, a ocierająca się o szaleństwo matka topi smutki w winie i papierosach. Ojciec każdy problem załatwia wymykaniem się na próby chóru, a zmagający się z separacją dorosły syn zdaje się naturalnie wpasowywać w to środowisko. Sąsiedzi to natomiast pan w wieku średnim, który wymienił żonę na nowszy model, ta zaś robi wszystko, by zachować wieczną młodość i zajść w upragnioną ciążę. Kot i pies zdają się być jednymi stałymi w tej układance, dają swoim właścicielkom poczucie bezpieczeństwa i oderwanie od samotności. Stara matka przelewa swoje uczucia po zaginionym synu na ukochanego kota, natomiast jej młodsza sąsiadka pokłada w psie swoje macierzyńskie pragnienia.

Trzecia matka wyrzuca ojca swojej córki z domu, zabrania mu spotykać się z nią, odwiedzać w przedszkolu, mimo braku wyjaśnienia zarządza separację i unika kontaktu z mężem. Ten próbuje odnaleźć się w tym paradoksie, ale wcale nie walczy o małżeństwo, nie próbuje naprawić wypalonego uczucia. Znajduje swoje schronienie w namiocie rozstawionym w ogródku rodziców, popija whisky i popala trawkę, stając na straży drzewa, które sąsiad w każdej chwili może przecież dla złośliwości wyciąć.

Całość kończy się jak nieudany horror czy grecka tragedia w plastikowym kostiumie nowoczesności. Wszyscy giną, a kot jednak wraca. Niedoskonałości scenariusza ratuje jednak świetna gra aktorska, szczególnie starszych aktorów. Znani z wielu islandzkich filmów Þorsteinn Bachmann czy Sigurður Sigurjónsson grają skłóconych sąsiadów, ale najbardziej imponująca jest jednak gra Eddy Björgvinsdóttir, filmowej Ingi, która potrafi knuć i uśmiechać się ze złośliwością, ale też leżeć na podłoże z płaczem. Twarz ta nie jest szczególnie znana polskim widzom, a szkoda, bo Edda naprawdę prezentuje kawał dobrego aktorstwa.

Znalezione obrazy dla zapytania w cieniu drzewa
Edda Björgvinsdóttir jako Inga.

Czy “W cieniu drzewa” to komedia? Na pewno nie tak udana jak jej “zwierzęcy” poprzednicy. Mimo to obejrzeć warto, jak każdy islandzki film. Można nawet pobawić się w odnalezienie polskich akcentów, takich jak kubek z Bolesławca.

O wikingach i ich smokach

Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, dlaczego w sztuce wikińskiej tak często pojawiają się głowy smoków, mam dla Was odpowiedź. Wikingowie mieli kontakt ze smokami, udomowili je, ale postanowili ukryć je przed światem.

Tak przynajmniej przekonują nas animacje z serii “Jak wytresować smoka”. Z nich dowiadujemy się, że w świecie wikingów dzielni i wojowniczy przodkowie dzisiejszych Skandynawów walczyli nie tylko z obcymi plemionami, ale również z niebezpiecznymi latającymi bestiami. Pracownicy wytwórni Dreamworks chętnie czerpią z bogatego dziedzictwa wikingów, wykorzystują motywy i symbole powszechnie kojarzone z pradawnymi Skandynawami, ale powielają też wiele przykrych stereotypów, wprowadzając nieostrożnego widza w błąd. Przyjrzę się więc tej kinowej produkcji, opartej zresztą na powieściach Cressidy Cowell, żebyście mogli opowiedzieć swoim dzieciom, dlaczego ta historia nie wydarzyła się naprawdę.

“Miasto Berk”

Zacznijmy od początku, czyli od miasta Berk, którym otwiera się każda z trzech części “Jak wytresować smoka”. Oglądając filmy w wersji z dubbingiem byłam przekonana, że miasto nazywa się “Berg”. Wówczas brzmiało mi dość skandynawsko i byłam zadowolona  – “berg” to po islandzku “góra”, a wyimaginowane miasteczko znajduje się właśnie na szczycie górzystej wysepki na środku oceanu. Z wyglądu jest to wioska nad wyraz wikińska – architektura przypomina kościoły słupowe, a łodzie zwieńczone są charakterystycznymi smoczymi łbami jak każdy drakkar znany nam z muzeów i odkryć archeologicznych (jak smocze łby z Oseberg z kolekcji muzeum w Oslo).

Gdzie jest Berk? Albo: gdzie by było, gdyby istniało? W drugiej części trylogii matka Czkawki, Valka, rysuje mapę okolicy:

Nie wiem jak Wam, ale mi te kształty nie przypominają Arktyki, a nawet ten po prawej wygląda trochę jak zniekształcona Antarktyda.  I być może to jakaś autorska wędrówka kontynentów albo po prostu interpretacja własna tego, jak wyglądała Północ w tamtym czasie, ale wychodzi na to, że bohaterowie filmu tylko w teorii są wikingami. A przynajmniej jeśli przyjmiemy, że wikingami były ludy zamieszkujące Półwysep Skandynawski i podbijające arktyczne wyspy: z Islandią i Grenlandią na czele. Bohaterowie filmu mieszkają jednak gdzieś pomiędzy, na nieznanej nam wyspie, choć z pojawiających się w trylogii wrogów i stronników Berk możemy wnieść, że była to jednak Arktyka (przykładowo: łowcy smoków wyglądają i zachowują się jak Innuici).  Może to więc Wyspy Owcze? Może Svalbard? A może mityczna Ultima Thule? 😉

Mimo to miejsce wygląda znajomo. Według mnie krajobraz jest bardzo islandzki: wystarczy spojrzeć na kolumny bazaltowe, które pojawiają się w scenerii drugiej części. Są też wielopoziomowe, zapadające się wodospady, a także mnóstwo lodu, całe góry lodowe, które zgodnie z fabułą filmu są dziełem nadrzędnego samca alfa. Ów smok pluje lodem, dzięki czemu wejście do sekretnego domu smoków jest trudne do odnalezienia, co tylko podkreśla tajemniczość i niedostępność tej dalekiej od cywilizacji krainy, w której Czkawka odnajduje swoją na wpół dziką matkę żyjącą ze smokami. Jedno z pierwszych ujęć tego miejsca wygląda tak:

Scena od razu skojarzyła mi się z obrazem Caspara Davida Friedricha “Morze lodu” z 1824 roku (Kunsthalle w Hamburgu). Zbieżność jest nieprzypadkowa, bo Friedrich malując ten obraz miał na myśli właśnie Islandię, a raczej romantyczne wyobrażenie skutej lodem krainy, której nigdy nie widział na własne oczy. Dziełem tym przyczynił się jednak do popularnego w połowie XIX wieku wyobrażenia dalekiej, dzikiej Północy ukrytej pod śniegiem lub wiecznie ciemnej, gdzie nastrój budują blaski zorzy polarnej, a człowiek może odnaleźć tak ciszę i spokój utracony na ucywilizowanym kontynencie.

Znalezione obrazy dla zapytania friedrich iceberg

Wikingowie czyli kto?

Bohaterowie filmu to wikingowie, bo sami tak siebie nazywają, a do tego ich wygląd i stroje o tym świadczą. Mężczyźni są silni i noszą długie, rude brody, natomiast kobiety odważnie walczą przy ich boku. Od pierwszych chwil zauroczyły mnie te kostiumy, te pięknie odwzorowane detale sztuki wikińskiej na tarczach czy brązowych spinkach i brakteatach. Jednak czar prysł, kiedy dojrzałam rogate hełmy na głowach wikingów. W końcu od dawna już wiadomo, nawet w Hollywood i w telewizji, że wikingowie nie nosili takich hełmów. Mimo to twórcy animacji postanowili pozostać przy tym spopularyzowanym wyobrażeniu, puszczając wodze fantazji na temat kształtu i rozmiaru rogów (jedna postać ma hełm z rogami barana, co delikatnie informuje o umiejętnościach intelektualnych tego bohatera…).

Gdybym była bardzo radykalna, przewróciłabym pewnie oczami i wyłączyła film już po pierwszych kilku minutach. Rogate hełmy da się jednak wybaczyć, zważywszy na ich obecność w sklepach z pamiątkami i pokłosie XIX-wiecznych narracji o pogromcach mórz. To właśnie z fascynacji wikingami w romantyzmie i spopularyzowaniem obrazu wikinga w kulturze amerykańskiej XX wieku zrodził się hełm z rogami. Według niektórych badaczy, a mi jako historykowi sztuki podoba się ta teoria, rogaty hełm był wynikiem złego zinterpretowania sztuki wikińskiej (patrz: VI-wieczne przedstawienie berserka, reprodukcja poniżej). Choć odnaleziono przykłady rogatych hełmów z epoki brązu, np. hełmy z Veksø  (Muzeum Narodowe w Kopenhadze), traktuje się je raczej jako element ważny dla jednego z rytuałów pogańskich, niż codzienny strój wojenny wikinga.

Horned helmet Odin

Jak wiemy z sag islandzkich, wikingowie tylko przez niewielką część roku udawali się na wiking, resztę czasu poświęcali gospodarstwu domowemu i kontaktom handlowym. Mieszkańcy miasta Berk także trudnią się wyrobem różnych metalowych przedmiotów, hodowlą owiec, ale wyjeżdżają też na wojny, w tym wojny ze smokami. Ramię w ramię walczą tak mężczyźni, jak kobiety, które są odważne i niezależne (jak Valka lub Astrid), ale też stanowią podporę dla swoich mężów, którzy nie wstydzą się ukazywać swojej wrażliwości (Stoick) czy po prostu mniej walecznej natury (Czkawka). To ważny przekaz tego filmu, bo mimo stereotypu o brutalnych wikingach, wiemy też o istotnej roli ich kobiet, o tym, że musiały zajmować się gospodarstwem gdy mąż wyjeżdżał na wiking, że mogły decydować o sobie, a ich zdanie nierzadko było wysłuchiwane.

Wiara i rytuały

Bohaterowie trylogii to wikingowie sprzed przyjęcia chrześcijaństwa, bądź tacy, którzy wciąż jeszcze czczą dawnych bogów. Nie raz w dialogach padają wykrzyknienia “Na Odyna!” albo “Niech mnie Thor świśnie” (dla zainteresowanych językami dodam, że znany nam dunder to germańskie określenia pioruna, a przecież Thor władał piorunami, więc jest to wielki plus ode mnie dla twórców polskiego tłumaczenia). Choć bohaterowie nie składają im żadnych ofiar, w wiosce znajduje się babka (szamanka), której powierza się opiekę nad rannym lub zawierza przyszłość. Mimo to twórcy są niekonsekwentni – ostatnia część trylogii kończy się ślubem Astrid i Czkawki, a sama ceremonia wygląda bardzo po chrześcijańsku: panna młoda ma na sobie biały strój, a babka owija ręce młodych stułą. Można pokusić się o stwierdzenie, że w ten sposób sugeruje się widzowi przejście bohaterów na monoteizm, nie ma jednak o tym mowy w fabule.

Cała trylogia roi się bowiem od zwyczajów pogańskim. Kiedy w drugiej części umiera Stoick, ojciec Czkawki, bohaterowie urządzają mu wikiński pogrzeb. Kładą martwe ciało na łodzi, którą zgodnie z tradycją puszczano na wodę, i podpalają ją płonącymi strzałami, wypuszczanymi przez najbliższych zmarłego. Podpalona łódź płynie wgłąb morza, aby zmarły pogromca oceanów mógł na zawsze złączyć się z falami. Taka kremacja była tylko jednym z wielu rodzajów pochówków, raczej zarezerwowaną dla wodza – choć i tych chowano również w ziemi, na co wpływ miało także przyjęcie chrześcijaństwa. Znane są również pochówki w łodzi lub z kamieniami ułożonymi w jej kształt, jako że łódź miała symbolizować środek transportu do innego świata.

Po filmowym pogrzebie następuje jednak nieoczekiwana fuzja obyczajów. Wikingowie stawiali swoim wodzom kurhany lub skały runiczne, na których umieszczano krótką inskrypcję upamiętniającą zmarłego. W filmie jednak plemienni artyści wykuwają twarz Stoicka w skale (niczym na Górze Rushmore), a w ostatniej części trylogii znajdziemy ogromny kamienny pomnik Stoicka na środku osady. Wikingowie nie wykonywali rzeźbiarskich portretów, a jedyną znaną im formą pomnika były kamienie runiczne.

Podobny obraz

Może nie ma kamieni runicznych, ale często pojawiają się runy. Czkawka skrupulatnie notuje cechy wyglądu napotkanej Nocnej Furii futharkiem, natomiast podręcznik do nauki o smokach również napisany jest runami. Niby wszystko gra, bo przecież właśnie runami posługiwali się wikingowie (choć ten alfabet znany był również w innych kulturach), ale wydaje mi się, że jednak nie używali do tego papieru… Kształt run wynika między innymi z podłoża zapisków, czyli np. drewna, kamienia, w którym ryje się kreski. Jednak z uwagi nie możemy być pewni, że nie było zapisków runicznych na papierze, gdyż te nie miały szansy zachować się do naszych czasów. Natomiast w czasach spisywania sag używano już alfabetu łacińskiego, a i wtedy nie używano jeszcze papieru, ale skór zwierzęcych. Jedna z sag opowiada nawet o spodniach uszytych z dawnych manuskryptów…

No a smoki?

Wbrew pozorom nie ze względu na smoki macie mówić swoim dzieciom, że “Jak wytresować smoka” mija się z prawdą. Najbardziej rażące faktograficzne wpadki są opisane powyżej, jednak nikt chyba nie ma pewności co do samych smoków. Skoro wikingowie tak często umieszczali motyw smoka w swojej sztuce, może jednak istniały naprawdę? Znamy wiele logicznych wyjaśnień istnienia smoków w różnych mitologiach i kulturach, choćby to, że warany ziały zapachem zjadanej padliny, który był porażący jak ogień. Innym smoki kojarzą się z niedobitkami dinozaurów, szczególnie tych latających. Dla mnie fantazyjny atlas smoków przedstawionych w filmie jest niezwykły: mamy nie tylko gatunki pokrewne gadom, ale też ptakom (jak np. sowie), sam Szczerbatek z kolei najwięcej ma chyba z kota…

Największym plusem trylogii jest właśnie to, że w uroczy i pomysłowy sposób daje odpowiedź na to, skąd w sztuce wikingów tyle smoków.  Były, ale ukryły się, dlatego nikt nie może dowieść ich istnienia. Podobnie jak jednorożce, w których wiarę podtrzymywały w średniowieczu rogi narwali wysyłane do Europy z Islandii… “Jak wytresować smoka” to miła bajeczka dla dzieci i dorosłych, ale należy oglądać ją z przymrużeniem oka, bowiem nie daje nam pełnego obrazu wikingów. A szkoda, bo dzieciaki właśnie z bajek uczą się najwięcej i właśnie tutaj można byłoby przemycić im sporo interesujących faktów na temat wikingów. Szczęśliwie nasze pociechy wyjdą z kina z przekonaniem o wrażliwości serc niektórych wikingów, zrozumieniem dla niepełnosprawnych, przykładem silnych i dzielnych kobiet oraz nadzieją na ujrzenie Nocnych Furii w najmniej oczekiwanym momencie 😉

Wyjątkowo okropne lato

autor: Piotr Milewski
tytuł: Islandia albo najzimniejsze lato od pięćdziesięciu lat
wydawnictwo: Świat Książki
liczba stron: 256

Pamiętam, gdy po raz pierwszy czytałam XVII-wieczną relację Daniela Vettera z jego podróży na Islandię. BUW miał wyświechtaną i tanio wydaną wersję Islandii álbo Krotkie opisanie Wyspy Islandiy, ale dla nas w Studenckim Klubie Islandzkim ta niepozorna publikacja była niemal jak Biblia. Dzięki Piotrowi Milewskiemu i jego książce Islandia albo najzimniejsze lato od pięćdziesięciu lat, wracam do tych pierwszych zachwytów daleką Wyspą. Współczesny autor nawiązuje bowiem do relacji Morawianina nie tylko analogicznym tytułem swojego tekstu, ale również odwołuje się do Vettera w wielu miejscach. Każdy rozdział otwiera się cytatem z XVII-wiecznej Islandii, a pierwszy polski opis podróży na północną wyspę staje się inspiracją dla autora, który rusza w ślady czeskiego brata.

Ten zabieg stanowi największy atut książki. Choć czasem przytaczane fragmenty niekoniecznie korespondują z treścią danego rozdziału, wprowadzenie w postaci starej polszczyzny przypomina nam o tym, że uroków Islandii nie odkryli XX-wieczni turyści i emigranci. Ciekawy świata czeski podróżnik zwiedził ją 400 lat temu, bez tanich linii lotniczych  i jeepów z napędem 4×4. Sprawozdania ze swego wyjazdu, podczas której uczestniczył na przykład w zgromadzeniu Althingu, nie ograniczył jednak do opisu kolejnych etapów podróży, ale uporządkował tekst problematycznie, oddając w ręce czytelnika bardzo pojemną charakterystykę Wyspy, która przez lata była podstawą kontynentalnych wyobrażeń o tej części świata. Jak widać, może zastępować przewodnik również i dzisiaj.

Relacja Milewskiego ma natomiast charakter typowej “książki drogi”, a więc opisuje wyprawę etap po etapie. Dla znającego dobrze Wyspę czytelnika nie ma jednak w tej relacji niczego nowego; podróżnik zwiedza Islandię poruszając się po drodze nr 1, zgodnie z najpopularniejszym kierunkiem, czyli od południa na północ. Jak też na pisarza-podróżnika przystało, autor przemieszcza się po Jedynce autostopem, z ciążącym plecakiem i namiotem, którego rozstawienie niemal zawsze graniczy z cudem. Nie stać go na noclegi ani na jadanie w restauracjach. Czasem sypia na dziko w opuszczonych budynkach, korzysta też z gościny dobrych ludzi (nota bene braci, już tym razem nie czeskich, a słowackich). Nie ma w tej wyprawie zaskakujących zwrotów akcji, nie ma miejsc, których ktoś, kto był na Islandii, nie zobaczył lub nie planował zobaczyć. Ten, kto jeździł po Islandii stopem też przeżył perypetie Milewskiego na własnej skórze: stanie w wietrze i deszczu w oczekiwaniu na podwózkę, zmiana planów ze względu na uprzejmość kierowcy, godziny fascynujących rozmów z nieznajomymi i poznawanie Islandii poprzez krótkie dyskusje z lokalsami.

Można dzięki tej relacji powrócić wspomnieniami do własnych przygód, można też – zwiedzając Wyspę inaczej lub nigdy tam nie pojechawszy – zachwycić się opisami pocztówkowego krajobrazu i zamieszczonymi w publikacji fotografiami. Można też dowiedzieć się wielu rzeczy o Wyspie, bo autor sprawnie wplata ciekawostki historyczne między wypowiedzi swoich współtowarzyszy a własne refleksje. Są one zebrane rzetelnie, sprawdzone w przewodnikach, ale niekoniecznie wnoszące coś nowego. Przy obecnym rynku wydawniczym zapełnionym pozycjami o Islandii i Skandynawii nie mamy już ochoty czytać o tym samym, szukamy świeżego spojrzenia na Wyspę. Wstępne założenie autora było bardzo interesujące, choć ostatecznie nie wykorzystał on potencjału drzemiącego w 400-letniej rocznicy wyprawy Vettera na Islandię. Mamy cytaty, mamy kilka nawiązań, mamy osobistą historię autora związaną z tą książką. I tyle.

Książki z podróży mogą pełnić wiele funkcji. Mogą stanowić źródło informacji dla wybierających się w danym kierunku innych podróżników, mogą też być świetną lekturą dla tych, którzy o pasjonujących podróżach wolą pomarzyć w wygodnym fotelu. Dla samych autorów są rodzajem pamiętnika, czy nawet procesu terapeutycznego. To chyba przypadek Milewskiego. Nie raz spotykamy się z jego poważnymi przemyśleniami natury egzystencjalnej, czasem wręcz zbyt ciężkimi. Nie raz autor rozważa kwestie przypadków, myśli o śmierci czy ekologii. W podróży zdają mu się towarzyszyć duchy, nie brakuje też oczywiście pytać o istnienie huldufólk, ukrytych ludzi. Czasem jest trochę jak w sagach: wątki na wskroś realistyczne czy nawet naturalistyczne mieszają się z fantastyką, albo na odwrót. Jest taka scena, w której podróżnik na silnym wietrze u wrót Fiordów Zachodnich zaczyna tracić zmysły i popadać w szaleństwo, co udaje mu się zagłuszyć rzuceniem się na hot-doga i gorącą czekoladę. Ot, współczesne decorum.

Nie ma jednak powodów, żeby wieszać psy na Islandii albo najzimniejszym lecie od pięćdziesięciu lat. Mimo nielicznych zgrzytów, pozycję tę czyta się dobrze, plastyczne opisy wydarzeń, krajobrazów i ludzi pozwalają nam przenieść się oczami wyobraźni na daleką Północ, w chłód i wilgoć najzimniejszego lata. Dla mnie była to miła podróż sentymentalna, z radością wspominałam kolejne etapy mojej wyprawy, nierzadko dzieląc spostrzeżenia i doświadczenia autora związanie z tymi samymi miejscami. Jest to na pewno jedna z pożyteczniejszych książek o Islandii wydanych w ostatnim czasie. Choć nie jest to typowy reportaż, ma wartość merytoryczną, choć jako “książka drogi” nie robi na czytelniku być może tak wielkiego wrażenia, stanowi sprawiedliwy opis podróżowania po Wyspie. Wiarygodny, bo wierzymy autorowi, że naprawdę tego doświadczył. Vetter natomiast pisał o zimie, której nigdy na Islandii na doświadczył…

O filmach z kraju cierpiącego na deficyt słońca

autor: Sebastian Jakub Konefał
tytuł: Kino Islandii. Tradycja i ponowoczesność
wydawnictwo: Wydawnictwo w Podwórku
liczba stron: 419

Publikacja Sebastiana Jakuba Konefała Kino Islandii. Tradycja i ponowoczesność to pierwsza i jak na razie jedyna na świecie, monografia islandzkiej kinematografii. Dotąd na polskim rynku pojawiały się jedynie teksty w wydaniach zbiorowych; na łamach tomu “Islandia. Wprowadzenie do wiedzy o społeczeństwie i kulturze” pod redakcją Romana Chymkowskiego i Włodzimierza Karola Pessela (2009) ukazał się kilkudziesięciostronicowy tekst Zjadanie sag. Krótka historia kinematografii nieznanej autorstwa Árniego Ólafura Ásgeirssona we współpracy z Łukaszem Bukowieckim. Ásgeirsson, Islandczyk, sam przyznaje, jak niewiele dotąd napisano na temat filmu islandzkiego, nawet w samej Islandii. Natomiast w publikacji Krytyki Politycznej “Islandia. Przewodnik nieturystyczny” (2010), Agnieszka Wiśniewska zdaje się odpowiadać na tekst Ásgeirssona i Bukiewieckiego artykułem Kino islandzkie, jakie znamy, podejmując tam próbę opisania tych produkcji islandzkich, które ówcześnie znajdowały się w polskiej dystrybucji. Z kolei w “Etosie Amatora” (2011), pod redakcją Łukasza Bukowieckiego, Marty Czemarmazowicz i Włodzimierza Karola Pessela, Agata Bochyńska analizuje jeden tylko film islandzki w tekście Dźwięk ilustrowany? O Heimie Deana DeBlois. Nie można też zapomnieć o trzech tekstach poświęconych kinu islandzkiemu w publikacji zbiorowej “Od Ibsena do Aho. Filmowe adaptacje literatury skandynawskiej” pod redakcją Lecha Sokoła i Tadeusza Szczepańskiego (2016). Niedawno ukazał się też na łamach czasopisma „Zupełnie Inny Świat” (nr 03/2017) artykuł Igi Przytuły poświęcony filmom Dagura Káriego.

Warto też zwrócić uwagę na fakt, że Sebastian Jakub Konefał jest w gronie autorów piszących o kinie islandzkim jedynym filmoznawcą naukowo zajmującym się tą dziedziną. Wykładowca akademicki i pracownik Katedry Wiedzy o Filmie i Kulturze Audiowizualnej Uniwersytetu Gdańskiego zrealizował kompendium Kino Islandii dzięki licznym wyjazdom stypendialnym na Wyspę. Był też autorem jednego z trzech tekstów we wspomnianej wyżej antologii “Od Ibsena do Aho…”, w którym wziął na warsztat ekranizację Duszpasterstwa koło lodowca (Fantazja, tożsamość i ideologia jako elementy narracji w ekranizacji powieści „Duszpasterstwo koło lodowca” Halldóra Kiljana Laxnessa), a także licznych tekstów publikowanych w czasopismach branżowych. Tym samym Kino Islandii nie jest pierwszą na polskim rynku publikacją traktującą o kinematografii Wyspy, ale bez wątpienia w sposób bezprecedensowy tak obszernie odwołującą się do całego dotychczasowego dorobku kinematograficznego Islandczyków. Autor był również kuratorem wielu przeglądów kina islandzkiego w Polsce, wśród których najważniejsze miejsce zajmuje z pewnością ubiegłoroczny festiwal „Ultima Thule – na krańcu świata” organizowany przez Filmotekę Narodową.

Największym atutem książki jest chronologiczne omówienie filmów, wraz z nakreśleniem łączących je motywów i wątków interesujących islandzkich twórców w danym momencie. Wybrana metodologia opiera się na wyborze pojęć-kluczy dających nazwy poszczególnym rozdziałom publikacji. Motywami przewodnimi stają się zatem zjawiska socjologiczne (takie jak urbanizacja, wiara w elfy, przy- wiązanie do morza czy ziemi) lub społeczno-kulturowe (problem starości i śmierci, rola kobiety, figura antywikinga), choć w spisie treści nie zachowano konsekwencji: ostatnie rozdziały są podporządkowane raczej różnym gatunkom filmowym (kino na peryferiach, kino drogi, filmy kryminalne i dokumenty), a nie tematyce omawianych filmów. Mimo to wybrana metodologia porządkuje proces omawiania ponad 100 filmów wyprodukowanych między 1906 a 2015 rokiem, których wspólnym mianownikiem jest przede wszystkim język islandzki, a nie wyłącznie rodowód produkcji czy narodowość jej twórców. Choć i tu dominują nazwiska islandzkie, nierzadko bardzo dobrze znane polskim widzom: Friðrik þór Friðriksson, Baltasar Kormákur, Guðný Halldórsdóttir czy Dagur Kári.

Wymienione rozdziały są z kolei podporządkowane dwóm częściom publikacji: “Wokół tradycji. Naród, historia i natura” oraz “Przeciw tradycji? Między utopią a dystopią”. Ogromną zaletą tomu jest właśnie założenie omówienia kina Islandii poprzez tradycję i ponowoczesność, co czyni z pozycji nie tylko pracę filmoznawczą, ale chyba przede wszystkim także dość obszerny szkic na temat tożsamości Islandczyków i transformacji budujących ją wartości. Dzięki autorowi dostrzegamy, jak przesycone „islandzkością” jest kino Wyspy; pojawiające się w tle charakterystyczne, niepowtarzalne krajobrazy Islandii, odwoływanie się do historii (zarówno czasów wikingów, jak i relacji ze Stanami Zjednoczonymi), czy muzyka to tylko niektóre z elementów, za pomocą których Islandczycy kreują samych siebie i swoją Wyspę poprzez pryzmat produkowanych tam filmów. Jak wielokrotnie zostaje podkreślone w treści książki, w kinematografii islandzkiej zauważalne jest wręcz obsesyjne powracanie do tych samych motywów, co czyni to kino monotonnym, ale tym samym potęguje jego przekaz charakterystyczny dla filmów typu heritage.

Świetnym wprowadzeniem do kompendium jest skonfrontowanie naszych wyobrażeń o Ultima Thule z obrazami znanymi wyłącznie Islandczykom, takimi jak Kobieta-Góra. Wnikliwy opis historii Wyspy oraz czynników decydujących o rozwoju kultury islandzkiej, poparty bardzo bogatą bibliografią z zakresu historii, kulturoznawstwa, antropologii i innych pokrewnych nauk, czyni omawianą pozycję interdyscyplinarną i wiarygodnie opracowaną, a jednocześnie samowystarczalną: czytelnik nie musi sam sięgać do źródeł niezbędnych do głębszego zrozumienia islandzkich produkcji, gdyż Konefał umieszcza ich opisy w bardzo dobrze zbudowanym kontekście. Co więcej, poznanie tradycyjnych wartości Wyspy, opisywanych w pierwszej części książki, jest również niezbędne do zrozumienia mechanizmów sprzeciwiania się im, co było cechą charakterystyczną dla kina islandzkiego z początku XXI wieku. Odejście od kina robionego przez Islandczyków i wyłącznie dla Islandczyków związało się z podjęciem tropów bardziej uniwersalnych i wprowadzenia do fabuły „obcych”, czyli przybyszów z zewnątrz. Nie bez powodu to właśnie filmy z tego okresu, takie jak 101 Reykjavik czy Noi Albinoi zyskały rozgłos poza granicami Wyspy oraz przyczyniły się do wielkiego przełomu i rosnącego sukcesu kinematografii islandzkiej w Europie i na świecie.

Niestety nawet tak wyjątkowa publikacja naukowa ma swoje wady. Jedną z nich jest swego rodzaju niekonsekwencja; niektóre z filmów omawiane są bardzo obszernie, a nawet autor powraca do nich w innych rozdziałach, inne zaś są tylko wspomniane. Nie stanowi to jednak zaburzenia narracji, a czytelnik tym bardziej nie czuje się aż tak zagubiony. Naukowe potraktowanie filmowego dorobku Islandczyków, bogata bibliografia i liczne odniesienia nie idą jednak w parze ze stylem, który miejscami wydaje się zbyt swobodny. Konefał nie może oprzeć się pokusie zawierania własnej opinii na temat niektórych filmów, często też – powiedziałabym nawet, używając jego własnych słów: obsesyjnie – powraca określenie „sympatyczny bohater”, które wydaje się zdecydowanie nie na miejscu. Lecz mimo tych drobnych niedociągnięć całość czyta się bardzo dobrze, szczególnie że uzupełniona jest o kadry z omawianych filmów lub ich plakaty, ułatwiające identyfikację poszczególnych obrazów. Wielkim osiągnięciem Konefała jest także przetłumaczenie tytułów filmów na język polski (lub ich skorygowanie czy skomentowanie w przypadku filmów już dystrybuowanych w Polsce).

Pozycja Kino Islandii. Tradycja i ponowoczesność stanowi świetny podręcznik, czy też wprowadzenie, do bogatej kinematografii Wyspy. Można byłoby potraktować ją nawet jako przewodnik, z którym wybierzemy się na kolejny seans kina islandzkiego. Miłośnicy tego kina nie mogą bowiem narzekać na brak produkcji z Wyspy w polskich kinach; od lat głównym dystrybutorem tychże jest Gutek Film, od niedawna islandzkie filmy pokazuje także warszawski Iluzjon oraz różne festiwale. Niektóre produkcje można było oglądać wspólnie ze Studenckim Klubem Islandzkim, organizacją działającą od ponad 10 lat pod auspicjami Insty tutu Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Natomiast największą okazją do zapoznania się z tą „nieznaną kinematografią, jaką znamy” był organizowany w 2016 roku przegląd Ultima Thule – na krańcu świata, w ramach którego w trzech miastach w Polsce: Gdańsku, Poznaniu i Warszawie, wyświetlano aż 28 islandzkich filmów, z czego większość po raz pierwszy w naszym kraju. Tym samym publikacja Konefała pada na żyzny grunt, wpisując się nie tylko w rosnące w naszym kraju zainteresowanie kinem Północy, ale też niesłabnącą miłość Polaków do dalekiej, a jednak coraz bliższej, Islandii. Przykładem niech będzie choćby ogromny sukces Baranów, który to film wszedł do polskich kin na dwa miesiące przed premierą duńską.

Zresztą nie tylko pod względem kinematograficznym Polacy zdają się „kolonizować” Wyspę, tak jak to przez wieki robili kiedyś Duńczycy. Teraz nasi rodacy zawłaszczają sobie Islandię, nie tylko pod względem rosnącej liczby polskich imigrantów. Również tu, w Polsce, od pewnego czasu daje się zaobserwować swego rodzaju „modę” na Islandię. Chcemy tam pojechać, chcemy więc też o niej czytać. Pozycja Konefała uzupełnia więc listę publikacji poświęconych Islandii, jednak jako jedna z niewielu ma charakter naukowy i zamiast opisywać cechy czy zwyczaje Islandczyków, wnika do głębi ich tożsamości. Tym samym jest to pozycja szczególna, bo poza wnikliwym opisem godnej podziwu długiej listy islandzkich filmów, stanowi także znaczące źródło wiedzy na temat Ultima Thule.

Recenzja ukazała się w “Przeglądzie Humanistycznym”2018; 62 (2 (461)): 169-171.

Islandia na rowerze

autor: Kuba Witek
tytuł: Ring Road. Dookoła Islandii na rowerze
wydawnictwo: Plac Wolności
liczba stron: 180

Wszyscy chcemy zwiedzić Islandię. Wszyscy wiemy jednak, że taka podróż nie należy do najdroższych. Mimo to z roku na rok przybywa na Wyspę autostopowiczów, backpackerów, rodzin wynajmujących miniwany, a także rowerzystów. Podczas gdy każda forma “podróżowania za grosze” wymaga determinacji, odwagi i dużej odporności na stres i niespodziewane zwroty akcji, to właśnie zwiedzanie Islandii na rowerze wydaje się jednym z najbardziej szalonych rozwiązań.

Kuba Witek pisze wprost: chciałem wrócić na Islandię i zobaczyć miejsca, których wcześniej nie miałem okazji zwiedzić. Budżet miałem mały, ale znalazłem tanie bilety. Rower nie był pierwszym środkiem transportu, który miał w głowie planując objazd krajową Jedynką. Mimo to szybko okazał się najtańszym rozwiązaniem, mimo że autor wcale nie należał do doświadczonych rowerzystów. Ba, przed podróżą ostatni raz siedział na rowerze dwa lata temu! Internet jednak pełen był poradników i relacji z podobnych podróży, więc dość łatwo byłoby uzupełnić swoją niewiedzę. Problemu nie stanowił nawet brak roweru, bo udało mu się dostać profesjonalny model w zamian za promocję.

Ale prawdziwe zderzenie się z oczekiwaniami nastąpiło już po dotarciu na Wyspę. Jak można się domyślić, pedałowanie po Islandii nie należy do rekreacyjnych rozrywek. Wiatr, deszcz, zróżnicowanie terenu, a nawet hipnotyzujące spojrzenie stada owiec utrudniało powodzenie całej wyprawy. Do tego problemy z kolanami, urwany pedał czy złapanie gumy. Jednak Kuba Witek z każdego dołka wychodził z sukcesem, a wielokrotnie mógł liczyć na pomoc lokalsów. Czy udało mu się jednak objechać całą Wyspę dookoła? Tego dowiemy się czytając książkę.

To niezwykle lapidarnie i ciekawie napisany pamiętnik z podróży. Kuba Witek używa prostego, fajnego języka, czasem sili się na przemyślenia natury egzystencjalnej, politycznej czy ekologicznej, co – wplecione w przyziemne perypetie związane z przebiegiem podróży – czasami wydaje się wręcz dziwne. Jednak dzięki temu czytelnikowi udaje się nawiązać swego rodzaju więź z autorem, przeżywać wraz z nim sukcesy i porażki, a także oczekiwać finiszu wyprawy. Ciekawym elementem książki jest dodatek “Zrób to sam”, w którym Witek opisuje swój sprzęt. Dzięki temu faktycznie mamy ochotę wsiąść na rower i przeżyć to na własnej skórze.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Jónsi symfonicznie

The feeling of going
Spektakl taneczno-muzyczny
Skånes Dansteater/ Malmö Opera

Choreografia: Ben Wright
Scenografia: Will Holt
Muzyka: Jónsi

Jesienią 2017 do repertuaru Skånes Dansteater w Malmö powrócił spektakl “The feeling of going”, który – odnosząc wielki sukces po premierze w 2013 roku – po raz ostatni grany był na deskach tego teatru w 2015. Teraz realizatorzy wielkiego projektu taneczno-muzycznego opartego na kompozycjach Jónsiego z jego solowego albumu “Go” postanowili odświeżyć skład tancerzy oraz solistów, zapraszając do współpracy szwedzkiego wokalistę Oskara Humlebo, posługującego się scenicznym pseudonimem Moto Boy.

The feeling of going” to opowieść o bezimiennym bohaterze, którego jedynym atrybutem jest szary garnitur, wyróżniający się na tle barwnych, należących do zupełnie innego porządku, tancerzy i solistów. Poprzez następujące po sobie piosenki Jónsiego odkrywamy jakby kolejne warstwy świadomości głównego bohatera, jego pragnienia i lęki. Poznajemy je jednak pośrednio, za sprawą ekspresyjnego ruchu scenicznego, wyreżyserowanego przez Bena Wrighta. Współpracujący ze Skånes Dansteater od lat, brytyjski choreograf stworzył niezwykle przejmujące układy taneczne, idealnie pasujące do klimatycznej muzyki Jónsiego. Uzdolnieni tancerze z różnych zakątków świata z wyczuciem przekazują emocje za pomocą ciała i gestu, a także materii swych baśniowych kostiumów, zaprojektowanych przez Theo Clinkarda. Szczególnie atrakcyjny jest ekspresyjny taniec w sukience obszytej metalowymi dyskami, które z każdym ruchem tancerki dodawały wdzięczności utworom granym przez orkiestrę.

Wszystkie piosenki Jónsiego z płyty “Go”, zachowane w oryginalnej kolejności, zostały zaaranżowane przez szwedzkiego kompozytora i dyrygenta, Jonasa Nydesjö. Choć aranżacja muzyki poprockowej na instrumenty symfoniczne, chór i solistów wydaje się trudnym zadaniem, Nydesjö wykonał je naprawdę dobrze. Kompozycje Jónsiego zyskują na wdzięku i otrzymują dodatkową siłę rażenia, kiedy wybrzmiewają z pudeł rezonansowych skrzypiec, kontrabasów i wiolonczeli. Delikatna, a jednak pełna mocy muzyka płynąca spod sceny jest znakomitym tłem dla tańca i bajecznej scenografii zaprojektowanej przez Willa Holta. Wraz z Zerliną Huges, odpowiedzialną za światła, stworzyli oni oprawę wyjątkową: tematem przewodnim scenografii jest las o różnych porach dnia, czasem spowity w nocnych ciemnościach, czasem zalany czerwonym światłem zachodzącego słońca. Dodatkowym efektem są instalacje wideo autorstwa Finna Rossa, które – choć czasem wyjątkowo kiczowate – wprowadzają ruch i życie między pnie drzew.

Każdej piosence towarzyszy inny entourage, dzięki czemu widz ma wrażenie, że ogląda maraton barwnych teledysków. Na przykład otwierający spektakl utwór  “Hengilás”, pełniący funkcję uwertury, rozgrywa się we wnętrzu drewnianej chaty, w której głównego bohatera nawiedzają postacie zagadkowego czarownika z włosami do ziemi i jego sługi, kuśtykającego mężczyzny obrośniętego gałęziami. Z pierwszymi dźwiękami piosenki “Go Do” do chaty wpadają tancerze, którzy za sprawą swoich szalonych kostiumów (jedna z postaci ma na głowie dwustronną czaszkę bawoła) i żywej choreografii dosłownie roznoszą cały dom. Tym samym w “Animal Arithmetic” akcja dzieje się już w lesie, a między drzewami możemy dostrzec członków chóru i solistów, z których jeden ma na sobie kostium satyra. Później między utworami przewijać się będą inne zagadkowe postacie, takie jak kobieta o zawiązanych oczach i rozświetlonej sukni na ogromnym stelażu albo “gnijąca panna młoda” z morzem rudych włosów całkowicie zakrywających jej twarz.

Jednocześnie wszystkie utwory tworzą płynną całość, której wspólnym mianownikiem jest główny bohater, ale i soliści. Piosenki Jónsiego śpiewane są na trzy głosy: przejmujący bas Erica Roosa, krzykliwy sopran Elisabeth Freiding oraz, najbliższy głosowi Jónsiego, pisk Moto Boya. Wokal okazał się niestety najbardziej uderzającym mankamentem całego spektaklu, bo – być może winne było temu nagłośnienie – większości tekstów nie można było wręcz usłyszeć. Szkolnie wyćwiczone głosy zawodowych śpiewaków operowych gryzły się z kompozycjami Jónsiego, choć trzeba przyznać, że czasami nadawały im ciekawego kolorytu. Największa odpowiedzialność ciążyła jednak na głównym soliście, Moto Boyu, którego zadaniem było sprostanie oczekiwaniom fanów charakterystycznego głosu Jónsiego. Niestety, choć w wielu utworach Oskar Humlebo radził sobie zaskakująco dobrze, momentami tracił panowanie nad głosem i nie trafiał w wyższe dźwięki. Wielka szkoda, bo jego postać była bardzo ciekawie wymyślona: w długich blond włosach ukrywały się diabelskie różki, a bordowe futro jakby zerwane z pluszowego misia dodawało mu jednocześnie szyku, co bajkowego blichtru.

Dekoracje, muzyka i taniec tworzą oprawę jak ze snu. Może to być “Sen nocy letniej” Williama Szekspira, choćby za sprawą Erica Roosa w kostiumie satyra, ale też zagadkowych postaci czarownika i jego sługi, przypominających Sykoraks i Kalibana z “Burzy” autorstwa angielskiego dramatopisarza. Ten sam czarownik wydaje się jednak wyjęty wprost z prac szwedzkiego artysty Johna Bauera, znanego z ilustracji do książek dla dzieci. W “Boy Lillikoi” pojawia się natomiast zwierzę-stwór, przypominający bohaterów książki Maurice’a Sendaka “Gdzie mieszkają dzikie stwory”. Jeśli nie bajkowe i przywołujące dzieciństwo, to spektakl też ma w sobie typowo skandynawskie motywy nocy letniej. Brzozowy las, tak często pojawiający się na akwarelach Carla Larssona, to niemal atrybut szwedzkiego midsommar, święta przesilenia letniego. Dodając do tego nastrojową muzykę Jónsiego i tancerzy, nie raz wpadających w szał uniesień, otrzymujemy spektakl wypełniony życiem i radością, kolorami i dźwięcznością, które w najlepszy chyba sposób charakteryzują album “Go”.

Ta recenzja została napisana dla strony Stacja Islandia.

O potędze lawiny

Nói Albinoi

reżyseria: Dagur Kári
rok: 2003
kraj: Islandia, Dania

Nói odsuwa dywanik, otwiera drzwi do piwniczki i wślizguje się do swojej podziemnej kryjówki. Zamykając zasuwę nie wie jeszcze, że w tym momencie żegna się z tym, co zostawił na powierzchni. Kiedy rozkoszuje się papierosem w swoim oszczędnie umeblowanym i słabo oświetlonym królestwie, jego rodzina zajmuje się swoimi sprawami. Babcia układa puzzle, ojciec je obiad. Codzienna melancholia zostaje przerwana przez dziwne dźwięki i nasilające się drżenie budynków. Dyrektor lokalnej szkoły podnosi wzrok znad kostki rubika, a była-niedoszła dziewczyna Nóiego przerywa lekturę gazety. Wszyscy zdają się patrzeć w jednym kierunku, i choć kamera nie podąża za ich spojrzeniami, możemy się domyślić, że wyglądają za okno, z którego roztacza się widok na potężny szczyt Bolafjall. Nói przysłuchuje się dziwnym dźwiękom ze swojej kryjówki, nagle pokój zaczyna się trząść, a rzeczy spadać z półek. Ciemność. Po około 20 sekundach całkowitej ciszy znów widzimy głównego bohatera, który zaczyna próbować otworzyć wieko i wydostać się z piwnicy. Siłowanie się z drzwiczkami i wołanie o pomoc kończy się pełną rezygnacji zabawą zapalniczką. Po dłuższym czasie do piwnicy dociera ratownik, który pomaga Nóiemu wydostać się na powierzchnię. Dopiero w tym momencie widz dowiaduje się, co się stało: lawina zdemolowała dom oraz pół rodzinnej wioski Nóiego. A wraz z budynkami zabrała też jego najbliższych.

noialbinoi_1

Filmu „Noi albinoi” z 2003 roku nie trzeba nikomu przedstawiać. Jako jedna z pierwszych islandzkich produkcji szeroko dystrybuowana w Polsce, stała się obowiązkową pozycją dla wszystkich islandofilii, ale też (co potwierdza kasus samej autorki tekstu) dla wielu była istotnym elementem wyimaginowanego obrazu Wyspy, której się jeszcze nie odwiedziło. Debiut Dagura Káriego był wielokrotnie nagradzany na zagranicznych festiwalach i konkursach, głównie z uwagi na estetykę Nordic Noir i melancholijną postać tytułowego bohatera. W samej Islandii film przyciągnął do kin 20 000 widzów, ale możliwe, że lokalnie był on odczytany zupełnie inaczej niż przez zagraniczną publiczność. Każdy z nas pamięta scenę, w której Nói wylewa cały gar krwi na swoją rodzinę, pamiętamy też niebieski filtr i przeszywający nas chłód na widok wiecznie zaśnieżonych ulic małego miasteczka gdzieś na północy Islandii. Ale pewnie zdziwiła nas lawina, która ni stąd, ni zowąd niszczy wszystko w kulminacyjnej scenie. Dla polskiego widza mogło być to odczytane jako nieoczekiwany zwrot akcji, intrygujący element scenariusza, potwierdzający „dziwność” dalekiej północy. Jednak w Islandii, a szczególnie w niektórych jej partiach, scena ta była odczytana zupełnie inaczej, a widzowie z pewnością uronili na jej widok niejedną łzę.

North_West_Still2

Scenariusze współczesnych filmów islandzkich często nawiązują do traum i ważnych wydarzeń, które na stałe zapisały się w pamięci zbiorowej Islandczyków lub znacznie wpłynęły na ich życie. Do tych najczęściej wspominanych należą z pewnością: wybuch wulkanu na wyspach Vestmannaeyjar w 1973 roku, będący punktem wyjścia dla losów bohaterów filmu Wulkan (2011) Rúnara Rúnarssona; oraz kryzys ekonomiczny z 2008, którego społeczny kontekst pokazuje obraz Baldvina Zophoníassona Życie na kredycie (2014). I choć wybuchy wulkanów i kryzys na stałe wpisały się w repertuar powszechnej wiedzy na temat strat islandzkich, wydaje się, że na samej Wyspie nie są aż tak bardzo rozpamiętywane. Na pewno nie tak jak lawiny, które w 1995 roku zabrały 34 mieszkańców dwóch miejscowości w Fiordach Zachodnich. Zdaniem dziennikarzy żadna inna współczesna tragedia nie była tak często wspominana w mediach, natomiast badacze zgadzają się co do tego, że przez ostatnich 1100 lat historii Wyspy lawiny spowodowały więcej zniszczeń niż pozostałe katastrofy naturalne.

North_West_Still4

Nieoczekiwana śmierć kilkudziesięciu obywateli wstrząsnęła wszystkimi mieszkańcami Wyspy, a do dziś żywo wspominana jest przez mieszkańców Fiordów Zachodnich. Tego lata zupełnym przypadkiem znalazłam się w Súðavíku, jednej z dwóch miejscowości dotkniętych tragedią. Nie miałam jeszcze wówczas pojęcia o tym, co się tam stało, ale intrygowała mnie spora pusta przestrzeń pomiędzy domami. Dzięki jednemu z mieszkańców dowiedziałam się o ogromnej masie śniegu, która spadła na miasto 16 stycznia 1995 roku. Lawina zniszczyła kilka budynków mieszkalnych i przygniotła kilkanaście osób, z których 14 zginęło. Ich nazwiska można przeczytać na tablicach postawionych na miejscu budynków, które wraz ze śniegiem spłynęły do morza. Poza memoriałem i kilkoma ławkami nie można obecnie niczego w tym miejscu postawić; ocalałe budynki przeniesiono w bezpieczniejsze miejsce, a zgodnie z prawem islandzkim można w nich mieszkać tylko latem. O tej porze roku można wręcz zapomnieć o czającym się niebezpieczeństwie, bo pięknie położone miasteczko żyje swoim życiem. Nikt jednak nie zapomniał o ofiarach, a wspomnienie tragedii wciąż porusza mieszkańców, o czym świadczyło załamanie głosu mojego przewodnika, kiedy pokazywał mi znane mu nazwiska wyryte na tablicach.

Lawina nawiedziła  również miasto Flateyri, położone po drugiej stronie fiordu. W nocy z 26 na 27 października 1995 śnieg przykrył 29 domów i zabił 20 osób. Ograniczony dostęp do miejscowości, a także brak prądu (lawina przygniotła główny generator) znacznie utrudniły prace ratowników nadciągających z Ísafjörður i Reykjavíku. Mimo pomocy wolontariuszy, siły ratunkowe były bardzo ograniczone, a warunki pogodowe utrudniały i spowalniały pracę. Choć władze miały doświadczenie po wcześniejszej lawinie, cała akcja ratunkowa trwała bardzo długo. Stopniowo odkrywano kolejne domy i wykopywano ofiary lub rannych. Możemy się tego dowiedzieć dzięki dokumentowi Einara Gunnlaugssona “66°23 North West, The Day of The Avalanche” (“Norð Vestur, björgunarsaga”, 2010) zrealizowanemu przy okazji 15. rocznicy tragedii. Jedna z ocalonych przyznaje przed kamerą, że długo nie mogła pogodzić się z faktem, że przeżyła na miejscu swojej koleżanki, pozostali pytani również wspominają zmarłych bliskich, których zdjęcia pojawiły się na okładkach najważniejszych gazet w dniu następującym po katastrofie.

Zgodnie z badaniami przeprowadzonymi dziesięć tygodni po ataku lawiny, wśród około 100 mieszkańców miasta zdiagnozowano zaburzenia psychiczne i objawy posttraumatyczne. Informacje o ocalonych i ofiarach były śledzone przez wszystkich Islandczyków, a władze wprowadziły żałobę narodową. Walka o życie mieszkańców obu miasteczek, o których istnieniu lub położeniu często dowiadywano się w innych regionach Islandii po raz pierwszy, była tematem poruszanym w mediach przed kolejne tygodnie. Po latach pracuje się nad tym, aby nie zapomnieć o wydarzeniach z 1995; świadczy o tym choćby realizacja wyżej wspomnianego dokumentu czy słuchowiska radiowego “Flóð”, wystawionego także na deskach islandzkich teatrów. Z kolei wykorzystanie ogólnego motywu lawiny w popkulturze, w tym filmie czy w telewizji, może być ważnym elementem oswajania się z tragedią, która dotknęła niewielką populację nieprzyzwyczajoną do tak gwałtownych i niespodziewanych strat w ludziach.

Nói traci swoich bliskich w lawinie, ale w filmie Káriego nie widzimy katastrofy jako takiej. Można zastanawiać się nad licznymi prefiguracjami nadchodzącej tragedii; badacz kina islandzkiego Björn Nordfjörd wskazuje chociażby na wspomnianą już scenę oblania babci i ojca krwią czy scenę, w której lokalny wróżbita przepowiada Nóiemu śmierć. Mniej dosłownymi, a jednak bardziej poruszającymi oznakami zbliżającej się lawiny mogą być natomiast te sceny, w których Nói odśnieża wejście do domu (na początku filmu), czy strzela w sople wiszące na skale (kiedy zostaje wyrzucony ze szkoły). Często powtarzający się obraz Bolafjall górującej nad miasteczkiem (większość scen kręcono w Bolungarvik w Fiordach Zachodnich) także może być zapowiedzią potęgi natury. I choć nie dostajemy obrazu samej „tour de force”, widzimy jej następstwa: zniszczone domy oraz zdjęcia ofiar w lokalnej telewizji. Reakcja Nóiego na śmierć wszystkich bliskich nie należy do wylewnych; zapewne ze względu na jego introwertyczny charakter nie zamierza modlić się za ich dusze czy ronić łez na ich wspomnienie.

Zupełnie inaczej zachowuje się w tej sytuacji główny bohater filmu Hilmara Oddssona Zimne światło (Kaldaljós, Cold Light, 2004). Grímur (Ingvar Eggert Sigurðsson) wspomina tragedię z dzieciństwa, która wpłynęła na jego wycofanie i niepewności w dorosłym życiu. Motyw lawiny jest tutaj główną osią całej akcji; liczne retrospekcje pokazują okoliczności, w których bohater ocalał przed lawiną miażdżącą jego dom i zabijającą rodziców i rodzeństwo. Sama tragedia jest nie tylko przedstawiona wprost, ale wprowadzona już na początku filmu i zapowiadana w trakcie rozwoju akcji, w scenach takich jak rozlanie mleka na górę namalowaną przez dorosłego Grímura (co pokazuje też, jak trudno bohaterowi pozbyć się trudnych wspomnień). Scenariusz do filmu został oparty na powieści Vigdís Grímsdóttir o tym samym tytule, która została wydana w 1987 roku i dwukrotnie zaadaptowana w sztukach teatralnych. Sama powieść nie może być wiązana z tragediami z 1995, ale to tylko dowód na to, jak obecne są w świadomości Islandczyków wspomnienia związane z lawinami, obecnymi nie tylko w Fiordach Zachodnich, ale też na wschodzie (akcja filmu dzieje się w Fiordach Wschodnich).

image14mynf07130414_trapped_01

Pamięć o zmarłych zabranych przez lawinę, a szczególnie wspomnienie większych tragedii spowodowanych obsunięciem mas śniegu to kolejny dowód na to, że Islandczycy muszą liczyć się z potęgą przyrody, która ich otacza. Nauczka i doświadczenie pozwala na uniknięcie podobnych strat w przyszłości, a także udoskonalenie sposobu zabezpieczenia domów, dróg i zwierząt domowych przed podobnymi wydarzeniami. Choć lawiny śnieżne nie pozwalają o sobie zapomnieć, szczególnie w okresie między grudniem a lutym, kiedy śnieg kumuluje się na szczytach, a u podnóża gór przejeżdża więcej samochodów, sami Islandczycy tym bardziej próbują przypominać o ostrożności i pokorze w stosunku do natury. W jednym z odcinków pierwszego sezonu serialu Baltasara Kormákura W pułapce ( 2015) starszy, doświadczony mieszkaniec małej miejscowości chce przyspieszyć spadek lawiny i zmienić jej kierunek przy pomocy dynamitu, jednak staje się ofiarą własnych obliczeń i ginie w śniegu. Wspomnienia lawin pojawiają się już w trzynastowiecznych kronikach, a wiedza o tym zjawisku i eksploatowanie motywu w (pop)kulturze nie słabnie, podobnie jak potencjał islandzkich szczytów.

Ten tekst powstał dla strony Stacja Islandia.

Polacy na Islandii

„Polacy na Islandii. Rekonstrukcja przestrzeni obecności”

Autor: Małgorzata Budyta-Budzyńska
Wydawca: Wydawnictwo Naukowe Scholar
Data wydania: 2016
Liczba stron: 301

* Opis książki:

Czy polska diaspora na Islandii przetrwa i stanie się trwałym elementem krajobrazu społecznego wyspy, czy będzie zjawiskiem efemerycznym? Jaki jest profil organizacji polonijnych na Islandii? Jak globalizacja, transnarodowość współczesnych migracji i rozwój technik telekomunikacyjnych wpływają na charakter i formy działania nowych diaspor? Jak Polacy poradzili sobie w czasie kryzysu ekonomicznego na wyspie? Islandia nie chce należeć do Unii Europejskiej, mimo negatywnych doświadczeń związanych z kryzysem 2008 r. Jakie są tego powody? Dlaczego wyspiarze do początków XX w. realizowali agrarny model rozwoju, kompletnie nieprzystający do warunków przyrodniczych, który doprowadził do ubóstwa i wielokrotnie do klęsk głodu, a dopiero w XX w. zdecydowali się oprzeć model gospodarczy na rybołówstwie? Czy pomysłem na rozwój w XXI w. jest turystyka, która ma zastąpić marzenia z początku XXI w. o byciu centrum finansowym Europy?

Na te i wiele innych pytań Autorka odpowiada w sposób zajmujący, kompetentny i komparatystyczny, porównując sytuację polskiej diaspory na Islandii z sytuacją Polonii w innych krajach, prezentując islandzki proces narodowotwórczy w odniesieniu do procesów narodowotwórczych innych „małych i młodych” narodów europejskich. Książka jest wielowymiarowym opisem polskiej społeczności na Islandii, czerpiącym z kilkuletnich badań empirycznych, i fascynującą opowieścią o oryginalności i odrębności tego wyspiarskiego kraju.

* źródło opisu: tutaj

Małgorzata Budyta-Budzyńska – socjolog i politolog, ekspert w dziedzinie polityki narodowościowej w Europie Środkowej i Wschodniej, zajmuje się problematyką migracji. W latach 1992–2008 pracownik naukowy Instytutu Studiów Politycznych PAN, od 2008 r. pracownik naukowy i nauczyciel akademicki w Collegium Civitas, kierownik kilku projektów badawczych dotyczących mniejszości narodowych i polskiej diaspory na Islandii. Autorka artykułów i książek na tematy narodowościowe i migracyjne, m.in.: Mniejszości narodowe – bogactwo czy problem? (2003), Socjologia narodu i konfliktów etnicznych (2010), Integracja czy asymilacja? Polscy imigranci na Islandii (2011).

Recenzja książki:

Pozycja „Polacy na Islandii. Rekonstrukcja przestrzeni obecności” to zwieńczenie długoletniego projektu i wielu badań prowadzonych przez Małgorzatę Budytę-Budzyńską, którą należy już nazwać ekspertką od polskich imigrantów na Islandii. Socjolog i politolog, obecnie również pracownik naukowy Collegium Civitas, od pewnego czasu skupia się na problematyce narodowościowej oraz tematyce migracyjnej. Autorka licznych artykułów oraz książek poświęconych tym zagadnieniom, osobom zainteresowanym Islandią znana jest przede wszystkim z otwartych seminariów oraz spotkań, podczas których przedstawiała dotychczasowe wyniki swoich wieloletnich badań przeprowadzonych na Wyspie. W kwietniu 2015 była również gościem spotkania zorganizowanego przez Studencki Klub Islandzki, podczas którego wraz z Polkami mieszkającymi na Islandii próbowały odpowiedzieć na pytanie jak żyje się Polakom na Islandii?

Czy wydana niedawno książka odpowiada na to pytanie? Wydawałoby się, że wiemy już bardzo wiele o naszych rodakach mieszkających na Wyspie; odkąd coraz więcej Polaków decyduje się mieszkać na Islandii i nasza wiedza na temat realiów życia w tym odległym państwie wzrasta. Dlatego Budyta-Budzyńska rozpoczyna swoją rozprawę od wnikliwego opisu historii kraju oraz analizy społeczeństwa islandzkiego; pięć pierwszych rozdziałów książki to próba osadzenia Islandii w Europie, omówienie czynników wpływających na budowanie islandzkiej tożsamości narodowej, charakterystyka wyspiarskiej demokracji bezpośredniej oraz państwa opiekuńczego, a także polityka imigracyjna i reakcje na kryzys z 2008 roku. Poprzez liczne porównania do państw Europy oraz Stanów Zjednoczonych, Islandia jawi się jako miejsce wyjątkowe na tle innych, do których emigrowali dotąd nasi rodacy. Do największych różnic należy homogeniczność społeczeństwa islandzkiego, wynikająca z praktycznie nieistniejącej tradycji migracyjnej na Wyspie, a co za tym idzie również i krótki – ale bardzo intensywny – proces tworzenia się Polonii islandzkiej. Jak twierdzi badaczka, trudno nazywać tę społeczność, czy społeczności, Polonią, bo choć sami chcą się tak nazywać, to mieszkają na Islandii zbyt krótko, aby w świetle praw MSZ odpowiadać innym Poloniom.

Dopiero zapoznanie się z kontekstem pozwala czytelnikowi na obiektywne odniesienie się do cytowanych wypowiedzi Polaków pochodzące z wywiadów przeprowadzonych przez badaczkę w ostatnich latach. Po opisaniu w rozdziale VI historii osiedlania się naszych rodaków na Islandii, w następnych pięciu rozdziałach autorka zestawia wypowiedzi pytanych z wiedzą własną, wynikami badań innych specjalistów oraz powszechnymi stereotypami dotyczącymi życia na Wyspie. Bardzo cenne miejsce w książce zajmuje analiza przyczyn i przebiegu kryzysu, a także reakcji Polaków na zmiany związane z kreppą. Jak wielokrotnie podkreślała autorka, Polacy mieszkający na Wyspie przed 2008 rokiem nie doświadczyli skutków kryzysu tak dotkliwie jak Islandczycy, choćby dlatego, że nie inwestowali ani nie brali kredytów, a swoje oszczędności trzymali na kontach polskich lub wymieniali na inne waluty. Kreppa okazała się świetnym sprawdzaniem islandzkiej Polonii z innego względu; wielu naszych rodaków mimo wszystko nie opuściło Wyspy, za co gospodarze byli im bardzo wdzięczni (a rząd robił wiele, żeby nie doprowadzić do zrzucenia winy za kryzys na imigrantów, do czego często dochodzi w takich sytuacjach). Nieco odmienny charakter ma już natomiast grupa, która osiedliła się na Wyspie w tej dekadzie; Polacy przyjeżdżający na Islandię po 2010 (a w związku z boomem turystycznym) wystawieni są już na przeszkody, których nie mieli ich poprzednicy.

Wymieszanie swego rodzaju „starej” i „nowej” Polonii widoczne jest szczególnie w procesie asymilacji Polaków na Wyspie oraz towarzyszącemu jej działaniu ugrupowań czy stowarzyszeń zrzeszających naszych rodaków, szczególnie w większych miastach. Budyta-Budzyńska przedstawia charakterystykę najważniejszych organizacji, podkreślając zasięg ich działania oraz ogólny wkład w animację Polonii. Jak się okazuje, wiele z nich najlepsze czasy swojej działalności ma już za sobą, a różne misje i pomysły ich liderów nie pozwoliły na utworzenie jednego centralnego stowarzyszenia. Funkcji zrzeszającej Polaków na Islandii nie ma nawet kościół, bo choć w Reykjaviku czy Akureyri odprawiane są msze po polsku, chodzi na nie wiernych mniej niż się spodziewano. Najbardziej efektowne są jednorazowe wydarzenia ogłaszane w mediach społecznościowych, a jedynym miejscem skupiającym Polaków długofalowo okazała się Polska Szkoła w Reykjaviku.

Rozprawa Budyty-Budzyńskiej jest znakomitą lekturą, tak wyróżniającą się na rynku wśród obecnie wydawanych książek o Islandii. Napisana rzetelnie, obdarzona bogatą bibliografią i długimi przypisami dopowiadającymi lub uzupełniającymi tekst główny, stanowi wiarygodne źródło wiedzy nie tylko na temat islandzkiej Polonii, ale samej Islandii. Wciąż brak wśród polskojęzycznych publikacji solidnie napisanych tekstów poświęconych sprawom bieżącym Islandii (stąd niezwykle cenny jest rozdział poświęcony kryzysowi z 2008 roku), a nawet w sposób tak wielopoziomowy opisujący jej historię czy społeczeństwo. Największym atutem jest oczywiście poruszenie problematyki tytułowych Polaków na Islandii, choć zamknięcie badań i wysnucie wniosków w momencie rozkwitu Polonii na Wyspie czyni książkę już w tym momencie tracącą na aktualności. Nieuporządkowany i trudny do opisania kasus migracji naszych rodaków na Wyspę staje się więc przez Budytę-Budzyńską tylko częściowo uporządkowany, co jednak nie odbiera zasług ekspertce. Z perspektywy osoby od dłuższego momentu zainteresowanej sytuacją Polaków na Islandii zabrakło mi pogłębionej analizy wewnętrznych konfliktów. Autorka wspomina o niechęci jednych organizacji polonijnych do drugich, ale nie porusza wielu kwestii, np. pamiętnego artykułu w Newsweeku, który do dziś stanowi punkt zapalny dla „wojny” polsko-polskiej w niektórych kręgach.

Zdecydowanie jednak książka godna jest polecenia. Nawet jeśli czytelnika nie interesuje dogłębna analiza sytuacji Polaków na Islandii, wraz z wykresami i danymi liczbowymi, warto przeczytać książkę choćby z uwagi na część poświęconą samej Wyspie. Stanowi ona dobrze napisaną kompilację źródeł polsko-, angielsko- i islandzkojęzycznych, jak również danych zaczerpniętych w archiwach islandzkich czy na Uniwersytecie w Reykjaviku. Autorka brała również udział w wielu naukowych i polonijnych przedsięwzięciach, dlatego wiele z opisywanych faktów dodatkowo zyskuje na autentyczności. Zatem każdemu, kto więzami pokrewieństwa czy własnymi zainteresowaniami związany jest z Islandią, polecam lekturę tej książki.

Ta recenzja została napisana dla strony Stacja Islandia.

Jak nie pisać o Islandii

autor: Marta Biernat (zdjęcia: Adam Biernat)
tytuł: Rekin i baran. Życie w cieniu islandzkich wulkanów
Wydawnictwa Poznańskie
data wydania: 2017
ISBN: 978-83-7976-670-3
liczba stron: 320

Przy natłoku pozycji islandzkich wydawanych w ostatnim czasie na rynku polskim, nie spieszyło mi się do przeczytania “Rekina i barana”. Nie byłam specjalnie zaznajomiona z blogiem Bite of Iceland, którego założycielami są autorzy książki, a tym bardziej zdawałam sobie sprawę, że pozycja jest adresowana raczej do świeżych islandofilów i być może niczego nowego się z niej nie dowiem. Myliłam się, bo zdecydowanie jest to książka pełna interesujących faktów, szczególnie dotyczących obyczajów i folkloru islandzkiego. Z lekturą książki miałam mimo to spory problem, bo próbowałam podejść do niej trzy razy. Dopiero czterogodzinny lot do Reykjaviku okazał się świetną okazją, żeby jednak przez tych 320 stron przebrnąć.

Z trudem. Dlaczego? Styl książki jest naprawdę wyjątkowo ciężki, wręcz ciężkostrawny. Zdania okraszane ciągami epitetów, często wzajemnie się wykluczających, uzupełnione o archaiczne “azaliż” i tym podobne partykuły niezręcznie brzmiące w zestawieniu ze stylem potocznym. Zabiegiem towarzyszącym strudzonemu czytelnikowi jest hiperbola; według autorki ciągle ktoś lub coś popada w “obsesję”, “obłęd”, “stany szaleńcze”, “manie”. “Wszyscy bez wyjątku”, bo generalizowanie również należy do ulubionych chwytów Marty Biernat. Jako ekspertka ds. Islandczyków (po zaledwie 1,5 roku na Wyspie), ma ona łatwość nazywania narodu leniwym czy oderwanym od rzeczywistości (polecam fragment o thetta reddast). Do tego autorka ciągle nie może się wszystkiemu nadziwić. Mam wrażenie, że opowiada o Islandii jak przedszkolanka, prowadziąc czytelnika za rękę po baśniowej Krainie Ognia i Lodu.

Wielka szkoda, że książka (powieść? reportaż? relacja z podróży?) nie przeszła odpowiedniej redakcji, bo bez tych wszystkich ozdobników miałaby szansę na miano pozycji interesującej. W wielu miejscach autorka porusza kwestie dotąd szerzej nie opisywane w polskiej literaturze poświęconej Wyspie, choć niektóre ustępy niebezpiecznie bliskie są przewodnikom czy innym tekstom już wydanym (których tytułów dziwnym trafem nie znajdziemy w appendiksie pt. “Dla zainteresowanych”). Czyta się więc ją może jednym tchem, ale niestety sposób narracji zagłusza fakty i po zamknięciu książki towarzyszyło mi przykre wrażenie, że nie mam pojęcia, o czym właściwie ta książka była. Nie pomoże spis treści (bo tytuły rozdziałów właściwie nijak mają się do ich zawartości), ani ponowne przewertowanie w celu znalezienia danego fragmentu (bo autorka swobodnie przechodzi z jednego tematu w drugi i nie zawsze wiadomo, jakim kluczem się posługiwała).

Miejscami książka jest nawet całkiem zabawna, można by nawet powiedzieć, że autorka przejęła czarny humor Islandczyków, z którymi (podobno) przeprowadziła “niezwykle inspirujące rozmowy w blasku dni polarnych”. Poza tym polecam ją osobom o naprawdę stalowych nerwach lub potrafiących wyłuskać ważne informacje z kakofonii epitetów.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Ważne: autorstwo interesującej treść książki zostało wielokrotnie poddane w wątpliwość przez czytelników i autorów tekstów, z których Marta Biernat miała rzekomo bardzo mocno korzystać. Czytaj więcej tu.

Rozmowy z kamieniami

„Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii”

Autor: Berenika Lenard i Piotr Mikołajczak
Wydawca: Wydawnictwo Otwarte
Data wydania: 26 kwiecień 2017
Liczba stron: 256

* Opis książki:

Islandia – wyspa aktywnych wulkanów i olbrzymich lodowców, gorących źródeł i tysięcy wodospadów. Miejsce, o którym marzy wielu turystów. Obszar równy jednej trzeciej powierzchni Polski zamieszkany przez niespełna czterysta tysięcy osób.

Berenika i Piotr, autorzy bloga IceStory, osiedlili się na Islandii, aby poznać prawdziwe życie w kraju, który kusi i zachwyca surowym pięknem, ale też wiele wymaga od swoich mieszkańców. Poznają historię i skutki kryzysu finansowego – w 2008 roku dotknął on nie tylko Islandczyków. Penetrują wyspę w poszukiwaniu opuszczonych miejsc. Odwiedzają odizolowany Djúpavík. Kiedyś była to jedna z największych na świecie przetwórni rybnych zatrudniająca setki pracowników, dziś mieszka tam garstka ludzi. Udają się na archipelag Vestmannaeyjar. W 1973 roku wybuch wulkanu Eldfell niemal rozpołowił jedną z jego wysp i zmusił mieszkańców do ewakuacji.

Szepty kamieni ukazują nieznane, nieopisywane w przewodnikach oblicze Islandii. Niczego nie ujmując jej urokowi, dopowiadają niedopowiedziane.

* źródło opisu: tutaj

Berenika Lenard i Piotr Mikołajczak – dziennikarze, blogerzy i kucharze bez papierów. Przez trzy lata zamieszkiwali północ osobno – B. eksplorowała islandzkie bezdroża oraz działy warzywne, a P. norweskie budowy i mroczne lasy. Spotkali się na Instagramie, co uważają za ponury, choć również zabawny żart współczesnego świata. Skandynawskie konwersacje o metalu, Skyrze i Czarnobylu zaowocowały grubą nicią porozumienia, dzięki czemu urodziło się IceStory, pomysły na książki i mnóstwo pierogów radzieckich. Para na poziomie systemów korzeniowych. Praktycznie nierozerwalni.

Recenzja książki:

W ostatnim czasie na rynku polskim pojawia się coraz więcej pozycji poświęconych Islandii. Większość z nich wyszła spod piór polskich emigrantów, którzy dzielą się z rodakami swoimi doświadczeniami na Wyspie. W wydawnictwach tych nie trudno o subiektywny obraz Islandii czy szeroki opis realiów życia na odległej Północy. A wszystko to napisane przez Polaków i dla Polaków. Powieść-reportaż „Szepty kamieni. Historia z opuszczonej Islandii” jest zgoła odmienna. Tu autorzy, Berenika Lenard Piotr Mikołajczak, znani islandofilom jako prowadzący bloga podróżniczego IceStory, oddają głos samej Islandii.

Nie jest to bynajmniej wsłuchiwanie się w tytułowy szept kamieni, ale w głosy ludzi związanych z opisywanymi miejscami. Choć pierwotnym zamierzeniem autorów było stworzenie cyklu wpisów poświęconych opuszczonym lokalizacjom na Wyspie, materiał z licznych podróży po Islandii okazał się wystarczającym do wydania 200-stronicowej książki. Pojawiające się na kartach powieści stare zakłady, opuszczone z przyczyn ekonomicznych, czy puste gospodarstwa, pozostawione przez właścicieli emigrujących do USA lub do większych miast na Wyspie, stanowią swoiste „miejsca pamięci”, są obecne w opowieściach i wspomnieniach związanych z nimi ludzi. Można by nawet powiedzieć, że miejsca te „mówią” ludźmi, a Piotr i Berenika spajają liczne szepty islandzkie i polskie w płynną i dobrze napisaną narrację o Islandii, zupełnie innej od tej, którą znamy z dotychczasowych opowieści.

Islandii, która – wbrew tytułowi – nigdy nie była tak nieopuszczona jak obecnie. Mityczna Ultima Thule, pozornie niedostępna kraina na dalekiej Północy, w ciągu zaledwie paru lat stała się jedną z najpopularniejszych destynacji turystycznych i musi się teraz z tym tytułem zmierzyć. W rozmowach z Islandczykami wielokrotnie powraca temat niesfornych turystów niszczących niepowtarzalne piękno islandzkiej przyrody. Wprost przywoływane są liczne dowody na ludzką głupotę, takie jak okładanie się świeżo zerwanym mchem czy zostawianie po sobie graficznych znaków ma ścianach starych zabudowań. Wszelkie – nieudane – próby walki z nieodwracalną ingerencją przyjezdnych w naturę zdają się tylko podkreślać bezsilność i nieprzygotowanie Wyspiarzy na taki boom, a dramatyzmu dodaje fakt, że wykreowali taką sytuację na własne życzenie. Bo choć wielu Islandczyków w prywatnych rozmowach przyzna się do niechęci wobec turystów, których „kolonizacja” doprowadziła chociażby do znacznego wzrostu cen mieszkań, ci, którym udało się w tak krótkim czasie rozkręcić dochodowe interesy będą opowiadać się za tym, że rozwój turystyki był najlepszym sposobem na wydźwignięcie się z kryzysu.

Trudna relacja z turystami to tylko jeden z tematów tabu, które udało się Berenice i Piotrowi przełamać jako pierwszym. Autorzy nie boją się poruszać kwestii kontrowersyjnych lub podkreślać tych elementów islandzkiej codzienności, o których milczą kolorowe przewodniki czy liczne popularnonaukowe publikacje dostępne w Polsce. Poza rażącą chciwością, która wyrugowała niedawno jeszcze podkreślaną islandzką gościnność, w książce mowa jest także chociażby o niepodejmowanym poza Wyspie temacie „rodziny”, która de facto sprawuje władzę w Islandii. Podobnie jak jeszcze do niedawna unikano wspomnień brutalnych mordów Basków, którzy stanowili dla Islandczyków konkurencję w dziedzinie łowienia wielorybów i dopiero dwa lata temu zniesiono wprowadzony w 1615 dekret duńskiego króla Christiana IV pozwalający na zabijanie wszystkich baskijskich wielorybników dobijających do brzegów Islandii. Nie brakuje też najbardziej drażliwego tematu dla polsko-islandzkiego środowiska, a więc prawdy na temat życia emigrantów i relacji między nimi.

W opowieści jest też miejsce na historie miłe i bliskie powiększającemu się gronu islandofili. Jest więc zatem wzmianka o spektakularnych dokonaniach islandzkiej reprezentacji w piłce nożnej podczas Euro 2016 czy odniesienie się do najczęściej powielanego w polskiej prasie wątku islandzkiej wiary w elfy. Autorzy dalecy są jednak od przedstawienia tej kwestii w czysto skandaliczny sposób, charakterystyczny dla wielu dostępnych w Polsce źródeł wiedzy na temat Islandii. Tutaj wiara huldufólk, czyli ukrytych ludzi nie sprowadza się do przywołania medialnej historii o przerwaniu budowy drogi z uwagi na obecność niewidzialnych mieszkańców, ani tym samym do traktowania przywiązania Islandczyków do folkloru z przymrużeniem oka. Elfy, stanowiące integralną cześć islandzkiej przyrody, jawią się jako kolejni „szepczący”, bez których opowieść o Islandii byłaby niepełna.

Niezaprzeczalną zaletą książki jest więc przede wszystkim bezstronne, rzeczowe podejście do projektu, jakim miało być przedstawienie historii 21 opuszczonych miejsc. Z dziennikarską ciekawością i profesjonalizmem autorzy dokopali się jednak do tych warstw islandzkiej duszy, których dotąd nikt w tak dokładny sposób nie opisywał. Berenika i Piotr nie oceniają, nie banalizują żadnych wątków, a nawet pozwalają im w dość swobodny sposób przeplatać się ze sobą w tekście, przez co narracja wymyka się sztywnym ramom geograficznym przewidzianym w spisie treści. Nie przeszkadza to jednak w odkrywaniu kolejnych warstw, szczególnie czytelnikom mniej zaznajomionym ze współczesnym obliczem Wyspy, choć i tu należy wytknąć autorom i wydawcy pewne wady. Mniej oczytany odbiorca może mieć wrażenie, że niektóre wątki zostały zarysowane zbyt skrótowo, gdyż odwołania do niektórych wydarzeń z historii bywają niewystarczające i brakuje choćby minimalnego rozwinięcia tematu w treści książki czy towarzyszącym jej przypisie.

Prawdziwy islandofil doceni jednak liczne walory tej pozycji. Choć dla kogoś dobrze zorientowanego w sprawach islandzkich ta powieść-reportaż może wydawać się jedynie solidnym kompendium wiedzy o dzisiejszej Islandii, to jednak jest to kompendium pięknie opakowane. Barwny, miejscami wręcz poetycki język i atrakcyjny sposób prowadzenia narracji sprawiają, że książkę można przeczytać szybko i ze smakiem, niemalże połknąć ją na raz jak pojawiającego się często w fabule islandzkiego śledzia. Lektura nadaje się znakomicie na kilkugodzinny lot z Polski do Keflaviku: zarówno jako przewodnik dla debiutującego na Wyspie turysty, jak i instrukcję dla decydującego się na dłuższy pobyt emigranta.

Ta recenzja została napisana dla strony Stacja Islandia.