Nie deptać mchu!

Nie chciałabym powiedzieć, że cieszę się, że ludzie robią błędy. Ale dzięki nim uświadomiłam sobie, że nie tylko turyści, ale też ludzie mieszkający na Islandii nie szanują jej delikatnej przyrody.

Kilka dni temu zobaczyłam tego posta i przetarłam oczy ze zdumienia. Otóż influencerka mieszkająca na Islandii, ale znana z zupełnie nieislandzkich treści, która ostatnio zdecydowała się na produkcję podcastów proekologicznych, chwali się zdjęciem, na którym depcze mchy swoimi stopami. Pierwsza myśl: może ona nie wie, że tak się nie robi, trzeba zareagować, żeby jej fani nie zrobili tego samego. Ale opcja komentowania zdjęć na tym koncie jest wyłączona, poza tym nagle w czacie z koleżankami-miłośniczkami Islandii pojawiła się nowa wiadomość: “Myślałam, że chyba ogarnia, że po mchu się nie chodzi…”. Więc pomyślałam sobie, że skoro nie możemy zareagować bezpośrednio, to napiszę na ten temat coś u siebie. To nie jest tekst atakujący, ale uświadamiający.

A wszystko dla pięknych zdjęć…

To nie pierwszy raz, gdy media donoszą o celebrytach niszczących islandzką przyrodę.  W 2015 roku dużym echem odbiła się w Islandii wizyta Justina Biebera i ekipy filmowej realizującej teledysk do jego piosenki “I’ll show you”. Gwiazdor pojawia się w nim na tle islandzkiej przyrody, łamiąc wiele z zasad, które możemy przeczytać w tzw. The Icelandic Pledge. W niezwykle humorystyczny sposób spointowała go więc Nanna Gunnarsdóttir, reporterka Guide to Iceland. W tekście, dostępnym również w polskiej wersji językowej, pisze między innymi tak:

4. Nie turlaj się po mchu

Justin Bieber turlający się po mchu na Islandii

Możesz pomyśleć, że to żart, ale jesteśmy jak najbardziej poważni!
Islandzki mech jest przepiękny, gruby i miękki – ale również bardzo delikatny! Jego regeneracja może potrwać kilkaset lat! (a turlając się po nim możesz łatwo go powyrywać).
Prosimy, bardzo prosimy, nie turlaj się po mchu!
Uważaj również jak chodzisz po mchu. Jest tyle miękkiej trawy po której możesz to robić. W innym wypadku zdenerwujesz mieszkańców – to jedna z kilku rzeczy, których Islandczycy nienawidzą w turystach.

Celem Gunnarsdóttir nie było wyśmianie głupoty celebryty, ale przede wszystkim zwrócenie uwagi na to, jak ogromny wpływ może mieć na liczbę zniszczeń. I miała rację, bo popularność Biebera ściągnęła na Islandię rzeszę turystów, którzy chcieli fotografować się w tych samych pozach i miejscach, które widzieli w teledysku. Nawet na bardzo stromym klifie kanionu Fjaðrárgljúfur, przekraczając barierki i ignorując wszelkie znaki ostrzegawcze. Skończyło się to zamknięciem kanionu.

W Polsce też mieliśmy niedawno do czynienia z ostrą reakcją na celebrytkę niszczącą islandzką przyrodę. Mowa o Maffashion i jej sesji zdjęciowej dla jednej z marek odzieżowych. Jak donoszą źródła internetowe, modelki zaangażowane w sesję pozowały na terenach zagrodzonych, wykraczając poza barierki i depcząc islandzki mech. Sprawę nagłośnili internauci, krytykując zachowanie Maffashion m.in. w grupie “Stupid things tourists do in Iceland” oraz pod zdjęciami udostępnionymi na jej koncie instagramowym. Wśród głosów wyczytać można było poirytowanie, złość, a nawet zarzuty o hipokryzję czy niszczenie wspólnego dobra dla własnej sławy czy pieniędzy. Dziennikarze zwracali jednak uwagę na to, że odpowiedzialność za wybór miejsc do zdjęć ponoszą organizatorzy sesji zdjęciowej, słowem: firma odzieżowa. Ale w istocie najważniejsze jest to, że mech został zdeptany, a zasady dobrego smaku i zachowania się w terenie przez osobę publiczną, obserwowaną przez tysiące nastolatków, złamane. Wszystko to w czasach, kiedy natura staje się głównym tematem zmartwień młodych ludzi.

Dlaczego nie wolno deptać mchu?

Islandzki mech to właściwie nie mech, podobnie jak mech irlandzki czy szkocki.  W terminologii naukowej nazywa się go płucnicą islandzką (Cetraria islandica) i z punktu widzenia systematyki gatunek ten zalicza się do porostów. Słynny porost islandzki, który znajdujemy w wielu lekach na kaszel czy jako składnik pastylek na gardło to jedna z wielu nazw tego samego gatunku (obok płucnicy oraz tarczownicy islandzkiej). Mimo określenia “islandzki” występuje na całej półkuli północnej, jego największe siedlisko to poza Islandią również Grenlandia oraz archipelag Svalbard, ale w śladowych ilościach występuje również nawet w Polsce. W wielu krajach jest gatunkiem chronionym.

Porost ten zazwyczaj przywiązany jest do stałego miejsca, a na Islandii spotkamy go głównie na polach lawowych oraz równinach. Stanowi ważny składnik diety reniferów i owiec, a od niedawna stosuje się go również w przemyśle spożywczym przeznaczonym dla ludzi. W wielu sklepach zielarskich i herbaciarniach specjalistycznych można znaleźć go w formie suszonej lub sproszkowanej. Polecany jest na wspomaganie trawienia, bóle żołądkowe, biegunki, ale też poprawia apetyt i działa hamująco na drobnoustroje. Posiada właściwości lecznicze i jest składnikiem szeroko wykorzystywanym w medycynie i zielarstwie. Ze względu na dużą zawartość licheniny jest też stosowany w przemyśle kosmetycznym jako źródło glicerolu, np. do produkcji mydła czy kremów.

Skoro możemy go jeść i produkować z niego kosmetyki, dlaczego nie możemy po nim deptać? Bo mech występujący na Islandii to nie tylko ten jeden jedyny gatunek, ale ponad 606 różnych odmian, które zbadała profesor Ingibjörg Svala Jónsdóttir. Większość z nich jest bardzo wrażliwa na warunki atmosferyczne i nie posiada rozwiniętego systemu korzennego, co przesądza o ich delikatności.  Z uwagi na krótkie, chłodne i zimne lata obszaru subarktycznego, wegetacja na tych terenach jest mocno spowolniona, co czyni roślinność islandzką bardzo delikatną i kruchą. Każde mechaniczne uszkodzenie mchu jest właściwie nieodwracalne, a zbędne chodzenie po nim, czy umyślne wyrywanie, zgniatanie, deptanie i – co gorsza – przejeżdżanie po nim ciężkim samochodem terenowym sprawia, że mech w tym miejscu będzie odrastał przez kolejne dziesiątki lat.

Damaged moss in Iceland
Źródło: Guide to Iceland za Þingvellir National Park Facebook Site.

Te malutkie roślinki wykorzystują dużo energii do przetrwania, ale też do reprodukcji. Rosną mniej więcej jeden centymetr rocznie, ale w trudniejszych warunkach przyrost ten zamyka się w zaledwie kilku milimetrach. Trudno określić, ile dokładnie trwa życie mchu, ponieważ często organizmy te rosną i umierają jednocześnie: podczas gdy wierzchnia partia rozrasta się, piętro dolne usycha i oddaje swoje składniki mineralne na rozwój nowych listków. Co więcej, cały ten wysiłek nie jest oparty na samolubności: mech islandzki zapobiega erozji ziemi, utrzymuje wodę i wilgotność, a także stanowi siedlisko dla wielu organizmów.  Co najważniejsze, w Islandii pozbawionej większych skupisk leśnych i wyższych drzew, mech stanowi niemal główne źródło tlenu i pochłania dwutlenek węgla.

***

Mam nadzieję, że teraz rozumiecie już, o co ta afera. W odpowiedzi na mój instagramowy apel dostałam odpowiedź “Kto nie chodził po islandzkim mchu, niech pierwszy rzuci kamieniem!”. Starajmy się tego nie robić, proszę Was. A tym bardziej, jeśli jesteśmy influencerami i nasze zachowania uwieczniane na zdjęciach mogą być złym przykładem dla tysięcy osób. W okolicach Reykjaviku, a szczególnie na południu Wyspy, mech zadeptywany jest przez turystów, a może czasem nawet i mieszkańców Islandii. Ale czy sami Islandczycy nie widzą rangi problemu? Podczas zorganizowanych wycieczek przypomina się uczestnikom o delikatności mchu, a w wielu materiałach poświęconych zwiedzaniu Islandii znajdziemy to samo napomnienie. A więc: Nie deptać mchu!  “Don’t traðka [tratować] on the moss – it grows back so slow.”

2 Replies to “Nie deptać mchu!”

  1. Emiliano, dzięki! Świetny tekst. Ekologia przez zrozumienie, szacunek dla miejsca, mieszkańców, natury, przez zachętę do myślenia!

    Pozwól, że dodam coś od siebie. Nie bez znaczenia jest być może skala problemu. I w wymiarze geograficznym (rzeczywiście na południu inwazja turystów myślących “zapłaciłem z przylot, więc po mnie choćby potop, szybciej, szybciej zniszczmy coś jeszcze, będę bardziej znany!” czyni szkody, których natura nie odbuduje szybko, jeśli w ogóle) i w wymiarze przykładu/naśladownictwa/niebezpiecznej popularyzacji miejsc łatwych do zadeptania oraz zachowań nagannych. Zepsuł mi się samochód (element podwozia) u południowych wrót interioru. Ileż się natrudziłem, by podnieść auto bez “używania” skarpy, której roślinności było mi szkoda. Leżę pod spodem, a tu nadjeżdża… wesele, islandzkie wesele! Na skarpie ląduje toaleta z przyczepy, która demoluje wszystko wokół. Eleganccy Islandczycy (25-30 osób w wielkich terenowych busach + obsługa) dzielą się na tych, którym nieswojo i na tych, którzy zachowują się jakby trenowali przed rolą Chińczyków w hipotetycznym filmie “Turystyczny zmierzch Islandii”.
    Fotografka (jedyna ze wschodnim akcentem, raczej w roli współorganizatorki) ruga mnie jak psa (chronimy mech… więc proszę o ochronę, bo chrońmy też zwierzęta), żebym wynosił się natychmiast (jak ??? do diaska!) bo zepsuję kadr wspaniałej imprezy, a rzecz odbywa się na krawędzi Parku Narodowego Vatnajökull. Upewniałem się później, że nie mogli tego terenu zarezerwować – jak wykrzykiwała. Początkujący islandzki kierowca pod okiem kolegi trenuje operowanie przyczepą totalnie niszcząc przednimi kołami skarpę, którą ja oszczędziłem kosztem kolosalnego wysiłku i pomysłowości (a mogłem też najechać na nią i mieć auto poniesione w 5 sek., tylko że z góry to wykluczyłem, mając w wyobraźni skutki dla przyrody i jeszcze tysiące EUR potencjalnego mandatu).
    Generalnie dają mi odczuć, że to ja jestem niezdarą skoro tkwię tu gdzie tkwię. Ale już kiedy na rzeczonej skarpie wypina im się z koła wężyk do automatycznej regulacji ciśnienia w oponie – buta ustępuje zagubieniu i to ja im go zapinam z powrotem na miejsce. To tylko jedno ze spojrzeń na skalę i perspektywę – jak równie bywa z ideami i ich obrońcami. Innym razem w pewnej części wyspy chodzimy “delikatnie” i na boso w trójkę z Islandczykiem szukając ścieżki wśród połaci mchu i jesteśmy sami po horyzont, a wyprawa podpowiada jak zrealizować to wspomniane w artykule “uważaj również jak chodzisz po mchu”. Widok Islandczyka dotykającego z uwielbieniem mchu lub cieszącego się jego zapachem, może być przepustką do zajrzenia pod tę nierzadką twardą skorupę zgodną z wizerunkiem Wikingów 😉 Jeszcze innym razem w okolicy Mývatn zwracam uwagę parze amerykańskojęzycznych turystów i ich towarzyszce, że to co robią siedząc i beztrosko wyszarpując butami mech, może nie być OK. Rzeczona towarzyszka okazuje się być Islandką z okolicy… Za słabo znam angielski i islandzki, by zacytować wiernie poziom agresji (wobec mnie) tej kobiety (a generalnie uwielbiam Islandczyków!) – i chyba dobrze, że nie zrozumiałem wszystkiego, bo ilość inwektyw i tak była zbyt duża jak na moje dobre intencje i pojemność emocji. Jeszcze innym razem, gdy po przejechaniu rzeki na wschodnim pustkowiu zatrzymałem się zrobić zdjęcie, spod ziemi pojawiła się elfica (?) na rowerze (malarka, która rezydowała jako rangerka w schowanej za wzgórzem chatce), żeby spokojnie i z miłością do swojego kraju wytłumaczyć mi po przyjacielsku, abym przypadkiem nie zawracał teraz rozjeżdżając pobocze, bo słusznie domyśliła się, że byłem bliski zrealizowania tej pokusy 😉 “Ten nietknięty piasek wokół Twojego auta to nasz skarb narodowy, coś najcenniejszego co tu mamy”. Jak się tak myśli i o mchu – nie ma zbyt wielu dylematów co robić, a czego nie robić – oraz w których miejscach.

    Cóż, może jednak istnieje ten problem skali – i jak wiele razy przekonuję się na Islandii- nic nie musi być tak czarno-białe jak nam się tutaj z Polski wydaje. Przede wszystkim myśleć. Wtedy można zasady zrozumieć i “same się stosują”. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że jako obcokrajowcy i turyści jesteśmy w ogromnej mierze winni bezmyślnym zniszczeniom natury na wyspie.
    Nasi rodacy nawet w internecie potrafią chwalić się co zniszczyli, gdzie rozbili namiot (pamiętne “trofeum” jednego nicponia – dumnego, że rozbił się we… wraku samolotu; albo taka książka, dość rozpowszechniona niestety, pewnego naszego “podróżnika”, który w imię fascynacji literaturą i własnej popularności… włamuje się do przybudówki, bo… nie ma zamiaru płacić za hotel). Na pewno od celebrytów powinniśmy wymagać większej inteligencji, wyobraźni i odpowiedzialności. Nie mam wątpliwości, że lans w celebryckim stylu pokazujący nadmierną eksplorację mchu jest czymś niewłaściwym i każdy powinien wiedzieć, czy wyrządził przy tym zło. Jeśli zrobił źle i świadomie – nie ma usprawiedliwienia! Nie mam też żadnej wątpliwości, że każda okazja jest dobra, by edukować w tej kwestii. Sam leżałem na mchu, ale w miejscu, czasie i skali, wraz z Islandczykami, gdzie sumienie mi nie cierpiało (i nadal nie cierpi), nakręciłem też teledysk wśród mchów, ale byłem tam w kolejnych latach niemal rok po roku (takie moje miejsce) i umiałem żadnych śladów zniszczeń nie spowodować. Na południu nadal będę zwracał uwagę każdemu, kto będzie niszczył. Skala! I chciałbym, żeby Islandczycy, szczególnie w pokoleniu 35- , nadążyli za naszym wyobrażeniem ich porządku i obronili ideały istniejące na wyspie przed Wizz-erą.

    Dzięki, Emiliano za świetny artykuł! Bardzo mi się podoba, polecam pokazywać znajomym i nieznajomym! Wybacz zapewne nadmierny komentarz, w żaden sposób nie mam zamiaru polemizować z Twoim słusznym stanowiskiem, wręcz odwrotnie! Nie pierwszy raz pokazujesz temat szeroko – dla zrozumienia, chciałem więc uzupełnić o dodatkowe perspektywy. Nie deptać mchu! Myśleć…

    1. Bardzo dziękuję Ci za ten wyczerpujący komentarz! Masz więcej doświadczenia jeżdżenia po Wyspie, żeby pokazać Islandczyków o dwóch stanowiskach. To cenna uwaga i uzupełnienie mojego wpisu! Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *