Północ widziana z kajaka

Z wiosłem i wiatrem. Kajakiem po wodach Północy

Autor: Zbigniew Szwoch
Wydawca: BookEdit
Data wydania: 2022
Liczba stron: 179

Debiutancka książka Zbyszka Szwocha to zapis kilku wypraw kajakowych po arktycznych wodach wzdłuż brzegów Norwegii, Grenlandii, Wysp Owczych i Islandii. Choć przez ostatnie 10 lat autor często bywał na Północy, a opisywane kraje odwiedzał wielokrotnie, czytelnikowi postanowił przybliżyć akurat te kajakowe podróże z lat 2016-2021.

Na tę opowieść czekało wielu miłośników Północy i nietypowych podróży. Zbigniew Szwoch znany jest w obu środowiskach od lat, dzięki udziałowi w licznych imprezach tematycznych i za sprawą relacji, które pojawiały się na jego blogu i filmów na YouTube. Świetnym dowodem wsparcia i uznania w medialnym świecie nordycko-podróżniczym jest imponujący zbiór partnerów, których loga zajmują ostatnich kilka stron książki. I choć rzadko recenzuję książki od końca, otrzymawszy swój egzemplarz z rąk samego autora, wertując strony najpierw trafiłam właśnie tam. I przypomniałam sobie, że po raz pierwszy usłyszałam o Zbyszku właśnie podczas jednego z północnych festiwali.

Obejrzyj pokaz zdjęć Zbyszka Szwocha z muzyką Daltona 1015.

W programach okołoskandynawskich eventów obecnych jest wielu dzielnych podróżników, mających naprawdę intrygujące pomysły na zwiedzanie Północy. Rowerem, pieszo czy na nartach biegowych, przemierzają skutą lodem czy wysmaganą wiatrem subarktyczną Skandynawię, nierzadko dzieląc się wrażeniami z podróży niemalże w czasie rzeczywistym. Z wielu takich wypraw pozostał solidny materiał na mediach społecznościowych i foto-relacje, czasem też pamiętnikarskie wpisy na blogu oraz książki. Po te ostatnie sięgam najchętniej, szczególnie jeśli dotyczą Islandii. Na mojej półce stoi więc sporo relacji z rowerowych czy samochodowych podróży po Wyspie, ale o opłynięciu islandzkich wybrzeży kajakiem jak dotąd jeszcze nie czytałam. Na książkę Zbyszka Szwocha „Z wiosłem i wiatrem. Kajakiem po wodach Północy” czekałam więc z niecierpliwością.

Na początek warto podkreślić, że autor oddaje nam w ręce opowieść będącą zbiorem wspomnień sprzed lat, spisaną z perspektywy czasu. Debiutancka książka Zbyszka Szwocha to zapis kilku wypraw kajakowych po arktycznych wodach wzdłuż brzegów Norwegii, Grenlandii, Wysp Owczych i Islandii. Choć przez ostatnie 10 lat autor często bywał na Północy, a opisywane kraje odwiedzał wielokrotnie, czytelnikowi postanowił przybliżyć akurat te kajakowe podróże z lat 2016-2021. Podróże opisywane są szczegółowo, bez pomijania najbardziej ludzkich detali i osobistych spostrzeżeń autora. Dokładnie opowiada nam on gdzie i z kim pływał, kogo spotykał, jakiego dokładnie sprzętu używał, dzięki czemu narracja staje się inspiracją i instrukcją dla każdego, kto chciałby pójść, a raczej popłynąć, śladem Zbyszka.

Co więcej, poza relacją z samej podróży kajakiem w pięknych okolicznościach przyrody, otrzymujemy również garść informacji na temat regionów, w których przemieszcza się autor. W rozdziałach poświęconych Grenlandii pisze sporo o kulturze Innuitów, ekspertów od kajakarstwa. Podczas snucia opowieści z Norwegii wspomina o Saamach, z kolei wspomnienia z Wysp Owczych pozwalają na opis tanecznych obchodów święta narodowego Ólavsøka czy podzielenie się prywatną opinią na temat Grindadráp. Choć na wskroś subiektywna, jego opowieść jest bardzo wyważona, prowadzona z szacunkiem do gospodarzy i ogromną świadomością realiów lokalnego życia. Nie ma tu wartościowania ani oceniania, jak zdarza się czasem w polskich relacjach z podróży. Zresztą Szwoch, choć nierzadko pojawia się w miejscach bardzo turystycznych, nie jest typowym turystą, co potwierdzi jeden z napotkanych miejscowych opisywanych w książce.

Jak twierdzi sam Zbyszek, na taką perspektywę na pewno pozwala kajak. W swojej książce nie raz przemierza północne krajobrazy pieszo, rowerem, a także samochodem, ale to właśnie wodny środek transportu pozwala mu na pełniejsze zespolenie z lokalną naturą, spotkania z dziką zwierzyną i moc doznań. Czasem całodniowy intensywny wysiłek wynagradza mu odpoczynek na plaży i wpatrywanie się w spektakl zachodzącego słońca odbijającego się w wodzie. A czasem zmęczone mięśnie i stargany umysł nie mają szans na odpoczynek, gdy ulewa bombarduje namiot albo gdy kajak przecieka. Biorąc tę książkę do ręki nie spodziewajcie się więc laurki napisanej pięknej nordyckiej przyrodzie i naturalnym zewom, które sprawiają, że chce się żyć. Niektóre odcinki podróży przypominają walkę o przetrwanie, a inne faktycznie nimi są. Autor bez ogródek opisuje te najgorsze momenty, wpuszczając czytelnika w ten intymny świat porażek. Ale być może właśnie dlatego od pierwszych stron książki buduje napięcie i tworzy więź z odbiorcą, który oczekuje kontynuacji opowieści.

Bo „Z wiosłem i wiatrem. Kajakiem po wodach Północy” jest jak opowieść snuta po długiej podróży albo gawęda w letnią noc przy ognisku na plaży. Zaczyna się trochę topornie, sekwencją krótkich zdań budowanych nieco chaotycznie, tak jakby opowiadacz stopniowo ściągał na siebie uwagę słuchaczy albo, z początku nieco nieśmiały czy niechętny do bycia w centrum uwagi, dopiero zostawał namawiany do opowiedzenia tej historii. Kiedy jednak opowieść na dobre się rozkręca, czytamy ją jednym tchem, w oczekiwaniu na kolejne perypetie. Razem z autorem oczekujemy następnych wypraw i dzielimy jego obawy związane z warunkami atmosferycznymi albo stanem sprzętu. Choć wielu czytających, tak jak ja, może nie mieć pojęcia o technicznym aspekcie tych kajakarskich wypraw, a wiosła trzymało w rękach tylko podczas wakacyjnych spływów, nagle łatwiej wyobrazić sobie skalę zmęczenia i niebezpieczeństwa, mamy ochotę poczuć tę adrenalinę na własnej skórze.

Pamiętnikarska forma książki daje też nie raz okazję do lepszego poznania samego autora. Dzieląc się swoimi opiniami na temat zmian klimatycznych czy dbałości o przyrodę, a także krytyką współcześnie uprawianej turystyki, Zbigniew Szwoch opowiada nam też historie dziejące się poza wyprawami, tak jak te związane z realiami pandemicznymi czy stawiające w samym centrum jeże, prywatnych podopiecznych autora. Jest tu także miejsce na sceny rodzinne i refleksje na temat dość oczywisty, ale niekoniecznie chętnie podejmowany przez podróżników. Zbyszek natomiast pisze wprost o równoważeniu samotnych podróży i czasu spędzonego poza domem z życiem prywatnym, a także kompromisach, które w pojawiają się w życiu spragnionego kolejnych wypraw młodego ojca.

Piękne wydana, a należy podkreślić, że własnym sumptem, książka „Z wiosłem i wiatrem. Kajakiem po wodach Północy” to kilkanaście historii z wybrzeży Norwegii, Grenlandii, Wysp Owczych i Islandii, okraszone autorskimi fotografiami i odnośnikami do literatury fachowej. Całość ma mniej niż 200 stron (numerowanych uroczymi sylwetkami kajakarza), ale poleca się na wakacyjną lekturę. Kto wie, może będziecie ją czytać w namiocie podczas wyprawy kajakiem po Północy?

Dziękuję za egzemplarz recenzencki autorowi, Zbigniewowi Szwochowi. Swój egzemplarz zakupisz w największych księgarniach oraz na stronie internetowej autora.

PS: Autor będzie gościem Miesiąca Islandzkiego 2022. Rozmowy wokół książki posłuchasz we wtorek 24 czerwca o godzinie 20:00 na moim Facebooku. Zachęcam do zadawania pytań autorowi oraz wzięciu udziału w konkursie, ponieważ będzie można wygrać egzemplarze z autografami autora. Szczegóły na moim Facebooku!

Taka mała, a ważna

“Wielka historia małej wyspy. Jak Islandia zmieniła świat”

Autor: Egill Bjarnason
Wydawca: Znak literanova
Data wydania: 2022
Liczba stron: 368
Przekład: Agnieszka Nowakowska

O tym, że mała wyspa na Atlantyku może pokrzyżować nam plany, dowiedzieliśmy się w 2011 roku, kiedy erupcja islandzkiego wulkanu Eyjafjallajökull zablokowała ruch lotniczy nad Europą. Ale jak przekonuje Egill Bjarnason, momentów kiedy Islandia dała się we znaki całemu światu było w historii znacznie więcej.

Egill Bjarnason jest islandzkim dziennikarzem, który publikował na łamach gigantów takich jak New York Times i National Geographic. W Islandii zajmuje się reportażem; jego teksty i fotografie relacjonowały bieżące wydarzenia z Afryki czy Bliskiego Wschodu. W swojej debiutanckiej książce How Iceland Changed the World z 2021 roku zmienia jednak perspektywę i angielskojęzycznemu czytelnikowi zdaje raport z tego, co na przestrzeni lat działo się w Islandii. A raczej – co za sprawą Islandii wydarzyło się na świecie. Wychodząc bowiem z założenia, że historia jego kraju jest raczej mało znana poza Islandią, Bjarnason stawia ją w centrum światowych wydarzeń, wybierając te, w których mała wyspa na Atlantyku mieszała swoje palce. Świadomie lub nie, zdaniem autora Islandia zmieniła bowiem zmieniła świat.

Opowieść prowadzona jest chronologicznie, tzn. od zasiedlenia Islandii w epoce wikingów po czasy współczesne. Każdy rozdział został jednak napisany tak, aby to Islandia była punktem wyjścia dla znanych czytelnikowi, przełomowych wydarzeń. Stąd pierwszy rozdział bardziej niż na pierwszych osadnikach w Islandii skupia się na wyprawach wikingów na Grenlandię i odkryciu Ameryki. Dzieje islandzkiego średniowiecza opisane są z perspektywy islandzkich sag i tego, co dzięki nim wiemy dzisiaj o tamtejszym świecie. Historia nowożytna skupia się na erupcji wulkanicznej, która doprowadziła do rewolucji francuskiej, a czasy współczesne opisane są z perspektywy przełomowych polityczek i kryzysu ekonomicznego. Słowem: autor wybrał momenty, dzięki którym Islandia pojawiała się na kartach historii i  przypominała o sobie w światowych mediach.

Wiele z tych wydarzeń miłośnik Islandii lub oczytany czytelnik i czytelniczka mogą już znać. Nie jest już przecież tajemnicą, że to wikingowie z Islandii odkryli Amerykę na wiele lat przed Kolumbem, a gdyby nie strategiczna baza amerykańska na Wyspie, dzieje II wojny światowej mogłyby potoczyć się inaczej. Autor nie poprzestaje jednak wyłącznie na powszechnie znanych faktach, ale wynajduje smaczki i przybliża mniej znane historie i wersje wydarzeń. Przykład? W rozdziale poświęconym wyprawom wikingów owszem wspomina Eryka Rudego i Leifa Szczęśliwego, ale sporo miejsca poświęca też postaci dotąd pomijanej w tej narracji o dzielnych odkrywcach, czyli Guðríðr Þorbjarnardóttir, głównej bohaterce Sagi o Grenlandczykach. Metoda Bjarnasona często opiera się na opisaniu historii z perspektywy poszczególnych bohaterów, czyli Islandczyków, których warto znać. Dzięki temu poznajemy nazwiska osób ważnych dla islandzkiej przeszłości, ale nieobecnych w naszych podręcznikach od historii. Nie ma tu zresztą tylko postaci historycznych, bo jedną z bohaterek książki Bjarnasona jest Islandka, która opowiadała Tolkienowi islandzkie wierzenia ludowe. Jak się nazywała? Trzeba zajrzeć do książki, żeby się o tym dowiedzieć!

Narracja autora jest zresztą bardzo subiektywna. Sporo miejsca poświęca czasom wikingów i średniowieczu, a potem przeskakuje już do XVIII wieku i ponad połowę książki zajmuje historia nowoczesna. Można zgadywać, że zdaniem autora między śmiercią biskupa Jóna Arnasona a wybuchem Laki niewiele istotnego dla dziejów świata wydarzyło się na Islandii. Ale wiele opisywanych w książce wydarzeń z bliższej przeszłości Islandii też nie miało przełomowego charakteru poza Wyspą, a jednak zostało opisanych. W gruncie rzeczy brak tu kilku ważnych wydarzeń, o których wspomina chociażby Gunnar Karsslon w Historii Islandii w skrócie, ale najwyraźniej Egill Bjarnason miał powód, by pominąć masakrę na Baskach albo wojnę dorszową. I dobrze, bo dzięki temu znalazło się miejsce na inne, mniej znane wydarzenia.

Z perspektywy osoby oczytanej w temacie Islandii i znającej jej historię, bardzo ucieszyłam się na wątki, o których jak dotąd nie miałam okazji więcej przeczytać. Jednym z nich jest chociażby wielki mecz szachowy między Bobby’m Fischerem a Borisem Spasskim, który odbył się w 1972 roku w Reyjavíku. Bjarnason umieszcza go w kontekście zimnej wojny i słynnego spotkania Ronalda Reagana i Michaiła Gorbaczowa w 1986 roku w Höfði, jednak to właśnie islandzki epizod z życia amerykańskiego szachisty jest głównym wątkiem całego rozdziału poświęconego tym czasom. Podobnym zaskoczeniem jest także historia powstania państwa Izrael, w której udział brał pewien Islandczyk.

Możliwe, że tak obszerne omówienie tych wydarzeń, obok dziejów amerykańskiego wojska na Wyspie podczas II wojny światowej oraz ćwiczeń NASA w islandzkim krajobrazie księżycowym, wynika z pisania książki z myślą o rynku anglosaskim. Wydana po angielsku, a nie islandzku przecież, książka How Iceland Changed the World została zresztą dobrze przyjęta w Ameryce, na co z pewnością liczył wykształcony na tamtejszych uniwersytetach autor. Zresztą co tu dużo mówić: jeśli Islandia zmieniła świat, to głównie dlatego, że mieściła się w połowie drogi między Waszyngtonem a Moskwą, dzięki czemu faktycznie miała strategiczne położenie w nowoczesnych wydarzeniach. A kto nie odrobił pracy domowej z historii, może się na ten temat doszkolić właśnie dzięki lekturze książki Bjarnasona.

Można więc powiedzieć, że “Wielka historia małej wyspy. Jak Islandia zmieniła świat” to w gruncie rzeczy nie tyle książka historyczna, co dziennikarski reportaż z przeszłości. Autor przybliża dzieje małej wyspy zachodniemu czytelnikowi, stawiając ją w świetle ważkich wydarzeń, a jednocześnie oswajając z myślą, że wielka historia nie musi dziać się tylko w najsilniejszych państwach. To z resztą znany od lat sposób Islandczyków na przetrwanie w wielkim świecie: zgodnie z dewizą besta í heimi, czyli, że wszystko co islandzkie jest najlepsze na świecie. Bjarnason kilkakrotnie przypomina zresztą, że jego rodacy uwielbiają przechwalać się statystykami (czego to nie mają najwięcej per capita) oraz małymi zwycięstwami, które z powodzeniem wyolbrzymiają do gigantycznych rozmiarów (pierwsza prezydentka, pierwsza jawna lesbijka na fotelu premiera, i tak dalej…)

Z drugiej strony islandzki dziennikarz napisał historię swojego kraju z ciekawej, bo outsiderskiej perspektywy. Niby czytelnik nie ma wątpliwości, że autor jest Islandczykiem, bo używa określeń “w naszym kraju” oraz “u nas”, a jednak wydana po angielsku w 2021 roku książka How Iceland Changed the World została zaadresowana do tych, którzy Islandii nie znają od środka. Sam autor też próbuje złapać dystans do własnego kraju, a we wstępie przyznaje, że do napisania książki by nie doszło, gdyby nie dość szalony pomysł zaciągnięcia się do załogi statku. Można więc powiedzieć, że dopiero patrząc na wyspę spoza brzegu mógł napisać jej historię, a podążając śladami bohaterów z przeszłości, lepiej zrozumiał ciągoty swoich przodków do przemieszczania się i tworzenia wielkiej historii poza granicami swojego państwa.

“Wielka historia małej wyspy. Jak Islandia zmieniła świat” Egilla Bjarnasona to przyjemna lektura z kategorii tych, które bawiąc – uczą. Napisana z humorem i charakterystyczną dla Islandczyków autoironią, jest skarbnicą wiedzy na temat mniejszych i większych wydarzeń z historii, o których nie opowiadali nam w szkole. Co więcej, podróż przez dzieje Islandii i całego świata pozwolą na lepsze zrozumienie Islandczyków, szczególnie tego, czym Islandia jest dzisiaj i za co mamy w zwyczaju ją tak uwielbiać.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Znak literanova.

 

PS: Autor będzie gościem Miesiąca Islandzkiego 2022. Rozmowy wokół książki (w języku angielskim) posłuchasz we wtorek 21 czerwca o godzinie 16:00 na moim Facebooku. Zachęcam do zadawania pytań autorowi (również w języku polskim, będę je tłumaczyć), ponieważ najciekawsze zostaną nagrodzone egzemplarzami książki Wielka historia małej Wyspy. Jak Islandia zmieniła świat. Patronem spotkania jest wydawnictwo Znak litera nova.

Drugie życie Szeptów Kamieni

„Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii” (wydanie drugie)

Autorzy: Berenika Lenard i Piotr Mikołajczak
Wydawca: Wydawnictwo Otwarte
Data wydania: 2022
Liczba stron: 320

“Tego kraju nie da się poznać, czytając książki “- powiedział Tolli Morthens w wywiadzie udzielonym Piotrowi i Berenice, autorom reportażu Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii.

Islandzki malarz ma sporo racji, ale drugie wydanie debiutanckiej książki duetu Ice Story utwierdziło mnie w przekonaniu, że Piotrowi i Berenice udało się opowiedzieć historię o Islandii nieznanej, wciąż obcej rzeszom turystów, a nawet miłośnikom Islandii. Choć wiem, że Szepty z 2017 roku towarzyszyły wielu osobom w podróżach na Wyspę (sama po raz pierwszy leciałam w samolocie do Keflaviku z wydrukiem recenzenckim w ręku), a opisane tam miejsca pojawiły się na mapach wielu turystów z Polski, to po przeczytaniu ulepszonej wersji przypomniałam sobie o miasteczkach, do których jeszcze nie dotarłam i lokalizacjach, które nawet już nie istnieją.

Gdy czytam moją recenzję wydania z 2017 roku, przypominam sobie miłe okoliczności jej napisania. Sam fakt, że czytałam książkę podczas podróży na wymarzoną Islandię, a lektura całkowicie wypełniła mi czas 3-godzinnego lotu. I że gdy już dotarłam na miejsce, mogłam od razu skonfrontować pierwsze wrażenia w spotkaniu z autorem, Piotrem Mikołajczakiem. Po powrocie z pierwszej wycieczki na Islandię napisałam recenzję, potem prowadziłam jedno ze spotkań autorskich w Warszawie, a przez lata zaprzyjaźniłam się z Piotrem i Bereniką, spotykając się z nimi na Wyspie, jak i w Warszawie. Czy mając taki sentyment do tej książki i bardzo osobisty stosunek do jej autorów, wypada mi teraz w ogóle pisać nową recenzję? Gdy czytam tę pierwszą, wydaje mi się ona wciąż dość obiektywna:

Niezaprzeczalną zaletą książki jest więc przede wszystkim bezstronne, rzeczowe podejście do projektu, jakim miało być przedstawienie historii 21 opuszczonych miejsc. Z dziennikarską ciekawością i profesjonalizmem autorzy dokopali się jednak do tych warstw islandzkiej duszy, których dotąd nikt w tak dokładny sposób nie opisywał. Berenika i Piotr nie oceniają, nie banalizują żadnych wątków, a nawet pozwalają im w dość swobodny sposób przeplatać się ze sobą w tekście, przez co narracja wymyka się sztywnym ramom geograficznym przewidzianym w spisie treści. Nie przeszkadza to jednak w odkrywaniu kolejnych warstw, szczególnie czytelnikom mniej zaznajomionym ze współczesnym obliczem Wyspy, choć i tu należy wytknąć autorom i wydawcy pewne wady. Mniej oczytany odbiorca może mieć wrażenie, że niektóre wątki zostały zarysowane zbyt skrótowo, gdyż odwołania do niektórych wydarzeń z historii bywają niewystarczające i brakuje choćby minimalnego rozwinięcia tematu w treści książki czy towarzyszącym jej przypisie.

Nowa – rozszerzona i zaktualizowana wersja – Szeptów kamieni odpowiada na część moich “postulatów”. Choć przyznam się bez bicia, że nie analizowałam dokładnie, linijka po linijce, treści obu wersji, w nowym wydaniu czuje się więcej informacji, wyjaśnień, a autorzy uzupełnili treść o dodatkowe odwołania do dalszych lektur i wzbogacili bibliografię. Merytorycznie treść książki została więc udoskonalona, nie mówiąc już o aktualizacji podanych w 2017 roku wydarzeń i informacji, z uwzględnieniem sytuacji pandemicznej, ale też ekonomicznej i geograficznej (pojawia się chociażby informacja o wulkanie Fagradalsfjall, którego wybuch zdominował wiadomości z Islandii swego czasu).

Co więcej, stara treść została nie tylko udoskonalona, ale przybyły również nowe podrozdziały w ostatniej części książki, poświęconej Emigracji. Jak dotąd Piotr i Berenika byli dość niewidoczni w swoich książkach, zdradzając swoją obecność jedynie w tu i tam użytej formie pierwszej osoby liczby mnogiej, ale prowadząc narrację reportażu w sposób raczej obiektywny, chłodny, choć i bardzo żartobliwy. Tymczasem drugiemu wydaniu towarzyszy podejście bardziej osobiste, a własne doświadczenia reemigracji autorów można poznać z pierwszej ręki – bez szczegółów przyznają, że powrót na Wyspę wydawał się po rocznym pobycie w Polsce niemal konieczny. Wyspa przyciąga, o czym mówią bohaterowie reportażu, ale i sami autorzy udowadniają, że musieli tu wrócić. Ta prywatna historia dodaje całości rys wiarygodności, a czytelnicy zżyci z autorami dzięki mediom społecznościowym na pewno ucieszą się na możliwość przeczytania nowych podrozdziałów.

Nowe wydanie otrzymało lepszą szatę graficzną, znajdziemy tam również więcej zdjęć, nie tylko wydrukowanych (choć wiele z nich pokrywa się z obecnymi w pierwszym wydaniu, tutaj są lepszej jakości i w większym formacie), ale też załączonych w QR kodach przed każdym nowym rozdziałem. Ten, kto lubi czytać książki z telefonem w ręku, może więc przeglądać jednocześnie zdjęcia, a nawet posłuchać islandzkiej muzyki z playlisty przygotowanej przez Aleksandrę Kaczkowską. Ta miłośniczka Islandii, fotografka i dziennikarka często zapraszająca Piotra Mikołajczaka do swoich audycji w “Trójce”, opatrzyła nowe wydanie własnym tekstem “W nutach zaklęty krajobraz Islandii”.

Te nowe elementy świetnie dopełniają lekturę książki tym, którzy planują przenieść się na Islandię z domowego fotela albo rozpocząć przygodę z tym pięknym krajem. Jeśli drugie wydanie Szeptów trafi w ręce debiutującego islandofila, z pewnością będzie to świetny początek przygody, a dzięki rozbudowanej przedmowie z wymienieniem wielu innych miejsc (głównie w Internecie) promujących wiedzę o Islandii, ów czytelnik lub czytelniczka od pierwszych stron książki prowadzeni są za rękę do innych sprawdzonych przez autorów osób, które polecają czytać, śledzić i obserwować.

A jeśli jednak ktoś ma ochotę zabrać Szepty w teren i potraktować nowe wydanie jako alternatywny przewodnik po Wyspie (a wielu pojechało na Fiordy Zachodnie lub inne opuszczone miejsca właśnie za sprawą pierwszej wersji Szeptów kamieni), mogą to zrobić również dzięki umieszczonej na końcu publikacji mapie (również w wersji on-line zapisanej w QR kodzie), na której zaznaczone są lokalizacje opisane w książce, dodatkowo opatrzone dokładnymi współrzędnymi, które możemy wprowadzić do naszego GPSa czy innej nawigacji, a ta zaprowadzi nas już sama w te islandzkie “nieznane”.

Słowem, mam wrażenie, że Piotr i Berenika potraktowali swoich czytelników tak, jakby sami chcieli zostać potraktowani. Myślę, że po latach dokładnego researchu i przejechaniu Islandii wzdłuż i wszerz (wielokrotnie!), postanowili oddać w nasze ręce zaktualizowaną wersję książki-przewodnika po ich własnej, subiektywnej Islandii. Co więcej, ułatwiają nam poznanie ich wersji tego zakątka świata przez wszystkie narzędzia, którymi okraszono drugie wydanie Szeptów kamieni. Imponujące, że – co jednak rzadkie wśród autorów piszących o Islandii – wydanie nowej, poprawionej wersji udowadnia silny związek z tematem, a pomimo ciągłego pisania o Wyspie Piotr i Berenika nie znudzili się nią, a nawet postanowili wrócić do dawnego tekstu i go zredagować. Może to pedantyzm, może poczucie szacunku dla czytelnika, a może po prostu wewnętrzna potrzeba napisania swojej pierwszej książki niejako na nowo. Większość autorów porzuca swoje debiuty i niechętnie do nich wraca (kto z nas zadowolony jest ze swoich pierwszych tekstów?), tu natomiast otrzymujemy nowy produkt, lepszy i piękniejszy od pierwszego.

Co ważne, odpicowana wersja Szeptów kamieni przyniesie dużo dobra. Autorzy ogłosili bowiem, że cały dochód ze sprzedaży drugiego wydania zostanie przeznaczony na pomoc Ukrainie:

Dlatego polecam wszystkim lekturę nowego wydania!

Wszystko o Islanderach

autor: Ewelina Gąciarska
tytułTöltem przez Islandię. Moja historia wśród koni islandzkich
rok: 2021
wydawnictwoNaislandii.pl (e-book)
liczba stron: 156

Końmi islandzkimi interesuję się od lat i wydawało mi się, że wiem o nich już całkiem sporo. Lektura debiutanckiego e-booka Eweliny Gąciarskiej przekonała mnie jednak o tym, że moja wiedza to tylko wierzchołek góry lodowej.

Zacznijmy od tego, że Ewelina Gąciarska to najsłynniejsza islandzka koniara w polskim Internecie. Poznałam ją dzięki jej stronie na Facebooku, a potem zaprosiłam na jeden z Dni Islandzkich, żeby opowiedziała o Islanderach. Wydawałoby się, że o koniach islandzkich napisano i opowiedziano już chyba wszystko, począwszy od ich pojawienia się na Islandii, przez  charakterystykę typowego dla rasy chodu tölt na dyskusji konie vs. kuce kończąc. Koń islandzki to symbol Wyspy, a każdy turysta musiał spotkać się z tymi zwierzętami chociaż raz. Mimo to wciąż tak naprawdę wiemy o nich niewiele.

Dlatego Ewelina wydała swojego pierwszego e-booka i już na stronie tytułowej sygnalizuje, o czym będzie ta wirtualna książka: wszystko, co powinieneś wiedzieć o koniach islandzkich. Publikacja podzielona jest na trzy części: Konie z Krainy Ognia i Lodu, w której podane są wszystkie fakty dotyczące rasy; Töltem przez życie, czyli osobista historia autorki; oraz Pozostałe, gdzie znajdziemy polsko-islandzki słowniczek pojęć jeździeckich.

Jest to więc w istocie kompendium wiedzy nie tylko dla koniarzy, ale też każdego, kto chciałby solidnej (a nawet – końskiej!) dawki informacji na temat Islanderów. Pierwsza część jest szczególnie wartościowa, zważywszy na historię rasy, szczegółowy opis wszystkich maści, charakterystykę chodów, a nawet dokładne informacje odnośnie zawodów, hodowli i tajników jeździectwa. Ewelina dzieli się tutaj swoim ogromnym doświadczeniem i autorskimi fotografiami, podając nazwy i typy sprzętów, a także sprawdzone rady dotyczące treningu konia islandzkiego. Dla kogoś, kto na co dzień nie zajmuje się profesjonalnie jeździectwem, te wszystkie informacje mogą wydawać się zbędne czy nawet nużące, ale z pewnością specjaliści znajdą tu coś dla siebie. Amatorzy koni mogą z kolei wczytać się w historię rasy, a potem gładko przejść do kolejnej części książki.

W Töltem przez życie Ewelina opowiada bowiem o swoich początkach z ujeżdżaniem tych niezwykłych zwierząt, pierwszych podopiecznych i ulubionych wierzchowcach, a także osobistych przeżyciach, przygodach i więzi ze swoimi końmi. Tę część, pełną szczegółów, dat i udokumentowaną licznymi zdjęciami czyta się trochę jak pamiętnik, pisana jest bowiem w formie bloga, stylem znanym z Instagrama Islandzkie ciekawostki, prowadzonego przez Ewelinę. Dzięki lekturze poznajemy więc nie tylko konie, ale i samą autorkę, która dzieli się tak dobrymi, jak i złymi wspomnieniami. Wszystko to jednak dotyczy koni, a więc miłośnicy tych zwierząt z pewnością odnajdą tu samych siebie i dzięki osobistym zapiskom Eweliny będą mogli lepiej zrozumieć szczególny temperament Islanderów i to, czym różnią się od innych, znanych ras koni na świecie.

Ostatnia część jest najbardziej ekskluzywna, bo zawiera fachową terminologię jeździecką w języku polskim i islandzkim. Być może będzie to cenne źródło wiedzy dla filologów i tłumaczy, którzy – choć nie interesują się końmi – potrzebują takiego słownictwa do różnych celów. Przygotowanie listy słówek to dowód na solidność i pracowitość Eweliny, która jako dwujęzyczna i wychowana na Islandii oddaje w ręce czytelników bardzo pomocny słowniczek. Kto wie, może przyda się w najmniej spodziewanych okolicznościach?

Kolejną zaletą e-booka są wtręty z literatury i kultury islandzkiej. Ewelina cytuje powiedzenia lub idiomy związane z końmi, ale tłumaczy też wiersz Grímura Thomsena, którego słowa stały się tekstem dla najpopularniejszej islandzkiej piosenki jeździeckiej:

Jedźmy, jedźmy, jedźmy poprzez piach,
ciemność zapada przy Herðubreið,
królowa elfów zaprzęga poddanych,
niedobrze jest stanąć jej na drodze.
Oddałbym najlepszego rumaka aby
dotrzeć już do Kiðagil

Trzeba jednak przyznać, że wydawnictwo ma również swoje wady. Dotyczą głównie edycji samego tekstu, a także braku redakcji. W treści znajdują się pojedyncze literówki, źle stawiane spacje, które negatywnie wpływają na lekturę bądź co bądź ciekawego tekstu. Podczas tworzenia kolejnych e-booków poleciłabym więc Autorce zlecenie redakcji i łamania tekstu, co zdecydowanie wpłynęłoby korzystnie na następne publikacje. Pomimo przyjemnej szaty graficznej, spójności kolorystycznej i bogatych ilustracji, e-book mógłby być bardziej dopieszczony pod względem ułożenia tekstu i rozmieszczenia informacji. Takie kosmetyczne zmiany są po prostu niezbędne do tego, by tekst czytało się łatwiej (czasem go nie widać na kolorowym tle), z mniejszym wysiłkiem (być może warto byłoby rozważyć podział na więcej akapitów lub zwiększenie odstępów między linijkami) oraz przyjemniej (mając do czynienia ze zredagowaną treścią).

Tym niemniej gratuluję Ewelinie debiutanckiego e-booka i trzymam kciuki za kolejne teksty, bo wiadomo już, że przygotowaniu są co najmniej dwa nowe e-booki.

Dziękuję Ewelinie za egzemplarz recenzencki.

Wulkan i inne katastrofy

autor: Sigríður Hagalín Björnsdóttir
tytuł: Ognie. Miłość i inne katastrofy
tłumaczenie: Jacek Godek
rok: 2021
wydawnictwo:  Wydawnictwo Literackie
liczba stron: 360

W najnowszej powieści Sigríður Hagalín Björnsdóttir, autorka Wyspy oraz Świętego słowa, nie zawodzi swojego czytelnika i podaje mu dokładnie to, czego chciałby się spodziewać: historię zagubionych jednostek z islandzką katastrofą w tle.

Z czym może kojarzyć nam się Islandia, jeśli nie z wulkanami? Świat przypomniał sobie o istnieniu tej niewielkiej wyspy na Atlantyku dzięki erupcji Eyjafjallajökull  w 2010 roku, a jeszcze kilka wieków temu Islandię nazywano diabelską wyspą ze względu na Heklę, uważaną za wrota do piekieł. Od miesięcy temat kolejnych erupcji szczelinowych Fagradalsfjall dominuje medialne doniesienia na temat Islandii, a czerwone ognie przyciągają turystów i stają się nowym ulubionym motywem eksplorowanym przez artystów. Jeszcze niedawno dużo mówiło się o serialu Katla, dziele islandzkiego reżysera Baltasara Kormákura, w którym temat wulkanu łączy science fiction z folklorem.

Natomiast Sigríður Hagalín Björnsdóttir napisała Ognie: powieść inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami związanymi z wybuchami na Reykjanes, ale – co charakterystyczne dla jej twórczości – doprawione dystopijną wizją znacznie poważniejszych wybuchów. Ognie. Miłość i inne katastrofy to historia Anny Arnardottir, profesor wulkanologii, znanej na całą Islandię ekspertki, która w obliczu kolejnych erupcji staje się odpowiedzialna za bezpieczeństwo całego narodu i rzeszy skuszonych spektakularnymi wybuchami turystów. Dyrektor Wydziału Nauk o Ziemi, córka szanowanego w środowisku geologa, wiedzie szczęśliwe życie u boku męża, Kristinna, którzy wraz z dwójką dzieci mieszkają w pięknie położonym domu na przedmieściach Reykjaviku. Choć wiecznie zapracowana, Anna uwielbia swoją pracę i ceni sobie wygodne życie u boku bogatego prawnika. Spokój badaczki zostaje jednak zmącony, czego winna jest nie tylko wizja zbliżającej się katastrofy, ale także tajemniczy fotograf Tomas Adler.

Ten nieunikniony wątek romantyczny ma na celu najpewniej ukazać równoległość przeżyć ludzkich w obliczu gwałtownych zmian w przyrodzie. Tak jak magma kotłuje się pod ziemią, a jej wybuch spowoduje nieodwracalne straty nad powierzchnią, tak budząca się miłość i pożądanie wprowadzą zmiany w życiu prywatnym Anny. Romans wpłynie jednak nie tylko na jej pożycie małżeńskie, ale też na pracę zawodową: zawsze wierna intelektowi i przekonana o prymacie rozsądku Anna stanie się bardziej podatna na przeczucie i dyktaturę serca. Ale czy miłość zwycięży i sprawi, że niekochana przez egoistyczną matkę półsierota sama wybierze dzieci ponad własne szczęście? Jak wieści podtytuł powieści, miłość jest jedną z wielu katastrof, a jej skutki okażą się nieobliczalne.

Powieść Sigríður Hagalín Björnsdóttir to jednak znacznie więcej niż romansidło. Wątek miłosny jest tylko dodatkiem do opowieści o przygotowaniach do ewentualnego wybuchu na półwyspie zamieszkałym przez 1/3 ludności Islandii. To kulisy przepychanek między naukowcami a politykami, którzy muszą wypracować kompromis w obliczu nadchodzącej katastrofy. Badacze, zazwyczaj niedofinansowani i spychani na margines priorytetów, stają się nagle autorytetami w zakresie obrony cywilnej i muszą podjąć decyzje dotyczące bezpieczeństwa tysięcy ludzi. Jednocześnie, ich wymagająca praca jest dodatkowo utrudniana przez dziennikarzy, wścibskich fotografów, upartych polityków, którzy chcą sprzedać publiczności sensację, zrobić z erupcji atrakcję turystyczną, zapewnić Islandii ekonomiczny wzrost po chudych czasach pandemicznych. Praca pod taką presją jest trudna, a oczekiwania wysokie: czy pomimo lat doświadczeń da się przewidzieć erupcję wulkanu na Islandii? Czy można wyliczyć czas i miejsce wybuchu? Czy nauka zawsze jest w stanie dać nam odpowiedź, a liczby są pewniejsze od intuicji?

Islandia nie jest bowiem lądem, lecz geologicznym nieporozumieniem, powstała przez przypadek i będzie istnieć, dopóki diapir będzie na nią napierał spod płaszcza Ziemi, tak jak gorące powietrze bijące z kanałów metra unosi letnia suknię kobiety przechodzącej nad uliczną kratą wentylacyjną w zagranicznej metropolii; Islandia to wzdęcie tej sukni na chwilę przed tym, jak kobieta podejmie decyzję i wygładzi fałdy.

W książce wielokrotnie pada stwierdzenie, że Islandia potrzebuje utalentowanych wulkanologów i geologów, którzy pozwolą zrozumieć, a przynajmniej przewidzieć jej największe kaprysy. Ale nawet oni nie są w stanie wiedzieć na pewno, co drzemie pod powierzchnią lądu i oceanu. Pomiary i modele mogą zawieźć, bo żywioł rządzi się własnymi prawami, a nigdzie indziej jak właśnie na Islandii natura nie pokazuje bardziej dobitnie, że ma zdecydowaną przewagę nad człowiekiem. Björnsdóttir zdaje się przypominać o tym, dawać komentarz do dotychczasowych wydarzeń i oceniać podjęte decyzje. Masy Islandczyków i turystów wybierało się na spacer pod sam wulkan, niektórzy wdychali trujące gazy i wystawiali się na niebezpieczeństwo, próbując dotknąć lawy albo wchodząc na nią.  Spektakularna erupcja, czerwone światło i kłąb dymu fascynują i każdy chciałby przeżyć to na własnej skórze, a zarabiający na turystyce Islandczycy mogliby wymyśleć kolejne atrakcje, bo dopóki leje się lawa, przybywa pieniędzy. Autorka pokazuje do czego prowadzi – a przynajmniej może prowadzić – ta chciwość i ostrzega przed stanem wyjątkowym, nakreślając jedynie szkicowo to, co mogłoby się wydarzyć i ile ofiar ta ewentualna katastrofa mogłaby pochłonąć.

Niezwykle oczytana i kompetentna, Björnsdóttir po raz kolejny wykazuje się ogromem pracy nad poprawnością faktograficzną. Fikcja miesza się z cytatami z opracowań naukowych, osobiste wyznania z fachową terminologią geologiczną i meteorologiczną. Nie mam wątpliwości, że autorka z dziennikarską wnikliwością zrobiła przed napisaniem książki porządny research, dzięki któremu nawet fikcyjny wulkan wydaje się prawdziwym. Ten końcowy efekt jest też udziałem grafik i map umieszczonych w książce, a także w świetnie zredagowanej wersji polskiej, konsultowanej z Katarzyną Paluch, znanej z projektu Noise from Iceland. To także dzięki tej ekspertce od wulkanów książkę czyta się niemalże jak podręcznik do geografii, a czytelnikowi zostaje w głowie mnóstwo przydatnej wiedzy związanej z tematem.

Trzeba również oddać sprawiedliwość tłumaczowi Jackowi Godkowi, gdyż na tle dwóch poprzednich wydawnictw Ognie czyta się znacznie lepiej. To świetna robota translatorska, będąca niewątpliwie również zasługą redaktorek: Anny Poinc-Chrabąszcz oraz Ewy Polańskiej.  Choć w druku wciąż brakuje islandzkich znaków, o które prosiłam Wydawnictwo Literackie w recenzji Świętego słowa, postanowiłam się już pogodzić z tą konsekwentną decyzją. Brak islandzkich liter ostatecznie nie wpływa negatywnie na lekturę powieści. Książka jest świetna wydana, a ogniokrwista okładka projektu Anny Pol przyciąga uwagę i dopełnia treść powieści.

Gdybym miała ocenić, jak plasuje się powieść Ognie. Miłość i inne katastrofy na tle całej “trylogii” wydanej przez Wydawnictwo Literackie, dałabym jej drugie miejsce po Świętym słowie. W najnowszej powieści Sigríður Hagalín Björnsdóttir, autorka Wyspy oraz Świętego słowa, nie zawodzi swojego czytelnika i podaje mu dokładnie to, czego chciałby się spodziewać: historię zagubionych jednostek z islandzką katastrofą w tle. Bestsellerowa Wyspa niewątpliwie była znakomitym debiutem pisarki-dziennikarki i świetnie wymyśloną historią, ale sam temat i konstrukcja historii podobały mi bardziej w pozostałych powieściach. Powieści autorki lubię przede wszystkim właśnie za faktografię i popularyzowanie wiedzy, gdyż perypetie bohaterów mniej do mnie przemawiają. Niemniej jednak uważam, że Sigríður Hagalín Björnsdóttir należy do najwybitniejszych autorów islandzkich tego pokolenia i warto przeczytać tę książkę dla dobrego stylu i wielowątkowości.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

Wokół kina Północy

autorTadeusz Szczepański
tytuł: Kino nordyckie. Pierwsze stulecie
rok: 2021
wydawnictwo: PWSFTviT Szkoła Filmowa w Łodzi
liczba stron: 280

Tadeusz Szczepański zabiera nas w podróż do świata kina nordyckiego, które znamy już wyłącznie z opowieści albo przeglądów filmowych.

“Kino nordyckie” to próba przedstawienia przeszło stuletnich dziejów kinematografii pięciu krajów nordyckich – Szwecji, Danii i Norwegii (określanych wspólną nazwą Skandynawia) oraz Finlandii i Islandii – które razem składają się na makroregion europejski, w znaczącym stopniu zintegrowany z położeniem geograficznym na Północy Europy (Nord). Łączą je również podobieństwa historycznych doświadczeń i procesów społeczno-cywilizacyjnych, (…) a także melancholijne piękno pejzażu, w kinie trudne do przeoczenia.

Dotąd na polskim rynku znalazło się kilka pozycji dotyczących kina skandynawskiego, wśród nich recenzowane przeze mnie: Kino Islandii. Tradycja i ponowoczesność Sebastiana Jakuba Konefała (2016) oraz Od Ibsena do Aho. Filmowe adaptacje literatury skandynawskiej (2015), zawierająca teksty wielu badaczy, wśród nich również Tadeusza Szczepańskiego, będącego redaktorem całego tomu. Podczas gdy antologia Konefała jest pierwszą tak wnikliwą analizą kinematografii islandzkiej od jej początków po czasy współczesne, publikacja zbiorowa z 2015 roku skupia się na filmach ze wszystkich krajów nordyckich, ale tylko tych opartych bezpośrednio na dziełach literackich. Tym samym najnowsza pozycja autorstwa Tadeusza Szczepańskiego, historyka filmu i badacza kinematografii Północy (skandynawskiej i rosyjskiej) staje się pełną analizą kina nordyckiego, nie tylko adaptacji filmowych, ale najważniejszych pozycji od kina niemego po produkcje z końca XX wieku.

Choć w przedmowie do Kina nordyckiego autor wylicza podobieństwa między krajami obszaru nordyckiego, argumentując zasadność wspólnego opracowania pięciu kinematografii w jednym tomie, jednocześnie podkreśla różnice i niuanse między produkcjami. Ten podział widać również w spisie treści: każdy rozdział poświęcony różnym zagadnieniom (kino nieme, kino klasyczne, nowe kino, kino końca stulecia) ma podrozdziały poświęcone odrębnym krajom: Danii, Szwecji, Norwegii, Finlandii oraz Islandii, która pojawia się dopiero w ostatnim rozdziale ze względu na późne początki islandzkiej kinematografii. To właśnie różne daty pojawienia się dziesiątej muzy oraz różne sposoby prowadzenia polityki wspierania powstawania produkcji filmowych są podstawą do podziału treści książki i odrębnego prezentowania rozwoju kinematografii krajów nordyckich.

Opowieść zaczyna się na samym początku kina, czyli od kina niemego, którego pionierem na obszarze nordyckim była Dania, a główną postacią tego rozdziału w historii kinematografii duńskiej jest postać Carla Theodora Dreyera, któremu Szczepański poświęca cały podrozdział. Gdy rozwój kina duńskiego zostaje spowolniony wydarzeniami drugiej wojny światowej, prym zaczyna wieść Szwecja pod szczególnym przewodnictwem Victora Sjöströma, który – wraz z innymi realizatorami – zadecyduje o szczególnej pozycji kina szwedzkiego w tej części Europy. Norwegia i Finlandia również ma swój udział w produkcjach kina niemego, ale prawdziwy rozwój tych kinematografii Szczepański opisuje przy okazji kina klasycznego, podkreślając rolę filmu w (współ)tworzeniu tożsamości narodowych dzięki podejmowaniu ważnych tematów i wykorzystywaniu archetypów kluczowych dla norweskości i fińskości.

Trzecia część opracowania dotyczy Nowej Fali, którą z kinem klasycznym łączy postać Ingmara Bergmana, niezaprzeczalnego geniusza kina skandynawskiego i giganta kinematografii szwedzkiej, któremu poświęcono najwięcej miejsca w tej pozycji. Nie oznacza to jednak, że cień wielkiego Bergmana przytłoczył wówczas produkcje z innych krajów nordyckich, bo choć autor mniej pisze o Nowej Fali w Danii, Norwegii i Finlandii, to opisuje najważniejsze produkcje i kluczowych twórców z taką samą dokładnością, wprowadzając te mniej znane nazwiska i zapełniając białe plamy w świadomości mniej obeznanych w temacie polskich czytelników i czytelniczek.

Opracowanie kończy się opowieścią o ostatnich dekadach stulecia, które po Bergmanie na nowo zdominuje kino duńskie, z eksperymentalną Dogmą i kontrowersyjnymi produkcjami Larsa von Triera.  Rozdział puentuje krótka historia kina islandzkiego lat 80. i 90. XX wieku. Choć z dużym opóźnieniem,  Islandzka Wiosna Filmowa, jak podkreśla sam autor, wkracza na rynek skandynawski z wielkim sukcesem, a produkcje wspierane przez zagranicznych inwestorów nie ustępują jakości filmom z krajów sąsiednich.

Wielką zaletą Kina nordyckiego jest przyjemnie prowadzona narracja. Badacz sprawnie miesza język naukowy z bardziej przystępnym stylem popularnonaukowym, dzięki czemu opracowanie nie jest wyłącznie podręcznikiem dla studentów filmoznawstwa. To pięknie wydany, bogato ilustrowany fotosami i kadrami z omawianych filmów album z soczystą treścią przywołującą historię wielkich i tych mniej znanych produkcji skandynawskich XX wieku. Tadeusz Szczepański zabiera nas w podróż do świata kina nordyckiego, które znamy już wyłącznie z opowieści albo przeglądów filmowych. Aby je obejrzeć, musimy mieć dostęp do archiwów czy starych wypożyczalni, większości tytułów nie znajdziemy przecież na Netflixie. Poszukiwaniom sprzyja indeks filmów umieszczony na końcu książki, który ułatwi szukanie tytułów w ich oryginalnych wersjach i polskim tłumaczeniu.

Kino nordyckie. Pierwsze stulecie autorstwa Tadeusza Szczepańskiego, wydane nakładem Łódzkiej Szkoły Filmowej to pozycja nie tylko dla kinomanów, ale każdego miłośnika Północy. Aby zrozumieć fenomen “szwedzkiego grzechu” albo pobudki do tworzenia kina Dogmy, należy sięgnąć po ten album z ikonicznym kadrem z Siódmej pieczęci Bergmana na okładce. Jak w przypadku każdej sztuki, kino skandynawskie przybliża nam historię i kulturę tego obszaru, a czarno-białe i kolorowe fotosy zdają się czasem lepiej oddawać ducha Północy niż książki i nieruchome obrazy.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu PWSFTviT.

Kieszonkowa historia Islandii

 

autor: Gunnar Karlsson
tytułHistoria Islandii w skrócie
tłumaczenie: Agnes Ársól Bikowska, Anna Karen Svövudóttir
rok: 2021
wydawnictwo: Forlagið Bókabúð
liczba stron: 80

Ile szczegółów z historii Islandii pamiętasz? 

O historii Islandii wiem co nieco. Bliska jest mi historia przełomu XIX i XX wieku, szczególnie związana z dążeniem do niepodległości. Dzięki sagom i innym lekturom związanym ze średniowieczem, wiem też jak mniej więcej wyglądało zasiedlenie Islandii i dzieje pierwszych Islandczyków. Ale pomiędzy średniowieczem a współczesnością do tej pory miałam w głowie białą plamą. Poza jakimś ogólnym rozumieniem, że Islandia przez wieki należała do Danii, nie do końca kojarzyłam jak do tego doszło, kiedy i dlaczego.

Przez te braki w mojej wiedzy, kiedy zaczęłam cykl wpisów na Facebooku, który dotyczył przypominana najważniejszych dat historycznych (#kalendarzislandzki), skupiłam się głównie na czasach współczesnych, bo te wydarzenia były mi dobrze znane i najlepiej udokumentowane. Ale po niemal roku trwania tego małego projektu, dotarłam do wielu interesujących wydarzeń z XIV-XVIII wieku. Krok po kroku, fragment po fragmencie zaczęłam odkrywać przed samą sobą kolejne karty z islandzkiej historii, ale ta selekcja wydarzeń nie dawała mi jeszcze ogólnego pojęcia o tym, jak wyglądała nowożytna Islandia, a nawet Islandia w XIX wieku!

Jedna z grafik do cyklu #kalendarzislandzki, które powstały już po lekturze książki.

Ale być może inni miłośnicy Islandii mają tak samo? W Polsce niewiele się przecież o tym pisze i mówi, a większość pisanych przez polskich badaczy albo tłumaczonych na język islandzki książek dotyczy albo czasów od zasiedlenia, albo od odzyskania niepodległości i czasów współczesnych. Wiele wydarzeń traktuje się niemal jak ciekawostki: demokratyczne przyjęcie chrześcijaństwa, konflikt z baskijskimi wielorybnikami, bezkrwawa walka o niepodległość, wojny dorszowe, pierwsza prezydentka na świecie i pierwsza zadeklarowana lesbijka na urzędzie premiera kraju. Ale co łączy te wydarzenia? Warto byłoby się dowiedzieć. 

Dlatego bardzo się cieszę, że w końcu pojawiła się “Historia Islandii w skrócie” Gunnara Karlssona, w przekładzie dwóch Polek mieszkających na Islandii: Agnes Ársól Bikowskiej i Anny Karen Svövudóttir. Jest to dokładnie to, czego potrzebowałam, żeby się doszkolić: krótka, ale bardzo treściwa książeczka, którą można przeczytać przed snem albo zabrać w podróż, bo łatwo zmieści się w torebce albo większej kieszeni. Z lektury której dowiecie się o najważniejszych wydarzeniach z przeszłości Islandii, opisanych w sposób przystępny, prostym językiem, do tego treść jest bogato ilustrowana zdjęciami i infografikami. Słowem, jest to bardzo przyjemna lektura dla każdego, kto chciałby mieć szerszy obraz historii Islandii, poznać ją w pigułce. 

Polskie wydawnictwo książeczki uzupełnia serię jej wydań w pięciu językach. Jak dotąd, niewielką książeczkę dostępnej w językach: islandzkim, angielskim, duńskim, niemieckim i hiszpańskim, można było zakupić w wielu punktach turystycznych na Wyspie, jako pamiątkę lub przewodnik po Islandii. Widać, że spełnia swoją funkcję, bo jest jedną z najlepiej sprzedawanych książek tego typu w całej Islandii. Ale przypadek polskiej wersji językowej pokazuje, że nie jest to jedynie pozycja przeznaczona dla turystów. Najwyraźniej nasi rodacy na Wyspie postanowili doszkolić się z islandzkiej historii, bowiem według księgarni wydawnictwa jest to bestseller pierwszej połowy lipca:

Beskrivning saknas.
Zdjęcie dzięki uprzejmości Agnes Ársól Bikowskiej.

Polskie wydanie cieszy, bo to również dzieło dwóch Polek mieszkających na Islandii. Agnes Ársól Bikowską znacie już dzięki naszej wspólnej serii tekstów o zapomnianych islandzkich artystach, z kolei Anna Karen Svövudóttir jest nie tylko tłumaczką, ale też doradczynią ds. komunikacji w islandzkim Ministerstwie Zdrowia. Obie zrobiły kawał roboty, choć – jak to bywa w polskich tłumaczeniach literatury islandzkiej – wkradają się w ich język formy jakby podstarzałe albo brzmiące dość obco polskiemu uchu. Ciekawe, czy wynika to z tego, że polscy tłumacze języka islandzkiego to często emigranci lub osoby mieszkające większość swojego życia na Islandii, a więc pracujące i być może również też myślące na co dzień w języku islandzkim. Te “islandzkie” naleciałości nie są bynajmniej wadą, niemniej jednak są dla mnie jako czytelniczki (i dyplomowanej, choć niepraktykującej językoznawczyni), bardzo intrygujące. 

Ale warto podkreślić, że pomimo drobnych błędów i literówek, do których przyczepiam się wyłącznie dla porządku, “Historię Islandii w skrócie” czyta się naprawdę dobrze, o czym już zresztą wspomniałam. Jeśli wpadnie Wam z ręce, koniecznie kupcie ją dla siebie lub komuś w prezencie, bo taka kieszonkowa lekcja historii każdemu może się przydać! Książkę możecie dostać obecnie głównie na Islandii, ale kto wie – może jej rosnąca popularność na Wyspie sprawi, że pojawi się w sprzedaży również w Polsce?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wspaniałej Agnes Ársól Bikowskiej!

Rozprawa z feminizmem

autorka: Steinunn Sigurðardóttir
tytułKobiety z klasą
tłumaczenie: Jacek Godek
rok: 2021
wydawnictwo:  Mova
liczba stron: 224

Maria Hólm jest islandzką wulkanolożką w średnim wieku, po rozwodzie i wciąż zakochaną w młodzieńczej miłości, odnoszącą sukcesy w zawodzie, ale niezbyt docenianą wśród kolegów z pracy.

Gemma to Włoszka o pięknym wyglądzie i sposobie poruszania się, obdarzona wielkim darem do przykuwania uwagi, ale mniejszym do przekonywania. Spotykają się wzrokiem w samolocie z Keflaviku do Paryża, a jednak to przypadkowe spotkanie jest jakby z góry zaplanowane. W paryskim słońcu okazuje się, że Gemma od dawna obserwuje Marię i ma wobec niej wielkie nadzieje i konkretne plany.

Gemma, wojująca feministka o bardzo radykalnych poglądach na odsunięcie mężczyzn od władzy, proponuje Marii Hólm spółkę, pragnąc wciągnąć ją w projekt stworzenia wyspy-państwa, w którym kontrolę przejmują kobiety i które traktują mężczyzn niemal jak niewolników. Ta utopijna wizja, zakrawająca trochę o fabułę polskiego filmu „Seksmisja” ma ponoć wynikać z przekonania Włoszki o tym, jak idealnym miejscem dla kobiet jest Islandia. Maria, z trzeźwym naukowym podejściem, od początku wyraża sceptyczne podejście do planu, nie tylko dlatego, że lubi mężczyzn i nie jest ich wrogiem, jak też znając realia sytuacji islandzkich kobiet.

(…) – Poza tym to właśnie ta premier posprzątała syf, jakiego narobili islandzcy faceci. Islandczycy mieli też pierwszą kobietę prezydenta, wybraną w wyborach powszechnych, i ona też nie była zwyczajną zamężną kobieta, jak każe tradycja, lecz samotną matką adoptowanej córki. To było bardzo postępowe ze strony twojego nielicznego narodu. I Bjork jest oczywiście Islandką. Islandzkie kobiety są niebywale mocarne, ciężkie warunki życia uczyniły z nich prawdziwe supermenki. I oto ty tu jesteś, prawdziwa islandzka supermenka.

– Tym trzem kobietom niczego nie brakuje. Sama je podziwiam, ale nie pozwalaj sobie nawet marzyć, że Islandki są choć trochę inne niż pozostałe kobiety na świecie.

Zdecydowanie ważnym jest to, że pisarka jest Islandką. Dla nas, tak jak Gemmy, Islandia to niemalże raj dla kobiet, a jednak w wywiadach, jak i samej książce Steinunn wielokrotnie podkreśla, że wiele jeszcze w społeczeństwie islandzkim jest do zrobienia i nawet jeśli powieść „zwiastuje” nadejście kobiety-premier na Islandii – Katrín Jakobsdóttir – nie jest to przecież pierwsza kobieta u władzy na Wyspie. Tym samym nowoczesne społeczeństwo z dobrze rozwiniętą debatą na temat równości płci jest tylko zachętą do zrobienia rachunku sumienia: czy skoro nawet w takich krajach kobiety wciąż nie są opłacane tak samo jak mężczyźni, to czy eksperyment Gemmy ma szansę na naprawienie świata?

Powieść Steinunn Sigurðardóttir to rozprawa z feminizmem, prezentująca dwa oblicza tego ważnego dla współczesnego świata kierunku myślenia. Gemma nienawidzi mężczyzn, chce się ich pozbyć, a męską seksualność, prowadzącą również do zapładniana kobiet, traktuje jak największe zło tego świata. Sama jednak skrywa w sobie tajemnicze, które czynią ją postacią bardziej intrygującą i wielopoziomową, a jednak czytelnik nie dowiaduje się ostatecznie, co dokładnie sprawiło, że stała się tym, kim się stała.

Maria Hólm z kolei reprezentuje bardziej opanowany, rozumowy stosunek do równości płci. Choć żyje bez mężczyzny, tęskni za nim, a niespełnione macierzyństwo chodzi za nią pomimo sukcesów na polu naukowym. Nie jest to typowa kobieta sukcesu, która stawia życie zawodowe ponad rodzinę, po prostu tak ułożyły się jej losy, że mąż ją zostawił, choć może przepracowanie miało z czym coś wspólnego. Nie unika jednak kontaktów z innymi mężczyznami, a adorowanie z ich strony i możliwość „podobania się” na tym etapie życia zaczyna na nowo rozpalać ją do działania. Największą pasją w jej życiu są jednak wyłącznie wulkany, którym poświęca każdą wolną chwilę i większość energii. Pomimo renomy i ważnych odkryć (które jednak zostały wpisane na konto jej współpracowników), pozostała bardzo skromna i pewna, że wszystko, co osiągnęła w nauce wynika z pracy zespołowej.

Zacznijmy od ciebie i twojego stanu charakteryzującego płeć żeńską, który ułatwia mężczyznom zabawę, mającą na celu uniemożliwienie rządzenia światem: kiedy kobieta zajmuje się czymś ważnym, nie demonstruje tego i stąd nikt inny o tym nie wie. A jeśli facet robi coś, co może jest ważne, a może nie, rozdyma się na świat i krzyczy: „Kukuryku!” niczym napalony kogut w stadzie kur.

Choć Gemma jest przerysowaną fanatyczką, z tej satyry na radykalne feministki nie wynika jednak, żeby wszystkie jej opinie i sądy były niezgodne z prawdą. W Marii mogłoby przejrzeć się wiele ambitnych kobiet, które od lat zadają sobie pytanie, dlaczego za włożenie takiej samej (lub większej) pracy wciąż opłacane są gorzej od mężczyzn. I dlatego to właśnie one muszą rezygnować z dalszej kariery ze względu na dziecko, chorobę bliskich i obowiązki domowe. Gemma zasadza w nas różne wątpliwości,  bo czy nie jest tak, że świat rządzony przez toksycznych mężczyzn głodnych władzy zaczyna rozpadać się na kawałki, prowadzi do powiększania różnic społecznych, pogarszania problemów ekologicznych i tym podobnych? Czy uda nam się udowodnić, że to wina mężczyzn? Tylko wtedy, jeśli kobiety doszłyby do władzy na kolejnych kilkaset lat i miały szansę zaprezentować swoją wizję rządzenia światem. Nie wiadomo przecież jednak, czy eksperyment Gemmy się powiedzie i czy jej wielka misja zjednoczenia kobiet w ważnym celu się zrealizuje.

Ale pewnie wcale nie chodzi o wielką misję. Maria ostatecznie zostawiona zostaje z zupełnie inną, prywatną i mniejszą misją, która paradoksalnie doprowadzi ją do życia w wyłącznym towarzystwie kobiet: przeprowadzki do mamy i babci. A jednak rozwój wydarzeń w sposób tajemniczy rozmywa się i czytelnik traci już jakiekolwiek rozeznanie w tym, kto miał rację. Bo może nie miał jej nikt?

To już druga powieść Steinunn wydana na rynku polskim, która opowiada o kobietach, choć w odróżnieniu od „Farmy Heidy” fikcyjna. Mimo to można zauważyć, że pisarkę interesują silne kobiety o mocnych charakterach, które świadomie wybierają życie w samotności, co przekłada się na ich niezależność i możliwość decydowania o sobie. Tak być może dałoby się zdefiniować tytułowe kobiety z klasą. Czym jest klasa? Nie tylko nienagannym sposobem poruszania się i wypowiadania, schludnym wyglądem i urokiem osobistym, ale taką autentyczną pewnością siebie, której nie wolno mylić z wywyższaniem się ani poczuciem wyjątkowości. Kobiety z klasą to kobiety stanowcze, ale nieuparte, dystyngowane, ale nie przesadnie wypielęgnowane, mądre, ale nie przemądrzałe, a przede wszystkim wolne, ale nie swawolne.

Czy “Kobiety z klasą” to faktycznie rozprawa z feminizmem? Na pewno nie jest to książka dająca odpowiedzi, bo w gruncie rzeczy to tylko fikcyjna opowieść o kobietach, które zmagają się z różnymi wizjami kobiecości i oczekiwaniami wobec samych siebie. A jednak warto przeczytać najnowszą powieść Steinunn Sigurðardóttir, bo nawet jeśli nie rozwija czy zamyka wątków utopijnego planu Gemmy czy życia prywatnego Marii, jest interesującą opowieścią o dzielnych, niezależnych kobietach, pełnych energii jak islandzkie wulkany i idących po swoje w tym wciąż patriarchalnym świecie.

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Wydawnictwu Mova.

Islandia po staremu

Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądała Islandia przed masową turystyką? Stare książki o Islandii mogą pomóc wyobraźni, szczególnie jeśli pisane są z polskiej perspektywy, np. w latach 70.

Spotkanie z Islandią Haliny Ogrodzińskiej, książka napisana w roku 1974, to niezwykła podróż do przeszłości. Autorka opisuje Islandię czasów wojen dorszowych, Islandię niewinną turystycznie, pełną dzikich i nieznanych ścieżek. To typowa – dla współczesnego czytelnika – relacja z podróży, jednak niezwykła jak na tamte czasy, kiedy o zagranicznych podróżach większość Polaków mogła tylko pomarzyć. Wydaje się jednak, że autorka na stałe (lub przez długi czas) przebywała w Norwegii, gdzie poznała swoich islandzkich przyjaciół i skąd łatwiej było zorganizować wycieczkę na atlantycką Wyspę.

Z perspektywy dzisiejszych marzeń o podróży na Islandię, sytuacja Haliny Ogrodzińskiej może wydawać się lepsza niż idealna: przyjeżdża do Keflaviku na zaproszenie rodziny Johannessonów (pisownia oryginalna), z nimi podróżuje i przez nich jest oprowadzana po największych zabytkach Islandii: Thingvellir, gejzery, historyczne centrum Reykjaviku. Kiedy marznie pod wodospadem Gullfoss i dostaje gorączki, wiele dni spędza w łóżku z lekturami przynoszonymi przez członków zaprzyjaźnionej rodziny. Czyta książki historyczne, sagi, uzupełniając braki wiedzy przed kolejną wycieczką. Jest nawet zaproszona na kolację w polskiej ambasadzie, gdzie u państwa Godków (!) poznaje polskich geografów i glacjologów organizujących ciekawą wyprawę na lodowiec. Sama nie będzie miała niestety okazji zobaczyć lodowców z bliska, za to poza programem dane jej będzie spędzić jedno popołudnie na islandzkiej fermie, gdzie skosztuje świetnie przygotowanej jagnięciny i kupi islandzki sweter.

Narracja pierwszoosobowa, relacjonująca kolejne etapy podróży, uzupełniona jest o dłuższe wykłady z historii i kultury Islandii. Autorka streszcza treść przeczytanych przez siebie książek, opisuje nawet akcję sagi o Njalu, a resztę niezbędnych informacji wkłada w usta swoich bohaterów: Einara, Unn, Pietura i Odil. To oni zdają się w dialogach zarzucać autorkę ciekawostkami i faktami dotyczącymi Islandii, ale nie dowiemy się, czy to wiarygodna relacja z rozmów, czy zabieg używany przez niektórych podróżników do dziś, polegający na czynieniu z napotkanych osób chodzące Wikipedie. Trzeba jednak przyznać, że jak na tamte czasy książka Haliny Ogrodzińskiej mogła być jednym z niewielu źródeł wiedzy o Islandii, dlatego szkolna maniera pisania pasuje do jej dydaktycznych celów.

Jest to jednak narracja nie pozbawiona swoich wad: kiedy zaczyna się lekturę, ma się w głowie niemal automatycznie głos z offu, należący do lektora Polskich Kronik Filmowych. Już opis lądowania na lotnisku w Keflaviku staje się okazją do wspomnienia o wikińskich podróżach, połowach ryb i nazwiskach patronimicznych. Zaledwie 143-stronicowa książka pełna jest takich informacji, czasem wtrąconych w treść jakby przypadkiem, innym razem rozwiniętych na osobne rozdziały czy wielostronicowe opisy. Każda kolejna książka z podróży pisana w guście “opowiem Wam o kraju, który zwiedziłam” zdaje się naśladować ten styl i zarzucać czytelnika ciekawostkami historycznymi, politycznymi, kulturalnymi i geograficznymi.

Ale czy ta maniera nie ma swojego rodowodu właśnie w latach 70., kiedy każda relacja z podróży była na wagę złota, a informacje o dalekich krajach w języku polskim były białym krukiem? W tych właśnie czasach swój złoty wiek przeżywało Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Islandzkiej, jedyna organizacja zrzeszająca miłośników Islandii w Polsce i zajmująca się popularyzacją kultury islandzkiej nad Wisłą. Zbierane przez nich materiały i wydawane przez lata Biuletyny były niegdyś jedynymi publikacjami na tematy sztuki, polityki, geografii czy gospodarki islandzkiej. Nic więc dziwnego, że członkowie TPPI nawet do dziś posługują się podobną manierą: powtarzaniem znanych już, a często nawet zdezaktualizowanych, ciekawostek o Islandii.

Miałam tego przykład całkiem niedawno, kiedy zostałam zaproszona do audycji Lewym Okiem internetowego Nocnego Radia. Jeden z prowadzących należał kiedyś do TPPI, więc jego wiedza na temat Islandii była ogromna. Niestety w którymś momencie rozmowa zamieniła się w wyliczanie islandzkich “naj” i innych stereotypowych określeń, które w świetle nowych badań i zmian społeczno-politycznych mijają się już z rzeczywistością. Z początku starałam się spokojnie zbijać te argumenty i dzielić się moją wiedzą. Okazało się także, że owe “przesłuchanie” postawiło mnie w kłopotliwej sytuacji, bo zaczęto zadawać mi pytania z dyscyplin i tematów, o których zupełnie nie miałam pojęcia. Niemal trzygodzinna audycja była nie lada treningiem cierpliwości i koncentracji, ale mimo wszystko przyjęto mnie bardzo miło, a słuchacze zadawali interesujące pytania.

TPPI działało prężnie do śmierci wieloletniego prezesa i zasłużonego członka organizacji, pana Andrzeja Michałka. Wszyscy członkowie Towarzystwa mówią o nim z sentymentem i poczuciem ogromnej straty, szczególnie, że po nim nie pojawił się żaden tak charyzmatyczny przewodniczący, który zjednoczyłby pozostałych członków. Towarzystwo jest więc zamrożone, a wielokrotnie podejmowano próby jego reaktywacji, zgłaszając się nawet do mnie. Wydaje mi się jednak, że patrząc na bogaty dorobek Towarzystwa, jego reaktywacja musiałaby albo zakładać powrót do stylu czasów jego świetności, albo podporządkować dostosowaniu do nowej formy. Dawne publikacje TPPI opisują Islandię sprzed boomu turystycznego, wielkiej fali migracyjnej Polaków i globalizacji, która sprawiła, że ta daleka Wyspa stała się na wyciągnięcie ręki.

Dlatego książkę Spotkanie z Islandią czytałam przez filtr tych właśnie czasów, kiedy i książki pisano w inny sposób, i wydawanie ich nie polegało na wielkiej kampanii reklamowej i lansowaniu autora w mediach społecznościowych. Samą autorkę szanuję za szczerość i wyważenie: będąc nawet w kraju tak pięknym jak Islandia, nie popada w ślepy zachwyt, a wyrażane przez Odil komplementy w postaci “naj” traktuje z przymrużeniem oka. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że książka Haliny Ogrodzińskiej to reportaż na miarę tamtych czasów i zawężone kompendium wiedzy na temat Islandii sprzed tanich linii lotniczych, Błętkitnej Laguny, Instagrama i blogerów.

Za wynalezienie książki w internetowym antykwariacie dziękuję Klaudii z Po islandzku.

Amerykański sen

autorEinar Kárason
tytuł: Ziemia przyobiecana
tłumaczenie: Jacek Godek
rok: 2020
wydawnictwo:  Marpress
liczba stron: 264

Ostatnia część trylogii reykiawickiej Einara Kárasona, Ziemia przyobiecana to zwieńczenie historii wielopokoleniowej rodziny Karoliny i Tómasa.

Po kultowej Wyspie diabła i jej kontynuacji, Złotej Wyspie, saga rodu z Thulecampu dobiega końca. Główni bohaterowie, prababcia Lina i inni mieszkańcy Starego Domu, ustępują najmłodszemu pokoleniu i pojawiają się tym razem już tylko w ich wspomnieniach. Akcja ostatniej części trylogii rozgrywa się w tytułowej ziemi obiecanej, jaką Islandczykom wydawała się wówczas Ameryka, szczególnie Stany Zjednoczone.

Bohaterami ostatniej części są Mundi i Bobo (synowie Dolli, a więc prawnuczkowie wróżki Liny) oraz Manni, syn Fii i Totiego, spokrewnionych z mieszkańcami Starego Domu i Nowej Lepianki. Mundi i Manni, których w ostatnim czasie połączyła wierna przyjaźń, przylatują do Ameryki w poszukiwaniu babci Gogo i wujka Baddiego, najbardziej barwnej postaci w całej familii. W hotelu kontaktują się z Bobo, najwyraźniej od dłuższego czasu bawiącym na Manhattanie, i we trójkę udają się w długą podróż w głąb kontynentu, aby odnaleźć członków rodziny. Na miejscu udaje im się spotkać nie tylko najbliższych krewnych, ale także pierwszego męża Gogo i jej dzieci oraz Daisy, niegdyś pomieszkującą u Liny i Tommiego wraz z ówczesnym narzeczonym.

Warto powiedzieć, że Islandczycy przyjeżdżają do Stanów jak do siebie. Nie chodzi tylko o analogię do odkrycia Ameryki przez islandzkich wikingów, ale raczej osobisty związek z Nowym Kontynentem. Chłopcy znają język i zwyczaje amerykańskie, bo przyjeżdżają z kraju opanowanego kulturowo przez USA. Nie są obcy kodom kulturowym, tak samo jak autochtoni śpiewają piosenki Elvisa z pamięci czy palą Camele. Z początku wizyta u rodziny wydaje się ucieleśnieniem amerykańskiego snu. Trzej chłopcy z Reykjaviku otrzymują nocleg na farmie, Daisy jest gotowa zawieźć ich wszędzie, a gdzie nie pojadą, ugoszczeni są darmowym piwem. Zresztą piwo okazuje się głównym napojem bohaterów tej serii. Panowie piją z goszczącym ich świniopasem, z wujkiem Baddim, ze stałymi bywalcami odwiedzanych w podróży barów, z gośćmi hotelowymi, ze znajomymi i z nieznajomymi na końcu autokaru. Alkohol leje się strumieniami i prowadzi do kłótni, bójek, złamanych kończyn, a w najlepszym wypadku: ciężkiego kaca. Wydaje się jednak, że z każdej opresji chłopcy wychodzą bez szwanku. Gospodarze i policja zajmują się przybyszami z dalekiej Europy ze szczególną uwagą, a jeśli dochodzi już do poważnych problemów, wszystkim zajmie się babcia Gogo. Bo ona wszystko załatwi.

Ale amerykański sen to tylko pozór, tak jak bogactwo Bobo czy ustatkowanie Gogo. To, co bajecznie wygląda w filmach lub brzmi obiecująco w rock’n’rollowych piosenkach, na miejscu okazuje się błahe i tandetne. Nie tylko nieudana wizyta w rezydencji Elvisa Graceland, ale każda przygoda w drodze do i z Missisipi staje się pretekstem do zdarcia złotej farby z tego wyidealizowanego obrazu, choć mamy wrażenie, że sami Amerykanie nie chcą do tego dopuścić. Niech przykładem będzie podsycanie kultu Elvisa i dbanie o jego dobrą reputację: nawet jeśli zapił się na śmierć, spotkany pasażer autobusu utrzymuje, że był “dobrym chłopcem”. Może najbardziej autentyczni są grający w pokera panowie w kowbojskich kapeluszach, ale oni przynależą do rodzajowej scenki życia codziennego w dymie papierosów i lepiącego się od piwa i krwi z wczorajszej bójki.  Nie brakuje też ozdobników w postaci groźnych Murzynów czy obawy przed pederastami, słowem: chłopcy z Islandii wpadają w sam środek amerykańskiej rzeczywistości. Niczym Pawlak i Kargul z trudem odnajdują się w nowych miejscach, które przypominają raczej cmentarz (trafne porównanie Nowego Yorku z uwagi na numerowane ulice) czy burdel.

Autor nie szczędzi obrazowego, bezpośredniego języka. Tak jak w poprzednich częściach, nie wstydzi się pisać o fekaliach czy innych problemach fizjologicznych, choć seks wciąż stanowi pewnego rodzaju tabu. W warstwie językowej nie brakuje oczywiście typowo seksualnych określeń, ale erotyczna przygoda Manniego z gospodynią pozostaje jedynie w sferze eufemizmów. Członkowie rodziny nie mają jednak problemu z mówieniem o tym, co innego o innych, bardziej brutalnych i drastycznych doświadczeniach. Do tych Gogo woli się nie przyznawać, zbywając sytuację uśmiechem i – zgodnie z rodzinną tradycją – drinkiem. To także dowód na niesłabnące poczucie humoru Kárasona, humoru czarnego i gorzkiego, rodem z sag.

Pod koniec serii autor przyznaje się do swoich źródeł i inspiracji, choć robi to w sposób niebezpośredni. Można powiedzieć, że przerzuca odpowiedzialność za opowiadanie historii na Manniego, który jawi chęć napisania kroniki wielopokoleniowej rodziny ze Starego Domu. Początkujący pisarz opowiada Mundiemu o swoich mistrzach: autorach sag islandzkich, Hemingwayu czy Dashielu Hammetcie. Poszkodowany przez skąpych i mało wrażliwych na sztukę rodziców, w dzieciństwie miał ograniczony dostęp do książek, aż w końcu w tajemnicy czytywał jedyne woluminy obecne w mieszkaniu Fii i Totiego: kupione wraz z drogim regałem jako dekoracja. Ten epizod z życia bohatera uzupełnia nam obraz Islandczyków jako czytającego narodu kronikarskiego, być może jest puszczeniem oka w stronę krytykującego zubożałą kulturę amerykańską Halldóra Laxnessa, który po wizycie za Oceanem stwierdził: „W Ameryce uświadomiłem sobie swoją narodową odrębność i nauczyłem się cenić duchowe dziedzictwo mojego kraju, tak bogate i wartościowe w porównaniu z bezdziejowością i ubóstwem tradycji w USA”.

W posłowiu Jacek Godek zwraca uwagę na to, że Einar Kárason należy do pierwszego “postnoblowskiego” pokolenia islandzkich pisarzy. Urodził się dokładnie w 1955 roku, czyli roku przyznania literackiego Nobla Laxnessowi. To wydarzenie było początkiem fali pisania i wydawania powieści w języku ojczystym. Dzięki przekładowi Jacka Godka i serii Bałtyk wydawnictwa Marpress, które zdecydowało się na publikację całej trylogii, polski czytelnik ma wreszcie szansę zapoznać się z całością tych kulturowych powieści, które – jak nazywa je tłumacz  – składają się na “truelogię”, prawdziwy obraz Islandii czasów transformacji kulturowo-społecznej. Moim skromnym zdaniem cały trójksiąg jest lekturą obowiązkową dla każdego, która uważa Islandię za kraj mlekiem i miodem płynący, za dzisiejszą ziemię przyobiecaną.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Marpress.

Czytaj dalej: