Wszystko o Islanderach

autor: Ewelina Gąciarska
tytułTöltem przez Islandię. Moja historia wśród koni islandzkich
rok: 2021
wydawnictwoNaislandii.pl (e-book)
liczba stron: 156

Końmi islandzkimi interesuję się od lat i wydawało mi się, że wiem o nich już całkiem sporo. Lektura debiutanckiego e-booka Eweliny Gąciarskiej przekonała mnie jednak o tym, że moja wiedza to tylko wierzchołek góry lodowej.

Zacznijmy od tego, że Ewelina Gąciarska to najsłynniejsza islandzka koniara w polskim Internecie. Poznałam ją dzięki jej stronie na Facebooku, a potem zaprosiłam na jeden z Dni Islandzkich, żeby opowiedziała o Islanderach. Wydawałoby się, że o koniach islandzkich napisano i opowiedziano już chyba wszystko, począwszy od ich pojawienia się na Islandii, przez  charakterystykę typowego dla rasy chodu tölt na dyskusji konie vs. kuce kończąc. Koń islandzki to symbol Wyspy, a każdy turysta musiał spotkać się z tymi zwierzętami chociaż raz. Mimo to wciąż tak naprawdę wiemy o nich niewiele.

Dlatego Ewelina wydała swojego pierwszego e-booka i już na stronie tytułowej sygnalizuje, o czym będzie ta wirtualna książka: wszystko, co powinieneś wiedzieć o koniach islandzkich. Publikacja podzielona jest na trzy części: Konie z Krainy Ognia i Lodu, w której podane są wszystkie fakty dotyczące rasy; Töltem przez życie, czyli osobista historia autorki; oraz Pozostałe, gdzie znajdziemy polsko-islandzki słowniczek pojęć jeździeckich.

Jest to więc w istocie kompendium wiedzy nie tylko dla koniarzy, ale też każdego, kto chciałby solidnej (a nawet – końskiej!) dawki informacji na temat Islanderów. Pierwsza część jest szczególnie wartościowa, zważywszy na historię rasy, szczegółowy opis wszystkich maści, charakterystykę chodów, a nawet dokładne informacje odnośnie zawodów, hodowli i tajników jeździectwa. Ewelina dzieli się tutaj swoim ogromnym doświadczeniem i autorskimi fotografiami, podając nazwy i typy sprzętów, a także sprawdzone rady dotyczące treningu konia islandzkiego. Dla kogoś, kto na co dzień nie zajmuje się profesjonalnie jeździectwem, te wszystkie informacje mogą wydawać się zbędne czy nawet nużące, ale z pewnością specjaliści znajdą tu coś dla siebie. Amatorzy koni mogą z kolei wczytać się w historię rasy, a potem gładko przejść do kolejnej części książki.

W Töltem przez życie Ewelina opowiada bowiem o swoich początkach z ujeżdżaniem tych niezwykłych zwierząt, pierwszych podopiecznych i ulubionych wierzchowcach, a także osobistych przeżyciach, przygodach i więzi ze swoimi końmi. Tę część, pełną szczegółów, dat i udokumentowaną licznymi zdjęciami czyta się trochę jak pamiętnik, pisana jest bowiem w formie bloga, stylem znanym z Instagrama Islandzkie ciekawostki, prowadzonego przez Ewelinę. Dzięki lekturze poznajemy więc nie tylko konie, ale i samą autorkę, która dzieli się tak dobrymi, jak i złymi wspomnieniami. Wszystko to jednak dotyczy koni, a więc miłośnicy tych zwierząt z pewnością odnajdą tu samych siebie i dzięki osobistym zapiskom Eweliny będą mogli lepiej zrozumieć szczególny temperament Islanderów i to, czym różnią się od innych, znanych ras koni na świecie.

Ostatnia część jest najbardziej ekskluzywna, bo zawiera fachową terminologię jeździecką w języku polskim i islandzkim. Być może będzie to cenne źródło wiedzy dla filologów i tłumaczy, którzy – choć nie interesują się końmi – potrzebują takiego słownictwa do różnych celów. Przygotowanie listy słówek to dowód na solidność i pracowitość Eweliny, która jako dwujęzyczna i wychowana na Islandii oddaje w ręce czytelników bardzo pomocny słowniczek. Kto wie, może przyda się w najmniej spodziewanych okolicznościach?

Kolejną zaletą e-booka są wtręty z literatury i kultury islandzkiej. Ewelina cytuje powiedzenia lub idiomy związane z końmi, ale tłumaczy też wiersz Grímura Thomsena, którego słowa stały się tekstem dla najpopularniejszej islandzkiej piosenki jeździeckiej:

Jedźmy, jedźmy, jedźmy poprzez piach,
ciemność zapada przy Herðubreið,
królowa elfów zaprzęga poddanych,
niedobrze jest stanąć jej na drodze.
Oddałbym najlepszego rumaka aby
dotrzeć już do Kiðagil

Trzeba jednak przyznać, że wydawnictwo ma również swoje wady. Dotyczą głównie edycji samego tekstu, a także braku redakcji. W treści znajdują się pojedyncze literówki, źle stawiane spacje, które negatywnie wpływają na lekturę bądź co bądź ciekawego tekstu. Podczas tworzenia kolejnych e-booków poleciłabym więc Autorce zlecenie redakcji i łamania tekstu, co zdecydowanie wpłynęłoby korzystnie na następne publikacje. Pomimo przyjemnej szaty graficznej, spójności kolorystycznej i bogatych ilustracji, e-book mógłby być bardziej dopieszczony pod względem ułożenia tekstu i rozmieszczenia informacji. Takie kosmetyczne zmiany są po prostu niezbędne do tego, by tekst czytało się łatwiej (czasem go nie widać na kolorowym tle), z mniejszym wysiłkiem (być może warto byłoby rozważyć podział na więcej akapitów lub zwiększenie odstępów między linijkami) oraz przyjemniej (mając do czynienia ze zredagowaną treścią).

Tym niemniej gratuluję Ewelinie debiutanckiego e-booka i trzymam kciuki za kolejne teksty, bo wiadomo już, że przygotowaniu są co najmniej dwa nowe e-booki.

Dziękuję Ewelinie za egzemplarz recenzencki.

Wulkan i inne katastrofy

autor: Sigríður Hagalín Björnsdóttir
tytuł: Ognie. Miłość i inne katastrofy
tłumaczenie: Jacek Godek
rok: 2021
wydawnictwo:  Wydawnictwo Literackie
liczba stron: 360

W najnowszej powieści Sigríður Hagalín Björnsdóttir, autorka Wyspy oraz Świętego słowa, nie zawodzi swojego czytelnika i podaje mu dokładnie to, czego chciałby się spodziewać: historię zagubionych jednostek z islandzką katastrofą w tle.

Z czym może kojarzyć nam się Islandia, jeśli nie z wulkanami? Świat przypomniał sobie o istnieniu tej niewielkiej wyspy na Atlantyku dzięki erupcji Eyjafjallajökull  w 2010 roku, a jeszcze kilka wieków temu Islandię nazywano diabelską wyspą ze względu na Heklę, uważaną za wrota do piekieł. Od miesięcy temat kolejnych erupcji szczelinowych Fagradalsfjall dominuje medialne doniesienia na temat Islandii, a czerwone ognie przyciągają turystów i stają się nowym ulubionym motywem eksplorowanym przez artystów. Jeszcze niedawno dużo mówiło się o serialu Katla, dziele islandzkiego reżysera Baltasara Kormákura, w którym temat wulkanu łączy science fiction z folklorem.

Natomiast Sigríður Hagalín Björnsdóttir napisała Ognie: powieść inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami związanymi z wybuchami na Reykjanes, ale – co charakterystyczne dla jej twórczości – doprawione dystopijną wizją znacznie poważniejszych wybuchów. Ognie. Miłość i inne katastrofy to historia Anny Arnardottir, profesor wulkanologii, znanej na całą Islandię ekspertki, która w obliczu kolejnych erupcji staje się odpowiedzialna za bezpieczeństwo całego narodu i rzeszy skuszonych spektakularnymi wybuchami turystów. Dyrektor Wydziału Nauk o Ziemi, córka szanowanego w środowisku geologa, wiedzie szczęśliwe życie u boku męża, Kristinna, którzy wraz z dwójką dzieci mieszkają w pięknie położonym domu na przedmieściach Reykjaviku. Choć wiecznie zapracowana, Anna uwielbia swoją pracę i ceni sobie wygodne życie u boku bogatego prawnika. Spokój badaczki zostaje jednak zmącony, czego winna jest nie tylko wizja zbliżającej się katastrofy, ale także tajemniczy fotograf Tomas Adler.

Ten nieunikniony wątek romantyczny ma na celu najpewniej ukazać równoległość przeżyć ludzkich w obliczu gwałtownych zmian w przyrodzie. Tak jak magma kotłuje się pod ziemią, a jej wybuch spowoduje nieodwracalne straty nad powierzchnią, tak budząca się miłość i pożądanie wprowadzą zmiany w życiu prywatnym Anny. Romans wpłynie jednak nie tylko na jej pożycie małżeńskie, ale też na pracę zawodową: zawsze wierna intelektowi i przekonana o prymacie rozsądku Anna stanie się bardziej podatna na przeczucie i dyktaturę serca. Ale czy miłość zwycięży i sprawi, że niekochana przez egoistyczną matkę półsierota sama wybierze dzieci ponad własne szczęście? Jak wieści podtytuł powieści, miłość jest jedną z wielu katastrof, a jej skutki okażą się nieobliczalne.

Powieść Sigríður Hagalín Björnsdóttir to jednak znacznie więcej niż romansidło. Wątek miłosny jest tylko dodatkiem do opowieści o przygotowaniach do ewentualnego wybuchu na półwyspie zamieszkałym przez 1/3 ludności Islandii. To kulisy przepychanek między naukowcami a politykami, którzy muszą wypracować kompromis w obliczu nadchodzącej katastrofy. Badacze, zazwyczaj niedofinansowani i spychani na margines priorytetów, stają się nagle autorytetami w zakresie obrony cywilnej i muszą podjąć decyzje dotyczące bezpieczeństwa tysięcy ludzi. Jednocześnie, ich wymagająca praca jest dodatkowo utrudniana przez dziennikarzy, wścibskich fotografów, upartych polityków, którzy chcą sprzedać publiczności sensację, zrobić z erupcji atrakcję turystyczną, zapewnić Islandii ekonomiczny wzrost po chudych czasach pandemicznych. Praca pod taką presją jest trudna, a oczekiwania wysokie: czy pomimo lat doświadczeń da się przewidzieć erupcję wulkanu na Islandii? Czy można wyliczyć czas i miejsce wybuchu? Czy nauka zawsze jest w stanie dać nam odpowiedź, a liczby są pewniejsze od intuicji?

Islandia nie jest bowiem lądem, lecz geologicznym nieporozumieniem, powstała przez przypadek i będzie istnieć, dopóki diapir będzie na nią napierał spod płaszcza Ziemi, tak jak gorące powietrze bijące z kanałów metra unosi letnia suknię kobiety przechodzącej nad uliczną kratą wentylacyjną w zagranicznej metropolii; Islandia to wzdęcie tej sukni na chwilę przed tym, jak kobieta podejmie decyzję i wygładzi fałdy.

W książce wielokrotnie pada stwierdzenie, że Islandia potrzebuje utalentowanych wulkanologów i geologów, którzy pozwolą zrozumieć, a przynajmniej przewidzieć jej największe kaprysy. Ale nawet oni nie są w stanie wiedzieć na pewno, co drzemie pod powierzchnią lądu i oceanu. Pomiary i modele mogą zawieźć, bo żywioł rządzi się własnymi prawami, a nigdzie indziej jak właśnie na Islandii natura nie pokazuje bardziej dobitnie, że ma zdecydowaną przewagę nad człowiekiem. Björnsdóttir zdaje się przypominać o tym, dawać komentarz do dotychczasowych wydarzeń i oceniać podjęte decyzje. Masy Islandczyków i turystów wybierało się na spacer pod sam wulkan, niektórzy wdychali trujące gazy i wystawiali się na niebezpieczeństwo, próbując dotknąć lawy albo wchodząc na nią.  Spektakularna erupcja, czerwone światło i kłąb dymu fascynują i każdy chciałby przeżyć to na własnej skórze, a zarabiający na turystyce Islandczycy mogliby wymyśleć kolejne atrakcje, bo dopóki leje się lawa, przybywa pieniędzy. Autorka pokazuje do czego prowadzi – a przynajmniej może prowadzić – ta chciwość i ostrzega przed stanem wyjątkowym, nakreślając jedynie szkicowo to, co mogłoby się wydarzyć i ile ofiar ta ewentualna katastrofa mogłaby pochłonąć.

Niezwykle oczytana i kompetentna, Björnsdóttir po raz kolejny wykazuje się ogromem pracy nad poprawnością faktograficzną. Fikcja miesza się z cytatami z opracowań naukowych, osobiste wyznania z fachową terminologią geologiczną i meteorologiczną. Nie mam wątpliwości, że autorka z dziennikarską wnikliwością zrobiła przed napisaniem książki porządny research, dzięki któremu nawet fikcyjny wulkan wydaje się prawdziwym. Ten końcowy efekt jest też udziałem grafik i map umieszczonych w książce, a także w świetnie zredagowanej wersji polskiej, konsultowanej z Katarzyną Paluch, znanej z projektu Noise from Iceland. To także dzięki tej ekspertce od wulkanów książkę czyta się niemalże jak podręcznik do geografii, a czytelnikowi zostaje w głowie mnóstwo przydatnej wiedzy związanej z tematem.

Trzeba również oddać sprawiedliwość tłumaczowi Jackowi Godkowi, gdyż na tle dwóch poprzednich wydawnictw Ognie czyta się znacznie lepiej. To świetna robota translatorska, będąca niewątpliwie również zasługą redaktorek: Anny Poinc-Chrabąszcz oraz Ewy Polańskiej.  Choć w druku wciąż brakuje islandzkich znaków, o które prosiłam Wydawnictwo Literackie w recenzji Świętego słowa, postanowiłam się już pogodzić z tą konsekwentną decyzją. Brak islandzkich liter ostatecznie nie wpływa negatywnie na lekturę powieści. Książka jest świetna wydana, a ogniokrwista okładka projektu Anny Pol przyciąga uwagę i dopełnia treść powieści.

Gdybym miała ocenić, jak plasuje się powieść Ognie. Miłość i inne katastrofy na tle całej “trylogii” wydanej przez Wydawnictwo Literackie, dałabym jej drugie miejsce po Świętym słowie. W najnowszej powieści Sigríður Hagalín Björnsdóttir, autorka Wyspy oraz Świętego słowa, nie zawodzi swojego czytelnika i podaje mu dokładnie to, czego chciałby się spodziewać: historię zagubionych jednostek z islandzką katastrofą w tle. Bestsellerowa Wyspa niewątpliwie była znakomitym debiutem pisarki-dziennikarki i świetnie wymyśloną historią, ale sam temat i konstrukcja historii podobały mi bardziej w pozostałych powieściach. Powieści autorki lubię przede wszystkim właśnie za faktografię i popularyzowanie wiedzy, gdyż perypetie bohaterów mniej do mnie przemawiają. Niemniej jednak uważam, że Sigríður Hagalín Björnsdóttir należy do najwybitniejszych autorów islandzkich tego pokolenia i warto przeczytać tę książkę dla dobrego stylu i wielowątkowości.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

Wokół kina Północy

autorTadeusz Szczepański
tytuł: Kino nordyckie. Pierwsze stulecie
rok: 2021
wydawnictwo: PWSFTviT Szkoła Filmowa w Łodzi
liczba stron: 280

Tadeusz Szczepański zabiera nas w podróż do świata kina nordyckiego, które znamy już wyłącznie z opowieści albo przeglądów filmowych.

“Kino nordyckie” to próba przedstawienia przeszło stuletnich dziejów kinematografii pięciu krajów nordyckich – Szwecji, Danii i Norwegii (określanych wspólną nazwą Skandynawia) oraz Finlandii i Islandii – które razem składają się na makroregion europejski, w znaczącym stopniu zintegrowany z położeniem geograficznym na Północy Europy (Nord). Łączą je również podobieństwa historycznych doświadczeń i procesów społeczno-cywilizacyjnych, (…) a także melancholijne piękno pejzażu, w kinie trudne do przeoczenia.

Dotąd na polskim rynku znalazło się kilka pozycji dotyczących kina skandynawskiego, wśród nich recenzowane przeze mnie: Kino Islandii. Tradycja i ponowoczesność Sebastiana Jakuba Konefała (2016) oraz Od Ibsena do Aho. Filmowe adaptacje literatury skandynawskiej (2015), zawierająca teksty wielu badaczy, wśród nich również Tadeusza Szczepańskiego, będącego redaktorem całego tomu. Podczas gdy antologia Konefała jest pierwszą tak wnikliwą analizą kinematografii islandzkiej od jej początków po czasy współczesne, publikacja zbiorowa z 2015 roku skupia się na filmach ze wszystkich krajów nordyckich, ale tylko tych opartych bezpośrednio na dziełach literackich. Tym samym najnowsza pozycja autorstwa Tadeusza Szczepańskiego, historyka filmu i badacza kinematografii Północy (skandynawskiej i rosyjskiej) staje się pełną analizą kina nordyckiego, nie tylko adaptacji filmowych, ale najważniejszych pozycji od kina niemego po produkcje z końca XX wieku.

Choć w przedmowie do Kina nordyckiego autor wylicza podobieństwa między krajami obszaru nordyckiego, argumentując zasadność wspólnego opracowania pięciu kinematografii w jednym tomie, jednocześnie podkreśla różnice i niuanse między produkcjami. Ten podział widać również w spisie treści: każdy rozdział poświęcony różnym zagadnieniom (kino nieme, kino klasyczne, nowe kino, kino końca stulecia) ma podrozdziały poświęcone odrębnym krajom: Danii, Szwecji, Norwegii, Finlandii oraz Islandii, która pojawia się dopiero w ostatnim rozdziale ze względu na późne początki islandzkiej kinematografii. To właśnie różne daty pojawienia się dziesiątej muzy oraz różne sposoby prowadzenia polityki wspierania powstawania produkcji filmowych są podstawą do podziału treści książki i odrębnego prezentowania rozwoju kinematografii krajów nordyckich.

Opowieść zaczyna się na samym początku kina, czyli od kina niemego, którego pionierem na obszarze nordyckim była Dania, a główną postacią tego rozdziału w historii kinematografii duńskiej jest postać Carla Theodora Dreyera, któremu Szczepański poświęca cały podrozdział. Gdy rozwój kina duńskiego zostaje spowolniony wydarzeniami drugiej wojny światowej, prym zaczyna wieść Szwecja pod szczególnym przewodnictwem Victora Sjöströma, który – wraz z innymi realizatorami – zadecyduje o szczególnej pozycji kina szwedzkiego w tej części Europy. Norwegia i Finlandia również ma swój udział w produkcjach kina niemego, ale prawdziwy rozwój tych kinematografii Szczepański opisuje przy okazji kina klasycznego, podkreślając rolę filmu w (współ)tworzeniu tożsamości narodowych dzięki podejmowaniu ważnych tematów i wykorzystywaniu archetypów kluczowych dla norweskości i fińskości.

Trzecia część opracowania dotyczy Nowej Fali, którą z kinem klasycznym łączy postać Ingmara Bergmana, niezaprzeczalnego geniusza kina skandynawskiego i giganta kinematografii szwedzkiej, któremu poświęcono najwięcej miejsca w tej pozycji. Nie oznacza to jednak, że cień wielkiego Bergmana przytłoczył wówczas produkcje z innych krajów nordyckich, bo choć autor mniej pisze o Nowej Fali w Danii, Norwegii i Finlandii, to opisuje najważniejsze produkcje i kluczowych twórców z taką samą dokładnością, wprowadzając te mniej znane nazwiska i zapełniając białe plamy w świadomości mniej obeznanych w temacie polskich czytelników i czytelniczek.

Opracowanie kończy się opowieścią o ostatnich dekadach stulecia, które po Bergmanie na nowo zdominuje kino duńskie, z eksperymentalną Dogmą i kontrowersyjnymi produkcjami Larsa von Triera.  Rozdział puentuje krótka historia kina islandzkiego lat 80. i 90. XX wieku. Choć z dużym opóźnieniem,  Islandzka Wiosna Filmowa, jak podkreśla sam autor, wkracza na rynek skandynawski z wielkim sukcesem, a produkcje wspierane przez zagranicznych inwestorów nie ustępują jakości filmom z krajów sąsiednich.

Wielką zaletą Kina nordyckiego jest przyjemnie prowadzona narracja. Badacz sprawnie miesza język naukowy z bardziej przystępnym stylem popularnonaukowym, dzięki czemu opracowanie nie jest wyłącznie podręcznikiem dla studentów filmoznawstwa. To pięknie wydany, bogato ilustrowany fotosami i kadrami z omawianych filmów album z soczystą treścią przywołującą historię wielkich i tych mniej znanych produkcji skandynawskich XX wieku. Tadeusz Szczepański zabiera nas w podróż do świata kina nordyckiego, które znamy już wyłącznie z opowieści albo przeglądów filmowych. Aby je obejrzeć, musimy mieć dostęp do archiwów czy starych wypożyczalni, większości tytułów nie znajdziemy przecież na Netflixie. Poszukiwaniom sprzyja indeks filmów umieszczony na końcu książki, który ułatwi szukanie tytułów w ich oryginalnych wersjach i polskim tłumaczeniu.

Kino nordyckie. Pierwsze stulecie autorstwa Tadeusza Szczepańskiego, wydane nakładem Łódzkiej Szkoły Filmowej to pozycja nie tylko dla kinomanów, ale każdego miłośnika Północy. Aby zrozumieć fenomen “szwedzkiego grzechu” albo pobudki do tworzenia kina Dogmy, należy sięgnąć po ten album z ikonicznym kadrem z Siódmej pieczęci Bergmana na okładce. Jak w przypadku każdej sztuki, kino skandynawskie przybliża nam historię i kulturę tego obszaru, a czarno-białe i kolorowe fotosy zdają się czasem lepiej oddawać ducha Północy niż książki i nieruchome obrazy.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu PWSFTviT.

Kieszonkowa historia Islandii

 

autor: Gunnar Karlsson
tytułHistoria Islandii w skrócie
tłumaczenie: Agnes Ársól Bikowska, Anna Karen Svövudóttir
rok: 2021
wydawnictwo: Forlagið Bókabúð
liczba stron: 80

Ile szczegółów z historii Islandii pamiętasz? 

O historii Islandii wiem co nieco. Bliska jest mi historia przełomu XIX i XX wieku, szczególnie związana z dążeniem do niepodległości. Dzięki sagom i innym lekturom związanym ze średniowieczem, wiem też jak mniej więcej wyglądało zasiedlenie Islandii i dzieje pierwszych Islandczyków. Ale pomiędzy średniowieczem a współczesnością do tej pory miałam w głowie białą plamą. Poza jakimś ogólnym rozumieniem, że Islandia przez wieki należała do Danii, nie do końca kojarzyłam jak do tego doszło, kiedy i dlaczego.

Przez te braki w mojej wiedzy, kiedy zaczęłam cykl wpisów na Facebooku, który dotyczył przypominana najważniejszych dat historycznych (#kalendarzislandzki), skupiłam się głównie na czasach współczesnych, bo te wydarzenia były mi dobrze znane i najlepiej udokumentowane. Ale po niemal roku trwania tego małego projektu, dotarłam do wielu interesujących wydarzeń z XIV-XVIII wieku. Krok po kroku, fragment po fragmencie zaczęłam odkrywać przed samą sobą kolejne karty z islandzkiej historii, ale ta selekcja wydarzeń nie dawała mi jeszcze ogólnego pojęcia o tym, jak wyglądała nowożytna Islandia, a nawet Islandia w XIX wieku!

Jedna z grafik do cyklu #kalendarzislandzki, które powstały już po lekturze książki.

Ale być może inni miłośnicy Islandii mają tak samo? W Polsce niewiele się przecież o tym pisze i mówi, a większość pisanych przez polskich badaczy albo tłumaczonych na język islandzki książek dotyczy albo czasów od zasiedlenia, albo od odzyskania niepodległości i czasów współczesnych. Wiele wydarzeń traktuje się niemal jak ciekawostki: demokratyczne przyjęcie chrześcijaństwa, konflikt z baskijskimi wielorybnikami, bezkrwawa walka o niepodległość, wojny dorszowe, pierwsza prezydentka na świecie i pierwsza zadeklarowana lesbijka na urzędzie premiera kraju. Ale co łączy te wydarzenia? Warto byłoby się dowiedzieć. 

Dlatego bardzo się cieszę, że w końcu pojawiła się “Historia Islandii w skrócie” Gunnara Karlssona, w przekładzie dwóch Polek mieszkających na Islandii: Agnes Ársól Bikowskiej i Anny Karen Svövudóttir. Jest to dokładnie to, czego potrzebowałam, żeby się doszkolić: krótka, ale bardzo treściwa książeczka, którą można przeczytać przed snem albo zabrać w podróż, bo łatwo zmieści się w torebce albo większej kieszeni. Z lektury której dowiecie się o najważniejszych wydarzeniach z przeszłości Islandii, opisanych w sposób przystępny, prostym językiem, do tego treść jest bogato ilustrowana zdjęciami i infografikami. Słowem, jest to bardzo przyjemna lektura dla każdego, kto chciałby mieć szerszy obraz historii Islandii, poznać ją w pigułce. 

Polskie wydawnictwo książeczki uzupełnia serię jej wydań w pięciu językach. Jak dotąd, niewielką książeczkę dostępnej w językach: islandzkim, angielskim, duńskim, niemieckim i hiszpańskim, można było zakupić w wielu punktach turystycznych na Wyspie, jako pamiątkę lub przewodnik po Islandii. Widać, że spełnia swoją funkcję, bo jest jedną z najlepiej sprzedawanych książek tego typu w całej Islandii. Ale przypadek polskiej wersji językowej pokazuje, że nie jest to jedynie pozycja przeznaczona dla turystów. Najwyraźniej nasi rodacy na Wyspie postanowili doszkolić się z islandzkiej historii, bowiem według księgarni wydawnictwa jest to bestseller pierwszej połowy lipca:

Beskrivning saknas.
Zdjęcie dzięki uprzejmości Agnes Ársól Bikowskiej.

Polskie wydanie cieszy, bo to również dzieło dwóch Polek mieszkających na Islandii. Agnes Ársól Bikowską znacie już dzięki naszej wspólnej serii tekstów o zapomnianych islandzkich artystach, z kolei Anna Karen Svövudóttir jest nie tylko tłumaczką, ale też doradczynią ds. komunikacji w islandzkim Ministerstwie Zdrowia. Obie zrobiły kawał roboty, choć – jak to bywa w polskich tłumaczeniach literatury islandzkiej – wkradają się w ich język formy jakby podstarzałe albo brzmiące dość obco polskiemu uchu. Ciekawe, czy wynika to z tego, że polscy tłumacze języka islandzkiego to często emigranci lub osoby mieszkające większość swojego życia na Islandii, a więc pracujące i być może również też myślące na co dzień w języku islandzkim. Te “islandzkie” naleciałości nie są bynajmniej wadą, niemniej jednak są dla mnie jako czytelniczki (i dyplomowanej, choć niepraktykującej językoznawczyni), bardzo intrygujące. 

Ale warto podkreślić, że pomimo drobnych błędów i literówek, do których przyczepiam się wyłącznie dla porządku, “Historię Islandii w skrócie” czyta się naprawdę dobrze, o czym już zresztą wspomniałam. Jeśli wpadnie Wam z ręce, koniecznie kupcie ją dla siebie lub komuś w prezencie, bo taka kieszonkowa lekcja historii każdemu może się przydać! Książkę możecie dostać obecnie głównie na Islandii, ale kto wie – może jej rosnąca popularność na Wyspie sprawi, że pojawi się w sprzedaży również w Polsce?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wspaniałej Agnes Ársól Bikowskiej!

Rozprawa z feminizmem

autorka: Steinunn Sigurðardóttir
tytułKobiety z klasą
tłumaczenie: Jacek Godek
rok: 2021
wydawnictwo:  Mova
liczba stron: 224

Maria Hólm jest islandzką wulkanolożką w średnim wieku, po rozwodzie i wciąż zakochaną w młodzieńczej miłości, odnoszącą sukcesy w zawodzie, ale niezbyt docenianą wśród kolegów z pracy.

Gemma to Włoszka o pięknym wyglądzie i sposobie poruszania się, obdarzona wielkim darem do przykuwania uwagi, ale mniejszym do przekonywania. Spotykają się wzrokiem w samolocie z Keflaviku do Paryża, a jednak to przypadkowe spotkanie jest jakby z góry zaplanowane. W paryskim słońcu okazuje się, że Gemma od dawna obserwuje Marię i ma wobec niej wielkie nadzieje i konkretne plany.

Gemma, wojująca feministka o bardzo radykalnych poglądach na odsunięcie mężczyzn od władzy, proponuje Marii Hólm spółkę, pragnąc wciągnąć ją w projekt stworzenia wyspy-państwa, w którym kontrolę przejmują kobiety i które traktują mężczyzn niemal jak niewolników. Ta utopijna wizja, zakrawająca trochę o fabułę polskiego filmu „Seksmisja” ma ponoć wynikać z przekonania Włoszki o tym, jak idealnym miejscem dla kobiet jest Islandia. Maria, z trzeźwym naukowym podejściem, od początku wyraża sceptyczne podejście do planu, nie tylko dlatego, że lubi mężczyzn i nie jest ich wrogiem, jak też znając realia sytuacji islandzkich kobiet.

(…) – Poza tym to właśnie ta premier posprzątała syf, jakiego narobili islandzcy faceci. Islandczycy mieli też pierwszą kobietę prezydenta, wybraną w wyborach powszechnych, i ona też nie była zwyczajną zamężną kobieta, jak każe tradycja, lecz samotną matką adoptowanej córki. To było bardzo postępowe ze strony twojego nielicznego narodu. I Bjork jest oczywiście Islandką. Islandzkie kobiety są niebywale mocarne, ciężkie warunki życia uczyniły z nich prawdziwe supermenki. I oto ty tu jesteś, prawdziwa islandzka supermenka.

– Tym trzem kobietom niczego nie brakuje. Sama je podziwiam, ale nie pozwalaj sobie nawet marzyć, że Islandki są choć trochę inne niż pozostałe kobiety na świecie.

Zdecydowanie ważnym jest to, że pisarka jest Islandką. Dla nas, tak jak Gemmy, Islandia to niemalże raj dla kobiet, a jednak w wywiadach, jak i samej książce Steinunn wielokrotnie podkreśla, że wiele jeszcze w społeczeństwie islandzkim jest do zrobienia i nawet jeśli powieść „zwiastuje” nadejście kobiety-premier na Islandii – Katrín Jakobsdóttir – nie jest to przecież pierwsza kobieta u władzy na Wyspie. Tym samym nowoczesne społeczeństwo z dobrze rozwiniętą debatą na temat równości płci jest tylko zachętą do zrobienia rachunku sumienia: czy skoro nawet w takich krajach kobiety wciąż nie są opłacane tak samo jak mężczyźni, to czy eksperyment Gemmy ma szansę na naprawienie świata?

Powieść Steinunn Sigurðardóttir to rozprawa z feminizmem, prezentująca dwa oblicza tego ważnego dla współczesnego świata kierunku myślenia. Gemma nienawidzi mężczyzn, chce się ich pozbyć, a męską seksualność, prowadzącą również do zapładniana kobiet, traktuje jak największe zło tego świata. Sama jednak skrywa w sobie tajemnicze, które czynią ją postacią bardziej intrygującą i wielopoziomową, a jednak czytelnik nie dowiaduje się ostatecznie, co dokładnie sprawiło, że stała się tym, kim się stała.

Maria Hólm z kolei reprezentuje bardziej opanowany, rozumowy stosunek do równości płci. Choć żyje bez mężczyzny, tęskni za nim, a niespełnione macierzyństwo chodzi za nią pomimo sukcesów na polu naukowym. Nie jest to typowa kobieta sukcesu, która stawia życie zawodowe ponad rodzinę, po prostu tak ułożyły się jej losy, że mąż ją zostawił, choć może przepracowanie miało z czym coś wspólnego. Nie unika jednak kontaktów z innymi mężczyznami, a adorowanie z ich strony i możliwość „podobania się” na tym etapie życia zaczyna na nowo rozpalać ją do działania. Największą pasją w jej życiu są jednak wyłącznie wulkany, którym poświęca każdą wolną chwilę i większość energii. Pomimo renomy i ważnych odkryć (które jednak zostały wpisane na konto jej współpracowników), pozostała bardzo skromna i pewna, że wszystko, co osiągnęła w nauce wynika z pracy zespołowej.

Zacznijmy od ciebie i twojego stanu charakteryzującego płeć żeńską, który ułatwia mężczyznom zabawę, mającą na celu uniemożliwienie rządzenia światem: kiedy kobieta zajmuje się czymś ważnym, nie demonstruje tego i stąd nikt inny o tym nie wie. A jeśli facet robi coś, co może jest ważne, a może nie, rozdyma się na świat i krzyczy: „Kukuryku!” niczym napalony kogut w stadzie kur.

Choć Gemma jest przerysowaną fanatyczką, z tej satyry na radykalne feministki nie wynika jednak, żeby wszystkie jej opinie i sądy były niezgodne z prawdą. W Marii mogłoby przejrzeć się wiele ambitnych kobiet, które od lat zadają sobie pytanie, dlaczego za włożenie takiej samej (lub większej) pracy wciąż opłacane są gorzej od mężczyzn. I dlatego to właśnie one muszą rezygnować z dalszej kariery ze względu na dziecko, chorobę bliskich i obowiązki domowe. Gemma zasadza w nas różne wątpliwości,  bo czy nie jest tak, że świat rządzony przez toksycznych mężczyzn głodnych władzy zaczyna rozpadać się na kawałki, prowadzi do powiększania różnic społecznych, pogarszania problemów ekologicznych i tym podobnych? Czy uda nam się udowodnić, że to wina mężczyzn? Tylko wtedy, jeśli kobiety doszłyby do władzy na kolejnych kilkaset lat i miały szansę zaprezentować swoją wizję rządzenia światem. Nie wiadomo przecież jednak, czy eksperyment Gemmy się powiedzie i czy jej wielka misja zjednoczenia kobiet w ważnym celu się zrealizuje.

Ale pewnie wcale nie chodzi o wielką misję. Maria ostatecznie zostawiona zostaje z zupełnie inną, prywatną i mniejszą misją, która paradoksalnie doprowadzi ją do życia w wyłącznym towarzystwie kobiet: przeprowadzki do mamy i babci. A jednak rozwój wydarzeń w sposób tajemniczy rozmywa się i czytelnik traci już jakiekolwiek rozeznanie w tym, kto miał rację. Bo może nie miał jej nikt?

To już druga powieść Steinunn wydana na rynku polskim, która opowiada o kobietach, choć w odróżnieniu od „Farmy Heidy” fikcyjna. Mimo to można zauważyć, że pisarkę interesują silne kobiety o mocnych charakterach, które świadomie wybierają życie w samotności, co przekłada się na ich niezależność i możliwość decydowania o sobie. Tak być może dałoby się zdefiniować tytułowe kobiety z klasą. Czym jest klasa? Nie tylko nienagannym sposobem poruszania się i wypowiadania, schludnym wyglądem i urokiem osobistym, ale taką autentyczną pewnością siebie, której nie wolno mylić z wywyższaniem się ani poczuciem wyjątkowości. Kobiety z klasą to kobiety stanowcze, ale nieuparte, dystyngowane, ale nie przesadnie wypielęgnowane, mądre, ale nie przemądrzałe, a przede wszystkim wolne, ale nie swawolne.

Czy “Kobiety z klasą” to faktycznie rozprawa z feminizmem? Na pewno nie jest to książka dająca odpowiedzi, bo w gruncie rzeczy to tylko fikcyjna opowieść o kobietach, które zmagają się z różnymi wizjami kobiecości i oczekiwaniami wobec samych siebie. A jednak warto przeczytać najnowszą powieść Steinunn Sigurðardóttir, bo nawet jeśli nie rozwija czy zamyka wątków utopijnego planu Gemmy czy życia prywatnego Marii, jest interesującą opowieścią o dzielnych, niezależnych kobietach, pełnych energii jak islandzkie wulkany i idących po swoje w tym wciąż patriarchalnym świecie.

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Wydawnictwu Mova.

Islandia po staremu

Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądała Islandia przed masową turystyką? Stare książki o Islandii mogą pomóc wyobraźni, szczególnie jeśli pisane są z polskiej perspektywy, np. w latach 70.

Spotkanie z Islandią Haliny Ogrodzińskiej, książka napisana w roku 1974, to niezwykła podróż do przeszłości. Autorka opisuje Islandię czasów wojen dorszowych, Islandię niewinną turystycznie, pełną dzikich i nieznanych ścieżek. To typowa – dla współczesnego czytelnika – relacja z podróży, jednak niezwykła jak na tamte czasy, kiedy o zagranicznych podróżach większość Polaków mogła tylko pomarzyć. Wydaje się jednak, że autorka na stałe (lub przez długi czas) przebywała w Norwegii, gdzie poznała swoich islandzkich przyjaciół i skąd łatwiej było zorganizować wycieczkę na atlantycką Wyspę.

Z perspektywy dzisiejszych marzeń o podróży na Islandię, sytuacja Haliny Ogrodzińskiej może wydawać się lepsza niż idealna: przyjeżdża do Keflaviku na zaproszenie rodziny Johannessonów (pisownia oryginalna), z nimi podróżuje i przez nich jest oprowadzana po największych zabytkach Islandii: Thingvellir, gejzery, historyczne centrum Reykjaviku. Kiedy marznie pod wodospadem Gullfoss i dostaje gorączki, wiele dni spędza w łóżku z lekturami przynoszonymi przez członków zaprzyjaźnionej rodziny. Czyta książki historyczne, sagi, uzupełniając braki wiedzy przed kolejną wycieczką. Jest nawet zaproszona na kolację w polskiej ambasadzie, gdzie u państwa Godków (!) poznaje polskich geografów i glacjologów organizujących ciekawą wyprawę na lodowiec. Sama nie będzie miała niestety okazji zobaczyć lodowców z bliska, za to poza programem dane jej będzie spędzić jedno popołudnie na islandzkiej fermie, gdzie skosztuje świetnie przygotowanej jagnięciny i kupi islandzki sweter.

Narracja pierwszoosobowa, relacjonująca kolejne etapy podróży, uzupełniona jest o dłuższe wykłady z historii i kultury Islandii. Autorka streszcza treść przeczytanych przez siebie książek, opisuje nawet akcję sagi o Njalu, a resztę niezbędnych informacji wkłada w usta swoich bohaterów: Einara, Unn, Pietura i Odil. To oni zdają się w dialogach zarzucać autorkę ciekawostkami i faktami dotyczącymi Islandii, ale nie dowiemy się, czy to wiarygodna relacja z rozmów, czy zabieg używany przez niektórych podróżników do dziś, polegający na czynieniu z napotkanych osób chodzące Wikipedie. Trzeba jednak przyznać, że jak na tamte czasy książka Haliny Ogrodzińskiej mogła być jednym z niewielu źródeł wiedzy o Islandii, dlatego szkolna maniera pisania pasuje do jej dydaktycznych celów.

Jest to jednak narracja nie pozbawiona swoich wad: kiedy zaczyna się lekturę, ma się w głowie niemal automatycznie głos z offu, należący do lektora Polskich Kronik Filmowych. Już opis lądowania na lotnisku w Keflaviku staje się okazją do wspomnienia o wikińskich podróżach, połowach ryb i nazwiskach patronimicznych. Zaledwie 143-stronicowa książka pełna jest takich informacji, czasem wtrąconych w treść jakby przypadkiem, innym razem rozwiniętych na osobne rozdziały czy wielostronicowe opisy. Każda kolejna książka z podróży pisana w guście “opowiem Wam o kraju, który zwiedziłam” zdaje się naśladować ten styl i zarzucać czytelnika ciekawostkami historycznymi, politycznymi, kulturalnymi i geograficznymi.

Ale czy ta maniera nie ma swojego rodowodu właśnie w latach 70., kiedy każda relacja z podróży była na wagę złota, a informacje o dalekich krajach w języku polskim były białym krukiem? W tych właśnie czasach swój złoty wiek przeżywało Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Islandzkiej, jedyna organizacja zrzeszająca miłośników Islandii w Polsce i zajmująca się popularyzacją kultury islandzkiej nad Wisłą. Zbierane przez nich materiały i wydawane przez lata Biuletyny były niegdyś jedynymi publikacjami na tematy sztuki, polityki, geografii czy gospodarki islandzkiej. Nic więc dziwnego, że członkowie TPPI nawet do dziś posługują się podobną manierą: powtarzaniem znanych już, a często nawet zdezaktualizowanych, ciekawostek o Islandii.

Miałam tego przykład całkiem niedawno, kiedy zostałam zaproszona do audycji Lewym Okiem internetowego Nocnego Radia. Jeden z prowadzących należał kiedyś do TPPI, więc jego wiedza na temat Islandii była ogromna. Niestety w którymś momencie rozmowa zamieniła się w wyliczanie islandzkich “naj” i innych stereotypowych określeń, które w świetle nowych badań i zmian społeczno-politycznych mijają się już z rzeczywistością. Z początku starałam się spokojnie zbijać te argumenty i dzielić się moją wiedzą. Okazało się także, że owe “przesłuchanie” postawiło mnie w kłopotliwej sytuacji, bo zaczęto zadawać mi pytania z dyscyplin i tematów, o których zupełnie nie miałam pojęcia. Niemal trzygodzinna audycja była nie lada treningiem cierpliwości i koncentracji, ale mimo wszystko przyjęto mnie bardzo miło, a słuchacze zadawali interesujące pytania.

TPPI działało prężnie do śmierci wieloletniego prezesa i zasłużonego członka organizacji, pana Andrzeja Michałka. Wszyscy członkowie Towarzystwa mówią o nim z sentymentem i poczuciem ogromnej straty, szczególnie, że po nim nie pojawił się żaden tak charyzmatyczny przewodniczący, który zjednoczyłby pozostałych członków. Towarzystwo jest więc zamrożone, a wielokrotnie podejmowano próby jego reaktywacji, zgłaszając się nawet do mnie. Wydaje mi się jednak, że patrząc na bogaty dorobek Towarzystwa, jego reaktywacja musiałaby albo zakładać powrót do stylu czasów jego świetności, albo podporządkować dostosowaniu do nowej formy. Dawne publikacje TPPI opisują Islandię sprzed boomu turystycznego, wielkiej fali migracyjnej Polaków i globalizacji, która sprawiła, że ta daleka Wyspa stała się na wyciągnięcie ręki.

Dlatego książkę Spotkanie z Islandią czytałam przez filtr tych właśnie czasów, kiedy i książki pisano w inny sposób, i wydawanie ich nie polegało na wielkiej kampanii reklamowej i lansowaniu autora w mediach społecznościowych. Samą autorkę szanuję za szczerość i wyważenie: będąc nawet w kraju tak pięknym jak Islandia, nie popada w ślepy zachwyt, a wyrażane przez Odil komplementy w postaci “naj” traktuje z przymrużeniem oka. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że książka Haliny Ogrodzińskiej to reportaż na miarę tamtych czasów i zawężone kompendium wiedzy na temat Islandii sprzed tanich linii lotniczych, Błętkitnej Laguny, Instagrama i blogerów.

Za wynalezienie książki w internetowym antykwariacie dziękuję Klaudii z Po islandzku.

Amerykański sen

autorEinar Kárason
tytuł: Ziemia przyobiecana
tłumaczenie: Jacek Godek
rok: 2020
wydawnictwo:  Marpress
liczba stron: 264

Ostatnia część trylogii reykiawickiej Einara Kárasona, Ziemia przyobiecana to zwieńczenie historii wielopokoleniowej rodziny Karoliny i Tómasa.

Po kultowej Wyspie diabła i jej kontynuacji, Złotej Wyspie, saga rodu z Thulecampu dobiega końca. Główni bohaterowie, prababcia Lina i inni mieszkańcy Starego Domu, ustępują najmłodszemu pokoleniu i pojawiają się tym razem już tylko w ich wspomnieniach. Akcja ostatniej części trylogii rozgrywa się w tytułowej ziemi obiecanej, jaką Islandczykom wydawała się wówczas Ameryka, szczególnie Stany Zjednoczone.

Bohaterami ostatniej części są Mundi i Bobo (synowie Dolli, a więc prawnuczkowie wróżki Liny) oraz Manni, syn Fii i Totiego, spokrewnionych z mieszkańcami Starego Domu i Nowej Lepianki. Mundi i Manni, których w ostatnim czasie połączyła wierna przyjaźń, przylatują do Ameryki w poszukiwaniu babci Gogo i wujka Baddiego, najbardziej barwnej postaci w całej familii. W hotelu kontaktują się z Bobo, najwyraźniej od dłuższego czasu bawiącym na Manhattanie, i we trójkę udają się w długą podróż w głąb kontynentu, aby odnaleźć członków rodziny. Na miejscu udaje im się spotkać nie tylko najbliższych krewnych, ale także pierwszego męża Gogo i jej dzieci oraz Daisy, niegdyś pomieszkującą u Liny i Tommiego wraz z ówczesnym narzeczonym.

Warto powiedzieć, że Islandczycy przyjeżdżają do Stanów jak do siebie. Nie chodzi tylko o analogię do odkrycia Ameryki przez islandzkich wikingów, ale raczej osobisty związek z Nowym Kontynentem. Chłopcy znają język i zwyczaje amerykańskie, bo przyjeżdżają z kraju opanowanego kulturowo przez USA. Nie są obcy kodom kulturowym, tak samo jak autochtoni śpiewają piosenki Elvisa z pamięci czy palą Camele. Z początku wizyta u rodziny wydaje się ucieleśnieniem amerykańskiego snu. Trzej chłopcy z Reykjaviku otrzymują nocleg na farmie, Daisy jest gotowa zawieźć ich wszędzie, a gdzie nie pojadą, ugoszczeni są darmowym piwem. Zresztą piwo okazuje się głównym napojem bohaterów tej serii. Panowie piją z goszczącym ich świniopasem, z wujkiem Baddim, ze stałymi bywalcami odwiedzanych w podróży barów, z gośćmi hotelowymi, ze znajomymi i z nieznajomymi na końcu autokaru. Alkohol leje się strumieniami i prowadzi do kłótni, bójek, złamanych kończyn, a w najlepszym wypadku: ciężkiego kaca. Wydaje się jednak, że z każdej opresji chłopcy wychodzą bez szwanku. Gospodarze i policja zajmują się przybyszami z dalekiej Europy ze szczególną uwagą, a jeśli dochodzi już do poważnych problemów, wszystkim zajmie się babcia Gogo. Bo ona wszystko załatwi.

Ale amerykański sen to tylko pozór, tak jak bogactwo Bobo czy ustatkowanie Gogo. To, co bajecznie wygląda w filmach lub brzmi obiecująco w rock’n’rollowych piosenkach, na miejscu okazuje się błahe i tandetne. Nie tylko nieudana wizyta w rezydencji Elvisa Graceland, ale każda przygoda w drodze do i z Missisipi staje się pretekstem do zdarcia złotej farby z tego wyidealizowanego obrazu, choć mamy wrażenie, że sami Amerykanie nie chcą do tego dopuścić. Niech przykładem będzie podsycanie kultu Elvisa i dbanie o jego dobrą reputację: nawet jeśli zapił się na śmierć, spotkany pasażer autobusu utrzymuje, że był “dobrym chłopcem”. Może najbardziej autentyczni są grający w pokera panowie w kowbojskich kapeluszach, ale oni przynależą do rodzajowej scenki życia codziennego w dymie papierosów i lepiącego się od piwa i krwi z wczorajszej bójki.  Nie brakuje też ozdobników w postaci groźnych Murzynów czy obawy przed pederastami, słowem: chłopcy z Islandii wpadają w sam środek amerykańskiej rzeczywistości. Niczym Pawlak i Kargul z trudem odnajdują się w nowych miejscach, które przypominają raczej cmentarz (trafne porównanie Nowego Yorku z uwagi na numerowane ulice) czy burdel.

Autor nie szczędzi obrazowego, bezpośredniego języka. Tak jak w poprzednich częściach, nie wstydzi się pisać o fekaliach czy innych problemach fizjologicznych, choć seks wciąż stanowi pewnego rodzaju tabu. W warstwie językowej nie brakuje oczywiście typowo seksualnych określeń, ale erotyczna przygoda Manniego z gospodynią pozostaje jedynie w sferze eufemizmów. Członkowie rodziny nie mają jednak problemu z mówieniem o tym, co innego o innych, bardziej brutalnych i drastycznych doświadczeniach. Do tych Gogo woli się nie przyznawać, zbywając sytuację uśmiechem i – zgodnie z rodzinną tradycją – drinkiem. To także dowód na niesłabnące poczucie humoru Kárasona, humoru czarnego i gorzkiego, rodem z sag.

Pod koniec serii autor przyznaje się do swoich źródeł i inspiracji, choć robi to w sposób niebezpośredni. Można powiedzieć, że przerzuca odpowiedzialność za opowiadanie historii na Manniego, który jawi chęć napisania kroniki wielopokoleniowej rodziny ze Starego Domu. Początkujący pisarz opowiada Mundiemu o swoich mistrzach: autorach sag islandzkich, Hemingwayu czy Dashielu Hammetcie. Poszkodowany przez skąpych i mało wrażliwych na sztukę rodziców, w dzieciństwie miał ograniczony dostęp do książek, aż w końcu w tajemnicy czytywał jedyne woluminy obecne w mieszkaniu Fii i Totiego: kupione wraz z drogim regałem jako dekoracja. Ten epizod z życia bohatera uzupełnia nam obraz Islandczyków jako czytającego narodu kronikarskiego, być może jest puszczeniem oka w stronę krytykującego zubożałą kulturę amerykańską Halldóra Laxnessa, który po wizycie za Oceanem stwierdził: „W Ameryce uświadomiłem sobie swoją narodową odrębność i nauczyłem się cenić duchowe dziedzictwo mojego kraju, tak bogate i wartościowe w porównaniu z bezdziejowością i ubóstwem tradycji w USA”.

W posłowiu Jacek Godek zwraca uwagę na to, że Einar Kárason należy do pierwszego “postnoblowskiego” pokolenia islandzkich pisarzy. Urodził się dokładnie w 1955 roku, czyli roku przyznania literackiego Nobla Laxnessowi. To wydarzenie było początkiem fali pisania i wydawania powieści w języku ojczystym. Dzięki przekładowi Jacka Godka i serii Bałtyk wydawnictwa Marpress, które zdecydowało się na publikację całej trylogii, polski czytelnik ma wreszcie szansę zapoznać się z całością tych kulturowych powieści, które – jak nazywa je tłumacz  – składają się na “truelogię”, prawdziwy obraz Islandii czasów transformacji kulturowo-społecznej. Moim skromnym zdaniem cały trójksiąg jest lekturą obowiązkową dla każdego, która uważa Islandię za kraj mlekiem i miodem płynący, za dzisiejszą ziemię przyobiecaną.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Marpress.

Czytaj dalej:

Islandczyk jak Frankenstein

autor: Victor Hugo
tytułHan z Islandii (oryginalny: Han d’Islande)
rok: 1823
wydawnictwo: Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza
liczba stron: 272

Wyobraź sobie, że mieszkasz w XIX-wiecznej Francji. Twoje wyobrażenie o Północy to składowa lektury Edd, powieści grozy i malarstwa romantycznego. Jaki obraz Islandii może mieć wówczas w swojej głowie młody francuski dyletant?

Odpowiedź daje nam Victor Hugo i jego debiutancka powieść Han z Islandii. Co prawda powieść ta została napisana jako druga, jednak to właśnie ją wysłał do druku jako pierwszą 21-letni wówczas pisarz. Autor Nędzników i Dzwonnika z Notre-Dame zadebiutował jako autor krótkiej powieści grozy, której akcja rozgrywa się w XVII-wiecznej Norwegii. W okolicach Trondheim (w książce figurującego jako Drodheimus), sieje postrach tytułowy Han, potwór z Klipsdalur. Ta tajemnicza postać, o której legendy opowiadają sobie tak baronowie, jak prości rybacy, znana jest z podpaleń i brutalnych morderstw. Mówi się o nim, że jest to mężczyzna olbrzymiego wzrostu i nieludzkiej siły, inni zaś wiedzieli go jako niskiego karła o brzydkiej twarzy, odzianego w skóry zwierząt. Plotkom i pogłoskom towarzyszą rewelacje o tym, że Han żywi się krwią ludzką i nosi długie, ostre pazury. Wśród prostych ludzi bano się wymawiać jego imię i szerokim łukiem omijano miejsca, w których widziano słynnego złoczyńcę. Ten zaś jest nieuchwytny, a mimo wysokiej nagrody za jego głowę próżno szukać śmiałka, który zaryzykowałby spotkanie oko oko z potworem.

Niczym w dramatach Moliera, poznajemy tytułowego bohatera z relacji innych zanim osobiście wkroczy on na karty powieści. Oczekujemy najgorszego, a kiedy już główna postać pojawia się w akcji, narrator nie daje nam pewności, czy to właśnie Han z Islandii. Przyjmuje on bowiem w historii ciągle nowe role i stroje, stając się istotnie postacią poboczną całej akcji, a mimo to spirytus movens intrygi. Choć nie wiemy zbyt wiele szczegółów jego osobistej historii, prywatna żądza zemsty za zabójstwo własnego syna staje się motorem akcji, w którą wplątane są różne postaci z dworu i prostego ludu. Raz to Han ma dowodzić grupą buntowników, gotowych wzniecić rewolucję przeciwko królowi, raz przypadkiem pomaga w rozwiązaniu tajemnicy rodowej, która przeszkadza młodym kochankom połączyć się szczęśliwym więzem małżeństwa. Nigdy jednak Han nie działa jako przyjaciel, raczej jako samotny wilk, który dokładnie waży swoje działania i sprawdza, co ułoży się najlepiej po jego myśli. Mający posłuch u niedźwiedzi, śmiechem reagujący na niebezpieczeństwo, do ostatnich chwil swojego życia pozostaje samolubny i ogarnięty potrzebą pomszczenia swojego potomka. Han jest więc tytułowym bohaterem powieści, a jednak anty-bohaterem, który łączy w sobie najgorsze cechy i zachowania. Tak przedstawia się w jednej z ostatnich scen książki, kiedy samodzielnie stawia się przed sądem:

Jestem szatanem z Klipstadur. Matką moją jest stara Islandia, wyspa wulkanów. Dawniej była ona tylko górą, ale spłaszczyła ją ręka olbrzyma, który, spadłszy z chmur, oparł się na jej szczycie. Nie potrzebuję wam mówić o sobie; wiecie chyba, że jestem potomkiem Ingólfa Tępiciela i że jego ducha noszę w swoim ciele. Więcej popełniłem morderstw i wznieciłem pożarów, aniżeli wy wszyscy wydaliście niesłusznych wyroków. (…) Wypiłbym z rozkoszą wszystką krew z waszych żył. Natura moja to nienawiść do ludzi; złe im wyrządzać – moje posłannictwo.

W treści książki wielokrotnie powracają określenia „szatan”, „potwór”, „olbrzym”, „dziki zwierz”, „rozbójnik”, a więc najgorsze przymioty anty-bohatera. Pytanie jednak brzmi: dlaczego to właśnie Islandczyk ma być ucieleśnieniem zła, co skłoniło młodego Francuza to przypisania wszystkich złych cech akurat temu narodowi? Bez wątpienia Hugo miał jakieś pojęcie o Islandii; czytał w końcu Eddę, która pojawia się także w powieści jako poczytna lektura. Śledził poczynania pionierów literatury grozy: Horacy’ego Walpola, którego Zamczysko w Otranto z 1764 roku uznawany jest za początek gatunku, oraz Mary Shelley, autorki Frankensteina, prekursorskiej powieści grozy. Od najlepszych zaczerpnął więc nastrój i scenerię powieści: neogotycki kontekst architektoniczno-sceniczny, umieszczenie historii w dalekiej przeszłości, elementy nadnaturalne, dalekie jednak od typowo baśniowych postaci, ale potencjalnie wyobrażalne, bo będące w bliskim związku z człowiekiem.

W estetyce neogotyzmu często wykorzystywano miejsca odległe od cywilizacji i kultury wciąż przesiąknięte wierzeniami ludowymi. Obszar nordycki ze swoją germańską spuścizną wydawał się więc idealny jako tło dla powieści grozy. Hugo sięgnął po rozpowszechnione w Europie wyobrażenie dzikiej, tajemniczej, nieprzyjemnej, wręcz diabelskiej i nieludzkiej Północy, a Islandia – najdalsza znana wówczas wyspa tej szerokości geograficznej, stałaby się więc kulminacją takich obrazów. Czytelnicy neogotyckiej powieści grozy karmili się przecież potworami mieszkającymi w ciemnych jaskiniach, mających cechy zwierzęce, pozbawionych serca morderców czy zdolnych do układów z diabłem rozbójników. Ich perypetie świetnie kontrastowały z romansami, w których niezmiennie więzione w wieżach bezbronne kobiety mogły zostać ocalone jedynie dzięki miłości dzielnego, pięknego młodzieńca. W tej słodkiej historii miłosnej utkanej intrygami i przeciwnościami inspirowanymi Romeem i Julią potrzeba więc groźnego zgrzytu, elementu niesamowitego, strasznego motywu, który zmrozi krew w żyłach.

To wyraźne zestawienie idealizowanych kochanków: przystojnego rycerza Ordenera z niezwykle piękną, lecz pozbawioną wolności Ethel z wyobcowanym na własne życzenie anty-bohaterem Hanem stanowi punkt wyjścia dla późniejszych powieści w twórczości Victora Hugo, gdzie Han z Islandii stanowi pierwszy przykład bohatera odtrąconego przez społeczeństwo. Daleki krewny Quasimodo nie jest jednak postacią o dobrym sercu w skórze potwora. To potwór pozbawiony cech ludzkich, bo nawet zemsta po stracie syna nie powodowana jest żałobą po utraconym dziecku, ale potrzebą ukarania tych, którzy przyczynili się do zerwania kontynuacji rodu z Klipsdalur, bowiem zmarły młodzieniec był ostatnim potomkiem Ingólfa Tępiciela  z Islandii. Żądny krwi i idący do celu po trupach (dosłownie) Han ma więc także cechy bohatera powieści frenetycznych. Popularna w połowie XIX wieku frenezja romantyczna (od frénétique – gwałtowny, szaleńczy) skupiała się na scenach makabrycznych, motywach okropności, zbrodni i szaleństwa.

Wydanie francuskojęzyczne Hana z Islandii uzupełnione jest analizą i interpretacją dzieła. Jej autor zestawia tytułowego bohatera z innym, bardziej charakterystycznym dla literatury grozy bohaterem: potworem doktora Frankensteina, potocznie zwanego po prostu Frankensteinem.  Choć bohater powieści Mary Shelley nie był człowiekiem, a tworem rąk ludzkich, niebezpiecznym eksperymentem, Han z Islandii również przejawia cechy potwora gotowego do zabijania i pozbawionego skrupułów. Czy Victor Hugo tak właśnie wyobrażał sobie Islandczyków? Dzikich, niecywilizowanych wyrzutków, dla których honor i rodzina ważniejsze są od zasad społecznych? Czy Han to XVI-wieczny wiking, rozbójnik o nieludzkiej sile, niczym średniowieczni berserkowie? Gwałciciel zmuszający do stosunku samotną kobietę, tylko po to, by przedłużyć ród, z którego się wywodzi? Noszący u boku konkretny atrybut (czaszkę) dla wzbudzania postrachu u innych?

Warto sięgnąć po młodzieńczą powieść Victora Hugo nie tyle po to, by prześledzić rozwój jego stylu. Dla mnie jest on świetnym świadectwem stanu wyobrażeń na temat Islandii w XIX-wiecznej Francji i zestawieniem stereotypów, którymi posługiwano się, nie mając bezpośredniego kontaktu z daleką Północą.

Nordycki przepis na szczęście

autorki: Magdalena Szczepańska, Aleksandra Michta-Juntunen, Agnieszka Jastrząbek, Aldona Hartwińska, Iga Faurholt Jensen, Kinga Eysturland
tytułCodziennie jest piątek. Szczęście po nordycku. Sztuka celebrowania każdej wolnej chwili
rok: 2020
wydawnictwo: Pascal
liczba stron: 318

Cukier, słodkości i różne śliczności! Znacie początek znanej kreskówki Atomówki? Wydaje mi się, że w podobny sposób można streścić przepis na szczęście po nordycku.

Na pewno kojarzycie hasła takie jak hygge, lagom, þetta reddast, koseligt. Za tymi pojęciami kryje się sedno nordyckiego szczęścia, a przynajmniej różne oblicza tego, co Nordycy uważają za potrzebne do szczęścia. Od kilku lat te hipstersko brzmiące pojęcia stają się nowym sposobem na spędzanie wolnego czasu. Blogi lifestyle’owe i sklepy z produktami do urządzania wnętrz, a nawet cukiernie i księgarnie wykorzystują te magiczne hasła do marketingu, aby sprzedać nam szczęście w postaci pachnących świeczek, domowego ciasta, ciepłych kocyków, nastrojowych lampek, lektur do czytania w długie zimowe wieczory. Czy jednak na tym polega nordyckie szczęście? Czy można kupić je w sklepie i obkładać się takimi przedmiotami, żeby poczuć się lepiej?

Już od dawna marzyło mi się znaleźć islandzki odpowiednik słynnego hygge. Chciałam odnaleźć przepis na islandzkie szczęście, ale na szczęście (nomen omen) zrobiła to za mnie Aga Jastrząbek, autorka bloga Vikingaland. Wraz z innymi członkiniami kolektywu Nordic Talking wzięła udział w ciekawym projekcie, polegającym na zestawieniu popularnych w obszarze nordyckim wyobrażeń o dobrym samopoczuciu i przyjemnie spędzonym czasie. Efektem tego eksperymentu jest książka Codziennie jest piątek, w której – poza słynnym duńskim hygge (omówionym przez Igę Faurholt Jensen) czy szwedzkim lagom (część Aldony Hartwińskiej) – czytamy również o fińskim sisu, norweskim kos, farerskim hugni i islandzkim þetta reddast. Każda część książki, której bohaterem jest dany kraj, kończy się słowniczkiem kluczowych pojęć, przepisami na idealne dania na rodzinny piątek oraz wywiadami z autochtonami. Ta świetna formuła pomieszania przyjemnego z pożytecznym, popularnonaukowego stylu z naukowym podejściem (na końcu mamy kompletną bibliografię) oraz obiektywnego tonu z subiektywną perspektywą, daje nam książkę wnikliwie poruszającą problem, która nie jest traktatem akademickim, a solidną pozycją na chłodne wieczory.

Skupmy się jednak na części islandzkiej, najbliższej mojemu sercu. Bardzo cieszę się, że za tekst wzięła się właśnie Aga – od wielu lat mieszkająca na Islandii i znająca język, kulturę oraz kuchnię islandzką. Z wielką przyjemnością czytałam jej narrację, bo z jednej strony jest bardzo osobista, a z drugiej – pełna odniesień do doświadczeń Islandczyków. Aga, jak zresztą pewnie pozostałe autorki, sama praktykuje wiele z zasad, o których pisze, co czyni jej tekst wiarygodnym i niezwykle atrakcyjnym. Czytelnik sam ma ochotę zanurzyć się w ciepłym basenie albo usiąść przy dużym stole i jeść domowe ciasto z rabarbarem. Zresztą może je sobie samodzielnie przygotować, choć – niestety – pozostaje w pewnym rodzaju rozczarowania, że samo ciasto nie uczyni atmosfery iście magiczną.

Przepis na “szczęście po nordycku” nie jest bowiem prosty. Owszem, cukier, słodkości i inne śliczności to stały element piątków we wszystkich krajach nordyckich: usiądź wygodnie na kanapie, otaczaj się ładnymi, ale przyjemnymi rzeczami, zjedz coś prostego, ale pysznego na kolację, najlepiej przed telewizorem. Tego dnia dzieciakom pozwala się jeść słodycze, a i dorośli pozwalają sobie na pizzę czy drinka. Ale czy tak nie wyglądają piątkowe wieczory również w Polsce? Co jest tym tajemniczym “związkiem X”, który czyni nordyckie spędzanie wolnego czasu bardziej komfortowym, a ludzi – szczęśliwszymi? 

Jeśli wierzyć autorkom książki, kluczem do szczęścia nie jest wcale objadanie się słodyczami i wylegiwanie na kanapie. Wręcz przeciwnie! W każdym kraju Północy obowiązuje również kult ruchu na świeżym powietrzu, z norweskiego: friluftsliv. Ja rozumiem ten paradoks tak: jeśli na co dzień ruszasz się, odżywiasz zdrowo, oddychasz świeżym powietrzem i wychodzisz na dwór niezależnie od pogody, taki piątek w ciepłym domu z kominkiem i ciastkami smakuje dwa razy lepiej. Jest nagrodą za cały tydzień, choć też pewnie Skandynawowie nie stresują się pracą tak jak i my. Związkiem X może być właśnie mniej stresu, spowodowane kontaktem z przyrodą, lepszymi warunkami pracy, być może również lepszymi nastrojami społecznymi. Jest to na pewno idealizowanie krajów nordyckich, ale niezależnie od tego, co czytamy w zaufanych reportażach o Północy, spędzenie choćby kilku dni w krajach nordyckich utwierdza w przekonaniu, że tam n a p r a w d ę żyje się lepiej. Być może związkiem X jest mentalność i postawa obywatelska, wsparcie państwa opiekuńczego, dostęp do rozrywek i finansowe możliwości podróżowania za granicę kilka razy w roku. 

Aga pisze o “islandzkiej kolonii” na Teneryfie, powszechnym dostępie do basenów, wyjątkowości saumaklúbbar, czyli połączenia koła gospodyń wiejskich z klubem dyskusyjnym. O tym, że Islandczycy radzą sobie w najtrudniejszych sytuacjach, od kryzysu gospodarczego po wybuch wulkanu. O wynagradzaniu sobie tygodnia pracy domową pizzą i zabawnym programem telewizyjnym. To tylko kilka przykładów z życia rozwiniętego, bogatego, nowoczesnego społeczeństwa, które jeszcze do niedawna nie widziało granic konsumpcjonizmu i kupowało Jeepy na kredyt.

Choć Codziennie jest piątek pisany jest z optymistycznym zachwytem, zdaje się nie demaskować prawdy o państwach nordyckich, które swoje szczęście zbudowały dzięki swojej wyjątkowej sytuacji geopolitycznej. Względnie nietknięte większymi konfliktami zbrojnymi, niemające wojennej przeszłości w pamięci zbiorowej (może poza Norwegią i Finlandią), kreatywnie i efektywnie rozwiązały problem biedy (jeszcze w XIX wieku Szwedzi  z głodu masowo emigrowali do Ameryki), przekuwając problemy społeczne i gospodarcze w nieźle działający system państwa dobrobytu. Nie mówię, że Skandynawowie nie zasłużyli sobie na to szczęście, wręcz przeciwnie – zapracowali na nie. Ale jeśli łudzimy się, że świeczki i smaczna herbata dadzą nam choć namiastkę hygge, jesteśmy niestety w błędzie. 

Codziennie jest piątek nie jest jednak pozycją naukową, nie musi więc analizować problemu wnikliwie. Jest miłą, dobrze napisaną i ładnie wydaną książką o zjawiskach, które są charakterystyczne dla państw Północy. W przyjemnej dla oka rozkładówce typowej dla kolorowych czasopism znajdziemy wiele fotografii ilustrujących szczęście po nordycku. Ta radosna estetyka sprzyja przekonaniu, że kraje Północne są niemal idealne, ale nawet jeśli przypadkiem tak zinterpretujemy relację Polek mieszkających w krajach nordyckich lub zakorzenionych w ich kulturach, przepytani Nordycy sami nierzadko dokonują krytyki swoich zwyczajów, przyznając się do słabości i wad. Przykładowo: czy Islandczycy faktycznie zachwycali się swoim krajem zanim masowo zaczęli przyjeżdżać do niego turyści? Żeby uzyskać odpowiedź, sięgnijcie po książkę. 

Czy da się połączyć przyjemnie spędzany czas ze szczęściem? Jeśli wykorzystamy definicje szczęścia przedstawione przez bohaterów publikacji, zrozumiemy, że źródłem szczęścia wcale nie są przedmioty, ale drugi człowiek. Aga przywołuje islandzkie powiedzenie maður er manns gaman, człowiek jest szczęściem drugiego człowieka. W zimnych, ciemnych krajach północy towarzystwo i bliskość są na wagę złota, ale i my możemy nauczyć się doceniać obecność drugiego człowieka i spróbować nordyckiego przepisu na szczęście: zakupić niezbędne hygge-atrybuty, a potem podzielić się nimi z kimś bliskim.

Dziękuję wydawnictwu Pascal za egzemplarz recenzencki.

Biegiem przez biegun

autor: Artur Gorzelak
tytułPod bieguny
rok: 2020
wydawnictwo: Artur Gorzelak
liczba stron: 212

opis promocyjny:
W swojej książce Artur Gorzelak zabiera nas na spotkanie z nieujarzmioną przyrodą stref podbiegunowych. Publikacja prezentuje aż cztery wyprawy obfitujące w niespodzianki, jakie płata mieszkańcom umiarkowanej strefy klimatycznej zetknięcie z twardymi realiami Północy (a w jednym przypadku Południa). Pierwsza przygoda to maraton zorganizowany na dalekim Spitsbergenie w bliskim sąsiedztwie niedźwiedzi polarnych, który jednocześnie stanowi okazję do złożenia wizyty na Polskiej Stacji Polarnej Hornsund. Następnie towarzyszymy autorowi w objeździe dookoła Islandii słynną drogą nr 1 (w warunkach niekiedy ekstremalnych), by chwilę później wyruszyć na Półwysep Kolski w pogoń za zorzą polarną. Całość zamykają wędrówki pośród lodowców i parków narodowych odległej Patagonii. Książka “Pod bieguny” nie przypomina tradycyjnych przewodników, za to stanowi ich doskonałe uzupełnienie – opisuje z “pierwszej ręki” z jakimi wyzwaniami przyjdzie się zmierzyć podróżującym do tych zakątków świata. Nie brakuje w niej humorystycznych sytuacji i anegdot, a wszystko okraszone jest solidną, ale przystępnie podaną dawką wiedzy przyrodniczo-historycznej ze sporym udziałem wątków polskich.

Co wspólnego mają ze sobą Spitsbergen, Islandia, Półwysep Kolski i Patagonia? Z pewnością miejsca z okolic obu biegunów łączy jedno – trudne warunki klimatyczne.

Ale podobieństw jest więcej. Przeczytamy o nich w najnowszej książce Artura Gorzelaka, w mediach społecznościowych znanego jako W judodze na rowerze. Pod bieguny to czwarta książka przedstawiająca podróżniczo-sportowe przygody autora. Dotąd opisywał on Japonię i Koreę Południową (W judodze na rowerze. Japońsko – koreańska przygoda na dwóch kółkach) oraz Taiwan (Made it in Taiwan, czyli rowerem przez kraj rowerów) z pozycji jednośladu, a także zamarznięty Bajkał (Postawieni na lodzie. Piesza przeprawa przez Bajkał), który pokonał na własnych nogach. W najnowszej książce głównym środkiem transportu również są nogi. W Pod bieguny czytamy o maratonie na dalekiej Północy – w spitsbergeńskim Longyearbyen, a także trekkingowych wędrówkach po Islandii, Półwyspie Kolskim oraz Patagonii. Warto podkreślić, że książka ma dwóch, a nawet trzech autorów – ostatnia z części to zapis podróży rodziców Artura Gorzelaka, spisany przez jego matkę.

Wróćmy jednak do podobieństw skrajnych krain z bieguna północnego i południowego. Czytając fragment ostatniego rozdziału książki Pod bieguny, możemy przekonać się, że usunąwszy nazwy własne z poniższego opisu i wstawiając na ich miejsce dowolne toponimy, otrzymalibyśmy uniwersalny tekst charakteryzujący wiele z okołobiegunowych krain.

(…) wodospady lśniące na bazaltowej skale, posępny zasłany głazami krajobraz kontrastujący z radością piechurów, którzy osiągnęli swój cel, stada koni pasących się na rozległych łąkach wokół jeziora ***, sylwetki skalnych wież wyłaniających się z mgły na pożegnanie dnia czy (…) kwiaty *** odcinające się od błękitu nieba.

Fragment dotyczy Patagonii, jednak z mojego doświadczenia mógłby równie dobrze opisywać Islandię. Z resztą tylko w tym z czterech opisywanych miejsc byłam, a więc czytałam książkę w 1/4 z perspektywy własnych wspomnień, a w 3/4 w oparciu o wiedzę geograficzno-kulturową. Nie jest tajemnicą, że rozdział dotyczący Islandii interesował mnie najbardziej, dlatego rozpoczęłam lekturę właśnie od tego miejsca. Nie był to jednak mój pierwszy kontakt z książką, gdyż próbne ustępy pierwszego rozdziału otrzymałam od autora o wiele wcześniej, kiedy rozmawialiśmy o objęciu książki patronatem Utulę Thule. Już wtedy przekonałam się, że książka pisana jest lekko, choć bardzo obiektywnie, a może nawet zbyt anegdotycznie. Mimo to postanowiłam spojrzeć na całość przez oba filtry – doświadczonej Islandią i nieznającej reszty krańcowych krain i uświadomiłam sobie, że z tego punktu widzenia rozdział islandzki okazał się najmniej pociągający. Objazd Jedynki samochodem usiany geograficznymi ciekawostkami o gejzerach i wulkanach nie był tak porywający, jak podróż skuterem śnieżnym przez królestwo niedźwiedzia polarnego, sianiami przez rosyjską krainę Saamów czy truckiem przez argentyński park Los Glaciares.

Wszystkie cztery krainy opisane są z perspektywy podróżnika-piechura, stroniącego od rozwiązań wybieranych przez turystów. Są jednak pewne wyjątki, kiedy doświadczony i wysportowany narrator przyznaje się do wykupienia wycieczki z przyczyn logistyczno-racjonalnych, np. zdając sobie sprawę, że jazda wynajętym samochodem po zmarzlinach północnej Rosji czy samodzielna przeprawa przez tereny argentyńsko-chilijskie mogą być trudne, a nawet niebezpieczne. Wbrew opisowi promującemu książkę nie znajdziemy tu jednak sytuacji ekstremalnych, a przynajmniej takich, do jakich przywykliśmy czytać reportaże podróżnicze z rejonów podbiegunowych.

Nikt jednak nie obiecuje nam sportów ekstremalnych, ale relację z podróży, którą być może udałoby się czytelnikowi powtórzyć. Książka, okraszona autorskimi zdjęciami ze wszystkich czterech destynacji, pełna jest praktycznych porad (szczególnie w ostatnim rozdziale) oraz plastycznych opisów, ułatwiających wyobrażenie sobie współudziału w opisywanej przygodzie, a może nawet zaplanowanie własnej. Choć może nie będziemy mieli tyle szczęścia, aby popłynąć na północ Norwegii statkiem i przebiec maraton w mrozie, to osiągalnym dla czytelnika może być polowanie na zorzę polarną czy karmienie reniferów w wiosce saamskiej. Dla mnie książka ta jest właśnie wyważonym przykładem fajnie napisanej relacji z podróży, która w wielu miejscach jest na tyle nietypowa i oryginalna, że chce się o niej przeczytać, ale również przewidywalna i łatwa do powtórzenia, jeśli chcemy iść w ślady autora. Z lektury będzie więc zadowolony tak profesjonalny biegacz czy piechur, ale też przyzwyczajony do wygód turysta czy emeryt szukający dowodu na to, że życie zaczyna się po 65. roku życia.

Pomimo wielu interesujących faktów, książka nie jest zbiorem reportaży, a raczej przede wszystkim subiektywnym zapisem wspomnień z podróży. Nie jest to literatura pokroju Ilony Wiśniewskiej (na którą powołuje się autor w części poświęconej Spitsbergenowi), bowiem nie przedstawia wnikliwego zgłębienia kultury i próby zrozumienia lokalnej społeczności. Znajdziemy tu raczej ogólnie znane treści, choć książkę Pod bieguny łatwo obronić tym, że bez sięgnięcia po nią nie dowiedzielibyśmy się wielu istotnych informacji na temat północnej Rosji czy Saamów, gdybyśmy się nimi nie interesowali.

Książkę czyta się ją miło i przyjemnie, szczególnie, że proporcja autorskich doświadczeń do faktografii zdecydowanie wychodzi książce na plus. Autorowi (a raczej autorom) udało się znaleźć złoty środek pomiędzy tym, co znajdziemy w przewodnikach i encyklopediach a humorem i dystansem podróżnika-turysty. W wielu miejscach lektura przypominała mi relację z podróży Agnieszki Rezler, w której autorka nie robi z siebie ekspertki od Islandii. Podobnie tutaj, Artur Gorzelak i jego mama nie popisują się wiedzą, a wplatają usłyszane lub wyczytane informacje w swoją opowieść, czyniąc ją bardzo pedagogiczną. Nie brakuje tu jednocześnie soczystych opisów perypetii i zwrotów akcji, dzięki którym podróż wydaje się warta zapamiętania. To właśnie te anegdoty, choć czasem przedstawione chaotyczne i “wmontowane” w tekst dość przypadkowo, czynią z relacji interesującą lekturę w sierpniowe popołudnie.

Na koniec warto podkreślić, że książka jest piękne wydana i to wydana sumptem samego autora. Szczególnie godne pochwały są zdjęcia i szata graficzna, a także pięknie zaprojektowana okładka. Zważywszy prywatne wydawnictwo książki, należy pochwalić trud autora, który nie tylko sam musiał wziąć na siebie druk, ale też promocję. Tym samym jako patronka książki Pod bieguny zapraszam Was serdecznie na spotkanie premierowe, które odbędzie się 3 września w warszawskiej klubokawiarnii Tam i z powrotem.

zdjęcie: Artur Gorzelak