Zostanie tylko Islandia

autor: Berenika Lenard. Piotr Mikołajczak
tytuł: Zostanie tylko wiatr. Fiordy Zachodniej Islandii
rok: 2019
wydawnictwo:
Czarne
liczba stron: 264

W 1952 roku ostatni islandzcy osadnicy odpłynęli z Hornstrandir. Ślady ich życia powoli zaczęły znikać, a półwyspem znów zawładnęła natura. Mieszkańcy przeprowadzili się w przyjaźniejsze rejony, zostawiając za sobą ponadtysiącletnią historię ujarzmiania ziemi, będącej dziś jednym z najpiękniejszych rezerwatów przyrody na świecie. Wielu współczesnych Islandczyków twierdzi, że Hornstrandir opustoszał, ponieważ był jednym z najtrudniejszych do życia zakątków kraju. Sądzono, że jego mieszkańcy pochodzili z innego świata.

Fiordy Zachodnie Islandii to jeden z najrzadziej odwiedzanych regionów na Wyspie. Nie dochodzi tu Jedynka, więc wielu turystów nie zapuszcza się w te rejony, natomiast sami Islandczycy raczej stąd wyjeżdżają, niż tu przyjeżdżają. Wielka to szkoda, bo tutejsze widoki są nie do opisania. Fiordy odbijające się w krystalicznie czystej wodzie mienią się całym gradientem kolorów, droga wijąca się zgodnie z zygzakowatą linią brzegową przyprawia o zawrót głowy. Gdy przemierzałam Fiordy autostopem, drogi były puste, domy opuszczone, ale ludzie życzliwi i bardzo gościnni. Opuszczając Ísafjörður, stolicę tego regionu, złapałam okazję bardzo szybko, a kierowca po kilku minutach rozmowy stał się moim przyjacielem. Zaproponował, że przewiezie mnie na Hornstrandir, ale – oszołomiona tą propozycją – nie przyjęłam jej. Zatrzymaliśmy się za to w Súðavík, gdzie opowiadał mi o lawinach. Już na krańcu Fiordów wzięła mnie do siebie prawdziwa czarownica. Miała srebrne włosy aż do pasa i długie paznokcie, zarażający uśmiech i Kaleo w głośnikach. Znała każdy pagórek i opowiadała historie o swoim ojcu.

Starając się nie popaść w banały, nie powiem, że Fiordy Zachodniej Islandii mają w sobie coś magicznego. Ale lektura książki Zostanie tylko wiatr… przekonała mnie o tym, jak bardzo chcę tam wrócić. Że jest coś w tych odległych zakątkach, co sprawia, że do nich ciągnie. I nie jest to dziewicza przyroda najbardziej wysuniętego na północ rezerwatu przyrody, królestwa lisów polarnych. Nie lazurowa woda w fiordach, ani przytłaczające piękno wysokich wzniesień. Berenika i Piotr piszą o niezwykłej przyrodzie, ale jest ona tylko tłem wypowiadanych historii. Ocean, śnieg i wiatr to żywioły, z którymi musieli zmierzyć się tutejsi mieszkańcy, a wielu z nich po prostu z nimi przegrało. Nie jest to jednak epos o bohaterach, a raczej chłodne i oparte na faktach świadectwo uzależnienia Islandczyków od natury. Na Fiordach Zachodnich albo przyjmujesz ją z pokorą, albo umierasz. Albo wyprowadzasz się do stolicy, na południe, do Stanów. Ta część Islandii pustoszeje.

Długo czekaliśmy na drugą książkę znakomitego duetu Lenard-Mikołajczak. Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii, czyli debiutancki reportaż autorów mieszkających na Islandii, spotkał się z bardzo pozytywnym odbiorem, czemu winna była również duża popularność ich strony IceStory. Jeśli jednak przy pierwszej książce parę kojarzono głównie z ich wpisami oraz zdjęciami w Internecie, druga umocni ich pozycję jako pisarzy, reportażystów, a nie blogerów. Piotr i Berenika zresztą żegnają się z tą formą wyrazu, aby w pełni skupić się na realizacji młodzieńczych marzeń, czyli pisaniu książek. Dobrych książek.

I muszę przyznać, że dawno nie czytałam tak dobrze skonstruowanej książki o Islandii. Wśród licznej literatury dotyczącej Islandii, rzadko udaje mi się znaleźć pozycję, która mnie zaskoczy: czy warstwą literacką, czy nowymi informacji. A Zostanie tylko wiatr…  to niemal antologia Fiordów Zachodniej Islandii. Lenard i Mikołajczak dotarli do fascynujących osób opowiadających niezwykłe historie. Mamy tu ludzi zatrzymanych w czasie, tak żyjącego z dala od cywilizacji i posługującego się XIX-wiecznymi narzędziami Gísliego z Uppsölum, jak i Óliego komunistę, zapatrzonego w okres świetności Wielkiej Rosji. Są historie pojedynczych osób i bohaterowie zbiorowi. Są Islandczycy, ale też Norwegowie, Amerykanie, Grenlandczycy. Z całego wachlarza wspomnień i opowieści wyłania się obraz wieloetnicznego ośrodka, niegdyś tętniącego życiem. Kiedyś zjeżdżali tu wielorybnicy albo amerykańcy żołnierze, dzisiaj raczej bogatsi turyści żądni nietypowych przygód czy kłusownicy polujący na lisy polarne.

Już pierwszą książką Berenika i Piotr sugerowali czytelnikowi, że Islandia to wyspa opuszczona. Po Zostanie tylko wiatr… mamy wrażenie, że Fiordy faktycznie wyludnią się w ciągu następnych lat, a na zdjęciach znajdziemy więcej widmowych chat i przerdzewiałych maszyn. Wiem jednak, że debiut duetu Lenard-Mikołajczak ściągnął niemałą liczbę polskich podróżników w opisywane okolice, możliwe więc, że Fiordy Zachodnie również spotka ten “efekt IceStory”. Reportażyści spisują zapomniane historie, a opisywane miejsca ocalają od zapomnienia.

Autorów nie da pomylić się z żadną parą blogerów piszących o Islandii. Piotr i Berenika opowiadają historie, których nie zna większość Islandczyków. To prawdziwy reportaż, któremu poświęcono setki kilometrów tułania się po Zachodnich Fiordach Islandii, godziny spędzone wśród materiałów źródłowych, a przede wszystkim rozmowy z mieszkańcami Wyspy. Już na wstępie dowiadujemy się, że nie każdy odpowiadał na pytania chętnie, że pozyskiwanie informacji, poznanie opinii, wspomnień, wrażeń nie należało do łatwych. A jednak wielu rozmówców polskich reportażystów wydaje się aż kipieć od wiedzy i dopraszać się o jej spisanie. W końcu dotąd mało kto interesował się ich prywatnymi historiami, dziejami tych miejsc. Piotr i Berenika otwierają uszy, a Islandczycy otwierają swoje serca.

Wyjątkowo okropne lato

autor: Piotr Milewski
tytuł: Islandia albo najzimniejsze lato od pięćdziesięciu lat
wydawnictwo: Świat Książki
liczba stron: 256

Pamiętam, gdy po raz pierwszy czytałam XVII-wieczną relację Daniela Vettera z jego podróży na Islandię. BUW miał wyświechtaną i tanio wydaną wersję Islandii álbo Krotkie opisanie Wyspy Islandiy, ale dla nas w Studenckim Klubie Islandzkim ta niepozorna publikacja była niemal jak Biblia. Dzięki Piotrowi Milewskiemu i jego książce Islandia albo najzimniejsze lato od pięćdziesięciu lat, wracam do tych pierwszych zachwytów daleką Wyspą. Współczesny autor nawiązuje bowiem do relacji Morawianina nie tylko analogicznym tytułem swojego tekstu, ale również odwołuje się do Vettera w wielu miejscach. Każdy rozdział otwiera się cytatem z XVII-wiecznej Islandii, a pierwszy polski opis podróży na północną wyspę staje się inspiracją dla autora, który rusza w ślady czeskiego brata.

Ten zabieg stanowi największy atut książki. Choć czasem przytaczane fragmenty niekoniecznie korespondują z treścią danego rozdziału, wprowadzenie w postaci starej polszczyzny przypomina nam o tym, że uroków Islandii nie odkryli XX-wieczni turyści i emigranci. Ciekawy świata czeski podróżnik zwiedził ją 400 lat temu, bez tanich linii lotniczych  i jeepów z napędem 4×4. Sprawozdania ze swego wyjazdu, podczas której uczestniczył na przykład w zgromadzeniu Althingu, nie ograniczył jednak do opisu kolejnych etapów podróży, ale uporządkował tekst problematycznie, oddając w ręce czytelnika bardzo pojemną charakterystykę Wyspy, która przez lata była podstawą kontynentalnych wyobrażeń o tej części świata. Jak widać, może zastępować przewodnik również i dzisiaj.

Relacja Milewskiego ma natomiast charakter typowej “książki drogi”, a więc opisuje wyprawę etap po etapie. Dla znającego dobrze Wyspę czytelnika nie ma jednak w tej relacji niczego nowego; podróżnik zwiedza Islandię poruszając się po drodze nr 1, zgodnie z najpopularniejszym kierunkiem, czyli od południa na północ. Jak też na pisarza-podróżnika przystało, autor przemieszcza się po Jedynce autostopem, z ciążącym plecakiem i namiotem, którego rozstawienie niemal zawsze graniczy z cudem. Nie stać go na noclegi ani na jadanie w restauracjach. Czasem sypia na dziko w opuszczonych budynkach, korzysta też z gościny dobrych ludzi (nota bene braci, już tym razem nie czeskich, a słowackich). Nie ma w tej wyprawie zaskakujących zwrotów akcji, nie ma miejsc, których ktoś, kto był na Islandii, nie zobaczył lub nie planował zobaczyć. Ten, kto jeździł po Islandii stopem też przeżył perypetie Milewskiego na własnej skórze: stanie w wietrze i deszczu w oczekiwaniu na podwózkę, zmiana planów ze względu na uprzejmość kierowcy, godziny fascynujących rozmów z nieznajomymi i poznawanie Islandii poprzez krótkie dyskusje z lokalsami.

Można dzięki tej relacji powrócić wspomnieniami do własnych przygód, można też – zwiedzając Wyspę inaczej lub nigdy tam nie pojechawszy – zachwycić się opisami pocztówkowego krajobrazu i zamieszczonymi w publikacji fotografiami. Można też dowiedzieć się wielu rzeczy o Wyspie, bo autor sprawnie wplata ciekawostki historyczne między wypowiedzi swoich współtowarzyszy a własne refleksje. Są one zebrane rzetelnie, sprawdzone w przewodnikach, ale niekoniecznie wnoszące coś nowego. Przy obecnym rynku wydawniczym zapełnionym pozycjami o Islandii i Skandynawii nie mamy już ochoty czytać o tym samym, szukamy świeżego spojrzenia na Wyspę. Wstępne założenie autora było bardzo interesujące, choć ostatecznie nie wykorzystał on potencjału drzemiącego w 400-letniej rocznicy wyprawy Vettera na Islandię. Mamy cytaty, mamy kilka nawiązań, mamy osobistą historię autora związaną z tą książką. I tyle.

Książki z podróży mogą pełnić wiele funkcji. Mogą stanowić źródło informacji dla wybierających się w danym kierunku innych podróżników, mogą też być świetną lekturą dla tych, którzy o pasjonujących podróżach wolą pomarzyć w wygodnym fotelu. Dla samych autorów są rodzajem pamiętnika, czy nawet procesu terapeutycznego. To chyba przypadek Milewskiego. Nie raz spotykamy się z jego poważnymi przemyśleniami natury egzystencjalnej, czasem wręcz zbyt ciężkimi. Nie raz autor rozważa kwestie przypadków, myśli o śmierci czy ekologii. W podróży zdają mu się towarzyszyć duchy, nie brakuje też oczywiście pytać o istnienie huldufólk, ukrytych ludzi. Czasem jest trochę jak w sagach: wątki na wskroś realistyczne czy nawet naturalistyczne mieszają się z fantastyką, albo na odwrót. Jest taka scena, w której podróżnik na silnym wietrze u wrót Fiordów Zachodnich zaczyna tracić zmysły i popadać w szaleństwo, co udaje mu się zagłuszyć rzuceniem się na hot-doga i gorącą czekoladę. Ot, współczesne decorum.

Nie ma jednak powodów, żeby wieszać psy na Islandii albo najzimniejszym lecie od pięćdziesięciu lat. Mimo nielicznych zgrzytów, pozycję tę czyta się dobrze, plastyczne opisy wydarzeń, krajobrazów i ludzi pozwalają nam przenieść się oczami wyobraźni na daleką Północ, w chłód i wilgoć najzimniejszego lata. Dla mnie była to miła podróż sentymentalna, z radością wspominałam kolejne etapy mojej wyprawy, nierzadko dzieląc spostrzeżenia i doświadczenia autora związanie z tymi samymi miejscami. Jest to na pewno jedna z pożyteczniejszych książek o Islandii wydanych w ostatnim czasie. Choć nie jest to typowy reportaż, ma wartość merytoryczną, choć jako “książka drogi” nie robi na czytelniku być może tak wielkiego wrażenia, stanowi sprawiedliwy opis podróżowania po Wyspie. Wiarygodny, bo wierzymy autorowi, że naprawdę tego doświadczył. Vetter natomiast pisał o zimie, której nigdy na Islandii na doświadczył…

O filmach z kraju cierpiącego na deficyt słońca

autor: Sebastian Jakub Konefał
tytuł: Kino Islandii. Tradycja i ponowoczesność
wydawnictwo: Wydawnictwo w Podwórku
liczba stron: 419

Publikacja Sebastiana Jakuba Konefała Kino Islandii. Tradycja i ponowoczesność to pierwsza i jak na razie jedyna na świecie, monografia islandzkiej kinematografii. Dotąd na polskim rynku pojawiały się jedynie teksty w wydaniach zbiorowych; na łamach tomu “Islandia. Wprowadzenie do wiedzy o społeczeństwie i kulturze” pod redakcją Romana Chymkowskiego i Włodzimierza Karola Pessela (2009) ukazał się kilkudziesięciostronicowy tekst Zjadanie sag. Krótka historia kinematografii nieznanej autorstwa Árniego Ólafura Ásgeirssona we współpracy z Łukaszem Bukowieckim. Ásgeirsson, Islandczyk, sam przyznaje, jak niewiele dotąd napisano na temat filmu islandzkiego, nawet w samej Islandii. Natomiast w publikacji Krytyki Politycznej “Islandia. Przewodnik nieturystyczny” (2010), Agnieszka Wiśniewska zdaje się odpowiadać na tekst Ásgeirssona i Bukiewieckiego artykułem Kino islandzkie, jakie znamy, podejmując tam próbę opisania tych produkcji islandzkich, które ówcześnie znajdowały się w polskiej dystrybucji. Z kolei w “Etosie Amatora” (2011), pod redakcją Łukasza Bukowieckiego, Marty Czemarmazowicz i Włodzimierza Karola Pessela, Agata Bochyńska analizuje jeden tylko film islandzki w tekście Dźwięk ilustrowany? O Heimie Deana DeBlois. Nie można też zapomnieć o trzech tekstach poświęconych kinu islandzkiemu w publikacji zbiorowej “Od Ibsena do Aho. Filmowe adaptacje literatury skandynawskiej” pod redakcją Lecha Sokoła i Tadeusza Szczepańskiego (2016). Niedawno ukazał się też na łamach czasopisma „Zupełnie Inny Świat” (nr 03/2017) artykuł Igi Przytuły poświęcony filmom Dagura Káriego.

Warto też zwrócić uwagę na fakt, że Sebastian Jakub Konefał jest w gronie autorów piszących o kinie islandzkim jedynym filmoznawcą naukowo zajmującym się tą dziedziną. Wykładowca akademicki i pracownik Katedry Wiedzy o Filmie i Kulturze Audiowizualnej Uniwersytetu Gdańskiego zrealizował kompendium Kino Islandii dzięki licznym wyjazdom stypendialnym na Wyspę. Był też autorem jednego z trzech tekstów we wspomnianej wyżej antologii “Od Ibsena do Aho…”, w którym wziął na warsztat ekranizację Duszpasterstwa koło lodowca (Fantazja, tożsamość i ideologia jako elementy narracji w ekranizacji powieści „Duszpasterstwo koło lodowca” Halldóra Kiljana Laxnessa), a także licznych tekstów publikowanych w czasopismach branżowych. Tym samym Kino Islandii nie jest pierwszą na polskim rynku publikacją traktującą o kinematografii Wyspy, ale bez wątpienia w sposób bezprecedensowy tak obszernie odwołującą się do całego dotychczasowego dorobku kinematograficznego Islandczyków. Autor był również kuratorem wielu przeglądów kina islandzkiego w Polsce, wśród których najważniejsze miejsce zajmuje z pewnością ubiegłoroczny festiwal „Ultima Thule – na krańcu świata” organizowany przez Filmotekę Narodową.

Największym atutem książki jest chronologiczne omówienie filmów, wraz z nakreśleniem łączących je motywów i wątków interesujących islandzkich twórców w danym momencie. Wybrana metodologia opiera się na wyborze pojęć-kluczy dających nazwy poszczególnym rozdziałom publikacji. Motywami przewodnimi stają się zatem zjawiska socjologiczne (takie jak urbanizacja, wiara w elfy, przy- wiązanie do morza czy ziemi) lub społeczno-kulturowe (problem starości i śmierci, rola kobiety, figura antywikinga), choć w spisie treści nie zachowano konsekwencji: ostatnie rozdziały są podporządkowane raczej różnym gatunkom filmowym (kino na peryferiach, kino drogi, filmy kryminalne i dokumenty), a nie tematyce omawianych filmów. Mimo to wybrana metodologia porządkuje proces omawiania ponad 100 filmów wyprodukowanych między 1906 a 2015 rokiem, których wspólnym mianownikiem jest przede wszystkim język islandzki, a nie wyłącznie rodowód produkcji czy narodowość jej twórców. Choć i tu dominują nazwiska islandzkie, nierzadko bardzo dobrze znane polskim widzom: Friðrik þór Friðriksson, Baltasar Kormákur, Guðný Halldórsdóttir czy Dagur Kári.

Wymienione rozdziały są z kolei podporządkowane dwóm częściom publikacji: “Wokół tradycji. Naród, historia i natura” oraz “Przeciw tradycji? Między utopią a dystopią”. Ogromną zaletą tomu jest właśnie założenie omówienia kina Islandii poprzez tradycję i ponowoczesność, co czyni z pozycji nie tylko pracę filmoznawczą, ale chyba przede wszystkim także dość obszerny szkic na temat tożsamości Islandczyków i transformacji budujących ją wartości. Dzięki autorowi dostrzegamy, jak przesycone „islandzkością” jest kino Wyspy; pojawiające się w tle charakterystyczne, niepowtarzalne krajobrazy Islandii, odwoływanie się do historii (zarówno czasów wikingów, jak i relacji ze Stanami Zjednoczonymi), czy muzyka to tylko niektóre z elementów, za pomocą których Islandczycy kreują samych siebie i swoją Wyspę poprzez pryzmat produkowanych tam filmów. Jak wielokrotnie zostaje podkreślone w treści książki, w kinematografii islandzkiej zauważalne jest wręcz obsesyjne powracanie do tych samych motywów, co czyni to kino monotonnym, ale tym samym potęguje jego przekaz charakterystyczny dla filmów typu heritage.

Świetnym wprowadzeniem do kompendium jest skonfrontowanie naszych wyobrażeń o Ultima Thule z obrazami znanymi wyłącznie Islandczykom, takimi jak Kobieta-Góra. Wnikliwy opis historii Wyspy oraz czynników decydujących o rozwoju kultury islandzkiej, poparty bardzo bogatą bibliografią z zakresu historii, kulturoznawstwa, antropologii i innych pokrewnych nauk, czyni omawianą pozycję interdyscyplinarną i wiarygodnie opracowaną, a jednocześnie samowystarczalną: czytelnik nie musi sam sięgać do źródeł niezbędnych do głębszego zrozumienia islandzkich produkcji, gdyż Konefał umieszcza ich opisy w bardzo dobrze zbudowanym kontekście. Co więcej, poznanie tradycyjnych wartości Wyspy, opisywanych w pierwszej części książki, jest również niezbędne do zrozumienia mechanizmów sprzeciwiania się im, co było cechą charakterystyczną dla kina islandzkiego z początku XXI wieku. Odejście od kina robionego przez Islandczyków i wyłącznie dla Islandczyków związało się z podjęciem tropów bardziej uniwersalnych i wprowadzenia do fabuły „obcych”, czyli przybyszów z zewnątrz. Nie bez powodu to właśnie filmy z tego okresu, takie jak 101 Reykjavik czy Noi Albinoi zyskały rozgłos poza granicami Wyspy oraz przyczyniły się do wielkiego przełomu i rosnącego sukcesu kinematografii islandzkiej w Europie i na świecie.

Niestety nawet tak wyjątkowa publikacja naukowa ma swoje wady. Jedną z nich jest swego rodzaju niekonsekwencja; niektóre z filmów omawiane są bardzo obszernie, a nawet autor powraca do nich w innych rozdziałach, inne zaś są tylko wspomniane. Nie stanowi to jednak zaburzenia narracji, a czytelnik tym bardziej nie czuje się aż tak zagubiony. Naukowe potraktowanie filmowego dorobku Islandczyków, bogata bibliografia i liczne odniesienia nie idą jednak w parze ze stylem, który miejscami wydaje się zbyt swobodny. Konefał nie może oprzeć się pokusie zawierania własnej opinii na temat niektórych filmów, często też – powiedziałabym nawet, używając jego własnych słów: obsesyjnie – powraca określenie „sympatyczny bohater”, które wydaje się zdecydowanie nie na miejscu. Lecz mimo tych drobnych niedociągnięć całość czyta się bardzo dobrze, szczególnie że uzupełniona jest o kadry z omawianych filmów lub ich plakaty, ułatwiające identyfikację poszczególnych obrazów. Wielkim osiągnięciem Konefała jest także przetłumaczenie tytułów filmów na język polski (lub ich skorygowanie czy skomentowanie w przypadku filmów już dystrybuowanych w Polsce).

Pozycja Kino Islandii. Tradycja i ponowoczesność stanowi świetny podręcznik, czy też wprowadzenie, do bogatej kinematografii Wyspy. Można byłoby potraktować ją nawet jako przewodnik, z którym wybierzemy się na kolejny seans kina islandzkiego. Miłośnicy tego kina nie mogą bowiem narzekać na brak produkcji z Wyspy w polskich kinach; od lat głównym dystrybutorem tychże jest Gutek Film, od niedawna islandzkie filmy pokazuje także warszawski Iluzjon oraz różne festiwale. Niektóre produkcje można było oglądać wspólnie ze Studenckim Klubem Islandzkim, organizacją działającą od ponad 10 lat pod auspicjami Insty tutu Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Natomiast największą okazją do zapoznania się z tą „nieznaną kinematografią, jaką znamy” był organizowany w 2016 roku przegląd Ultima Thule – na krańcu świata, w ramach którego w trzech miastach w Polsce: Gdańsku, Poznaniu i Warszawie, wyświetlano aż 28 islandzkich filmów, z czego większość po raz pierwszy w naszym kraju. Tym samym publikacja Konefała pada na żyzny grunt, wpisując się nie tylko w rosnące w naszym kraju zainteresowanie kinem Północy, ale też niesłabnącą miłość Polaków do dalekiej, a jednak coraz bliższej, Islandii. Przykładem niech będzie choćby ogromny sukces Baranów, który to film wszedł do polskich kin na dwa miesiące przed premierą duńską.

Zresztą nie tylko pod względem kinematograficznym Polacy zdają się „kolonizować” Wyspę, tak jak to przez wieki robili kiedyś Duńczycy. Teraz nasi rodacy zawłaszczają sobie Islandię, nie tylko pod względem rosnącej liczby polskich imigrantów. Również tu, w Polsce, od pewnego czasu daje się zaobserwować swego rodzaju „modę” na Islandię. Chcemy tam pojechać, chcemy więc też o niej czytać. Pozycja Konefała uzupełnia więc listę publikacji poświęconych Islandii, jednak jako jedna z niewielu ma charakter naukowy i zamiast opisywać cechy czy zwyczaje Islandczyków, wnika do głębi ich tożsamości. Tym samym jest to pozycja szczególna, bo poza wnikliwym opisem godnej podziwu długiej listy islandzkich filmów, stanowi także znaczące źródło wiedzy na temat Ultima Thule.

Recenzja ukazała się w “Przeglądzie Humanistycznym”2018; 62 (2 (461)): 169-171.

Islandia na rowerze

autor: Kuba Witek
tytuł: Ring Road. Dookoła Islandii na rowerze
wydawnictwo: Plac Wolności
liczba stron: 180

Wszyscy chcemy zwiedzić Islandię. Wszyscy wiemy jednak, że taka podróż nie należy do najdroższych. Mimo to z roku na rok przybywa na Wyspę autostopowiczów, backpackerów, rodzin wynajmujących miniwany, a także rowerzystów. Podczas gdy każda forma “podróżowania za grosze” wymaga determinacji, odwagi i dużej odporności na stres i niespodziewane zwroty akcji, to właśnie zwiedzanie Islandii na rowerze wydaje się jednym z najbardziej szalonych rozwiązań.

Kuba Witek pisze wprost: chciałem wrócić na Islandię i zobaczyć miejsca, których wcześniej nie miałem okazji zwiedzić. Budżet miałem mały, ale znalazłem tanie bilety. Rower nie był pierwszym środkiem transportu, który miał w głowie planując objazd krajową Jedynką. Mimo to szybko okazał się najtańszym rozwiązaniem, mimo że autor wcale nie należał do doświadczonych rowerzystów. Ba, przed podróżą ostatni raz siedział na rowerze dwa lata temu! Internet jednak pełen był poradników i relacji z podobnych podróży, więc dość łatwo byłoby uzupełnić swoją niewiedzę. Problemu nie stanowił nawet brak roweru, bo udało mu się dostać profesjonalny model w zamian za promocję.

Ale prawdziwe zderzenie się z oczekiwaniami nastąpiło już po dotarciu na Wyspę. Jak można się domyślić, pedałowanie po Islandii nie należy do rekreacyjnych rozrywek. Wiatr, deszcz, zróżnicowanie terenu, a nawet hipnotyzujące spojrzenie stada owiec utrudniało powodzenie całej wyprawy. Do tego problemy z kolanami, urwany pedał czy złapanie gumy. Jednak Kuba Witek z każdego dołka wychodził z sukcesem, a wielokrotnie mógł liczyć na pomoc lokalsów. Czy udało mu się jednak objechać całą Wyspę dookoła? Tego dowiemy się czytając książkę.

To niezwykle lapidarnie i ciekawie napisany pamiętnik z podróży. Kuba Witek używa prostego, fajnego języka, czasem sili się na przemyślenia natury egzystencjalnej, politycznej czy ekologicznej, co – wplecione w przyziemne perypetie związane z przebiegiem podróży – czasami wydaje się wręcz dziwne. Jednak dzięki temu czytelnikowi udaje się nawiązać swego rodzaju więź z autorem, przeżywać wraz z nim sukcesy i porażki, a także oczekiwać finiszu wyprawy. Ciekawym elementem książki jest dodatek “Zrób to sam”, w którym Witek opisuje swój sprzęt. Dzięki temu faktycznie mamy ochotę wsiąść na rower i przeżyć to na własnej skórze.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Polacy na Islandii

„Polacy na Islandii. Rekonstrukcja przestrzeni obecności”

Autor: Małgorzata Budyta-Budzyńska
Wydawca: Wydawnictwo Naukowe Scholar
Data wydania: 2016
Liczba stron: 301

* Opis książki:

Czy polska diaspora na Islandii przetrwa i stanie się trwałym elementem krajobrazu społecznego wyspy, czy będzie zjawiskiem efemerycznym? Jaki jest profil organizacji polonijnych na Islandii? Jak globalizacja, transnarodowość współczesnych migracji i rozwój technik telekomunikacyjnych wpływają na charakter i formy działania nowych diaspor? Jak Polacy poradzili sobie w czasie kryzysu ekonomicznego na wyspie? Islandia nie chce należeć do Unii Europejskiej, mimo negatywnych doświadczeń związanych z kryzysem 2008 r. Jakie są tego powody? Dlaczego wyspiarze do początków XX w. realizowali agrarny model rozwoju, kompletnie nieprzystający do warunków przyrodniczych, który doprowadził do ubóstwa i wielokrotnie do klęsk głodu, a dopiero w XX w. zdecydowali się oprzeć model gospodarczy na rybołówstwie? Czy pomysłem na rozwój w XXI w. jest turystyka, która ma zastąpić marzenia z początku XXI w. o byciu centrum finansowym Europy?

Na te i wiele innych pytań Autorka odpowiada w sposób zajmujący, kompetentny i komparatystyczny, porównując sytuację polskiej diaspory na Islandii z sytuacją Polonii w innych krajach, prezentując islandzki proces narodowotwórczy w odniesieniu do procesów narodowotwórczych innych „małych i młodych” narodów europejskich. Książka jest wielowymiarowym opisem polskiej społeczności na Islandii, czerpiącym z kilkuletnich badań empirycznych, i fascynującą opowieścią o oryginalności i odrębności tego wyspiarskiego kraju.

* źródło opisu: tutaj

Małgorzata Budyta-Budzyńska – socjolog i politolog, ekspert w dziedzinie polityki narodowościowej w Europie Środkowej i Wschodniej, zajmuje się problematyką migracji. W latach 1992–2008 pracownik naukowy Instytutu Studiów Politycznych PAN, od 2008 r. pracownik naukowy i nauczyciel akademicki w Collegium Civitas, kierownik kilku projektów badawczych dotyczących mniejszości narodowych i polskiej diaspory na Islandii. Autorka artykułów i książek na tematy narodowościowe i migracyjne, m.in.: Mniejszości narodowe – bogactwo czy problem? (2003), Socjologia narodu i konfliktów etnicznych (2010), Integracja czy asymilacja? Polscy imigranci na Islandii (2011).

Recenzja książki:

Pozycja „Polacy na Islandii. Rekonstrukcja przestrzeni obecności” to zwieńczenie długoletniego projektu i wielu badań prowadzonych przez Małgorzatę Budytę-Budzyńską, którą należy już nazwać ekspertką od polskich imigrantów na Islandii. Socjolog i politolog, obecnie również pracownik naukowy Collegium Civitas, od pewnego czasu skupia się na problematyce narodowościowej oraz tematyce migracyjnej. Autorka licznych artykułów oraz książek poświęconych tym zagadnieniom, osobom zainteresowanym Islandią znana jest przede wszystkim z otwartych seminariów oraz spotkań, podczas których przedstawiała dotychczasowe wyniki swoich wieloletnich badań przeprowadzonych na Wyspie. W kwietniu 2015 była również gościem spotkania zorganizowanego przez Studencki Klub Islandzki, podczas którego wraz z Polkami mieszkającymi na Islandii próbowały odpowiedzieć na pytanie jak żyje się Polakom na Islandii?

Czy wydana niedawno książka odpowiada na to pytanie? Wydawałoby się, że wiemy już bardzo wiele o naszych rodakach mieszkających na Wyspie; odkąd coraz więcej Polaków decyduje się mieszkać na Islandii i nasza wiedza na temat realiów życia w tym odległym państwie wzrasta. Dlatego Budyta-Budzyńska rozpoczyna swoją rozprawę od wnikliwego opisu historii kraju oraz analizy społeczeństwa islandzkiego; pięć pierwszych rozdziałów książki to próba osadzenia Islandii w Europie, omówienie czynników wpływających na budowanie islandzkiej tożsamości narodowej, charakterystyka wyspiarskiej demokracji bezpośredniej oraz państwa opiekuńczego, a także polityka imigracyjna i reakcje na kryzys z 2008 roku. Poprzez liczne porównania do państw Europy oraz Stanów Zjednoczonych, Islandia jawi się jako miejsce wyjątkowe na tle innych, do których emigrowali dotąd nasi rodacy. Do największych różnic należy homogeniczność społeczeństwa islandzkiego, wynikająca z praktycznie nieistniejącej tradycji migracyjnej na Wyspie, a co za tym idzie również i krótki – ale bardzo intensywny – proces tworzenia się Polonii islandzkiej. Jak twierdzi badaczka, trudno nazywać tę społeczność, czy społeczności, Polonią, bo choć sami chcą się tak nazywać, to mieszkają na Islandii zbyt krótko, aby w świetle praw MSZ odpowiadać innym Poloniom.

Dopiero zapoznanie się z kontekstem pozwala czytelnikowi na obiektywne odniesienie się do cytowanych wypowiedzi Polaków pochodzące z wywiadów przeprowadzonych przez badaczkę w ostatnich latach. Po opisaniu w rozdziale VI historii osiedlania się naszych rodaków na Islandii, w następnych pięciu rozdziałach autorka zestawia wypowiedzi pytanych z wiedzą własną, wynikami badań innych specjalistów oraz powszechnymi stereotypami dotyczącymi życia na Wyspie. Bardzo cenne miejsce w książce zajmuje analiza przyczyn i przebiegu kryzysu, a także reakcji Polaków na zmiany związane z kreppą. Jak wielokrotnie podkreślała autorka, Polacy mieszkający na Wyspie przed 2008 rokiem nie doświadczyli skutków kryzysu tak dotkliwie jak Islandczycy, choćby dlatego, że nie inwestowali ani nie brali kredytów, a swoje oszczędności trzymali na kontach polskich lub wymieniali na inne waluty. Kreppa okazała się świetnym sprawdzaniem islandzkiej Polonii z innego względu; wielu naszych rodaków mimo wszystko nie opuściło Wyspy, za co gospodarze byli im bardzo wdzięczni (a rząd robił wiele, żeby nie doprowadzić do zrzucenia winy za kryzys na imigrantów, do czego często dochodzi w takich sytuacjach). Nieco odmienny charakter ma już natomiast grupa, która osiedliła się na Wyspie w tej dekadzie; Polacy przyjeżdżający na Islandię po 2010 (a w związku z boomem turystycznym) wystawieni są już na przeszkody, których nie mieli ich poprzednicy.

Wymieszanie swego rodzaju „starej” i „nowej” Polonii widoczne jest szczególnie w procesie asymilacji Polaków na Wyspie oraz towarzyszącemu jej działaniu ugrupowań czy stowarzyszeń zrzeszających naszych rodaków, szczególnie w większych miastach. Budyta-Budzyńska przedstawia charakterystykę najważniejszych organizacji, podkreślając zasięg ich działania oraz ogólny wkład w animację Polonii. Jak się okazuje, wiele z nich najlepsze czasy swojej działalności ma już za sobą, a różne misje i pomysły ich liderów nie pozwoliły na utworzenie jednego centralnego stowarzyszenia. Funkcji zrzeszającej Polaków na Islandii nie ma nawet kościół, bo choć w Reykjaviku czy Akureyri odprawiane są msze po polsku, chodzi na nie wiernych mniej niż się spodziewano. Najbardziej efektowne są jednorazowe wydarzenia ogłaszane w mediach społecznościowych, a jedynym miejscem skupiającym Polaków długofalowo okazała się Polska Szkoła w Reykjaviku.

Rozprawa Budyty-Budzyńskiej jest znakomitą lekturą, tak wyróżniającą się na rynku wśród obecnie wydawanych książek o Islandii. Napisana rzetelnie, obdarzona bogatą bibliografią i długimi przypisami dopowiadającymi lub uzupełniającymi tekst główny, stanowi wiarygodne źródło wiedzy nie tylko na temat islandzkiej Polonii, ale samej Islandii. Wciąż brak wśród polskojęzycznych publikacji solidnie napisanych tekstów poświęconych sprawom bieżącym Islandii (stąd niezwykle cenny jest rozdział poświęcony kryzysowi z 2008 roku), a nawet w sposób tak wielopoziomowy opisujący jej historię czy społeczeństwo. Największym atutem jest oczywiście poruszenie problematyki tytułowych Polaków na Islandii, choć zamknięcie badań i wysnucie wniosków w momencie rozkwitu Polonii na Wyspie czyni książkę już w tym momencie tracącą na aktualności. Nieuporządkowany i trudny do opisania kasus migracji naszych rodaków na Wyspę staje się więc przez Budytę-Budzyńską tylko częściowo uporządkowany, co jednak nie odbiera zasług ekspertce. Z perspektywy osoby od dłuższego momentu zainteresowanej sytuacją Polaków na Islandii zabrakło mi pogłębionej analizy wewnętrznych konfliktów. Autorka wspomina o niechęci jednych organizacji polonijnych do drugich, ale nie porusza wielu kwestii, np. pamiętnego artykułu w Newsweeku, który do dziś stanowi punkt zapalny dla „wojny” polsko-polskiej w niektórych kręgach.

Zdecydowanie jednak książka godna jest polecenia. Nawet jeśli czytelnika nie interesuje dogłębna analiza sytuacji Polaków na Islandii, wraz z wykresami i danymi liczbowymi, warto przeczytać książkę choćby z uwagi na część poświęconą samej Wyspie. Stanowi ona dobrze napisaną kompilację źródeł polsko-, angielsko- i islandzkojęzycznych, jak również danych zaczerpniętych w archiwach islandzkich czy na Uniwersytecie w Reykjaviku. Autorka brała również udział w wielu naukowych i polonijnych przedsięwzięciach, dlatego wiele z opisywanych faktów dodatkowo zyskuje na autentyczności. Zatem każdemu, kto więzami pokrewieństwa czy własnymi zainteresowaniami związany jest z Islandią, polecam lekturę tej książki.

Ta recenzja została napisana dla strony Stacja Islandia.

Jak nie pisać o Islandii

autor: Marta Biernat (zdjęcia: Adam Biernat)
tytuł: Rekin i baran. Życie w cieniu islandzkich wulkanów
Wydawnictwa Poznańskie
data wydania: 2017
ISBN: 978-83-7976-670-3
liczba stron: 320

Przy natłoku pozycji islandzkich wydawanych w ostatnim czasie na rynku polskim, nie spieszyło mi się do przeczytania “Rekina i barana”. Nie byłam specjalnie zaznajomiona z blogiem Bite of Iceland, którego założycielami są autorzy książki, a tym bardziej zdawałam sobie sprawę, że pozycja jest adresowana raczej do świeżych islandofilów i być może niczego nowego się z niej nie dowiem. Myliłam się, bo zdecydowanie jest to książka pełna interesujących faktów, szczególnie dotyczących obyczajów i folkloru islandzkiego. Z lekturą książki miałam mimo to spory problem, bo próbowałam podejść do niej trzy razy. Dopiero czterogodzinny lot do Reykjaviku okazał się świetną okazją, żeby jednak przez tych 320 stron przebrnąć.

Z trudem. Dlaczego? Styl książki jest naprawdę wyjątkowo ciężki, wręcz ciężkostrawny. Zdania okraszane ciągami epitetów, często wzajemnie się wykluczających, uzupełnione o archaiczne “azaliż” i tym podobne partykuły niezręcznie brzmiące w zestawieniu ze stylem potocznym. Zabiegiem towarzyszącym strudzonemu czytelnikowi jest hiperbola; według autorki ciągle ktoś lub coś popada w “obsesję”, “obłęd”, “stany szaleńcze”, “manie”. “Wszyscy bez wyjątku”, bo generalizowanie również należy do ulubionych chwytów Marty Biernat. Jako ekspertka ds. Islandczyków (po zaledwie 1,5 roku na Wyspie), ma ona łatwość nazywania narodu leniwym czy oderwanym od rzeczywistości (polecam fragment o thetta reddast). Do tego autorka ciągle nie może się wszystkiemu nadziwić. Mam wrażenie, że opowiada o Islandii jak przedszkolanka, prowadziąc czytelnika za rękę po baśniowej Krainie Ognia i Lodu.

Wielka szkoda, że książka (powieść? reportaż? relacja z podróży?) nie przeszła odpowiedniej redakcji, bo bez tych wszystkich ozdobników miałaby szansę na miano pozycji interesującej. W wielu miejscach autorka porusza kwestie dotąd szerzej nie opisywane w polskiej literaturze poświęconej Wyspie, choć niektóre ustępy niebezpiecznie bliskie są przewodnikom czy innym tekstom już wydanym (których tytułów dziwnym trafem nie znajdziemy w appendiksie pt. “Dla zainteresowanych”). Czyta się więc ją może jednym tchem, ale niestety sposób narracji zagłusza fakty i po zamknięciu książki towarzyszyło mi przykre wrażenie, że nie mam pojęcia, o czym właściwie ta książka była. Nie pomoże spis treści (bo tytuły rozdziałów właściwie nijak mają się do ich zawartości), ani ponowne przewertowanie w celu znalezienia danego fragmentu (bo autorka swobodnie przechodzi z jednego tematu w drugi i nie zawsze wiadomo, jakim kluczem się posługiwała).

Miejscami książka jest nawet całkiem zabawna, można by nawet powiedzieć, że autorka przejęła czarny humor Islandczyków, z którymi (podobno) przeprowadziła “niezwykle inspirujące rozmowy w blasku dni polarnych”. Poza tym polecam ją osobom o naprawdę stalowych nerwach lub potrafiących wyłuskać ważne informacje z kakofonii epitetów.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Ważne: autorstwo interesującej treść książki zostało wielokrotnie poddane w wątpliwość przez czytelników i autorów tekstów, z których Marta Biernat miała rzekomo bardzo mocno korzystać. Czytaj więcej tu.

Rozmowy z kamieniami

„Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii”

Autor: Berenika Lenard i Piotr Mikołajczak
Wydawca: Wydawnictwo Otwarte
Data wydania: 26 kwiecień 2017
Liczba stron: 256

* Opis książki:

Islandia – wyspa aktywnych wulkanów i olbrzymich lodowców, gorących źródeł i tysięcy wodospadów. Miejsce, o którym marzy wielu turystów. Obszar równy jednej trzeciej powierzchni Polski zamieszkany przez niespełna czterysta tysięcy osób.

Berenika i Piotr, autorzy bloga IceStory, osiedlili się na Islandii, aby poznać prawdziwe życie w kraju, który kusi i zachwyca surowym pięknem, ale też wiele wymaga od swoich mieszkańców. Poznają historię i skutki kryzysu finansowego – w 2008 roku dotknął on nie tylko Islandczyków. Penetrują wyspę w poszukiwaniu opuszczonych miejsc. Odwiedzają odizolowany Djúpavík. Kiedyś była to jedna z największych na świecie przetwórni rybnych zatrudniająca setki pracowników, dziś mieszka tam garstka ludzi. Udają się na archipelag Vestmannaeyjar. W 1973 roku wybuch wulkanu Eldfell niemal rozpołowił jedną z jego wysp i zmusił mieszkańców do ewakuacji.

Szepty kamieni ukazują nieznane, nieopisywane w przewodnikach oblicze Islandii. Niczego nie ujmując jej urokowi, dopowiadają niedopowiedziane.

* źródło opisu: tutaj

Berenika Lenard i Piotr Mikołajczak – dziennikarze, blogerzy i kucharze bez papierów. Przez trzy lata zamieszkiwali północ osobno – B. eksplorowała islandzkie bezdroża oraz działy warzywne, a P. norweskie budowy i mroczne lasy. Spotkali się na Instagramie, co uważają za ponury, choć również zabawny żart współczesnego świata. Skandynawskie konwersacje o metalu, Skyrze i Czarnobylu zaowocowały grubą nicią porozumienia, dzięki czemu urodziło się IceStory, pomysły na książki i mnóstwo pierogów radzieckich. Para na poziomie systemów korzeniowych. Praktycznie nierozerwalni.

Recenzja książki:

W ostatnim czasie na rynku polskim pojawia się coraz więcej pozycji poświęconych Islandii. Większość z nich wyszła spod piór polskich emigrantów, którzy dzielą się z rodakami swoimi doświadczeniami na Wyspie. W wydawnictwach tych nie trudno o subiektywny obraz Islandii czy szeroki opis realiów życia na odległej Północy. A wszystko to napisane przez Polaków i dla Polaków. Powieść-reportaż „Szepty kamieni. Historia z opuszczonej Islandii” jest zgoła odmienna. Tu autorzy, Berenika Lenard Piotr Mikołajczak, znani islandofilom jako prowadzący bloga podróżniczego IceStory, oddają głos samej Islandii.

Nie jest to bynajmniej wsłuchiwanie się w tytułowy szept kamieni, ale w głosy ludzi związanych z opisywanymi miejscami. Choć pierwotnym zamierzeniem autorów było stworzenie cyklu wpisów poświęconych opuszczonym lokalizacjom na Wyspie, materiał z licznych podróży po Islandii okazał się wystarczającym do wydania 200-stronicowej książki. Pojawiające się na kartach powieści stare zakłady, opuszczone z przyczyn ekonomicznych, czy puste gospodarstwa, pozostawione przez właścicieli emigrujących do USA lub do większych miast na Wyspie, stanowią swoiste „miejsca pamięci”, są obecne w opowieściach i wspomnieniach związanych z nimi ludzi. Można by nawet powiedzieć, że miejsca te „mówią” ludźmi, a Piotr i Berenika spajają liczne szepty islandzkie i polskie w płynną i dobrze napisaną narrację o Islandii, zupełnie innej od tej, którą znamy z dotychczasowych opowieści.

Islandii, która – wbrew tytułowi – nigdy nie była tak nieopuszczona jak obecnie. Mityczna Ultima Thule, pozornie niedostępna kraina na dalekiej Północy, w ciągu zaledwie paru lat stała się jedną z najpopularniejszych destynacji turystycznych i musi się teraz z tym tytułem zmierzyć. W rozmowach z Islandczykami wielokrotnie powraca temat niesfornych turystów niszczących niepowtarzalne piękno islandzkiej przyrody. Wprost przywoływane są liczne dowody na ludzką głupotę, takie jak okładanie się świeżo zerwanym mchem czy zostawianie po sobie graficznych znaków ma ścianach starych zabudowań. Wszelkie – nieudane – próby walki z nieodwracalną ingerencją przyjezdnych w naturę zdają się tylko podkreślać bezsilność i nieprzygotowanie Wyspiarzy na taki boom, a dramatyzmu dodaje fakt, że wykreowali taką sytuację na własne życzenie. Bo choć wielu Islandczyków w prywatnych rozmowach przyzna się do niechęci wobec turystów, których „kolonizacja” doprowadziła chociażby do znacznego wzrostu cen mieszkań, ci, którym udało się w tak krótkim czasie rozkręcić dochodowe interesy będą opowiadać się za tym, że rozwój turystyki był najlepszym sposobem na wydźwignięcie się z kryzysu.

Trudna relacja z turystami to tylko jeden z tematów tabu, które udało się Berenice i Piotrowi przełamać jako pierwszym. Autorzy nie boją się poruszać kwestii kontrowersyjnych lub podkreślać tych elementów islandzkiej codzienności, o których milczą kolorowe przewodniki czy liczne popularnonaukowe publikacje dostępne w Polsce. Poza rażącą chciwością, która wyrugowała niedawno jeszcze podkreślaną islandzką gościnność, w książce mowa jest także chociażby o niepodejmowanym poza Wyspie temacie „rodziny”, która de facto sprawuje władzę w Islandii. Podobnie jak jeszcze do niedawna unikano wspomnień brutalnych mordów Basków, którzy stanowili dla Islandczyków konkurencję w dziedzinie łowienia wielorybów i dopiero dwa lata temu zniesiono wprowadzony w 1615 dekret duńskiego króla Christiana IV pozwalający na zabijanie wszystkich baskijskich wielorybników dobijających do brzegów Islandii. Nie brakuje też najbardziej drażliwego tematu dla polsko-islandzkiego środowiska, a więc prawdy na temat życia emigrantów i relacji między nimi.

W opowieści jest też miejsce na historie miłe i bliskie powiększającemu się gronu islandofili. Jest więc zatem wzmianka o spektakularnych dokonaniach islandzkiej reprezentacji w piłce nożnej podczas Euro 2016 czy odniesienie się do najczęściej powielanego w polskiej prasie wątku islandzkiej wiary w elfy. Autorzy dalecy są jednak od przedstawienia tej kwestii w czysto skandaliczny sposób, charakterystyczny dla wielu dostępnych w Polsce źródeł wiedzy na temat Islandii. Tutaj wiara huldufólk, czyli ukrytych ludzi nie sprowadza się do przywołania medialnej historii o przerwaniu budowy drogi z uwagi na obecność niewidzialnych mieszkańców, ani tym samym do traktowania przywiązania Islandczyków do folkloru z przymrużeniem oka. Elfy, stanowiące integralną cześć islandzkiej przyrody, jawią się jako kolejni „szepczący”, bez których opowieść o Islandii byłaby niepełna.

Niezaprzeczalną zaletą książki jest więc przede wszystkim bezstronne, rzeczowe podejście do projektu, jakim miało być przedstawienie historii 21 opuszczonych miejsc. Z dziennikarską ciekawością i profesjonalizmem autorzy dokopali się jednak do tych warstw islandzkiej duszy, których dotąd nikt w tak dokładny sposób nie opisywał. Berenika i Piotr nie oceniają, nie banalizują żadnych wątków, a nawet pozwalają im w dość swobodny sposób przeplatać się ze sobą w tekście, przez co narracja wymyka się sztywnym ramom geograficznym przewidzianym w spisie treści. Nie przeszkadza to jednak w odkrywaniu kolejnych warstw, szczególnie czytelnikom mniej zaznajomionym ze współczesnym obliczem Wyspy, choć i tu należy wytknąć autorom i wydawcy pewne wady. Mniej oczytany odbiorca może mieć wrażenie, że niektóre wątki zostały zarysowane zbyt skrótowo, gdyż odwołania do niektórych wydarzeń z historii bywają niewystarczające i brakuje choćby minimalnego rozwinięcia tematu w treści książki czy towarzyszącym jej przypisie.

Prawdziwy islandofil doceni jednak liczne walory tej pozycji. Choć dla kogoś dobrze zorientowanego w sprawach islandzkich ta powieść-reportaż może wydawać się jedynie solidnym kompendium wiedzy o dzisiejszej Islandii, to jednak jest to kompendium pięknie opakowane. Barwny, miejscami wręcz poetycki język i atrakcyjny sposób prowadzenia narracji sprawiają, że książkę można przeczytać szybko i ze smakiem, niemalże połknąć ją na raz jak pojawiającego się często w fabule islandzkiego śledzia. Lektura nadaje się znakomicie na kilkugodzinny lot z Polski do Keflaviku: zarówno jako przewodnik dla debiutującego na Wyspie turysty, jak i instrukcję dla decydującego się na dłuższy pobyt emigranta.

Ta recenzja została napisana dla strony Stacja Islandia.

Sagi islandzkie po polsku

* Opis książki:

Pierwszy polski przewodnik po świecie fascynującej i wyjątkowej literatury, jaką są sagi islandzkie. Autorzy w przystępny i interesujący sposób przedstawili poszczególne odmiany spisywanych na średniowiecznej Północy opowieści, których tematyka obejmowała m.in. dzieje Islandczyków, skandynawskich władców oraz adaptacje współczesnej literatury kontynentalnej (pisma religijne, dworskie romanse). Charakterystyce obejmującej styl kompozycji, analizę najpopularniejszych motywów oraz tło historyczne i społeczne towarzyszą odwołania do polskich badań nad średniowieczną literaturą skandynawską. Całość uzupełniają kolorowe ilustracje ukazujące specyfikę islandzkiego i skandynawskiego krajobrazu, tak wyraźnie widocznego w poszczególnych opowieściach.

Redaktorzy naukowi:

Jakub Morawiec – jest adiunktem w Instytucie Historii Uniwersytetu Śląskiego. W swych badaniach koncentruje się na dziejach Skandynawii we wczesnym średniowieczu i rozwoju średniowiecznej historiografii skandynawskiej. W szczególny sposób interesuje się skaldami islandzkimi, ich poezją oraz sagami na ich temat.

Łukasz Neubauer – jest adiunktem na Wydziale Humanistycznym Politechniki Koszalińskiej. W swojej pracy naukowej koncentruje się przede wszystkim na wczesnośredniowiecznej literaturze germańskiego obszaru kulturowego, ze szczególnym uwzględnieniem staroangielskiego poematu Bitwa pod Maldon.

* źródło opisu: księgarnia PWN

Recenzja książki:

Pozycja „Sagi islandzkie. Zarys dziejów literatury staronordyckiej” wydana jesienią ubiegłego roku pod redakcją Jakuba Morawca i Łukasza Neubauera to prawdziwe odświeżenie polskiemu czytelnikowi tematu wyjątkowego gatunku literackiego, jakim są sagi islandzkie. Niestety zarówno tłumaczenia sag na język polski, jak i ich naukowe opracowanie, należą nadal do marginesu zainteresowań i badań polskich skandynawistów. Kamieniem milowym dla rozwoju polskiej „sagologii” były z pewnością publikacje polsko-amerykańskiej literaturoznawczyni Margaret Schlauch, autorki wydawnictwa dla Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Islandzkiej „Artyzm klasycznych sag islandzkich” (1968) oraz, napisanej po angielsku, a wydanej w polskim tłumaczeniu pracy „Stare sagi islandzkie” (1976).

W obu pozycjach autorka poddaje średniowieczne sagi typologizacji (podział na sagi klasyczne, mitologiczne, legendarne, romantyczne) oraz analizie filologiczno-historyczno-społecznej, z próbą wyodrębnienia cech charakterystycznych gatunku. Ta kompleksowa, choć pod wieloma względami niewystarczająca, rozprawa musiała jednak wystarczyć polskiemu czytelnikowi właściwie do momentu publikacji recenzowanej pozycji. Trzeba jednak zaznaczyć, że „Sagi islandzkie. Zarys dziejów literatury staronordyckiej” nie pojawiły się na rynku w całkowitej próżni; od kilku lat sandomierskie wydawnictwo Armoryka wypełnia tę długoletnią lukę serią „Sagi islandzkie” (na chwilę obecną wydano siedem nietłumaczonych wcześniej na język polski utworów) z w miarę obszernymi opracowaniami we wstępie.

Warto także wspomnieć o tłumaczeniu artykułu Dagnỳ Kristjánsdóttir „O lisach, wilkach, książętach i księżniczkach. Najkrótsze wprowadzenie do literatury islandzkiej” dla publikacji „Islandia. Wprowadzenie do wiedzy o społeczeństwie i kulturze” pod redakcją Romana Chymkowskiego i Włodzimierza Karola Pessela, która jednak, niestety, niewiele miejsca poświęca samym sagom. Skromne początki tej dziedziny literaturoznawstwa wiążą się także, a wręcz są wynikiem małej liczby tłumaczeń samych sag na język polski; tutaj najważniejszą publikacją pozostaje swobodne tłumaczenie z takimże opracowaniem Artura Górskiego „Sagi Islandzkie” (Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 1960), w którym znajdziemy jednak tylko sześć utworów. Nadzieją dla polskich miłośników literatury staroislandzkiej jest wspomniane już wydawnictwo Armoryka, a także internetowy projekt „e-sagi.pl” autorstwa tłumacza islandzkiej literatury współczesnej, Jacka Godka.

Nie dziwi zatem, jak poważnym i odpowiedzialnym zadaniem było opracowanie na nowo, a właściwie od zera, zarysu dziejów sag islandzkich. Redaktorami są jednak specjaliści z najważniejszych ośrodków związanych z literaturą staronordycką: Łukasz Neubauer to pracownik Wydziału Humanistycznego Politechniki Koszalińskiej, specjalizujący się we wczesnośredniowiecznej literaturze germańskiego obszaru kulturowego oraz zajmujący onomastyką islandzką (która jest zresztą zasygnalizowana w omawianej pozycji), natomiast Jakub Morawiec to doktor Instytutu Historii Uniwersytetu Śląskiego, istotnego ośrodka sagologii w Polsce, autor wielu rozpraw poświęconych poezji staroislandzkiej i sagom, czego dowodem wydane w 2011 roku przez uniwersyteckie wydawnictwo Chronicon tłumaczenie „Sagi o Hallfredzie Skaldzie Kłopotliwym” z ponad 80-stronicowym opracowaniem autorstwa Jakuba Morawca.

Do współpracy zaproszono specjalistów z całej Polski, wielu z nich rozwijało swoją wiedzę na wyjazdach stypendialnych do Islandii: Przemysław Czarnecki jest adiunktem w Zakładzie Języków Skandynawskich Katedry Skandynawistyki UAM i jedynym w Polsce uniwersyteckim wykładowcą języka staro- i nowoislandzkiego; Remigiusz Gogosz doktoryzuje się na Uniwersytecie Rzeszowskim pod kierunkiem prof. Leszka P. Słupeckiego (specjalisty m.in. od berserków) pracą o grach i sportach w średniowiecznej Islandii; Aleksandra Jochymek to absolwentka Uniwersytetu Śląskiego i założycielka Forum Nordystycznego, prężnie działającego w kierunku popularyzacji literatury i kultury skandynawskiego średniowiecza; Anna Kaiper, absolwentka Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego, bada sagi islandzkie w Instytucie Historii PAN; Marta Rey-Radlińska, po filologii szwedzkiej na Uniwersytecie Jagiellońskim studiowała średniowieczną literaturę islandzką w Göteborgu i przetłumaczyła „Opowieść o Auðunie z Zachodnich Fiordów” (2009); Dominika Skrzypek to doktor habilitowana i profesor nadzwyczajna Katedry Skandynawistyki UAM i współautorka pierwszej polskiej monografii o piśmie runicznym („Runy”, 2011); Joanna Srholec-Skórzewska, doktor nauk humanistycznych uniwersytetu w Oslo, zajmuje się historią Skandynawii w dobie średniowiecza.

„Sagi islandzkie. Zarys dziejów literatury staronordyckiej” składa się z tekstów wymienionych autorów, ze wstępem redaktorów i zakończeniem Łukasza Neubauera. Spis treści publikacji opiera się na typologii sag islandzkich: sagi o Islandczykach (rodowe), sagi królewskie, sagi współczesne, sagi biskupie, sagi rycerskie, sagi legendarne, sagi hagiograficzne (żywoty świętych). Zatem już w samej konstrukcji publikacji dostrzegalne jest „ustanowienie na nowo” typologii zaproponowanej przez Margaret Schlauch, a nawiązującej do najnowszej systematyki proponowanej przez światowych sagologów. Autorzy wnikliwie analizują omawiane typy przede wszystkim pod kątem historii wyodrębnienia poszczególnego typu oraz powstania utworów reprezentatywnych dla tej kategorii, ilustrując ich charakterystykę konkretnymi przykładami utworów, a także omawiając dokonania polskich badaczy na tym polu. Istotnym novum jest rozprawa o „bættir” – krótkich formach narracyjnych, którym Marta Rey-Radlińska poświęca cały swój artykuł. Są one przykładem na to, że najnowsze badania pozwalają na coraz drobniejsze wyszczególnianie nowych typów; „bættir” są bowiem fragmentami sag królewskich. Nierzadko analizom konkretnych utworów towarzyszą streszczenia akcji, pojawiają się także tabele z datacją i atrybucją niektórych utworów. Publikacja jest także obdarzona wkładką z 35 kolorowymi zdjęciami ilustrującymi miejsca albo postaci omawiane w tekście.

Jednym z niewielu zarzutów, jakie można mieć do omawianej publikacji zbiorowej, jest właśnie jej kompilacyjność. Ważnym zadaniem redaktorów było owszem nadawanie wrażenia całości, stąd autorzy artykułów poświęcają swoje prace jednemu typowi sag i omawiają je według jakiegoś z góry narzuconego schematu, któremu część autorów się poddaje, a część stara się z niego wyłamać. Taki „przepis” na dany rozdział oczywiście porządkuje podawane informacje, często jednak spotykamy się z powtarzaniem pojęć czy istotnych faktów (co oczywiście ma rację bytu jeśli czytamy artykuły osobno, a nie jednym tchem). Mieszane uczucia może także wzbudzać streszczanie niektórych utworów; z jednej strony czytelnik nieznający omawianych sag może zapoznać się z ich fabułą, wielokrotnie jednak akcja utworu nie ma większego znaczenia dla analizy formalnej utworu. W pewnym sensie nużące jest także umieszczanie tabel z listą tytułów i dat, co może być skądinąd bardzo pomocne i czytelne. Nie można tego jednak powiedzieć o ilustracjach, które często opatrzone są bardzo ogólnymi przypisami z lakoniczną informacją o nazwie sfotografowanego obiektu i jego przeznaczeniem. Ponad 15 kartek z fotografiami, wszyte w środek książki, wybijają z rytmu lektury artykułu, są też praktycznie niepomocne w przypadku lektury tylko kilku artykułów, zaś dla czytelnika zapoznającego się z całą publikacją piękne krajobrazy i kilka zdjęć pomników stanowią o wątpliwości naukowego charakteru pracy. Czasami pojawia się także sygnalizowanie interesującego problemu czy wprowadzanie ciekawego pojęcia i natychmiastowe porzucanie go bez szerszych wyjaśnień (np. w przypadku „sag wikińskich” w artykule poświęconym sagom legendarnym).

Trzeba jednak podkreślić niekwestionowane plusy publikacji. Samo jej znaczenie i miejsce w literaturze poświęconej temu problemowi decyduje o wartości wydawnictwa. Jego mocną stroną jest także rzetelne odwołanie się do różnorodnych źródeł i bezdyskusyjne obeznanie w temacie autorów, szczególnie, że część z nich pisała artykuły o tematyce nie wprost związanej z ich specjalizacjami. Tym bardziej publikacja wzbogacona jest o interdyscyplinarne podejście do problemu; tematy analizowane są pod kątem filologiczno-literaturoznawczym (choć tak naprawdę tylko część autorów jest z wykształcenia filologami), a przede wszystkim społecznym i historycznym. Często nie brakuje też odwołań do sztuki, szeroko pojętej kultury i tradycji, a także recepcji i roli sag w budowaniu tożsamości i wyobraźni społecznej Islandczyków. Łukasz Naubauer mówi chociażby o popularności imion bohaterów sag nadawanych dzieciom czy pojawianiu się ich imion w nazwach ulic większych miast Islandii. Dużym plusem jest także obfite ilustrowanie omawianych kwestii cytatami, a także godny pochwały zabieg Przemysława Czarneckiego, który w sposób zwięzły, a całkowicie wystarczający, omawia sagi biskupie na przykładzie jednej sagi. Wreszcie atutem publikacji jest poświęcenie oddzielnych artykułów typom wcześniej w polskiej literaturze nie omawianym: wspomnianym już „bættir” oraz sagom współczesnym.

Ostatecznie zatem redaktorom i autorom tekstów publikacji „Sagi islandzkie. Zarys dziejów literatury staronordyckiej” należą się gratulacje za ogrom pracy włożony w opracowanie tego zagadnienia. Z pewnością niespełna 300-stronicowe wydawnictwo nie stanowi kompendium wiedzy na ten temat, jest jednak solidnym fundamentem dla każdego, kto zajmuje się lub po prostu interesuje sagami islandzkimi i literaturą staronordycką. Być może wymieniane wyżej „potknięcia” redaktorów publikacji wiążą się z niedookreślonym odbiorcą; pod wieloma względami publikacja ta ma bowiem charakter popularnonaukowy, nadaje się więc dla czytelników dopiero zapoznających się z tematem. Jednak ze względu na miejsce sag islandzkich na marginesie zainteresowań polskich czytelników, pozycja ta pozostaje w pewnym sensie zarezerwowana dla wąskiego grona odbiorców. Niewykluczone jednak, że przystępny język i forma publikacji przyczyni się do popularyzacji sag islandzkich, które – podobnie jak zainteresowanie kulturą Islandii w ogóle – wciąż rośnie. W ubiegłym roku Studencki Klub Islandzki działający pod auspicjami Instytutu Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego zorganizował cykl spotkań „Islandzkie Opowieści dla Dorosłych” poświęcony sagom islandzkim i mitologii nordyckiej. Ciepłe przyjęcie, a także szeroki odzew uczestników spotkań pozwalają tylko utwierdzić się w przekonaniu, że popularyzacja literatury staroislandzkiej jest w Polsce bardzo potrzebna.

Ta recenzja została napisana dla strony Stacja Islandia.