Islandczyk jak Frankenstein

autor: Victor Hugo
tytułHan z Islandii (oryginalny: Han d’Islande)
rok: 1823
wydawnictwo: Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza
liczba stron: 272

Wyobraź sobie, że mieszkasz w XIX-wiecznej Francji. Twoje wyobrażenie o Północy to składowa lektury Edd, powieści grozy i malarstwa romantycznego. Jaki obraz Islandii może mieć wówczas w swojej głowie młody francuski dyletant?

Odpowiedź daje nam Victor Hugo i jego debiutancka powieść Han z Islandii. Co prawda powieść ta została napisana jako druga, jednak to właśnie ją wysłał do druku jako pierwszą 21-letni wówczas pisarz. Autor Nędzników i Dzwonnika z Notre-Dame zadebiutował jako autor krótkiej powieści grozy, której akcja rozgrywa się w XVII-wiecznej Norwegii. W okolicach Trondheim (w książce figurującego jako Drodheimus), sieje postrach tytułowy Han, potwór z Klipsdalur. Ta tajemnicza postać, o której legendy opowiadają sobie tak baronowie, jak prości rybacy, znana jest z podpaleń i brutalnych morderstw. Mówi się o nim, że jest to mężczyzna olbrzymiego wzrostu i nieludzkiej siły, inni zaś wiedzieli go jako niskiego karła o brzydkiej twarzy, odzianego w skóry zwierząt. Plotkom i pogłoskom towarzyszą rewelacje o tym, że Han żywi się krwią ludzką i nosi długie, ostre pazury. Wśród prostych ludzi bano się wymawiać jego imię i szerokim łukiem omijano miejsca, w których widziano słynnego złoczyńcę. Ten zaś jest nieuchwytny, a mimo wysokiej nagrody za jego głowę próżno szukać śmiałka, który zaryzykowałby spotkanie oko oko z potworem.

Niczym w dramatach Moliera, poznajemy tytułowego bohatera z relacji innych zanim osobiście wkroczy on na karty powieści. Oczekujemy najgorszego, a kiedy już główna postać pojawia się w akcji, narrator nie daje nam pewności, czy to właśnie Han z Islandii. Przyjmuje on bowiem w historii ciągle nowe role i stroje, stając się istotnie postacią poboczną całej akcji, a mimo to spirytus movens intrygi. Choć nie wiemy zbyt wiele szczegółów jego osobistej historii, prywatna żądza zemsty za zabójstwo własnego syna staje się motorem akcji, w którą wplątane są różne postaci z dworu i prostego ludu. Raz to Han ma dowodzić grupą buntowników, gotowych wzniecić rewolucję przeciwko królowi, raz przypadkiem pomaga w rozwiązaniu tajemnicy rodowej, która przeszkadza młodym kochankom połączyć się szczęśliwym więzem małżeństwa. Nigdy jednak Han nie działa jako przyjaciel, raczej jako samotny wilk, który dokładnie waży swoje działania i sprawdza, co ułoży się najlepiej po jego myśli. Mający posłuch u niedźwiedzi, śmiechem reagujący na niebezpieczeństwo, do ostatnich chwil swojego życia pozostaje samolubny i ogarnięty potrzebą pomszczenia swojego potomka. Han jest więc tytułowym bohaterem powieści, a jednak anty-bohaterem, który łączy w sobie najgorsze cechy i zachowania. Tak przedstawia się w jednej z ostatnich scen książki, kiedy samodzielnie stawia się przed sądem:

Jestem szatanem z Klipstadur. Matką moją jest stara Islandia, wyspa wulkanów. Dawniej była ona tylko górą, ale spłaszczyła ją ręka olbrzyma, który, spadłszy z chmur, oparł się na jej szczycie. Nie potrzebuję wam mówić o sobie; wiecie chyba, że jestem potomkiem Ingólfa Tępiciela i że jego ducha noszę w swoim ciele. Więcej popełniłem morderstw i wznieciłem pożarów, aniżeli wy wszyscy wydaliście niesłusznych wyroków. (…) Wypiłbym z rozkoszą wszystką krew z waszych żył. Natura moja to nienawiść do ludzi; złe im wyrządzać – moje posłannictwo.

W treści książki wielokrotnie powracają określenia „szatan”, „potwór”, „olbrzym”, „dziki zwierz”, „rozbójnik”, a więc najgorsze przymioty anty-bohatera. Pytanie jednak brzmi: dlaczego to właśnie Islandczyk ma być ucieleśnieniem zła, co skłoniło młodego Francuza to przypisania wszystkich złych cech akurat temu narodowi? Bez wątpienia Hugo miał jakieś pojęcie o Islandii; czytał w końcu Eddę, która pojawia się także w powieści jako poczytna lektura. Śledził poczynania pionierów literatury grozy: Horacy’ego Walpola, którego Zamczysko w Otranto z 1764 roku uznawany jest za początek gatunku, oraz Mary Shelley, autorki Frankensteina, prekursorskiej powieści grozy. Od najlepszych zaczerpnął więc nastrój i scenerię powieści: neogotycki kontekst architektoniczno-sceniczny, umieszczenie historii w dalekiej przeszłości, elementy nadnaturalne, dalekie jednak od typowo baśniowych postaci, ale potencjalnie wyobrażalne, bo będące w bliskim związku z człowiekiem.

W estetyce neogotyzmu często wykorzystywano miejsca odległe od cywilizacji i kultury wciąż przesiąknięte wierzeniami ludowymi. Obszar nordycki ze swoją germańską spuścizną wydawał się więc idealny jako tło dla powieści grozy. Hugo sięgnął po rozpowszechnione w Europie wyobrażenie dzikiej, tajemniczej, nieprzyjemnej, wręcz diabelskiej i nieludzkiej Północy, a Islandia – najdalsza znana wówczas wyspa tej szerokości geograficznej, stałaby się więc kulminacją takich obrazów. Czytelnicy neogotyckiej powieści grozy karmili się przecież potworami mieszkającymi w ciemnych jaskiniach, mających cechy zwierzęce, pozbawionych serca morderców czy zdolnych do układów z diabłem rozbójników. Ich perypetie świetnie kontrastowały z romansami, w których niezmiennie więzione w wieżach bezbronne kobiety mogły zostać ocalone jedynie dzięki miłości dzielnego, pięknego młodzieńca. W tej słodkiej historii miłosnej utkanej intrygami i przeciwnościami inspirowanymi Romeem i Julią potrzeba więc groźnego zgrzytu, elementu niesamowitego, strasznego motywu, który zmrozi krew w żyłach.

To wyraźne zestawienie idealizowanych kochanków: przystojnego rycerza Ordenera z niezwykle piękną, lecz pozbawioną wolności Ethel z wyobcowanym na własne życzenie anty-bohaterem Hanem stanowi punkt wyjścia dla późniejszych powieści w twórczości Victora Hugo, gdzie Han z Islandii stanowi pierwszy przykład bohatera odtrąconego przez społeczeństwo. Daleki krewny Quasimodo nie jest jednak postacią o dobrym sercu w skórze potwora. To potwór pozbawiony cech ludzkich, bo nawet zemsta po stracie syna nie powodowana jest żałobą po utraconym dziecku, ale potrzebą ukarania tych, którzy przyczynili się do zerwania kontynuacji rodu z Klipsdalur, bowiem zmarły młodzieniec był ostatnim potomkiem Ingólfa Tępiciela  z Islandii. Żądny krwi i idący do celu po trupach (dosłownie) Han ma więc także cechy bohatera powieści frenetycznych. Popularna w połowie XIX wieku frenezja romantyczna (od frénétique – gwałtowny, szaleńczy) skupiała się na scenach makabrycznych, motywach okropności, zbrodni i szaleństwa.

Wydanie francuskojęzyczne Hana z Islandii uzupełnione jest analizą i interpretacją dzieła. Jej autor zestawia tytułowego bohatera z innym, bardziej charakterystycznym dla literatury grozy bohaterem: potworem doktora Frankensteina, potocznie zwanego po prostu Frankensteinem.  Choć bohater powieści Mary Shelley nie był człowiekiem, a tworem rąk ludzkich, niebezpiecznym eksperymentem, Han z Islandii również przejawia cechy potwora gotowego do zabijania i pozbawionego skrupułów. Czy Victor Hugo tak właśnie wyobrażał sobie Islandczyków? Dzikich, niecywilizowanych wyrzutków, dla których honor i rodzina ważniejsze są od zasad społecznych? Czy Han to XVI-wieczny wiking, rozbójnik o nieludzkiej sile, niczym średniowieczni berserkowie? Gwałciciel zmuszający do stosunku samotną kobietę, tylko po to, by przedłużyć ród, z którego się wywodzi? Noszący u boku konkretny atrybut (czaszkę) dla wzbudzania postrachu u innych?

Warto sięgnąć po młodzieńczą powieść Victora Hugo nie tyle po to, by prześledzić rozwój jego stylu. Dla mnie jest on świetnym świadectwem stanu wyobrażeń na temat Islandii w XIX-wiecznej Francji i zestawieniem stereotypów, którymi posługiwano się, nie mając bezpośredniego kontaktu z daleką Północą.

Nordycki przepis na szczęście

autorki: Magdalena Szczepańska, Aleksandra Michta-Juntunen, Agnieszka Jastrząbek, Aldona Hartwińska, Iga Faurholt Jensen, Kinga Eysturland
tytułCodziennie jest piątek. Szczęście po nordycku. Sztuka celebrowania każdej wolnej chwili
rok: 2020
wydawnictwo: Pascal
liczba stron: 318

Cukier, słodkości i różne śliczności! Znacie początek znanej kreskówki Atomówki? Wydaje mi się, że w podobny sposób można streścić przepis na szczęście po nordycku.

Na pewno kojarzycie hasła takie jak hygge, lagom, þetta reddast, koseligt. Za tymi pojęciami kryje się sedno nordyckiego szczęścia, a przynajmniej różne oblicza tego, co Nordycy uważają za potrzebne do szczęścia. Od kilku lat te hipstersko brzmiące pojęcia stają się nowym sposobem na spędzanie wolnego czasu. Blogi lifestyle’owe i sklepy z produktami do urządzania wnętrz, a nawet cukiernie i księgarnie wykorzystują te magiczne hasła do marketingu, aby sprzedać nam szczęście w postaci pachnących świeczek, domowego ciasta, ciepłych kocyków, nastrojowych lampek, lektur do czytania w długie zimowe wieczory. Czy jednak na tym polega nordyckie szczęście? Czy można kupić je w sklepie i obkładać się takimi przedmiotami, żeby poczuć się lepiej?

Już od dawna marzyło mi się znaleźć islandzki odpowiednik słynnego hygge. Chciałam odnaleźć przepis na islandzkie szczęście, ale na szczęście (nomen omen) zrobiła to za mnie Aga Jastrząbek, autorka bloga Vikingaland. Wraz z innymi członkiniami kolektywu Nordic Talking wzięła udział w ciekawym projekcie, polegającym na zestawieniu popularnych w obszarze nordyckim wyobrażeń o dobrym samopoczuciu i przyjemnie spędzonym czasie. Efektem tego eksperymentu jest książka Codziennie jest piątek, w której – poza słynnym duńskim hygge (omówionym przez Igę Faurholt Jensen) czy szwedzkim lagom (część Aldony Hartwińskiej) – czytamy również o fińskim sisu, norweskim kos, farerskim hugni i islandzkim þetta reddast. Każda część książki, której bohaterem jest dany kraj, kończy się słowniczkiem kluczowych pojęć, przepisami na idealne dania na rodzinny piątek oraz wywiadami z autochtonami. Ta świetna formuła pomieszania przyjemnego z pożytecznym, popularnonaukowego stylu z naukowym podejściem (na końcu mamy kompletną bibliografię) oraz obiektywnego tonu z subiektywną perspektywą, daje nam książkę wnikliwie poruszającą problem, która nie jest traktatem akademickim, a solidną pozycją na chłodne wieczory.

Skupmy się jednak na części islandzkiej, najbliższej mojemu sercu. Bardzo cieszę się, że za tekst wzięła się właśnie Aga – od wielu lat mieszkająca na Islandii i znająca język, kulturę oraz kuchnię islandzką. Z wielką przyjemnością czytałam jej narrację, bo z jednej strony jest bardzo osobista, a z drugiej – pełna odniesień do doświadczeń Islandczyków. Aga, jak zresztą pewnie pozostałe autorki, sama praktykuje wiele z zasad, o których pisze, co czyni jej tekst wiarygodnym i niezwykle atrakcyjnym. Czytelnik sam ma ochotę zanurzyć się w ciepłym basenie albo usiąść przy dużym stole i jeść domowe ciasto z rabarbarem. Zresztą może je sobie samodzielnie przygotować, choć – niestety – pozostaje w pewnym rodzaju rozczarowania, że samo ciasto nie uczyni atmosfery iście magiczną.

Przepis na “szczęście po nordycku” nie jest bowiem prosty. Owszem, cukier, słodkości i inne śliczności to stały element piątków we wszystkich krajach nordyckich: usiądź wygodnie na kanapie, otaczaj się ładnymi, ale przyjemnymi rzeczami, zjedz coś prostego, ale pysznego na kolację, najlepiej przed telewizorem. Tego dnia dzieciakom pozwala się jeść słodycze, a i dorośli pozwalają sobie na pizzę czy drinka. Ale czy tak nie wyglądają piątkowe wieczory również w Polsce? Co jest tym tajemniczym “związkiem X”, który czyni nordyckie spędzanie wolnego czasu bardziej komfortowym, a ludzi – szczęśliwszymi? 

Jeśli wierzyć autorkom książki, kluczem do szczęścia nie jest wcale objadanie się słodyczami i wylegiwanie na kanapie. Wręcz przeciwnie! W każdym kraju Północy obowiązuje również kult ruchu na świeżym powietrzu, z norweskiego: friluftsliv. Ja rozumiem ten paradoks tak: jeśli na co dzień ruszasz się, odżywiasz zdrowo, oddychasz świeżym powietrzem i wychodzisz na dwór niezależnie od pogody, taki piątek w ciepłym domu z kominkiem i ciastkami smakuje dwa razy lepiej. Jest nagrodą za cały tydzień, choć też pewnie Skandynawowie nie stresują się pracą tak jak i my. Związkiem X może być właśnie mniej stresu, spowodowane kontaktem z przyrodą, lepszymi warunkami pracy, być może również lepszymi nastrojami społecznymi. Jest to na pewno idealizowanie krajów nordyckich, ale niezależnie od tego, co czytamy w zaufanych reportażach o Północy, spędzenie choćby kilku dni w krajach nordyckich utwierdza w przekonaniu, że tam n a p r a w d ę żyje się lepiej. Być może związkiem X jest mentalność i postawa obywatelska, wsparcie państwa opiekuńczego, dostęp do rozrywek i finansowe możliwości podróżowania za granicę kilka razy w roku. 

Aga pisze o “islandzkiej kolonii” na Teneryfie, powszechnym dostępie do basenów, wyjątkowości saumaklúbbar, czyli połączenia koła gospodyń wiejskich z klubem dyskusyjnym. O tym, że Islandczycy radzą sobie w najtrudniejszych sytuacjach, od kryzysu gospodarczego po wybuch wulkanu. O wynagradzaniu sobie tygodnia pracy domową pizzą i zabawnym programem telewizyjnym. To tylko kilka przykładów z życia rozwiniętego, bogatego, nowoczesnego społeczeństwa, które jeszcze do niedawna nie widziało granic konsumpcjonizmu i kupowało Jeepy na kredyt.

Choć Codziennie jest piątek pisany jest z optymistycznym zachwytem, zdaje się nie demaskować prawdy o państwach nordyckich, które swoje szczęście zbudowały dzięki swojej wyjątkowej sytuacji geopolitycznej. Względnie nietknięte większymi konfliktami zbrojnymi, niemające wojennej przeszłości w pamięci zbiorowej (może poza Norwegią i Finlandią), kreatywnie i efektywnie rozwiązały problem biedy (jeszcze w XIX wieku Szwedzi  z głodu masowo emigrowali do Ameryki), przekuwając problemy społeczne i gospodarcze w nieźle działający system państwa dobrobytu. Nie mówię, że Skandynawowie nie zasłużyli sobie na to szczęście, wręcz przeciwnie – zapracowali na nie. Ale jeśli łudzimy się, że świeczki i smaczna herbata dadzą nam choć namiastkę hygge, jesteśmy niestety w błędzie. 

Codziennie jest piątek nie jest jednak pozycją naukową, nie musi więc analizować problemu wnikliwie. Jest miłą, dobrze napisaną i ładnie wydaną książką o zjawiskach, które są charakterystyczne dla państw Północy. W przyjemnej dla oka rozkładówce typowej dla kolorowych czasopism znajdziemy wiele fotografii ilustrujących szczęście po nordycku. Ta radosna estetyka sprzyja przekonaniu, że kraje Północne są niemal idealne, ale nawet jeśli przypadkiem tak zinterpretujemy relację Polek mieszkających w krajach nordyckich lub zakorzenionych w ich kulturach, przepytani Nordycy sami nierzadko dokonują krytyki swoich zwyczajów, przyznając się do słabości i wad. Przykładowo: czy Islandczycy faktycznie zachwycali się swoim krajem zanim masowo zaczęli przyjeżdżać do niego turyści? Żeby uzyskać odpowiedź, sięgnijcie po książkę. 

Czy da się połączyć przyjemnie spędzany czas ze szczęściem? Jeśli wykorzystamy definicje szczęścia przedstawione przez bohaterów publikacji, zrozumiemy, że źródłem szczęścia wcale nie są przedmioty, ale drugi człowiek. Aga przywołuje islandzkie powiedzenie maður er manns gaman, człowiek jest szczęściem drugiego człowieka. W zimnych, ciemnych krajach północy towarzystwo i bliskość są na wagę złota, ale i my możemy nauczyć się doceniać obecność drugiego człowieka i spróbować nordyckiego przepisu na szczęście: zakupić niezbędne hygge-atrybuty, a potem podzielić się nimi z kimś bliskim.

Dziękuję wydawnictwu Pascal za egzemplarz recenzencki.

Biegiem przez biegun

autor: Artur Gorzelak
tytułPod bieguny
rok: 2020
wydawnictwo: Artur Gorzelak
liczba stron: 212

opis promocyjny:
W swojej książce Artur Gorzelak zabiera nas na spotkanie z nieujarzmioną przyrodą stref podbiegunowych. Publikacja prezentuje aż cztery wyprawy obfitujące w niespodzianki, jakie płata mieszkańcom umiarkowanej strefy klimatycznej zetknięcie z twardymi realiami Północy (a w jednym przypadku Południa). Pierwsza przygoda to maraton zorganizowany na dalekim Spitsbergenie w bliskim sąsiedztwie niedźwiedzi polarnych, który jednocześnie stanowi okazję do złożenia wizyty na Polskiej Stacji Polarnej Hornsund. Następnie towarzyszymy autorowi w objeździe dookoła Islandii słynną drogą nr 1 (w warunkach niekiedy ekstremalnych), by chwilę później wyruszyć na Półwysep Kolski w pogoń za zorzą polarną. Całość zamykają wędrówki pośród lodowców i parków narodowych odległej Patagonii. Książka “Pod bieguny” nie przypomina tradycyjnych przewodników, za to stanowi ich doskonałe uzupełnienie – opisuje z “pierwszej ręki” z jakimi wyzwaniami przyjdzie się zmierzyć podróżującym do tych zakątków świata. Nie brakuje w niej humorystycznych sytuacji i anegdot, a wszystko okraszone jest solidną, ale przystępnie podaną dawką wiedzy przyrodniczo-historycznej ze sporym udziałem wątków polskich.

Co wspólnego mają ze sobą Spitsbergen, Islandia, Półwysep Kolski i Patagonia? Z pewnością miejsca z okolic obu biegunów łączy jedno – trudne warunki klimatyczne.

Ale podobieństw jest więcej. Przeczytamy o nich w najnowszej książce Artura Gorzelaka, w mediach społecznościowych znanego jako W judodze na rowerze. Pod bieguny to czwarta książka przedstawiająca podróżniczo-sportowe przygody autora. Dotąd opisywał on Japonię i Koreę Południową (W judodze na rowerze. Japońsko – koreańska przygoda na dwóch kółkach) oraz Taiwan (Made it in Taiwan, czyli rowerem przez kraj rowerów) z pozycji jednośladu, a także zamarznięty Bajkał (Postawieni na lodzie. Piesza przeprawa przez Bajkał), który pokonał na własnych nogach. W najnowszej książce głównym środkiem transportu również są nogi. W Pod bieguny czytamy o maratonie na dalekiej Północy – w spitsbergeńskim Longyearbyen, a także trekkingowych wędrówkach po Islandii, Półwyspie Kolskim oraz Patagonii. Warto podkreślić, że książka ma dwóch, a nawet trzech autorów – ostatnia z części to zapis podróży rodziców Artura Gorzelaka, spisany przez jego matkę.

Wróćmy jednak do podobieństw skrajnych krain z bieguna północnego i południowego. Czytając fragment ostatniego rozdziału książki Pod bieguny, możemy przekonać się, że usunąwszy nazwy własne z poniższego opisu i wstawiając na ich miejsce dowolne toponimy, otrzymalibyśmy uniwersalny tekst charakteryzujący wiele z okołobiegunowych krain.

(…) wodospady lśniące na bazaltowej skale, posępny zasłany głazami krajobraz kontrastujący z radością piechurów, którzy osiągnęli swój cel, stada koni pasących się na rozległych łąkach wokół jeziora ***, sylwetki skalnych wież wyłaniających się z mgły na pożegnanie dnia czy (…) kwiaty *** odcinające się od błękitu nieba.

Fragment dotyczy Patagonii, jednak z mojego doświadczenia mógłby równie dobrze opisywać Islandię. Z resztą tylko w tym z czterech opisywanych miejsc byłam, a więc czytałam książkę w 1/4 z perspektywy własnych wspomnień, a w 3/4 w oparciu o wiedzę geograficzno-kulturową. Nie jest tajemnicą, że rozdział dotyczący Islandii interesował mnie najbardziej, dlatego rozpoczęłam lekturę właśnie od tego miejsca. Nie był to jednak mój pierwszy kontakt z książką, gdyż próbne ustępy pierwszego rozdziału otrzymałam od autora o wiele wcześniej, kiedy rozmawialiśmy o objęciu książki patronatem Utulę Thule. Już wtedy przekonałam się, że książka pisana jest lekko, choć bardzo obiektywnie, a może nawet zbyt anegdotycznie. Mimo to postanowiłam spojrzeć na całość przez oba filtry – doświadczonej Islandią i nieznającej reszty krańcowych krain i uświadomiłam sobie, że z tego punktu widzenia rozdział islandzki okazał się najmniej pociągający. Objazd Jedynki samochodem usiany geograficznymi ciekawostkami o gejzerach i wulkanach nie był tak porywający, jak podróż skuterem śnieżnym przez królestwo niedźwiedzia polarnego, sianiami przez rosyjską krainę Saamów czy truckiem przez argentyński park Los Glaciares.

Wszystkie cztery krainy opisane są z perspektywy podróżnika-piechura, stroniącego od rozwiązań wybieranych przez turystów. Są jednak pewne wyjątki, kiedy doświadczony i wysportowany narrator przyznaje się do wykupienia wycieczki z przyczyn logistyczno-racjonalnych, np. zdając sobie sprawę, że jazda wynajętym samochodem po zmarzlinach północnej Rosji czy samodzielna przeprawa przez tereny argentyńsko-chilijskie mogą być trudne, a nawet niebezpieczne. Wbrew opisowi promującemu książkę nie znajdziemy tu jednak sytuacji ekstremalnych, a przynajmniej takich, do jakich przywykliśmy czytać reportaże podróżnicze z rejonów podbiegunowych.

Nikt jednak nie obiecuje nam sportów ekstremalnych, ale relację z podróży, którą być może udałoby się czytelnikowi powtórzyć. Książka, okraszona autorskimi zdjęciami ze wszystkich czterech destynacji, pełna jest praktycznych porad (szczególnie w ostatnim rozdziale) oraz plastycznych opisów, ułatwiających wyobrażenie sobie współudziału w opisywanej przygodzie, a może nawet zaplanowanie własnej. Choć może nie będziemy mieli tyle szczęścia, aby popłynąć na północ Norwegii statkiem i przebiec maraton w mrozie, to osiągalnym dla czytelnika może być polowanie na zorzę polarną czy karmienie reniferów w wiosce saamskiej. Dla mnie książka ta jest właśnie wyważonym przykładem fajnie napisanej relacji z podróży, która w wielu miejscach jest na tyle nietypowa i oryginalna, że chce się o niej przeczytać, ale również przewidywalna i łatwa do powtórzenia, jeśli chcemy iść w ślady autora. Z lektury będzie więc zadowolony tak profesjonalny biegacz czy piechur, ale też przyzwyczajony do wygód turysta czy emeryt szukający dowodu na to, że życie zaczyna się po 65. roku życia.

Pomimo wielu interesujących faktów, książka nie jest zbiorem reportaży, a raczej przede wszystkim subiektywnym zapisem wspomnień z podróży. Nie jest to literatura pokroju Ilony Wiśniewskiej (na którą powołuje się autor w części poświęconej Spitsbergenowi), bowiem nie przedstawia wnikliwego zgłębienia kultury i próby zrozumienia lokalnej społeczności. Znajdziemy tu raczej ogólnie znane treści, choć książkę Pod bieguny łatwo obronić tym, że bez sięgnięcia po nią nie dowiedzielibyśmy się wielu istotnych informacji na temat północnej Rosji czy Saamów, gdybyśmy się nimi nie interesowali.

Książkę czyta się ją miło i przyjemnie, szczególnie, że proporcja autorskich doświadczeń do faktografii zdecydowanie wychodzi książce na plus. Autorowi (a raczej autorom) udało się znaleźć złoty środek pomiędzy tym, co znajdziemy w przewodnikach i encyklopediach a humorem i dystansem podróżnika-turysty. W wielu miejscach lektura przypominała mi relację z podróży Agnieszki Rezler, w której autorka nie robi z siebie ekspertki od Islandii. Podobnie tutaj, Artur Gorzelak i jego mama nie popisują się wiedzą, a wplatają usłyszane lub wyczytane informacje w swoją opowieść, czyniąc ją bardzo pedagogiczną. Nie brakuje tu jednocześnie soczystych opisów perypetii i zwrotów akcji, dzięki którym podróż wydaje się warta zapamiętania. To właśnie te anegdoty, choć czasem przedstawione chaotyczne i “wmontowane” w tekst dość przypadkowo, czynią z relacji interesującą lekturę w sierpniowe popołudnie.

Na koniec warto podkreślić, że książka jest piękne wydana i to wydana sumptem samego autora. Szczególnie godne pochwały są zdjęcia i szata graficzna, a także pięknie zaprojektowana okładka. Zważywszy prywatne wydawnictwo książki, należy pochwalić trud autora, który nie tylko sam musiał wziąć na siebie druk, ale też promocję. Tym samym jako patronka książki Pod bieguny zapraszam Was serdecznie na spotkanie premierowe, które odbędzie się 3 września w warszawskiej klubokawiarnii Tam i z powrotem.

zdjęcie: Artur Gorzelak

Wszystko płynie

autor: Andri Snær Magnason
tytułO czasie i wodzie
rok: 2020
wydawnictwoKarakter
tłumaczenie: Jacek Godek
liczba stron: 304

Chyba po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się sięgnąć po książkę, która w pełni odpowiadała moim obecnym zainteresowaniom i lękom. Gdy otwierałam ją po raz pierwszy, nie zdawałam sobie sprawy, ile dobra w niej znajdę.

“Lodowce to zamarznięte manuskrypty opowiadające historie na tej samej zasadzie co słoje w drzewie czy warstwy osadu – dzięki nim można gromadzić informacje i zbudować sobie obraz przeszłości.”

W marcu tego roku miałam zaplanowane wystąpienie w Centrum Interpretacji Zabytku. Poproszono mnie o wykład o Vatnajökull i innych lodowcach Islandii. Choć nie jestem glacjologiem ani klimatologiem, postanowiłam ruszyć temat od strony dziedzictwa narodowego i kultury. Zebrałam bardzo interesujący materiał, sięgając do islandzkiej sztuki, literatury, kinematografii oraz kultury popularnej. Okazało się, że lodowce istotnie zajmują ważne miejsce w wyobraźni Islandczyków, wielokrotnie portretowane i opisywane w sztuce. Zresztą już według mitologii nordyckiej lodowiec opisywany jest jako źródło życia i początek wszystkiego. Tak opisuje to Edda Młodsza:

Wykład został jednak odwołany z powodu Covid, a ja zabrałam się za inne projekty, angażując się coraz bardziej w głośnie mówienie o zmianach klimatycznych i dołączając do Chóru Klimatycznego oraz protestów Ingi Zasowskiej pod Sejmem. Nie mogłam zapomnieć o islandzkich lodowcach. Śpiewamy o nich podczas prób, rozmawiamy o ich topnieniu, dyskutujemy o dokumencie “Można panikować”, w którym prof. Szymon Malinowski przekonuje, że nasza sytuacja jest już naprawdę beznadziejna. I co? Nic z tym nie robimy, aż w końcu na rynek polski trafia książka, która w świetny sposób wyjaśnia, dlaczego tak jest. Dlaczego możemy angażować się w sprawy ekologiczne, odczuwać panikę przed końcem świata, a jednocześnie nie rezygnować z samolotów i cieszyć się z upałów w środku lata. W ubiegły weekend było jakieś 37 stopni i poza kilkoma wpisami w mediach społecznościowych “uff jak gorąco” nie zrobiło to na nikim większego wrażenia.

Andri Snær Magnason nazywa to białym szumem. Islandzki pisarz twierdzi, że w obliczu rozmiaru zmian klimatycznych pozostajemy bezradni, nie potrafimy odpowiednio reagować. Owszem, od czasu do czasu pochylimy się nad problemem i uronimy łzę, ale problem przygniata nas do tego stopnia, że wybieramy ignorancję. Łatwiej skupiać się na mniejszych problemach niż na tym, co jest kwestią globalną i dotyczy nas wszystkich, przez cały czas. Co więcej, zmiany klimatu są powolne i zaczęły się już dawno temu, a więc nie są tak spektakularne i nagłe jak inne katastrofy. Dlatego ich nie dostrzegamy.

Biały szum to jedno z wielu celnych spostrzeżeń autora. W swojej płynnej niczym tytułowa woda i czas narracji łączy on kwestie ekologiczne z portretem swoich przodków. Mogłoby się wydawać, że opowieść, w której mieści się pobyt na lodowcu, przeglądanie starych manuskryptów, skomplikowane operacje, rozmowy z Dalajlamą czy historie z dzieciństwa zamazują główny przekaz autora. Ale właściwie nie ma jednego tematu tego swoistego strumienia świadomości. Raz w formie eseju, a raz – reportażu, Magnason zdaje się chyba przede wszystkim opowiadać o zmianach. Wszystko płynie: ludzie się starzeją, lód topnieje, priorytety ulegają przewartościowaniu, a człowiek wciąż zadaje sobie nowe pytania i stawia przed sobą kolejne zadania.

Czas płynie, a jednak trzeba reagować już teraz. Jest to niby oczywiste, a mimo to każda kolejna książka wydana na ten temat to jakby nowe objawienie. Islandczyk podaje wiele liczb i faktów, które za tym przemawiają, a jednak jego przekaz wydaje się trafiać bardziej, niż debaty naukowców i specjalistyczne teksty. Książka porywa, zmusza do refleksji, bo pisana jest z osobistej perspektywy, a nie w suchy i pozbawiony subiektywności sposób. Co więcej  – nie przedstawia wyłącznie czarnych scenariuszy, gdyż stara się ująć różne kierunki i nadzieje na przyszłość, również z teorią o odradzaniu się lodowców. Pisze z pozycji nie ekologa, specjalisty, ale pisarza, poety, działacza na rzecz środowiska. Odwołuje się do własnej walki o regiony Islandii, które miały zostać poświęcone przemysłowi. Wspomina liczne podróże oraz obserwowane podczas nich zagrożone wyginięciem gatunki.

Wszystko płynie, a jednak za starożytnymi filozofami i współczesnymi myślicielami, autor zdaje się uczyć nas cierpliwości i pokory. “O czasie i wodzie” nie jest więc pozycją, którą mamy się biczować za nieprzyjazne środowisku wybory życiowe. Jest raczej opowieścią o nadziei, która w ustach najbardziej radykalnych aktywistów ekologicznych dawno już umarła. Jeśli zwyczajny Ziemianin nie chce czytać trudnych raportów ani zgodzić się z protestującymi dzieciakami, to może posłucha poety? W końcu podczas prób Chóru Klimatycznego uczono nas, że nie wykrzykiwaniem i obarczaniem winą zachęcimy do walki o lepszą przyszłość naszej planety. W czasach trudnych serca porywały nie ścisłe umysły, ale poeci.

Dlatego “O czasie i wodzie” to lektura obowiązkowa tak dla ekologicznych denialistów, jak i ludzi względnie zasmuconych zmianami klimatycznymi. Autor nie podaje konkretnych rozwiązań, zasiewa jednak potrzebę wprowadzania własnych zmian i uświadamia czytelnikowi, jak bezcenne, a jednocześnie nic nieznaczące w skali dziejów świata, jest ludzkie życie. Nawet jeśli jesteśmy na tej planecie tylko przez jakieś 100 lat, nasze wybory wpływają na kolejne pokolenia, tak jak decyzje naszych poprzedników ukształtowany nasze położenie. Można umrzeć i pozostawić po sobie bałagan wynikający z naszego lenistwa i obojętności, ale można też zadać sobie trud i wykonać nieskomplikowaną operacją matematyczną, by dowiedzieć się, w którym roku będą żyli ludzie, których narodzin doświadczymy za naszego życia.

Na koniec warto zaznaczyć, że polskie wydanie książki świetnie wpisuje się w tematykę proekologiczną. Biorąc ją do rąk mam wrażenie, że okładkę wykonano z papieru czerpanego, a strony są cienkie i lżejsze. Sam Magnason  pisał, że książki szybko się rozkładają, tym różnią się od niematerialnych zabytków kultury i naturalnego dziedzictwa narodowego. Tym niemniej mam nadzieję, że wybór biodegradowalnych materiałów lub papieru pochodzącego z odzysku uzupełnia sens słów islandzkiego pisarza. Słów, które pięknie przełożył Jacek Godek, w ostatnich miesiąc bardzo płodny tłumacz języka islandzkiego. Muszę przyznać, że jako czytelniczka większości jego przekładów jestem pozytywnie zaskoczona pewną zmianą stylu i lekkością pióra tłumacza. Wdzięczna jestem również redakcji za użycie islandzkich znaków, których często brakuje w wydawnictwach literatury tego kraju.

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję wydawnictwu Karakter.

Podróż do krainy modrzewi

autor: Bjørn Andreas Bull-Hansen
tytuł: Jomswiking. Winlandia
rok: 2020
wydawnictwo: Czarna Owca
tłumaczenie: Katarzyna Michniewicz-Veisland, Maria Sibińska
liczba stron: 640

Kiedy myślimy, że dość mamy już wikingów w popkulturze, pojawia się kolejna pozycja, której nie da się odmówić. A jeśli akcja dotyczy znanego nam dobrze kawałka polskiej ziemi, tym chętniej sięgamy po nową powieść.

Z góry zastrzegam, że piszę ten tekst z pozycji miłośniczki sag islandzkich, od lat interesującej się wikingami i popularyzującej wiedzę na temat tych dawnych wojowników, również zmierzając się z mitami. Nie jestem jednak historykiem, a teksty źródłowe czytam jak literaturę piękną, a nie faktografię. Daleko mi też do pasjonatów, którzy rekonstruują średniowieczną broń i spotykają się na teatralne bitwy. Interesują się zresztą głównie dziejami wikingów na Islandii, niewiele wiedząc o wojach z Jomsborgu. Dlatego kiedy w moje ręce wpadła książka Bjørna Bull-Hansena, postanowiłam potraktować ją jako podręcznik do nauki historii z przymrużeniem oka.

Jomswiking. Winlandia to druga część sagi autorstwa tego norweskiego autora. Bjørn Bull-Hansen, zasłynął przede wszystkim dzięki pierwszej książce z serii: Jomswiking. Czas ognia i żelaza, również wydanej po polsku nakładem wydawnictwa Czarna Owca. W niej poznajemy głównego bohatera serii, Torsteina, który jako kilkunastoletni chłopak wpada w niewolę i po latach postanawia uciec do Jomsborga – legendarnej osady, w której żyją wojownicy równi i wolni. Ostatecznie Torstein Tormodson, zwany też Tortsteinem Szkutnikiem, staje się hovdingiem, czyli przywódcą grupy wojowników z Jomsborga. Po bitwie pod Svolder, w której Torstein zadaje śmiertelny cios królowi Norwegów, Olafowi Tryggvasonowi, wojownicy zmuszeni są do ucieczki, bowiem ze względu na zabójstwo zostają wyjęci spod prawa. Stąd więc postanawiają udać się w podróż morską do dalekiej Winlandii, odkrytej wcześniej przez Leifa Erikssona. Tu zaczyna się historia opisana w drugiej części książki.

W kontynuacji sagi poznajemy więc perypetie drużyny Torsteina, udającej się w daleką żeglugę z Orkadów. Żona Torsteina, Signi, właśnie rodzi dziecko i w końcu możliwe jest wejście na statek, bo podróż z ciężarną mogłaby przynieść żeglarzom pecha. Mimo wielu przeciwności, sztormów, wypadków na burcie oraz różnych konfliktów z małżonką i załogą udaje się jednak Torsteinowi dopłynąć do celu, z licznymi przystankami: na Wyspach Owczych, u wybrzeży zachodniej Islandii, na Grenlandii. Celem jest właśnie tytułowa Winlandia, kraina mityczna, o której marzy się, że rosną tam modrzewie i panują idealne warunki do założenia osady. Grupa Torsteina chce stworzyć własne miejsce na ziemi, nie poddając się żadnemu jarlowi. Planują budować statki i sprzedawać je na wschodzie, a także wymieniać inne cenne towary z Grenlandczykami czy Islandczykami. Wiele z tych planów nie dojdzie jednak do skutku, bo po drodze wydarzą się wypadki, które spowodują, że żeglarze będą niemile widziani tak w Islandii, jak i na Grenlandii. Nadzieją jest nowa ziemia, Winlandia, ale i tam czekają na nich nowi przeciwnicy: Skrælingowie, czyli rdzenni mieszkańcy Ameryki Północnej.

Bardzo chciałabym mieć dostateczną wiedzę historyczną, aby umieć oddzielić fikcję od faktów. W powieści Bjørna Bull-Hansena postaci i wydarzenia historyczne są bowiem sprawnie połączone z wyobraźnią autora. Główny bohater sagi, Torstein Tormodson, to postać najprawdopodobniej zmyślona, ewentualnie będąca daleką inspiracją innymi postaciami historycznymi. Jedną z nich byłby Torstein Knarresmed, zwany właśnie Szkutnikiem, który brał udział w bitwie pod Stiklestad, podczas której poległ król Olaf, uznany potem za świętego. Z kolei w książce często pojawia się odniesienie do bitwy pod Svold, w której poległ Olaf Tryggvason. Którego króla Olafa faktycznie zabił książkowy Torstein i czy gdyby chodziło o Trygvasona, dlaczego miałby być za to wyjęty spod prawa w chrześcijańskiej Skandynawii?

Peter Nicolai Arbo, Śmierć św. Olafa pod Stiklestad (norw. Olav den Helliges fall på Stiklestad), 1859

Nie da się natomiast podać w wątpliwość istnienia króla Olafa, Leifa Erikssona, czy jego ojca, Eryka, ale informacje na ich temat podane w książce wypadałoby również sprawdzić. Czy Eryk Rudy faktycznie opuścił Grenlandię, bo jego żona, Thjodhild, przejęła tam władzę i zaprowadziła na wyspie chrześcijaństwo?  Jak naprawdę traktowano na północy niewolników z nowych ziem? Czy Skrælingowie faktycznie byli dzicy i w pełni okiełznani przez wikingów?

Odpowiedzi można szukać w sagach. Zdaję się więc na samego Bull-Hansena, który z pewnością dogłębnie przeczytał Sagę o Grenlandczykach, Sagę o Eryku Rudym i sagi winlandzkie.  A także wiele innych dzieł dotyczących dziejów wikingów, ponieważ ich styl życia i wartości wykorzystuje we własnej codzienności. Na swoim kanale YouTube, autor dzieli się wiedzą na temat czarów, staronordyckich wierzeń, stylu życia wikingów i technik przetrwania w terenie. Widząc to opakowanie chcemy więc zaufać Norwegowi, że zna się na tym, o czym pisze, a nie brakuje mu też wyobraźni, dzięki czemu potrafi opowiedzieć historię swoich średniowiecznych przodków w sposób porywający i interesujący. Kto jest w stanie przebrnąć przez 600-stronicowy podręcznik do historii? Ta nieznacznie dłuższa powieść wchodzi natomiast o wiele łatwiej.

Kiedy myślimy, że dość mamy już wikingów w popkulturze, pojawia się kolejna pozycja, której nie da się odmówić. A jeśli akcja dotyczy znanego nam dobrze kawałka polskiej ziemi, tym chętniej sięgamy po nową powieść. Mam na myśli oczywiście Wolin, bo z tego co wiem Polacy skolonizowali Amerykę Północną dopiero w XX wieku. To właśnie na Wolinie według Jómsvikingasaga miała mieścić się osada Jomsborg, założona podobno przez Haralda Sinozębnego do obrony całego obszaru. Inne teorie głoszą, że Jomsborg założył jarl Palnatoki, który otrzymał ziemię od słowiańskiego wodza Burysława. Mimo rozbieżności co do powstania osady, większość badaczy zgadza się co do samej organizacji grupy. Byli to najczęściej przestępcy albo dawni niewolnicy, mający później renomę bezwzględnych rozbójników, gotowych do walki za każdą cenę. Wojownicy brali więc udział w wielu bitwach historycznych, jak wspomniana już bitwa morska pod Svold, ale również i tych półlegendarnych, takich jak bitwa w zatoce Hjorungavagr.

Samo istnienie Jomswikingów często podawane było w wątpliwość, jednak odkrycia archeologiczne na wyspie Wolin udowodniły obecne tam pamiątki po wikingach. Wyspa na Zatoce Pomorskiej to obecnie polskie centrum badań nad historią i kulturą wikingów, gdzie odbywa się coroczny festiwal Słowian i Wikingów. To właśnie podczas tego festiwalu promowano pierwszą część sagi, a ze względu na tegoroczną epidemię, promocja drugiej odbędzie się w Internecie, na moim Facebooku. Mam nadzieję, że podczas poniedziałkowego spotkania poznam odpowiedzi na moje pytania, gościem będą bowiem nie tylko tłumaczki powieści Bull-Hansena, ale też doktor habilitowany Jakub Morawiec, profesor Uniwersytetu Śląskiego, specjalista od historii wikingów.

Jeśli pytacie mnie, czy warto sięgnąć po powieść Jomswiking. Winlandia Bull-Hansena odpowiem, że warto. Zdaję sobie sprawę, że do tego typu pozycji nie trzeba namawiać fanów wikingów, szczególnie tych, którym podobały się podobne książki, choćby Czarny Wiking Bergsveinna Birgissona. Książka Islandczyka wydaje się jednak bardziej zbiorem faktów niż powieścią popularnonaukową, a więc jeśli czytało się Wam ją trudno, z pewnością ucieszycie się na styl i język Bull-Hansena. Akcja opisywana jest sprawnie, a można się w nią wkręcić nawet bez czytania pierwszej części serii. Prowadzona przez głównego bohatera narracja pierwszoosobowa bogata jest bowiem w odwołania do tego, co wydarzyło się wcześniej albo zapowiedzi przyszłych wydarzeń, ale liczba tych odwołań nie nudzi, a tym, którzy przeczytali już pierwszą część posłuży jako dobre przypomnienie.

Fanom Islandii przypadnie do gustu szczególnie pierwsza część książki, w której bohaterowie zatrzymują się u zachodnich brzegów Wyspy. Z tego fragmentu akcji dowiadujemy się, że Islandczycy parali się magią, handlowali spodniami z ludzkiej skóry, a Wyspę zamieszkiwały różne duchy i demony, które porywały małe dzieci. Ale nekrospodnie, wetty i skeidkony to niejedyne nowe terminy, które poznacie dzięki tej powieści.

Powieść jest zresztą skarbnicą wiedzy na temat życia i kultury wikingów, poczynając od używanego przez nich kalendarza, przez nazwy dawnych miesięcy, po wnikliwe opisy budowania domów, łodzi oraz broni. Z nich najlepiej wychodzi ogromna wiedza praktyczna autora, a także świetny warsztat tłumaczek, które albo przekładają nazwy staronordyckie na polski, albo okraszają treść przypisami, które wprowadzają mniej obeznanych czytelników w wikiński świat.

Małe dziwactwa i spory skandal

autor: Alda Sigmundsdóttir
tytuł: Mała księga dawnych Islandczyków. O zwyczajach, tradycjach i przesądach
rok: 2020
wydawnictwo: Poznańskie
liczba stron: 250

Jeśli znane Wam jest już nazwisko Aldy Sigmundsdóttir, to albo jesteście wiernymi fanami Islandii sprzed lat, albo dowiedzieliście się o niej niedawno. Niezależnie od tego: warto znać jej książki.

Myślałam, że całkiem sporo wiem o kulturze Islandii. Tymczasem na horyzoncie pojawiła się Alda Sigmundsdóttir, która wywróciła mój stan wiedzy do góry nogami. No dobra, jej dotychczas jedyna książka dostępna w języku polskim, Mała księga Islandczyków (wyd. Innymi słowy, 2015), czyli 50 esejów o dziwactwach tego narodu, nie była szczególną wycieczką poznawczą. Co innego z kolejną częścią, czyli wydaną niedawno przez Wydawnictwo Poznańskie Małą księgą dawnych Islandczyków. To dopiero jazda bez trzymanki, bo nawet jeśli ktoś wie, że Islandczycy bywają dziwni, to nie zgadłby, że są tacy od dawna. I to jak!

Zdradzę tylko tyle, na ile pozwala opis wydawniczy.  Z Małej księgi dawnych Islandczyków dowiecie się między innymi o tym, jakie zastosowanie miały „patyczki czuwania”, czym jest “bogowanie przez okno”, albo o co chodziło ze wzdychaniem przed śmiercią. Takie i inne niecodzienne zwyczaje w niektórych częściach Islandii obowiązywały jeszcze o końca XX wieku! Dzięki Aldzie czytelnik może dopasować swoje wyobrażenie o współczesnym Islandczyku do etosu życia na wsi, które wynika z islandzkiej kinematografii. To bardzo ważne, że autorka wypełnia lukę między dobrze znaną epoką wikingów a czasami dzisiejszymi. To, co działo się na Islandii między średniowieczem a XIX wiekiem jest często pomijane w polskich pozycjach na ten temat, a trzeba przyznać, że to spory kawałek islandzkiej historii. Kolejny element układanki istotnej dla zrozumienia “islandzkiej duszy”, jak zgrabnie ujmuje to sama autorka.

Alda Sigmundsdóttir nie jest ekspertką z zakresu antropologii czy etnologii, co podkreśla na samym wstępnie. To cenna uwaga, bo wielu mamy na rynku ekspertów od Islandii pozbawionych tej cnoty skromności. Autorka Małej księgi… jest Islandką, jednak dorastała poza krajem, a wróciwszy do ojczyzny po latach, poznawała ją jakby na nowo, okiem cudzoziemca. Założyła bloga The Iceland Weather Report, na którym dzieliła się swoimi obserwacjami w języku angielskim, a z czasem zaczęła relację z przebiegu wielkiego kryzysu ekonomicznego. To doprowadziło to wydania pierwszej książki, a potem kolejnych. Każda charakteryzuje się swobodnym stylem dziennikarskim, a dość dowolnie ułożone eseje opisują pojedyncze, zdaniem autorki ważne uwagi, zagadnienia. Mimo popularnonaukowego charakteru tych krótkich tekstów, pisarka powołuje się na różne źródła, w przypadku Małej księgi dawnych Islandczyków głównie na Íslenzkir þjóðhættir Jónasa Jónassona oraz inne dzieła etnografów. Dzięki temu lektura jest wiarygodna, choć przetykana subiektywnymi ocenami i kąśliwymi uwagami od autorki.

Ja sama podczas lektury śmiałam się na zmianę z otwieraniem buzi ze zdziwienia. Czy naprawdę można było przypisywać ochronną funkcję głowie konia wetkniętej w stóg siana, jednocześnie bojąc się, że zalęgną się w nim myszy? Czy mogło istnieć aż tyle przesądów związanych z ciążą czy narodzinami dziecka? Wreszcie: czy gość przybyły w środku zimowej nocy pukając w okno nie straszył mieszkańców bardziej niż duchy, po których spodziewano się pukania w drzwi? Alda sama stawia te pytania, dowcipnie kwitując dziwaczne przekonania swoich przodków. Być może właśnie to, że autorka uważa się za obcą we własnym kraju, pozwala jej na chłodne i trzeźwe ocenienie dawnych zwyczajów. Tyle poświęconej uwagi i pasja, która sączy się z kolejnych kart Małej księgi… daje każdemu miłośnikowi Islandii okazję do poznania mieszkańców Ultima Thule z innej strony.

Tę książkę po prostu trzeba mieć na swojej półce.  Jest piękne wydana, choć polskie tłumaczenie, autorstwa Katarzyny Bażyńskiej-Chojnackiej oraz Piotra Chojnackiego​, miejscami pozostawia wiele do życzenia. Przeszkadzało mi między innymi określenie “ukryty lud” i “niewidzialni ludzie”, może dlatego, że przyjęło się już tłumaczenie huldufólk  na “ukrytych ludzi”. Niby drobiazg, a jednak powodujący zgrzyt. Wielokrotnie zastanawiało mnie również użycie anachronizmu “najmici” zamiast bardziej współczesnego słowa “najemcy”, oraz “warzucha”, którą najprawdopodobniej pomylono z “dzięgielem” (angeliką). Alda wspomina roślinę bogatą w witaminę C, którą jeszcze do niedawna jedzono dla zdrowia zębów i dziąseł.  Owszem, warzucha jest bogata w witaminę C, ale z moich źródeł wynika, że to właśnie angelika uchroniła Islandczyków przed szkorbutem.

Wreszcie trzeba przyznać, że Wydawnictwo Poznańskie poradziło sobie świetnie z pewnym skandalem. Warto bowiem nadmienić, że recenzowana tutaj pozycja nie pojawiłaby się w ofercie Wydawnictwa gdyby nie inna książka o Islandii, wycofana już zresztą z oficjalnej sprzedaży. Autorka tej książki była oskarżona o nadmierne inspirowanie się jej tekstami innych, co nagłośniła właśnie Alda zwracają uwagę, że również została poszkodowana. I faktycznie, muszę przyznać, że wiele z treści obecnych w Małej księdze dawnych Islandczyków brzmiało znajomo. Szczęśliwie polski czytelnik może zapoznać się z oryginałem, a nie jego wątpliwą kopią. Mam nadzieję, że na polskim rynku pojawią się też inne dzieła islandzkiej dziennikarki, bo po prostu są tego warte!

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Poznańskiemu.

Nie moja bajka

autor: Janina Ryszarda Szymkiewicz
tytułIslandia jak z bajki
rok: 2012
wydawnictwo: Arisa
liczba stron: 288

Islandzki elf o imieniu Kasia postanowił podarować mi swój egzemplarz rzadkiej książki. Pewnego dnia po prostu znalazłam ją w swojej skrzynce, reagując na paczkę jak dziecko.

Tej pozycji nie dostaniecie w Polsce. A przynajmniej nie znajdziecie jej w naszych księgarniach, bo została wydana na Islandii. W roku jej premiery można było ją kupić w niemal dowolnym punkcie na Wyspie. U nas to biały kruk i polowałam na niego od dawna, bo to na ten moment ostatnia z polskojęzycznych pozycji islandzkich, których jeszcze nie przeczytałam. “Islandia jak z bajki”, bo o tej książce mowa, zdążyła już więc w moim przeświadczeniu obrosnąć legendą. I choć co nieco o niej słyszałam, spodziewałam się literackiego Świętego Grala. Do lektury przygotowywałam się przez pół tygodnia, żeby wreszcie wygodnie usiąść z nią w fotelu podczas majówkowego weekendu. I połknąć w jeden, może dwa popołudnia.

Dobra, sama zaczynam snuć własne bajki. Tak naprawdę za lekturę zabrałam się tego samego dnia, kiedy książka do mnie dotarła. Tylko że był to już późny wieczór, a pierwsze strony były mało zachęcające. Ot, opis podróży po Islandii, pech chciał, że najbardziej klasyczny z możliwych – od Keflaviku na południe, przeciwnie z ruchem wskazówek zegara. W połowie pierwszego rozdziału ziewnęłam i zgasiłam lampkę przy łóżku. Już chciałam spisać lekturę na straty, ale obiecałam sobie, że podzielę się z Kasią moją opinią. Dlatego potrzebowałam wolnego dnia, kiedy zmęczenie nie znuży mnie bardziej niż sama opowieść. Z “Islandią jak z bajki” spędziłam więc majówkę na słonecznym balkonie:

I warto było dać książce drugą szansę. Tylko połowa wywodu to faktyczny opis podróży po Islandii. I żeby nie było: to nie jest tak, że każda relacja samochodowej rundy Jedynką jest według mnie nudna. Są ciekawie napisane książki, ale też takie, w których autora jest za dużo i jego subiektywne wtręty przeszkadzają w śledzeniu akcji. Powiedziałabym, że w powieści Janiny Ryszardy Szymkiewicz są obie te skrajności. W wielu momentach czuć lekkość pióra i czyta się tekst z ogromną przyjemnością, ale co kilka stron czekają czytelnika pewne zgrzyty, a więc to, co nazywam “wsadzaniem rozmówcom fragmentów przewodników do ust”. Jasne, możemy umówić się, że dialogi to czysta fikcja i że bohaterowie wcale nie o tym rozmawiali. Nie mamy nawet pewności, czy Janek i Hania to autorka i jej mąż, a może postaci zmyślone. Ale można pisać fikcję, która porywa. Niestety nie jest to możliwe, kiedy bohaterowie popisują się wiedzą faktograficzną i w zwykłym small-talku przy kawie rzucają datami, nazwiskami i specjalistycznymi terminami z islandzkiego. Rozumiem, że książka miała “bawić i uczyć”, czyli snuć opowieść i jednocześnie przywoływać fakty. W moim przypadku skutkowało to poczuciem irytacji, choć – gdyby wyrzucić ozdobniki i przytoczenia – dowiedzieć się można z tej pozycji naprawdę wielu ciekawych rzeczy. Nie można nie powiedzieć, że autorka nie odrobiła lekcji.

Podczas gdy rozdziały z serii “W trzydzieści dni dookoła Islandii” mają udawać relację z podróży, przeplatające je rozdziały prezentują wydarzenia z przeszłości, ale też jakby mocno podkolorowanej. Niezależnie od literackiej wartości tych fragmentów, są miłym odpoczynkiem od nazw geograficznych, liczb przejechanych kilometrów i wypitych podczas przystanków kaw. W nich dowiemy się więcej o życiu Polaków na Islandii, o przyjeździe na  Vestmannaeyjar  i podjęciu pracy w przetwórni rybnej pomimo wyższego wykształcenia. W tej fragmentarycznej opowieści brakuje jednak porządku, może nawet konsekwencji. Raz bohaterowie mieszkają na Wyspach, raz w Akureyri. Raz mają problem wypowiadać islandzkie imiona, a potem bez problemu rozumieją rozmowę Björk z pracownikiem hotelu. Może to nie są ci sami ludzie? Może to reprezentacja różnych emigrantów z Polski? A jednak ma się wrażenie, że to zawsze historia tego samego małżeństwa, od lat mieszkającego i pracującego na Islandii, a więc znającego Reykjavik jak własną kieszeń. Z kolei relacja z podróży pisana jest jakby z pozycji osoby, która po raz pierwszy zwiedza Islandię. Jak to pogodzić?

A może nie należy wymagać żadnej konsekwencji. Może należy traktować powieść jak podręcznik od historii i geografii. Czytać fragmentami, przewertować do momentu, który wydaje nam się ciekawszy. Pomijać partie, w których Hania/autorka chwali się swoją wiedzą, międzynarodowymi przyjaźniami, stołowaniem w drogich restauracjach i niemal poddańczą miłością swojego męża (tego ostatniego nie dało mi się przełknąć). A całość traktować raczej z przymrużeniem oka, bo choć bezsprzecznie autorka korzystała z wiarygodnych źródeł, popełniła kilka merytorycznych błędów. Nie są one jednak na tyle poważne, żeby je tu wymieniać. Czyta się to po prostu dobrze i łatwo łaknie wiedzę. Ale nie jest to lektura wyższych lotów.

Tyle z niespodzianek na minus. A zaskoczenie na plus? Zdecydowanie fragment poświęcony Grenlandii, bo nie spodziewałam się jej w książce o Islandii. Jako że sama coraz częściej sięgam po lektury związane z tą częścią świata, czytałam to z większą przyjemnością, bo odkrywałam mniej znane tereny. Z uśmiechem na twarzy czytałam na przykład o Tupilakach, mając w pamięci obejrzany niedawno jednym tchem serial Fortitude, kręcony na Islandii, ale dziejący się na Spitsbergenie. To, co łączy wszystkie te miejsca, ale dotyczy przede wszystkim Grenlandii, to problem postkolonialnej nierówności społecznej. Ta zdaje się zaskakiwać samą autorkę, jak gdyby odkrywała Amerykę niczym Leif Eriksson.

Wyzłośliwiam się, ale niestety w wielu miejscach forma trąci manierą innej, zniesławionej już książki o Islandii. Sam już tytuł zapowiada, że Islandia jest krajem z kosmosu, najlepszym i najpiękniejszym miejscem na świecie. Autorka zachwyca się każdym kamykiem i podrywem wiatru, wybierając tylko te elementy, które pasują do idealnego obrazka. Nie ma w tym nic złego, dopóki narracja nie staje się zbyt cukierkowa. Tu jednak nie tylko Islandia podlega idealizacji, czy może nawet hiperbolizacji, ale też miłość pomiędzy bohaterami, ich wiedza na temat Islandii czy zdziwienie miejscowych taką niebywałą znajomością Wyspy. W Islandii jak z bajki wszystko jest proste i piękne, no może z wyjątkiem szutrowych dróg i nieprzyjemnego pisku w samochodzie. No i koszmarów sennych, które budzą Janka w ostatnim rozdziale książki. Ale o co dokładnie chodzi w tym wątku, nie mam najmniejszego pojęcia. Na moje oko była to ostatnia okazja do popisu wiedzą na temat mitologii nordyckiej. I niestety – znowu – poprowadzona dość niezręcznie…

Trzeba jednak zaznaczyć, że to książka z 2012 roku, a czytam ją w 2020, mając na koncie niemal wszystkie książki o Islandii napisane po polsku w ostatniej dekadzie. Jestem więc już uodporniona na “zaczarowywanie” Islandii, ten styl, który jeszcze do niedawna był w modzie. Lecz – uwaga! – o Islandii można pisać inaczej. Można pisać o wadach, trudach, deszczu, wietrze, nieprzyjemnościach. To też jest Islandia jak z bajki. Tylko nie takiej, jaką znamy z dzieciństwa.

Bardzo dziękuję Kasi za ten podarunek. Mam taki pomysł, żeby podzielić się z Wami tym białym krukiem w ramach akcji “Stowarzyszenie Wędrującej Książki”. Szczegóły akcji znajdziecie na moim Facebooku i Instagramie. Jeśli jesteście zainteresowani wzięciem udziału, piszcie!

Każdy ma jakąś bliznę

autor: Auður Ava Ólafsdóttir
tytułBlizna
tłumaczenie: Jacek Godek
rok: 2020
wydawnictwo:  Wydawnictwo Poznańskie
liczba stron: 216

W dużym skrócie powiem, że lektura książki była… bolesna.

Powieść, której główny bohater planuje popełnić samobójstwo to nie jest najlepsza lektura na izolację. W tej trudnej sytuacji wzrasta liczba chorych na depresję, a przymusowe siedzenie w domu czy w obecności toksycznego członka rodziny tylko pogłębia tragedię. Często sięgamy po książki po to, by uciec od własnych problemów. Szukamy lektur lekkich, przyjemnych, byleby zanurzyć się w innym, lepszym świecie. Tymczasem Wydawnictwo Poznańskie proponuje nam nowość reklamowaną takim cytatem z książki z Blizny Auður Avy Ólafsdóttir:

„Czy świat za mną zatęskni? Nie.
Czy świat beze mnie będzie uboższy? Nie.
Czy świat da sobie radę beze mnie? Tak.
Czy świat jest lepszy teraz, kiedy ja się na nim zjawiłem? Nie.
Co zrobiłem, aby go poprawić? Nic”.

To świetny cytat. Założę się, że każdy z nas przynajmniej raz zadał sobie podobne pytania. I nie trzeba dochodzić do takich wniosków akurat podczas przygotowywania stryczka. A raczej: życzę wszystkim, żeby przemyśleli te kwestie o wiele wcześniej, a może właśnie uchronią przed smutnym finałem. Ironia? Nie, realizm. Nikt z nas nie jest wyjątkowy, nikt z nas nie jest lepszy od innych. Prawo Jante? Nie, klasyczna filozofia. Czy świat może funkcjonować bez nas? I tak, i nie. Czy świat byłby inny bez naszego udziału? I tak, i nie. Czy jedna osoba może zmienić go na lepszy? I tak, i nie.

Dokładnie takie odpowiedzi daje nam autorka, Auður Ava Ólafsdóttir.  Główny bohater Blizny, Jonas Ebeneser, faktycznie ma zamiar się zabić. Wydaje się, że planował to od dawna, wszystko ma przemyślane: żegna się z matką, pożycza strzelbę od jedynego przyjaciela, spotyka z córką po raz ostatni. W mieszkaniu strzelba ląduje jednak na łóżko, a przyszły samobójca postanawia w pierwszej kolejności zrobić porządki, żeby nie kłopotać tych, którzy będą musieli się tym zająć po jego śmierci. Skrupulatność daje mu jednak kilka dodatkowych dni życia. Potem, stawiając taboret pod hakiem od żyrandola, słusznie zauważa, że ktoś w końcu znajdzie jego ciało, może nawet jego jedyna latorośl. Odkłada więc godzinę śmierci na później i postanawia pogodzić się z życiem w obcym kraju. Kupuje więc bilet w jedną stronę, wsadza do walizki sprzęty potrzebne do zamontowania stryczka i wyrusza na lotnisko. Bliskim ogłasza, że wybiera się na wakacje.

Jonas ma wiele blizn. Niektóre fizyczne, szpecące jego ciało, więc pokrywa je tatuażem. Czy robi to ze wstydu, a może boi się, że ewentualna obserwatorka jego nagiego ciała po bliznach wniknie do jego duszy i odkryje prawdziwe, niezabliźnione rany? Jest samotny, od lat nie był z kobietą. Matka go nie rozumie, żona zostawiła, córka okazuje się nie należeć do niego. Miał być filozofem, ale przejął interes po ojcu. Miał skończyć studia, ale przerwał na pierwszym roku. Pisał. Nie publikował. Zdobywał kobiety, a teraz nie dowierza, że dwudziestokilkuletni casanova spisujący wspomnienia młodości ma cokolwiek wspólnego z około pięćdziesięcioletnim nudziarzem czytającym owe pamiętniki. Być może jego życie było kiedyś fascynujące, ale to przeszłość. Obecnie nie odnajduje się w teraźniejszości, a tym bardziej nie widzi dla siebie przyszłości. Pamiętniki zabiera w podróż, żeby po jego śmierci nie miały okazji go ośmieszyć. W obcym kraju nikt nie zrozumie języka, w którym były spisane.

Co zabrałbyś na bezludną wyspę? A co wziąłbyś ze sobą w samobójczą podróż? Czerwoną koszulę, stare dzienniki, wiertarkę, narzędzia. Strzelba nie była potrzebna, obcy kraj to miejsce niebezpieczne, w którym jeszcze niedawno toczyła się wojna. Miasto leży w gruzach, hotel ma swoich pierwszych gości od dawna. Z początku uważają Jonasa za szpiega, bo nikt tu przecież nie przyjeżdża na wakacje. Nie z takim bagażem. A Jonas chce tylko przestać odpowiadać na pytania i dokonać żywota w swoim pokoju. 

Jeśli nie byłeś w stanie zabić się we własnym domu, to nie zrobisz tego w hotelu. Bo Jonas jest perfekcjonistą. Gdy wiesza swoją jedyną koszulę w szafie, drzwi wypadają z zawiasów. Skoro ma śrubki i wiertarkę, to chyba może jeszcze przed śmiercią naprawić szkodę. Naprawić. Uzupełnić. Odnowić. Dać nowe życie.

Nie trudno się domyślić, że to nie będzie ostatnia scena powieści. Jonas zostanie poproszony o pomoc. Poczuje się potrzebny. Porozmawia z kobietą inaczej, niż poprzez powtarzanie jej pytań zdaniami twierdzącymi. Odkryje sens w dawnych, wykonywanych niemal bezwiednie dla kobiet swojego życia czynnościach. Skoro szpachlował i cyklinował dla matki, żony i córki, może też pomóc kobietom w kraju ledwie wychodzącym z wojny. Brakuje mężczyzn, brakuje rąk do pracy. A ta się pali w rękach. I nie zostawia żadnych ran, żadnych blizn, nawet pęcherzy.

Nie, to nie jest powieść o białym człowieku, który niesie cywilizację ludom Trzeciego Świata, żeby poczuć się lepiej.  To nie jest harlekin, w którym hydraulik w średnim wieku nawiązuje romans z pokojówką podczas przepychania rur. To nie jest nawet opowieść o antybohaterze, którzy zmienia się w bohatera. Właściwie nie wiem dokładnie, co autorka miała na myśli. Podobno “jej książki nie opisują doniosłych wydarzeń, ale skupiają się na drobiazgach codzienności, którym autorka przygląda się jak pod mikroskopem” (Wydawnictwo Poznańskie). Ale o jaką codzienność tutaj chodzi? 

Pisząc to zastanawiam się, czy przekornie autorka nie miała na celu stworzenia powieści feel-good. Z typowo islandzkim poczuciem humoru próbowałaby pocieszyć nas opowieścią o niedoszłym samobójcy, który odnajduje sens życia. Samotniku, który zaprzyjaźnia się z całym miastem, nieudaczniku, który staje się złotą rączką. Przegranym, który staje się niezastąpiony. Czy to ma nas pocieszyć? Czy mamy zidentyfikować się z Jonasem? Czy przypadkiem nie wychodzi z tego jakiś pokraczny poradnik pseudoterapeutyczny? “Od zera do bohatera”. “I ty możesz pomóc światu”.  Bo podlał uschnięte kwiatki na balkonie wodą ze świeżo przepchanej rury? Bo naprawił kilka zawiasów w mieście? Bo przypadkiem załatwił darmowe meble do świeżo remontowanego domu? Bo po tym wszystkim odnalazł siebie i odechciało mu się odebrania sobie życia? Zmienił negatywne nastawienie i poczuł wreszcie sens istnienia?

Jeśli o to chodziło, to ja tego nie kupuję. Jeśli ktoś chciał się zabić, to miał poważny problem, z którym nie był sobie w stanie poradzić inaczej. Jeśli to parodia sytuacji samobójcy, czy może osoby chorej na depresję, to tym bardziej szkodliwa. Bo nawet jeśli miała być zabawna, lekka, przyjemna, to napisana bez konkretnej puenty, urwana jakby w połowie. Byłam rozczarowana zakończeniem, ale niespecjalnie nim zdziwiona. Taka więc będzie i ta recenzja. Bez puenty.  

Każdy ma jakąś bliznę. Ja w dzieciństwie spadłam z roweru prosto na ostrą blachę, rany nie zszyto, więc skóra rozeszła mi się pod kolanem. To tu, to tam zadrapania, kawałek asfaltu wrośnięty w łokieć, szrama po nieudanej przygodzie na ściance wspinaczkowej, odcisk na lewej pięcie. Czy warto o nich mówić? I tak, i nie. Czy trzeba je zakrywać? Nie. Czy trzeba się ich wstydzić? Nie. Czy można je nosić z dumą? Tak. Dlaczego nie? Być może Jonas zmierzył się ze swoimi ranami dopiero wtedy, kiedy postanowił je zakryć, kiedy zapragnął przykryć je tatuażem ukazującym lilię wodną. Czy miała to być zapowiedź znajdowania piękna w innych, bolesnych fragmentach siebie? Czym jest więc dla nas, czytelników posiadających swoje, niekoniecznie zatuszowane, niedoskonałości? 

Przeczytajcie i powiedźcie mi, czy było warto.

Saga rodu z Thulekampu

autorEinar Kárason
tytułZłota Wyspa
tłumaczenie: Jacek Godek
rok: 2020
wydawnictwo:  Marpress
liczba stron: 255

Jeśli szukacie współczesnej sagi islandzkiej, to proponuję Wam Złotą Wyspę.

Już w komentarzu do pierwszej części trylogii Einara Kárasona zastanawiałam się, czy nawiązanie do stylu sag jest zamierzone. W recenzji Wyspy Diabła dywagowałam, czy język sag to oryginalny zabieg, a może kwestia tłumaczenia, którego autorem jest Jacek Godek. Podczas lektury drugiej części, również wydanej nakładem wydawnictwa Marpress, utwierdziłam się w przekonaniu, że język i styl sag mocno tkwią w twórczości jednego z najważniejszych pisarzy współczesnej Islandii. 

Saga rodowa

Zacznijmy od najważniejszej cechy sag islandzkich, czyli obecność bohatera zbiorowego w postaci ważnego rodu osiedlającego się w danym miejscu Islandii. Złota Wyspa to kontynuacja sagi rodzinnej, której bohaterem jest wielopokoleniowa familia Tomassonów. Już od pierwszych stron przypomina nam się głównych bohaterów: mamę Gogo, która mieszka w Stanach, i jej dwóch zupełnie niepodobnych do siebie synów: niepokornego Baddiego oraz małomównego Danny’ego. Jest też córka, Dolli, która założyła własną rodzinę. Oraz seniorzy rodu: drobny kupiec Tommi, jedyne prawdziwe źródło dochodu rodziny, oraz Lina, wróżka, która cieszy się dużym szacunkiem w okolicy. Wszyscy tłoczą się w Starym Domu, wśród baraków w Thulekampie, niegdyś pozostawionych przez armię amerykańską. 

Ród Tomassonów, podobnie jak rody opisywane w sagach islandzkich, jest wyjątkowy w swojej małej społeczności, o czym dowiedzieliśmy się w pierwszej części trylogii. Wysoka pozycja rodziny wynika z pozycji państwa starszych, ale oczywistą przyczyną estymy rodu jest obecność córki w Stanach. W Złotej wyspie sytuacja i rola rodziny zaczyna jednak ulegać dużej zmianie. Amerykański sen wydaje się być już tylko wspomnieniem. Owszem, Boże Narodzenie wciąż ma blask ozdób choinkowych przysyłanych przez Gogo z Ameryki, a prezenty od niej są najważniejszym elementem rodzinnego świętowania. Ale rodzina, niegdyś wiodąca prym w gadżetach o pochodzeniu amerykańskim, nagle zaczyna być w tyle. Złote czasy w Starym Domu się skończyły, ale Wyspa rozwija się własnym tempem. Mieszkańcy Reykjaviku, nawet sąsiedzi z baraków, zaopatrują się w najnowsze cudo technologii, którego nie ma rodzina Tomassonów: telewizory. Stary Tommi, który zawsze znajdował banknoty w wysłużonym portfelu, nagle musi rozczarować roszczeniową rodzinę. Te i inne perypetie rodzinne dowiodą upadku wysokiej pozycji drobnego kupca. 

Bohaterowie i antybohaterowie

W drugiej części trylogii na pierwszy plan wychodzą postaci, które wcześniej pozostawały w cieniu. Akcja coraz częściej skupia się wokół rodziny Dolli, a nawet wydarzeń spoza Starego Domu. Dotąd wyjazdy bohaterów, chociażby Baddiego i Danniego do Stanów, były relacjonowane z pozycji Starego Domu. W drugiej części akcja przenosi się w inne lokalizacje, chociażby na Fiordy Wschodnie, dokąd udaje się na wycieczkę Dolli z mężem, Grettirem. Wyprawa do rodzinnego miasta Grettira planowana jest z dużym wyprzedzeniem, mamy opisane trudy i znoje bohatera gotowego zrobić wszystko, aby podróż się udała. Co równie ciekawe, bohaterowie pojadę nie samochodem, lecz statkiem, a więc na wzór wikingów udają się w podróż morską. Choć sama podróż będzie miała różne skutki dla bohaterów, a na miejscu ich przygody dalekie będą od udanych, mamy tu cechy pastiszu wyprawy wikińskiej. Grettir, choć anty-bohater i nie szanowany przez nikogo, często obrażany przez żeńską część familii i uznawany za niemęskiego kurdupla, okazuje swoje atuty wygrywając walkę. Co prawda jest to walka na poduszki, ale opisana nie gorzej, niż poważna bitwa z użyciem śmiertelnego oręża:

“Nasz zawodnik był w świetnej formie. Nareszcie mógł się wyżyć. Walił, bił, machał poduszką wokół siebie. Gospodarze jeden za drugim wpadali do wody. Zdawało się, że nikt nie jest w stanie zrzucić go z dechy. (…) Walczył mężnie i udało mu się strącić z dechy wszystkich zawodników drużyny gospodarzy, a jego samego zniesiono na złotym tronie wśród grzmiącego aplauzu.”

W powieści mamy też bohaterów, którymi kolejno stają się Baddi i Danni. Ten pierwszy, choć znany czytelnikowi pierwszej części raczej jako nierób i źródło kłopotów, zmieni się na dwie chwile z wyglancowanego Elvisa na tytana pracy. Raz – malując salon przed świętami, a drugi – pomagając przy budowie szkoły. Jego kilkunastogodzinna praca bez przerwy będzie powodem do dumy wszystkich domowników, a on sam przedstawiony zostanie jako niezdarty, posiadający nieludzkie siły bohater, który nie umie się zmęczyć (choć przez większość czasu przesiaduje na kanapie i śpi do południa). Jego młodszy brat również zostanie bohaterem domu, kiedy okaże się, że potajemnie zrobił kurs lotnika. Małomówny troll zamieni się w asa przestworzy i przyćmi nawet swojego przebojowego brata. Dwaj bracia ukazani są więc jak herosi, bohaterowie, dzielni młodzieńcy udowadniający swoje atuty w niezwykle męskich zajęciach. Ich sławę opiewać będą jednak już nie skaldowie, ale dziennikarze rozpisujący się na ten temat w lokalnych gazetach. 

Prawo zemsty

Często w Złotej Wyspie jednostkami przejmującymi inicjatywę są kobiety. To one trzęsą domem i okazują się też wprawnymi organizatorkami, gospodyniami, a nawet przedsiębiorczyniami. Dolli, Lina, a potem również przybyła na Wyspę Gogo i najmłodsza w rodzie Gislina będą miały sporo do powiedzenia. Najważniejsza jest oczywiście Lina – domownicy muszą liczyć się z jej zdaniem i starać o jej względy. Lina jest świetnym przykładem bohaterki-wikinki, silnej i niezależnej kobiety z sag.  I tak jak w sagach matki nierzadko musiały namawiać tchórzliwych synów do działania, tak Lina też nie raz musi brać sprawy w swoje ręce.  

We współczesnej sadze, jaką jest Złota wyspa Einara Kárasona nie brakuje też wątku zemsty i wymierzania sprawiedliwości. Oczywiście proporcjonalnie do czasów. Rodzina musi trzymać się razem i wspólnie stawiać różnym przeciwnościom, choćby utracie źródła dofinansowania. Jeśli kogoś z rodziny upokorzono albo obrażono, zadaniem pozostałych członków jest odpowiednia reakcja na to poniżenie. W sagach ów wyrok wykonywali panowie, ale w Złotej Wyspie zadanie to przypadnie właśnie Linie. Gdy Tommi straci władzę w swoim sklepie, pani starsza od razu uruchamia swoje kontakty. Musi pomścić utraconą pozycję Tommiego i opisane to jest nie gorzej niż w przypadku zbrojnej zemsty:

“(…) i dopiero w porze kolacji przypuściła szturm na Blok Energetyków, żeby wykończyć Fię i Totiego. Tam skrzyżowały się miecze: Fia darła japę, lecz odpowiadała sensownie; po trwającej kwadrans awanturze, która skończyła się skowytem i trzaskaniem drzwiami, nastąpiło pełne zerwanie więzów przyjaźni między rodzinami.”

W Złotej Wyspie nie brakuje też konfliktów rodzinnych, choćby rywalizacji między braćmi. Baddi obrazi się na brata i wyjedzie do matki po tym, kiedy Daniel okazuje się przydatnym pilotem. Z kolei ich szwagier, Grettir, nie raz będzie trzecim do porównania, podobnie jak liczni przyjaciele Baddiego. Męska rywalizacja wykroczy również poza ramy rodziny, bo w powieści znajdziemy również wątek starania się o względy tej samej dziewczyny i sukces silniejszego w “stadzie”.

Rzeczowość a wątki fantastyczne 

Klasyczne sagi islandzkie z reguły pozbawione są wątków fantastycznych. Ich rzeczowy, niemal reporterski styl wykorzystany jest przez Kárasona również w Złotej Wyspie.  Historia rodziny Tomassonów opisana jest bez komentarza narratora, z zachowaniem zasady, że psychologia postaci zbudowana jest na ich zachowaniu i wypowiedziach. Odstępem mogą być tylko wtręty z pamiętników Daniela, pisanymi w pierwszej osobie, dającymi subiektywne spojrzenie na wydarzenia. Fragmenty te traktować można jednak jako oddanie głosu bohaterowi, który w kontaktach z innymi zazwyczaj milczy. Te ustępy pozwalają lepiej poznać Danniego, który dotąd stał w cieniu innych postaci i nagle staje się niemalże najważniejszą osobą w rodzinie.

Kárason nie szczędzi opisów naturalistycznych, choć w drugiej części trylogii mniej uwagi poświęca fizjologii, a więcej śmierci i rozkładowi. Nie ma w nich jednak miejsca na zadumę czy żałobę, po prostu sprawy opisane są wprost, niemalże zaskakują czytelnika. Tragiczna śmierć opisana jest krótko, rzeczowo, podobnie pogrzeb i zachowanie bohaterów, którzy – jeśli będą wspominać zmarłego – to niezbyt wylewnie albo w ciszy. Śmierć jest zatem potraktowana jest normalna kolej rzeczy, jak naturalny element życia w Thulecampie, choć bohaterowie muszą zmierzyć się z nim po raz pierwszy. Dotąd przywykli do nowych członków rodziny, wprowadzania się kolejnych lokatorów albo narodzin dzieci. Śmierć jest czymś nowym, a jednak przemilczanym.

W tej trzeźwej, niemal chłodnej relacji wydarzeń jest jednak miejsce na motywy nadnaturalne. Wróżka Lina czyta z kart przyszłość, a jej przepowiednie przez niektórych mieszkańców Domu brane są bardzo poważnie. Kobiety w rodzinie miewają też wizje senne, w których nawiedza je zmarły. Z kolei kotu-przybłędzie często przypisuje się cechy diabelskie, a demony i złe duchy to jedno z głównych zmartwień bogobojnej Karoliny. Wróżka, jedną ręką kładąca tarota, a drugą otwierająca Pismo Święte, jest jakby łącznikiem między światem ziemskim a wszelkimi upiorami i pukami, które kryją się w ścianach domu i powodują złą energię w danym miejscu. W tej współczesnej sadze wydaje się jednak, że wątki fantastyczne potraktowane są z przymrużeniem oka, a dwulicowa duchowość Liny przedstawiona jest karykaturalnie. Kárason, niczym chrześcijański skryba, opisuje więc wiarę bohaterów z pewnym dystansem, dla zachowania szczegółowości relacji, a jednak ze szczyptą sceptycyzmu.

 

Jeśli więc szukacie współczesnej sagi islandzkiej, z całego serca mogę polecić Złotą Wyspę Einara Kárasona. Dwie pierwsze części czyta się jak dłuższą sagę, a wydawnictwo Marpress planuje uzupełnić trylogię trzecią częścią już niedługo. Powieść świetną opowieścią z dziejów rodziny z Reykjaviku, napisaną w sposób nieprzewidywalny i z różnymi zwrotami akcji. Samą historię czyta się szybko i przyjemnie, choć razi jedna rzecz: brak islandzkich liter w imionach bohaterów.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Marpress. 

Homo legens w tarapatach

autor: Sigríður Hagalín Björnsdóttir
tytułŚwięte słowo
tłumaczenie: Jacek Godek
rok: 2020
wydawnictwoWydawnictwo Literackie
liczba stron: 336

Święte słowo, najnowsza książka Sigríður Hagalín Björnsdóttir, utwierdziła mnie w przekonaniu, że autorka jest islandzkim Danem Brownem.

Na początek przypomnijmy sobie tego amerykańskiego pisarza, który pewnie czasy największej popularności ma już za sobą. Jego powieści sensacyjne zyskały miano bestsellerów: najpierw hitowy Kod da Vinci, potem Anioły i demony. Jako nastolatka zaczytywałam się w tej pierwszej przed wycieczką do Paryża. Naiwna gimnazjalistka, dałam się wciągnąć w tę plotkarską niemal opowieść o sekcie, a jako początkująca miłośniczka sztuki łyknęłam autorskie interpretacje wielkich dzieł sztuki. Po latach przeczytałam Inferno, równie szokujące, ale już nie dla mnie – osoby po częściowych studiach italianistycznych już nie tak łatwo można było oszukać. Czytałam jednak jednym tchem, bo świetnie wchodziło.

Kod da Wyspa

Z twórczością Sigríður Hagalín Björnsdóttir jest tak samo. Świetnie się czyta. Jej druga powieść potwierdza, że pisarka jest przede wszystkim dziennikarką, bowiem dociekliwość i sięganie do źródeł to cechy charakterystyczne jej twórczości. Podobnie jak szukanie sensacyjnych, nośnych tematów. Debiutancka Wyspa to dystopia, wariacja na temat całkiem prawdopodobnej sytuacji, w której Islandia odcięta jest od reszty świata i jakoś musi sobie radzić. Na spotkaniach autorskich oraz w materiałach prasowych autorka często wspominała, że zanim napisała książkę, była pewna, że ktoś wcześniej wpadł już na podobny pomysł. A jednak nie – a książka okazała się hitem. Sama przeczytałam ją z wielką przyjemnością, choć późniejsze debaty na ten temat (z Islandczykami lub nie) obudziły we mnie niepewność: czy w powieści bardziej pociąga mnie samo gdybanie na temat przyszłości, czy warsztatowo sprawnie napisana opowieść?

Zdjęcie z pisarką z Gdańskich Targów Książki, marzec 2019.

Książka musi być lepsza od Internetu

Dysleksja i hiperleksja

W nowej powieści Święte słowo Sigríður Hagalín Björnsdóttir oddaje głos Ragnheiður, sparaliżowanej kobiecie, która opowiada losy swoich dzieci: Einara i Eddy. Edda co prawda nie jest jej prawdziwą córką, ale Ragnheiður pomagała w wychowywaniu jej matce, Julii. Obie kobiety zaszły w ciążę z tym samym don juanem i postanowiły wspólnie zamieszczać, aby wzajemnie pomagać sobie wychowywać dzieci. Einar i Edda to więc niejako bliźnięta, od dzieciństwa nierozłączni i najbliżsi przyjaciele. Podobni, a jednak nie do końca: Einar jest dyslektykiem, nawet jako dorosły nie potrafi sprawnie czytać, a całe dzieciństwo kojarzy mu się ze stresem związanym z nauką czytania. Edda natomiast to jego przeciwieństwo: nauczyła się czytać w wieku 3 lat i całe dzieciństwo spędziła wśród książek, opowiadając bratu niestworzone historie. Ona – wyobcowana, autystyczna, najchętniej spędzająca czas w domu, on – towarzyski, otwarty, głodny wrażeń i przygód. Kiedy nastoletni Einar postanawia wyprowadzić się do ojca mieszkającego za oceanem, ich święte porozumienie pęka. Edda, aspołeczna i niegotowa to poznawania nowych przyjaciół, musi zmierzyć się z nową codziennością: codziennością bez brata, jej jedynego poplecznika i obrońcy.

I pewnie jako nerdka schowałaby się w swoim książkowym świecie jeszcze bardziej. Ale Edda przestaje czytać i staje się najpopularniejszą w Islandii instagramerką. Zgrzyt, ale cała historia jest na tyle ciekawa, że zaczyna się od zaginięcia dziewczyny. W kilka dni po porodzie, młoda matka opuszcza swój dom i słuch o niej zaginął. Mąż nic nie wie, jedna matka nic nie wie, druga matka nic nie wie, obserwujący i media krajowe nic nie wiedzą. Brat też nic nie wie, bo od lat ma z siostrą słaby kontakt i nowe życie siostry mniej go interesuje, jej nowa osobowość nie pasuje do niego. Ale matka każe mu szukać siostry i wysyła prostego chłopaka do Stanów Zjednoczonych, bo bilet kupiony przez Eddę to jedyny trop, na jaki wpada rodzina. Einar, z oporami, wybiera się jednak do Nowego Jorku na poszukiwania zaginionej w jednej z największych metropolii świata.

Za egzemplarz bardzo dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

UWAGA – SPOILER!

Magiczna funkcja słowa

Fabuła opisana w ten sposób trąci melodramą i mogłaby z powodzeniem stanowić kanwę scenariusza wenezuelskiej telenoweli. Tak, fabuła jest prosta, ale jednak cała magia w tym, jak skonstruowana jest sama powieść. Autorka nie opowiada nam całej historii od razu, ale dzieli ją na kawałki i podaje porcjami. Wątek nowojorskich poszukiwań Einara przepleciony jest z jego wspomnieniami z dzieciństwa oraz przemyśleniami Ragnheiður, opowiadającej historie sprzed narodzin dzieci.  Czytelnik dostaje nowe tropy, sam staje się śledczym, który próbuje połączyć wątki i znaleźć rozwiązanie. Najpierw poznaje Eddę jako powierzchowną influencerkę, a dopiero potem dowiaduje się o stwierdzonej w dzieciństwie hiperleksji i nastoletnich problemach z dostosowaniem się do reszty społeczeństwa. Edda znika, bo ma w tym jakiś cel, ale toczy z bratem grę, a ten także ma jej jedną tajemnicę do zdradzenia.

Spora część poszukiwań Einara ma miejsce w bibliotece. Brat wpada na pomysł, że Edda mogła wrócić do dawnej pasji i ma nadzieję spotkać ją w największej czytelni Nowego Jorku. Gdy pyta obsługę o zaginioną i posługuje się jej imieniem, ma się wrażenie, że autorka puszcza w tym momencie oko do każdego, kto chociaż minimalnie zna się na literaturze islandzkiej. Pracownik biblioteki wyszukuje bowiem w katalogu Eddę młodszą i przekierowuje Einara do konkretnego regału. Okazuje się jednak, że konkretne książki przybliżą brata do siostry, a wśród tomów Einar znajdzie ukrytą wiadomość.

W niej Edda opowie Einarowi bajkę, jak dawniej. Jest to jednak opowieść o tym, jak pismo niszczy swojego użytkownika. Jak niszczy każdego z nas, całą naszą cywilizację. Siostra włącza się do projektu ALEX, którego celem jest przygotowanie się do świata niezdolnego czytać (stąd nazwa – od aleksji). Litery i druk mają zniknąć, a ludzie przypomną sobie zdolność opowiadania, wrócą do korzeni, bo – jak twierdzi Edda – mózg zmuszany jest do nabywania umiejętności czytania, jest ona nienaturalna. Człowiek wymyślił pismo przeciwko samemu sobie, a przeciwnikami liter byli już filozofowie starożytni, tacy jak Sokrates. Z wywodu Eddy można wysnuć więc wniosek, że nasze przekonanie o roli pisma w budowaniu cywilizacji jest błędne, a przodkowie radzili sobie bez zapisywania: wówczas pielęgnowali umiejętność opowiadania.

Jak się zastanowić: Islandczycy faktycznie radzili sobie świetnie bez pisma. Skaldowie recytowali swoje wiersze, lögsögumenn, czyli głosili prawo z pamięci,  a mitologia nordycka była zbiorem opowieści zanim została spisana. Ale nie mogę w pełni zgodizć się z Eddą. Gdyby nie pismo, nie znalibyśmy nordyckich mitów, nie zachowałyby sie do naszych czasów. Bez kronik i sag Islandczycy byliby odarci ze swojej tożsamości, a to stare i dobrze zachowane manuskrypty są islandzkim dziedzictwem narodowym. Edda pisze o świętości słowa mówionego, ale podczas lektury miałam wrażenie, że zapomina też o wielkiej magii run – te miały swoją funkcję dopiero wtedy, kiedy zostały spisane. Choć według bohaterki opowieść to czary (i dowiadujemy się, jak istotne znaczenie miały dla rodzeństwa), akurat w tradycji islandzkiej czarami stawały się dopiero w formie zapisanej.

Science fiction?

Kiedy dowiadujemy się, że Edda cierpi na hiperleksję i wraz z bratem poddawana była w dzieciństwie dziwnemu eksperymentowi, a potem dobrowolnie zgadza się na jego kontynuację, powieść sensacyjno-kryminalna trąci już innym gatunkiem. Pasowałoby tu określenie science fiction, choć tylko rozumiane dosłownie: fikcja dotycząca świata nauki.

Zacznijmy od hiperleksji – szczerze mówiąc przed lekturą Świętego słowa nie miałam o tej przypadłości pojęcia. W treści książki czytelnik nie raz ma do czynienia z fachową terminologią neurologiczną. Pisarka wkłada skomplikowane pojęcia i nazwy w usta bohaterów-autorytetów: lekarzy, językoznawców. Sięga też po literaturę klasyczną, cytując Platona albo odwołując się do mitologii sumeryjskiej. Słowem: czytelnika mniej sprawnie poruszającego się w zagadnieniach dotyczących tych dyscyplin zasypuje faktografią, która każe mu myśleć, że historia jest wielce prawdopodobna.  Ostatecznie To narzędzie zapożyczone od Dana Browna: autor Kodu da Vinci również oparł swoją fikcję na kilku faktach, które dodają historii rysu prawdopodobieństwa, ale historiografia nie potwierdza jego teorii na temat Marii Magdaleny i tak dalej.

Czytelnik Świętego słowa chce wierzyć, że opisane w niej zdarzenia są prawdopodobne. Cytaty, odwołania – podobnie jak wycinki prasowe w Wyspie – zacierają granicę między fikcją a rzeczywistością. Powieść wciąga tak samo jak filmowy thriller: operuje napięciem, niedomówieniem, sytuacjami i historiami opartymi na faktach lub takich, które mogą się wydarzyć. Mało kto na serio boi się zombie i wilkołaków, bo wie, że nie istnieją. Ale kiedy oglądam filmy o egzorcyzmach czy nawiedzonych domach, często mam dreszcze. Fabuły Dana Browna czy Sigríður Hagalín Björnsdóttir przyprawiają o podobną ekscytację: aż chciałoby się wierzyć, że są na świecie różne sekty i instytucje tworzące różne spiski i mające kontrolę nad całym światem. Nawet pisząc o tym mam wątpliwości, czy się nie mylę.

“Książka to umierające medium”

Takie słowa padają z ust jednego z bohaterów Świętego słowa. To już nie hipoteza, to realny proces, który codziennie obserwujemy. Portale internetowe ograniczają tekst do minimum, zastępując je fotogaleriami. Infografiki stają się skuteczniejszą formą przekazywania informacji. W mediach społecznościowych większą popularnością cieszą się zdjęcia niż dłuższe wpisy. Ci, którzy jeszcze lubią i chcą czytać, łapią się za głowy: otumanione dzieciaki wpatrzone w smartfony, wtórni analfabeci, upraszczanie i obniżanie poziomu wiedzy ogólnej młodszych pokoleń, kres edukacji, koniec cywilizacji! Edda, jaką poznajemy, wydaje się ucieleśnieniem tego “wroga” współczesnej inteligencji: powierzchowna, pozująca do selfies z dziubkiem, królowa social media. Sigríður Hagalín Björnsdóttir odwraca jednak kota ogonem i mówi: spójrzcie, może pismo, czytanie, książki wcale nie są nam potrzebne? Więcej, może nam szkodzą? Może to dobrze, że wracamy do źródeł, jakimi były piktogramy? To nie jest opinia samej pisarki, to słowa wielu językoznawców broniących nowej formy wyrażania emocji: emoji i emotikonek.

Święte słowo to jednak paradoks, bo zaprzecza samo sobie. To książka, pismo, które traktuje o wadach pisma. To opowieść o molu książkowym, który nie ma przyjaciół, bo spędził dzieciństwo w bibliotece. Edda marzy o tym, aby zatracić umiejętność czytania. A przynajmniej uwolnić się od potrzeby ciągłego przyklejenia do książek. Czy taka powieść spodoba się zapalonym czytelnikom? Czy miłośnicy literatury ocenią ją dobrze? W końcu to książka wymierzona przeciwko nim. A przecież książka świetna – otwierająca pole do dyskusji na wiele tematów, będąca głosem w ważnej i szerokiej debacie. Moim zdaniem – bardzo potrzebna. No i świetnie napisana.

Pismo ma swoje wady, a widać je w samej książce. Książce-rzeczy, a nie samej powieści. To już nie pierwszy raz, kiedy literatura islandzka wydawana jest bez islandzkich znaków. Miłośnikowi Islandii mocno rzuca się to w oczy, a nie wierzę, że to dzieło tłumacza czy braki w fontach. Co kierowało redaktorem/wydawcą, aby podjąć taką decyzję? Mam wrażenie, że podobne błędy da się wybaczyć wydaniom z lat 70., ale dzisiaj są właściwie niewybaczalnie. Stąd moja prośba do Wydawnictwa Literackiego: przy następnej wydanej przez Państwa książce islandzkiej (a liczę na więcej!) proszę o znaki islandzkie. Jeszcze nie zawładnęła nami aleksja, więc homo legens domaga się w tekście wszystkich literek z Orsmbók cytowanej przez samą autorkę w motta powieści: