Nie moja bajka

autor: Janina Ryszarda Szymkiewicz
tytułIslandia jak z bajki
rok: 2012
wydawnictwo: Arisa
liczba stron: 288

Islandzki elf o imieniu Kasia postanowił podarować mi swój egzemplarz rzadkiej książki. Pewnego dnia po prostu znalazłam ją w swojej skrzynce, reagując na paczkę jak dziecko.

Tej pozycji nie dostaniecie w Polsce. A przynajmniej nie znajdziecie jej w naszych księgarniach, bo została wydana na Islandii. W roku jej premiery można było ją kupić w niemal dowolnym punkcie na Wyspie. U nas to biały kruk i polowałam na niego od dawna, bo to na ten moment ostatnia z polskojęzycznych pozycji islandzkich, których jeszcze nie przeczytałam. “Islandia jak z bajki”, bo o tej książce mowa, zdążyła już więc w moim przeświadczeniu obrosnąć legendą. I choć co nieco o niej słyszałam, spodziewałam się literackiego Świętego Grala. Do lektury przygotowywałam się przez pół tygodnia, żeby wreszcie wygodnie usiąść z nią w fotelu podczas majówkowego weekendu. I połknąć w jeden, może dwa popołudnia.

Dobra, sama zaczynam snuć własne bajki. Tak naprawdę za lekturę zabrałam się tego samego dnia, kiedy książka do mnie dotarła. Tylko że był to już późny wieczór, a pierwsze strony były mało zachęcające. Ot, opis podróży po Islandii, pech chciał, że najbardziej klasyczny z możliwych – od Keflaviku na południe, przeciwnie z ruchem wskazówek zegara. W połowie pierwszego rozdziału ziewnęłam i zgasiłam lampkę przy łóżku. Już chciałam spisać lekturę na straty, ale obiecałam sobie, że podzielę się z Kasią moją opinią. Dlatego potrzebowałam wolnego dnia, kiedy zmęczenie nie znuży mnie bardziej niż sama opowieść. Z “Islandią jak z bajki” spędziłam więc majówkę na słonecznym balkonie:

I warto było dać książce drugą szansę. Tylko połowa wywodu to faktyczny opis podróży po Islandii. I żeby nie było: to nie jest tak, że każda relacja samochodowej rundy Jedynką jest według mnie nudna. Są ciekawie napisane książki, ale też takie, w których autora jest za dużo i jego subiektywne wtręty przeszkadzają w śledzeniu akcji. Powiedziałabym, że w powieści Janiny Ryszardy Szymkiewicz są obie te skrajności. W wielu momentach czuć lekkość pióra i czyta się tekst z ogromną przyjemnością, ale co kilka stron czekają czytelnika pewne zgrzyty, a więc to, co nazywam “wsadzaniem rozmówcom fragmentów przewodników do ust”. Jasne, możemy umówić się, że dialogi to czysta fikcja i że bohaterowie wcale nie o tym rozmawiali. Nie mamy nawet pewności, czy Janek i Hania to autorka i jej mąż, a może postaci zmyślone. Ale można pisać fikcję, która porywa. Niestety nie jest to możliwe, kiedy bohaterowie popisują się wiedzą faktograficzną i w zwykłym small-talku przy kawie rzucają datami, nazwiskami i specjalistycznymi terminami z islandzkiego. Rozumiem, że książka miała “bawić i uczyć”, czyli snuć opowieść i jednocześnie przywoływać fakty. W moim przypadku skutkowało to poczuciem irytacji, choć – gdyby wyrzucić ozdobniki i przytoczenia – dowiedzieć się można z tej pozycji naprawdę wielu ciekawych rzeczy. Nie można nie powiedzieć, że autorka nie odrobiła lekcji.

Podczas gdy rozdziały z serii “W trzydzieści dni dookoła Islandii” mają udawać relację z podróży, przeplatające je rozdziały prezentują wydarzenia z przeszłości, ale też jakby mocno podkolorowanej. Niezależnie od literackiej wartości tych fragmentów, są miłym odpoczynkiem od nazw geograficznych, liczb przejechanych kilometrów i wypitych podczas przystanków kaw. W nich dowiemy się więcej o życiu Polaków na Islandii, o przyjeździe na  Vestmannaeyjar  i podjęciu pracy w przetwórni rybnej pomimo wyższego wykształcenia. W tej fragmentarycznej opowieści brakuje jednak porządku, może nawet konsekwencji. Raz bohaterowie mieszkają na Wyspach, raz w Akureyri. Raz mają problem wypowiadać islandzkie imiona, a potem bez problemu rozumieją rozmowę Björk z pracownikiem hotelu. Może to nie są ci sami ludzie? Może to reprezentacja różnych emigrantów z Polski? A jednak ma się wrażenie, że to zawsze historia tego samego małżeństwa, od lat mieszkającego i pracującego na Islandii, a więc znającego Reykjavik jak własną kieszeń. Z kolei relacja z podróży pisana jest jakby z pozycji osoby, która po raz pierwszy zwiedza Islandię. Jak to pogodzić?

A może nie należy wymagać żadnej konsekwencji. Może należy traktować powieść jak podręcznik od historii i geografii. Czytać fragmentami, przewertować do momentu, który wydaje nam się ciekawszy. Pomijać partie, w których Hania/autorka chwali się swoją wiedzą, międzynarodowymi przyjaźniami, stołowaniem w drogich restauracjach i niemal poddańczą miłością swojego męża (tego ostatniego nie dało mi się przełknąć). A całość traktować raczej z przymrużeniem oka, bo choć bezsprzecznie autorka korzystała z wiarygodnych źródeł, popełniła kilka merytorycznych błędów. Nie są one jednak na tyle poważne, żeby je tu wymieniać. Czyta się to po prostu dobrze i łatwo łaknie wiedzę. Ale nie jest to lektura wyższych lotów.

Tyle z niespodzianek na minus. A zaskoczenie na plus? Zdecydowanie fragment poświęcony Grenlandii, bo nie spodziewałam się jej w książce o Islandii. Jako że sama coraz częściej sięgam po lektury związane z tą częścią świata, czytałam to z większą przyjemnością, bo odkrywałam mniej znane tereny. Z uśmiechem na twarzy czytałam na przykład o Tupilakach, mając w pamięci obejrzany niedawno jednym tchem serial Fortitude, kręcony na Islandii, ale dziejący się na Spitsbergenie. To, co łączy wszystkie te miejsca, ale dotyczy przede wszystkim Grenlandii, to problem postkolonialnej nierówności społecznej. Ta zdaje się zaskakiwać samą autorkę, jak gdyby odkrywała Amerykę niczym Leif Eriksson.

Wyzłośliwiam się, ale niestety w wielu miejscach forma trąci manierą innej, zniesławionej już książki o Islandii. Sam już tytuł zapowiada, że Islandia jest krajem z kosmosu, najlepszym i najpiękniejszym miejscem na świecie. Autorka zachwyca się każdym kamykiem i podrywem wiatru, wybierając tylko te elementy, które pasują do idealnego obrazka. Nie ma w tym nic złego, dopóki narracja nie staje się zbyt cukierkowa. Tu jednak nie tylko Islandia podlega idealizacji, czy może nawet hiperbolizacji, ale też miłość pomiędzy bohaterami, ich wiedza na temat Islandii czy zdziwienie miejscowych taką niebywałą znajomością Wyspy. W Islandii jak z bajki wszystko jest proste i piękne, no może z wyjątkiem szutrowych dróg i nieprzyjemnego pisku w samochodzie. No i koszmarów sennych, które budzą Janka w ostatnim rozdziale książki. Ale o co dokładnie chodzi w tym wątku, nie mam najmniejszego pojęcia. Na moje oko była to ostatnia okazja do popisu wiedzą na temat mitologii nordyckiej. I niestety – znowu – poprowadzona dość niezręcznie…

Trzeba jednak zaznaczyć, że to książka z 2012 roku, a czytam ją w 2020, mając na koncie niemal wszystkie książki o Islandii napisane po polsku w ostatniej dekadzie. Jestem więc już uodporniona na “zaczarowywanie” Islandii, ten styl, który jeszcze do niedawna był w modzie. Lecz – uwaga! – o Islandii można pisać inaczej. Można pisać o wadach, trudach, deszczu, wietrze, nieprzyjemnościach. To też jest Islandia jak z bajki. Tylko nie takiej, jaką znamy z dzieciństwa.

Bardzo dziękuję Kasi za ten podarunek. Mam taki pomysł, żeby podzielić się z Wami tym białym krukiem w ramach akcji “Stowarzyszenie Wędrującej Książki”. Szczegóły akcji znajdziecie na moim Facebooku i Instagramie. Jeśli jesteście zainteresowani wzięciem udziału, piszcie!

Każdy ma jakąś bliznę

autor: Auður Ava Ólafsdóttir
tytułBlizna
tłumaczenie: Jacek Godek
rok: 2020
wydawnictwo:  Wydawnictwo Poznańskie
liczba stron: 216

W dużym skrócie powiem, że lektura książki była… bolesna.

Powieść, której główny bohater planuje popełnić samobójstwo to nie jest najlepsza lektura na izolację. W tej trudnej sytuacji wzrasta liczba chorych na depresję, a przymusowe siedzenie w domu czy w obecności toksycznego członka rodziny tylko pogłębia tragedię. Często sięgamy po książki po to, by uciec od własnych problemów. Szukamy lektur lekkich, przyjemnych, byleby zanurzyć się w innym, lepszym świecie. Tymczasem Wydawnictwo Poznańskie proponuje nam nowość reklamowaną takim cytatem z książki z Blizny Auður Avy Ólafsdóttir:

„Czy świat za mną zatęskni? Nie.
Czy świat beze mnie będzie uboższy? Nie.
Czy świat da sobie radę beze mnie? Tak.
Czy świat jest lepszy teraz, kiedy ja się na nim zjawiłem? Nie.
Co zrobiłem, aby go poprawić? Nic”.

To świetny cytat. Założę się, że każdy z nas przynajmniej raz zadał sobie podobne pytania. I nie trzeba dochodzić do takich wniosków akurat podczas przygotowywania stryczka. A raczej: życzę wszystkim, żeby przemyśleli te kwestie o wiele wcześniej, a może właśnie uchronią przed smutnym finałem. Ironia? Nie, realizm. Nikt z nas nie jest wyjątkowy, nikt z nas nie jest lepszy od innych. Prawo Jante? Nie, klasyczna filozofia. Czy świat może funkcjonować bez nas? I tak, i nie. Czy świat byłby inny bez naszego udziału? I tak, i nie. Czy jedna osoba może zmienić go na lepszy? I tak, i nie.

Dokładnie takie odpowiedzi daje nam autorka, Auður Ava Ólafsdóttir.  Główny bohater Blizny, Jonas Ebeneser, faktycznie ma zamiar się zabić. Wydaje się, że planował to od dawna, wszystko ma przemyślane: żegna się z matką, pożycza strzelbę od jedynego przyjaciela, spotyka z córką po raz ostatni. W mieszkaniu strzelba ląduje jednak na łóżko, a przyszły samobójca postanawia w pierwszej kolejności zrobić porządki, żeby nie kłopotać tych, którzy będą musieli się tym zająć po jego śmierci. Skrupulatność daje mu jednak kilka dodatkowych dni życia. Potem, stawiając taboret pod hakiem od żyrandola, słusznie zauważa, że ktoś w końcu znajdzie jego ciało, może nawet jego jedyna latorośl. Odkłada więc godzinę śmierci na później i postanawia pogodzić się z życiem w obcym kraju. Kupuje więc bilet w jedną stronę, wsadza do walizki sprzęty potrzebne do zamontowania stryczka i wyrusza na lotnisko. Bliskim ogłasza, że wybiera się na wakacje.

Jonas ma wiele blizn. Niektóre fizyczne, szpecące jego ciało, więc pokrywa je tatuażem. Czy robi to ze wstydu, a może boi się, że ewentualna obserwatorka jego nagiego ciała po bliznach wniknie do jego duszy i odkryje prawdziwe, niezabliźnione rany? Jest samotny, od lat nie był z kobietą. Matka go nie rozumie, żona zostawiła, córka okazuje się nie należeć do niego. Miał być filozofem, ale przejął interes po ojcu. Miał skończyć studia, ale przerwał na pierwszym roku. Pisał. Nie publikował. Zdobywał kobiety, a teraz nie dowierza, że dwudziestokilkuletni casanova spisujący wspomnienia młodości ma cokolwiek wspólnego z około pięćdziesięcioletnim nudziarzem czytającym owe pamiętniki. Być może jego życie było kiedyś fascynujące, ale to przeszłość. Obecnie nie odnajduje się w teraźniejszości, a tym bardziej nie widzi dla siebie przyszłości. Pamiętniki zabiera w podróż, żeby po jego śmierci nie miały okazji go ośmieszyć. W obcym kraju nikt nie zrozumie języka, w którym były spisane.

Co zabrałbyś na bezludną wyspę? A co wziąłbyś ze sobą w samobójczą podróż? Czerwoną koszulę, stare dzienniki, wiertarkę, narzędzia. Strzelba nie była potrzebna, obcy kraj to miejsce niebezpieczne, w którym jeszcze niedawno toczyła się wojna. Miasto leży w gruzach, hotel ma swoich pierwszych gości od dawna. Z początku uważają Jonasa za szpiega, bo nikt tu przecież nie przyjeżdża na wakacje. Nie z takim bagażem. A Jonas chce tylko przestać odpowiadać na pytania i dokonać żywota w swoim pokoju. 

Jeśli nie byłeś w stanie zabić się we własnym domu, to nie zrobisz tego w hotelu. Bo Jonas jest perfekcjonistą. Gdy wiesza swoją jedyną koszulę w szafie, drzwi wypadają z zawiasów. Skoro ma śrubki i wiertarkę, to chyba może jeszcze przed śmiercią naprawić szkodę. Naprawić. Uzupełnić. Odnowić. Dać nowe życie.

Nie trudno się domyślić, że to nie będzie ostatnia scena powieści. Jonas zostanie poproszony o pomoc. Poczuje się potrzebny. Porozmawia z kobietą inaczej, niż poprzez powtarzanie jej pytań zdaniami twierdzącymi. Odkryje sens w dawnych, wykonywanych niemal bezwiednie dla kobiet swojego życia czynnościach. Skoro szpachlował i cyklinował dla matki, żony i córki, może też pomóc kobietom w kraju ledwie wychodzącym z wojny. Brakuje mężczyzn, brakuje rąk do pracy. A ta się pali w rękach. I nie zostawia żadnych ran, żadnych blizn, nawet pęcherzy.

Nie, to nie jest powieść o białym człowieku, który niesie cywilizację ludom Trzeciego Świata, żeby poczuć się lepiej.  To nie jest harlekin, w którym hydraulik w średnim wieku nawiązuje romans z pokojówką podczas przepychania rur. To nie jest nawet opowieść o antybohaterze, którzy zmienia się w bohatera. Właściwie nie wiem dokładnie, co autorka miała na myśli. Podobno “jej książki nie opisują doniosłych wydarzeń, ale skupiają się na drobiazgach codzienności, którym autorka przygląda się jak pod mikroskopem” (Wydawnictwo Poznańskie). Ale o jaką codzienność tutaj chodzi? 

Pisząc to zastanawiam się, czy przekornie autorka nie miała na celu stworzenia powieści feel-good. Z typowo islandzkim poczuciem humoru próbowałaby pocieszyć nas opowieścią o niedoszłym samobójcy, który odnajduje sens życia. Samotniku, który zaprzyjaźnia się z całym miastem, nieudaczniku, który staje się złotą rączką. Przegranym, który staje się niezastąpiony. Czy to ma nas pocieszyć? Czy mamy zidentyfikować się z Jonasem? Czy przypadkiem nie wychodzi z tego jakiś pokraczny poradnik pseudoterapeutyczny? “Od zera do bohatera”. “I ty możesz pomóc światu”.  Bo podlał uschnięte kwiatki na balkonie wodą ze świeżo przepchanej rury? Bo naprawił kilka zawiasów w mieście? Bo przypadkiem załatwił darmowe meble do świeżo remontowanego domu? Bo po tym wszystkim odnalazł siebie i odechciało mu się odebrania sobie życia? Zmienił negatywne nastawienie i poczuł wreszcie sens istnienia?

Jeśli o to chodziło, to ja tego nie kupuję. Jeśli ktoś chciał się zabić, to miał poważny problem, z którym nie był sobie w stanie poradzić inaczej. Jeśli to parodia sytuacji samobójcy, czy może osoby chorej na depresję, to tym bardziej szkodliwa. Bo nawet jeśli miała być zabawna, lekka, przyjemna, to napisana bez konkretnej puenty, urwana jakby w połowie. Byłam rozczarowana zakończeniem, ale niespecjalnie nim zdziwiona. Taka więc będzie i ta recenzja. Bez puenty.  

Każdy ma jakąś bliznę. Ja w dzieciństwie spadłam z roweru prosto na ostrą blachę, rany nie zszyto, więc skóra rozeszła mi się pod kolanem. To tu, to tam zadrapania, kawałek asfaltu wrośnięty w łokieć, szrama po nieudanej przygodzie na ściance wspinaczkowej, odcisk na lewej pięcie. Czy warto o nich mówić? I tak, i nie. Czy trzeba je zakrywać? Nie. Czy trzeba się ich wstydzić? Nie. Czy można je nosić z dumą? Tak. Dlaczego nie? Być może Jonas zmierzył się ze swoimi ranami dopiero wtedy, kiedy postanowił je zakryć, kiedy zapragnął przykryć je tatuażem ukazującym lilię wodną. Czy miała to być zapowiedź znajdowania piękna w innych, bolesnych fragmentach siebie? Czym jest więc dla nas, czytelników posiadających swoje, niekoniecznie zatuszowane, niedoskonałości? 

Przeczytajcie i powiedźcie mi, czy było warto.

Saga rodu z Thulekampu

autorEinar Kárason
tytułZłota Wyspa
tłumaczenie: Jacek Godek
rok: 2020
wydawnictwo:  Marpress
liczba stron: 255

Jeśli szukacie współczesnej sagi islandzkiej, to proponuję Wam Złotą Wyspę.

Już w komentarzu do pierwszej części trylogii Einara Kárasona zastanawiałam się, czy nawiązanie do stylu sag jest zamierzone. W recenzji Wyspy Diabła dywagowałam, czy język sag to oryginalny zabieg, a może kwestia tłumaczenia, którego autorem jest Jacek Godek. Podczas lektury drugiej części, również wydanej nakładem wydawnictwa Marpress, utwierdziłam się w przekonaniu, że język i styl sag mocno tkwią w twórczości jednego z najważniejszych pisarzy współczesnej Islandii. 

Saga rodowa

Zacznijmy od najważniejszej cechy sag islandzkich, czyli obecność bohatera zbiorowego w postaci ważnego rodu osiedlającego się w danym miejscu Islandii. Złota Wyspa to kontynuacja sagi rodzinnej, której bohaterem jest wielopokoleniowa familia Tomassonów. Już od pierwszych stron przypomina nam się głównych bohaterów: mamę Gogo, która mieszka w Stanach, i jej dwóch zupełnie niepodobnych do siebie synów: niepokornego Baddiego oraz małomównego Danny’ego. Jest też córka, Dolli, która założyła własną rodzinę. Oraz seniorzy rodu: drobny kupiec Tommi, jedyne prawdziwe źródło dochodu rodziny, oraz Lina, wróżka, która cieszy się dużym szacunkiem w okolicy. Wszyscy tłoczą się w Starym Domu, wśród baraków w Thulekampie, niegdyś pozostawionych przez armię amerykańską. 

Ród Tomassonów, podobnie jak rody opisywane w sagach islandzkich, jest wyjątkowy w swojej małej społeczności, o czym dowiedzieliśmy się w pierwszej części trylogii. Wysoka pozycja rodziny wynika z pozycji państwa starszych, ale oczywistą przyczyną estymy rodu jest obecność córki w Stanach. W Złotej wyspie sytuacja i rola rodziny zaczyna jednak ulegać dużej zmianie. Amerykański sen wydaje się być już tylko wspomnieniem. Owszem, Boże Narodzenie wciąż ma blask ozdób choinkowych przysyłanych przez Gogo z Ameryki, a prezenty od niej są najważniejszym elementem rodzinnego świętowania. Ale rodzina, niegdyś wiodąca prym w gadżetach o pochodzeniu amerykańskim, nagle zaczyna być w tyle. Złote czasy w Starym Domu się skończyły, ale Wyspa rozwija się własnym tempem. Mieszkańcy Reykjaviku, nawet sąsiedzi z baraków, zaopatrują się w najnowsze cudo technologii, którego nie ma rodzina Tomassonów: telewizory. Stary Tommi, który zawsze znajdował banknoty w wysłużonym portfelu, nagle musi rozczarować roszczeniową rodzinę. Te i inne perypetie rodzinne dowiodą upadku wysokiej pozycji drobnego kupca. 

Bohaterowie i antybohaterowie

W drugiej części trylogii na pierwszy plan wychodzą postaci, które wcześniej pozostawały w cieniu. Akcja coraz częściej skupia się wokół rodziny Dolli, a nawet wydarzeń spoza Starego Domu. Dotąd wyjazdy bohaterów, chociażby Baddiego i Danniego do Stanów, były relacjonowane z pozycji Starego Domu. W drugiej części akcja przenosi się w inne lokalizacje, chociażby na Fiordy Wschodnie, dokąd udaje się na wycieczkę Dolli z mężem, Grettirem. Wyprawa do rodzinnego miasta Grettira planowana jest z dużym wyprzedzeniem, mamy opisane trudy i znoje bohatera gotowego zrobić wszystko, aby podróż się udała. Co równie ciekawe, bohaterowie pojadę nie samochodem, lecz statkiem, a więc na wzór wikingów udają się w podróż morską. Choć sama podróż będzie miała różne skutki dla bohaterów, a na miejscu ich przygody dalekie będą od udanych, mamy tu cechy pastiszu wyprawy wikińskiej. Grettir, choć anty-bohater i nie szanowany przez nikogo, często obrażany przez żeńską część familii i uznawany za niemęskiego kurdupla, okazuje swoje atuty wygrywając walkę. Co prawda jest to walka na poduszki, ale opisana nie gorzej, niż poważna bitwa z użyciem śmiertelnego oręża:

“Nasz zawodnik był w świetnej formie. Nareszcie mógł się wyżyć. Walił, bił, machał poduszką wokół siebie. Gospodarze jeden za drugim wpadali do wody. Zdawało się, że nikt nie jest w stanie zrzucić go z dechy. (…) Walczył mężnie i udało mu się strącić z dechy wszystkich zawodników drużyny gospodarzy, a jego samego zniesiono na złotym tronie wśród grzmiącego aplauzu.”

W powieści mamy też bohaterów, którymi kolejno stają się Baddi i Danni. Ten pierwszy, choć znany czytelnikowi pierwszej części raczej jako nierób i źródło kłopotów, zmieni się na dwie chwile z wyglancowanego Elvisa na tytana pracy. Raz – malując salon przed świętami, a drugi – pomagając przy budowie szkoły. Jego kilkunastogodzinna praca bez przerwy będzie powodem do dumy wszystkich domowników, a on sam przedstawiony zostanie jako niezdarty, posiadający nieludzkie siły bohater, który nie umie się zmęczyć (choć przez większość czasu przesiaduje na kanapie i śpi do południa). Jego młodszy brat również zostanie bohaterem domu, kiedy okaże się, że potajemnie zrobił kurs lotnika. Małomówny troll zamieni się w asa przestworzy i przyćmi nawet swojego przebojowego brata. Dwaj bracia ukazani są więc jak herosi, bohaterowie, dzielni młodzieńcy udowadniający swoje atuty w niezwykle męskich zajęciach. Ich sławę opiewać będą jednak już nie skaldowie, ale dziennikarze rozpisujący się na ten temat w lokalnych gazetach. 

Prawo zemsty

Często w Złotej Wyspie jednostkami przejmującymi inicjatywę są kobiety. To one trzęsą domem i okazują się też wprawnymi organizatorkami, gospodyniami, a nawet przedsiębiorczyniami. Dolli, Lina, a potem również przybyła na Wyspę Gogo i najmłodsza w rodzie Gislina będą miały sporo do powiedzenia. Najważniejsza jest oczywiście Lina – domownicy muszą liczyć się z jej zdaniem i starać o jej względy. Lina jest świetnym przykładem bohaterki-wikinki, silnej i niezależnej kobiety z sag.  I tak jak w sagach matki nierzadko musiały namawiać tchórzliwych synów do działania, tak Lina też nie raz musi brać sprawy w swoje ręce.  

We współczesnej sadze, jaką jest Złota wyspa Einara Kárasona nie brakuje też wątku zemsty i wymierzania sprawiedliwości. Oczywiście proporcjonalnie do czasów. Rodzina musi trzymać się razem i wspólnie stawiać różnym przeciwnościom, choćby utracie źródła dofinansowania. Jeśli kogoś z rodziny upokorzono albo obrażono, zadaniem pozostałych członków jest odpowiednia reakcja na to poniżenie. W sagach ów wyrok wykonywali panowie, ale w Złotej Wyspie zadanie to przypadnie właśnie Linie. Gdy Tommi straci władzę w swoim sklepie, pani starsza od razu uruchamia swoje kontakty. Musi pomścić utraconą pozycję Tommiego i opisane to jest nie gorzej niż w przypadku zbrojnej zemsty:

“(…) i dopiero w porze kolacji przypuściła szturm na Blok Energetyków, żeby wykończyć Fię i Totiego. Tam skrzyżowały się miecze: Fia darła japę, lecz odpowiadała sensownie; po trwającej kwadrans awanturze, która skończyła się skowytem i trzaskaniem drzwiami, nastąpiło pełne zerwanie więzów przyjaźni między rodzinami.”

W Złotej Wyspie nie brakuje też konfliktów rodzinnych, choćby rywalizacji między braćmi. Baddi obrazi się na brata i wyjedzie do matki po tym, kiedy Daniel okazuje się przydatnym pilotem. Z kolei ich szwagier, Grettir, nie raz będzie trzecim do porównania, podobnie jak liczni przyjaciele Baddiego. Męska rywalizacja wykroczy również poza ramy rodziny, bo w powieści znajdziemy również wątek starania się o względy tej samej dziewczyny i sukces silniejszego w “stadzie”.

Rzeczowość a wątki fantastyczne 

Klasyczne sagi islandzkie z reguły pozbawione są wątków fantastycznych. Ich rzeczowy, niemal reporterski styl wykorzystany jest przez Kárasona również w Złotej Wyspie.  Historia rodziny Tomassonów opisana jest bez komentarza narratora, z zachowaniem zasady, że psychologia postaci zbudowana jest na ich zachowaniu i wypowiedziach. Odstępem mogą być tylko wtręty z pamiętników Daniela, pisanymi w pierwszej osobie, dającymi subiektywne spojrzenie na wydarzenia. Fragmenty te traktować można jednak jako oddanie głosu bohaterowi, który w kontaktach z innymi zazwyczaj milczy. Te ustępy pozwalają lepiej poznać Danniego, który dotąd stał w cieniu innych postaci i nagle staje się niemalże najważniejszą osobą w rodzinie.

Kárason nie szczędzi opisów naturalistycznych, choć w drugiej części trylogii mniej uwagi poświęca fizjologii, a więcej śmierci i rozkładowi. Nie ma w nich jednak miejsca na zadumę czy żałobę, po prostu sprawy opisane są wprost, niemalże zaskakują czytelnika. Tragiczna śmierć opisana jest krótko, rzeczowo, podobnie pogrzeb i zachowanie bohaterów, którzy – jeśli będą wspominać zmarłego – to niezbyt wylewnie albo w ciszy. Śmierć jest zatem potraktowana jest normalna kolej rzeczy, jak naturalny element życia w Thulecampie, choć bohaterowie muszą zmierzyć się z nim po raz pierwszy. Dotąd przywykli do nowych członków rodziny, wprowadzania się kolejnych lokatorów albo narodzin dzieci. Śmierć jest czymś nowym, a jednak przemilczanym.

W tej trzeźwej, niemal chłodnej relacji wydarzeń jest jednak miejsce na motywy nadnaturalne. Wróżka Lina czyta z kart przyszłość, a jej przepowiednie przez niektórych mieszkańców Domu brane są bardzo poważnie. Kobiety w rodzinie miewają też wizje senne, w których nawiedza je zmarły. Z kolei kotu-przybłędzie często przypisuje się cechy diabelskie, a demony i złe duchy to jedno z głównych zmartwień bogobojnej Karoliny. Wróżka, jedną ręką kładąca tarota, a drugą otwierająca Pismo Święte, jest jakby łącznikiem między światem ziemskim a wszelkimi upiorami i pukami, które kryją się w ścianach domu i powodują złą energię w danym miejscu. W tej współczesnej sadze wydaje się jednak, że wątki fantastyczne potraktowane są z przymrużeniem oka, a dwulicowa duchowość Liny przedstawiona jest karykaturalnie. Kárason, niczym chrześcijański skryba, opisuje więc wiarę bohaterów z pewnym dystansem, dla zachowania szczegółowości relacji, a jednak ze szczyptą sceptycyzmu.

Jeśli więc szukacie współczesnej sagi islandzkiej, z całego serca mogę polecić Złotą Wyspę Einara Kárasona. Dwie pierwsze części czyta się jak dłuższą sagę, a wydawnictwo Marpress planuje uzupełnić trylogię trzecią częścią już niedługo. Powieść świetną opowieścią z dziejów rodziny z Reykjaviku, napisaną w sposób nieprzewidywalny i z różnymi zwrotami akcji. Samą historię czyta się szybko i przyjemnie, choć razi jedna rzecz: brak islandzkich liter w imionach bohaterów.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Marpress. 

Czytaj więcej:

Homo legens w tarapatach

autor: Sigríður Hagalín Björnsdóttir
tytułŚwięte słowo
tłumaczenie: Jacek Godek
rok: 2020
wydawnictwoWydawnictwo Literackie
liczba stron: 336

Święte słowo, najnowsza książka Sigríður Hagalín Björnsdóttir, utwierdziła mnie w przekonaniu, że autorka jest islandzkim Danem Brownem.

Na początek przypomnijmy sobie tego amerykańskiego pisarza, który pewnie czasy największej popularności ma już za sobą. Jego powieści sensacyjne zyskały miano bestsellerów: najpierw hitowy Kod da Vinci, potem Anioły i demony. Jako nastolatka zaczytywałam się w tej pierwszej przed wycieczką do Paryża. Naiwna gimnazjalistka, dałam się wciągnąć w tę plotkarską niemal opowieść o sekcie, a jako początkująca miłośniczka sztuki łyknęłam autorskie interpretacje wielkich dzieł sztuki. Po latach przeczytałam Inferno, równie szokujące, ale już nie dla mnie – osoby po częściowych studiach italianistycznych już nie tak łatwo można było oszukać. Czytałam jednak jednym tchem, bo świetnie wchodziło.

Kod da Wyspa

Z twórczością Sigríður Hagalín Björnsdóttir jest tak samo. Świetnie się czyta. Jej druga powieść potwierdza, że pisarka jest przede wszystkim dziennikarką, bowiem dociekliwość i sięganie do źródeł to cechy charakterystyczne jej twórczości. Podobnie jak szukanie sensacyjnych, nośnych tematów. Debiutancka Wyspa to dystopia, wariacja na temat całkiem prawdopodobnej sytuacji, w której Islandia odcięta jest od reszty świata i jakoś musi sobie radzić. Na spotkaniach autorskich oraz w materiałach prasowych autorka często wspominała, że zanim napisała książkę, była pewna, że ktoś wcześniej wpadł już na podobny pomysł. A jednak nie – a książka okazała się hitem. Sama przeczytałam ją z wielką przyjemnością, choć późniejsze debaty na ten temat (z Islandczykami lub nie) obudziły we mnie niepewność: czy w powieści bardziej pociąga mnie samo gdybanie na temat przyszłości, czy warsztatowo sprawnie napisana opowieść?

Zdjęcie z pisarką z Gdańskich Targów Książki, marzec 2019.

Książka musi być lepsza od Internetu

Dysleksja i hiperleksja

W nowej powieści Święte słowo Sigríður Hagalín Björnsdóttir oddaje głos Ragnheiður, sparaliżowanej kobiecie, która opowiada losy swoich dzieci: Einara i Eddy. Edda co prawda nie jest jej prawdziwą córką, ale Ragnheiður pomagała w wychowywaniu jej matce, Julii. Obie kobiety zaszły w ciążę z tym samym don juanem i postanowiły wspólnie zamieszczać, aby wzajemnie pomagać sobie wychowywać dzieci. Einar i Edda to więc niejako bliźnięta, od dzieciństwa nierozłączni i najbliżsi przyjaciele. Podobni, a jednak nie do końca: Einar jest dyslektykiem, nawet jako dorosły nie potrafi sprawnie czytać, a całe dzieciństwo kojarzy mu się ze stresem związanym z nauką czytania. Edda natomiast to jego przeciwieństwo: nauczyła się czytać w wieku 3 lat i całe dzieciństwo spędziła wśród książek, opowiadając bratu niestworzone historie. Ona – wyobcowana, autystyczna, najchętniej spędzająca czas w domu, on – towarzyski, otwarty, głodny wrażeń i przygód. Kiedy nastoletni Einar postanawia wyprowadzić się do ojca mieszkającego za oceanem, ich święte porozumienie pęka. Edda, aspołeczna i niegotowa to poznawania nowych przyjaciół, musi zmierzyć się z nową codziennością: codziennością bez brata, jej jedynego poplecznika i obrońcy.

I pewnie jako nerdka schowałaby się w swoim książkowym świecie jeszcze bardziej. Ale Edda przestaje czytać i staje się najpopularniejszą w Islandii instagramerką. Zgrzyt, ale cała historia jest na tyle ciekawa, że zaczyna się od zaginięcia dziewczyny. W kilka dni po porodzie, młoda matka opuszcza swój dom i słuch o niej zaginął. Mąż nic nie wie, jedna matka nic nie wie, druga matka nic nie wie, obserwujący i media krajowe nic nie wiedzą. Brat też nic nie wie, bo od lat ma z siostrą słaby kontakt i nowe życie siostry mniej go interesuje, jej nowa osobowość nie pasuje do niego. Ale matka każe mu szukać siostry i wysyła prostego chłopaka do Stanów Zjednoczonych, bo bilet kupiony przez Eddę to jedyny trop, na jaki wpada rodzina. Einar, z oporami, wybiera się jednak do Nowego Jorku na poszukiwania zaginionej w jednej z największych metropolii świata.

Za egzemplarz bardzo dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

UWAGA – SPOILER!

Magiczna funkcja słowa

Fabuła opisana w ten sposób trąci melodramą i mogłaby z powodzeniem stanowić kanwę scenariusza wenezuelskiej telenoweli. Tak, fabuła jest prosta, ale jednak cała magia w tym, jak skonstruowana jest sama powieść. Autorka nie opowiada nam całej historii od razu, ale dzieli ją na kawałki i podaje porcjami. Wątek nowojorskich poszukiwań Einara przepleciony jest z jego wspomnieniami z dzieciństwa oraz przemyśleniami Ragnheiður, opowiadającej historie sprzed narodzin dzieci.  Czytelnik dostaje nowe tropy, sam staje się śledczym, który próbuje połączyć wątki i znaleźć rozwiązanie. Najpierw poznaje Eddę jako powierzchowną influencerkę, a dopiero potem dowiaduje się o stwierdzonej w dzieciństwie hiperleksji i nastoletnich problemach z dostosowaniem się do reszty społeczeństwa. Edda znika, bo ma w tym jakiś cel, ale toczy z bratem grę, a ten także ma jej jedną tajemnicę do zdradzenia.

Spora część poszukiwań Einara ma miejsce w bibliotece. Brat wpada na pomysł, że Edda mogła wrócić do dawnej pasji i ma nadzieję spotkać ją w największej czytelni Nowego Jorku. Gdy pyta obsługę o zaginioną i posługuje się jej imieniem, ma się wrażenie, że autorka puszcza w tym momencie oko do każdego, kto chociaż minimalnie zna się na literaturze islandzkiej. Pracownik biblioteki wyszukuje bowiem w katalogu Eddę młodszą i przekierowuje Einara do konkretnego regału. Okazuje się jednak, że konkretne książki przybliżą brata do siostry, a wśród tomów Einar znajdzie ukrytą wiadomość.

W niej Edda opowie Einarowi bajkę, jak dawniej. Jest to jednak opowieść o tym, jak pismo niszczy swojego użytkownika. Jak niszczy każdego z nas, całą naszą cywilizację. Siostra włącza się do projektu ALEX, którego celem jest przygotowanie się do świata niezdolnego czytać (stąd nazwa – od aleksji). Litery i druk mają zniknąć, a ludzie przypomną sobie zdolność opowiadania, wrócą do korzeni, bo – jak twierdzi Edda – mózg zmuszany jest do nabywania umiejętności czytania, jest ona nienaturalna. Człowiek wymyślił pismo przeciwko samemu sobie, a przeciwnikami liter byli już filozofowie starożytni, tacy jak Sokrates. Z wywodu Eddy można wysnuć więc wniosek, że nasze przekonanie o roli pisma w budowaniu cywilizacji jest błędne, a przodkowie radzili sobie bez zapisywania: wówczas pielęgnowali umiejętność opowiadania.

Jak się zastanowić: Islandczycy faktycznie radzili sobie świetnie bez pisma. Skaldowie recytowali swoje wiersze, lögsögumenn, czyli głosili prawo z pamięci,  a mitologia nordycka była zbiorem opowieści zanim została spisana. Ale nie mogę w pełni zgodizć się z Eddą. Gdyby nie pismo, nie znalibyśmy nordyckich mitów, nie zachowałyby sie do naszych czasów. Bez kronik i sag Islandczycy byliby odarci ze swojej tożsamości, a to stare i dobrze zachowane manuskrypty są islandzkim dziedzictwem narodowym. Edda pisze o świętości słowa mówionego, ale podczas lektury miałam wrażenie, że zapomina też o wielkiej magii run – te miały swoją funkcję dopiero wtedy, kiedy zostały spisane. Choć według bohaterki opowieść to czary (i dowiadujemy się, jak istotne znaczenie miały dla rodzeństwa), akurat w tradycji islandzkiej czarami stawały się dopiero w formie zapisanej.

Science fiction?

Kiedy dowiadujemy się, że Edda cierpi na hiperleksję i wraz z bratem poddawana była w dzieciństwie dziwnemu eksperymentowi, a potem dobrowolnie zgadza się na jego kontynuację, powieść sensacyjno-kryminalna trąci już innym gatunkiem. Pasowałoby tu określenie science fiction, choć tylko rozumiane dosłownie: fikcja dotycząca świata nauki.

Zacznijmy od hiperleksji – szczerze mówiąc przed lekturą Świętego słowa nie miałam o tej przypadłości pojęcia. W treści książki czytelnik nie raz ma do czynienia z fachową terminologią neurologiczną. Pisarka wkłada skomplikowane pojęcia i nazwy w usta bohaterów-autorytetów: lekarzy, językoznawców. Sięga też po literaturę klasyczną, cytując Platona albo odwołując się do mitologii sumeryjskiej. Słowem: czytelnika mniej sprawnie poruszającego się w zagadnieniach dotyczących tych dyscyplin zasypuje faktografią, która każe mu myśleć, że historia jest wielce prawdopodobna.  Ostatecznie To narzędzie zapożyczone od Dana Browna: autor Kodu da Vinci również oparł swoją fikcję na kilku faktach, które dodają historii rysu prawdopodobieństwa, ale historiografia nie potwierdza jego teorii na temat Marii Magdaleny i tak dalej.

Czytelnik Świętego słowa chce wierzyć, że opisane w niej zdarzenia są prawdopodobne. Cytaty, odwołania – podobnie jak wycinki prasowe w Wyspie – zacierają granicę między fikcją a rzeczywistością. Powieść wciąga tak samo jak filmowy thriller: operuje napięciem, niedomówieniem, sytuacjami i historiami opartymi na faktach lub takich, które mogą się wydarzyć. Mało kto na serio boi się zombie i wilkołaków, bo wie, że nie istnieją. Ale kiedy oglądam filmy o egzorcyzmach czy nawiedzonych domach, często mam dreszcze. Fabuły Dana Browna czy Sigríður Hagalín Björnsdóttir przyprawiają o podobną ekscytację: aż chciałoby się wierzyć, że są na świecie różne sekty i instytucje tworzące różne spiski i mające kontrolę nad całym światem. Nawet pisząc o tym mam wątpliwości, czy się nie mylę.

“Książka to umierające medium”

Takie słowa padają z ust jednego z bohaterów Świętego słowa. To już nie hipoteza, to realny proces, który codziennie obserwujemy. Portale internetowe ograniczają tekst do minimum, zastępując je fotogaleriami. Infografiki stają się skuteczniejszą formą przekazywania informacji. W mediach społecznościowych większą popularnością cieszą się zdjęcia niż dłuższe wpisy. Ci, którzy jeszcze lubią i chcą czytać, łapią się za głowy: otumanione dzieciaki wpatrzone w smartfony, wtórni analfabeci, upraszczanie i obniżanie poziomu wiedzy ogólnej młodszych pokoleń, kres edukacji, koniec cywilizacji! Edda, jaką poznajemy, wydaje się ucieleśnieniem tego “wroga” współczesnej inteligencji: powierzchowna, pozująca do selfies z dziubkiem, królowa social media. Sigríður Hagalín Björnsdóttir odwraca jednak kota ogonem i mówi: spójrzcie, może pismo, czytanie, książki wcale nie są nam potrzebne? Więcej, może nam szkodzą? Może to dobrze, że wracamy do źródeł, jakimi były piktogramy? To nie jest opinia samej pisarki, to słowa wielu językoznawców broniących nowej formy wyrażania emocji: emoji i emotikonek.

Święte słowo to jednak paradoks, bo zaprzecza samo sobie. To książka, pismo, które traktuje o wadach pisma. To opowieść o molu książkowym, który nie ma przyjaciół, bo spędził dzieciństwo w bibliotece. Edda marzy o tym, aby zatracić umiejętność czytania. A przynajmniej uwolnić się od potrzeby ciągłego przyklejenia do książek. Czy taka powieść spodoba się zapalonym czytelnikom? Czy miłośnicy literatury ocenią ją dobrze? W końcu to książka wymierzona przeciwko nim. A przecież książka świetna – otwierająca pole do dyskusji na wiele tematów, będąca głosem w ważnej i szerokiej debacie. Moim zdaniem – bardzo potrzebna. No i świetnie napisana.

Pismo ma swoje wady, a widać je w samej książce. Książce-rzeczy, a nie samej powieści. To już nie pierwszy raz, kiedy literatura islandzka wydawana jest bez islandzkich znaków. Miłośnikowi Islandii mocno rzuca się to w oczy, a nie wierzę, że to dzieło tłumacza czy braki w fontach. Co kierowało redaktorem/wydawcą, aby podjąć taką decyzję? Mam wrażenie, że podobne błędy da się wybaczyć wydaniom z lat 70., ale dzisiaj są właściwie niewybaczalnie. Stąd moja prośba do Wydawnictwa Literackiego: przy następnej wydanej przez Państwa książce islandzkiej (a liczę na więcej!) proszę o znaki islandzkie. Jeszcze nie zawładnęła nami aleksja, więc homo legens domaga się w tekście wszystkich literek z Orsmbók cytowanej przez samą autorkę w motta powieści:

Potępiona Thule

autor: Einar Kárason
tytuł: Wyspa diabła
tłumaczenie: Jacek Godek
rok: 2019
wydawnictwoMarpress
liczba stron: 244

Z klasykami jest niemal zawsze to samo. Najpierw oglądasz film, a dopiero potem czytasz książkę.

U mnie tak właśnie było z Diabelską wyspą czy Wyspą Diabła, bo pod tą pierwszą nazwą poznałam film, a pod tą drugą – książkę. Film puszczali w ramach festiwalu Ultima Thule, a najlepiej pamiętam z niego Baltasara Kormákura ucharakteryzowanego na Jamesa Deana czy innego Elvisa.  Książkę, bez wątpienia jeden z najważniejszych tytułów współczesnej literatury islandzkiej, poznałam dopiero teraz, przy jego drugim polskim wydaniu. A samego autora, Einara Kárasona poznałam przy okazji Gdańskich Targów Książki. Był tam też tłumacz drugiego wydania, Jacek Godek.

Książkę poznałam w ostatniej kolejności, a więc nie da się nie oceniać jej przez pryzmat pozostałych danych. Tuż po skończeniu lektury szukałam filmu (reż. Friðrik Þór Friðriksson, 1996), aby odświeżyć sobie pamięć i przekonać się, czy jest on bardziej ekranizacją, czy adaptacją. Ale na razie muszę pozostać w niepewności o tym, ile z książki faktycznie znajduje się w filmie. Skoro pamiętam głównie Kormákura, odgrywającego rolę Baddiego, to zakładam, że produkcja skupia się na tej części historii, kiedy chłopiec jest już dorosły i powraca z Ameryki przywożąc ze sobą lansiarski wóz, buty w szpic i rock’n’rolla. A cała filmowa historia oscyluje właśnie wokół amerykańskiego snu, o czym pisałam w recenzji dla Studenckiego Klubu Islandzkiego:

Zadziwiające, jak niewiele powstało filmów islandzkich o tak jasnym odniesieniu do miejsca Ameryki w wyobraźni Islandczyków w latach 50.  (…) A  temat jest bardzo ciekawy, bo od połowy XX w. Islandia ma więcej wspólnego z USA niż Europą.

W książce ten wątek amerykański jest ważnym, jeśli nie dominującym dla zrozumienia perypetii mieszkańców Thulecampu. Reykjawickie baraki, w których mieszka rodzina Thomassonów i ich znajomi, to w końcu budowle pozostawione przez żołnierzy amerykańskich. “Jankesi” wciąż obecni są w życiu codziennym Islandczyków, wracają też często we wspomnieniach domowników i opowieściach ich sąsiadów, traktowani z szacunkiem albo poirytowaniem. Owocem spotkań Islandek z Amerykanami są tutejsze dzieci, a małżeństwo Gogo z przybyszem zza Oceanu jest głównym źródłem dostatku i wysokiej pozycji rodziny Thomassonów w całym Thulecampie. Ameryka to dla Islandczyków kraj nowinek technologicznych i możliwości: aparatów fotograficznych, samochodów, lepszej pracy czy modnych mebli. Ale dla innych jest też miejscem niepewnym i podstępnym, szczególnie gdy przyciąga młodych chłopców, osieracając Islandię.

Ale w książce historia toczy się też tu i teraz, a więc w Reykjaviku z lat 50. W barakowym getcie życie wygląda jednak inaczej niż w sąsiadujących z nimi blokach. Tam ludzie mają zawody, pieniądze na kontach, są wykształceni i przeszkadzają im mieszkańcy baraków. Ci bowiem są głośni, awanturniczy, piją i marnują czas. Jeśli dzieci z baraków pójdą do szkoły, są obśmiewane przez okoliczne dzieci. Potrafią się jednak odgryźć mocnymi razami, a buńczuczną młodzież próbuje się opanować zajęciami sportowymi. W tym mikrokosmosie pijaków i bijących ich żon panuje jednak solidarność i wsparcie, którego ucieleśnieniem jest największy autorytet w okolicy: drobny kupiec Thomas i jego żona Karolina, lokalna wróżka. Mieszkańcy Starego Domu zdają się zarządzać całą dzielnicą baraków, bo mają jakieś wykształcenie, szacunek ludzi z zewnątrz i córkę w Ameryce.

Lina trzęsie barakami ze względu na swój dar widzenia przyszłości i niewyparzony język. Ale zaskakuje szczególna pozycja Thomasa – starego wilka morskiego, który zdobywanie mórz zamienił na bezinteresowną pomoc bliskim, zaangażowanie lokalne i uczciwą pracę przynoszącą jakieś dochody. Postać ta nie pasuje do Thulecampu, ale może właśnie dlatego jest tak ważnym bohaterem w tej sadze rodzinnej. W niej odnaleźć można kilka cech samego autora, Einara Kárasona, który większość życia spędził na statku i umilał sobie pracę na morzu lekturą książek, tak jak Thomas urozmaica sobie godziny w sklepie słuchając fińskich koncertów akordeonowych. 

Wyspę Diabła czyta się jak sagę. Nie tylko ze względu na konstrukcję historii, która wprowadza każdego z członków rodzinny po kolei do akcji. Wątki przybliżające dzieje poszczególnych osób pojawiają się jednak niespodziewanie, a pewnych relacji nie da się czasem wygodnie prześledzić. Z sagami łączy powieść również język, choć trudno orzec, czy to zasługa samego autora, czy tłumacza. Styl Jacka Godka bezsprzecznie kojarzy się ze stylem sag, ale stosowane przez Kárasona poczucie humoru i mówienie o kwestiach fizjologicznych wprost jest charakterystyczne dla stylu XIII-wiecznych manuskryptów. Pytanie, czy tłumacz lub autor robią to świadomie, czy obaj zanurzeni są w tych średniowiecznych tekstach do tego stopnia, że mówią ich językiem.

Słyszałam o tej książce opinię, że lekturze towarzyszy i śmiech, i łzy, a czasem śmiech przez łzy. Mi często towarzyszyły niesmak i złość, ale nie z uwagi na bezpardonowe opisy scen toaletowych, ale niektóre cechy głównych bohaterów. Dlaczego Lina jest tak zapatrzona w swojego wnuka, Baddiego, że nie dostrzega jego wad, szczególnie gdy chłopiec stawia cały dom do góry nogami co weekend, spraszając do siebie kolegów? Dlaczego Thomas daje za wygraną innym, stawiając siebie i swoje interesy zawsze na drugim miejscu, poświęcając się dla sprawy? Dlaczego wiele postaci jest tak naiwnych i pozbawionych wyobraźni czy chociażby zdrowego rozsądku?

Zdaje się, że Kárason maluje realny portret biedniejszych mieszkańców Reykjaviku lat 50. Co prawda uprzedza czytelnika, że “historia ta jest prawdziwą, choć opisane wydarzenia i postaci zostały zmyślone”, ale możemy założyć, że książkowi mieszkańcy Thulecampu oparci są na prawdziwych Islandczykach, którzy po wojnie przeprowadzali się ze wsi do miast by wieść życie, o którym pomarzyć mogli w amerykańskim śnie. Ich jedyną ambicją jest stwarzanie pozorów i zarabianie, a nawet magazynowanie, pieniędzy, czego przerysowanym przykładem jest para Fia i Toti. Komiczni niczym muminkowi Topik i Topcia, strzegą swoich skarbów za wszelką cenę i mówią własnym językiem, w którym rozpoznajemy słowo klucz: piiniądze. Portret malowany przez Kárasona jest na wpół realistyczny, ma bowiem w sobie również cechy karykatury. 

Czy Islandia jest diabelską wyspą? Czy w treści książki choć raz pada takie stwierdzenie? Pewnie z perspektywy ziemi obiecanej, jaką w tamtym czasie była Ameryka, odpowiedź brzmi “tak”. Ale wozy, telewizory, winyle i multipleksy docierają w końcu na Islandię, a więc amerykański blask oświetla również i przeklętą Thule, nawet zapomniany przez bogów (i władze miasta) barak Thulecamp. Synowie marnotrawni powracają do ojczyzny, ale Baddi reprezentuje w sobie wszystko to, co kojarzyłoby się komunistom ze zgniłym zachodem. Zachwyceni nowoczesnością Islandczycy zdają się jednak nie zauważać tego zepsucia, choć w Thulecamp pamięta się jeszcze ciężką pracę na roli i trudne dzieciństwo. Może właśnie dlatego dziadkowie ulegają dzikim pomysłom rozpuszczonego młodziaka i dają się uwieźć urokom młodości, odkładając tradycyjne formy wychowania na bok i wsadzając w dłoń chłopaka banknoty stukoronowe.

Czy powieść Kárasona miała być przestrogą przed kapitalistycznym rozpasaniem Islandii? Czy w drugim wydaniu zachowuje aktualizm i świeżość przesłania? Choć opowieść o Wyspie sprzed ponad pół wieku wydaje się archaiczną i nudną lekcją o historii, może być ciekawą inspiracją dla zrozumienia Islandczyków współczesnych. Szczególnie, że Wyspa diabła to klasyk i przeczytał ją podobno co ósmy Islandczyk.

Za książkę, oraz ekoopakowanie przesyłki, dziękuję Wydawnictwu Marpress.

Czytaj więcej:

Farma pełna światła

autor: Steinunn Sigurðardóttir
tytuł: Farma Heidy
tłumaczenieJacek Godek
rok: 2019
wydawnictwo: Kobiece
liczba stron312

Kiedy podczas Gdańskich Targów Książki Karolina Gruszka czytała fragmenty książki Farma Heidy, świeżo zresztą wówczas przetłumaczonej przez Jacka Godka, zapadła mi w pamięć raczej historia o kobiecie, która zrezygnowała z kariery modelki dla pracy w gospodarstwie. Z czytanych fragmentów wyobraziłam sobie, że ta piękna, wysoka blondynka, Heiða Ásgeirsdottír, marzyła o wyjeździe w wielki świat, ale tradycja kazała zostać jej na ojcowiźnie. Cieszę się, że mogłam zanurzyć się w lekturze tuż po premierze książki i całkowicie zmienić zdanie o Islandce, której historię spisała Steinunn Sigurðardóttir.

Heiða to postać istniejąca naprawdę. Faktycznie zapowiadała się na modelkę, ale w życiu próbowała wielu zawodów i zajęć. Nauczycielka wf-u, poetka, policjantka, właścicielka dużego gospodarstwa, krasomówczyni, rolniczka, lokalna polityk, parlamentarzystka, działaczka ekologiczna. Wszystkie role przenikają się ze sobą, ale Heiða wielokrotnie podkreśla, że najważniejszą z nich jest prowadzenie gospodarstwa o pięknej nazwie Ljótarstaðir, które można tłumaczyć jako “farma światła”, a przynajmniej tak chce rozumieć tę nazwę właścicielka. Praca na nim, podlegająca rytmowi pór roku, organizuje układ całej książki według czterech głównych części: Lato, Jesień, Zima, Wiosna. W każdej z nich przedstawione są najważniejsze obowiązki dla danej pory roku: latem żniwa, jesienią redyk i strzyżenie owiec, zimą spis ciąż w całej Islandii, wiosną wykot. Opieka nad całkiem licznym kierdlem i związane z nią obowiązki to praca na cały etat i przez wszystkie dni w roku, z okazją do jedynie krótkich wakacji za granicą.

Meet Heiða, a sheep farmer at Ljótarstaðir in Skaftártunga in South Iceland. She keeps 500 sheeps and it can take a few days to shear them all.

Publicerat av Inspired by Iceland Fredag 13 januari 2017

I być może gdyby historia Heiðy była tylko opowieścią o przywiązaniu islandzkiego chłopa do ziemi i cykliczności pór roku, odłożyłabym ją z niesmakiem, bo Chłopów to się czytało w liceum. A jednak pozycja ta zrobiła furorę w samej Islandii i za granicą, niemal sto lat po przyznaniu Reymontowi Nobla. Urok Farmy Heiðy polega na niej samej. Po pierwsze: to kobieta samodzielnie zarządzająca wielkim gospodarstwem. Nawet jeśli islandzki feminizm nas nie dziwi, to jednak nawet na Islandii kobieta na farmie to rzadkość. Choć nie jest jedyną rolniczką w regionie, wielokrotnie zawstydza kolegów po fachu umiejętnością wywiązania się z trudnych zadań bez pomocy. Ale i sukces Heiðy polega na tym, że pomimo swojej wrodzonej nieśmiałości i dość skąpej towarzyskości,  może liczyć na duże grono rodziny i przyjaciół pomagających jej w najtrudniejszych zadaniach.

Heiða nie ma partnera ani dzieci, ale nie jest samotna. Mieszka z matką, czasem przyjmuje licznych gości. Otacza się zwierzętami, których traktuje jak bliskich przyjaciół. A do tego udziela się w swojej społeczności, co z trudem mieści się w dość napiętym harmonogramie zajęć. Mimo nawału pracy w gospodarstwie, angażuje się w działalność ekologiczną, idąc na wojnę z firmami planującymi budowę elektrowni. Determinacja i przywiązanie do małej ojczyzny doprowadzi ją nawet do udziału w polityce krajowej, kiedy w wyborach parlamentarnych zostaje wybrana na reprezentantkę swojego okręgu. Między sondą do liczenia ciąż a prowadzeniem traktora Heiða odbiera więc kilkadziesiąt telefonów dziennie i odpisuje na wiadomości, jedną ręką w macicy owcy lub na kierownicy.

Wydaje się jednak, że bez ryzyka i odrobiny szaleństwa życie Heiðy po prostu nie miałoby sensu. Dlatego wciągamy się w jej historię, choć osobie mającej zerowe doświadczenie w pracy z owcami specjalistyczna terminologia może odebrać chęć na dalszą lekturę. Nazwy różnych rodzajów umaszczenia islandzkich owiec są tu jednak przeplecione poezją. Krótkie formy autorstwa samej Heiðy, fragmenty jej ulubionych utworów czy wierszowane odpowiedzi na listy od jej przyjaciół nie zdziwią czytelnika przyzwyczajonego do literackiego dziedzictwa Islandii, ale zszokują każdego, kto po farmerze spodziewa się tylko spędzenia wolnego czasu na siedzeniu przed telewizorem.

Heiða łamie wiele stereotypów. Pewnie na Islandii popularność książki wiążę się z heroiczną walką bohaterki o lokalną przyrodę, być może wątki ekologiczne przyniosły książce sukces również za granicą. Myślę jednak, że poza ekologią pozycja ta porusza wiele innych uniwersalnych tematów. Zahacza o feminizm, bo ten osobisty wywiad-rzeka zręcznie spisany przez pisarkę stawia przed czytelnikiem obraz silnej i pewnej siebie kobiety, która zmaga się z fizycznymi i psychicznymi słabościami, by robić to, co daje jej szczęście okazało się pracą jej marzeń. Mimo predyspozycji do wielkiej kariery na światowych wybiegach, bohaterka zamiast szpilek wybiera gumowce, nie boi się ubrudzić, zmęczyć ani nie kryje, że rozrywki “typowo męskie”, takie jak przepychanie się i bijatyki, przynoszą jej dużo radości.

Mimo wstępnego, mylnego, wyobrażenia o książce, spodziewałam się, że znajdę tu więcej szczegółów o ekologicznej działalności bohaterki. I choć opisana jest ona dokładnie w części “Lato”, wątek nie jest poprowadzony przez pozostałe pory roku, a wydaje mi się, że też niezbyt pogłębiony. Dowiadujemy się co prawda, w jaki sposób biznesmeni z Reykjawiku starają się przekonać lokalnych mieszkańców do swoich niecnych planów , ale tak naprawdę nie wiemy, jak dokładnie kończy się cała sprawa. Heiða często jednak przypomina o swoich ekologicznych poglądach choćby wielokrotnie podkreślając, że nienawidzi bezsensownego zabijania zwierząt czy sprawia im bólu. Dzieli się również cennym spostrzeżeniem, który ukoronował moją lekturę tę książki i przyczynił się do ostatecznej ,bardzo dobrej, oceny tej pozycji:

Ekologia zwiastuje nową optykę i nowe czasy. Kiedy one się zmieniają, ludzie nie dają sobie rady z ideami. Bo przecież nie każdy zwolennik budowy elektrowni jest zwolennikiem niszczenia krajobrazu… To mogą być osoby szanujące przyrodę, dbające o nią, ale niepotrafiące poradzić sobie z takimi pojęciami jak ekologia czy ekolog… Odbierają je jako agresję.

Lektura z widokiem na owce.  Gospodarstwo w Sieradowicach pod Bodzentynem.

Sonety z krańca świata

autor: Krystyna Konecka
tytuł: Ultima Thule. Głosy Islandii (eng: Voices of Iceland)
tłumaczenie na angielski: Ewa Sherman
rok: 2017
wydawnictwo:
BUK
liczba stron: 58

Gdy tylko dowiedziałam się o istnieniu tej publikacji, zapragnęłam ją mieć. Nie tylko dlatego, że zbieram wszystkie polskie wydawnictwa dotyczące Islandii, ale głównie ze względu na tytuł. Odkąd wymyśliłam nazwę dla swojego projektu wiele osób wyprowadza mnie z błędu, jakoby Ultima Thule to faktycznie była Islandia. Wiem to, nie ma pewności, o jaką wyspę chodziło greckiemu geografowi. Ale tradycyjnie przyjęło się, że chodzi o Islandię, choć dziś podobnie określa się chociażby Grenlandię…

Zatem już jedno łączy mnie z autorką sonetów, Krystyną Konecką. Obie uważamy, że Ultima Thule to Islandia. Z internetu dowiaduję się, że ta uznana poetka pochodzi z Białegostoku, a jedyne informacje o zbiorach jej sonetów napisanych pod wpływem pobytu na Islandii znajduję w krótkich relacjach z wieczorów autorskich stolicy Podlasia. Umieściłam ją więc na liście życzeń i życzyłam sobie, że jeszcze uda mi się książkę zdobyć. I udało się, choć dość nieoczekiwanie. Kolega Julian z Klubu Islandzkiego postanowił mi ją sprezentować na urodziny, ale w dniu imprezy wręczył mi przykład literatury farerskiej, bo sam przekonał się, że szukał białego kruka. Ale ponoć dzień po naszym spotkaniu dostał odpowiedź na wiadomość wysłaną do tłumaczki sonetów, prywatnie córki poetki, Ewy Sherman. Zgodziła się udostępnić jeden z zachowanych egzemplarzy. Tak trafił w moje ręce, z autografem!

Kiedy Julek wręczał mi książkę, byłam realnie podekscytowana. Kim może być podlaska poetka, o której lokalne media piszą “Maskonurzyca na skrzydłach sonetów“? W ostatnim roku poznałam prawdziwą poetkę-wariatkę oraz co najmniej trzy miłośniczki Islandii, które są zafiksowane na punkcie Wyspy tak samo jak ja. Powiedziałam więc koledze ze SKI, że ktoś, kto pisze o Islandii sonety musi być co najmniej wypadkową tych dwóch. Ktoś, kto publikuje je niemal własnym sumptem, z autorskimi fotografiami, przetłumaczone przez własną córkę… Cóż, nic, tylko zabrać się za lekturę i mieć nadzieję, że kiedyś spotkam autorkę i znajdę odpowiedź na wszystkie pytania.

Cały tom przeczytałam w drodze autobusem do metra. Może mało to poetyckie, ale taka jest właśnie poezja życia. Sonety ze względu na swoją naturę są krótkie i treściwe, a w zbiorze znajduje się ich 23 (każdy z tłumaczeniem i zilustrowany fotografią). Choć nie jestem z poezją w największej przyjaźni, a z sonetów dogłębniej wczytałam się tylko w Shall I compare thee to a summer’s day Szekspira, bo uczyliśmy się go na pamięć w szkole, to jakaś reszta wrażliwości estetycznej, która tkwi we mnie po latach studiów historyczno-artystycznych pozwoliła mi zachwycić się prostotą i lekkością, z jaką poetka układa zachwyt Islandią w skomplikowany układ tetrastychów i dystychów. Choć nietypowy szyk wyrazów czasem każe oczom zatrzymać się nad jednym wersem na dłużej, umysł samoistnie wpada w rytm świetnie poprowadzonych  rymów.

Czytałam już wiele relacji z podróży po Wyspie, z którymi łatwo było mi się zidentyfikować.  Po raz pierwszy spotkałam się jednak z podmiotem, który widzi Wyspę naprawdę tak jak ja: nie tylko przez pryzmat pięknych i nietypowych, ale – umówmy się – już dość oklepanych literacko widoków. W poezji Krystyny Koneckiej wciąż pojawiają się motywy, którym dotąd nikt nie poświęcał tyle uwagi w uczuciowym raporcie z podróży.  Poetka opisuje wizytę w domu Halldóra Laxnessa, odwołuje się do rzeźb Ásmundura Sveinssona czy Thorvaldsena, a nawet w jednym z wierszy pojawia się nazwisko Tove Jansson, nad której twórczością ostatnio dużo rozmyślałam. I w końcu dwa sonety poświęcone Ultima Thule, czym poeta chwyta mnie za serce.

Podczas lektury sonetów Krystyny Koneckiej towarzyszył mi zachwyt nad jej umiejętnością opanowania trudnych zasad budowy sonetu i zawarcia esencji o danym miejscu/zjawisku w jednym utworze. Nawet jeśli czasem metafory są za ciężkie albo zbyt skomplikowane, z tomu wyłania się niezwykły i bardzo nietypowy obraz Wyspy. Kraj poezji skaldycznej opisany w wierszach.

Bardzo dziękuję tłumaczce tekstów za podarowanie tego niezwykłego tomu poezji. Dziękuję również za angielskie tłumaczenia, które pozwolą przybliżyć Islandczykom takie – bliskie mojemu – spojrzenie na Wyspę.

Moja (i tylko moja!!!) Islandia

autor: Anna Magdalena Węcławiak
tytuł: Moja Islandia
rok: 2013
wydawnictwo:
Novae Res
liczba stron: 74

Polowałam na nią od dawna, podobno pierwsze wydanie dostępne było tylko na Islandii. Więc czekałam cierpliwie, że w końcu znajdę ją na Wyspie albo ktoś z mieszkających tam znajomych mi ją pożyczy. W międzyczasie pojawiło się nowe wydanie, tym razem dostępne w Polsce. Koleżanka kupiła mi ją na urodzinowy prezent, a wręczając książkę, powiedziała: “To żart, nie książka. Taka cieniutka, a za cenę normalnej książki”.

Ale przecież nie o wartości pieniężnej książki chcę tu napisać. Gdybym jednak miała przeliczyć swoje rozczarowanie na pieniądze, a książkę kupiła z własnych środków, pewnie po lekturze wykrzyknęłabym “Oddajcie mi moją kasę!!!”. Ale że jestem prawdziwym islandofilem z ambicją skompletowania całej półeczki pozycji o Islandii, ta niewielka książeczka zostanie u mnie na półce, jako kolejny przykład jak nie pisać o Islandii.

Nawiązałam do Rekina i barana Marty Biernat celowo, bo mam wrażenie, że autorka skądinąd skandalicznej książki mocno inspirowała się stylem Magdaleny Anny Węcławiak. Otóż podczas lektury Mojej Islandii  towarzyszy nam istny strumień świadomości. 74-stronicowy tekst nie podzielony został na żadne sekcje czy rozdziały, jest tylko początek i koniec, a po środku wszystkie możliwe informacje i ciekawostki, które autorka jakby wylała z siebie podczas jednego ze spotkań z koleżankami. Rozmowa pod tytułem “Ale ta Islandia jest piękna, a Islandczycy nudni i beznadziejni”. Serio.

Dawno nie spotkałam się z takim zagęszczeniem stereotypów i anegdot, a tekst nie jest nawet z założenia satyryczny. Wydawałoby się, z perspektywy tylu lat przemieszkanych na Islandii, zbudowaniu polsko-islandzkiego domu i wybraniu Wyspy na swoją drugą ojczyznę, spostrzeżenia autorki będą co najmniej sprawiedliwe. Niestety, pisze ona o Islandczykach w sposób bardzo uproszczony. Zdaniem autorki, która – przypominam – od lat mieszka, pracuje i żyje wśród Islandczyków, mieszkańcy Wyspy są flegmatyczny, leniwi, “wyjątkowo nienadpobudliwi” i nierozgarnięci. I może tylko ja reaguje na takie ogólniki, bo naczytałam się mądrych prac antropologów i socjologów, ale na każdy taki sąd przypomina mi się historia z pewnego slajdowiska, na którym obecni byli również Islandczycy. Polka opowiadająca o swoim pobycie na jednej z islandzkich farm i spostrzeżeniach dotyczących spotkanych tam Islandczyków, dużo uwagi poświęciła oddawaniu gazów i bekaniu (o tym pisze też Węcławiak). Obecna na sali Islandka (wokalistka na co dzień mieszkająca w Berlinie) była bardzo zaskoczona i powiedziała, że takie rzeczy nie należą do codzienności. Wniosek? Obie Polki opisywały prostych ludzi spotkanych na wsi i w zakładach rybnych, a kto mi powie, że Polacy na wsi nie bekają i nie pierdzą? W Reykjaviku nigdy nie doświadczyłam takiego zachowania. Dlatego nie uważam, że sprawiedliwym było napisanie, że “Manierami przy stole też się nikt specjalnie nie przejmuje”. Bo Islandczycy są przecież różni, halo!

Anna Magdalena Węcławiak pisze o wszystkim, ale właściwie niczego się z tej książki nie dowiemy. To zbiór subiektywnych spostrzeżeń gęsto doprawionych wspomnieniami z Polski i przechwałkami autorki. Albo jest od Islandczyków sprytniejsza, albo bardziej pracowita, albo mądrzejsza. I pewnie znowu przesadzam, ale żartobliwy nawet styl w niektórych miejscach tekstu nie uratuje mojego spostrzeżenia, że w taki sposób nie powinno się pisać. Owszem, to “Moja Islandia”, ale ma się wrażenie, że nie ma tu miejsca na inny punkt widzenia, że perspektywa autorki jest jedyną i słuszną.

Naprawdę możecie sobie darować tę lekturę. Co prawda zajmie Wam ona tylko jeden wieczór, ale lepiej w zamian przeczytać sobie dowolny przewodnik albo po prostu bloga. Aż dziw bierze, że takie książki są z powodzeniem wydawane, a pisarze, którzy naprawdę mają coś ciekawego do powiedzenia, muszą się ze swoimi elaboratami przebijać.

Lawa, owce i gumowce

autor: Agnieszka Rezler
tytuł: Lawa, owce i lodowce. Zadziwiająca Islandia
rok: 2017
wydawnictwo:
Dolnośląskie
liczba stron: 296

Niech nie zwiedzie Was pozornie prześmiewczy tytuł tej recenzji! Oddaje on bowiem bardzo osobisty, ciepły odbiór książki. I od razu uprzedzam, że jak książka jest subiektywnym opisem podróży na Islandię, tak moja recenzja będzie mało obiektywna.

Choć znam Lawa, owce i lodowce. Zachwycająca Islandia Agnieszki Rezler od dawna, nigdy nie zagłębiłam się w lekturę, bo moje autorytety czytelnicze podszeptały, że “jako prawdziwa fanka Islandii na pewno niczego nowego się z niej nie dowiem”. Aż w końcu dostałam książkę w prezencie urodzinowym. Skoro weszła w moje posiadanie, postanowiłam dać jej szansę. I wiecie co? Głupio mi, że dałam sobie wmówić niedorzeczności. Po pierwsze: nie wiem wszystkiego o Islandii. Po drugie: pozycja Agnieszki Rezler od samego początku broni się przed zaklasyfikowaniem jej jako przewodnika, kompendium wiedzy, “Islandii w pigułce”. I bardzo dobrze!

Gumowce w tytule dlatego, że z każdą kolejną stroną wciągałam się w opowieść z wakacyjnego objazdu po Islandii tak, jakbym wspominała własne pobyty na Wyspie (a objechałam Fiordy Zachodnie w butach na gumowej podeszwie). Czytając tę subiektywną relację nie towarzyszyło mi jednak poczucie nieautentycznego relacjonowania wydarzeń jak w przypadku innych pozycji, a swobodny i kreatywny styl literacki bardzo daleki był od bajania i oblewania Islandii miodem. Podczas lektury na mojej twarzy często pojawiał się szeroki uśmiech, ale czasem też objawy zazdrości. Dlaczego ja nie napisałam tej książki? Gdybym to zrobiła, wyglądałoby to całkiem podobnie!

Autorka nie marzyła może o wyjeździe na Islandię przez długie lata, ale dosyć jasno daje nam do zrozumienia, że przygotowania do podróży życia trwały wystarczająco długo, żeby przeczytać najważniejszą literaturę przedmiotu, naoglądać się zdjęć i map, zrobić długą listę miejsc wręcz obowiązkowych do zwiedzenia.  Cały ten proces: kompletowanie map, zakup przewodników, czytanie sag, pakowanie odpowiedniej odzieży i szacowanie kosztów to tak naprawdę najbardziej ekscytująca część podróży na Islandię. Śledząc perypetie rodziny przygotowującej się do podróży, udzielają nam się ekscytacja i niepewności autorki. A ponieważ do odlotu z warszawskiego lotniska dzieli nas około 20 stron tekstu, apetyt rośnie. Tak jakbyśmy mieli lecieć na Islandię razem z Agnieszką Rezler – nie możemy się po prostu doczekać startu samolotu!

Połknęłam książkę w dwa wieczory. Czytało mi się ją tak dobrze, że nie mogłam uwierzyć, że trasa zakończyła się jeszcze przed Höfn. Sama nie dotarłam dalej, dlatego miałam wielką nadzieję, żeby podróżować z książkową rodziną dalej na Wschód, aby uzupełnić braki w przeżyciach i zachwytach nad Islandią. Właśnie: zachwytach? Podtytuł książki nazywa Islandię “zachwycającą”, ale nie przeczytamy o tym, że coś przytłoczyło autorkę albo czemuś nie mogła się nadziwić. Zachwyt ten jest w gruncie rzeczy bardzo chłodny, dlatego jesteśmy w stanie przeczytać książkę do końca. Autorka wstrzymuje się od polewania Islandii lukrową polewą, a choć dość często zdarza się jej przywoływać wyświechtane anegdoty albo powoływać się na elfy, proporcje są bardziej niż wyważone. Mówi to Wam osoba, która wychodzi z podróżniczych slajdowisk zaraz po tym, jak prelegent przywoła żart o wstawianiu z islandzkiego lasu.

Książkę czyta się przyjemnie głównie ze względu na język. Jest plastyczny, a pióro lekkie. Czuć, że mam w ręce dzieło kogoś, kto często pisze, więc upewniam się: tylne skrzydełko okładki potwierdza, że autorka jest dziennikarką. Więcej: pisze o wnętrzach! Ach, to już prawie jak bliźniacza dusza! Wśród wielu celnych i naprawdę świeżych spostrzeżeń na temat Islandii i Islandczyków z większą uwagą czytam te dotyczące architektury. Tak dużo pisze się o islandzkiej naturze, a tak mało o kulturze (chyba że sagach, kinie i rúnturze). Tymczasem Rezler stawia mądre pytania. Dlaczego architektura islandzka nie czerpie z islandzkiego krajobrazu? Dlaczego domy są tak nudne i bez polotu, skoro otaczają je cuda natury? Autorka celowo nie uwzględnia w przemyśleniach stolicy, choć mam wrażenie – a chyba chronologia się zgadza – że podczas pierwszego pobytu nie widziała jeszcze Harpy. Gdyby tak było, jestem pewna, że wspomniałaby tę niezwykłą budowlę chociażby raz. Zresztą, mam chyba odpowiedź na pytanie, dlaczego budownictwo islandzkie jest pozbawione wyrazu. Z pomocą przyszli mi Japończycy i ich proste, minimalistyczne pawilony. Jeśli żyje się na trzęsącej ziemi i w cieniu wybuchających wulkanów, nikomu chyba nie opłaca się inwestować w estetyczny walor domu, który w każdej chwili przecież może się zawalić.

Plusem są dla mnie również cytaty ze znanych i bliskich mi książek. I to nie tylko islandzkie sagi i polskie książki o Islandii, ale też literatura skandynawska. Autorka zresztą bardzo często pisze o “skandynawskim charakterze” Islandii, a tutaj mogłabym z nią mocno polemizować. Ma jednak na swoją obronę kolejne słuszne spostrzeżenie, mianowicie że islandzki wystrój wnętrz wyróżnia stosunek do oświetlenia. W końcu skandynawski design i skandynawskie malarstwo pejzażowe od lat analizuje się przez ten wspólny mianownik: inne światło.

Jeśli koniecznie mam opisać tu jakieś wady książki, to z miejsca się poddaję. Nie dlatego, że jest to idealna książka o Islandii. Jest dokładnie tym, czego się po niej spodziewamy, dlatego nie mamy żadnych “ale” i żadnego rozczarowania. Jeśli szukamy w niej przewodnika/poradnika, który przygotuje nas do pierwszej podróży na Wyspę i mocno się wczytamy, znajdziemy tam między wierszami nazwy hoteli i firm, które organizują fajne wycieczki po interiorze. Ale chyba największym atutem tej książki z cyklu “subiektywnych opisów wakacji na Islandii” jest to, że rodzina podróżuje po Wyspie tak, jak pewnie robiłaby to w innych miejscach świata: czyli normalnie. Możecie się zdziwić, ale dla mnie opis wycieczki po Islandii pozbawiony autostopu, jedzenia z puszek i spania kątem w pralni przydrożnego hostelu to prawdziwy biały kruk! I za to chyba należą się największe gratulacje: autorce udało się mnie zadziwić, a więc “taka niby znawczyni Islandii” dowiedziała się o ulubionej Wyspie czegoś całkiem nowego 😉

dav

Zostanie tylko Islandia

autor: Berenika Lenard. Piotr Mikołajczak
tytuł: Zostanie tylko wiatr. Fiordy Zachodniej Islandii
rok: 2019
wydawnictwo:
Czarne
liczba stron: 264

W 1952 roku ostatni islandzcy osadnicy odpłynęli z Hornstrandir. Ślady ich życia powoli zaczęły znikać, a półwyspem znów zawładnęła natura. Mieszkańcy przeprowadzili się w przyjaźniejsze rejony, zostawiając za sobą ponadtysiącletnią historię ujarzmiania ziemi, będącej dziś jednym z najpiękniejszych rezerwatów przyrody na świecie. Wielu współczesnych Islandczyków twierdzi, że Hornstrandir opustoszał, ponieważ był jednym z najtrudniejszych do życia zakątków kraju. Sądzono, że jego mieszkańcy pochodzili z innego świata.

Fiordy Zachodnie Islandii to jeden z najrzadziej odwiedzanych regionów na Wyspie. Nie dochodzi tu Jedynka, więc wielu turystów nie zapuszcza się w te rejony, natomiast sami Islandczycy raczej stąd wyjeżdżają, niż tu przyjeżdżają. Wielka to szkoda, bo tutejsze widoki są nie do opisania. Fiordy odbijające się w krystalicznie czystej wodzie mienią się całym gradientem kolorów, droga wijąca się zgodnie z zygzakowatą linią brzegową przyprawia o zawrót głowy. Gdy przemierzałam Fiordy autostopem, drogi były puste, domy opuszczone, ale ludzie życzliwi i bardzo gościnni. Opuszczając Ísafjörður, stolicę tego regionu, złapałam okazję bardzo szybko, a kierowca po kilku minutach rozmowy stał się moim przyjacielem. Zaproponował, że przewiezie mnie na Hornstrandir, ale – oszołomiona tą propozycją – nie przyjęłam jej. Zatrzymaliśmy się za to w Súðavík, gdzie opowiadał mi o lawinach. Już na krańcu Fiordów wzięła mnie do siebie prawdziwa czarownica. Miała srebrne włosy aż do pasa i długie paznokcie, zarażający uśmiech i Kaleo w głośnikach. Znała każdy pagórek i opowiadała historie o swoim ojcu.

Starając się nie popaść w banały, nie powiem, że Fiordy Zachodniej Islandii mają w sobie coś magicznego. Ale lektura książki Zostanie tylko wiatr… przekonała mnie o tym, jak bardzo chcę tam wrócić. Że jest coś w tych odległych zakątkach, co sprawia, że do nich ciągnie. I nie jest to dziewicza przyroda najbardziej wysuniętego na północ rezerwatu przyrody, królestwa lisów polarnych. Nie lazurowa woda w fiordach, ani przytłaczające piękno wysokich wzniesień. Berenika i Piotr piszą o niezwykłej przyrodzie, ale jest ona tylko tłem wypowiadanych historii. Ocean, śnieg i wiatr to żywioły, z którymi musieli zmierzyć się tutejsi mieszkańcy, a wielu z nich po prostu z nimi przegrało. Nie jest to jednak epos o bohaterach, a raczej chłodne i oparte na faktach świadectwo uzależnienia Islandczyków od natury. Na Fiordach Zachodnich albo przyjmujesz ją z pokorą, albo umierasz. Albo wyprowadzasz się do stolicy, na południe, do Stanów. Ta część Islandii pustoszeje.

Długo czekaliśmy na drugą książkę znakomitego duetu Lenard-Mikołajczak. Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii, czyli debiutancki reportaż autorów mieszkających na Islandii, spotkał się z bardzo pozytywnym odbiorem, czemu winna była również duża popularność ich strony IceStory. Jeśli jednak przy pierwszej książce parę kojarzono głównie z ich wpisami oraz zdjęciami w Internecie, druga umocni ich pozycję jako pisarzy, reportażystów, a nie blogerów. Piotr i Berenika zresztą żegnają się z tą formą wyrazu, aby w pełni skupić się na realizacji młodzieńczych marzeń, czyli pisaniu książek. Dobrych książek.

I muszę przyznać, że dawno nie czytałam tak dobrze skonstruowanej książki o Islandii. Wśród licznej literatury dotyczącej Islandii, rzadko udaje mi się znaleźć pozycję, która mnie zaskoczy: czy warstwą literacką, czy nowymi informacji. A Zostanie tylko wiatr…  to niemal antologia Fiordów Zachodniej Islandii. Lenard i Mikołajczak dotarli do fascynujących osób opowiadających niezwykłe historie. Mamy tu ludzi zatrzymanych w czasie, tak żyjącego z dala od cywilizacji i posługującego się XIX-wiecznymi narzędziami Gísliego z Uppsölum, jak i Óliego komunistę, zapatrzonego w okres świetności Wielkiej Rosji. Są historie pojedynczych osób i bohaterowie zbiorowi. Są Islandczycy, ale też Norwegowie, Amerykanie, Grenlandczycy. Z całego wachlarza wspomnień i opowieści wyłania się obraz wieloetnicznego ośrodka, niegdyś tętniącego życiem. Kiedyś zjeżdżali tu wielorybnicy albo amerykańcy żołnierze, dzisiaj raczej bogatsi turyści żądni nietypowych przygód czy kłusownicy polujący na lisy polarne.

Już pierwszą książką Berenika i Piotr sugerowali czytelnikowi, że Islandia to wyspa opuszczona. Po Zostanie tylko wiatr… mamy wrażenie, że Fiordy faktycznie wyludnią się w ciągu następnych lat, a na zdjęciach znajdziemy więcej widmowych chat i przerdzewiałych maszyn. Wiem jednak, że debiut duetu Lenard-Mikołajczak ściągnął niemałą liczbę polskich podróżników w opisywane okolice, możliwe więc, że Fiordy Zachodnie również spotka ten “efekt IceStory”. Reportażyści spisują zapomniane historie, a opisywane miejsca ocalają od zapomnienia.

Autorów nie da pomylić się z żadną parą blogerów piszących o Islandii. Piotr i Berenika opowiadają historie, których nie zna większość Islandczyków. To prawdziwy reportaż, któremu poświęcono setki kilometrów tułania się po Zachodnich Fiordach Islandii, godziny spędzone wśród materiałów źródłowych, a przede wszystkim rozmowy z mieszkańcami Wyspy. Już na wstępie dowiadujemy się, że nie każdy odpowiadał na pytania chętnie, że pozyskiwanie informacji, poznanie opinii, wspomnień, wrażeń nie należało do łatwych. A jednak wielu rozmówców polskich reportażystów wydaje się aż kipieć od wiedzy i dopraszać się o jej spisanie. W końcu dotąd mało kto interesował się ich prywatnymi historiami, dziejami tych miejsc. Piotr i Berenika otwierają uszy, a Islandczycy otwierają swoje serca.

Za wersję cyfrową tekstu oraz egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Czarne.