Jólasveinar, czyli mikołajowa trzynastka

Niektórzy wprowadzają się w bożonarodzeniowy nastrój z początkiem adwentu, dla innym początkiem świątecznych przyjemności są Mikołajki. Ale ja na poważnie myślę o Bożym Narodzeniu dopiero od 12 grudnia.

Dlaczego? Bo tego dnia przychodzi pierwszy z trzynastu Íslensku jólasveinarnir, czyli Świątecznych Chłopców albo Islandzkich Mikołajów. To trzynastu braci, którzy, jeden po drugim, schodzą do islandzkich domostw wprost z gór na północy.  Z wyglądu przypominają trochę  swojego dalekiego amerykańskiego krewnego z Coca-Colą, bowiem też noszą białe brody i szpiczaste czapki oraz kojarzą się z prezentami. Jednak ci wywodzący się z nordyckiego folkloru Chłopcy nie zajeżdżają do islandzkich domów na saniach zaprzężonych w renifery, ale w pozostawionych na zewnątrz butach zostawiają drobne upominki lub zgniłego ziemniaka, jeśli właściciel buta był niegrzeczny. Przede wszystkim jednak skradają się do domostw, by psocić i poprzeszkadzać jego mieszkańcom, w tym podkraść różne rzeczy.  Mimo to Islandczycy oczekują ich odwiedzin, bo z każdym następnym zbliżają się utęsknione święta. 

Kim są rodzice Jólasveinar?

Zanim jednak Świąteczni Chłopcy zaczną schodzić z gór, pierwszymi gości są ich rodzicie oraz szczególny kot. 9 grudnia pojawia się Jólakötturinn, Kot Świąteczny, który według wierzeń sprawdza stan islandzkich szaf i pożera każdego, kto nie zaopatrzył się w nowy strój na Boże Narodzenie. Właściciele tej bestii, Grýla i Leppalúði schodzą z gór dzień później, a więc 10 grudnia i są równie przyjaźnie nastawieni do ludzi co ich futrzany podopieczny. Właściwie lepiej się ich przestrzegać przez cały rok, bo Grýla znana jest z tego, że zbiera niegrzeczne dzieci i wrzuca je do wielkiego kotła, uprzednio rozgrzanego przez jej męża, Leppalúðiego. Grýla to olbrzymka, która miała już wiele własnych dzieci i trzech mężów, ale to właśnie z tym ostatnim, czyli Leppalúðim, z pochodzenia najprawdopodobniej człowiekiem, ale może też i trollem, spłodziła Świątecznych Chłopców. Jólasveinar mają więc pochodzenie olbrzymie, ale znacznie bliżej im z wyglądu do ludzi. Nie są więc tak odpychający z wyglądu jak Grýla, ale są równie złośliwi i niebezpieczni jak ich matka.

Jólasveinar – rozkład jazdy

Każdy z trzynastu braci przychodzi innego dnia przed świętami, ale odchodzą w różnych momentach. Najważniejsze jest jednak to, kiedy przychodzą i z czym ich przyjście może się kojarzyć. Ich imiona wiążą się ze szkodami lub psikusami, które wyrządzają w islandzkich gospodarstwach.Oto islandzki mikołajkowy rozkład jazdy, zilustrowany współczesnym wyobrażeniem Świątecznych Chłopców autorstwa Magnúsa Þóra Einarssona.

Stekkjarstaur

12 grudnia schodzi Stekkjarstaur, czyli Postrach Owiec. Podobno ma drewniane nogi i nie daje owcom spokoju przez całą noc. Podkrada też ich mleko, które wypija prosto z wymion lub z baniek.

Giljagaur

Następnego dnia, czyli 13 grudnia przychodzi Giljagaur. Jego imię wywodzi się od wąwozów, w których podobno lubi się skrywać, ale jeszcze bardziej lubi mleko krowie. Zakrada się do obory i kradnie cały zapas ciepłego napoju.

Stúfur

14 grudnia przybywa Stúfur, czyli Niski. Ten zamiast do zwierząt gospodarskich zagląda do kuchni w poszukiwaniu patelni, na której znajdą się jakieś resztki spalonego mięsa czy tłuszczu.

Þvörusleikir

Czwarty w kolejce jest Þvörusleikir, który przychodzi 15 grudnia. Jego imię brzmi “Wylizywacz łyżek” i dokładnie tym się zajmuje. Jego ulubionym miejscem również jest kuchnia i pozostałości po świątecznych wypiekach…

Pottaskefill

16 grudnia do braci okradających kuchnie dołącza Pottaskefill, czyli ten, który wyjada resztki z garnków. Jego obecność można rozpoznać po charakterystycznym dźwięku stukania po dnie blaszanych naczyń.

Askasleikir

17 grudnia pojawia się Askasleikir, który wprowadza zamieszanie w sypialni. Chowa się pod łóżkiem w oczekiwaniu na askur, rodzaj naczynia, w którym kiedyś przechowywano jedzenie.

Hurðaskellir

Po nim wkracza Hurðaskellir, czyli Trzaskacz drzwiami. Od 18 grudnia źrodłem tego dźwięku są już nie przeciągi, ale psotliwy Chłopiec!

Skyrgámur

Natomiast 19 grudnia pojawia się Skyrgámur, czyli ogromny fan skyru! Nie ma co ukrywać, ten chłopiec naprawdę kradnie islandzkie pyszności.

Bjúgnakrækir

Od 20 grudnia trzeba uważać na to, co zostawia się w wędzarni, bowiem na pewno pozostawione tam mięsiwa podwędzi Bjúgnakrækir, Złodziej kiełbas.

Gluggagægir

21 grudnia przychodzi Gluggagægir, czyli Podglądacz. Według folkloru nie interesują go wyłącznie sypialnie, ale każde pomieszczenie, w którym może znaleźć coś do ukradzenia.

Gáttaþefur

22 grudnia zjawia się Gáttaþefur, czyli Wąchacz. Dzięki niezwykle długiemu nosowi wyszukuje zapachu zmagazynowanego w spiżarni laufabrauð.

Ketkrókur

Przedostatni Świąteczny Chłopiec, czyli Ketkrókur, przychodzi 23 grudnia. Jego imię pochodzi od haka na mięso, którym wykrada najpiękniejsze okazy świątecznej szynki.

Kertasníkir

24 grudnia pojawia się Kertasníkir i tym zamyka peleton 13 mikołajów. Zjadacz świec rozgląda się szczególnie za tymi, które wykonano ze zwierzęcego łoju.

Ps: Od 12 grudnia na moim Instagramie pojawiać się będą Świąteczni Chłopcy. Poszukasz ich w zapisanej relacji pt. “Jólasveinar”

Świąteczni Chłopcy – tradycja a źródła

Wszystkie postaci te wywodzą się z folkloru, ale imię Grýli znajdziemy już w Eddzie, natomiast powiązanie jej z okresem bożonarodzeniowym pojawia się dopiero w tekstach siedemnastowiecznych. Wtedy też pojawiły się informacje o jej synach, ale dopiero w zbiorze podań ludowych autorstwa Jóna Árnasona z 1862 pojawia się ich nazwa: Jólasveinar. W połowie XIX wieku nie doprecyzowano jeszcze, ilu dokładnie miałoby być Świątecznych Chłopców. Tę liczbę znajdziemy dopiero w poemacie Jóhannesa úr Kötlum z 1932 roku pod tytułem Jólin koma. To właśnie tam opisane są wszystkie imiona i charakterystyka Jólasveinar znana do dziś.

Wszystkie postaci te wywodzą się z folkloru, ale imię Grýli znajdziemy już w Eddzie, natomiast powiązanie jej z okresem bożonarodzeniowym pojawia się dopiero w tekstach siedemnastowiecznych. Wtedy też pojawiły się informacje o jej synach, ale dopiero w zbiorze podań ludowych autorstwa Jóna Árnasona z 1862 pojawia się ich nazwa: Jólasveinar. W połowie XIX wieku nie doprecyzowano jeszcze, ilu dokładnie miałoby być Świątecznych Chłopców. Tę liczbę znajdziemy dopiero w poemacie Jóhannesa úr Kötlum z 1932 roku pod tytułem Jólin koma. To właśnie tam opisane są wszystkie imiona i charakterystyka Jólasveinar znana do dziś.

“Uniejów to taka mała Islandia”

Jak to się stało, że w Uniejowie są maskonury i flagi islandzkie? 28 listopada miasto podpisało umowę partnerską z islandzkim Grindavíkiem, co ukoronowało kilkuletnią znajomość między ośrodkami.

Jeden z wielu islandzkich akcentów w Uniejowie, zdj. Piotr Mikołajczak

Czy wiecie, że w Polsce też mamy gorące źródła? Może nie znajdzie się u nas gejzerów, ale jest kilka miejsc, w których woda termalna osiąga wysokie temperatury i da się wykorzystać moc natury do atrakcji, które znamy z Islandii: ogrzewania miast, basenów geotermalnych, produkcji kosmetyków czy w przemyśle spożywczym.

Jedną z gmin, która wykorzystuje potencjał geotermii jest właśnie Uniejów w województwie łódzkim. Dzięki wydobyciu wód geotermalnych o temperaturze 70 stopni, rozwinięto miejscową turystykę oraz przemysł: znajduje się tu elektrociepłownia, uzdrowisko, a pół miasta jest ocieplane dzięki wodom głębinowym. Jak mówi mi pełnomocnik geotermii Uniejów, mimo dużego sukcesu tutejszych term spółka nie chce skupić się wyłącznie na balneologii. Stąd różne pomysły na wykorzystanie i temperatury, i składu chemicznego wody. Na przykład w przemyśle spożywczym (już teraz w sprzedaży dostępne są chociażby ogórki zakwaszane w wodzie termalnej) czy kosmetycznym (linia kosmetyków dla ludzi i zwierząt, wyprodukowanych na bazie lokalnej wody), a w planach jest nawet produkcja piwa. Niedawno naukowcy odkryli tutaj również nowy gatunek algi, który nazwano starmasia uniejoviensis, i który niedługo będzie tutaj hodowany na szerszą skalę.

Uniejów dopiero się rozwija, dlatego potrzebuje doświadczeń i inspiracji od gmin, które zajmują się geotermią od dłuższego czasu. Jak mówi mi jeden z koordynatorów tego przedsięwzięcia, “Uniejów to mała Islandia”, dlatego nawiązanie współpracy z Grindavíkiem było ważne dla rozwoju gminy. To miasto na południowym wybrzeżu półwyspu Reykjanes trudni się rybołówstwem, ale znane jest przede wszystkim z prywatnej  elektrociepłowni Svartsengi, której ciepłe wody zasilają Błękitną Lagunę. Z wypowiedzi burmistrza Uniejowa, Józefa Kaczmarka, dowiaduję się, że islandzka elektrociepłownia produkuje 170 megawatów energii elektrycznej i Islandczycy mogą być dla polskiej gminy wzorem w zakresie badań i pracy nad przesyłem ciepła. Grindavík, tak jak Uniejów, produkuje nie tylko ciepło, ale również prąd, kosmetyki, warzywa i owoce. Ciepła woda zasila również stawy i usprawnia lokalną hodowlę ryb, czym chcą się w przyszłości zajmować również uniejowscy przedsiębiorcy.

Zdjęcie z pierwszej wizyty Islandczyków w Uniejowie, źródło: http://geotermia-uniejow.pl/

W ciągu ostatnich lat reprezentacja Uniejowa wybierała się na Islandię, zaś Islandczycy przyjeżdżali do Polski. Kilkuletni kontakt zaowocował podpisaniem umowy partnerskiej podczas ostatniego pobytu Islandczyków w Polsce, na IV Forum Inteligentnego Rozwoju 28-29 listopada bieżącego roku w Uniejowie. Pierwszego dnia Forum odbył się panel polsko-islandzki „Uniejów – Grindavik tak wiele nas łączy”, podczas którego głos zabrali: Piotr Mikołajczak (IceStory), Fannar Jónasson, burmistrz Grindavíku, Dr Guðjón Helgi Eggertsson, geolog współpracujący z elektrownią HS Orka oraz Kamil Matolicz z Energetyki Uniejów. Zwieńczeniem spotkania było podpisanie porozumienia przez Fannara Jónassona oraz Mirosława Madajskiego, Przewodniczącego Rady Miejskiej. Tym samym Grindavík stał się 10. miastem partnerskim Uniejowa.

Mirosław Madajski oraz Fannar Jónasson (z prawej) po podpisaniu umowy partnerskiej, źródło: https://uniejow.net.pl/pl

Na czym będzie polegała dalsza współpraca? Na pewno na wyjazdach i tworzeniu wspólnych programów edukacyjnych, a przede wszystkim na wymianie doświadczeń i pomysłów na rozwój obu gmin. Tymczasem już w Uniejowie widać kilka akcentów islandzkich: maskonury wymalowane przy szkole podstawowej, islandzkie flagi na starówce czy dęby zasadzone przez Islandczyków z okazji stulecia polskiej niepodległości. Jeśli chcecie znaleźć Islandię w Polsce, na pewno warto wybrać się do Uniejowa!

Zdj. Piotr Mikołajczak

Kraina Lodu, czyli Islandia?

Już sześć lat temu, kiedy wszystkie dziewczynki śpiewały “Mam tę moc”, ja zastanawiałam się czy tytułowa Kraina Lodu to nie przypadkiem Islandia… Nazwa przecież bardzo się zgadza.

Jednak to tylko polskie tłumaczenie, bo oryginalne Frozen może dotyczyć losowego miejsca, w którym jest zimno. Jednak Miłośnik Północy znajdzie pewnie wiele elementów przypominających miejsca czy obyczaje dobrze mu znane. Czy były wśród nich elementy islandzkie? Z okazji premiery drugiej części hitowej produkcji Disneya, postanowiłam podsumować, czym inspirowali się jej twórcy.

Kraina lodu, czyli Skandynawia

Zaczynając od ogółu, w animacji znajdziemy wiele elementów wspólnych dla całego obszaru Północy. Zacznijmy od miejsca akcji: rzecz dzieje się gdzieś, gdzie jest dużo lodu (pierwsza część otwiera się przecież sceną cięcia i zbierania bloków lodu), w lesie tundrowym, a na niebie często pokazują się zorze polarne. Samo Arendelle znajduje się w fiordzie, a rodzice Anny i Elsy umierają w wodach morza na Północy. Elsa udaje się w wysokie góry, gdzie pasuje wieczna zmarzlina. Te wszystkie elementy kierują nas na półwysep Skandynawski czy nawet w dalsze tereny arktyczne.

Mamy też wiele odniesień do kultury i tradycji skandynawskiej. W pierwszej części pojawiają się motywy wikińskie: runy i kamienie runiczne (widoczne w scenie pogrzebu króla i królowej Arendelle), kościoły słupowe i statki przypominające drakkary. Mamy też wątki z mitologii czy folkloru nordyckiego: trolle i lodowe olbrzymy.  W scenie koronacji Elsy ksiądz posługuje się natomiast językiem, nieprzetłumaczonym w wersji oryginalnej (nie pamiętam, jak było w polskiej wersji językowej) i język ten brzmi jak język staronordyjski. Natomiast zdobienia wnętrz czy strojów kojarzą się z podobnymi w całej Skandynawii motywami dekoracyjnymi, typowymi dla nowożytnego zdobnictwa w tkaninie czy meblach.

Kraina lodu, czyli Norwegia

W Internecie aż roi się od informacji, że krajem, z którego czerpano najwięcej inspiracji przy tworzeniu pierwszej części Frozen była Norwegia.  Już od pierwszych kadrów filmu zamek, w którym wychowują się Elsa i Anna, przypominał mi kościoły słupowe. Brak tu jednak podobieństwa z którymkolwiek z zachowanych budowli tego typu w Norwegii, a raczej inspiracja wikińską architekturą. Sama bryła zamku (teleskopowy układ kolejnych części budynku), kształt okien i dachów przywodzi na myśl kościoły słupowe,  a wnętrze kościoła, w którym ma miejsce koronacja Elsy, to już niemalże animowana ilustracja zachowanych zabytków.

Podobno inną inspiracją dla zamku w Arendelle była też autentyczna twierdza Akershus w Oslo. Szczerze mówiąc nie widzę większego podobieństwa do tej budowli, ale autor cytowanego tekstu wskazuje również na Bergen jako miasto, na którym wzorowali się twórcy całego miasta. To prawda, że w domach z wątkiem pruskim znaleźć można podobieństwo do zabudowań tego największego miasta na zachodnim wybrzeżu Norwegii. Co więcej, sama nazwa Arendelle nawiązuje do niewielkiej miejscowości Arendal na południu, jednak fikcyjne miasto z Krainy Lodu znajduje się w fiordzie, których nie znajdziemy na południu Norwegii.

Kraina lodu, czyli Dania

Główną inspiracją duńską jest oczywiście Królowa Śniegu, baśń Hansa Christiana Andersena. Informacja o oparciu scenariusza na historii spisanej przez tego Duńczyka pojawia się na początku drugiej części filmu, ale to właśnie pierwsza część Krainy Lodu odwołuje się do tej historii w sposób bezpośredni. Baśń Andersena, jedyna wymyślona przez autora, a nie oparta na folklorze, opiera się na potędze miłości. Gerda ratuje Kaja uwięzionego przez Królową Śniegu, a pocałunkiem i gorącymi łzami uwalnia go od mocy odłamka szkła w jego oku i kawałka lodu w jego sercu. We Frozen mamy przecież kryształowy/lodowy pałac, w którym mieszka potężna Królowa Śniegu (Elsa), ale zamiast więzić w nim małego chłopca, sama staje się więźniarką swojej potężnej mocy. Z pomocą przybywa jej siostra Anna, która ostatecznie gotowa będzie oddać za nią życie, jak Gerda za Kaja. Anna, podobnie jak Kaj, ma w sobie dwa odłamki potężnej mocy Królowej Śniegu: najpierw w głowie (a nie w oku), a potem w sercu. Ale choć Anna ratuje Elsę, to Elsa uratuje siostrę przed śmiercią. Obie siostry mają więc w sobie cechy Kaja i Gerdy.

Kraina lodu, czyli Szwecja

Elementów szwedzkich mamy niewiele, ale sam lodowy pałac, który wybudowała Elsa w pierwszej części może kojarzyć się z hotelem lodowym Ice Hotel w Jukkasjärvi na północy Szwecji.

Zdjęcie z wycieczki do Ice Hotel.

Sokole oko na pewno wypatrzy majstång w pierwszej części Krainy Lodu. Choć motyw ten wywodzi się z czasów pogańskich, pal w kształcie krzyża z dwoma wieńcami na zakończeniach, dekorowany liśćmi i kwiatami, kojarzy się głównie ze szwedzkimi obchodami Midsommar. Kilka szwedzkich inspiracji znajdziemy również w świątecznym krótkometrażowym filmie Kraina Lodu. Przygody Olafa z 2017 roku. Bałwanek szuka w nim tradycji bożonarodzeniowych, a wśród nich znajdziemy chociażby obchody dnia św. Łucji (wianek ze świecami) czy przykłady świątecznych dań szwedzkich, a także słomiane figurki kozła, julbocken, którego największa wersja staje co roku w Gävle  i (dokładnie tak jak przytrafi się to niezdarnemu bałwankowi) często jest podpalany.

W drugiej części Krainy Lodu zwróciłam z kolei uwagę na wygląd puszczy, do której udają się bohaterowie. Choć jest to las na północy, nie przypomina tundry, a raczej drzewostany występujące na południu Szwecji. Topole i brzozy znajdziemy na wielu obrazach szwedzkich malarzy, np. Carla Larssona. Z kolei wołanie, które ciągnie Elsę na północ i często interpretowane jest jako saamski joik, przypomina mi trochę kulning, szwedzki śpiew-wołanie, niegdyś wykorzystywane przez pasterki do kontaktowania się między sobą na długich odległościach oraz do wołania krów.

Kraina lodu, czyli Finlandia

Z Finlandią najbardziej skojarzył mi się Oaken. No bo halo, przecież w niemal każdej scenie z Oakenem pojawia się sauna. Z drugiej strony postać wydaje się być połączeniem wielu cech skandynawskich. Prowadzi sklep z sauną w chatce, która może przypominać dowolną norweską hytte. Jako jedyna postać w filmie mówi z akcentem i choć według mnie “ja” brzmi bardzo niemiecko (a jego strój też kojarzy się z Bawarią), to internety twierdzą, że Oaken jest Norwegiem (bo sprzedaje lutefisk) albo Szwedem.

Kraina lodu, czyli Sápmi

Nie przepadam za słowem Laponia, ale właśnie o ten obszar w tej części posta mi chodzi. Saamowie i kultura saamska mają swoją reprezentację w Krainie Lodu, bowiem według internetowych źródeł Kristoff jest Saamem, co widać w jego stroju oraz szczególnej więzi z reniferem Svenem. Kiedy byłam z wizytą w wiosce saamów i pytałam o renifery, mówili o nich z czułością i przekonaniem, że znajdują się w tych zwierzętach duchy innych. Dlatego Kristoff i poznani w drugiej części Saamowie rozmawiają ze swoimi reniferami, a te stanowią ważny element ich kultury i obyczajów (choćby tych związanych z zaręczynami, choć nie jestem w stanie potwierdzić, czy tak to faktycznie w ludach saamskich wygląda).

W pierwszej części usłyszymy również dźwięki przypominające joik, śpiew Saamów. Z kolei w drugiej części wołanie przypominające joik ciągnie Elsę na północ.

O wiele więcej elementów saamskich znajdziemy w drugiej części animacji, gdyż powstawała ona w porozumieniu z mieszkańcami tego regionu obejmującego północ Norwegii, Szwecji i Finlandii. Jak donosi portal Life in Norway, reprezentacja Saamów (widoczna na zdjęciu poniżej) doradzała twórcom przy projektowaniu wioski ludu Northuldra.

The Sami Parliament 2017-2021
Źródło zdjęcia: https://www.lifeinnorway.net/frozen-2-sami/

Przedstawiciele plemienia Northuldra mają wiele cech Saamów: są nomadami, mieszkają w lavvu (namiotach ze skóry reniferów), żyją z reniferami, a gdy do puszczy docierają goście, podają im napoje w drewnianych naczyniach guksi. Jest to lud żyjący blisko z naturą, a kontakt z żywiołami daje im coś na kształt mocy magicznych, choć de facto nie zajmują się magią. Żyją po sąsiedzku z Arendelle, ale podkreśla się ich odrębność i różnicę etniczną między przybyszami z “południa”, a więc Skandynawami a mieszkańcami puszczy.  Co ważne, występuje tu też wątek zaatakowania Saamów przez Skandynawów, próbę podporządkowania tego ludu i zdominowania go. Jest to odniesienie do wstydliwej przeszłości Skandynawów, a Magda Szczepańska z Trolltunga  powiedziała mi, że budowa tamy budzi skojarzenia z protestami Saamów wobec budowy tamy wodnej na rzece Alta w latach 70. Według Magdy saamski protest przed Stortinget wiązał się z obawami o wysuszenie terenów, na których wypasały się renifery. Mimo to Norwegowie wybudowali tamę, a filmowa tama wygląda zdaniem Magdy jak zapora wodna hydroelektrowni Alta.

Bilden kan innehålla: himmel, växt, utomhus, vatten och natur
Zdjęcie: Magda Szczepańska

Kraina lodu, czyli Islandia

W pierwszej części Krainy Lodu niewiele było odniesień do Islandii, choć doszukałam się sceny z ciepłymi źródłami (małe gejzery, którymi Kristoff chce ogrzać Annę). Słowa wypowiadane przez księdza w scenie koronacji Elsy przypominają język staroislandzki, a brzmią dokładnie tak:

Sem hon heldr inum helgum eignum ok krýnd í þessum helga stað ek té fram fyrir yðr…

Co można przetłumaczyć na “Tę, która trzyma królewskie insygnia i której głowa koronowana jest w tym świętym miejscu, przedstawiam jako…”.

O wiele więcej elementów islandzkich pojawia się w drugiej części.  Ahtohallan, mityczna kraina, do której dociera Elsa, przypomina jęzor lodowca Vatnajökull, natomiast plaża, z której bohaterka wyrusza w podróż przez Ciemne Morze, wygląda jak czarna plaża Reynisfjara, którą można rozpoznać nie tylko po kolorze piasku, ale też charakterystycznych formacjach skalnych.

oraz niksy w drugiej. Chodzi mi o konia, którego spotyka Elsa w wodach Morza Północnego. To bóstwo wodne, które przybierało w folklorze różne kształty, ale do jego cech charakterystycznych należało zwabianie ludzi pięknym śpiewem do wody, aby utopić nieszczęśnika. W folklorze islandzkim oraz farerskim niks ma właśnie postać konia. Jak widzimy w filmie, próbuje utopić Elsę, ale tej udaje się go ujarzmić.

In Walt Disney Animation Studios’ “Frozen 2, Elsa encounters a Nokk—a mythical water spirit that takes the form of a horse—who uses the power of the ocean to guard the secrets of the forest. Featuring the voice of Idina Menzel as Elsa, “Frozen 2” opens in U.S. theaters November 22. ©2019 Disney. All Rights Reserved.
Źródło: https://www.radiotimes.com/news/2019-10-02/frozen-2-easter-eggs/

Macie jeszcze jakieś dodatkowe skojarzenie? Chcielibyście mnie poprawić, bo uważacie, że niektóre elementy bardziej kojarzą Wam się z innym krajem nordyckim? Zapraszam do dyskusji, bo przyznam szczerze, że skandynawskie konotacje w Krainie lodu fascynują mnie od dawna i dlatego chętnie poszerzę tego posta o Wasze sugestie!

PS: Obejrzałam Krainę Lodu. Przygoda Olafa raz jeszcze i znalazłam tam jeszcze jeden nordycki/islandzki akcent! Sir Jorgenbjorgen, czyli maskotka Elsy z dzieciństwa to… MASKONUR!

Potępiona Thule

autor: Einar Kárason
tytuł: Wyspa diabła
tłumaczenie: Jacek Godek
rok: 2019
wydawnictwoMarpress
liczba stron: 244

Z klasykami jest niemal zawsze to samo. Najpierw oglądasz film, a dopiero potem czytasz książkę.

U mnie tak właśnie było z Diabelską wyspą czy Wyspą Diabła, bo pod tą pierwszą nazwą poznałam film, a pod tą drugą – książkę. Film puszczali w ramach festiwalu Ultima Thule, a najlepiej pamiętam z niego Baltasara Kormákura ucharakteryzowanego na Jamesa Deana czy innego Elvisa.  Książkę, bez wątpienia jeden z najważniejszych tytułów współczesnej literatury islandzkiej, poznałam dopiero teraz, przy jego drugim polskim wydaniu. A samego autora, Einara Kárasona poznałam przy okazji Gdańskich Targów Książki. Był tam też tłumacz drugiego wydania, Jacek Godek.

Książkę poznałam w ostatniej kolejności, a więc nie da się nie oceniać jej przez pryzmat pozostałych danych. Tuż po skończeniu lektury szukałam filmu (reż. Friðrik Þór Friðriksson, 1996), aby odświeżyć sobie pamięć i przekonać się, czy jest on bardziej ekranizacją, czy adaptacją. Ale na razie muszę pozostać w niepewności o tym, ile z książki faktycznie znajduje się w filmie. Skoro pamiętam głównie Kormákura, odgrywającego rolę Baddiego, to zakładam, że produkcja skupia się na tej części historii, kiedy chłopiec jest już dorosły i powraca z Ameryki przywożąc ze sobą lansiarski wóz, buty w szpic i rock’n’rolla. A cała filmowa historia oscyluje właśnie wokół amerykańskiego snu, o czym pisałam w recenzji dla Studenckiego Klubu Islandzkiego:

Zadziwiające, jak niewiele powstało filmów islandzkich o tak jasnym odniesieniu do miejsca Ameryki w wyobraźni Islandczyków w latach 50.  (…) A  temat jest bardzo ciekawy, bo od połowy XX w. Islandia ma więcej wspólnego z USA niż Europą.

W książce ten wątek amerykański jest ważnym, jeśli nie dominującym dla zrozumienia perypetii mieszkańców Thulecampu. Reykjawickie baraki, w których mieszka rodzina Thomassonów i ich znajomi, to w końcu budowle pozostawione przez żołnierzy amerykańskich. “Jankesi” wciąż obecni są w życiu codziennym Islandczyków, wracają też często we wspomnieniach domowników i opowieściach ich sąsiadów, traktowani z szacunkiem albo poirytowaniem. Owocem spotkań Islandek z Amerykanami są tutejsze dzieci, a małżeństwo Gogo z przybyszem zza Oceanu jest głównym źródłem dostatku i wysokiej pozycji rodziny Thomassonów w całym Thulecampie. Ameryka to dla Islandczyków kraj nowinek technologicznych i możliwości: aparatów fotograficznych, samochodów, lepszej pracy czy modnych mebli. Ale dla innych jest też miejscem niepewnym i podstępnym, szczególnie gdy przyciąga młodych chłopców, osieracając Islandię.

Ale w książce historia toczy się też tu i teraz, a więc w Reykjaviku z lat 50. W barakowym getcie życie wygląda jednak inaczej niż w sąsiadujących z nimi blokach. Tam ludzie mają zawody, pieniądze na kontach, są wykształceni i przeszkadzają im mieszkańcy baraków. Ci bowiem są głośni, awanturniczy, piją i marnują czas. Jeśli dzieci z baraków pójdą do szkoły, są obśmiewane przez okoliczne dzieci. Potrafią się jednak odgryźć mocnymi razami, a buńczuczną młodzież próbuje się opanować zajęciami sportowymi. W tym mikrokosmosie pijaków i bijących ich żon panuje jednak solidarność i wsparcie, którego ucieleśnieniem jest największy autorytet w okolicy: drobny kupiec Thomas i jego żona Karolina, lokalna wróżka. Mieszkańcy Starego Domu zdają się zarządzać całą dzielnicą baraków, bo mają jakieś wykształcenie, szacunek ludzi z zewnątrz i córkę w Ameryce.

Lina trzęsie barakami ze względu na swój dar widzenia przyszłości i niewyparzony język. Ale zaskakuje szczególna pozycja Thomasa – starego wilka morskiego, który zdobywanie mórz zamienił na bezinteresowną pomoc bliskim, zaangażowanie lokalne i uczciwą pracę przynoszącą jakieś dochody. Postać ta nie pasuje do Thulecampu, ale może właśnie dlatego jest tak ważnym bohaterem w tej sadze rodzinnej. W niej odnaleźć można kilka cech samego autora, Einara Kárasona, który większość życia spędził na statku i umilał sobie pracę na morzu lekturą książek, tak jak Thomas urozmaica sobie godziny w sklepie słuchając fińskich koncertów akordeonowych. 

Wyspę Diabła czyta się jak sagę. Nie tylko ze względu na konstrukcję historii, która wprowadza każdego z członków rodzinny po kolei do akcji. Wątki przybliżające dzieje poszczególnych osób pojawiają się jednak niespodziewanie, a pewnych relacji nie da się czasem wygodnie prześledzić. Z sagami łączy powieść również język, choć trudno orzec, czy to zasługa samego autora, czy tłumacza. Styl Jacka Godka bezsprzecznie kojarzy się ze stylem sag, ale stosowane przez Kárasona poczucie humoru i mówienie o kwestiach fizjologicznych wprost jest charakterystyczne dla stylu XIII-wiecznych manuskryptów. Pytanie, czy tłumacz lub autor robią to świadomie, czy obaj zanurzeni są w tych średniowiecznych tekstach do tego stopnia, że mówią ich językiem.

Słyszałam o tej książce opinię, że lekturze towarzyszy i śmiech, i łzy, a czasem śmiech przez łzy. Mi często towarzyszyły niesmak i złość, ale nie z uwagi na bezpardonowe opisy scen toaletowych, ale niektóre cechy głównych bohaterów. Dlaczego Lina jest tak zapatrzona w swojego wnuka, Baddiego, że nie dostrzega jego wad, szczególnie gdy chłopiec stawia cały dom do góry nogami co weekend, spraszając do siebie kolegów? Dlaczego Thomas daje za wygraną innym, stawiając siebie i swoje interesy zawsze na drugim miejscu, poświęcając się dla sprawy? Dlaczego wiele postaci jest tak naiwnych i pozbawionych wyobraźni czy chociażby zdrowego rozsądku?

Zdaje się, że Kárason maluje realny portret biedniejszych mieszkańców Reykjaviku lat 50. Co prawda uprzedza czytelnika, że “historia ta jest prawdziwą, choć opisane wydarzenia i postaci zostały zmyślone”, ale możemy założyć, że książkowi mieszkańcy Thulecampu oparci są na prawdziwych Islandczykach, którzy po wojnie przeprowadzali się ze wsi do miast by wieść życie, o którym pomarzyć mogli w amerykańskim śnie. Ich jedyną ambicją jest stwarzanie pozorów i zarabianie, a nawet magazynowanie, pieniędzy, czego przerysowanym przykładem jest para Fia i Toti. Komiczni niczym muminkowi Topik i Topcia, strzegą swoich skarbów za wszelką cenę i mówią własnym językiem, w którym rozpoznajemy słowo klucz: piiniądze. Portret malowany przez Kárasona jest na wpół realistyczny, ma bowiem w sobie również cechy karykatury. 

Czy Islandia jest diabelską wyspą? Czy w treści książki choć raz pada takie stwierdzenie? Pewnie z perspektywy ziemi obiecanej, jaką w tamtym czasie była Ameryka, odpowiedź brzmi “tak”. Ale wozy, telewizory, winyle i multipleksy docierają w końcu na Islandię, a więc amerykański blask oświetla również i przeklętą Thule, nawet zapomniany przez bogów (i władze miasta) barak Thulecamp. Synowie marnotrawni powracają do ojczyzny, ale Baddi reprezentuje w sobie wszystko to, co kojarzyłoby się komunistom ze zgniłym zachodem. Zachwyceni nowoczesnością Islandczycy zdają się jednak nie zauważać tego zepsucia, choć w Thulecamp pamięta się jeszcze ciężką pracę na roli i trudne dzieciństwo. Może właśnie dlatego dziadkowie ulegają dzikim pomysłom rozpuszczonego młodziaka i dają się uwieźć urokom młodości, odkładając tradycyjne formy wychowania na bok i wsadzając w dłoń chłopaka banknoty stukoronowe.

Czy powieść Kárasona miała być przestrogą przed kapitalistycznym rozpasaniem Islandii? Czy w drugim wydaniu zachowuje aktualizm i świeżość przesłania? Choć opowieść o Wyspie sprzed ponad pół wieku wydaje się archaiczną i nudną lekcją o historii, może być ciekawą inspiracją dla zrozumienia Islandczyków współczesnych. Szczególnie, że Wyspa diabła to klasyk i przeczytał ją podobno co ósmy Islandczyk.

Za książkę, oraz ekoopakowanie przesyłki, dziękuję Wydawnictwu Marpress.

Islandia/Wyspy Owcze

Czy można pomylić Islandię z Wyspami Owczymi? Teoretycznie nie, ale kiedy porówna się zdjęcia z obu miejsc, naprawdę łatwo o pomyłkę. Czy poza krajobrazem coś jeszcze łączy te Wyspy? Odpowiadam po spotkaniu z Maćkiem Brenczem oraz Marcinem Michalskim.

WYSPA

Często piszę o Islandii “Wyspa”, bo w środowisku islandofilskim to niemal synonimy. To jednak spore uproszczenie, bo przecież Islandia nie jest jedną wyspą: w skład państwa wchodzą również archipelag Vestmannaeyjar (14 wysp), Grímsey na północy, Viðey pod Reykjavikiem oraz wiele innych niezamieszkałych lub częściowo zamieszkałych wysepek, dlatego trudno dokładnie policzyć, z ilu dokładnie składa się Islandia. W przypadku Wysp Owczych jest łatwiej: archipelag tworzy 18 głównych wysp. W obu sytuacjach mamy do czynienia z wyspami pochodzenia wulkanicznego, stąd krajobrazy wydają się niemal bliźniacze. Wyspiarskość obu krajów implikuje również izolację, która wpływa na szczególny charakter obu społeczeństw: usamodzielnionych, twardych, podtrzymujących swoją odmienność językową i kulturową.

JĘZYK

A skoro o języku już mowa, islandzki i farerski to naprawdę najbardziej zbliżone do siebie języki z grupy skandynawskich. Choć słabo znam islandzki, farerski wygląda bardzo znajomo i mogę zrozumieć większość słów, które kojarzę z islandzkiego. Pisany farerski jest tak bliski islandzkiemu, że podobno dr Przemysław Czarnecki, nauczyciel islandzkiego, czyta farerski bez specjalnego przygotowania. I choć wydawałoby się, że w takim razie nie trzeba tłumaczyć islandzkich książek na farerski i odwrotnie, Maciej Brencz uważa, że dla Farerów islandzki po prostu brzmi śmiesznie, dlatego wolą czytać islandzką literaturę w przekładzie. Choć bliskie sobie w piśmie i gramatyce, nie liczcie na to, że znając islandzki dogadacie się z Farerami! Wymowa jest całkowicie odmienna, o czym przekonałam się z próbek w wykonaniu Maćka i Marcina. W farerskim występują dźwięki przypominające polskie “cz” i “sz”, których nie znajdziemy w islandzkim. Islandzki jest też zdaniem Maćka bardziej “twardy”, a ja powiedziałabym, że farerski brzmi po prostu zupełnie nie po skandynawsku…

HISTORIA

Tak jak w przypadku Islandii, Wyspy Owcze zamieszkiwali mnisi irlandzcy, których ostatecznie przegonili wikingowie. O zasiedleniu tak Islandii, jak i Farojów poczytamy w sagach, które skrupulatnie opisują dzieje pierwszych wikingów na obu lądach.  W islandzkiej Landnámabók (Księga Osadnictwa) czytamy, że pierwszym wikingiem, który osiadł na Islandii był Ingólfur Arnarson, natomiast założycielem Wysp Owczych był – według  Færeyinga saga (Sagi Farerczyków) – Grímur Kamban. Wikingowie dotarli na Wyspy Owcze w pierwszej kolejności, bo już w 825 roku, natomiast islandzkie osadnictwo rozpoczyna się dopiero w roku 874. Oba kraje łączy długa przeszłość pod panowaniem norweskim, a potem duńskim. Z tą tylko różnicą, że Islandia usamodzielniła się od Danii w 1918, a potem oficjalnie w 1944 roku uzyskała niepodległość, podczas gdy Wyspy Owcze wciąż należą do Danii (ze statusem terytorium autonomicznego).

SYMBOLE NARODOWE

Ze względu na wspólną skandynawską przeszłość, oba kraje mają na fladze krzyż skandynawski. Wywodzi się on z emblematyki duńskiej, gdyż według legendy biały krzyż na czerwonym tle ukazał się królowi duńskiemu, Waldemarowi II podczas bitwy Lyndanisse jako symbol zwycięstwa chrześcijaństwa. Dzisiaj wszystkie kraje nordyckie (poza Grenlandią) mają krzyż skandynawski na swoich flagach, a barwy islandzkie i farerskie są do siebie bardzo zbliżone. Powszechnie interpretuje się błękit, biel i czerwień na fladze islandzkiej jako kolor nieba (lub oceanu), kolor lodu oraz kolor ognia/lawy. Z kolei w farerskiej symbolice błękit kojarzy się z niebem, biel oznacza pianę morską, a czerwień ma nawiązywać do innych flag skandynawskich. Obie flagi są ważnym symbolem podczas uroczystości państwowych, jak i w życiu codziennym.  Podczas gdy islandzka bandera nie ma swojej nazwy, Farerowie nazywają swoją chorągiew “MERKIД.

Marcin Michalski (Projekt Føroyar) oraz Maciej Brencz (Farerskie kadry) przed spotkaniem. Flaga islandzka na stole, a farerska (w małej skali) – na bluzie Marcina.

POLONIA

Z tematów społecznych najszerzej udało nam się omówić kwestię Polaków na obu wyspach. Podczas gdy na Islandii Polacy stanowią największą mniejszość narodową (i ostatnio liczba ta przekroczyła 20 000 osób!), farerska Polonia to zaledwie 100 osób (przynajmniej według moich danych), co czyni ją dopiero czwartą grupą etniczną. Warto jednak porównać proporcje: Islandczyków jest około 350 000, a Farerów ledwie ponad 50 000.  Liczby nie decydują jednak o stopniu zaangażowania Polonii w obu krajach. W Islandii działa portal polonijny, liczne stowarzyszenia, Polonia widoczna jest również na mediach społecznościowych. Nie inaczej jest z Polakami na Wyspach Owczych, których reprezentuje Sabina Poulsen czy Kinga Eysturland. Dodajmy do równania jeszcze jeden wspólny mianownik: Kubę Witka, który nakręcił dokumenty Isoland i Faroe Way, w których przedstawia Polonię zamieszkującą oba kraje.

Jeśli chodzi o Polaków, który zapisali się wyjątkowo w historii obu krajów, to znalazłoby się przynajmniej kilku. Casus islandzki dotyczy chociażby Bohdana Wodiczki, dyrygenta i muzyka, który zapisał się wyraźnie w historii muzyki islandzkiej, dowodząc przez wiele lat orkiestrą symfoniczną w Reykjaviku. W przypadku Wysp Owczych należy przywołać nazwisko Czesława Słani, który zaprojektował Farerom piękne znaczki pocztowe, w tym słynnego barana.

KUCHNIA

Jeśli myślicie, że Islandczycy zajadają się obrzydliwościami, lepiej zapoznajcie się z upodobaniami kulinarnymi Farerów! Tradycyjne islandzkie dania to zgniły rekin (hákarl), barani łeb czy kiszona płaszczka, ale – choć nie próbowałam większości z nich – nie byłam gotowa na specjały, które zaprezentowali Marcin i Maciej. Na slajdzie ukazało się oczom publiczności coś, co wygląda jak ususzony tasiemiec lub stara pępowina… Nic bardziej mylnego, bo okazało się, że patrzymy na rarytas: sperðil, czyli fermentowaną owczą odbytnicę wypełnioną częściami jelit, mięsem i łojem. Smakołyk może podobno zapachem i smakiem konkurować z najpopularniejszymi delicjami świata. Pocieszające jest to, że na Wyspach Owczych prędzej spotkamy ser owczy, niż sperðil. Tak jak na Islandii chętniej kupimy skýr niż specjały, które Islandczycy jadają w porze zimowej.  Niezależnie jednak od tego, co włożymy do ust, zawsze możemy zapić smak popularnymi w obu krajach trunkami: akvavitem albo lokalnym piwem.

KULTURA

Oba kraje są też muzykalne i uwielbiają pisać poezję oraz czytać książki. Trudno streścić w tak krótkim poście najważniejsze nazwiska, ale każdemu wykształconemu człowiekowi wypadałoby znać Halldóra Laxnessa z Islandii oraz Williama Heinesena z Wysp Owczych. My skupiliśmy się jednak na tym, co – jak się okazało – przyciągnęło zarówno mnie do Islandii, jak Maćka do Wysp Owczych: muzyce. Punktem stycznym może być chociażby Eivør Pálsdóttir, farerska wokalistka i tekściarka, która występuje nie tylko po farersku, ale też po islandzku. Podczas spotkania puściliśmy widowni utwór Dansaðu vindur, islandzki hit bożonarodzeniowy śpiewany przez Farerkę na szwedzką melodię (“Den vilda”, z którym Szwecja wystartowała w Eurowizji w 1996 roku).

Eivør nagrywa po islandzku i występuje na Islandii zapewne z uwagi na bliskość obu krajów i mały rozmiar rodzimego rynku muzycznego. Ale takich przykładów współpracy artystycznej  między Islandczykami a Farerami jest więcej. Marcin Michalski przypomniał nam (również i mnie!), że z projektem Harpy związany był Farer, Osbjørn Jacobsen, należący do kolektywu architektonicznego Henning Larsen Architects z Danii. Na kształt wizytówki miasta miał wpływ również islandzki artysta Ólafur Eliasson.

Podczas spotkania poruszyliśmy też kwestie wiary Islandczyków i Farerów, w tym wiarę w ukrytych ludzi. Nie zabrakło też porównania obu krajów pod kątem turystyki i świadomego podróżowania. Zastanawialiśmy się nad tym, czy Farerowie to faktycznie Islandczycy sprzed lat, którzy chętnie podwiozą autostopowicza, zaproszą na obiad albo nawet na nocleg. Czy już zmęczeni są turystami? A może jeszcze się nimi cieszą? Bo i przecież o Islandczykach trudno powiedzieć, żeby mieli wspólne stanowisko dotyczące turystyki. Piszą się już kolejne przewodniki, a internety zapełniają zdjęciami farerskich must-sees, które doprowadziły do zadeptania Islandii. Czy trzeba się spieszyć, żeby zobaczyć autentyczne Wyspy Owcze? Może skoro wciąż tak bardzo przypominają Islandię, to większa Wyspa ma się jeszcze całkiem dobrze?

Spotkanie islandzko-farerskie Ð,æ, ø, á — Islandia / Wyspy Owcze,  które poprowadziłam wraz z Marcinem Michalskim (Projekt Føroyar) oraz Maciejem Brenczem (Farerskie kadry) przyciągnęło tłumy! Dziękujemy Wam za takie ogromne zainteresowanie, a chłopakom dziękuję za świetną zabawę.

Na Północ!

Ostrzegali mnie, że ten moment nadejdzie.

Że w końcu fascynacja Islandią zaprowadzi mnie na Wyspy Owcze albo Grenlandię. Że jeśli pojadę na Islandię, to wszystko minie i będę szukała nowych podniet. Fascynacja Islandią nie minęła, ale pojawiła się ciekawość. Tyle razy słyszałam już o innych wyspach, że powoli rodzi się we mnie ta potrzeba. Potrzeba udania się na Północ.

Mówią, że Wyspy Owcze to jak Islandia sprzed boomu turystycznego.  Że tam wciąż jeszcze jest niewielu zwiedzających, hostele nieprzeładowane, a lokalni mieszkańcy pozytywnie nastawieni do przybywających. Podobno taka była Islandia jeszcze na początku XXI wieku, a potem Islandczycy się zmęczyli. I islandzka przyroda też się zmęczyła. Turystami. Teraz jest ich za dużo, to i Islandia nie jest już taka sama. Mniej autentyczna i taka jakaś sprzedajna. Niestety zanim dotarłam na swoją Thule, było już za późno. To już nie były egzotyczne rubieże Europy, tylko popularna destynacja turystyczna. Romantyczny element dzikości zadeptany przez miliony butów z firmową metką.

Ale podobno są inne Thule. Bo Ultima Thule może mieć wiele współrzędnych geograficznych. Dla mnie, i dla wielu innych autorów, to właśnie Islandia. Ale dla Agaty Lubowickiej – Grenlandia.  Dla autora książki Atlas wysp odległych – to  wyspa należąca do Wielkiej Brytanii. Natomiast dla autora bloga Ultima Thule każda domniemane destynacje znaleziona w różnych relacjach. Kiedyś przyjdzie czas, że napiszę swój tekst o tożsamości Ultima Thule. Ale na razie umówmy się, że każdy ma swoją Thule. I każdy z nas ma rację.

Z książki “Atlas wysp odległych”, wydawnictwo Dwie Siostry.

Dlatego może wkrótce wyjdę poza wyznaczony samej sobie kanon i zacznę pisać o innych Thule. Trudno się oprzeć, skoro wokół tyle pokus. Czytam właśnie Lud Ilony Wiśniewskiej i czuję to ciepło, które towarzyszyło mi wiele lat temu, kiedy dopiero poznawałam się z Islandią. Czuję ten prąd, który rozbudza ciekawość. Włącza mi się w mózgu taki stworek, który szepcze “Jedź!”. I internety też czytają w moich myślach, bo podsuwają mi chociażby świetny tekst o prawdziwej tożsamości Anaruka. Już zaplanowałam, że po Ludzie idę do miejskiej biblioteki po lekturę szkolną, żeby przeżyć to wszystko na nowo. Ale dlaczego wtedy, kiedy czytało się tę książkę w podstawówce, nie czułam jeszcze tego prądu?

Koleżanka poleciała na Svalbard i zrobiła mi smaka, podobnie jak Borkowska Trippin’, która siedzi na północy Norwegii chyba już drugi rok. Nie pomaga długa lista znajomych na Facebooku, którzy dzielą się zdjęciami z dalekiej Północy. Nie tylko tej tutejszej, europejskiej. Damian z Kierunek Alaska już od dłuższego czasu wwierca się w moją głowę piękną Alaską. A ja, choć zupełnie nie interesuje mnie podróż do Stanów, mam ciągle gdzieś plan awaryjny, że zrobię doktorat w Kanadzie. To chyba jedyne miejsce poza Europą, które wydaje się tak skandynawskie. Mówi o tym choćby sztuka, ale o tym też kiedyś napiszę szerzej.  No i Kanada to chyba największe skupisko Islandczyków poza samą Islandią.

Ach, a Laponia? Pamiętam, że na studiach reagowałam na to hasło z romantycznym rozmarzeniem, dokładnie jak XIX-wieczni artyści. Co z tego, że już byłam, chętnie pojechałabym znowu! Na północ Norwegii, na północ Szwecji, na północ Finlandii! Poznać lepiej kulturę saamską, popatrzeć na te piękne stroje i choć odrobinę zrozumieć szamanów rozmawiających z reniferami. Wsłuchać się w język, posłuchać na żywo joiku, sprawdzić, jak naprawdę wygląda współczesne życie Saamów. Zobaczyć znowu mieniący się tysiącami barw ogon lisa polarnego, bo tym według tamtejszych wierzeń jest zorza polarna.

Bliskie spotkanie z Saamem.

Gdy pierwszy raz leciałam na Islandię, myślałam, że wygrałam los na loterii. Gdy zobaczyłam swoje pierwsze maskonury stwierdziłam, że widziałam już wszystko i mogę umierać. Sami jednak widzicie, ile jest innych kierunków na północ. Choć jesień, słota i chłód, wcale nie marzę o ciepłych krajach. Spieszę się na północ, choć nigdy nie przepadałam aż tak za mrozem. Ale marzę o śniegu, o ciszy, o ciemności, o zorzy, o nowych obrazach i muzeach do odkrywania.

Mam znajomego, który robi habilitację ze sztuki grenlandzkiej i farerskiej. W Polsce nikt nie chce nawet słyszeć o doktoracie ze sztuki islandzkiej, a Bart jest na stypendium w Kopenhadze i jak widać Dania odczuwa potrzebę zaktualizowania własnej historii sztuki i interesuje się swoimi własnymi koloniami (to słowa Barta, bo stosuje właśnie metodologię postkolonializmu i bardzo mu tego całego projektu zazdroszczę). Teraz prowadzę tydzień ze sztuką skandynawską na instagramie Nordic Talking i przygotowując się do niego myślałam sobie, jak odkrywcze będzie zaprezentowanie Skandynawii przez jej sztukę. Jakże banalne i oklepane zdały mi się jednak te wszystkie Larssony, Krøyery i Munche, a nawet Kjarvale, gdy Maciek Brencz z Farerskich Kadrów wprowadził mnie w arkana sztuki farerskiej. To dla mnie zupełna terra incognita. Istna Ultima Thule malarstwa.

Więc budzi się we mnie ciekawość. Tak jak kiedyś marzyłam o badaniu sztuki skandynawskiej i zwiedzaniu skandynawskich muzeów, teraz chcę poznawać sztukę dalekiej Północy. Sztuka farerska tak bliska jest sztuce islandzkiej, a wciąż tak podobna do norweskiej czy duńskiej. A jaka jest sztuka grenlandzka? Saamska? Jak wygląda malarstwo na Alasce? Czy ktoś maluje na Svalbardzie? Sami widzicie, że raz decydując się na tę szaloną podróż ze sztuką, której nikt nie chce i nikt nie rozumie, brnę dalej w swoim uporze, by zajmować się tym, czego nikt nie chce tknąć. Kusi właśnie to, że mało kto jej dotykał, mało kto ją badał i opisał. A to w odkrywaniu podnieca najbardziej. Nietknięte, dziewicze tereny.

I wiecie co? Trochę się o sztuce farerskiej dowiemy z najbliższego spotkania, które organizuję z Maćkiem i Marcinem Michalskim z Wyspy Owcze – Projekt Føroyar. Sama nie mogę się już doczekać! Zapraszamy w sobotę 16 listopada do warszawskiej klubokawiarni KiciaKocia o 18:00!

Farma pełna światła

autor: Steinunn Sigurðardóttir
tytuł: Farma Heidy
tłumaczenieJacek Godek
rok: 2019
wydawnictwo: Kobiece
liczba stron312

Kiedy podczas Gdańskich Targów Książki Karolina Gruszka czytała fragmenty książki Farma Heidy, świeżo zresztą wówczas przetłumaczonej przez Jacka Godka, zapadła mi w pamięć raczej historia o kobiecie, która zrezygnowała z kariery modelki dla pracy w gospodarstwie. Z czytanych fragmentów wyobraziłam sobie, że ta piękna, wysoka blondynka, Heiða Ásgeirsdottír, marzyła o wyjeździe w wielki świat, ale tradycja kazała zostać jej na ojcowiźnie. Cieszę się, że mogłam zanurzyć się w lekturze tuż po premierze książki i całkowicie zmienić zdanie o Islandce, której historię spisała Steinunn Sigurðardóttir.

Heiða to postać istniejąca naprawdę. Faktycznie zapowiadała się na modelkę, ale w życiu próbowała wielu zawodów i zajęć. Nauczycielka wf-u, poetka, policjantka, właścicielka dużego gospodarstwa, krasomówczyni, rolniczka, lokalna polityk, parlamentarzystka, działaczka ekologiczna. Wszystkie role przenikają się ze sobą, ale Heiða wielokrotnie podkreśla, że najważniejszą z nich jest prowadzenie gospodarstwa o pięknej nazwie Ljótarstaðir, które można tłumaczyć jako “farma światła”, a przynajmniej tak chce rozumieć tę nazwę właścicielka. Praca na nim, podlegająca rytmowi pór roku, organizuje układ całej książki według czterech głównych części: Lato, Jesień, Zima, Wiosna. W każdej z nich przedstawione są najważniejsze obowiązki dla danej pory roku: latem żniwa, jesienią redyk i strzyżenie owiec, zimą spis ciąż w całej Islandii, wiosną wykot. Opieka nad całkiem licznym kierdlem i związane z nią obowiązki to praca na cały etat i przez wszystkie dni w roku, z okazją do jedynie krótkich wakacji za granicą.

Meet Heiða, a sheep farmer at Ljótarstaðir in Skaftártunga in South Iceland. She keeps 500 sheeps and it can take a few days to shear them all.

Opublikowany przez Inspired by Iceland Piątek, 13 stycznia 2017

I być może gdyby historia Heiðy była tylko opowieścią o przywiązaniu islandzkiego chłopa do ziemi i cykliczności pór roku, odłożyłabym ją z niesmakiem, bo Chłopów to się czytało w liceum. A jednak pozycja ta zrobiła furorę w samej Islandii i za granicą, niemal sto lat po przyznaniu Reymontowi Nobla. Urok Farmy Heiðy polega na niej samej. Po pierwsze: to kobieta samodzielnie zarządzająca wielkim gospodarstwem. Nawet jeśli islandzki feminizm nas nie dziwi, to jednak nawet na Islandii kobieta na farmie to rzadkość. Choć nie jest jedyną rolniczką w regionie, wielokrotnie zawstydza kolegów po fachu umiejętnością wywiązania się z trudnych zadań bez pomocy. Ale i sukces Heiðy polega na tym, że pomimo swojej wrodzonej nieśmiałości i dość skąpej towarzyskości,  może liczyć na duże grono rodziny i przyjaciół pomagających jej w najtrudniejszych zadaniach.

Heiða nie ma partnera ani dzieci, ale nie jest samotna. Mieszka z matką, czasem przyjmuje licznych gości. Otacza się zwierzętami, których traktuje jak bliskich przyjaciół. A do tego udziela się w swojej społeczności, co z trudem mieści się w dość napiętym harmonogramie zajęć. Mimo nawału pracy w gospodarstwie, angażuje się w działalność ekologiczną, idąc na wojnę z firmami planującymi budowę elektrowni. Determinacja i przywiązanie do małej ojczyzny doprowadzi ją nawet do udziału w polityce krajowej, kiedy w wyborach parlamentarnych zostaje wybrana na reprezentantkę swojego okręgu. Między sondą do liczenia ciąż a prowadzeniem traktora Heiða odbiera więc kilkadziesiąt telefonów dziennie i odpisuje na wiadomości, jedną ręką w macicy owcy lub na kierownicy.

Wydaje się jednak, że bez ryzyka i odrobiny szaleństwa życie Heiðy po prostu nie miałoby sensu. Dlatego wciągamy się w jej historię, choć osobie mającej zerowe doświadczenie w pracy z owcami specjalistyczna terminologia może odebrać chęć na dalszą lekturę. Nazwy różnych rodzajów umaszczenia islandzkich owiec są tu jednak przeplecione poezją. Krótkie formy autorstwa samej Heiðy, fragmenty jej ulubionych utworów czy wierszowane odpowiedzi na listy od jej przyjaciół nie zdziwią czytelnika przyzwyczajonego do literackiego dziedzictwa Islandii, ale zszokują każdego, kto po farmerze spodziewa się tylko spędzenia wolnego czasu na siedzeniu przed telewizorem.

Heiða łamie wiele stereotypów. Pewnie na Islandii popularność książki wiążę się z heroiczną walką bohaterki o lokalną przyrodę, być może wątki ekologiczne przyniosły książce sukces również za granicą. Myślę jednak, że poza ekologią pozycja ta porusza wiele innych uniwersalnych tematów. Zahacza o feminizm, bo ten osobisty wywiad-rzeka zręcznie spisany przez pisarkę stawia przed czytelnikiem obraz silnej i pewnej siebie kobiety, która zmaga się z fizycznymi i psychicznymi słabościami, by robić to, co daje jej szczęście okazało się pracą jej marzeń. Mimo predyspozycji do wielkiej kariery na światowych wybiegach, bohaterka zamiast szpilek wybiera gumowce, nie boi się ubrudzić, zmęczyć ani nie kryje, że rozrywki “typowo męskie”, takie jak przepychanie się i bijatyki, przynoszą jej dużo radości.

Mimo wstępnego, mylnego, wyobrażenia o książce, spodziewałam się, że znajdę tu więcej szczegółów o ekologicznej działalności bohaterki. I choć opisana jest ona dokładnie w części “Lato”, wątek nie jest poprowadzony przez pozostałe pory roku, a wydaje mi się, że też niezbyt pogłębiony. Dowiadujemy się co prawda, w jaki sposób biznesmeni z Reykjawiku starają się przekonać lokalnych mieszkańców do swoich niecnych planów , ale tak naprawdę nie wiemy, jak dokładnie kończy się cała sprawa. Heiða często jednak przypomina o swoich ekologicznych poglądach choćby wielokrotnie podkreślając, że nienawidzi bezsensownego zabijania zwierząt czy sprawia im bólu. Dzieli się również cennym spostrzeżeniem, który ukoronował moją lekturę tę książki i przyczynił się do ostatecznej ,bardzo dobrej, oceny tej pozycji:

Ekologia zwiastuje nową optykę i nowe czasy. Kiedy one się zmieniają, ludzie nie dają sobie rady z ideami. Bo przecież nie każdy zwolennik budowy elektrowni jest zwolennikiem niszczenia krajobrazu… To mogą być osoby szanujące przyrodę, dbające o nią, ale niepotrafiące poradzić sobie z takimi pojęciami jak ekologia czy ekolog… Odbierają je jako agresję.

Lektura z widokiem na owce.  Gospodarstwo w Sieradowicach pod Bodzentynem.

“Independent scholar”

“To pani bada sztukę skandynawską, tak?”, zapytała pewna profesor po moim czwartkowym wykładzie na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Zabawne, bo z punktu widzenia polskiego systemu szkolnictwa wyższego to ona bada sztukę skandynawską, nie ja. Spotkałyśmy się kilka lat temu na konferencji, gdzie przedstawiała wyniki swojej analizy porównawczej dzieł Weissa i Muncha. Jako specjalistka od sztuki środkowoeuropejskiej, wzięła na warsztat tymczasowo malarstwo Norwega. Ja, raczej na odwrót, interesuję się sztuką skandynawską, ale szukam wspólnych mianowników ze sztuką polską, żeby jakkolwiek swojego kapryśnego czytelnika zainteresować. Ale to właściwie nic nie znaczy, bo ja oficjalnie niczego nie badam. Tak wygląda system: jeśli nie mam afiliacji, w akademickim świecie po prostu nie istnieję.

Na studiach było o tyle łatwo, że przy zgłoszeniu na dowolną konferencję czy do publikacji mogłam podać nazwę jednej z dwóch jednostek i już można było przypiąć mi jakąś łatkę. Ale jeszcze zanim skończyłam licencjat ze skandynawistyki, a miałam już tytuł magistra historii sztuki, zgłosiłam się na międzynarodową konferencję skandynawistyczną nie jako studentka, ale jako historyk sztuki. Trzy razy zwracano się do mnie z pytaniem, jak właściwie mnie “opisać”. Bo jak to tak: występować, a nie reprezentować żadnej jednostki? To pani nie jest zatrudniona w Instytucie Historii Sztuki? Więc wpisali mi w afiliacji “Muzeum Narodowe w Warszawie”, bo pracuję tam jako przewodnik. Ale ma się to nijak do mojej “kariery” naukowej, więc identyfikator raczej zakrywałam, żeby nie wynikły z tego dalsze nieporozumienia.

I jeszcze kwestia publikacji, które wysyłałam do różnych czasopism naukowych jeszcze jako studentka, ale ukażą się po mojej obronie. Co wpisać? Brak afiliacji? Jak to możliwe?! To będzie “pracownik niezależny”. “Independent scholar”, bo po angielsku jeszcze jakoś to brzmi, a co ważniejsze: funkcjonuje. Tutaj? Tutaj oznacza to, czym jest naprawdę: że jesteś totalnym szaleńcem, że zamiast wziąć się za porządną pracę (skoro nie dostałeś się na studia doktorskie), ty wciąż chcesz udzielać się naukowo i publikować. Oznacza, że robisz to całkowicie w ramach czasu wolnego, nikt Ci za to nie płaci, a zupełnie obojętne są Ci punkty i nowe listy czasopism. Kiedyś były ważne, bo zbierałeś materiały do rekrutacji na doktorat, teraz nic nie znaczą. W dużym skrócie: jesteś frajerem, bo traktujesz pracę naukową jako pasję, a nie pracę. Dużo w tym prawdy, smutnej prawdy.

To, że nie dostałam się do szkoły doktorskiej bardzo pokrzyżowało moje plany. Powszechny stereotyp doktoranta zakłada, że jest to smutny humanista pozbawiony perspektyw na pracę w zawodzie, dlatego świadomie przedłuża studia, żeby odroczyć wejście na rynek pracy. A u mnie miało być zupełnie na odwrót: chciałam zamienić “pracę w zawodzie” na pracę stricte naukową, chciałam robić to, co daje mi przyjemność w ramach godzin pracy, a nie po godzinach. Chciałam publikować, wykładać, badać archiwa, jeździć na konferencje, pisać i poznawać innych specjalistów. Komisja nie podzielała jednak mojego entuzjazmu i uznała mój projekt badawczy za niezbyt potrzebny polskiej humanistyce. I tak zaczęła się seria niefortunnych zdarzeń, którą być może kiedyś tu opiszę.

Na konferencji w Poznaniu. Jeszcze jako studentka SWPS, ale wpisana jako pracownik Muzeum Narodowego w Warszawie…

Mimo to nie zamierzam się poddawać. Że nie chcę wyjść z wprawy i wciąż działać aktywnie na polu naukowym, choć nie dają mi szansy. Bo brak afiliacji działa odstraszająco na wszystkich. Ale jak powiedziałam: nie poddaję się, będę wnioskować o stypendium dla osób, które promują kulturę Islandii. I co z tego, że – ZNOWU – nie mieszczę się w żadnej z proponowanych kategorii: “translators, scholars and writers”. Co z tego, że piszę, skoro nie jestem pisarką, bo nie wydałam żadnej książki? Co z tego, że regularnie publikuję merytoryczne teksty, skoro nie są to artykuły wydawane w punktowanych czasopismach naukowych? Co z tego, że uważam się za “badacza”, skoro nie jestem wcale badaczką? Cała nadzieja w Islandczykach, którzy mogą okazać się bardziej otwarci na wymykanie się klasyfikacjom, niż decydujący o obecnym kształcie polskiego szkolnictwa wyższego politycy (tak, bo za jakość polskich uniwersytetów obwiniam “tych z góry”, a nie pracowników muszących tylko wykonywać wymyślane przez nich zadania).

Zawnioskuję więc jako, no właśnie, “independent scholar”. Bo właściwie jestem takim niezależnym pracownikiem. Mój pierwszy zawód to “autor Utulę Thule”, choć nie mam z tego żadnych pieniędzy. Ale dopóki mogę, będę “pracownikiem naukowym” w ramach swojego hobby, choć wierzę, że za rok moja sytuacja (albo miejsce zamieszkania) się zmienią. Ten rok jest może rokiem straconym, ale wygłosiłam niedawno swój pierwszy wykład o sztuce skandynawskiej i przyniosło mi to ogromną przyjemność. Być może wkrótce wygłoszę następne, gościnne wykłady na innych uniwersytetach w Polsce. A na plakacie pod moim nazwiskiem nikogo jakoś nie zraził brak afiliacji. Nikt się o nią nawet nie pytał (no prawie, bo w hotelu oficjalnie reprezentowałam instytucję, z którą od dawna nie mam już nic wspólnego, a która wysłała mi ostatnio list z miłym przypomnieniem, że nie przyjęła mnie na studia doktorskie ;)). Pani profesor nie użyła słowa “doktorat”. Za to wszyscy mnie chwalili, a wykład dał mi takiego kopa pewności siebie i radość z tego, co robię, że aż uwierzyłam, że bez doktoratu świat się nie zawali 😉

Dziękuję Pawłowi Kaźmierczakowi za zaproszenie oraz organizację wykładu!

Mówisz o sobie: artystka

Sztuka na Islandii to już nie tylko artyści islandzcy. Coraz widoczniejsze są tam również działania naszych rodaczek. Rozmawiałam z Wiolą Ujazdowską i Agnieszką Majką.

W ostatnim czasie skontaktowałam się z dwiema polskimi artystkami tworzącymi na Islandii. Choć różnią się wykształceniem, charakterem swojej artystycznej działalności i obszarem zainteresowań, sylwetki obu naszych rodaczek pokazują pewną różnicę traktowania i myślenia o artystkach w naszym kraju a na Północy.

Mówisz o sobie: artystka

Kiedy Wiola Ujazdowska w 2015 roku napisała w grupie Polacy na Islandii posta zaczynającego się od słów “Jestem artystką i…” pod jej wpisem wylała się burza komentarzy. Niektóre sugerowały, że nazywanie się artystką “trąci jak cholera” i projekt, o którym pisze nie jest właściwie sztuką. Wiola ukończyła historię sztuki i malarstwo na UMK w Toruniu oraz konserwację zabytków w Cologne Institute of Conservation Sciences, dlatego dziwi się, że w Polsce na tytuł artysty trzeba zasłużyć. “Dla mnie jest to zawód, profesja, która wymaga lat edukacji, ciężkiej pracy i ogromnego zaangażowania” twierdzi. “Ludzie krzywią się, jakbym nie wiadomo za kogo się uważała, bo artystą był przecież Jan Matejko, a nie jakaś młoda kobieta”. Co innego w Islandii: tutaj nikogo nie dziwi jej zawód, a tworzenie jest cenione do tego stopnia, że nawet bez odpowiedniego wykształcenia ludzie mogą nazywać się artystami.

Potwierdza to Agnieszka Majka, która ukończyła edukację artystyczną w zakresie sztuk plastycznych na Uniwersytecie Rzeszowskim. “Z moich obserwacji na Islandii niekoniecznie musisz ukończyć studia artystyczne, żeby być artystą” mówi. Sama uczy islandzkie dzieci plastyki w szkołach, ale niedawno ukończyła też pierwszy stopień kursu złotnika w Reykjaviku. Jej zdaniem nabycie nowych umiejętności otworzyły przed nią wiele możliwości, ale co najważniejsze: odnalazła drogę, którą chce podążać jako artystka.

Działania Agnieszki to obecnie przede wszystkim biżuteria artystyczna. Drobne fragmenty przyrody zatapia w żywicy epoksydowej i na tej podstawie tworzy swoje dzieło. Zajmuje się również fotografią, w której interesuje ją głównie pejzaż i portret. Jej pejzaże islandzkie wystawianie były już w Islandii i w Polsce, ale poza projektami fotograficznymi (takimi jak najnowszy Timeless, w którym skupia się na starszych modelach), realizuje się na Islandii również jako malarka. Jej obrazy również były już wystawiane na Wyspie, a swoje akwarele prezentuje także w Internecie.

Ingen fotobeskrivning tillgänglig.
Agnieszka Majka (Majka.art)

Wiola Ujazdowska od kilku lat pracuje głównie z nowymi mediami oraz na pograniczu sztuki, antropologii, perfomance i aktywizmu. Współpracuje z artystami islandzkimi i polskimi, należy również do Związku Artystów Islandzkich (Samband íslenskra myndlistarmanna), co dla artystów pochodzenia nieislandzkiego jest szczególnym wyróżnieniem.  Aby dostać się do Związku należy złożyć wniosek, w którym oprócz wykształcenia trzeba wymienić wystawy, w których się uczestniczyło. Aby wniosek rozpatrzono pozytywnie, ważna jest również długoletnia rezydencja na Wyspie.  Jak mówi mi Wiola, przykładowo Icelandic Art Center nie przyznaje dofinansowań artystom obcego pochodzenia, jeśli nie mieszkali na Islandii minimum 5 lat.

Twórca musi popełniać pomyłki

Projekt, o którym Wiola Ujazdowska wspominała na grupie Polacy na Islandii miał dotyczyć emigracji jako zmierzania się ze stereotypami związanymi z polskością. Artystkę interesują przede wszystkim obserwacje dynamicznie zmieniającego się społeczeństwa, w tym również zagadnień emigranckich. Ostatnio była kuratorką projektu Ágústkvöld/Pod koniec sierpnia – polsko-islandzkiego festiwalu, współtworzonego z islandzką artystką Ragnheiður Sigurðardóttir Bjarnarson.

Obecnie pracuje dla Reykjavik Esemble oraz nad produkcją performance wraz z Alexandrem Robertsem i Asrun Magnusdottir dla Reykjavik Arts Festival 2020. Oba projekty podejmują temat przemian społecznych w Islandii w ciągu ostatniego dziesięciolecia. Oprócz dużych projektów tworzy własne mniejsze projekty, na przykład w ramach Sequences Art Festival zaprezentuje nową pracę Where and how, która – jak opisuje sama artystka – “jest uliczną interwencją  na pograniczu street artu i urban guerrilli”.

Dzięki uprzejmości Wioli Ujazdowskiej.

Co najbardziej podoba jej się w pracy na Islandii? Jak twierdzi, przyjazd na Wyspę dał rozpęd jej twórczości i odwagę, której nie miała w Polsce. Jak twierdzi, nad Wisłą środowisko jest bardzo zawistne i zamiast współpracować, oczekuje się tylko potknięć ze strony artysty. A zdaniem Wioli Ujazdowskiej artysta musi się czasem mylić, bo bez popełniania błędów nie można się odpowiednio rozwijać. Jak dodaje, “Każda praca dla mnie to eksperyment i często nie wiem jaki będzie tego produkt finalny.  Najbardziej interesuje mnie aspekt transformacji czy deformacji.” W swojej twórczości próbuje też walczyć  o dostępność i inkluzywność sztuki. Szczególnie interesują ją mniej słyszane mniejszości: artystki, artyści queer, artyści niepełnosprawni oraz wywodzący się z mniejszości etnicznych. W Islandii wychodzi to o wiele łatwiej niż w Polsce.

Fauna, flora, aura

Agnieszka Majka tworzy i inspiruje się przede wszystkim przyrodą Islandii. Jak mówi, odkąd zaczęła tworzyć biżuterię, z każdego spaceru przynosi liście, mech, trawy, kwiaty, muszle, kamienie, piasek, które potem zatapia w żywicy. Jako fotografka i malarka wzrusza się pięknem krajobrazów. Przez osiem lat mieszkała w Kirkjubæjarklaustur, wciąż bywa i wystawia na południu Islandii, np. ostatnio w Vík, a teraz przebywa głównie w Reykjaviku. W akwareli często wraca do motywu zorzy polarnej, z kolei na jej fotografiach widać przyrodę, ale też ludzi na jej tle. W projekcie ReadHead portretowała rudowłose Polki, które pozowały na łonie natury, zestawiała je z kontrastującym tłem zieleni, błękitów i fioletowych łubinów.

Poza islandzką florą i fauną, istotna jest dla artystki również aura. Dla jej malarskiej i fotograficznej działalności kluczowe jest tutaj światło, które jej zdaniem jest na Islandii całkowicie odmienne. Zmieniające się pory roku również zachęcają do działania: pogodne jesienne dni, ale też te wypełnione szalonym wiatrem, nieustającym deszczem, który nie jest łaskawy dla nikogo. Co ciekawe, obie artystki potwierdzają, że nieobliczalna pogoda działa na nie bardzo twórczo. Dla Wioli sztorm to dobry czas, by się dokształcić, nadrobić nowe publikacje, szukać inspiracji on-line. Z kolei Agnieszka uważa, że “gdy człowiek utknie w domu, zaczyna szukać sobie zajęcia więc… tworzy.”

Dzięki uprzejmości Agnieszki Majki.

Co najbardziej podoba jej się w pracy na Islandii? Kurs złotnika pokazał jej nowy sposób wyrażania się, od tego momentu “zatapianie się w islandzką przyrodę” nabrało nowego sensu. Agnieszka Majka dodaje również, że swoboda artystyczna i otwartość Islandczyków na sztukę pozwala rozwijać skrzydła. Czuje, że może robić to co lubi i że jej twórczość wkrótce zostanie zauważona również w Reykjaviku. Do tego tutaj rozwija umiejętności pracy z ludźmi, szczególnie w sesjach zdjęciowych. We wspomnianym już projekcie Timeless szuka formuły na ukazanie piękna osób starszych. “To z ich twarzy można tak dużo wyczytać”, mówi. “Nie tylko zmarszczki i blizny, które przedstawiają miniony czas, ale i dobro. Czyste i nieskazitelne dobro. Tego nie da się zagrać. Tylko w oczach starszych ludzi możesz tak jasno i wyraźnie odczytać ten silny wewnętrzny spokój”.

O roli sztuki

Twórczość Agnieszki Majki to przede wszystkim rzeczy ładne, sztuka użytkowa: biżuteria do noszenia, piękny widok do powieszenia. Jak mówi, “sztuka nie musi krzyczeć, szarpać, niszczyć czy obrażać, żeby za pomocą szoku przekazać swoją informację odbiorcy”. I dodaje: “w mojej duszy mieszka spokojna istota. Chce się spełniać, tworzyć piękne rzeczy, którymi zwykły śmiertelnik może się otaczać i czuć się dobrze i swobodnie. Biżuteria, którą tworzę ma dać możliwość posiadania przy sobie odrobinki islandzkiej przyrody, nutkę magii”.

Z kolei Wiola Ujazdowska twierdzi, że “artysta jest reprezentantem swoich czasów, zwierciadłem i filtrem wyłapującym fragmenty rzeczywistości, które następnie przetwarza w wybrany przez siebie sposób”. Stąd jej zainteresowania oscylują wokół sztuki społecznej, co widać w wielu projektach zaangażowanych w życie różnych społeczności. “Osobiście czuję się najlepiej w małych miastach i społecznościach, w których idea sąsiedztwa jest obecna” – dodaje. “Aby być up-to date i tworzyć aktualne prace nie trzeba mieszkać w wielkich miastach, w czasach globalizacji wszystkie przemiany odbiją się na społecznościach lokalnych i właśnie w tym kontekście są najciekawsze. To trochę jak gra w głuchy telefon, na końcu wychodzi często coś zaskakującego i pewnego rodzaju izolacja Islandii sprawia, że wszystko to, co dzieje się w większych ośrodkach odbija się echem na wyspie i jest przekształcane na sposób lokalny”.

Dzięki uprzejmości Wioli Ujazdowskiej.

Czy współpracują wciąż ze światem artystycznym w Polsce? Agnieszka Majka ma wiele projektów poza Wyspą, głównie współpracuje z grupą Niezależna Akademia Frenetyków. W tym roku bierze udział w grupowej wystawie w Biurze Wystaw Artystycznych Jatki w Nowym Targu. Wiola Ujazdowska przyznaje natomiast, że przez życie na emigracji wypadła już z obiegu w polskim świecie artystycznym, ale ma nadal kontakty chociażby z CSW w Toruniu, a współpracuje z wieloma ośrodkami na świecie. Wciąż jednak jest artystką “pomiędzy”: “dla Polaków jestem zbyt islandzka, a dla Islandczyków zbyt polska, chociaż w Islandii się to już powoli zmienia i zaczynam być opisywana jako artystka islandzka polskiego pochodzenia”. Choć tworzy w Związku i jej twórczość finansowana jest przez rząd islandzki, dodaje, że “z dumą reprezentuje oba kraje”.

Echoiczna postnarracja?

Echo

tytuł oryginalny: BERGMÁL
reżyseria: Rúnar Rúnarsson
rok produkcji: 2019
kraj: Islandia, Francja, Szwajcaria

Na najnowszy film Rúnara Rúnarssona wybrałam się w ramach Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Co roku festiwal proponuje przynajmniej kilka tytułów z Islandii, ale tym razem na liście znalazło się tylko Echo, które miało swoją polską premierę w ubiegły poniedziałek. Premierowemu pokazowi filmu towarzyszyło spotkanie z reżyserem, który jest już znany festiwalowej – i polskiej – publiczności z wcześniejszych filmów fabularnych Wróble oraz Wulkan. Widz znający te produkcje ma więc ogólny obraz tego, czego może spodziewać się po tym islandzkim reżyserze, a jednak jego trzeci film pełnometrażowy był dla widowni niemałym zaskoczeniem.

Całość otwiera się sceną jeepa w myjni samochodowej. Podniosła muzyka zwiastuje, że nie bez kozery buduje się napięcie i w kolejnej scenie zdarzy się coś, co wprowadzi nas w fabułę. Jednak to się nie stanie. Postaci pojawiające się w pierwszych scenach nie wracają na ekran, choć przez kilkanaście minut filmu ma się jeszcze nadzieję, że ich historie zostaną dopowiedziane w dalszej części obrazu. Każda scena wprowadza nowych bohaterów i nowe, krótkie historie, a z oszczędnych dialogów możemy wynieść tylko strzępki informacji.

W końcu dostrzegamy, że motywem przewodnim całości jest jedna pora w roku, czyli zima, a konkretniej: święta Bożego Narodzenia i Sylwester. I każda z postaci przygotowuje się i przeżywa ten szczególny czas w roku inaczej. Jedni wybierają drzewko i przyrządzają świąteczną kolację, inni zjeżdżają do domu lub obdzwaniają rodziny, jeszcze inni gotowi są na świętowanie w samotności. Ot, szerokie spektrum współczesnego społeczeństwa, w którym tradycja miesza się z nowoczesnością. Wspólne śpiewanie kolęd na rynku miasta zestawione jest z odgrzewaniem gotowego dania, aby samotnie zjeść je przed telewizorem. Spokojne wysłuchanie orędzia pani premier przeplata się z rodzinną kłótnią o politykę. Szkolne jasełka skontrastowane zostają z pokazem blond kulturystek. Narkomani otrzymują opatrunki, nowe igły i świąteczny podarunek, a pracownicy Błękitnej Linii wysłuchują dzieci, których rodzice pobili się w domowym zaciszu. Polacy opuszczają budowę, bo płaci się im za mało, a mała dziewczynka zabiega o względy taty, który wybrał życie z nową rodziną.

Echo nie opowiada jednej historii. Złośliwiec z sąsiedniego fotela kinowego powiedziałby nawet, że nie opowiada żadnej historii. Bowiem najnowszy film Rúnara Rúnarssona to zlepek kilkudziesięciu scen, które w żaden sposób nie łączą się ze sobą. Bohaterowie, niczym aktorzy w Weselu Stanisława Wyspiańskiego,  wpadają na scenę, wygłaszają swoje kwestie i wychodzą, a ich miejsce zajmują kolejni. To korowód anonimowych, naszkicowanych tylko postaci, których historie nie mają większego znaczenia, bo widz nie zdąży w żaden sposób przywiązać się do nich, aby mieć chęć prześledzić poczynania  danego bohatera.  Razem stanowią swego rodzaju studium współczesnego społeczeństwa w okresie bożonarodzeniowym. Choć akcja dzieje się w Reykjaviku i z wielu wskazówek wnosimy, że to właśnie Islandczycy są sportretowani w tym filmie, taki kalejdoskop wydarzeń może przytrafić się w dowolnym mieście, na dowolnej szerokości geograficznej. Mimo to widz oczekuje, że ten przegląd urywków życia codziennego reprezentantów wszystkich grup społecznych do czegoś nas poprowadzi. Ale nie.

Gdy włączają światła, publiczność pozostawiona jest w pewnego rodzaju konsternacji. Film kończy się długą sceną statku kołyszącego się na morzu, a kamera wycelowana jest wprost w wysokie fale, więc patrzymy na sztorm z pokładu. Walczę ze swoją chorobą morską, ale wmawiam sobie, że ta potwornie długa scena ma jakiś sens, że pojawi się coś, co zepnie całość w jakiś konkret, że usłyszymy jakiś morał. Ale na fale wjeżdżają już napisy końcowe, co wcale nie sprawia, że w głowie przestaje mi się kręcić. Większość widzów opuszcza już salę, a ja cierpliwie czekam na Q&A z udziałem reżysera, może wyjawi on przede mną jakąś tajemnicę.

Pod ekran wychodzą reżyser oraz pani prowadząca, która zaczyna przepytywanie od odniesienia się do poprzednich filmów Islandczyka. Te opowiadały jakieś historie bohaterów, ich dojrzewanie albo trudny etap starości. Tym razem reżyser postanawia wyłamać się z wcześniejszej konwencji. Dlaczego to robi? Rúnar Rúnarsson odpowiada enigmatycznie. Jego zdaniem kino fabularne ma swój kres i obecnie zamiast wymyślania własnych historii scenarzysta powinien opowiadać te prawdziwe, rejestrować rzeczywistość, jak w dokumencie. Jak dodaje, Echo jest po części dokumentem, bo scenariusz przewidział 60 scen, ale do filmu weszło ich 58 i wiele było improwizowanych. Twórcy wręcz chodzili z kamerą po ulicy i w ciągu zaledwie 80 dni zdjęciowych zarejestrowali historie zwykłych ludzi, którzy przed kamerą grali samych siebie. Wszyscy aktorzy są amatorami, a wielu z nich opowiada swoje historie. Nie jest to jednak dokument, więc jak poradzić sobie z klasyfikacją i odbiorem takiego filmu?

Zdaniem reżysera kluczem do obrazu ma być ten szczególny czas przedstawiony. Boże Narodzenie, przygotowania do niego, Wigilia, wspólne świętowanie, a potem Sylwester i Nowy Rok. Historie bohaterów znajdują więc tu swój mianownik, co według Rúnarssona “ułożyło się samo”. Te pozornie wyjęte z kontekstu sceny tworzą pewną całość, ale nie chodzi o całość fabularną, lecz o studium emocji, jakich przeżywamy zależnie od kalendarza. Boże Narodzenie to taki “wzmacniacz emocji”, wtedy czujemy intensywniej i żyjemy pełniej. Wybaczamy, przypominamy sobie o dawnych bliskich, łakniemy towarzystwa, ale spływa z nas też całoroczny stres, stąd kłótnie i konflikty. Nie znaczy to jednak, że w święta jesteśmy prawdziwą wersją siebie, bo film nie pozwala nam porównać bohaterów z ich pozaświątecznymi “wcieleniami”. Nie jesteśmy w stanie postaciom nawet współczuć, bo ich dostatecznie dobrze nie poznajemy. Czy mamy w ich przeżyciach i zachowaniach odszukać samych siebie?

Zdaje się, że islandzki reżyser sądzi, że stworzył dzieło genialne. I nie tyle chełpił się tym na kinowej sali, bo Rúnar Rúnarsson  to w zasadzie człowiek bardzo cichy i skromny. Z jego wypowiedzi wypływało jednak przekonanie, że idealnie odnalazł się w nurcie kina “postfabularnego”, choć określenie to nie padło i wymyśliłam je na potrzeby tego tekstu. Pomógł mi w tym wspomniany już sąsiad, który uznał, że ta potrzeba nieopowiadania, unikanie narracji czy wychodzenie z roli opowiadacza dla potrzeb historii samej w sobie wpisuje się w postmodernim, kierunek, w którym podąża islandzki reżyser. Skoro zdaniem Rúnarssona w dzisiejszym kinie nie ma miejsca na opowieści, czy jest jeszcze sens tworzenia fabuł? Echo nie jest przecież dokumentem, tylko dokumentalizowaną fabułą. Aktorzy odgrywają siebie, a więc nie są przed kamerą do końca sobą. Nie są też aktorami? Więc kim?

Najnowszy film twórcy Wróbli i Wulkanu to zdecydowanie kino dla koneserów. Trzeba się chyba naprawdę dobrze na filmie znać, żeby dostrzec w tym obrazie wielką wartość. Trzeba, tak jak pani prowadząca spotkanie z reżyserem, policzyć sceny i użyć jakichś algorytmów, żeby uznać obraz za arcydzieło. Dla mnie było to kino trudne, a może nawet nudne. Monotonne i mało odkrywcze, jak tytułowe “echo”. Zestaw krótkich historii, które znam z życia codziennego. A ponoć do kina chodzi się po to, aby na chwilę wyłączyć się z własnego życia.