Z wizytą u Jóna Sigurðssona

Podczas mojego kwietniowego pobytu w Kopenhadze trochę przypadkiem natknęłam się na Jónshús, czyli dom Jóna Sigurðssona przy Øster Voldgade 12.

 

Tu właśnie żył, pracował i zmarł Jón Sigurðsson, najważniejsza postać islandzkiej walki o niepodległość. Dzień urodzin Jóna – 17 czerwca – został wybrany na datę najważniejszego islandzkiego Święta Narodowego, czyli Dnia Republiki związanego z odzyskaniem pełnej niezależności od Danii w 1944 roku. Ale dlaczego to właśnie Jón uznawany jest za ojca islandzkiej autonomii?

Urodził się w 1811 roku w Hrafnseyri w zachodniej Islandii. W wieku 18 lat przyjechał do Reykjaviku na studia, a trzy lata później – w 1833 roku – został studentem Uniwersytetu Kopenhaskiego. W tamtych czasach Islandczycy mogli uzyskać wyższe wykształcenie wyłącznie w Danii, dlatego w Kopenhadze mieszkało wielu młodych, energicznych studentów z głowami pełnymi pomysłów. Choć daleko od domu, to właśnie w stolicy Królestwa Danii zawrzały w nich uczucia patriotyczne, obserwując wydarzenia w Europie i szerzące się ruchy narodowo-wyzwoleńcze. Młodzi Islandczycy nie mieli jednak w planach wielkich rewolucji czy krwawych przewrotów – jak na studentów przystało, postanowili walczyć nie bagnetem, a piórem.

Tak powstało czasopismo Fjórnir, zrzeszające islandzkich patriotów. Ważną postacią środowiska był Jón, wówczas student filologii klasycznej i historii antycznej, który dla czasopisma pisał teksty o historii, języku i kulturze islandzkiej.  Interesował się dawną literaturą islandzką i sagami, dlatego jeszcze w Kopenhadze działał w Nordyckim Towarzystwie Starych Druków, a w 1814 roku wyjechał do Szwecji, by w archiwach Sztokholmu i Uppsali katalogować rękopisy związane z Islandią. Jako że w Kopenhadze studiował również politologię, zacząć studiować dawne islandzkie ustawodawstwo. Po powrocie do Danii założył Islandzkie Towarzystwo Literackie i zainteresował się islandzkimi rękopisami ze zbiorów Árniego Magnússona. Posiadał również własną kolekcję dokumentów i sag, które opracowywał i publikował.

Jón Sigurðsson na portrecie Þórarinna B. Þorlákssona

W 1841 roku Jón Sigurðsson założył polityczne czasopismo félagsrit, w którym pisano o Islandii i potrzebie odzyskania przez nią autonomii. Sigurðsson coraz częściej angażował się w politykę: brał udział w dyskusjach z królem Christianem IX na temat reaktywacji Althingu, islandzkiego parlamentu rozwiązanego przez Duńczyków w 1800 roku. Kiedy w 1845 roku przywrócono Althing, Jón wrócił na Islandię po 12 latach za granicą i został posłem islandzkiego parlamentu, wówczas jeszcze traktowanego jako ciało doradcze. Został członkiem islandzkiej Partii Patriotycznej i działał na rzecz uzyskania przez Islandię prawa do wolnego handlu oraz wprowadzenia reform gospodarczych i oświatowych. Silne starania Jóna i jego kolegów z partii doprowadziły m.in. do nadania Althingowi pełnej władzy ustawodawczej w 1867 roku oraz nadania Islandii konstytucji w 1874 roku. Jednak odzyskania pełnej autonomii, co nastąpiło 1 grudnia 1918 roku, Jón Sigurðsson niestety nie dożył.

Choć aktywnie działał na Islandii, będąc członkiem Althingu, na stałe mieszkał w Danii. Jeszcze przed wyjazdem do Kopenhagi na studia, zaręczył się ze swoją kuzynką, Ingibjörg Einarsdóttir, ale poślubił ją dopiero po powrocie na Islandię w 1845 roku. Od tego czasu para mieszkała w dwóch krajach na raz, przy czym do mieszkania na trzecim piętrze budynku przy Øster Voldgade 12 wprowadzili się w 1852 roku. Jón mieszkał tu aż do śmierci w 1879 roku.

Obejrzyj rolkę na moim Instagramie, żeby zobaczyć film z wnętrza domu.

Od 1966 roku budynek ten należy do islandzkiego Althingu i jest domem spotkań Islandczyków mieszkających w Kopenhadze. W 2018 roku, z okazji 100-lecia odzyskania przez Islandię autonomii, przygotowano w dawnym mieszkaniu Jóna i jego żony Ingibjörg wystawę poświęconą działalności pary na rzecz autonomii Islandii. W środku można oglądać autentyczne meble i pamiątki z lat 1860., aby poczuć domowy klimat i obecność jego dawnych właścicieli. Choć większość napisów jest po islandzku, warto tu wpaść, żeby obejrzeć pamiątki związane z najważniejszym Islandczykiem.

Na parterze znajduje się przestrzeń wspólna do spotkań i kulturalnych wydarzeń islandzkich, natomiast w piwnicy można odwiedzić islandzką bibliotekę, gdzie czekają na nas imponujące zbiory książek po islandzku oraz darmowa kawa i automat z islandzkimi słodyczami. Jeśli chcecie poczuć się jak w Islandii, ale bliżej Wam od Kopenhagi niż do Reykjaviku, jest to zdecydowanie dobry pomysł na wycieczkę. Po przekroczeniu progu Jónshús można naprawdę zapomnieć, że jest się w kraju bekonu i hygge, bo wszystko, co tu znajdziemy, jest na wskroś islandzkie.

Taka mała, a ważna

“Wielka historia małej wyspy. Jak Islandia zmieniła świat”

Autor: Egill Bjarnason
Wydawca: Znak literanova
Data wydania: 2022
Liczba stron: 368
Przekład: Agnieszka Nowakowska

O tym, że mała wyspa na Atlantyku może pokrzyżować nam plany, dowiedzieliśmy się w 2011 roku, kiedy erupcja islandzkiego wulkanu Eyjafjallajökull zablokowała ruch lotniczy nad Europą. Ale jak przekonuje Egill Bjarnason, momentów kiedy Islandia dała się we znaki całemu światu było w historii znacznie więcej.

Egill Bjarnason jest islandzkim dziennikarzem, który publikował na łamach gigantów takich jak New York Times i National Geographic. W Islandii zajmuje się reportażem; jego teksty i fotografie relacjonowały bieżące wydarzenia z Afryki czy Bliskiego Wschodu. W swojej debiutanckiej książce How Iceland Changed the World z 2021 roku zmienia jednak perspektywę i angielskojęzycznemu czytelnikowi zdaje raport z tego, co na przestrzeni lat działo się w Islandii. A raczej – co za sprawą Islandii wydarzyło się na świecie. Wychodząc bowiem z założenia, że historia jego kraju jest raczej mało znana poza Islandią, Bjarnason stawia ją w centrum światowych wydarzeń, wybierając te, w których mała wyspa na Atlantyku mieszała swoje palce. Świadomie lub nie, zdaniem autora Islandia zmieniła bowiem zmieniła świat.

Opowieść prowadzona jest chronologicznie, tzn. od zasiedlenia Islandii w epoce wikingów po czasy współczesne. Każdy rozdział został jednak napisany tak, aby to Islandia była punktem wyjścia dla znanych czytelnikowi, przełomowych wydarzeń. Stąd pierwszy rozdział bardziej niż na pierwszych osadnikach w Islandii skupia się na wyprawach wikingów na Grenlandię i odkryciu Ameryki. Dzieje islandzkiego średniowiecza opisane są z perspektywy islandzkich sag i tego, co dzięki nim wiemy dzisiaj o tamtejszym świecie. Historia nowożytna skupia się na erupcji wulkanicznej, która doprowadziła do rewolucji francuskiej, a czasy współczesne opisane są z perspektywy przełomowych polityczek i kryzysu ekonomicznego. Słowem: autor wybrał momenty, dzięki którym Islandia pojawiała się na kartach historii i  przypominała o sobie w światowych mediach.

Wiele z tych wydarzeń miłośnik Islandii lub oczytany czytelnik i czytelniczka mogą już znać. Nie jest już przecież tajemnicą, że to wikingowie z Islandii odkryli Amerykę na wiele lat przed Kolumbem, a gdyby nie strategiczna baza amerykańska na Wyspie, dzieje II wojny światowej mogłyby potoczyć się inaczej. Autor nie poprzestaje jednak wyłącznie na powszechnie znanych faktach, ale wynajduje smaczki i przybliża mniej znane historie i wersje wydarzeń. Przykład? W rozdziale poświęconym wyprawom wikingów owszem wspomina Eryka Rudego i Leifa Szczęśliwego, ale sporo miejsca poświęca też postaci dotąd pomijanej w tej narracji o dzielnych odkrywcach, czyli Guðríðr Þorbjarnardóttir, głównej bohaterce Sagi o Grenlandczykach. Metoda Bjarnasona często opiera się na opisaniu historii z perspektywy poszczególnych bohaterów, czyli Islandczyków, których warto znać. Dzięki temu poznajemy nazwiska osób ważnych dla islandzkiej przeszłości, ale nieobecnych w naszych podręcznikach od historii. Nie ma tu zresztą tylko postaci historycznych, bo jedną z bohaterek książki Bjarnasona jest Islandka, która opowiadała Tolkienowi islandzkie wierzenia ludowe. Jak się nazywała? Trzeba zajrzeć do książki, żeby się o tym dowiedzieć!

Narracja autora jest zresztą bardzo subiektywna. Sporo miejsca poświęca czasom wikingów i średniowieczu, a potem przeskakuje już do XVIII wieku i ponad połowę książki zajmuje historia nowoczesna. Można zgadywać, że zdaniem autora między śmiercią biskupa Jóna Arnasona a wybuchem Laki niewiele istotnego dla dziejów świata wydarzyło się na Islandii. Ale wiele opisywanych w książce wydarzeń z bliższej przeszłości Islandii też nie miało przełomowego charakteru poza Wyspą, a jednak zostało opisanych. W gruncie rzeczy brak tu kilku ważnych wydarzeń, o których wspomina chociażby Gunnar Karsslon w Historii Islandii w skrócie, ale najwyraźniej Egill Bjarnason miał powód, by pominąć masakrę na Baskach albo wojnę dorszową. I dobrze, bo dzięki temu znalazło się miejsce na inne, mniej znane wydarzenia.

Z perspektywy osoby oczytanej w temacie Islandii i znającej jej historię, bardzo ucieszyłam się na wątki, o których jak dotąd nie miałam okazji więcej przeczytać. Jednym z nich jest chociażby wielki mecz szachowy między Bobby’m Fischerem a Borisem Spasskim, który odbył się w 1972 roku w Reyjavíku. Bjarnason umieszcza go w kontekście zimnej wojny i słynnego spotkania Ronalda Reagana i Michaiła Gorbaczowa w 1986 roku w Höfði, jednak to właśnie islandzki epizod z życia amerykańskiego szachisty jest głównym wątkiem całego rozdziału poświęconego tym czasom. Podobnym zaskoczeniem jest także historia powstania państwa Izrael, w której udział brał pewien Islandczyk.

Możliwe, że tak obszerne omówienie tych wydarzeń, obok dziejów amerykańskiego wojska na Wyspie podczas II wojny światowej oraz ćwiczeń NASA w islandzkim krajobrazie księżycowym, wynika z pisania książki z myślą o rynku anglosaskim. Wydana po angielsku, a nie islandzku przecież, książka How Iceland Changed the World została zresztą dobrze przyjęta w Ameryce, na co z pewnością liczył wykształcony na tamtejszych uniwersytetach autor. Zresztą co tu dużo mówić: jeśli Islandia zmieniła świat, to głównie dlatego, że mieściła się w połowie drogi między Waszyngtonem a Moskwą, dzięki czemu faktycznie miała strategiczne położenie w nowoczesnych wydarzeniach. A kto nie odrobił pracy domowej z historii, może się na ten temat doszkolić właśnie dzięki lekturze książki Bjarnasona.

Można więc powiedzieć, że “Wielka historia małej wyspy. Jak Islandia zmieniła świat” to w gruncie rzeczy nie tyle książka historyczna, co dziennikarski reportaż z przeszłości. Autor przybliża dzieje małej wyspy zachodniemu czytelnikowi, stawiając ją w świetle ważkich wydarzeń, a jednocześnie oswajając z myślą, że wielka historia nie musi dziać się tylko w najsilniejszych państwach. To z resztą znany od lat sposób Islandczyków na przetrwanie w wielkim świecie: zgodnie z dewizą besta í heimi, czyli, że wszystko co islandzkie jest najlepsze na świecie. Bjarnason kilkakrotnie przypomina zresztą, że jego rodacy uwielbiają przechwalać się statystykami (czego to nie mają najwięcej per capita) oraz małymi zwycięstwami, które z powodzeniem wyolbrzymiają do gigantycznych rozmiarów (pierwsza prezydentka, pierwsza jawna lesbijka na fotelu premiera, i tak dalej…)

Z drugiej strony islandzki dziennikarz napisał historię swojego kraju z ciekawej, bo outsiderskiej perspektywy. Niby czytelnik nie ma wątpliwości, że autor jest Islandczykiem, bo używa określeń “w naszym kraju” oraz “u nas”, a jednak wydana po angielsku w 2021 roku książka How Iceland Changed the World została zaadresowana do tych, którzy Islandii nie znają od środka. Sam autor też próbuje złapać dystans do własnego kraju, a we wstępie przyznaje, że do napisania książki by nie doszło, gdyby nie dość szalony pomysł zaciągnięcia się do załogi statku. Można więc powiedzieć, że dopiero patrząc na wyspę spoza brzegu mógł napisać jej historię, a podążając śladami bohaterów z przeszłości, lepiej zrozumiał ciągoty swoich przodków do przemieszczania się i tworzenia wielkiej historii poza granicami swojego państwa.

“Wielka historia małej wyspy. Jak Islandia zmieniła świat” Egilla Bjarnasona to przyjemna lektura z kategorii tych, które bawiąc – uczą. Napisana z humorem i charakterystyczną dla Islandczyków autoironią, jest skarbnicą wiedzy na temat mniejszych i większych wydarzeń z historii, o których nie opowiadali nam w szkole. Co więcej, podróż przez dzieje Islandii i całego świata pozwolą na lepsze zrozumienie Islandczyków, szczególnie tego, czym Islandia jest dzisiaj i za co mamy w zwyczaju ją tak uwielbiać.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Znak literanova.

 

PS: Autor będzie gościem Miesiąca Islandzkiego 2022. Rozmowy wokół książki (w języku angielskim) posłuchasz we wtorek 21 czerwca o godzinie 16:00 na moim Facebooku. Zachęcam do zadawania pytań autorowi (również w języku polskim, będę je tłumaczyć), ponieważ najciekawsze zostaną nagrodzone egzemplarzami książki Wielka historia małej Wyspy. Jak Islandia zmieniła świat. Patronem spotkania jest wydawnictwo Znak litera nova.

MIESIĄC Islandzki | Czerwiec 2022

Jeden dzień to za mało! Dlatego w tym roku Utulę Thule zaprasza nie na Dzień Islandzki, ale cały MIESIĄC Islandzki!

Wydarzenie związane z obchodami islandzkiego święta narodowego, organizowane od lat około 17 czerwca, szczególnie odkąd przeniosło się do internetu cieszyło się dużym zainteresowaniem. Po raz pierwszy jeszcze jako prezeska Studenckiego Klubu Islandzkiego zorganizowałam imprezę islandzką w warszawskim klubie Chmury, a potem co roku przenosiliśmy się do innych lokalizacji, żeby wspólnie świętować Dzień Islandzki.

Po niemal 10 latach organizacji Dnia Islandzkiego postanowiłam zakończyć tę działalność, ale zakończyć ją z przytupem. Dlatego w tym roku czeka nas nie Dzień, a cały MIESIĄC Islandzki!

OBEJRZYJ TRAILER WYDARZENIA

W programie:

Dni Islandzkie to przede wszystkim rozmowy w wyśmienitymi gośćmi. W tym roku nie może być inaczej, dlatego zaprosiłam do udziału znajomych i przyjaciół  z Islandii, którzy zgodzili się opowiedzieć o Wyspie ze swojej perspektywy. Już 8 czerwca o godzinie 20:00 na moim Facebooku odbędzie się live-rozmowa z twórcami IceStory: Piotrem Mikołajczakiem i Bereniką Lenard. A co później? Śledźcie Utulę Thule, żeby być na bieżąco z programem!

Jak co roku postarałam się również o konkursy z islandzkimi nagrodami. Tym razem będziecie mogli powalczyć o egzemplarze książek, m.in. Wielką historię małej wyspy. Jak Islandia zmieniła świat Egilla Bjarnasona, a także plakat z niesamowitymi stworami z islandzkiego folkloru! Wszystkie informacje na temat konkursów będą pojawiały się na moich kontach Facebook i Instagram.

Wyjątkowym punktem tegorocznego programu będzie także licytacja książek i pamiątek z moich własnych archiwów, ale też przekazanych przez Miłośników i Przyjaciół Islandii, np. od Marty Bartoszek z Centrum Języka Islandzkiego albo Kasi Płachty, znanej jako JigsKnits. Dochód z licytacji chciałabym przekazać Fundacji Benek, zajmującej się opieką nad zwierzętami z Ukrainy. Licytacje islandzkich fantów będą trwały przez cały miesiąc na moim Facebooku, a wysyłka zdobyczy (na koszt licytującego) odbędzie się w pierwszych dniach lipca.

W programie Miesiąca Islandzkiego znajdą się również pokazy zdjęć oraz wykłady! Będę gościła u siebie m.in. Julię z Mowy Północy, która opowie nam o języku wikingów, oraz Zbigniewa Szwocha, który zaprezentuje swoją książkę Kajakiem po wodach Północy oraz wykonane podczas opisanych w niej wypraw zdjęcia. Do tego będę relacjonować mój pobyć na Islandii w postaci fotorelacji i rolek na Instagramie, a także przypominać moje najciekawsze wpisy o Wyspie na moim Facebooku.

Wszystkie informacje o wydarzeniach on-line znajdziecie na mediach społecznościowych Utulę Thule: Facebooku oraz Instagramie. Cały program i wszystkie aktualizacje znajdziecie na stronie wydarzenia.

Wydarzenie objął patronatem Konsulat Honorowy Republiki Islandii w Warszawie!

Zemsta podana na zimno (i ciężkostrawna)

Wiking

tytuł oryginalnyThe Northman
reżyseria: Robert Eggers
rok produkcji: 2022

Film Roberta Eggersa oparty na scenariuszu Sjóna inspirowanym staronordycką legendą o Amlecie. Gwiazdorska, międzynarodowa obsada, w tym aktorzy skandynawscy i Björk w roli wieszczki. Sukces gwarantowany.

Tak myślałam, kiedy kilka miesięcy temu przeczytałam zapowiedzi tego filmu. Megaprodukcja o wikingach, w której główne role zagrają Skandynawowie, w dodatku z szansą na mniej amerykanizowaną wersję wydarzeń, skoro za scenariusz odpowiedzialny jest Islandczyk. Sjón (Sigurjón Birgir Sigurðsson), to pisarz i poeta o międzynarodowej sławie, w dodatku mający już na koncie nominację do Oscara za napisaną dla Björk piosenkę “I’ve seen it all” do filmu Larsa von Triera Tańcząc w ciemnościach. Jego powieść Skugga-Baldur świetnie oddaje kierunek zainteresowań pisarza: surrealistyczna inspiracja Islandią czasów wikingów, nawiązująca do bogatej tradycji sag i ich specyficznego stylu. Takiego też scenariusza się spodziewałam, oczekując głębokich nawiązań do staronordyckich wierzeń i mitów.  Sama legenda o Amlecie, czy Amlóðim, znana jest m.in. właśnie z islandzkich sag, ale głównie z pism Saxo Grammaticusa, który w XIII wieku spisał historię księcia Amletha, mszczącego się na stryju za śmierć swojego ojca, króla Aurvandilla. To właśnie ta historia stała się kanwą dla Hamleta Williama Szekspira.

Taki scenariusz w rękach Roberta Eggersa, twórcy świetnie przyjętych filmów: Czarownica (2015) i Lighthouse (2019), miał ogromne szanse na sukces. Reżyser dwoma tylko produkcjami ukonstytuował swój charakterystyczny styl, który opiera się na specyficznie budowanym nastroju grozy oraz fantastycznych, ale wciąż stąpających po ziemi, wątkach. Można się więc było spodziewać, że i w filmie Wiking podkreśli mistyczno-pogański kontekst legendy i nie oszczędzi widzowi scen krwawych, brutalnych, a czasem wręcz absurdalnych. I faktycznie jest tak, jak się spodziewaliśmy: szaleńczy berserkowie napadający na ruską osadę, pozornie niezrozumiałe rytuały i ofiary dla bogów, pełna erotyzmu noc (świętojańska?) i zemsta, którą podaje się na zimno, ale konsumuje w temperaturze wrzenia.

The Northman (Wiking) • Cały Film • Oglądaj Online • Gdzie obejrzeć

Są też znakomite kreacje aktorskie, a przynajmniej czasami. Poza gwiazdami z Hollywood: Nicole Kidman, Anyą Taylor-Joy, Ethanem Hawke i Willemem Dafoe mamy też aktorów z Północy: Szwedów: Alexandra Skarsgårda i Gustava Lindha, Duńczyka Claesa Banga oraz Islandczyków: Hafþóra Júlíusa Björnssona, Ingvara Sigurðssona i Björk. Ci ostatni odgrywają role czarowników, choć islandzka wokalistka przewrotnie nie gra nordyckiej völvy, a słowiańską wieszczkę i wielka szkoda, że pojawia się w jednej tylko scenie, bo gra znakomicie. Nie można tego powiedzieć o innych aktorach, którzy bywają nierówni, a czasem po prostu słabi. Udawany “skandynawski” akcent wielu z nich nie jest konsekwentny, a sztywna, jakby teatralna maniera gry nie pasuje do dynamicznej, dramatycznej akcji. Po hollywoodzkich “wyjadaczach” spodziewałam się znacznie więcej,  przykładowo Nicole Kidman była mało przekonywająca, szczególnie jeśli jej postać ukazana jest z pewnym twistem i oczekuje się po niej lepszej ekspresji, godnej dzielnych kobiet Północy.  Równie chłodno przedstawiono tu relację romantyczną, trudno było bowiem zobaczyć chemię między Anyą Taylor-Joy i Alexandrem Skarsgårdem, parą intrygantów “splecionych nićmi losu”.

Wróćmy jednak do scenariusza. Film trwa około 2,5 godziny, niektóre sceny więc dłużą się i wydają zbędne. Ciekawe i mające ogromny potencjał postaci pojawiają się raz i na krótko (jak chociażby Heimir grany przez Willema Dafoe czy wieszczka-Björk), a inne, jak Thórir, syn Fjölnira być może mogłyby być wyeksponowane mniej. Podobna dysproporcja odczuwalna jest również w samej akcji – na początku i pod koniec film ogląda się znacznie mniej przyjemnie, niż w samym środku. Świetną sceną jest chociażby walka z upiorem w kurhanie, która na etapie samego scenariusza jest dowodem głębokiej inspiracji sagami islandzkimi, ale z perspektywy filmowej oddaje kunszt reżysera w tworzeniu innej, czyżby alternatywnej?, rzeczywistości.

Do plusów dodałabym również scenografię i historyczną poprawność. Twórcy zadbali o to, by stroje, budynki i akcesoria bliskie były czasom, w których rozgrywa się akcja (IX wiek), a mnie jako historyka sztuki szczególnie ujęła wizja pogańskiej świątyni i posągów bogów, inspirowanych znanymi nam figurkami z wykopalisk archeologicznych czy przedstawieniami z kamieni runicznych. Choć miejscami niemal kiczowata scenografia, szczęśliwie daleka jest monumentalnym i ociekającym złotem wizjom znanym z popkultury. Nawet te bardziej “ponadnaturalne” momenty, jak podróż Walkirii do Valhali, przyprawiają o ciarki, choć nie ma w nich nic patetycznego czy wzniosłego, a raczej opierają się na prostych metodach gry światłem, dźwiękiem i szaleńczym wyglądem samej przewoźniczki.

The Northman (2022) - IMDb

Zgodnie z oczekiwaniami, Wiking jest oszałamiającą produkcją z dobrze osadzoną w realiach historycznych akcją opowiedzianą w sposób, który budzi pytania o granicę między fiction a non-fiction.  Czegoś jednak tej megaprodukcji brakuje. Moim zdaniem nie sprostała oczekiwaniom “najlepszego filmu o wikingach” z bardzo prostej przyczyny – osobom nieznającym się na tych czasach będzie on trudny w odbiorze, ponieważ gęsty jest od hermetycznych odniesień i specjalistycznych detali. Z drugiej strony zbudowana w filmie atmosfera i sposób ukazania tej epoki najbliższy jest klimatowi sag i mitologii, co docenią tylko znawcy literatury staronordyckiej.

Podczas Przeglądu Kina Nordyckiego w Centrum Filmowym UG im. Andrzeja Wajdy specjalista od kina islandzkiego Sebastian Jakub Konefał powiedział, że wszyscy najwięksi reżyserzy z Islandii, z którymi rozmawiał, mieli marzenie zekranizować sagę islandzką. Robertowi Eggersowi miało się udać, choć – a może właśnie dlatego że – nie jest z Islandii. I nie chodzi tylko o pieniądze na filmowanie w trudnych i kosztownych islandzkich plenerach, ale być może również o dystans, widać tu bowiem zachwyt dawną kulturą nordycką, ale też autorską interpretację pogańskiego świata magii i sag, których akcja opiera się na zemście. Dodając piękne zdjęcia Islandii i modę na wikingów, sukces miał być gwarantowany. I choć film cieszy się już uznaniem krytyków i czytam niemal wyłącznie pozytywne recenzje, nie jestem w stu procentach przekonana. Być może dlatego, że mam w głowie słowa Friðrika Þóra Friðrikssona, zacytowane ostatnio przez prof. Konefała: “Kiedy robisz film na Islandii, pamiętaj, żeby zdjęcia nie zjadły scenariusza”. A tu zdecydowanie forma przerosła treść.

20+ The Northman Tapety HD | Tła

Drugie życie Szeptów Kamieni

„Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii” (wydanie drugie)

Autorzy: Berenika Lenard i Piotr Mikołajczak
Wydawca: Wydawnictwo Otwarte
Data wydania: 2022
Liczba stron: 320

“Tego kraju nie da się poznać, czytając książki “- powiedział Tolli Morthens w wywiadzie udzielonym Piotrowi i Berenice, autorom reportażu Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii.

Islandzki malarz ma sporo racji, ale drugie wydanie debiutanckiej książki duetu Ice Story utwierdziło mnie w przekonaniu, że Piotrowi i Berenice udało się opowiedzieć historię o Islandii nieznanej, wciąż obcej rzeszom turystów, a nawet miłośnikom Islandii. Choć wiem, że Szepty z 2017 roku towarzyszyły wielu osobom w podróżach na Wyspę (sama po raz pierwszy leciałam w samolocie do Keflaviku z wydrukiem recenzenckim w ręku), a opisane tam miejsca pojawiły się na mapach wielu turystów z Polski, to po przeczytaniu ulepszonej wersji przypomniałam sobie o miasteczkach, do których jeszcze nie dotarłam i lokalizacjach, które nawet już nie istnieją.

Gdy czytam moją recenzję wydania z 2017 roku, przypominam sobie miłe okoliczności jej napisania. Sam fakt, że czytałam książkę podczas podróży na wymarzoną Islandię, a lektura całkowicie wypełniła mi czas 3-godzinnego lotu. I że gdy już dotarłam na miejsce, mogłam od razu skonfrontować pierwsze wrażenia w spotkaniu z autorem, Piotrem Mikołajczakiem. Po powrocie z pierwszej wycieczki na Islandię napisałam recenzję, potem prowadziłam jedno ze spotkań autorskich w Warszawie, a przez lata zaprzyjaźniłam się z Piotrem i Bereniką, spotykając się z nimi na Wyspie, jak i w Warszawie. Czy mając taki sentyment do tej książki i bardzo osobisty stosunek do jej autorów, wypada mi teraz w ogóle pisać nową recenzję? Gdy czytam tę pierwszą, wydaje mi się ona wciąż dość obiektywna:

Niezaprzeczalną zaletą książki jest więc przede wszystkim bezstronne, rzeczowe podejście do projektu, jakim miało być przedstawienie historii 21 opuszczonych miejsc. Z dziennikarską ciekawością i profesjonalizmem autorzy dokopali się jednak do tych warstw islandzkiej duszy, których dotąd nikt w tak dokładny sposób nie opisywał. Berenika i Piotr nie oceniają, nie banalizują żadnych wątków, a nawet pozwalają im w dość swobodny sposób przeplatać się ze sobą w tekście, przez co narracja wymyka się sztywnym ramom geograficznym przewidzianym w spisie treści. Nie przeszkadza to jednak w odkrywaniu kolejnych warstw, szczególnie czytelnikom mniej zaznajomionym ze współczesnym obliczem Wyspy, choć i tu należy wytknąć autorom i wydawcy pewne wady. Mniej oczytany odbiorca może mieć wrażenie, że niektóre wątki zostały zarysowane zbyt skrótowo, gdyż odwołania do niektórych wydarzeń z historii bywają niewystarczające i brakuje choćby minimalnego rozwinięcia tematu w treści książki czy towarzyszącym jej przypisie.

Nowa – rozszerzona i zaktualizowana wersja – Szeptów kamieni odpowiada na część moich “postulatów”. Choć przyznam się bez bicia, że nie analizowałam dokładnie, linijka po linijce, treści obu wersji, w nowym wydaniu czuje się więcej informacji, wyjaśnień, a autorzy uzupełnili treść o dodatkowe odwołania do dalszych lektur i wzbogacili bibliografię. Merytorycznie treść książki została więc udoskonalona, nie mówiąc już o aktualizacji podanych w 2017 roku wydarzeń i informacji, z uwzględnieniem sytuacji pandemicznej, ale też ekonomicznej i geograficznej (pojawia się chociażby informacja o wulkanie Fagradalsfjall, którego wybuch zdominował wiadomości z Islandii swego czasu).

Co więcej, stara treść została nie tylko udoskonalona, ale przybyły również nowe podrozdziały w ostatniej części książki, poświęconej Emigracji. Jak dotąd Piotr i Berenika byli dość niewidoczni w swoich książkach, zdradzając swoją obecność jedynie w tu i tam użytej formie pierwszej osoby liczby mnogiej, ale prowadząc narrację reportażu w sposób raczej obiektywny, chłodny, choć i bardzo żartobliwy. Tymczasem drugiemu wydaniu towarzyszy podejście bardziej osobiste, a własne doświadczenia reemigracji autorów można poznać z pierwszej ręki – bez szczegółów przyznają, że powrót na Wyspę wydawał się po rocznym pobycie w Polsce niemal konieczny. Wyspa przyciąga, o czym mówią bohaterowie reportażu, ale i sami autorzy udowadniają, że musieli tu wrócić. Ta prywatna historia dodaje całości rys wiarygodności, a czytelnicy zżyci z autorami dzięki mediom społecznościowym na pewno ucieszą się na możliwość przeczytania nowych podrozdziałów.

Nowe wydanie otrzymało lepszą szatę graficzną, znajdziemy tam również więcej zdjęć, nie tylko wydrukowanych (choć wiele z nich pokrywa się z obecnymi w pierwszym wydaniu, tutaj są lepszej jakości i w większym formacie), ale też załączonych w QR kodach przed każdym nowym rozdziałem. Ten, kto lubi czytać książki z telefonem w ręku, może więc przeglądać jednocześnie zdjęcia, a nawet posłuchać islandzkiej muzyki z playlisty przygotowanej przez Aleksandrę Kaczkowską. Ta miłośniczka Islandii, fotografka i dziennikarka często zapraszająca Piotra Mikołajczaka do swoich audycji w “Trójce”, opatrzyła nowe wydanie własnym tekstem “W nutach zaklęty krajobraz Islandii”.

Te nowe elementy świetnie dopełniają lekturę książki tym, którzy planują przenieść się na Islandię z domowego fotela albo rozpocząć przygodę z tym pięknym krajem. Jeśli drugie wydanie Szeptów trafi w ręce debiutującego islandofila, z pewnością będzie to świetny początek przygody, a dzięki rozbudowanej przedmowie z wymienieniem wielu innych miejsc (głównie w Internecie) promujących wiedzę o Islandii, ów czytelnik lub czytelniczka od pierwszych stron książki prowadzeni są za rękę do innych sprawdzonych przez autorów osób, które polecają czytać, śledzić i obserwować.

A jeśli jednak ktoś ma ochotę zabrać Szepty w teren i potraktować nowe wydanie jako alternatywny przewodnik po Wyspie (a wielu pojechało na Fiordy Zachodnie lub inne opuszczone miejsca właśnie za sprawą pierwszej wersji Szeptów kamieni), mogą to zrobić również dzięki umieszczonej na końcu publikacji mapie (również w wersji on-line zapisanej w QR kodzie), na której zaznaczone są lokalizacje opisane w książce, dodatkowo opatrzone dokładnymi współrzędnymi, które możemy wprowadzić do naszego GPSa czy innej nawigacji, a ta zaprowadzi nas już sama w te islandzkie “nieznane”.

Słowem, mam wrażenie, że Piotr i Berenika potraktowali swoich czytelników tak, jakby sami chcieli zostać potraktowani. Myślę, że po latach dokładnego researchu i przejechaniu Islandii wzdłuż i wszerz (wielokrotnie!), postanowili oddać w nasze ręce zaktualizowaną wersję książki-przewodnika po ich własnej, subiektywnej Islandii. Co więcej, ułatwiają nam poznanie ich wersji tego zakątka świata przez wszystkie narzędzia, którymi okraszono drugie wydanie Szeptów kamieni. Imponujące, że – co jednak rzadkie wśród autorów piszących o Islandii – wydanie nowej, poprawionej wersji udowadnia silny związek z tematem, a pomimo ciągłego pisania o Wyspie Piotr i Berenika nie znudzili się nią, a nawet postanowili wrócić do dawnego tekstu i go zredagować. Może to pedantyzm, może poczucie szacunku dla czytelnika, a może po prostu wewnętrzna potrzeba napisania swojej pierwszej książki niejako na nowo. Większość autorów porzuca swoje debiuty i niechętnie do nich wraca (kto z nas zadowolony jest ze swoich pierwszych tekstów?), tu natomiast otrzymujemy nowy produkt, lepszy i piękniejszy od pierwszego.

Co ważne, odpicowana wersja Szeptów kamieni przyniesie dużo dobra. Autorzy ogłosili bowiem, że cały dochód ze sprzedaży drugiego wydania zostanie przeznaczony na pomoc Ukrainie:

Dlatego polecam wszystkim lekturę nowego wydania!

Norweskie tusser i huldra

W najbliższą środę o północy pojawi się nowy odcinek “Elfy i trolle. Podcastu o Północy”. W tym odcinku opowiadamy mniej znane historie o norweskich ukrytych ludziach: tusser i huldrze.

W drugim odcinku „Elfów i Trolli” Ania i Kinga przenoszą się do Norwegii za sprawą rysunku norweskiego artysty Theodora Kittelsena. Czarno-biała praca jest inspiracją do rozważań na temat szeregu stworów z Północy – huldr, tusser oraz ukrytych ludzi. W trakcie audycji dowiecie się kim są poszczególne stworzenia, jak je odróżnić oraz co robić w przypadku spotkania ich na swojej drodze.

Odcinek można znaleźć na YouTube UTULĘ THULE MÓWI O SZTUCE PÓŁNOCY, a także na platformach podcastowych: Spreaker i Anchor.

W odcinku nie starczyło miejsca na wszystkie wybrane przez nas historie, dlatego publikujemy tutaj treść innej opowieści o huldrze.

Dwie huldry w Nordland

Mons Andersen Selfordsfjeld i Jacob Johnsen Mo pracowali pewnego razu u kupca Knuta Jægera Mo. Pewnego jesiennego dnia zwozili do domu drewno ze Stormyra położonego powyżej gospodarstwa. Aby jak najszybciej się z tym uporać jechali do późna w nocy, by rankiem mieć do przewiezienia już tylko niewielką część ładunku.

Obaj młodzieńcy byli zaręczeni, a ich narzeczone pracowały w tym samym gospodarstwie, co oni. Kiedy ładowali ostatni przedostatni załadunek, zobaczyli jak wybiegają one z lasu i siadają na wozie na ładunku drewna.

Młodzieńcy bardzo się zdziwili, ponieważ dziewczęta zachowywały się w dziwny sposób. Z powodu ciemności nie widzieli ich wyraźnie, jednak nie mieli powodów wątpić w to, że są to ich narzeczone. Dziewczyny jechały z nimi na wozie, aż dojechali do stodoły. Wtedy nagle obie zniknęły, zupełnie jakby zapadły się pod ziemię. Obaj młodzieńcy byli zaskoczeni, jednak nic nie powiedzieli i pojechali do lasu po ostatni ładunek.

Kiedy ładowali drewno, dziewczęta znów się pojawiły i usiadły na załadowanym wozie tak, jak poprzednio. Wtedy do młodzieńców po raz pierwszy dotarło, że wcale nie były to ich narzeczone, ani nawet ludzkie istoty.

W pierwszej chwili pomyśleli, że może są to sobowtóry ich narzeczonych, jednak po chwili zastanowienia doszli do wniosku, że jest to niemożliwe, gdyż istoty te miały zbyt pewny siebie sposób bycia. Doszli zatem do wniosku, że muszą one należeć do podziemnego ludu (underjordiske) – przyszły pod postacią ich narzeczonych i mają złe zamiary.

Młodzieńcy byli śmiertelnie przerażeni i poganiali jak mogli konie, aby szybciej dotrzeć do domu. Dziewczęta siedziały jednak dalej na wozie jakby nic się nie stało. Jedna z nich objęła w pewnym momencie Monsa, który tak się przeraził, że niemal odszedł od zmysłów. W tym samym momencie dojechali jednak do stodoły i tajemnicze istoty zniknęły tak samo, jak za pierwszym razem.

Jeszcze tego samego wieczora Mons zapytał swoją gospodynię, panią Jæger, dlaczego puszcza wieczorem swoje służebne pozwalając im udawać duchy tak, że ludzie niemal tracą rozum z przerażenia. Gospodyni zapewniła go jednak, że żadna z dziewcząt nie była w lesie w górach tego wieczoru. Młodzieńcy wiedzieli teraz z całą pewnością, że dziewczęta, które spotkali należały do podziemnego ludu i przybrały wygląd ich narzeczonych, aby ich zwieść.

Ich ubiór był identyczny jak u ich narzeczonych, podobnie jak twarze i ton głosu. Jednak słowa, które wypowiadały oraz sposób zachowania zdradzały ich dziką, nieludzką naturę.

W: Sivertsen, Birger (2000) For noen troll: vesener og uvesener i folketroen, Andresen & Butenschøn, Oslo, s. 174-175, za: Olsen, Ole Tobias (1912) Norske folkeeventyr og sagn samlet i Nordland, Cappelen, Christiania, s. 50-51

Cały odcinek podcastu o islandzkich elfach i ukrytych ludziach znajdziesz na:

Jubileusz Festiwalu Zorzy Polarnej

Jeśli chcecie zobaczyć zorzę polarną w Polsce, macie to zagwarantowane między styczniem a marcem w Płocku. To tutaj już od 10 lat odbywa się Festiwal Zorzy Polarnej, niezwykła impreza kulturalna zrzeszająca podróżników i miłośników Północy.

Byłam tam w zeszły piątek, więc wszystko potwierdzam. W Domu Darmstadt przy płockim Starym Rynku odbyła się jubileuszowa wystawa prac fotograficznych, wykonanych przez przyjaciół Festiwalu, a więc osób związanych z Północą. Miałam przyjemność znaleźć się w tym szacownym gronie dzięki współpracy nawiązanej w lutym 2021 roku podczas ubiegłorocznej edycji. Po wykładzie o zorzy polarnej w malarstwie organizatorzy zaprosili mnie do nadesłania zdjęć z podróży na Północ, tajemniczo zaznaczając, że więcej na ten temat dowiem się dopiero zimą. Na początku stycznia tego roku dostałam więc zaproszenie na wernisaż wystawy fotograficznej „NATURA – lnie Północ”, będącej jednocześnie podsumowaniem wszystkich dotychczasowych edycji Festiwalu Zorzy Polarnej.

Wszystko zaczęło się w grudniu 2012 roku. W Szkole Podstawowej z Oddziałami Integracyjnymi nr 22 w Płocku odbyło się pierwsze spotkanie z zorzą polarną, które zainicjowało coroczny festiwal. Jego twórcami są Emilia i Dariusz Schmidt, miłośnicy Laponii i kultury samskiej, podróżnicy,  animatorzy kultury i najwięksi ambasadorowie zorzy polarnej na Mazowszu. Dzięki swoim licznym podróżom na Północ oraz poznanym tam znajomym od 10 lat szerzą wiedzę na temat nie tylko aurory borealis, ale też legend i opowieści związanych z Laponią i obszarem arktycznym. Festiwal to pokazy zdjęć, takich jak podświetlane fotografie zorzy polarnej autorstwa Patrici Cowern, oraz relacje z północnych podróży naszych rodaków, a także spotkania z publicznością i ogólnopolski konkurs plastyczny dla dzieci i młodzieży, z którego zwycięskie prace prezentowane są na specjalnej wystawie w Galerii Sztuki Dzieci i Młodzieży w Płocku (tegoroczna wystawa pokonkursowa otwiera się w ten piątek).

Z wielką radością przyjęłam zaproszenie, bo obserwowany od dawna Festiwal Zorzy Polarnej kusił, ale nigdy nie było okazji, żeby przyjechać do Płocka. Okazja się znalazła i punktualnie o 18 znalazłam się w sali wernisażowej, gdzie na gości czekały… puste sztalugi! Jedynie na jednej ze ścian można było oglądać cykl grafik Tomasza Kurana inspirowanych Grenlandią oraz jedną fotografię Patrici Cowern, najdłużej związanej z Festiwalem.

Ale gdzie reszta prac? Emilia Schmidt, z tajemniczym uśmiechem witała gości i szeleszcząc swoją piękną, tradycyjną spódnicą saamską wskazywała na sztalugi i budowała napięcie. Publiczność, w tym specjalnie zaproszeni na wernisaż goście – autorzy zdjęć, byli bardzo skonsternowani i oczekiwali na przebieg wydarzeń. Może w ostatniej chwili przyjadą zamówione wydruki? Może drukarnia nie wyrobiła się z zamówieniem, a może dowożący je kurier utknął w korku w piątkowy wieczór? Wszystko jednak wyjaśniło się w chwili rozpoczęcia wernisażu.

Emilia i Dariusz Schmidt, założyciele Stowarzyszenia Trakt i organizatorzy Festiwalu, z okazji dziesiątej, jubileuszowej edycji imprezy przygotowali niemałe podsumowanie swojej działalności. Prezentacji tworzących Festiwal prelekcji i wystąpień towarzyszyło przedstawianie gości, którzy współpracowali przy kolejnych edycjach i nadesłali swoje zdjęcia. Tym samym stopniowo zapełniały się puste sztalugi pięknymi fotografiami norweskich fiordów, islandzkich lagun lodowcowych, farerskich formacji skalnych, grenlandzkich lodowców, arktycznej fauny i flory. Autorami tych zdjęć są: Izabela Staniszewski, Aleksandra Hołda–Michalska, Krzysztof Michalski, Michał Miedziński, Norbert Pokorski, Marcin Jakubowski, Anna Kulicka – Soisalon-Soininen, Zbigniew Szwoch, Agnieszka Siejka, Aleksander Zachuta, Konrad Konieczny, Emiliana Konopka, Paweł Klarecki, Adam Jarniewski oraz Valerjan Romanowski. Każdy z autorów w jakiś sposób uczestniczył w poprzednich edycjach Festiwalu, wygłaszając prelekcję, prezentując zdjęcia z podróży albo po prostu dzieląc się swoją wiedzą o Północy.

Wśród przybyłych gości “stacjonarnie” pojawili się: Marcin Jakubowski (Magazyn Skandynawski „Zew Północy”), Michał Miedziński („ Światła Północy”) oraz ja, ale online byli z nami Aleksandra i Krzysztof Michalscy (Biuro Turystyki Polarnej Narval). Autorzy zdjęć mogli podzielić się wrażeniami z dotychczasowej współpracy z Festiwalem i opowiedzieć o okolicznościach wykonania zaprezentowanych zdjęć. Było mi bardzo miło, że wśród tak znakomitych prac, zrobionych przez profesjonalnych fotografów, znalazło się miejsce nawet dla moich kadrów z Islandii, wykonanych podczas pierwszych pobytów na Wyspie.

Po części oficjalnej goście otrzymali podziękowania i upominki, a także zaproszenie na skandynawski poczęstunek. Rozmowy miłośników Północy w kuluarach dotyczyły oczywiście podróży, planów na przyszłość, a także współpracy przy kolejnych edycjach Festiwalu. Organizatorom – Emilii i Dariuszowi – chciałabym raz jeszcze podziękować za zaproszenie do udziału w Festiwalu oraz wystawie fotograficznej, a także przemiłe przyjęcie w Płocku. Życzę Wam dalszego rozwijania Festiwalu Zorzy Polarnej, kolejnych wspaniałych gości i prelekcji oraz mam nadzieję, że do zobaczenia już niedługo!

Islandzkie elfy i ukryci ludzie

Już od środy można słuchać pierwszego odcinka naszego projektu Elfy i trolle. Podcast o Północy. W tym odcinku opowiadamy mniej znane historie o islandzkich elfach i ukrytych ludziach.

 

W pierwszym odcinku podcastu Agnes i Emiliana zabierają Was do świata ukrytych ludzi, malarsko przedstawionego na obrazie “Miasto elfów” Eggerta Guðmundssona. Wizja islandzkiego artysty jest punktem wyjścia do rozmowy o różnicach między elfami a ukrytymi ludźmi, a także przybliżenia opowieści o powstaniu elfów, o ich niezwykłych podarkach oraz umiejętności mszczenia się za nieposłuszeństwo. W odcinku rozmawiamy również o tym, czy Islandczycy wierzą w elfy oraz opowiadamy o miejscach, w których można spotkać ukrytych ludzi🧙

Odcinek można znaleźć na YouTube UTULĘ THULE MÓWI O SZTUCE PÓŁNOCY, a także na platformach podcastowych. Wersję z reprodukcją obrazu znajdziesz tutaj (kliknij, aby przejść do filmu):

W odcinku nie starczyło miejsca na wszystkie wybrane przez nas historie, dlatego publikujemy tutaj treść opowieści przetłumaczonej i sparafrazowanej przez Agnes Arsól Bikowską:

Ojciec osiemnaściorga dzieci z Álfheimu

Zdarzyło się latem w pewnym gospodarstwie, że wszyscy ludzie oprócz gospodyni pracowali w polu. Gospodyni została po, to by doglądać gospodarstwa i swojego czteroletniego syna. Chłopczyk chował się zdrowo i do tego czasu dobrze rozwijał. Uczył się już mówić, był bystry i dobrze rokujący.

Kobieta musiała w międzyczasie zajmować się różnymi pracami w zagrodzie, nie licząc doglądania chłopca, więc odchodziła od niego co jakiś czas. Udała się nad jezioro, które było niedaleko położone od gospodarstwa, żeby wymyć maselnicę. W tym czasie zostawiła dziecko przy drzwiach od domu. Nic nie wiadomo, co się przez ten czas działo, ale kiedy kobieta wróciła po bardzo długim czasie nieobecności i zaczęła mówić do dziecka, by je uspokoić, ono wciąż płakało i strasznie krzyczało. Miała ona jednak nadzieję na to, że dziecko tak jak wcześniej w końcu się uspokoi: będzie spokojne, przyjacielskie i
grzeczne. Jednak teraz nie było nic poza jednym jazgotem i złym wyciem.

Trwało to chwilę, a dziecko nie wydobywało z ust ani jednego słowa, za to było nadal bardzo kapryśne i grymasiło. Matka nie widziała żadnego ładu w tej zmianie zwyczajów swojego synka, co ją bardzo rozdrażniło i zdecydowała udać się po poradę do bardzo mądrej i oczytanej sąsiadki, która wyjaśniłaby jej, co jest przyczyną owej tragedii. Sąsiadka wypytała ją dokładnie od jak dawna dziecko jest w tym głupkowatym nastroju i w jaki sposób jej zdaniem się to mogło stać. Matka chłopca opowiedziała jej o wszystkim co miało miejsce.

Kiedy mądra sąsiadka usłyszała o wszystkich okolicznościach spytała:
– Nie uważasz, moja droga, że chłopiec może być podmieniony? Ponieważ, moim zdaniem, został zamieniony w chwili kiedy od niego odeszłaś, zostawiając go przy drzwiach domu.
– Tego nie wiem. – odpowiedziała matka chłopca – Nie możesz mi jednak udzielić rady jak to naprawić?
– To mogę zrobić. – powiedziała sąsiadka. – Postaraj się zostawić dziecko raz samo i spróbować stworzyć coś nowego i nietypowego, wtedy powinien wypowiedzieć jakieś słowo. Pamiętaj, żeby nikogo wtedy nie było w jego pobliżu. Ty jednak powinnaś podsłuchiwać, żeby wiedzieć jakie będzie to słowo. Jeśli będziesz uważać, że jest ono dziwne albo okropne, powinnaś mu bezlitośnie przetrzepać skórę i poczekać aż coś się zmieni.

Matka chłopca podziękowawszy sąsiadce za dobre rady następnie poszła do domu. Kiedy kobieta przyszła do domu postawiła mały garnek z uszami na środku kuchennej podłogi. Następnie wzięła dużo kijków, związując każdy koniec ze sobą, następnie jeden wierzchołek patyków oparła tak by dosięgał kuchennego komina, a drugi koniec przywiązała do łyżki z długim trzonkiem, która stała w garnku. Kiedy skończyła budowlę w kuchni, zaniosła tam chłopca i posadziła samego. Następnie wyszła z kuchni i stanęła przy szparze drzwi obserwując kuchnię i podsłuchując. Kiedy już jakiś czas jej nie było, dziecko podeszło do garnka i zaczęło obchodzić je zdziwione i patrzeć na łyżkę następnie powiedziało:

– Jestem już taki stary, że brodę mi można zobaczyć, ojciec osiemnastki dzieci z Álfheimu, a takiego długiego komina w takim małym garnku jeszcze nie widziałem.

Wtedy weszła kobieta z powrotem do kuchni z dobrą miotłą wzięła podmienionego i zaczęła go bić tak długo i bez litości, ze ten zaczął przerażająco krzyczeć. W chwili kiedy kobieta biła chłopca, zobaczyła, że jakaś piękna nieznajoma weszła do kuchni z małym chłopcem na rękach. I przemówiła do kobiety tymi słowy:
– Niepodobna zostać tutaj. Ja usypiam twoje dziecko, a ty bijesz mojego chłopa?
Powiedziawszy to odłożyła chłopca, syna gospodyni, a jej mąż natychmiast zniknął. Chłopiec wyrósł u swojej matki i był dobrym człowiekiem.

Cały odcinek podcastu o islandzkich elfach i ukrytych ludziach znajdziesz na:

Aktywność naukowa

PRACE DYPLOMOWE

PUBLIKACJE NAUKOWE

  • Sztuka islandzka – sztuka (w) izolacji w: “Etos amatora” (red. Łukasz Bukowiecki, Włodzimierz Karol Pessel, Warszawa, 2011).
  • Seans literatury skandynawskiej, w: “Przegląd Humanistyczny” (red. Dorota Dziedzic, Warszawa 2016).
  • Dzieje Midvinterblot Carla Larssona jako przykład szwedzkiego stosunku do tradycji i nowoczesności, w: „Nowoczesność:  bunt  i  tradycja. Materiały I Warszawskiego Forum Studentów Historii Sztuki” (red. Marcin Lewicki, Warszawa 2017).
  • Pejzaż – narodowy gatunek malarski Islandii w: ”Antologia naukowa. Islandia. Język. Naród. Natura” (red. Roman Chymowski, Emiliana Konopka, Warszawa 2017).
  • O filmach z kraju cierpiącego na deficyt słońca w: “Przegląd Humanistyczny” (red. Dorota Dziedzic, Warszawa 2018.
  • Carl i Karin Larsson – twórcy szwedzkiego „domu idealnego”? w: “Studia Scandinavica”, Gdańsk 2019.
  • Of Horses and Men. Symbolic Value of Horses in Icelandic Art w: „Zoophilologica. Polish Journal of Animal Studies”Nr 6/2020 Mity – stereotypy – uprzedzenia
  • Rozdział Cloudscapes. A wandering motif in Baltic Sea Region symbolist landscape painting, w publikacji zbiorowej “Visual and Material Culture Exchange across the Baltic Sea Region, 1772-1918”, red. Michelle Facos, Thor Mednick, Bart Pushaw (złożone do druku)
  • Rozdział Landscape Painting and the Construction of “Icelandicness”: Icelandic modern national art as opposed to its Danish origins w publikacji zbiorowej “The Material Legacies of Nordic Empire”, red. Thor Mednick, Bart Pushaw (złożone do druku)

WYKŁADY UNIWERSYTECKIE

  • Inne światło. Cechy charakterystyczne skandynawskiego malarstwa pejzażowego XIX i XX wieku” na uniwersytetach: Mikołaja Kopernika w Toruniu (23/10/2019), Warszawskim (14/11/2019) oraz SWPS w Warszawie (16/12/2019).
  • „O koniach i ludziach. O miejscu konia w kulturze islandzkiej” (on-line): Uniwersytet Śląski, Instytut Historii (24/04/2020), Uniwersytet Jagielloński, Instytut Filologii Germańskiej, 9/06/2020.
  • cykl zajęć Malarstwo nordyckie przełomu XIX i XX wieku. Inspiracje – motywy – symbole dla studentów skandynawistyki i historii sztuki, Uniwersytet Gdański, semestr letni 2020/2021.
  • Doktowykład W poszukiwaniu szczególnego światła. Skandynawskie kolonie artystyczne jako miejsca tworzenia charakterystycznego malarstwa pejzażowego i nordyckiej tożsamości narodowej, Uniwersytet Gdański, 8/06/2021.
  • Czy hygge, lagom i sisu widać w malarstwie Północy? Rozmowa wokół nordyckich autostereotypów, Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu, 13/04/2022.

WYSTĄPIENIA KONFERENCYJNE

  • Kim byłby van Gogh, gdyby nie wyjechał do Prowansji? Rola światła i oświetlenia w malarstwie europejskim, konferencja “Europa Środkowa między Północą a Południem”, Uniwersytet Warszawski, 10/01/2013.
  • “Sweden’s most famous painting”. Carl Larsson’s Midvinterblot, konferencja  z okazji 40 lat gdańskiej Skandynawistyki, Uniwersytet Gdański, 25/04/2016.
  • Larssonowie – twórcy szwedzkiego stylu idealnego, konferencja “Rzeczy piękne”, Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, 18/05/2016.
  • Pejzaż – narodowy gatunek malarski Islandii, konferencja “Islandia: Geografia. Kultura. Społeczeństwo”, Uniwersytet Warszawski, 19/05/2016.
  • Midvinterblot Carla Larssona. Notatki o skandalu, konferencja „Nowoczesność: bunt i tradycja”, Uniwersytet Warszawski, 19/11/2016.
  • Symbolism of clouds. Ruszczyc – Kuindzi – Gallen-Kallela and others, konferencja ”Visual Culture Exchange in the Baltic Sea Region 1772-1918”, Uniwersytet w Greifswaldzie, 17/06/2017.
  • O koniach i ludziach. O miejscu konia w kulturze islandzkiej, konferencja  “Koń-człowiek. Interakcje”, Uniwersytet Gdański, 20-21/09/2018.
  • Själsfränder? Sekelskifteskonst från Polen och Sverige [Soulmates? Polish and Swedish art at the turn of the 19th and 20th centuries], konferencja “Polen-Skandinavia: vitenskapelige møter på tvers av generasjoner”, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, 11-12/04/2019.
  • „Chmurobrazy”. Interpretacje motywu chmury w pejzażu 1820-1920 na wybranych przykładach, konferencja „Zainteresowania historyka sztuki” Uniwersytet im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, 15/05/2019.
  • “Chmurobrazy”. Motyw chmur w pejzażu skandynawskim na wybranych przykładach, konferencja “Odlot. Nowe tematy w historii sztuki”, Uniwersytet we Wrocławiu, 24/05/2019.
  • Znane/Nieznane. Nordyckie artystki w filmie skandynawskim i amerykańskim, referat na konferencji studencko-doktoranckiej „Motyw artysty w filmach, serialach i grach komputerowych” organizowanej przez Koło Naukowe Medialno-Popkulturowe “Produktywni” UMCS, 31/03/2021.
  • Związki między sztuką młodopolską a malarstwem, grafiką i rzeźbą skandynawskiego obszaru kulturowego lat 1886-1914, referat na konferencji studentko-doktoranckiej “Wyspa.Młodość 2021”, 12/05/2021.
  • Pokrewne dusze? Związki polsko-skandynawskie w sztuce około 1886-1914, referat na Międzynarodowej konferencji studencko-doktoranckiej Wspólne Drogi „Podobieństwa i różnice” organizowanej na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, 14/05/2021.
  • Po obu stronach Bałtyku. Wędrujące motywy i wspólne inspiracje sztuki polskiej i skandynawskiej przełomu XIX i XX wieku, referat na 8. Konferencji Naukowej „Odlot. Eksplozja badań” organizowanej na Uniwersytecie Wrocławskim, 21/05/2021.
  • Związki między sztuką polską i skandynawską przełomu XIX i XX wieku, referat na Studenckiej Konferencji Młodych Skandynawistów, organizowanej przez Instytut Skandynawistyki i Fennistyki Uniwersytetu Gdańskiego, 26/05/2021.
  • Des deux côtés de la mer Baltique : les liens entre l’art polonais et scandinave entre 1890 et 1914, referat na IVe congrès de l’Association pour les études nordiques: Entre Scandinavie et Baltique orientale (Inalco) w Paryżu, 18-20/11/2021
  • Is Vilhelm Hammershøi’s interior hyggelig? The Danish painter between international mood painting and the national auto-stereotype podczas międzynarodowej konferencji Character in an interior/ Character of an interior, organizowanej przez Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu, 19/06/2022

ORGANIZACJA KONFERENCJI

  • “Islandia: Geografia. Kultura. Społeczeństwo”, Uniwersytet Warszawski, 19/05/2016.

NAGRODY, WYRÓŻNIENIA, GRANTY

  • VIS NAUKOWY 2017/2018
    wyróżnienie Wydziału Nauk Humanistycznych i Społecznych Uniwersytetu SWPS i stypendium na rok akademicki 2017/2018
  • Udział w 2. edycji „UG Talks. Slam naukowy” z wystąpieniem Dlaczego w sztuce skandynawskiej dominują pejzaże? #Friluftsliv, czyli jeden z autostereotypów nordyckich i awans do finału
  • Udział w finale „UG Talks. Slam naukowy” i pierwsza nagroda za wystąpienie Wulkany, białe noce, elfy. O kreowaniu tożsamości narodowej w islandzkim malarstwie I poł. XX w.
  • UGrant-start na publikację naukową

Malarz światła i ciszy

Czasami pytacie, w których polskich muzeach można oglądać sztukę Północy. Niestety, choć mamy kilka grafik Muncha czy Zorna w kolekcjach, nie pokazuje się ich na wystawach stałych. A kiedy przyjeżdża wystawa czasowa, jest to pierwsze takie wydarzenie w historii.

Wystawa “Vilhelm Hammershøi. Światło i cisza” w Muzeum Narodowym w Poznaniu to pierwsza monograficzna wystawa malarstwa duńskiego symbolisty w naszej części Europy. I nie są to podrzędne dzieła, ale najbardziej reprezentatywne dla wczesnej i dojrzałej twórczości tego artysty. Kuratorka Martyna Łukasiewicz wykonała tytaniczną pracę, żeby sprowadzić do Poznania dzieła, które na co dzień znajdują się na ekspozycjach stałych muzeów takich jak Statens Museum for Kunst czy kolekcji Hirschsprungów, a nawet paryskiego d’Orsay. Co więcej, w poznańskim Muzeum Narodowym obejrzymy prace nigdy dotąd nie wystawiane, np. pochodzące z prywatnej kolekcji ambasadora Johna L. Loeb Juniora w Nowym Jorku.

Wystawę otwiera prezentacja najważniejszych wydarzeń z życia Vilhelma Hammershøi. Jak powiedziała mi Martyna Łukasiewicz, dzięki której uprzejmości miałam prywatne oprowadzanie kuratorskie po wystawie, szczególnie ważne było uzupełnienie informacji biograficznych fotografiami z archiwum malarza. Według najnowszych badań nad twórczością duńskiego symbolisty, fotografia była bowiem ważnym elementem jego działań artystycznych,  a zdjęcia wnętrz malowanych przez niego mieszkań świetnie współgrają z jego twórczością. Co więcej, dzięki fotografiom udało się zaakcentować również dzieła, które nie przyjechały na wystawę. W pierwszej sali poznajemy więc życie malarza i najbliższe mu osoby: rodzinę i żonę, którzy często będą bohaterami jego obrazów.

Prezentacja obrazów na piętrze to przekrój nie tyle chronologiczny, co tematyczny. Na wystawie wita nas sam malarz w rzadko podejmowanym autoportrecie (1911, Statens Museum for Kunst), który to zdaniem kuratorki ma być nie tylko zaproszeniem do świata Hammershøi, ale też wstępem do najbardziej charakterystycznych elementów jego malarstwa. Już bowiem na tym obrazie widzimy motywy, z których słyną obrazy duńskiego symbolisty: drzwi, często otwarte na oścież i prowadzące wzrok do kolejnych pomieszczeń, oraz okna, niejako ślepe, z których nie rozpościera się żaden konkretny widok, ale które stanowią źródło światła i poszerzają kompozycję.

W pierwszej sali towarzyszą nam najczęściej: Ida, żona malarza, a także jego matka Frederikke i brat Svend. Postaci zatapiają się w codziennych czynnościach takich jak czytanie, robótki ręczne, przygotowanie posiłku. Jednak rzadko kiedy ich twarze są w pełni widoczne, raczej widzimy postaci od tyłu lub z boku, tak jakby ich tożsamość nie była istotna (trudno mówić tu w końcu o portretach), ale raczej ich obecność wpisywała się w proste, mieszczańskie wnętrza. Znajdziemy tu świetnie znane i często reprodukowane obrazy takie jak Pokój przy Strandgade (1901, Statens Museum for Kunst), oraz te mniej popularne, a jednak świetnie oddające atmosferę cichej pracy w prostym wnętrzu, np. Figura kobieca widziana od tyłu (1888, Statens Museum for Kunst).

Zresztą to właśnie te wnętrza przyniosły malarzowi największy sukces. Najczęściej malował własne mieszkania, które były jednocześnie jego pracowniami. Kuratorskie zestawienie obrazów parami lub trójkami pozwala na porównanie często powtarzających się motywów, jak i podkreślenie ewolucji stylu malarskiego artysty: od tych bardziej tradycyjnie malowanych, wygładzonych scen (takich jak Wnętrze, Strandgade 30, 1900, Ateneum Art Museum) po bardziej szkicowe, niemalże oderwane od rzeczywistości puste pokoje. Pomysłowe zestawienia pozwalają też na odkrycie sposobu pracy malarza: choć wydaje się, że malowane przez niego wnętrza są przestronne, duże, a nawet że pokazywane tu obrazy prezentują różne wnętrza, często są to te same pokoje, tyle że malowane z innej perspektywy, z przestawionymi meblami i dodatkami, przez co każde wnętrze wydaje się unikatowe, a jednak w jakiś sposób znajome.

Bogata prezentacja wnętrz Hammershøi, a więc jego najbardziej rozpoznawalnych obrazów, jest jednak uzupełniona tymi mniej znanymi, a równie często podejmowanymi przez malarza tematami. W kolejnej sali przechodzimy do świata pejzażu duńskiego, który ożywa za sprawą delikatności barw i efektów świetlnych. Na wybranych pracach widać też zresztą umiłowanie malarza do linii, tak w wyborze tematów (często mówił, że to właśnie one, a po nich światło i kolor, przyciągały go do namalowania danego motywu), jak i w samej technice pracy (na jednym z dzieł dostrzeżemy szkic siatki, którego malarz zdaje się nie kryć pod cienką warstwą farby, jakby celowo zdradzając tajniki swojej pracy).

Te linie widoczne będą również w widokach miasta, głównie Kopenhagi, ale też rzadkiego obrazu malowanego w podróży, przedstawiającego Londyn. Te matowe, czasem jakby w kolorze sepii, widoki miast odpowiadają sennej atmosferze wnętrz Hammershøi. Pozbawione ludzi ulice miast, samotne wierzchołki kościelnych wież czy puste otwory bram to sposób na uchwycenie bezczasowości architektury i urbanistyki miasta. Dowodzi temu mapka obecna w sali, na której można odnaleźć lokalizacje malowane przez Duńczyka, a także wystawa fotografii Justyny Śmidowicz-Cegły, która na prośbę kuratorki wykonała zdjęcia współczesnego miasta inspirowane malarstwem symbolisty (“Kopenhaga Hammershøia” można było oglądać w poznańskiej Przystani Sztuki w listopadzie tego roku).

Na koniec wchodzimy do przestrzeni prezentującej najmniej omawiane prace Hammershøi, czyli akty oraz rzadko lub nigdy nie pokazywane prace na papierze. W przypadku tego pierwszego rodzaju malarstwa, Duńczyk podejmował akt jako temat jeszcze podczas studiów w szkole P. S. Krøyera, ale jego wczesne, szkolne prace zestawione są z późniejszym aktem jako na dowód, że i do tego tematu zdarzało się malarzowi powracać. Zestawienie dwóch Nagich modelek, jest o tyle fascynujące, że jeśli pierwsza (1884, Statens Museum for Kunst) wynika z lekcji starszych malarzy tworzących w Paryżu, tak druga jest już bardzo odważnym kolorystycznie dziełem. Szarość postaci wtapiającej się w tło przywodzi na myśl późniejsze surrealistyczne kompozycje Magritte’a czy Olbińskiego, a układ rąk i poza modeli to być może świadomy cytat z pierwszego, otoczonego skandalem obrazu Hammershøi zaprezentowanego szerszej publiczności. Chodzi mi o Portret młodej dziewczyny, siostry artysty Anny Hammershøi (1885, kolekcja Hirschsprungów), która wydawała się zbyt odważna również ze względu na biel dłoni modelki.

Wystawę zamyka wybór wczesnych prac artysty na papierze (niektóre namalował już jako nastolatek), szkice z czasów studiów oraz późniejsze rysunki, w tym portret Alfreda Bramsena podarowany patronowi w dniu urodzin. Kuratorka Martyna Łukasiewicz pragnie podkreślić rolę tego kopenhaskiego dentysty, kolekcjonera dzieł sztuki i mecenasa artysty, bez którego być może jego kariera nigdy nie rozwinęłaby się w taki sposób. Ekspozycja zamknięta jest klamrą – rysunkami wnętrz, które przywitały nas w pierwszej sali.

Warto dodać, że wystawa nie kończy się jednak w tym miejscu. Na zakończenie warto udać się do sali na parterze, w której wyświetlany jest film – wywiad kuratorki z pracownikami kopenhaskiego Statens Museum for Kunst oraz plansze prezentujące techniczny proces twórczości Vilhelma Hammershøi. Ta przestrzeń, jak i wybór dzieł oraz ich zestawienia decydują o wielkiej wartości wystawy. Trzeba bowiem podkreślić, że Martyna Łukasiewicz i jej zespół nie tylko dokonali niezwykle trudnego zadania: ściągnęli do Polski najlepsze dzieła Hammershøi, w tym te na co dzień znajdujące się na wystawach stałych, a więc będące hitami duńskich muzeów, ale też zmierzyli się z zadaniem zrobienia pierwszej monograficznej wystawy duńskiego symbolisty w Europie Środkowej. I zrobili to znakomicie, w oparciu o najnowsze badania, kwerendy kuratorki w archiwach duńskich, a także światowe trendy tworzenia wystaw czasowych.

Walorem wystawy jest również jej scenografia, zaprojektowana przez duet Matosek-Niezgoda. Projektantom udało się w sposób subtelny, a jednak celny, uchwycić charakter prac duńskiego symbolisty. Delikatne przesłony okien pozwalają na uwzględnienie jednego z kluczowych motywów w twórczości artysty, a naturalne amfilady wnętrz starego gmachu Muzeum Narodowego w Poznaniu idealnie współgrają z kompozycjami Hammershøi. Co więcej, konstrukcja, na której powieszono biograficzny wstęp, inspirowana jest ceramiką brata malarza, Svenda Hammershøi, co dowodzi znakomitej znajomości kontekstu i czasów, w której tworzył bohater wystawy.

Powodów, żeby obejrzeć tę wystawę w Poznaniu do 23 stycznia 2022 roku (potem pojedzie do Muzeum Narodowego w Krakowie) jest wiele: kuratorski układ dzieł, obecność wszystkich ok. czterdziestu wypożyczonych prac, kącik do zrobienia sobie zdjęcia w przestrzeni inspirowanej obrazami Hammershøi oraz ciekawy program towarzyszący wystawie (w tym pokaz grafik Muncha i Zorna w styczniu). Okazja, żeby obejrzeć prace jednego z najwybitniejszych artystów Północy w Polsce raczej nie powtórzy się w kolejnych dekadach, dlatego naprawdę warto wybrać się właśnie do Poznania, a potem do Krakowa – dla porównania.

Serdecznie dziękuję Martynie Łukasiewicz za oprowadzenie po wystawie i zdradzenie tajników kuratorskich oraz ciekawostek z życia Vilhelma Hammershøi.