Jónsi symfonicznie

The feeling of going
Spektakl taneczno-muzyczny
Skånes Dansteater/ Malmö Opera

Choreografia: Ben Wright
Scenografia: Will Holt
Muzyka: Jónsi

Jesienią 2017 do repertuaru Skånes Dansteater w Malmö powrócił spektakl “The feeling of going”, który – odnosząc wielki sukces po premierze w 2013 roku – po raz ostatni grany był na deskach tego teatru w 2015. Teraz realizatorzy wielkiego projektu taneczno-muzycznego opartego na kompozycjach Jónsiego z jego solowego albumu “Go” postanowili odświeżyć skład tancerzy oraz solistów, zapraszając do współpracy szwedzkiego wokalistę Oskara Humlebo, posługującego się scenicznym pseudonimem Moto Boy.

The feeling of going” to opowieść o bezimiennym bohaterze, którego jedynym atrybutem jest szary garnitur, wyróżniający się na tle barwnych, należących do zupełnie innego porządku, tancerzy i solistów. Poprzez następujące po sobie piosenki Jónsiego odkrywamy jakby kolejne warstwy świadomości głównego bohatera, jego pragnienia i lęki. Poznajemy je jednak pośrednio, za sprawą ekspresyjnego ruchu scenicznego, wyreżyserowanego przez Bena Wrighta. Współpracujący ze Skånes Dansteater od lat, brytyjski choreograf stworzył niezwykle przejmujące układy taneczne, idealnie pasujące do klimatycznej muzyki Jónsiego. Uzdolnieni tancerze z różnych zakątków świata z wyczuciem przekazują emocje za pomocą ciała i gestu, a także materii swych baśniowych kostiumów, zaprojektowanych przez Theo Clinkarda. Szczególnie atrakcyjny jest ekspresyjny taniec w sukience obszytej metalowymi dyskami, które z każdym ruchem tancerki dodawały wdzięczności utworom granym przez orkiestrę.

Wszystkie piosenki Jónsiego z płyty “Go”, zachowane w oryginalnej kolejności, zostały zaaranżowane przez szwedzkiego kompozytora i dyrygenta, Jonasa Nydesjö. Choć aranżacja muzyki poprockowej na instrumenty symfoniczne, chór i solistów wydaje się trudnym zadaniem, Nydesjö wykonał je naprawdę dobrze. Kompozycje Jónsiego zyskują na wdzięku i otrzymują dodatkową siłę rażenia, kiedy wybrzmiewają z pudeł rezonansowych skrzypiec, kontrabasów i wiolonczeli. Delikatna, a jednak pełna mocy muzyka płynąca spod sceny jest znakomitym tłem dla tańca i bajecznej scenografii zaprojektowanej przez Willa Holta. Wraz z Zerliną Huges, odpowiedzialną za światła, stworzyli oni oprawę wyjątkową: tematem przewodnim scenografii jest las o różnych porach dnia, czasem spowity w nocnych ciemnościach, czasem zalany czerwonym światłem zachodzącego słońca. Dodatkowym efektem są instalacje wideo autorstwa Finna Rossa, które – choć czasem wyjątkowo kiczowate – wprowadzają ruch i życie między pnie drzew.

Każdej piosence towarzyszy inny entourage, dzięki czemu widz ma wrażenie, że ogląda maraton barwnych teledysków. Na przykład otwierający spektakl utwór  “Hengilás”, pełniący funkcję uwertury, rozgrywa się we wnętrzu drewnianej chaty, w której głównego bohatera nawiedzają postacie zagadkowego czarownika z włosami do ziemi i jego sługi, kuśtykającego mężczyzny obrośniętego gałęziami. Z pierwszymi dźwiękami piosenki “Go Do” do chaty wpadają tancerze, którzy za sprawą swoich szalonych kostiumów (jedna z postaci ma na głowie dwustronną czaszkę bawoła) i żywej choreografii dosłownie roznoszą cały dom. Tym samym w “Animal Arithmetic” akcja dzieje się już w lesie, a między drzewami możemy dostrzec członków chóru i solistów, z których jeden ma na sobie kostium satyra. Później między utworami przewijać się będą inne zagadkowe postacie, takie jak kobieta o zawiązanych oczach i rozświetlonej sukni na ogromnym stelażu albo “gnijąca panna młoda” z morzem rudych włosów całkowicie zakrywających jej twarz.

Jednocześnie wszystkie utwory tworzą płynną całość, której wspólnym mianownikiem jest główny bohater, ale i soliści. Piosenki Jónsiego śpiewane są na trzy głosy: przejmujący bas Erica Roosa, krzykliwy sopran Elisabeth Freiding oraz, najbliższy głosowi Jónsiego, pisk Moto Boya. Wokal okazał się niestety najbardziej uderzającym mankamentem całego spektaklu, bo – być może winne było temu nagłośnienie – większości tekstów nie można było wręcz usłyszeć. Szkolnie wyćwiczone głosy zawodowych śpiewaków operowych gryzły się z kompozycjami Jónsiego, choć trzeba przyznać, że czasami nadawały im ciekawego kolorytu. Największa odpowiedzialność ciążyła jednak na głównym soliście, Moto Boyu, którego zadaniem było sprostanie oczekiwaniom fanów charakterystycznego głosu Jónsiego. Niestety, choć w wielu utworach Oskar Humlebo radził sobie zaskakująco dobrze, momentami tracił panowanie nad głosem i nie trafiał w wyższe dźwięki. Wielka szkoda, bo jego postać była bardzo ciekawie wymyślona: w długich blond włosach ukrywały się diabelskie różki, a bordowe futro jakby zerwane z pluszowego misia dodawało mu jednocześnie szyku, co bajkowego blichtru.

Dekoracje, muzyka i taniec tworzą oprawę jak ze snu. Może to być “Sen nocy letniej” Williama Szekspira, choćby za sprawą Erica Roosa w kostiumie satyra, ale też zagadkowych postaci czarownika i jego sługi, przypominających Sykoraks i Kalibana z “Burzy” autorstwa angielskiego dramatopisarza. Ten sam czarownik wydaje się jednak wyjęty wprost z prac szwedzkiego artysty Johna Bauera, znanego z ilustracji do książek dla dzieci. W “Boy Lillikoi” pojawia się natomiast zwierzę-stwór, przypominający bohaterów książki Maurice’a Sendaka “Gdzie mieszkają dzikie stwory”. Jeśli nie bajkowe i przywołujące dzieciństwo, to spektakl też ma w sobie typowo skandynawskie motywy nocy letniej. Brzozowy las, tak często pojawiający się na akwarelach Carla Larssona, to niemal atrybut szwedzkiego midsommar, święta przesilenia letniego. Dodając do tego nastrojową muzykę Jónsiego i tancerzy, nie raz wpadających w szał uniesień, otrzymujemy spektakl wypełniony życiem i radością, kolorami i dźwięcznością, które w najlepszy chyba sposób charakteryzują album “Go”.

Ta recenzja została napisana dla strony Stacja Islandia.

O potędze lawiny

Nói Albinoi

reżyseria: Dagur Kári
rok: 2003
kraj: Islandia, Dania

Nói odsuwa dywanik, otwiera drzwi do piwniczki i wślizguje się do swojej podziemnej kryjówki. Zamykając zasuwę nie wie jeszcze, że w tym momencie żegna się z tym, co zostawił na powierzchni. Kiedy rozkoszuje się papierosem w swoim oszczędnie umeblowanym i słabo oświetlonym królestwie, jego rodzina zajmuje się swoimi sprawami. Babcia układa puzzle, ojciec je obiad. Codzienna melancholia zostaje przerwana przez dziwne dźwięki i nasilające się drżenie budynków. Dyrektor lokalnej szkoły podnosi wzrok znad kostki rubika, a była-niedoszła dziewczyna Nóiego przerywa lekturę gazety. Wszyscy zdają się patrzeć w jednym kierunku, i choć kamera nie podąża za ich spojrzeniami, możemy się domyślić, że wyglądają za okno, z którego roztacza się widok na potężny szczyt Bolafjall. Nói przysłuchuje się dziwnym dźwiękom ze swojej kryjówki, nagle pokój zaczyna się trząść, a rzeczy spadać z półek. Ciemność. Po około 20 sekundach całkowitej ciszy znów widzimy głównego bohatera, który zaczyna próbować otworzyć wieko i wydostać się z piwnicy. Siłowanie się z drzwiczkami i wołanie o pomoc kończy się pełną rezygnacji zabawą zapalniczką. Po dłuższym czasie do piwnicy dociera ratownik, który pomaga Nóiemu wydostać się na powierzchnię. Dopiero w tym momencie widz dowiaduje się, co się stało: lawina zdemolowała dom oraz pół rodzinnej wioski Nóiego. A wraz z budynkami zabrała też jego najbliższych.

noialbinoi_1

Filmu „Noi albinoi” z 2003 roku nie trzeba nikomu przedstawiać. Jako jedna z pierwszych islandzkich produkcji szeroko dystrybuowana w Polsce, stała się obowiązkową pozycją dla wszystkich islandofilii, ale też (co potwierdza kasus samej autorki tekstu) dla wielu była istotnym elementem wyimaginowanego obrazu Wyspy, której się jeszcze nie odwiedziło. Debiut Dagura Káriego był wielokrotnie nagradzany na zagranicznych festiwalach i konkursach, głównie z uwagi na estetykę Nordic Noir i melancholijną postać tytułowego bohatera. W samej Islandii film przyciągnął do kin 20 000 widzów, ale możliwe, że lokalnie był on odczytany zupełnie inaczej niż przez zagraniczną publiczność. Każdy z nas pamięta scenę, w której Nói wylewa cały gar krwi na swoją rodzinę, pamiętamy też niebieski filtr i przeszywający nas chłód na widok wiecznie zaśnieżonych ulic małego miasteczka gdzieś na północy Islandii. Ale pewnie zdziwiła nas lawina, która ni stąd, ni zowąd niszczy wszystko w kulminacyjnej scenie. Dla polskiego widza mogło być to odczytane jako nieoczekiwany zwrot akcji, intrygujący element scenariusza, potwierdzający „dziwność” dalekiej północy. Jednak w Islandii, a szczególnie w niektórych jej partiach, scena ta była odczytana zupełnie inaczej, a widzowie z pewnością uronili na jej widok niejedną łzę.

North_West_Still2

Scenariusze współczesnych filmów islandzkich często nawiązują do traum i ważnych wydarzeń, które na stałe zapisały się w pamięci zbiorowej Islandczyków lub znacznie wpłynęły na ich życie. Do tych najczęściej wspominanych należą z pewnością: wybuch wulkanu na wyspach Vestmannaeyjar w 1973 roku, będący punktem wyjścia dla losów bohaterów filmu Wulkan (2011) Rúnara Rúnarssona; oraz kryzys ekonomiczny z 2008, którego społeczny kontekst pokazuje obraz Baldvina Zophoníassona Życie na kredycie (2014). I choć wybuchy wulkanów i kryzys na stałe wpisały się w repertuar powszechnej wiedzy na temat strat islandzkich, wydaje się, że na samej Wyspie nie są aż tak bardzo rozpamiętywane. Na pewno nie tak jak lawiny, które w 1995 roku zabrały 34 mieszkańców dwóch miejscowości w Fiordach Zachodnich. Zdaniem dziennikarzy żadna inna współczesna tragedia nie była tak często wspominana w mediach, natomiast badacze zgadzają się co do tego, że przez ostatnich 1100 lat historii Wyspy lawiny spowodowały więcej zniszczeń niż pozostałe katastrofy naturalne.

North_West_Still4

Nieoczekiwana śmierć kilkudziesięciu obywateli wstrząsnęła wszystkimi mieszkańcami Wyspy, a do dziś żywo wspominana jest przez mieszkańców Fiordów Zachodnich. Tego lata zupełnym przypadkiem znalazłam się w Súðavíku, jednej z dwóch miejscowości dotkniętych tragedią. Nie miałam jeszcze wówczas pojęcia o tym, co się tam stało, ale intrygowała mnie spora pusta przestrzeń pomiędzy domami. Dzięki jednemu z mieszkańców dowiedziałam się o ogromnej masie śniegu, która spadła na miasto 16 stycznia 1995 roku. Lawina zniszczyła kilka budynków mieszkalnych i przygniotła kilkanaście osób, z których 14 zginęło. Ich nazwiska można przeczytać na tablicach postawionych na miejscu budynków, które wraz ze śniegiem spłynęły do morza. Poza memoriałem i kilkoma ławkami nie można obecnie niczego w tym miejscu postawić; ocalałe budynki przeniesiono w bezpieczniejsze miejsce, a zgodnie z prawem islandzkim można w nich mieszkać tylko latem. O tej porze roku można wręcz zapomnieć o czającym się niebezpieczeństwie, bo pięknie położone miasteczko żyje swoim życiem. Nikt jednak nie zapomniał o ofiarach, a wspomnienie tragedii wciąż porusza mieszkańców, o czym świadczyło załamanie głosu mojego przewodnika, kiedy pokazywał mi znane mu nazwiska wyryte na tablicach.

Lawina nawiedziła  również miasto Flateyri, położone po drugiej stronie fiordu. W nocy z 26 na 27 października 1995 śnieg przykrył 29 domów i zabił 20 osób. Ograniczony dostęp do miejscowości, a także brak prądu (lawina przygniotła główny generator) znacznie utrudniły prace ratowników nadciągających z Ísafjörður i Reykjavíku. Mimo pomocy wolontariuszy, siły ratunkowe były bardzo ograniczone, a warunki pogodowe utrudniały i spowalniały pracę. Choć władze miały doświadczenie po wcześniejszej lawinie, cała akcja ratunkowa trwała bardzo długo. Stopniowo odkrywano kolejne domy i wykopywano ofiary lub rannych. Możemy się tego dowiedzieć dzięki dokumentowi Einara Gunnlaugssona “66°23 North West, The Day of The Avalanche” (“Norð Vestur, björgunarsaga”, 2010) zrealizowanemu przy okazji 15. rocznicy tragedii. Jedna z ocalonych przyznaje przed kamerą, że długo nie mogła pogodzić się z faktem, że przeżyła na miejscu swojej koleżanki, pozostali pytani również wspominają zmarłych bliskich, których zdjęcia pojawiły się na okładkach najważniejszych gazet w dniu następującym po katastrofie.

Zgodnie z badaniami przeprowadzonymi dziesięć tygodni po ataku lawiny, wśród około 100 mieszkańców miasta zdiagnozowano zaburzenia psychiczne i objawy posttraumatyczne. Informacje o ocalonych i ofiarach były śledzone przez wszystkich Islandczyków, a władze wprowadziły żałobę narodową. Walka o życie mieszkańców obu miasteczek, o których istnieniu lub położeniu często dowiadywano się w innych regionach Islandii po raz pierwszy, była tematem poruszanym w mediach przed kolejne tygodnie. Po latach pracuje się nad tym, aby nie zapomnieć o wydarzeniach z 1995; świadczy o tym choćby realizacja wyżej wspomnianego dokumentu czy słuchowiska radiowego “Flóð”, wystawionego także na deskach islandzkich teatrów. Z kolei wykorzystanie ogólnego motywu lawiny w popkulturze, w tym filmie czy w telewizji, może być ważnym elementem oswajania się z tragedią, która dotknęła niewielką populację nieprzyzwyczajoną do tak gwałtownych i niespodziewanych strat w ludziach.

Nói traci swoich bliskich w lawinie, ale w filmie Káriego nie widzimy katastrofy jako takiej. Można zastanawiać się nad licznymi prefiguracjami nadchodzącej tragedii; badacz kina islandzkiego Björn Nordfjörd wskazuje chociażby na wspomnianą już scenę oblania babci i ojca krwią czy scenę, w której lokalny wróżbita przepowiada Nóiemu śmierć. Mniej dosłownymi, a jednak bardziej poruszającymi oznakami zbliżającej się lawiny mogą być natomiast te sceny, w których Nói odśnieża wejście do domu (na początku filmu), czy strzela w sople wiszące na skale (kiedy zostaje wyrzucony ze szkoły). Często powtarzający się obraz Bolafjall górującej nad miasteczkiem (większość scen kręcono w Bolungarvik w Fiordach Zachodnich) także może być zapowiedzią potęgi natury. I choć nie dostajemy obrazu samej „tour de force”, widzimy jej następstwa: zniszczone domy oraz zdjęcia ofiar w lokalnej telewizji. Reakcja Nóiego na śmierć wszystkich bliskich nie należy do wylewnych; zapewne ze względu na jego introwertyczny charakter nie zamierza modlić się za ich dusze czy ronić łez na ich wspomnienie.

Zupełnie inaczej zachowuje się w tej sytuacji główny bohater filmu Hilmara Oddssona Zimne światło (Kaldaljós, Cold Light, 2004). Grímur (Ingvar Eggert Sigurðsson) wspomina tragedię z dzieciństwa, która wpłynęła na jego wycofanie i niepewności w dorosłym życiu. Motyw lawiny jest tutaj główną osią całej akcji; liczne retrospekcje pokazują okoliczności, w których bohater ocalał przed lawiną miażdżącą jego dom i zabijającą rodziców i rodzeństwo. Sama tragedia jest nie tylko przedstawiona wprost, ale wprowadzona już na początku filmu i zapowiadana w trakcie rozwoju akcji, w scenach takich jak rozlanie mleka na górę namalowaną przez dorosłego Grímura (co pokazuje też, jak trudno bohaterowi pozbyć się trudnych wspomnień). Scenariusz do filmu został oparty na powieści Vigdís Grímsdóttir o tym samym tytule, która została wydana w 1987 roku i dwukrotnie zaadaptowana w sztukach teatralnych. Sama powieść nie może być wiązana z tragediami z 1995, ale to tylko dowód na to, jak obecne są w świadomości Islandczyków wspomnienia związane z lawinami, obecnymi nie tylko w Fiordach Zachodnich, ale też na wschodzie (akcja filmu dzieje się w Fiordach Wschodnich).

image14mynf07130414_trapped_01

Pamięć o zmarłych zabranych przez lawinę, a szczególnie wspomnienie większych tragedii spowodowanych obsunięciem mas śniegu to kolejny dowód na to, że Islandczycy muszą liczyć się z potęgą przyrody, która ich otacza. Nauczka i doświadczenie pozwala na uniknięcie podobnych strat w przyszłości, a także udoskonalenie sposobu zabezpieczenia domów, dróg i zwierząt domowych przed podobnymi wydarzeniami. Choć lawiny śnieżne nie pozwalają o sobie zapomnieć, szczególnie w okresie między grudniem a lutym, kiedy śnieg kumuluje się na szczytach, a u podnóża gór przejeżdża więcej samochodów, sami Islandczycy tym bardziej próbują przypominać o ostrożności i pokorze w stosunku do natury. W jednym z odcinków pierwszego sezonu serialu Baltasara Kormákura W pułapce ( 2015) starszy, doświadczony mieszkaniec małej miejscowości chce przyspieszyć spadek lawiny i zmienić jej kierunek przy pomocy dynamitu, jednak staje się ofiarą własnych obliczeń i ginie w śniegu. Wspomnienia lawin pojawiają się już w trzynastowiecznych kronikach, a wiedza o tym zjawisku i eksploatowanie motywu w (pop)kulturze nie słabnie, podobnie jak potencjał islandzkich szczytów.

Ten tekst powstał dla strony Stacja Islandia.

Krótka historia sztuki islandzkiej z pozycji konia

Slajd2

Hubert Klimko-Dobrzaniecki w niedawno wydanej powieści „Zostawić Islandię” pisze: „Konia islandzkiego nie wolno nazywać kucykiem. Z powodu urażonej dumy wiele znajomości pomiędzy wyspiarzami a obcokrajowcami zakończyło się nagle i bezpowrotnie. Z islandzkiego konia, podobnie jak z islandzkiej owcy, można zrobić wszystko.” Natomiast w znanym polskim widzom filmie „O koniach i ludziach” (isl. Hross í oss) Benedikta Erlingssona dwa gatunki – człowiek i koń – są zespojone ze sobą, wzajemnie zależne i bardzo do siebie podobne. Motyw, czy postać konia, jest bardzo ważna w islandzkiej kulturze. Na te wyjątkowe zwierzęta zwrócił już uwagę Daniel Vetter, autor pierwszej relacji z Islandii w języku polskim, natomiast Edmund Chojecki pisał o nich: „Koń islandzki! To dromader lodowej pustyni.”

Miejsce konia w świadomości Islandczyka wiąże się z długoletnią tradycją, w której sfery sacrum (Sleipnir, ośmionogi rumak Odyna) i profanum (główny środek transportu przed wieki, gatunek sprowadzony na wyspę wraz z pierwszymi osadnikami) wzajemnie się przenikają. Tym samym nie powinno dziwić, jak często koń pojawia się w sztuce islandzkiej. Motyw ten posłuży nam zatem jako przewodnik po jej historii i punkt wyjścia dla zrozumienia młodej sztuki Islandii.

Do końca XIX wieku sztuka Islandii to przede wszystkim zapożyczenia i importy, praktycznie wyłącznie obejmujące dzieła architektoniczne i rzemiosło artystyczne. Na wyspie brakowało artystów, bo nie było tam żadnej tradycji akademickiej ani tym bardziej konkretnej spuścizny artystycznej, która mogłaby inspirować młodych rzemieślników do prób malarskich czy rzeźbiarskich. Jedyna droga do wykształcenia artystycznego wiodła przez morze; Duńska Królewska Akademia Sztuki, założona w 1754 roku miała stać się najbliższym ośrodkiem kształcenia islandzkich artystów. Pierwszym jej absolwentem islandzkiego pochodzenia był Bertel Thorvaldsen, syn Gottskálka Þorvaldssona, cieśli wykonującego ozdoby statków dla floty duńskiej. Sam Thorvaldsen był uważany za jednego z geniuszy europejskiego klasycyzmu, po śmierci Antoniego Canovy został pierwszym rzeźbiarzem Europy. Jego dzieła znajdziemy w Polsce; wśród nich okazały pomnik konny (!) Józefa Poniatowskiego przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie.

dav

Wraz z nurtami romantycznymi, zrodziła się na Islandii potrzeba stworzenia własnej sztuki, a co za tym idzie, utworzenia Galerii Narodowej (Listasafn ĺslands) w 1884 roku. Jej założyciel i pomysłodawca, Björn Bjarnarson, przekazał wyspie swoją kolekcję dzieł skandynawskich, z oczywistych względów jednak brakowało w niej dzieł islandzkich. Pierwszym obiektem nadającym sens Galerii Narodowej była rzeźba Einara Jónssona (1874 – 1954), który powróciwszy do ojczyzny po studiach w Kopenhadze, uzupełnił kolekcję o pierwsze dzieło Islandczyka. „Wyjęci spod prawa” (isl. Útlaginn, 1901) przedstawia historię z islandzkiej opowieści ludowej, której bohater zmuszony jest do wygnania wraz z rodziną za popełnione przestępstwo. Jónsson często korzystał z bogatego źródła motywów, jakim jest islandzki folklor i sagi.

1. Einar J+-nsson, Skuld, 1900-1927, +¦r+-d+éo lej.is

Jedno z jego najważniejszych dzieł, „Los” (isl. Skuld, 1900-1927) przedstawia rycerza odpoczywającego w trakcie ucieczki przed duchem, którego sprowokował swoim występkiem. Na ogromnym, leżącym ze zmęczenia koniu, nagi rycerz obejmowany jest przez postać z zasłoniętą twarzą. To duch, a może nawet więcej – Przeznaczenie (Skuld, w mitologii nordyckiej jedna z wiedźm przeznaczenia), przed którym ucieczka okazała się niemożliwa. Postać konia jest dominantą, elementem komponującym całą grupę; zwierzę to dopiero co legło na ziemi, jego rozwiana grzywa zastygła w bezruchu. Choć rumak jest nienaturalnie duży, wydaje się to być świadomym zabiegiem artysty. Nie tylko ze względu na stylistyczne odchodzenie od realizmu, charakterystyczne dla twórczości Jónssona, ale też symboliczne znaczenie zwierzęcia. Między jego nogami zakomponowano martwe ciało ofiary, za której śmierć odpowiedzialny jest jeździec. Można więc powiedzieć, że koń dzieli i łączy dwa światy: ziemski, reprezentowany przez martwą ofiarę, której skulone ciało zdaje się być chronione przez konia; oraz pozaziemski, do którego wkracza już jeździec osaczony przez Skuld.

Z kolei pierwszym malarzem, którego dzieło weszło do zbiorów Galerii Narodowej, był Thórarinn Thorláksson (1867 – 1924). Wróciwszy ze studiów w Kopenhadze latem 1900 roku, wykonał serię pejzaży tworzonych w plenerze. Jego ulubionym motywem była Thingvellir, dolina o ogromnym znaczeniu dla islandzkiej tożsamości, tam bowiem przez lata zbierał się Althing, najstarszy parlament w Europie. Thorláksson wystawił swoje obrazy jesienią, stając się pierwszym Islandczykiem wystawiającym swoje prace w Islandii i pionierem nowoczesnego malarstwa na wyspie.

Slajd10

Jeden z najbardziej cenionych obrazów, zatytułowany po prostu „Thingvellir” (1900) to portret charakterystycznych elementów przyrody wyspy: zieleń dzikiego interioru, błękit lodowca, przedstawionej pod osłoną białej nocy polarnej. Jedynymi ożywionymi bohaterami tego statycznego, wręcz uśpionego krajobrazu są konie, które wraz z drewnianą zabudową średniowiecznego kościółka (rekonstrukcja budowli postawionej na pamiątkę dobrowolnie przyjętego chrześcijaństwa w 1000 roku) podkreślają ponadczasowy charakter tego miejsca i tym samym patriotyczny wymiar dzieła. Kolebka islandzkiego parlamentaryzmu oraz przedstawiciele jednej z najstarszych ras zwierząt w Europie to symbole narodowe, niezwykle ważne dla podkreślenia „islandzkości” i dumy z długiej tradycji wyspy, które to były wielokrotnie podkreślane w XIX-wiecznej narracji narodowowyzwoleńczej, mającej na celu wyswobodzenie spod duńskiego panowania.

Niejednoznaczne interpretacyjnie malarstwo Thorlákssona dało początek rozwojowi pejzażu symbolicznego na wyspie. Do najważniejszych malarzy przełomu wieków zaliczyć trzeba Ásgrímura Jónssona (1876-1958), oraz Jóhannesa Sveinssona Kjarvala (1885 – 1972). Ten drugi artysta podczas swej ponad 80-letniej kariery wielokrotnie zmieniał styl, co związane było z inspiracjami licznymi podróżami, jednak powracał też do motywów typowo islandzkich, w tym malarskich przedstawień koni. Do jego dojrzałych dzieł, inspirowanych folklorem wyspy, należy obraz „Kiddi i ja” (1950), którego tematem są dwa rumaki biegnące wzdłuż przekątnej płótna.

Slajd11

Wesołe zwierzęta wypełniają kompozycje swoimi ciałami z nienaturalnie wydłużonymi nogami, a rozwiane czupryny i włosy ogonów nadają kompozycji płynność i dekoracyjny charakter. Gładko malowane sylwetki końskie współgrają z żółtymi meandrami tworzącymi polanę, wzgórze, które wbrew zasadom perspektywy ciągnie się aż po szczyty gór i błękit nieba. Linia końskich kopyt dzieli kompozycję na pół; intensywna żółć kontrastuje tu z bladozielonym trójkątnym wycinkiem przestrzeni, który ma cechy ponadnaturalne. Do tego porządku świata (podziemnego? niewidzialnego?) należą mozaikowe formacje w kolorach mchu, wśród których wyłaniają się ludzkie twarze. Czy dobre duszki przyrody, przedstawiciele Huldufólk, ukrytego ludu? Wydawać by się mogło, że obraz Kjarvala, w przeciwieństwie do omawianego płótna Thorlákssona, nie jest manifestacją uczuć patriotycznych, ale malarskim zachwytem nad pięknem i wdziękami islandzkiej przyrody, widzianej oczami postekspresjonisty, przez pryzmat ludowej symboliki czy może nawet realizmu magicznego.

Kjarval stał się z pewnością wzorem dla islandzkiej awangardy, której grono powiększało się o artystów mających doświadczenia z kolebką sztuki współczesnej, Stanami Zjednoczonymi. Na fali kontaktów islandzko-amerykańskich, mających swój wyraz choćby w długoletnim stacjonowaniu żołnierzy z USA w Keflaviku, Wyspiarze zaczęli masowo dążyć do zrealizowania American Dream. W biografiach artystów islandzkich aktywnie twórczych od połowy XX wieku, można zatem zaobserwować tendencje migracyjne do USA, w tym również stałe przeprowadzanie się za Ocean.

Slajd13

Jedną z takich artystek była Louisa Matthíasdóttir(1917-2000), która po studiach w Danii i Paryżu na stałe wyprowadziła się do Nowego Jorku w 1942 roku. Jej poszukiwania stylowe blisko związane są z tzw. szkołą nowojorską (malarstwo gestu i barwnych płaszczyzn); twórczość artystki charakteryzuje się płaską plamą barwną o intensywnej, kontrastującej kolorystyce i geometrycznym uproszczeniem form malowanych szerokim pędzlem. Choć na Islandię powracała rzadko, ważnym elementem jej oeuvre są wspomnienia z wyspy, ujęte w postaci błękitno-zielonego krajobrazu i jego mieszkańców, owiec i koni. Te ostatnie pojawiają się nad wyraz często; artystka maluje zarówno samotne zwierzęta (Dwa konie i krajobraz, 1990), jak i udomowione przez człowieka (Koń i jeździec oraz pies, 1972).

Slajd14

Współczesna sztuka islandzka tworzona jest w głównej mierze przez artystów podróżujących po świecie i garściami czerpiących inspiracje w najodważniejszych nurtach. Warto zwrócić uwagę chociażby na twórczość Helgiego Thorgilsa Friðjónssona (ur. 1953), w której przeplatają się przedstawiciele wielu gatunków zamieszkujących Islandię, szczególnie ptactwo. Jednak i koń pojawia się na obrazach, tak jak w przypadku „Jednorożca” (2004), gdzie staje się równą człowiekowi, co można zauważyć przez sposób kompozycji obrazu; koń i człowiek są swoim odbiciem, czego wyrazem mogą być ptaki, siedzące na obojgu w podobny sposób. Tu jednak koń nie jest kucem islandzkim, ale tytułowym jednorożcem, postacią wyjętą z obcego słownika motywów. Surrealistyczne dzieło Friðjónssona czerpie jednak z symboliki religijnej; jednorożec jako biblijny symbol dziewictwa odbija się w lustrze, symbolu prawdy i czystości, z którą może współgrać „niewinność” aktu męskiego, a także surowość krajobrazu w tle, być może dający się odczytać jako dziki, dziewiczy pejzaż Islandii.

Slajd15

Zdecydowanym weteranem islandzkiej sztuki nowej jest Erró (Guðmundur Guðmundsson, ur. 1932), którego imponujących rozmiarów płótna cieszą się uznaniem najważniejszych galerii na świecie. Styl Erró z powodzeniem można zaliczyć do późnego pop-artu, sztuki obnażającej współczesny konsumpcjonizm i zachłyśnięcie kulturą popularną. Artysta komiksową kreską łączy ze sobą motywy sztuki dawnej, rozumianej jako „kultura wysoka”, z elementami powszechnie uznawanymi za jej przeciwieństwo. Może to być na przykład wykorzystanie „Portretu małżeństwa Arnolfinich” XV-wiecznego malarza niderlandzkiego, Jana van Eycka, w którym to główne postaci artysta wymienił na bohaterów kreskówek, a u stóp pary składającej sobie przysięgę małżeńską umieścił postać skośnookiej dziewczynki z mikrofonem do karaoke. Poważny nastrój został zmącony faktem, że nowożeńcami są krowa Klarabella oraz koń (!) Horacy, przyjaciele Myszki Miki i Kaczora Donalda. Tym samym w miejsce swojskiego, islandzkiego kuca, wchodzi postać transkulturowy, bohater kreskówki, dowód na globalizację, która być może ma szansę zaszkodzić kulturom narodowym.

Zatem koń islandzki jaki jest, każdy widzi. Motyw ten widocznie bliski był artystom z Wyspy, choć niekoniecznie musiał być to także przedstawiciel oryginalnej rasy islandzkiej. Czasem przedstawiany jako symbol „islandzkości”, a czasem całkowicie z symboliki oddarty, jest jednak elementem istotnym dla tożsamości Wyspiarzy, czego wyrazem obecność motywu w szeroko pojętej kulturze wizualnej, nie tylko malarstwie i rzeźbie. Koń, a wraz z nim przyroda, to charakterystyczna cecha sztuki islandzkiej, przez długi czas rozwijającej się pod znakiem malarstwa pejzażowego. Lecz nawet w przypadku sztuki współczesnej, dalekiej już od narracji patriotycznej czy tęsknoty za ojczyzną, koń powraca, jednak nie w postaci świętego zwierzęcia, ale jako tradycyjne skojarzenie z naturą czy nawet: w postaci najlepszego przyjaciela człowieka.

Ten tekst powstał dla strony Stacja Islandia.

Islandia (nie) dla wszystkich

Wydawałoby się, że miłośnicy Islandii wiedzą o niej już wszystko. W wielu klubokawiarniach lub knajpach podróżniczych co i raz można posłuchać o niezwykłej podróży na wyspę, obejrzeć fotorelację z samotnej wyprawy albo po prostu poznać tajemnice taniego podróżowania na Islandię.

O tym, że warto tam pojechać, mówić nie trzeba – w końcu w ostatnim czasie jest to jedna z najpopularniejszych destynacji turystycznych w Polsce. A jednak członków Studenckiego Klubu Islandzkiego znudziły już kawiarniane gawędy i przewodnickie anegdoty. Postanowiliśmy dać głos tym, którzy Islandię kochają do tego stopnia, że poświęcili jej choć część swojej naukowej kariery. W dniach 19-20 maja na Uniwersytecie Warszawskim odbyła się pierwsza ogólnopolska konferencja studencko-doktorancka w pełni poświęcona Islandii –  ISLANDIA: Geografia. Kultura. Społeczeństwo.

IMG_5166

„CEL JEST PROSTY – ROBIMY KONFERENCJĘ NAUKOWĄ. Burza mózgów i działanie.”

Tak brzmiał opis zamkniętej facebookowej grupy SKI Ráðstefnan, którą utworzyliśmy już ponad rok temu dla tych członków SKI, którzy chcieli zaangażować się w zorganizowanie konferencji.  Wbrew pozorom nie było to takie łatwe; szukanie sali, wypełnianie wniosków, bieganie po Kampusie UW z dokumentami po podpisy odpowiednich osób… A do tego stałe wymienianie się pomysłami i pilnowanie terminów oraz wzajemne motywowanie się do działania na grupie. W styczniu mogliśmy oficjalnie ogłosić, że konferencja się odbędzie: sala była zaklepana, Julek Podgórski zrobił świetny plakat i ruszyliśmy z Call for papers. Zakładaliśmy, że chętnych do wystąpienia będzie niewielu, rozesłaliśmy więc informację o konferencji do wszystkich pracowników naukowych w Polsce związanych z Islandią czy Skandynawią. Wstępnie to im proponowaliśmy ewentualne wystąpienia, martwiąc się, że nie starczy nam prelegentów na dwudniową konferencję. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy po przedłużeniu terminu nadsyłania abstraktów nasza klubowa skrzynka pękała w szwach, a w ostateczności zgłosili się do nas studenci i doktoranci z całej Polski i to niestety o wielu więcej, niż mogliśmy pomieścić w programie!

Nadesłane propozycje tematów, a raczej ich różnorodność i interdyscyplinarność bardzo nas ucieszyły. Szczególnie, że zgłosili się specjaliści z dziedzin, o których nawet nie pomyśleliśmy, a ich abstrakty były naprawdę interesujące. Po konsultacjach z naszymi opiekunami naukowymi: doktorem Romanem Chymkowskim i doktorem Włodzimierzem Pesselem, dokonaliśmy niezbędnej selekcji, choć staraliśmy się zachować jak najwięcej zgłoszeń – to dlatego program był wypełniony po brzegi, a początek obrad planowany już na godzinę 8:30, co wielu stałych bywalców konferencji naukowych mocno dziwiło.

W kwietniu i maju dopinaliśmy wszystko na ostatni guzik; zaprosiliśmy doktora Jakuba Morawca i doktora Przemysława Czarneckiego do udziału w wydarzeniu towarzyszącym, na którym wraz z Anną Kaiper opowiadali o sagach islandzkich w oparciu o książkę ich autorstwa – „Sagi islandzkie. Zarys literatury staronordyckiej”, załatwiliśmy stolik na pokonferencyjną integrację, dopinaliśmy program, produkowaliśmy torby z maskonurem. W przeddzień konferencji do późnego wieczora ustawialiśmy stoły i przepiękne, ale jednak zdecydowanie ciężkie, wydruki autorstwa Zuzanny Konarskiej, która uświetniła całe wydarzenie wystawą swoich zdjęć z Islandii „Beyond Adaptation”.

Jeszcze w czwartek 19 maja do godziny 9:00 byliśmy wszyscy mocno zdenerwowani. Co, jeśli jakiś prelegent nie przyjdzie? A jeśli rzutnik przestanie działać? Czy warnik zagrzeje wodę na kawę? Czy wszyscy znajdą drogę do sali nr 200 w budynku Samorządu? I czy w ogóle dopisze publiczność? Na szczęście tyle było bieżących spraw do załatwienia, że obawy zniknęły niemalże z wybiciem godziny 9:00. Pierwsi goście znaleźli sobie miejsca jeszcze przed czasem, a doktor Roman Chymkowski szybko rozładował atmosferę swoim wystąpieniem otwierającym konferencję. Jako typowy antropolog i socjolog kultury, rozpoczął swoje wystąpienie od statystyk.  Studencki Klub Islandzki jest kołem naukowym działającym pod auspicjami Instytutu Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego, obchodzącego w tym roku swoje 40-lecie, więc działalność SKI zajmuje dokładnie ¼ historii samego Instytutu. Mówił też o dwóch pionierskich publikacjach traktujących o kulturze islandzkiej, ale w tym miejscu nie wypada się już tyle chwalić.  Zresztą wszystkie dotychczasowe działania SKI pokazała krótka prezentacja z maskonurem w tle, który krocząc dzielnie po osi czasu pokazywał najważniejsze momenty z naszej 10-letniej historii.

IMG_5229

Geografia. Kultura. Społeczeństwo

Zgodnie z naszym zamiarem, pragnęliśmy przedstawić naszym słuchaczom pełny obraz Islandii. Odłożyć na bok stereotypy i luźne skojarzenia, ale porządnie zanalizować wyspę pod wieloma kątami. Już w nazwie konferencji zaproponowaliśmy trzy dyscypliny, którym chcieliśmy się przyjrzeć: geografii, kulturze i społeczeństwu, jednak różnorodność nadesłanych abstraktów pozwoliła nam znacznie rozszerzyć ten wachlarz, dlatego ostatecznie podzieliliśmy obrady na sześć paneli tematycznych, starając się chociaż częściowo usystematyzować tematy wystąpień. Konferencję rozpoczęliśmy panelem GEOGRAFIA/ GEOLOGIA, ale już tu znalazły się wystąpienia bardzo zróżnicowane. Bowiem  pierwszy referat nie dotyczył geografii, ale archeologii; Marta Bura i Janusz Janowski z Pracowni Skanerów 3D Instytutu Archeologii UW zaprezentowali wyniki swoich badań w tzw. Jaskini Echa. Zaraz po nich występowali jednak studenci Wydziału Geologii UW, Jagoda Kobuszewska i Tomasz Bieńko, którzy opowiadali o minerałach i budowie wulkanicznej Islandii. Po krótkiej dyskusji zajęliśmy się poważnie geografią; Julian Podgórskiopowiedział o wymiarze fraktalnym wybrzeża Islandii i metodzie „kroczkowej”, a Jagoda Kowalczyk o islandzkiej faunie. Pierwszy panel dał nam zatem wiedzę w pigułce na temat przyrody Islandii; mogliśmy zdementować legendarną już plotkę o tym, że na Islandii rzekomo nie ma drzew i  zrozumieć, że przewodnikowe określanie islandzkiego krajobrazu „księżycowym” ma geologiczne uzasadnienie.  Sądzę, że taka konkretna wiedza na sam początek rozmów o Islandii była świetnym pomysłem – w kolejnych panelach dowiedzieliśmy się bowiem, jak istotny dla islandzkiej kultury jest sam motyw natury i jej związku z człowiekiem.

Drugim ważnym „fundamentem” naszej wiedzy o Islandii były wystąpienia w panelu LITERATURA/HISTORIA, bardzo jednak okrojonym, bo ograniczającym się głównie do historii średniowiecznej i najnowszej. Z uwagi jednak na fakt, że to właśnie pierwsze wieki osadnictwa na Islandii i czasy Wikingów są najczęściej eksploatowane przez kulturę islandzką, a literatura staroislandzka jest wciąż żywym źródłem inspiracji dla sztuki i literatury współczesnej, wystąpienie Patrycji Strzeszkowskiej o funkcji performatywnej run oraz referaty Moniki Jasek i Anny Kowalewskiejo dokonaniach Wikingów wyczerpały niejako ten temat. Wątek sag islandzkich, niepodjęty w programie konferencji, został dokładnie omówiony na spotkaniu towarzyszącym pierwszemu dniu konferencji, gdzie autorzy książki „Sagi islandzkie. Zarys dziejów literatury staronordyckiej” uzupełnili tę lukę. Swego rodzaju przeciwwagą do historii dawnej było wystąpienie Karoliny Wojciechowskiej, w którym porównywała dwa bliskie sobie kraje: Islandię i Finlandię jako dwa bieguny Skandynawii. Poprzez analizę różnych zachowań kulturowych i dziejów historycznych wykazała, że kraje te mogą mieć ze sobą więcej wspólnego niż z pozostałymi państwami nordyckimi.

IMG_5104

Problem poszukiwania tożsamości narodowej i burzliwych dziejów XX-wiecznego romantyzmu pojawił się już w trzecim panelu SZTUKI WIZUALNEAgata Sutkowska i Emiliana Konopka omawiały go na przykładzie wybranych przedstawień malarskich, głównie pejzażu. Z kolei dwa pozostałe wystąpienia odnosiły się już do czasów współczesnych; Katarzyna Dudziak przedstawiła fenomen reykjawickiego street artu, zaś Aleksandra Owczarzprzeprowadziła socjologiczną analizę najnowszych filmów islandzkich, prezentując portret dwudziesto- i trzydziestolatka w kinie Islandii. To ostatnie wystąpienie wywołało spore kontrowersje, gdyż proponowana przez Olę typologia zawierała między innymi typy mężczyzny w kryzysie wieku i triumfującej kobiety. Podczas luźniejszej części dnia otrzymaliśmy nawet swego rodzaju „reklamację”, że zestaw prelegentów był mocno sfeminizowany, ale przebywający wówczas na sali panowie niezbyt jednogłośnie bronili się w dyskusji. Ostatecznie obrady zakończyliśmy wspólną rozmową na świeżym powietrzu, a potem wspominanym już spotkaniem o sagach islandzkich.

W drugim dniu konferencji rozpoczęliśmy od kultury, a mianowicie panel KULTURA/SPOŁECZEŃSTWO był odpowiedzią na nasze wyobrażenia i dotychczasową wiedzę o Islandii. Aneta Feręczkowska wprowadziła nas w wciąż budzący wątpliwości problem wiary dzisiejszych Islandczyków w elfy i huldufólk. Wszyscy znamy medialne historie o przerwaniu budowy drogi z uwagi na kamień, który okazał się domem elfów, ale ile w tych informacjach prawdy na temat wiary samych Islandczyków? Jak twierdzi Aneta, wyspiarze niechętnie przyznają się do wiary w „ukrytych ludzi”, jednak mimo wszystko zachowują ostrożność w przypadku miejsc legendarnie przypisanych elfom. Co więcej, wiara te jest mocno związana z typologią wyspy, mianowicie Islandczycy emigrujący na przykład do Kanady traktują huldufólk jedynie jako barwny element rodzimego folkloru. Następnym fenomenem, którego nie mogło zabraknąć, był puryzm językowy omawiany przez Hannę Sitarz, która – jak sama wielokrotnie podkreślała – zainteresowała się tematem z pozycji artystki, a nie lingwistki, którą nie jest. Na kilku wybranych przykładach pokazała na czym polega islandzkie dążenie do unikania wszelkiego rodzaju zapożyczeń. Zagadnienie to rozwinął potem w dyskusji doktor Czarnecki, nauczyciel języka islandzkiego, mówiąc, że istnieją trzy grupy islandzkich odpowiedników dla wyrazów obcego pochodzenia. Do jednej z nich należą słowa takie jak  banan (isl. banani), które zachowały obce brzmienie, bo po prostu islandzki odpowiednik wydawał się zbyt komiczny (tutaj: „krzywy owoc”). O islandzkim jedzeniu zresztą opowiedziała nam bardzo plastycznie Agnieszka Jastrząbek, czego dowodem sam tytuł prezentacji „Nie taki rekin straszny jak go malują”, choć oczywiście wielu wie, że hákarl odstraszyć może przede wszystkim swoim zapachem.

W drugiej części panelu skupiliśmy się głównie na społeczeństwie. Paulina Bukalska poruszyła bardzo ważny i ciekawy temat genealogii na wyspie. Wychodząc od faktu, że Islandczycy jako mała populacja przywiązują dużą wagę do odkrywania własnego pochodzenia, co doprowadziło do utworzenia bazy danych genealogicznych wszystkich mieszkańców wyspy, zwróciła uwagę na kontrowersje związane z firmą biofarmaceutyczną deCODE, która wykorzystywała te dane do własnych badań. Skoro o rodzinie i dziedziczeniu już mowa, to Marcin Gołąbprzedstawił obraz dzieciństwa we współczesnej Islandii, natomiast Sara Kapek zaprezentowała historię Sólheimar, pionierskiej wioski ekologicznej, której założycielka zajmowała się między innymi opieką nad chorymi dziećmi.

IMG_5199

Islandia nie dla wszystkich?

Wystąpienia wchodzące w skład przedostatniego panelu EKONOMIA/TURYSTYKA traktowały już o najnowszym obliczu Islandii, jej sytuacji ekonomicznej oraz zaletach i wadach wciąż rozrastającego się sektora turystycznego. Były tematy polityczne; Anna Czepiel porównywała islandzką i polską kulturę polityczną, ale nie zabrakło też tematu kryzysu z 2008 roku. Katarzyna Growiec analizowała przemiany dobrostanu psychicznego i kapitału społecznego po kryzysie, natomiast Agnieszka Pudełko przedstawiła pomysły kreatywne Islandii, które pozwoliły wyspiarzom odbić się od dna. Jednym z takich pomysłów jest organizacja corocznego festiwalu Icelandic Airwaves czy promowanie pięknych krajobrazów islandzkich jako scenografii w przemyśle filmowym.

Islandczycy zarabiają na turystach, ale też na nich tracą. Weronika Pokojska w swoim wystąpieniu „1,5 miliona, czyli wpływ turystyki na przyrodę, kulturę i społeczeństwo” przedstawiła szybki i duży wzrost turystki w ostatnich latach. Zawarta w tytule suma to prognozowana na 2016 rok liczba zagranicznych turystów, która zaludni wyspę, tym samym przekraczając nawet czterokrotnie jej populację. Wiąże się to z wieloma troskami, takimi jak zapewnienie odpowiedniej infrastruktury i przygotowanie bezpiecznego dostępu do atrakcji turystycznych. Kiedyś bowiem dziura w nawierzchni drogi czy ostry klif zostawiane były bez oznaczeń, bo każdy Islandczyk zdawał sobie sprawę z zaistniałego niebezpieczeństwa, dzisiaj zaś państwo wydaje dużo pieniędzy na akcje ratowania bezmyślnych turystów wpadających w przeręble czy zbaczających z trasy. Ma to także wpływ na dziedzictwo naturalne i niszczenie delikatnej przyrody, a także irytacje społeczeństwa: wzrastający biznes turystyczny prowadzi do absurdu, kiedy sklepy z pamiątkami zastępują lokalne sklepy z żywnością. Co równie ważne, wzrastająca liczba turystów związana z pojawieniem się tanich lotów (także z Polski) wcale nie wiąże się ze wzbogaceniem islandzkiej gospodarki; wielu przyjezdnych nie zostawia na wyspie zbyt wielu pieniędzy, wybierając podróżowanie autostopem, nocleg w namiocie i konserwy na obiad.

IMG_5128

fot. Patrycja Wojtas/ TUTAJ TAM

Panel podsumowała Joanna Kostana z próbą analizy mitu Ultima Thule i odpowiedzią na pytanie „dlaczego podróżujemy na Islandię?”. Przedstawiła ona wyobrażenia Islandii jako wyspy idealnej wynikające z różnych relacji polskich podróżników. Jej wystąpienie było świetnym wprowadzeniem do ostatniego panelu POLACY NA ISLANDII, który udowodnił skalę i wagę obecności Polaków na Islandii. Jako największa grupa mniejszościowa wyspy, Polonia islandzka od lat stara się integrować w większych miastach. O obywatelskim wymiarze tej integracji opowiadała Monika Nowicka z Collegium Civitas, zwracając uwagę między innymi na Polaków starających się o islandzkie obywatelstwo. Problem polskich imigrantów kontynuowali Marek Szajda oraz Marta Rycak, oboje posługując się danymi z badań i rozmów przeprowadzonych z Polakami na wyspie, skupiając się na tym, jak Polacy widzą i traktują Islandczyków, ale również na motywach ich migracji, gdzie przyczyny ekonomiczne stanowią tylko część. Z kolei wieloletni prezes Studenckiego Klubu Islandzkiego, Łukasz Bukowiecki, zamknął panel i tym samym całą konferencję wystąpieniem „Islandia nie dla wszystkich”, w którym podsumował niejako nasze wyobrażenia i związki łączące z Islandczykami. Mówił o początkach zainteresowania Polaków islandzką kulturą poprzez muzykę i filmografię, ale też o fałszywych przekonaniach, takich jak to, że pieniądze z funduszy europejskich płyną do Polski przede wszystkim z Islandii (tak naprawdę wspierają nas przede wszystkim Norwegowie).

Łukasz, być może nieświadomie, postawił bardzo istotne pytanie. Czy Islandia jest dla wszystkich? Odkąd coraz więcej Polaków może pozwolić sobie na podróż do legendarnej Ultima Thule, jej egzotyczność i utopijność zaczyna się zacierać. Kiedyś ekskluzywna i tajemnicza wyspa znana tylko wąskim gronom jej sympatyków, a przez ogół społeczeństwa mylona z Irlandią czy kulturą islamską (sic!) zdaje się tracić coś ze swojej wyjątkowości. Dyskusje po referatach, a także bardziej już prywatne rozmowy przy kawie lub piwie pozwoliły na zintegrowanie się środowiska „islandologicznego” w Polsce, ale też wymianę doświadczeń i wspomnień. Mam jednak wrażenie, że nad wieloma miłośnikami Islandii wisiała niewypowiedziana obawa przed „odczarowaniem” Krainy Ognia i Lodu, przed zbanalizowaniem jej walorów poprzez chęć przyciągania turystów. Choć nie rościmy sobie prawa do „jedynego słusznego” podróżowania na wyspę, mamy nadzieję, że podjęte na konferencji wątki pozwolą jedynie, aby wyjeżdżający tam Polacy, na stałe czy tylko na wakacje, mieli świadomość bogactwa kulturowego i przyrodniczego tego wspaniałego miejsca na ziemi.

IMG_4976

Ten tekst powstał dla strony Stacja Islandia.

Sagi islandzkie po polsku

* Opis książki:

Pierwszy polski przewodnik po świecie fascynującej i wyjątkowej literatury, jaką są sagi islandzkie. Autorzy w przystępny i interesujący sposób przedstawili poszczególne odmiany spisywanych na średniowiecznej Północy opowieści, których tematyka obejmowała m.in. dzieje Islandczyków, skandynawskich władców oraz adaptacje współczesnej literatury kontynentalnej (pisma religijne, dworskie romanse). Charakterystyce obejmującej styl kompozycji, analizę najpopularniejszych motywów oraz tło historyczne i społeczne towarzyszą odwołania do polskich badań nad średniowieczną literaturą skandynawską. Całość uzupełniają kolorowe ilustracje ukazujące specyfikę islandzkiego i skandynawskiego krajobrazu, tak wyraźnie widocznego w poszczególnych opowieściach.

Redaktorzy naukowi:

Jakub Morawiec – jest adiunktem w Instytucie Historii Uniwersytetu Śląskiego. W swych badaniach koncentruje się na dziejach Skandynawii we wczesnym średniowieczu i rozwoju średniowiecznej historiografii skandynawskiej. W szczególny sposób interesuje się skaldami islandzkimi, ich poezją oraz sagami na ich temat.

Łukasz Neubauer – jest adiunktem na Wydziale Humanistycznym Politechniki Koszalińskiej. W swojej pracy naukowej koncentruje się przede wszystkim na wczesnośredniowiecznej literaturze germańskiego obszaru kulturowego, ze szczególnym uwzględnieniem staroangielskiego poematu Bitwa pod Maldon.

* źródło opisu: księgarnia PWN

Recenzja książki:

Pozycja „Sagi islandzkie. Zarys dziejów literatury staronordyckiej” wydana jesienią ubiegłego roku pod redakcją Jakuba Morawca i Łukasza Neubauera to prawdziwe odświeżenie polskiemu czytelnikowi tematu wyjątkowego gatunku literackiego, jakim są sagi islandzkie. Niestety zarówno tłumaczenia sag na język polski, jak i ich naukowe opracowanie, należą nadal do marginesu zainteresowań i badań polskich skandynawistów. Kamieniem milowym dla rozwoju polskiej „sagologii” były z pewnością publikacje polsko-amerykańskiej literaturoznawczyni Margaret Schlauch, autorki wydawnictwa dla Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Islandzkiej „Artyzm klasycznych sag islandzkich” (1968) oraz, napisanej po angielsku, a wydanej w polskim tłumaczeniu pracy „Stare sagi islandzkie” (1976).

W obu pozycjach autorka poddaje średniowieczne sagi typologizacji (podział na sagi klasyczne, mitologiczne, legendarne, romantyczne) oraz analizie filologiczno-historyczno-społecznej, z próbą wyodrębnienia cech charakterystycznych gatunku. Ta kompleksowa, choć pod wieloma względami niewystarczająca, rozprawa musiała jednak wystarczyć polskiemu czytelnikowi właściwie do momentu publikacji recenzowanej pozycji. Trzeba jednak zaznaczyć, że „Sagi islandzkie. Zarys dziejów literatury staronordyckiej” nie pojawiły się na rynku w całkowitej próżni; od kilku lat sandomierskie wydawnictwo Armoryka wypełnia tę długoletnią lukę serią „Sagi islandzkie” (na chwilę obecną wydano siedem nietłumaczonych wcześniej na język polski utworów) z w miarę obszernymi opracowaniami we wstępie.

Warto także wspomnieć o tłumaczeniu artykułu Dagnỳ Kristjánsdóttir „O lisach, wilkach, książętach i księżniczkach. Najkrótsze wprowadzenie do literatury islandzkiej” dla publikacji „Islandia. Wprowadzenie do wiedzy o społeczeństwie i kulturze” pod redakcją Romana Chymkowskiego i Włodzimierza Karola Pessela, która jednak, niestety, niewiele miejsca poświęca samym sagom. Skromne początki tej dziedziny literaturoznawstwa wiążą się także, a wręcz są wynikiem małej liczby tłumaczeń samych sag na język polski; tutaj najważniejszą publikacją pozostaje swobodne tłumaczenie z takimże opracowaniem Artura Górskiego „Sagi Islandzkie” (Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 1960), w którym znajdziemy jednak tylko sześć utworów. Nadzieją dla polskich miłośników literatury staroislandzkiej jest wspomniane już wydawnictwo Armoryka, a także internetowy projekt „e-sagi.pl” autorstwa tłumacza islandzkiej literatury współczesnej, Jacka Godka.

Nie dziwi zatem, jak poważnym i odpowiedzialnym zadaniem było opracowanie na nowo, a właściwie od zera, zarysu dziejów sag islandzkich. Redaktorami są jednak specjaliści z najważniejszych ośrodków związanych z literaturą staronordycką: Łukasz Neubauer to pracownik Wydziału Humanistycznego Politechniki Koszalińskiej, specjalizujący się we wczesnośredniowiecznej literaturze germańskiego obszaru kulturowego oraz zajmujący onomastyką islandzką (która jest zresztą zasygnalizowana w omawianej pozycji), natomiast Jakub Morawiec to doktor Instytutu Historii Uniwersytetu Śląskiego, istotnego ośrodka sagologii w Polsce, autor wielu rozpraw poświęconych poezji staroislandzkiej i sagom, czego dowodem wydane w 2011 roku przez uniwersyteckie wydawnictwo Chronicon tłumaczenie „Sagi o Hallfredzie Skaldzie Kłopotliwym” z ponad 80-stronicowym opracowaniem autorstwa Jakuba Morawca.

Do współpracy zaproszono specjalistów z całej Polski, wielu z nich rozwijało swoją wiedzę na wyjazdach stypendialnych do Islandii: Przemysław Czarnecki jest adiunktem w Zakładzie Języków Skandynawskich Katedry Skandynawistyki UAM i jedynym w Polsce uniwersyteckim wykładowcą języka staro- i nowoislandzkiego; Remigiusz Gogosz doktoryzuje się na Uniwersytecie Rzeszowskim pod kierunkiem prof. Leszka P. Słupeckiego (specjalisty m.in. od berserków) pracą o grach i sportach w średniowiecznej Islandii; Aleksandra Jochymek to absolwentka Uniwersytetu Śląskiego i założycielka Forum Nordystycznego, prężnie działającego w kierunku popularyzacji literatury i kultury skandynawskiego średniowiecza; Anna Kaiper, absolwentka Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego, bada sagi islandzkie w Instytucie Historii PAN; Marta Rey-Radlińska, po filologii szwedzkiej na Uniwersytecie Jagiellońskim studiowała średniowieczną literaturę islandzką w Göteborgu i przetłumaczyła „Opowieść o Auðunie z Zachodnich Fiordów” (2009); Dominika Skrzypek to doktor habilitowana i profesor nadzwyczajna Katedry Skandynawistyki UAM i współautorka pierwszej polskiej monografii o piśmie runicznym („Runy”, 2011); Joanna Srholec-Skórzewska, doktor nauk humanistycznych uniwersytetu w Oslo, zajmuje się historią Skandynawii w dobie średniowiecza.

„Sagi islandzkie. Zarys dziejów literatury staronordyckiej” składa się z tekstów wymienionych autorów, ze wstępem redaktorów i zakończeniem Łukasza Neubauera. Spis treści publikacji opiera się na typologii sag islandzkich: sagi o Islandczykach (rodowe), sagi królewskie, sagi współczesne, sagi biskupie, sagi rycerskie, sagi legendarne, sagi hagiograficzne (żywoty świętych). Zatem już w samej konstrukcji publikacji dostrzegalne jest „ustanowienie na nowo” typologii zaproponowanej przez Margaret Schlauch, a nawiązującej do najnowszej systematyki proponowanej przez światowych sagologów. Autorzy wnikliwie analizują omawiane typy przede wszystkim pod kątem historii wyodrębnienia poszczególnego typu oraz powstania utworów reprezentatywnych dla tej kategorii, ilustrując ich charakterystykę konkretnymi przykładami utworów, a także omawiając dokonania polskich badaczy na tym polu. Istotnym novum jest rozprawa o „bættir” – krótkich formach narracyjnych, którym Marta Rey-Radlińska poświęca cały swój artykuł. Są one przykładem na to, że najnowsze badania pozwalają na coraz drobniejsze wyszczególnianie nowych typów; „bættir” są bowiem fragmentami sag królewskich. Nierzadko analizom konkretnych utworów towarzyszą streszczenia akcji, pojawiają się także tabele z datacją i atrybucją niektórych utworów. Publikacja jest także obdarzona wkładką z 35 kolorowymi zdjęciami ilustrującymi miejsca albo postaci omawiane w tekście.

Jednym z niewielu zarzutów, jakie można mieć do omawianej publikacji zbiorowej, jest właśnie jej kompilacyjność. Ważnym zadaniem redaktorów było owszem nadawanie wrażenia całości, stąd autorzy artykułów poświęcają swoje prace jednemu typowi sag i omawiają je według jakiegoś z góry narzuconego schematu, któremu część autorów się poddaje, a część stara się z niego wyłamać. Taki „przepis” na dany rozdział oczywiście porządkuje podawane informacje, często jednak spotykamy się z powtarzaniem pojęć czy istotnych faktów (co oczywiście ma rację bytu jeśli czytamy artykuły osobno, a nie jednym tchem). Mieszane uczucia może także wzbudzać streszczanie niektórych utworów; z jednej strony czytelnik nieznający omawianych sag może zapoznać się z ich fabułą, wielokrotnie jednak akcja utworu nie ma większego znaczenia dla analizy formalnej utworu. W pewnym sensie nużące jest także umieszczanie tabel z listą tytułów i dat, co może być skądinąd bardzo pomocne i czytelne. Nie można tego jednak powiedzieć o ilustracjach, które często opatrzone są bardzo ogólnymi przypisami z lakoniczną informacją o nazwie sfotografowanego obiektu i jego przeznaczeniem. Ponad 15 kartek z fotografiami, wszyte w środek książki, wybijają z rytmu lektury artykułu, są też praktycznie niepomocne w przypadku lektury tylko kilku artykułów, zaś dla czytelnika zapoznającego się z całą publikacją piękne krajobrazy i kilka zdjęć pomników stanowią o wątpliwości naukowego charakteru pracy. Czasami pojawia się także sygnalizowanie interesującego problemu czy wprowadzanie ciekawego pojęcia i natychmiastowe porzucanie go bez szerszych wyjaśnień (np. w przypadku „sag wikińskich” w artykule poświęconym sagom legendarnym).

Trzeba jednak podkreślić niekwestionowane plusy publikacji. Samo jej znaczenie i miejsce w literaturze poświęconej temu problemowi decyduje o wartości wydawnictwa. Jego mocną stroną jest także rzetelne odwołanie się do różnorodnych źródeł i bezdyskusyjne obeznanie w temacie autorów, szczególnie, że część z nich pisała artykuły o tematyce nie wprost związanej z ich specjalizacjami. Tym bardziej publikacja wzbogacona jest o interdyscyplinarne podejście do problemu; tematy analizowane są pod kątem filologiczno-literaturoznawczym (choć tak naprawdę tylko część autorów jest z wykształcenia filologami), a przede wszystkim społecznym i historycznym. Często nie brakuje też odwołań do sztuki, szeroko pojętej kultury i tradycji, a także recepcji i roli sag w budowaniu tożsamości i wyobraźni społecznej Islandczyków. Łukasz Naubauer mówi chociażby o popularności imion bohaterów sag nadawanych dzieciom czy pojawianiu się ich imion w nazwach ulic większych miast Islandii. Dużym plusem jest także obfite ilustrowanie omawianych kwestii cytatami, a także godny pochwały zabieg Przemysława Czarneckiego, który w sposób zwięzły, a całkowicie wystarczający, omawia sagi biskupie na przykładzie jednej sagi. Wreszcie atutem publikacji jest poświęcenie oddzielnych artykułów typom wcześniej w polskiej literaturze nie omawianym: wspomnianym już „bættir” oraz sagom współczesnym.

Ostatecznie zatem redaktorom i autorom tekstów publikacji „Sagi islandzkie. Zarys dziejów literatury staronordyckiej” należą się gratulacje za ogrom pracy włożony w opracowanie tego zagadnienia. Z pewnością niespełna 300-stronicowe wydawnictwo nie stanowi kompendium wiedzy na ten temat, jest jednak solidnym fundamentem dla każdego, kto zajmuje się lub po prostu interesuje sagami islandzkimi i literaturą staronordycką. Być może wymieniane wyżej „potknięcia” redaktorów publikacji wiążą się z niedookreślonym odbiorcą; pod wieloma względami publikacja ta ma bowiem charakter popularnonaukowy, nadaje się więc dla czytelników dopiero zapoznających się z tematem. Jednak ze względu na miejsce sag islandzkich na marginesie zainteresowań polskich czytelników, pozycja ta pozostaje w pewnym sensie zarezerwowana dla wąskiego grona odbiorców. Niewykluczone jednak, że przystępny język i forma publikacji przyczyni się do popularyzacji sag islandzkich, które – podobnie jak zainteresowanie kulturą Islandii w ogóle – wciąż rośnie. W ubiegłym roku Studencki Klub Islandzki działający pod auspicjami Instytutu Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego zorganizował cykl spotkań „Islandzkie Opowieści dla Dorosłych” poświęcony sagom islandzkim i mitologii nordyckiej. Ciepłe przyjęcie, a także szeroki odzew uczestników spotkań pozwalają tylko utwierdzić się w przekonaniu, że popularyzacja literatury staroislandzkiej jest w Polsce bardzo potrzebna.

Ta recenzja została napisana dla strony Stacja Islandia.

Filmy z krańca świata

Polska i Islandia.

Reykjavík, Gdańsk, Poznań, Warszawa.

43 filmy. 3 koncerty. 20 tysięcy uczestników.

20 marca w warszawskim kinie Iluzjon zakończył się festiwal „Ultima Thule – na krańcu świata” (strona internetowa TUTAJ), a tym samym projekt prezentacji polskich filmów na Islandii i islandzkich w Polsce. W listopadzie ubiegłego roku islandzcy widzowie Kina Paradís w Reykjavíku mieli okazję obejrzeć polskie produkcje takie jak RóżaDługDzień świra czy Plac Zbawiciela. Podobno zainteresowanie polskim kinem było ogromne, a kinowe sale bez trudu wypełniły się po brzegi.

Z kolei sukces polskiej odsłony projektu nie powinien nikogo dziwić; miłośnicy Islandii z Gdańska, Poznania i Warszawy mieli okazję obejrzeć aż 28 tytułów islandzkich, z których większość wyświetlana była w Polsce po raz pierwszy.  Seansom towarzyszyły również spotkania i masterclassy z islandzkimi twórcami, panele dyskusyjne z udziałem znakomitych gości, koncerty oraz warsztaty dla dzieci. Zainteresowani kinem islandzkim ustawiali się w kolejkach po darmowe wejściówki na filmy (wiele z nich rozeszło się bardzo szybko), inni zaś wystawali przed salami tuż przed rozpoczęciem projekcji licząc na wejście. Nie było seansu, podczas którego puste fotele rzucały się w oczy. Polska publiczność z pewnością dopisała.

fot. Danuta Matłoch

fot. Jacek Łagowski

Co nas smuci?

Organizatorem przedsięwzięcia była Filmoteka Narodowa współpracująca ze wspomnianym już kinem Paradís w Reykjavíku, a także KinoPORTem w CSW Łaźnia 2 w Gdańsku i poznańskim Nowym Kinem Pałacowym w Centrum Kultury ZAMEK, a także islandzką szkołą filmową Reykjavík Film Academy i archiwum filmowym Kvikmyndasafn Íslands. Zgodnie z zamysłem organizatorów pomysłodawców wybrano filmy reprezentatywne dla obu nacji, ale też na tyle uniwersalne, by być zrozumiałymi na obu krańcach tego projektu.

Odbiór islandzkich produkcji w Polsce miał odbyć się zgodnie z tropem emocji: pragnień, tęsknoty, śmiechu, strachu i oburzenia. W ten właśnie sposób pogrupowano niemal 30 islandzkich filmów, z których najstarszy pochodzi z 1925 roku, a najnowszy – Życie na kredycie (Vonarstræti) – z 2014 roku. Szczęśliwie dla nas, czyli polskiej publiczności, nie prezentowano filmów znanych lub łatwo dostępnych w Polsce, choć i dla początkujących amatorów islandzkiego kina Iluzjon przygotował „Islandzki aperitif”, w ramach którego w lutym bieżącego roku można było obejrzeć dotychczas dystrybuowane produkcje: Nói Albinói (2003), Na głębinie (2013) czy O koniach i ludziach (2015).

Filmy wybrane na „Ultima Thule” miały stanowić swego rodzaju przekrój wyspiarskiej kinematografii; mogliśmy zatem oglądać produkcje reprezentujące różne gatunki, ale pochodzące też z różnych lat.

Przemysł filmowy Islandii na rodzi się dopiero w późnych latach 70., kiedy to założono Icelandic Film Fund, pierwszą na wyspie instytucję współfinansującą rodzime produkcje. Anegdota głosi, że założenie Fundacji zawdzięcza się Reynirowi Oddssonowi, reżyserowi otwierającego festiwal filmu Morðsaga, który to z trudem i dzięki wsparciu finansowemu rodziny i bliskich zrealizował ten obraz. Sukces filmu miał przyczynić się do zrealizowania obietnicy pewnego posła, że kolejne produkcje będą wspierane już przez państwo. W ten sposób kino islandzkie zaczęło poważnie rozwijać się dopiero w latach 80., co jednak nie oznacza, że wcześniej nie produkowano na wyspie filmów.

fot. Jacek Łagowski

Na festiwalu można było oglądać trzy filmy sprzed 1977 roku: Islandia w ruchomych obrazach (1925) – najstarszy zachowany film niemy, swego rodzaju „spot promocyjny” samej wyspy; Wielka akcja ratownicza na Látrabjargu(1949), czarno-biały dokument z akcji ratowania brytyjskich marynarzy z tonącego statku; oraz Ostatnia farma w dolinie (1950), wdzięczna historia dla dzieci pełna motywów z islandzkiego folkloru.

Reszta wybranych tytułów prezentuje już „kolorowe lata” islandzkiego kina, a mianowicie produkcje z ostatnich 30 lat. Najwięcej filmów pochodzi już z XXI wieku, choć na festiwalu nie mogło zabraknąć twórczości Friðrika þor Friðrikssona, najsłynniejszego islandzkiego reżysera lat 90. Jego bogaty i różnorodny dorobek godnie reprezentowały Dzieci natury (1991), islandzki kandydat do Oscara. Do „klasyków” należy także Duszpasterstwo pod lodowcem (1989), ekranizacja powieści Halldóra Laxnessa zrealizowana przez jego córkę, Guðný Halldórsdóttir. Polscy widzowie mieli też okazję obejrzeć kultową Sódómę Reykjavík (polski tytuł Pilot, 1992). Poza tym nie zabrakło kina akcji (Państwo w państwie), filmu dokumentalnego (Gnarr), a także wielu świetnych komedii i poruszających dramatów z ostatnich lat.

W „Ultima Thule” brakuje wielu ważnych filmów wspomnianego już Friðrika þor Friðrikssona, a także Baltasara Kormákura, bardzo popularnego w Polsce – i pewnie z tego względu pominiętego (Iluzjon prezentował już jego twórczość dwa lata temu wyświetlając Bagno i 101 Reykjavík). Mimo to przegląd dał możliwość analizowania rozwoju islandzkiej kinematografii; widzowie mogli śledzić nie tylko postępy z zakresu techniki i sposobu realizacji filmów, ale też zmiany towarzyszące samym aktorom, bowiem ujmującą cechą wyspiarskiego kina jest stała powtarzalność tych samych twarzy.

Najczęściej można było oglądać Ingvara Eggerta Sigurðssona, o którym można już śmiało powiedzieć, że jest najpopularniejszym aktorem islandzkim, pojawia się zresztą nie tylko w islandzkich produkcjach. Na festiwalu mieliśmy okazję zobaczyć go w jego debiucie, w roli lidera strajkujących robotników przetwórni rybnej (Ingaló1992) oraz w późniejszych rolach drugoplanowych: w Nawałnicy (2003) i  Zaraz wracam (2008). Po raz pierwszy w głównej roli pokazał się nam w Zimnym świetle (2004) i jest to jedna z jego najlepszych kreacji aktorskich. Jako aktor dojrzalszy i bardziej doświadczony pojawiał się także w Wirze (2010), Metalówie (2013) czy obu częściach Państwa w państwie (2011, 2014). Artysta, amant czy gangster – Ingvar Sigurðsson potrafi zagrać niemal wszystko i w każdej swej roli jest świetny.

Islandia ma też wiele utalentowanych aktorek. Jedną z „weteranek” islandzkiego kina jest Kristbjörg Kjeld, która w najnowszych produkcjach grywa przede wszystkim miłe starsze panie (Śmiech mewy, 2001), ale potrafi zaskoczyć również rolą zagadkowej i nieco przerażającej wiedźmy (Zimne światło), a nawet emerytowanej gwiazdy filmowej (Fíaskó, 2000) – i to właśnie w tej roli urzeka najbardziej. Kilkudziesięcioletnia Helga była kiedyś piękna i rozpoznawalna, wiodła luksusowe życie z mężem-Amerykaninem w Las Vegas, jednak teraz jej uroda przeminęła z wiekiem i monotonię Reykjavíku próbuje przypudrować eleganckimi strojami z lat swojej świetności, czerwoną szminką i podawaniem gościom martini nim zapadnie mrok.

Wiele twarzy ma również Didda Jónsdóttir; w Nawałnicy poznajemy ją jako niemą pacjentkę belgijskiego szpitala cierpiącą na problemy behawioralne – przez 93 minut filmu gra wyłącznie ciałem i jej ekspresja werbalna ogranicza się do kilku słów. Natomiast w Zaraz wracam to czterdziestoletnia dealerka narkotyków i alternatywna poetka, która przeklina, pali marihuanę i załatwia się bez pardonu przy drodze, a wszystko to robi z wdziękiem małej dziewczynki.

Na koniec warto jeszcze wspomnieć o bardzo obiecującej młodej aktorce Herze Hilmar. Najwcześniejszy film z jej udziałem pokazywany na festiwalu do Veðramót (2007), w którym to nastolatka pokazuje pazur – zarówno jako aktorka, ale również grana przez nią postać. W Życiu na kredycie jest zgoła odmienna; gra młodą matkę, która dorabia jako prostytutka – tu Hera buduje postać pełną sprzeczności, dziewczynę, która jest twarda z zewnątrz, a wrażliwa w środku.

fot. Jacek Łagowski

Islandia w ruchomych obrazach

Steven Mayers z Akademii Filmowej w Reykjavíku twierdzi, że około 75% turystów przyciąga na Islandię jej wyidealizowany obraz, który wytworzyli sobie na podstawie oglądanych filmów. Z kolei Christof Wehmeier z Icelandic Film Center (instytucji od 2003 roku wspierającej islandzkich filmowców) na otwarciu warszawskiej odsłony festiwalu „Ultima Thule” wyraził nadzieję, że wybrane do projektu tytuły dadzą właśnie kompleksowy obraz wyspy. Po obejrzeniu kilkudziesięciu islandzkich produkcji zadajmy sobie więc to pytanie: jaka jest Islandia według wypuszczanych przez nią filmów?

Wbrew pozorom wcale nie ma w nich dużo islandzkich krajobrazów. A właściwie z topograficznego punktu widzenia Islandie są trzy: jest Reykjavík ze wszystkimi swoimi zaletami i wadami, głównie prezentowany jako miasto szare, bez perspektyw, nudne, ale z bujnym życiem nocnym (Pilot, 1992). Jest również islandzki interior; według twórców Tak czy siak (2011) jest on odludny, monotonny, cichy. Na koniec islandzka wieś, czy może inaczej: islandzka prowincja, a więc wszystkie miejscowości niebędące Reykjavíkiem. W Nawałnicy będzie to Vestmannaeyjar, w Duszpasterstwie pod lodowcem okolice lodowca Snæfellsjökull, natomiast w Veðramót – tytułowe miasto. Te tła filmów charakteryzują się wyeksponowaniem bliskości z naturą, ale też silnej jedności mieszkańców. Inną bardzo ważną scenerią dla islandzkich filmów jest morze; na morzu rozgrywają się filmy takie jak Wir, ale morze jest też tłem dla Ingaló, gdzie równie istotny jest motyw rybaków – ludzi morza. Ich życie zależy od kaprysów pogody i umiejętności władania naturą, sama zaś nieobliczalność islandzkich żywiołów pojawia się metaforycznie i dosłownie w filmie Wulkan (2011).

fot. Jacek Łagowski

Przyroda i krajobrazy to jedno, ale ważni są także ludzie – z ich specyficznym poczuciem humoru, nieco odmiennymi od naszych zwyczajami i inną hierarchią wartości. Oczywiście wielokrotnie podkreślony jest związek z człowieka z naturą; główną osią Dzieci natury jest właśnie ta silna potrzeba złączenia się z przyrodą, z ziemią. Miejsce przyrody w islandzkim folklorze jest ukazane w Ostatniej farmie w dolinie, gdzie przyroda personifikuje się pod postacią elfów czy trolli, a obecność pogańskich praktyk i wiary w moc Matki Natury staje się przedmiotem pastiszu w Duchowieństwu pod lodowcem. Tak jak przodkowie Islandczyków odnajdywali w naturze postaci o ludzkim kształcie, tam w islandzkim filmie człowiek przejmuje cechy żywiołów natury. We wspomnianym już Wulkanie główny bohater, Hannes (Theódór Júliusson) jest surowym ojcem i nieprzyjemnym mężem. W obliczu choroby żony jego serce jednak mięknie, a może – wrażliwe było przez cały czas, a jedynie schowane w twardym pancerzu. Reżyser filmu, Rúnar Rúnarsson tak właśnie interpretował tę postać, choć oczywiście w filmie mamy bezpośrednie nawiązanie do wybuchu Hekli.

Filmy islandzkie dają nam też pełny obraz islandzkiego społeczeństwa. Ich system wartości wynika z tradycji i historii Islandii jako państwa wolnych chłopów, związanych ze swoim gospodarstwem i trzodą, ale również państwa rybaków i marynarzy, którzy do dzisiaj stanowią jeden z głównych motywów wyspiarskich produkcji. Wiele twórców próbuje jednak przełamać ten schemat lub zmierzyć się ze stereotypami. Zamiast dziarskich wikingów mamy często niesamodzielnych trzydziestolatków bez ambicji (jak Júlli grany przez Jóna Gnarra w Ktoś taki jak ja, 2002).

Są też gangsterzy (Państwo w państwie), ale też ukazani w sposób prześmiewczy (Pilot). W społeczeństwie dumnym z równouprawnienia i dużej samodzielności kobiet od czasów średniowiecza zaskakiwać może często podejmowany problem przemocy domowej czy ojca-tyrana, zarówno jedynie sygnalizowany (Veðramót), jak i stanowczo potępiany (Morðsaga).

Femmes fatales jednak również mają swoje miejsce w islandzkim kinie, czy to będzie dziarska narkomanka (Zaraz wracam), czy demoniczna kokietka (Śmiech mewy). Dużo miejsca poświęcają islandzcy twórcy także ludziom starszym; to oni grają główne role w Dzieciach naturyWulkanie czy Fíaskó i tak jak ludzie młodzi stać ich na skrajne emocje, odważne marzenia i szalone przygody miłosne. Zresztą tarcia międzypokoleniowe są głównym tematem dylogii Ragnara Bragasona Dzieci (2006) i Rodzice (2007).

A co zaskakuje? Z filmów wynika, że niemal każdy w Islandii, czy w stolicy, czy na prowincji, płynnie posługuje się językiem angielskim (Nawałnica). Bardzo ostro respektuje się też zasady obyczajowe, takie jak zdejmowanie butów przed wejściem do domu (Zaraz wracam).

Kinematografia daje nam też dużą dawkę wiedzy na temat islandzkiej kuchni; gospodyni domowa konsumuje baranią głowę w Fíaskó, podczas eleganckiej kolacji w Morðsaga goście chwalą sarninę upolowaną przez pana domu. Zaś przekąską najczęściej przewijającą się przez filmy islandzkie jest suszona ryba; poznajemy tajniki jej wyrobu w Islandii w obrazach ruchomych, ale też doświadczamy aktu miłosnego wśród suszących się pod gołym niebem ryb (Śmiech mewy).

Bardzo ciekawie prezentuje się też religijność Islandczyków; wbrew stereotypowi wiara w elfy nie jest często wykorzystywanym motywem, choć pomieszanie pogaństwa z chrześcijaństwem zostaje podkreślone w Duszpasterstwie pod lodowcem, a swego rodzaju nadgorliwość religijną oglądamy zarówno w Fíaskó, jak i w Wirze. Nie mamy natomiast obiektywnej wizji islandzkiego protestantyzmu, która wynika z wielu innych skandynawskich filmów. Być może zatem kino potwierdza ogólne przekonanie: Islandczycy nie są zbyt religijnym narodem, ale jeśli już w coś wierzą, to w Jezusa, Odyna i ukrytych ludzi. Zabawną grą ze stereotypami może być też postać tytułowej Metalówy, a raczej reakcja mieszkańców małej miejscowości niepodzielającej sympatii do ciężkiej muzyki.

UT fot. Danuta Matłoch_8379

fot. Danuta Matłoch

Einangrun

 Jak wynika z jednej z etiud filmowych prezentowanych na towarzyszącej festiwalowi wystawie IS (not)przygotowanej przez polski kolektyw Sputnik Photos, izolacja dla Islandczyków to interesujące pojęcie. Ten internacjonalizm pochodzi od greckiego słowa „isola” oznaczającego wyspę. Tym samym w Europie kontynentalnej izolacja kojarzy się z wyspiarskością, natomiast na Ultimie Thule – z naszej perspektywy najbardziej odizolowanej, to słowo brzmi zupełnie inaczej. „Einagrun” – dosłownie „smutek samotności” to dla Islandczyków istota izolacji – jest ona nacechowana pejoratywnie. Czy Islandczycy czują się odizolowani od reszty świata i, jeśli tak, czy możemy to zobaczyć w filmach? Choć społeczeństwo to jest bardzo charakterystyczne i mamy to podkreślone w kinematografii, również istotne były wpływy zachodnie, a raczej – zza oceanu. Islandczycy lat 50. i 60. mieli zrealizować swój „amerykański sen” – młodzież prezentowana w Morðsaga, Islandzkim marzeniu (2000) czy Pilocie zasłuchuje się w amerykańskiej muzyce, nosi się „po amerykańsku”, ogląda amerykańskie filmy. Powrót kuzynki Anny z Ameryki w Śmiechu mewy wzbudza wiele emocji, a ona sama w rodzinnym miasteczku traktowana jest zupełnie inaczej odkąd została „napiętnowana” amerykańskością. Warto podkreślić też ilość wypijanej na srebrnym ekranie Coca Coli (Tak czy siak), chociaż i nasze Prince Polo miało niewielki angaż w Duszpasterstwie pod lodowcem.

Islandczykom udzielił się również kontynentalny styl życia; seks, alkohol, narkotyki, imprezy to „nowy” obraz Islandii prezentowany w filmach z naszego stulecia. Skutki wynikające z mieszania lub nadużywania powyższych mogą mieć w kinie funkcję gorzkiej nauczki (XL, 2013) lub satyry na młodzież (Pilot, Veðramót). Mogłoby się zatem wydawać, że Islandczycy wcale nie są odizolowani, są tacy jak my. Choć w filmach islandzkich więcej jest czarnego humoru i umiejętności wyśmiewania samych siebie, są to filmy, które polskiemu widzowi ogląda się z wielką przyjemnością. Być może festiwal „Ultima Thule – na krańcu świata” sprawił, że ów kraniec stał się nam bliższy, nie tylko mentalnie, ale również geograficznie – zbawieni islandzką kinematografią na wyspę pojadą kolejni turyści.

UT_Poznan_fot. Jacek Łagowski_6384

Zdjęcia zamieszczone w artykule wykorzystano dzięki uprzejmości organizatorów Festiwalu „Ultima Thule – na krańcu świata” (strona internetowa TUTAJ). Ich autorami są Danuta Matłoch i Jacek Łagowski.

Ten tekst został napisany dla strony Stacja Północ.

Walka o turystów z naturą

Islandia nie narzeka na brak turystów. Większość z nich przyjeżdża na wyspę zwabiona jej egzotycznym pejzażem, szukając przygód w tym dzikim, ale jednak przecież czasem i niebezpiecznym, interiorze.

I choć turystyka staje się wiodąca dla gospodarki państwa, Anna Margret Guðjónsdóttir, przez wiele lat odpowiedzialna za rozwój tego sektora na Islandii, mówi o konieczności dalszego promowania wyspy. Tym razem turystów ma zwabiać bogata kultura kraju.

Jeszcze 20 lat temu Islandia leżała na marginesie turystycznej mapy Europy. Mimo to już od starożytności funkcjonowała w wyobraźni Europejczyków jako egzotyczne, odległe miejsce – Ultima Thule. W średniowieczu stanowiła pustelnię dla irlandzkich mnichów i miejsce schronienia norweskich banitów zanim na dobre ją zasiedlono. Wydawałoby się, że przez kolejne stulecia pozostawała w turystycznej próżni, mimo to zachowały się nowożytne relacje z podróży na odległą wyspę, choćby ta autorstwa czeskiego księdza Daniela Vettera z 1613, która jest jednocześnie najstarszym opisem wyspy w języku polskim. Dopiero w XIX i XX wieku zaczęli pojawiać się na niej artyści szukający inspiracji w prostej sztuce ludowej (William Morris) czy fantastycznych sagach (CS Lewis i JRR Tolkien). Regularne przyjazdy większych grup obcokrajowców wiążą się dopiero z drugą połową XX wieku, kiedy stacjonujących w Keflaviku amerykańskich żołnierzy odwiedzały ich rodziny. Zwiększająca się liczba turystów zza oceanu wiązała się także z polityką linii lotniczych Loftleiðir, które w ramach lotów interkontynentalnych proponowały swoim klientom przystanek na Islandii.

Popularność Islandii zaczęła rosnąć dopiero w latach 90. i to za sprawą ekscentrycznej wokalistki Björk. Wkrótce i jej rodacy z zespołów Sigur RósGusGus czy múm przyczynili się do wzrastającej atrakcyjności wyspy jawiącej się jako magiczna, tajemnicza, baśniowa. Islandia staje się stolicą muzyki alternatywnej, w 1999 roku rusza pierwsza edycja Iceland Airwaves Festival. Sponsor imprezy może pochwalić się ogromnym sukcesem; w roku następnym po raz pierwszy w historii kraju liczba przyjezdnych przekracza liczbę mieszkańców wyspy. W każdym następnym rokiem liczba ta wzrasta. W 2002 roku jezioro Jökulsárlón staje się tłem dla przygód Jamesa Bonda. Przybiera turystów zauroczonych krajobrazami wyspy. W roku 2014 turystyczna bańka pęka.

W tym roku oczekujemy 1,2 mln turystów. Czujemy się przytłoczeni.” – mówi Anna Margret Guðjónsdóttir. Tegoroczny Iceland Airwaves Festival musiał zostać przesunięty na listopad – latem bowiem zjeżdżający na wyspę turyści by się na niej nie pomieścili. Mimo rozwijającej się branży hotelarskiej wciąż brakuje miejsc noclegowych. W tym roku liczba turystów 4-krotnie przekroczy populację kraju. Czy jednak faktycznie Islandczycy czują się przytłoczeni i mają prawo nienawidzić turystów?

Oczywiście dzięki nim gospodarka kraju ma się bardzo dobrze; dzięki rozwojowi tego sektoru wzrasta liczba miejsc pracy, turystyka jest też lekiem na kryzys z 2008 roku, który ściągnął nowe rzesze przybyszów, bowiem koszty podróży i pobytu znacznie potaniały. Mimo to ten niewielki kraj odnotowuje wiele wad wynikających z najazdów turystów. „Głównie cierpi na tym natura”, mówi Guðjónsdóttir. Turyści paradoksalnie niszczą to, co przyjechali oglądać. Śmiecą, zbaczają z ustalonych tras, rozkładają namioty w miejscach objętych ochroną, znane są również przypadki śmierci w wyniku nierozważnego chodzenia po zamarzniętych jeziorach. To także z winy turystów „zniszczono” Geysir, który pobudzano do częstszych eksplozji mydłem, przez co uzyskano odwrotny efekt.

Islandczycy nie planują jednak polityki „antyturystycznej”, nie są też oficjalnie wrogo nastawieni wobec swoich gości. Wręcz przeciwnie, Islandia przoduje na listach najbardziej przyjaznych destynacji turystycznych. Ale próbą wybrnięcia z kłopotliwej sytuacji może okazać się trend „ściągania” turystów z tzw. Golden Circle do miast. Jak mówi sama Guðjónsdóttir, w turystyce pojawiła się rywalizacja pomiędzy kulturą a naturą. Nie powinno jednak dziwić, że najbardziej pociągająca w Islandii jest właśnie możliwość ucieczki od miejskiego zgiełku.

W tegorocznym plebiscycie podróżniczego wydawnictwa Lonely Planet na najlepsze miasta w Europie zwyciężyło Akureyri, drugie największe miasto na wyspie, którego największą zaletą jest jego peryferyjność: „zielone pastwiska, osady rybackie, grzęzawiska, wodospady, trasy narciarskie i zatoki pełne wielorybów”. Dla porównania Reykjavík góruje na listach najlepszych miejsc do spędzania Sylwestra, lecz rozwijające się życie nocne stolicy jest jedną z głównych bolączek mieszkańców tego miasta.

Dlatego wartością miast ma być ich atrakcyjna oferta kulturowa. Reykjavík nie pretenduje jednak do statusu drugiego Londynu, Paryża czy Wiednia, zresztą nigdy takiego statusu nie uzyska. Nie może bowiem przyciągać turystów drogocennymi kolekcjami malarstwa europejskiego ani budowlami reprezentatywnymi dla którejkolwiek z budzących dech w piersiach epok historii architektury.

Islandia może jednak poszczycić się bogatą kulturą niematerialną i cenną dla tradycji europejskiej, a na pewno skandynawskiej, kolekcją manuskryptów sag islandzkich oraz zabytków epoki wikingów. Społeczeństwo tak dumne ze swojego dziedzictwa, na którym zbudowało silną tożsamość narodową i wypracowało odrębność również wobec innych państw skandynawskich, wychowane jest na etosie codziennego kontaktu z kulturą. Niemal każde islandzkie dziecko występuje lub występowało w szkolnym chórze. Statystyczny Islandczyk chodzi do teatru od dwóch do trzech razy w roku. Jeden na dziesięciu mieszkańców wyspy wydaje książkę. Każda miejscowość posiada bibliotekę.

Wielu Islandczyków zbiera się wieczorami przed odbiornikami radiowymi, by wysłuchać sag – historii spisanych w XIII wieku w języku, który dzięki niewielu modyfikacjom na przestrzeni wieków jest wciąż zrozumiały na dzisiejszego Islandczyka. To właśnie sagi są jedną z przyczyn ogromnej dumy Islandczyków; te średniowieczne teksty opisujące początki istnienia państwa są ewenementem na skalę światową i stanowią podwaliny literatury europejskiej. Nie dziwi więc, że zasłużyły na osobne muzeum. Dziwi jednak coś innego – że przy tak wysokiej świadomości o wartości tradycji i historii. Islandczycy nie chcą pogłębiać wiedzy na ten temat. Drogie inwestycje ostatnich lat, jakimi się nowoczesne muzea z interaktywnymi wystawami, świecą pustkami. Otwarta w 2011 Landnámssýningin, ekspozycja prezentująca historię osadnictwa na Islandii odnotowała, że tylko 2% (sic!) odwiedzających z ubiegłego roku stanowili Islandczycy. Reszta to turyści, którzy podbijają statystyki większości muzeów i galerii na wyspie, mogą bowiem liczyć na opisy i przewodniki w języku angielskim.

Kristín Scheving z Listasafn Íslands, Galerii Narodowej prezentującej XIX i XX-wieczne malarstwo islandzkie, mówi o konieczności promocji sztuki islandzkiej wśród samych Islandczyków. Sztuki plastyczne są wciąż niedoceniane przez opinię publiczną, co może wiązać się z krótką tradycją tej dziedziny sztuki na wyspie. Zupełnie inną popularnością cieszy się muzyka i śpiew, uprawiane już przez średniowiecznych skaldów, co skutkuje ogromną muzykalnością Islandczyków.

Sukces Wystawy Osadnictwa wśród turystów wynika z rozwijającej się na wyspie polityki uprawiania dobrego muzealnictwa. Wystawa ta została przygotowana z wielką starannością oraz dbałością o jej edukacyjny charakter. Przy jej tworzeniu zaangażowani byli nie tylko historycy i archeologowie, ale także przewodnicy, nauczyciele oraz edukatorzy. Jak podkreśla Sigrun Kristjánsdóttir, dyrektor od spraw wystaw Muzeum Miasta Reykjavík, „muzea powinny umacniać swój wizerunek jako instytucji o funkcji przede wszystkim edukacyjnej.” Z kolei Anna Margret Guðjónsdóttir przypomina, że dostęp do kultury jest na Islandii jednym z podstawowych praw człowieka i wyrównywanie szans uczestniczenia w życiu kulturalnym, również poprzez edukację, jest obowiązkiem islandzkiego muzealnictwa (zgodnie z prawem grupy szkolne mają wstęp wolny do muzeów).

Stąd też szereg inicjatyw lokalnych i prób wyjścia ze sztuką do ludzi, takich jak organizowane od 1996 roku Reykjavík Culture Nights czy koordynowane przez Kristín Scheving akcje w mniejszych miejscowościach, jak chociażby stworzenie domu kultury w starej rzeźni czy festiwale łączące różne dziedziny sztuki od video-art po design i cyrk. Te liczne przedsięwzięcia miały na celu pobudzenie nieoswojonej ze sztuką publiczności.

Inwestycja państwa w edukację kulturalną, a co za tym idzie tworzenie kolejnych galerii sztuki i muzeów tematycznych, a także cykliczne festiwale i imprezy mają zatem ściągać również zagranicznych turystów, co już się w dużym stopniu udaje. Na przykład pomysł Kristín Scheving na festiwal video-art 700 IS Hreindýralandpoczątkowo organizowany na Wschodnim Wybrzeżu stał się ściągnął międzynarodową publiczność.

Islandia staje się interesującą propozycją dla wielu artystów współczesnych, choć wciąż ich islandzcy koledzy decydują się na karierę poza granicami kraju (ErróOlafur Eliasson). Choć Reykjavík nie może konkurować ze stolicami Europy kontynentalnej pod względem sztuki dawnej, ma duże szanse na stworzenie ośrodka sztuki współczesnej. Stoi tam już ultranowoczesny budynek sali koncertowej, Harpa, wyspa Viðey zaś od wielu lat gromadzi fanów Johna Lennona wokół Imagine Peace Tower, instalacji Yoko Ono. W Galerii Narodowej powstał Vasulka Chamber, jedna z największych w Europie kolekcji zdigitalizowanych prac artystów amerykańskich przekazanej Muzeum przez Steinę i Woody’ego Vasulka, islandzko-czeską parę artystów aktywnych twórczo w Stanach Zjednoczonych późnych lat 60. i 70.

Na koniec wreszcie Islandia nie tylko daje przykład w inwestowaniu w rozwój kultury własnej, ale od wielu lat finansuje projekty istotne dla rozwoju dziedzictwa kulturowego innych krajów. Wspiera chociażby wiele inicjatyw w Polsce; jedną z najświeższych jest budowa nowego oddziału Muzeum Narodowego w Krakowie, Pawilonu Józefa Czapskiego.

Czy zatem za kilka lat Islandia stanie się destynacją atrakcyjną również dla miłośników kultury i sztuki?

Zważywszy na historię turystyki na wyspie, to właśnie kultura ściągała pierwszych poważnych gości. Rozkoszując się malowniczymi widokówkami z Krainy Ognia i Lodu warto mieć na uwadze, że obraz tej utęsknionej, tajemniczej, spowitej mgłą wyspy pięknych krajobrazów został wykreowany właśnie przez dzieła kultury, baśniową literaturę i elficzną muzykę Islandii.

******

Artykuł powstał w oparciu o wizytę studyjną Anny Margret GudjonsdóttirSigrun Kristjánsdóttir oraz Kristín Scheving w Muzeum Narodowym w Krakowie w dniach 29.09-1.10.2015. Muzeum Narodowe w Krakowie w partnerstwie z Evris Foundation ses. z Islandii realizuje projekt „Dobre praktyki edukacyjne w pracy ze społecznością lokalną – wizyty studyjne i warsztaty w ramach współpracy polsko-islandzkiej„.

Projekt dofinansowano z Funduszu Współpracy Dwustronnej – część „b” dla Programu „Konserwacja i rewitalizacja dziedzictwa kulturowego” w ramach Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego i Norweskiego Mechanizmu Finansowego na lata 2009-2014.

Wsparcie zostało udzielone ze środków pochodzących z Islandii, Liechtensteinu i Norwegii oraz ze środków budżetu państwa. Kwota dofinansowania: 165 591 zł

Więcej informacji:
http://mnk.pl/artykul/dobre-praktyki-edukacyjne-w-pracy-ze-spolecznoscia-lokalna

Pierwsza publikacja tekstu na łamach Stacja Islandia.