Echoiczna postnarracja?

Echo

tytuł oryginalny: BERGMÁL
reżyseria: Rúnar Rúnarsson
rok produkcji: 2019
kraj: Islandia, Francja, Szwajcaria

Na najnowszy film Rúnara Rúnarssona wybrałam się w ramach Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Co roku festiwal proponuje przynajmniej kilka tytułów z Islandii, ale tym razem na liście znalazło się tylko Echo, które miało swoją polską premierę w ubiegły poniedziałek. Premierowemu pokazowi filmu towarzyszyło spotkanie z reżyserem, który jest już znany festiwalowej – i polskiej – publiczności z wcześniejszych filmów fabularnych Wróble oraz Wulkan. Widz znający te produkcje ma więc ogólny obraz tego, czego może spodziewać się po tym islandzkim reżyserze, a jednak jego trzeci film pełnometrażowy był dla widowni niemałym zaskoczeniem.

Całość otwiera się sceną jeepa w myjni samochodowej. Podniosła muzyka zwiastuje, że nie bez kozery buduje się napięcie i w kolejnej scenie zdarzy się coś, co wprowadzi nas w fabułę. Jednak to się nie stanie. Postaci pojawiające się w pierwszych scenach nie wracają na ekran, choć przez kilkanaście minut filmu ma się jeszcze nadzieję, że ich historie zostaną dopowiedziane w dalszej części obrazu. Każda scena wprowadza nowych bohaterów i nowe, krótkie historie, a z oszczędnych dialogów możemy wynieść tylko strzępki informacji.

W końcu dostrzegamy, że motywem przewodnim całości jest jedna pora w roku, czyli zima, a konkretniej: święta Bożego Narodzenia i Sylwester. I każda z postaci przygotowuje się i przeżywa ten szczególny czas w roku inaczej. Jedni wybierają drzewko i przyrządzają świąteczną kolację, inni zjeżdżają do domu lub obdzwaniają rodziny, jeszcze inni gotowi są na świętowanie w samotności. Ot, szerokie spektrum współczesnego społeczeństwa, w którym tradycja miesza się z nowoczesnością. Wspólne śpiewanie kolęd na rynku miasta zestawione jest z odgrzewaniem gotowego dania, aby samotnie zjeść je przed telewizorem. Spokojne wysłuchanie orędzia pani premier przeplata się z rodzinną kłótnią o politykę. Szkolne jasełka skontrastowane zostają z pokazem blond kulturystek. Narkomani otrzymują opatrunki, nowe igły i świąteczny podarunek, a pracownicy Błękitnej Linii wysłuchują dzieci, których rodzice pobili się w domowym zaciszu. Polacy opuszczają budowę, bo płaci się im za mało, a mała dziewczynka zabiega o względy taty, który wybrał życie z nową rodziną.

Echo nie opowiada jednej historii. Złośliwiec z sąsiedniego fotela kinowego powiedziałby nawet, że nie opowiada żadnej historii. Bowiem najnowszy film Rúnara Rúnarssona to zlepek kilkudziesięciu scen, które w żaden sposób nie łączą się ze sobą. Bohaterowie, niczym aktorzy w Weselu Stanisława Wyspiańskiego,  wpadają na scenę, wygłaszają swoje kwestie i wychodzą, a ich miejsce zajmują kolejni. To korowód anonimowych, naszkicowanych tylko postaci, których historie nie mają większego znaczenia, bo widz nie zdąży w żaden sposób przywiązać się do nich, aby mieć chęć prześledzić poczynania  danego bohatera.  Razem stanowią swego rodzaju studium współczesnego społeczeństwa w okresie bożonarodzeniowym. Choć akcja dzieje się w Reykjaviku i z wielu wskazówek wnosimy, że to właśnie Islandczycy są sportretowani w tym filmie, taki kalejdoskop wydarzeń może przytrafić się w dowolnym mieście, na dowolnej szerokości geograficznej. Mimo to widz oczekuje, że ten przegląd urywków życia codziennego reprezentantów wszystkich grup społecznych do czegoś nas poprowadzi. Ale nie.

Gdy włączają światła, publiczność pozostawiona jest w pewnego rodzaju konsternacji. Film kończy się długą sceną statku kołyszącego się na morzu, a kamera wycelowana jest wprost w wysokie fale, więc patrzymy na sztorm z pokładu. Walczę ze swoją chorobą morską, ale wmawiam sobie, że ta potwornie długa scena ma jakiś sens, że pojawi się coś, co zepnie całość w jakiś konkret, że usłyszymy jakiś morał. Ale na fale wjeżdżają już napisy końcowe, co wcale nie sprawia, że w głowie przestaje mi się kręcić. Większość widzów opuszcza już salę, a ja cierpliwie czekam na Q&A z udziałem reżysera, może wyjawi on przede mną jakąś tajemnicę.

Pod ekran wychodzą reżyser oraz pani prowadząca, która zaczyna przepytywanie od odniesienia się do poprzednich filmów Islandczyka. Te opowiadały jakieś historie bohaterów, ich dojrzewanie albo trudny etap starości. Tym razem reżyser postanawia wyłamać się z wcześniejszej konwencji. Dlaczego to robi? Rúnar Rúnarsson odpowiada enigmatycznie. Jego zdaniem kino fabularne ma swój kres i obecnie zamiast wymyślania własnych historii scenarzysta powinien opowiadać te prawdziwe, rejestrować rzeczywistość, jak w dokumencie. Jak dodaje, Echo jest po części dokumentem, bo scenariusz przewidział 60 scen, ale do filmu weszło ich 58 i wiele było improwizowanych. Twórcy wręcz chodzili z kamerą po ulicy i w ciągu zaledwie 80 dni zdjęciowych zarejestrowali historie zwykłych ludzi, którzy przed kamerą grali samych siebie. Wszyscy aktorzy są amatorami, a wielu z nich opowiada swoje historie. Nie jest to jednak dokument, więc jak poradzić sobie z klasyfikacją i odbiorem takiego filmu?

Zdaniem reżysera kluczem do obrazu ma być ten szczególny czas przedstawiony. Boże Narodzenie, przygotowania do niego, Wigilia, wspólne świętowanie, a potem Sylwester i Nowy Rok. Historie bohaterów znajdują więc tu swój mianownik, co według Rúnarssona “ułożyło się samo”. Te pozornie wyjęte z kontekstu sceny tworzą pewną całość, ale nie chodzi o całość fabularną, lecz o studium emocji, jakich przeżywamy zależnie od kalendarza. Boże Narodzenie to taki “wzmacniacz emocji”, wtedy czujemy intensywniej i żyjemy pełniej. Wybaczamy, przypominamy sobie o dawnych bliskich, łakniemy towarzystwa, ale spływa z nas też całoroczny stres, stąd kłótnie i konflikty. Nie znaczy to jednak, że w święta jesteśmy prawdziwą wersją siebie, bo film nie pozwala nam porównać bohaterów z ich pozaświątecznymi “wcieleniami”. Nie jesteśmy w stanie postaciom nawet współczuć, bo ich dostatecznie dobrze nie poznajemy. Czy mamy w ich przeżyciach i zachowaniach odszukać samych siebie?

Zdaje się, że islandzki reżyser sądzi, że stworzył dzieło genialne. I nie tyle chełpił się tym na kinowej sali, bo Rúnar Rúnarsson  to w zasadzie człowiek bardzo cichy i skromny. Z jego wypowiedzi wypływało jednak przekonanie, że idealnie odnalazł się w nurcie kina “postfabularnego”, choć określenie to nie padło i wymyśliłam je na potrzeby tego tekstu. Pomógł mi w tym wspomniany już sąsiad, który uznał, że ta potrzeba nieopowiadania, unikanie narracji czy wychodzenie z roli opowiadacza dla potrzeb historii samej w sobie wpisuje się w postmodernim, kierunek, w którym podąża islandzki reżyser. Skoro zdaniem Rúnarssona w dzisiejszym kinie nie ma miejsca na opowieści, czy jest jeszcze sens tworzenia fabuł? Echo nie jest przecież dokumentem, tylko dokumentalizowaną fabułą. Aktorzy odgrywają siebie, a więc nie są przed kamerą do końca sobą. Nie są też aktorami? Więc kim?

Najnowszy film twórcy Wróbli i Wulkanu to zdecydowanie kino dla koneserów. Trzeba się chyba naprawdę dobrze na filmie znać, żeby dostrzec w tym obrazie wielką wartość. Trzeba, tak jak pani prowadząca spotkanie z reżyserem, policzyć sceny i użyć jakichś algorytmów, żeby uznać obraz za arcydzieło. Dla mnie było to kino trudne, a może nawet nudne. Monotonne i mało odkrywcze, jak tytułowe “echo”. Zestaw krótkich historii, które znam z życia codziennego. A ponoć do kina chodzi się po to, aby na chwilę wyłączyć się z własnego życia.

Skąd przychodzimy?

Nie mogę uwierzyć, że skończył się już pierwszy sezon serialu HBO Przybysze (Beforeigners, Fremvandrerne).

Jeszcze robiłam sobie nadzieję, że magicznie na platformie pojawi się kolejny odcinek, ale cóż… Sezon ma ich tylko 6, a ja pożarłam je niemal jeden po drugim. I teraz żałuję, bo bardzo wciągnęłam się w tę historię.

Z zasady nie przepadam za tematyką science-fiction czy ogólnie pojętą fantasy. Nie oglądałam Gry o tron, ani nawet Wikingów, bo popularna interpretacja nordyckiej mitologii i staroislandzkiej literatury jest nie na moje nerwy. Zamiast po Tolkiena, wolę sięgać po Eddę… Ale przekonałam się do włączenia sobie serialu Przybysze ze względu na islandzką aktorkę, Ágústę Evę Erlendsdóttir. Nie jest to bynajmniej postać pierwszoplanowa, ale islandzkie media pękały z dumy, że ich rodaczka robi międzynarodową karierę. I słusznie, bo Ágústa znana jest na Wyspie od dawna i przeszła niesamowitą metamorfozę: od kampowej gwiazdy z tv show, przez reprezentantkę Eurowizji aż po wokalistkę i aktorkę większego formatu. Tutaj gra dzielną i pełną energii do życia wikinkę*, która – zgodnie ze swoją naturą – gotowa jest do walki i rewolty za wszelką cenę.

August Eva in her role as Urður in the Beforeigners series.
źródło: https://theworldnews.net/is-news/agusta-eva-i-nyrri-thattarod-hbo-nordic

O czym właściwie są Przybysze, norweskojęzyczna produkcja HBO Europe? To tak naprawdę satyra na science fiction, bo akcja rozgrywa się we współczesnym Oslo, które niespodziewanie zaczynają nawiedzać przybysze z… przeszłości. W świecie skonstruowanym przez Anne Bjørnstad i Eilifa Skodvina (twórców Lilyhammer) zjawisko pojawiania się “imigrantów z przeszłości” dotyczy całego globu. Jednak my poznajemy historię z perspektywy norweskiej. Pilot to tylko zajawka niezwykłego procederu, jednak od drugiego odcinka dowiadujemy się, jak jeden z najbardziej tolerancyjnych krajów na świecie radzi sobie z falą nowych/starych obywateli.

Przybycie Norwegów z przeszłości następuje w wyniku tajemniczego błysku, który zwiastuje pojawienie się “podróżników w czasie” zawsze w tym samym miejscu: w wodach zatoki nieopodal słynnej opery w Oslo. Władze opracowały już system bezpiecznego wyławiania przybyszów i opieki nad nimi w specjalnych ośrodkach, gdzie “imigranci” mają szansę zaaklimatyzować się we współczesnych czasach. Jaskiniowcom, wikingom i przybyszom z XIX wieku pokazuje się filmy instruktażowe o obecnej sytuacji społecznej w Norwegii, podaje się im specjalne leki, myje i ubiera w polary. Po danym czasie przybysze wychodzą na ulice Oslo i zaczynają nowe życie.

Wizja tego świata jest niezwykła. Nowoczesna stolica zderzona jest z zamierzchłymi zwyczajami Norwegów: targi, szamani, bicykle, dorożki, włócznie i ubrania ze skóry urozmaicają tłum pełen ludzi z iPhone’ami, ubranych w dżinsy i jeżdżących samochodami. Asymilacja postępuje jednak zgodnie z planem, bo wielu z przybyszów podejmuje się pracy w nowym świecie i dostosowuje się do nowinek technologicznych i społecznych. I tak główna bohaterka, wikinka  Alfhildr (znakomita Krista Kosonen, która urodą i urokiem przypomina mi Alicję Bachledę-Córuś), zakłada współczesny strój i zaciąga się do stołecznej policji. Jej wikińskie umiejętności, ale też niekonwencjonalne metody, okażą się bardzo pomocne w przypisanej jej sprawie zabójstwa i z początku będą prowadzić do komicznych dialogów i scen z udziałem jej partnera, policjanta ze współczesności, Larsa (Nicolai Cleve Broch). Poznawanie własnych przyzwyczajeń i tradycji jest jednak obustronne.

August Eva in her role as Urður in the Beforeigners series.

W sposób świetnie przemyślany przeplatają się tutaj  stare motywy (głównie wikińskie) ze współczesnością. Przybysze mówią do siebie w języku staronordyckim i nawet islandzki tłumacz nie może ich zrozumieć, dlatego Old Norse staje się kodem “nowych”, a tablice i nazwy miejsc zyskują również zapis w runach. Wikingowie otwierają własne tawerny, mają swoich szamanów, a reprezentanci epoki kamienia wciąż kultywują dawne tradycje polowań nago w podmiejskich lasach. XIX-wieczna inteligencja pracuje w stworzonych przez siebie zawodach dziennikarzy czy pisarzy, a bohema odurza się współczesnymi narkotykami. A to fascynuje współczesnych: Lars rozwiódł się z żoną, bo ta zastąpiła go przybyszem z XIX wieku. Elegancki inteligent z Kristianii spędzający czas wolny na literaturze romantycznej i grze w wista okazuje się lepszym partnerem od zblazowanego współczesnością policjanta. Serial pozwala nam więc wyobrazić sobie, jak wyglądałoby nasze życie z udziałem przybyszów z przeszłości, a wszystkie dziewczyny marzące o związku z “prawdziwym wikingiem” mogą zrewidować swoje fantazje 😉

Ale najlepsza jest tutaj właśnie satyra. Nie tylko satyra na gatunek science-fiction, ale satyra na tolerancyjne społeczeństwo skandynawskie i państwo opiekuńcze (tutaj polecam poczytać chociażby pamflet Niny Witoszek Najlepszykraj na świecie). Rząd robi wszystko, żeby zaprowadzić spokój i harmonię, w mediach unika się “obraźliwych określeń”. W radiu nie można używać “słowa na W”, czyli “wiking”, natomiast politycznie poprawna wersja to “osoba pochodzenia pranordyjskiego”. Buduje się współpracę między współczesnymi a przybyszami, lansuje związki i rodziny “multitemporalne” oraz zatrudnianie osób z “przeszłością temporalną”. Stąd Alfhildr staje się maskotką norweskiej policji. Wśród dzisiejszych Norwegów rośnie też zjawisko “transtemporalizmu”, czyli odnalezienia w sobie przynależności do epoki innej, niż ta, w której się urodzono. I takim gwarantuje się opiekę psychologa i dostęp do grup wsparcia.

źródło: https://www.ljudochbild.se/film/beforeigners-ssong-1-2/

Jednak asymilacja nie do końca przebiega zgodnie z planem. Alfhildr ma wśród kolegów i koleżanek z pracy wielu wrogów. Współcześni Norwegowie wszczynają zamieszki, a w przestrzeni miasta pojawiają się murale “Norwegia dla współczesnych”. Współcześni Norwegowie czują się zagrożeni, że zastąpią ich inni, lepsi. Tworzą się grupy wzbudzające nienawiść do przybyszy, odwołując się do ich odmiennego systemu wartości i wyglądu, a przede wszystkim innego wyznania. Wystarczy wyobrazić sobie, co się stanie, jeśli jeden z przybyszów okaże się zabójcą św. Olafa, patrona Norwegii…

Cała ta wizja przeplatania współczesności z przeszłością to najmocniejsza strona serialu,  ale podobało mi się też właśnie zwracanie uwagi na mechanizmy, które dotyczą wszystkich “innych” w społeczeństwie. Twórcy serialu pokazują nam, jak łatwo buduje się nienawiść do imigrantów i jak naiwne mogą być władze kraju, próbujące za wszelką cenę zasymilować społeczeństwo.

Dobrze napisany scenariusz (w gruncie rzeczy to serial policyjny z zagadką kryminalną) i świetna ścieżka dźwiękowa (miks wikińskich śpiewów ze współczesną muzyką elektroniczną autorstwa Ginge) również czynią z niego naprawdę przyjemny obraz. Polecam każdemu fanowi wikińskiej Skandynawii oraz miłośnikom “historycznego gdybania”. Czy dzielny wiking zadowoli się pracą w firmie dostarczającej jedzenie rowerem? Czy jaskiniowcy to naprawdę osoby prymitywne? Jakie umiejętności saamskie mogą przydać się we współczesnym świecie? Obejrzyjcie koniecznie, by poznać odpowiedzi na te pytania.

Ja czekam niecierpliwie na drugi sezon, by poznać odpowiedzi na własne pytania. Bo od początku nurtowało mnie jedno: dlaczego przybysze pochodzą tylko z trzech epok: kamienia łupanego, wikińskiej oraz XIX wieku? Czy właśnie z tymi przedziałami czasowymi Norwegowie najchętniej się identyfikują? A może twórcy scenariusza założyli, że właśnie w tych okresach najczęściej odurzano się i przechodzono w różne stany świadomości, co pozwoliło na podróż w czasie? Jak i dlaczego dochodzi do masowych migracji dawnych Norwegów do Oslo dowiemy się – mam nadzieję – w następnym sezonie.

*w polskim tłumaczeniu dialogów pojawia się określenie “wikinka”, czyli kobieta wiking. Szczerze mówiąc dotąd się z nim nie spotkałam i jestem do niego nastawiona raczej ostrożnie, jak i do całego tłumaczenia. Niestety nie wiem czy tłumacz bazował na wersji oryginalnej, czy skrypcie angielskim, ale dopuścił się kilku błędów. Dlatego uważajcie!

Kartonowa Arktyka

Arktyka

tytuł oryginalny: Arctic
reżyseria: Joe Penna
rok produkcji: 2018
kraj: Islandia

Kto nie lubi kina skandynawskiego ze względu na Madsa Mikkelsena, niech pierwszy rzuci kamieniem. Może poznaliście go w filmach angielskojęzycznych, ale jeszcze kilkanaście lat temu rozkochiwałam się w nim oglądając największe hity duńskiej kinematografii lat 2000. Teraz Mads jest już gwiazdą hollywoodzką, a “Arktyka” dostała najwidoczniej sporo nagród. Musiałam jednak zachorować i kupić sobie dostęp do HBO go, żeby w końcu obejrzeć ten film.

Ale powodem był nawet nie Mads, lecz Islandia i jej widoki. Z filmu nie wynika, gdzie dokładnie na Arktyce rozbił się samolot Overgårda (w tej soli właśnie Mads Mikkelsen), lecz rozpoznajemy widoki z islandzkiego interioru, które z powodzeniem mogą odgrywać rolę bezludnej krainy gdzieś dalej na Północy. W niej główny bohater walczy o przetrwanie, zabijając czas w oczekiwaniu na pomoc codziennym rytuałem: odkopuje zawiany świeżym śniegiem napis SOS, wspina się na górę ze sprzętem radiowym z nadzieją, że tym razem złapie sygnał, sprawdza stan połowu ryb w prowizorycznej machinie zainstalowanej w przeręblach, posila się surowym mięsem złapanego łososia.

Przepiękne zdjęcia Tómasa Örna Tómassona dobitnie wskazują, że bohater jest na zimowym pustkowiu sam. Przykryte lodem góry otulają szczelnie dolinę, w której uwięziony jest rozbitek, a jedyne ślady na śniegu należą do niedźwiedzia polarnego. Overgård nie traci jednak nadziei i każdego dnia wprawia w ruch maszynę, która pozwoli mu na łączność ze światem. Gdy po kilkunastu (kilkudziesięciu?) próbach na horyzoncie pojawia się upragniony helikopter, scenarzyści serwują widzowi dozę czarnego humoru: ze względu na trudne warunki pogodowe, helikopter rozbija się o skały. Bohater traci szansę na uratowanie, ale zyskuje zupki chińskie i nową towarzyszkę niedoli: ranioną w wypadku nawigatorkę, której zaszywa rany znalezionym na pokładzie zszywaczem.

Do zestawu codziennego rytuału dochodzi więc opieka nad ranną, a dzięki zdobyczom z rozbitego helikoptera poranny połów może stać się pożywną zupą rybną. Obecność walczącej o życie dziewczyny zmusza rozbitka do podjęcia ryzykownej decyzji o podróży na północ, do widniejącej na mapie stacji sezonowej. Overgård pakuje się więc na tę odyseję, lokuje ranną na sankach i idzie w góry. Widza nie zaskakuje fakt, że wyprawa ta nie obejdzie się bez przeszkód, w tym spotkania z białym drapieżnikiem.

Zachęciła mnie Islandia, która widnieje jako jedyny producent filmu. W napisach końcowych znajdziemy głównie nazwiska islandzkie, a aktorka drugoplanowa (Maria Thelma Smáradóttir) również pochodzi z Islandii. Choć jej postać niewiele mówi, wiemy, że nie jest Islandką. Zresztą – mimo, że dialogów w filmie jest bardzo mało, scenariusz napisano w języku angielskim. Reżyser też nie jest z Islandii, a “Arktyka” to chyba jego debiutancki film. Czujemy jednak, że produkcja miała naśladować amerykańską, nie tylko ze względu na język. Scenariusz jest przewidywalny, mamy wrażenie, że gdzieś już widzieliśmy tę historię. I że cokolwiek się stanie, musi się ona przecież skończyć dobrze.

Jestem rozczarowana tym filmem. W gruncie rzeczy to niemal hybryda Zjawy i 127 godzin. 90-minutowe zmagania głównego bohatera z samotnością, siłami przyrody, porzuceniem nadziei na ocalenie – jeśli opowiedziane w nieodpowiedni sposób – stają się po prostu nudne. Wydawać by się mogło, że resztą zajmą się piękne krajobrazy i dramatyczna muzyka, ale i ta daje widzowi dreszczyku emocji. Taki potencjał mogła mieć scena z niedźwiedziem, ale potraktowano ją skrótowo i płasko. Miś straszy zębatą paszczą, ale ucieka. A wędrującemu, choć stracił już kilka palców przez odmrożenie, ciągle udaje się przetrwać w tak niskich temperaturach i mimo różnych perturbacji. Coś tu nie gra.

Nie jest nawet winą Madsa, że przez większą część filmu zaglądałam w telefon. Jego gra aktorska jest bez zarzutu, a jedyne słowa padające z jego ust – do siebie, do podopiecznej, do wyczekiwanego helikoptera, do niebios – nadają jakiś koloryt warstwie dźwiękowej produkcji. Nie przekonuje mnie jednak stworzona przez niego postać, bo i nie wiadomo było ze scenariusza, co dokładnie miał stworzyć. Bohater nosi skandynawskie nazwisko, ale na wraku jego samolotu znajdziemy polski napis “wyjście bezpieczeństwa”. Pewnie postać miała być bezpaństwowym everymanem, bo przecież każdy z nas mógłby znaleźć się w podobnej sytuacji. No prawie każdy.

Film klasyfikuje się jako dramat. Niestety, nic ze mną nie zrobił. Nie wgiął w fotel, a biel i islandzkie zimno miały zrodzić we mnie współczucie dla bohatera, tymczasem nie poczułam żadnych autentycznych emocji. Mimo autentycznych widoków Islandii, cały obraz daje efekt kartonowego planu zdjęciowego. Jakbyśmy oglądali sztuczny lód, sztuczny śnieg, a na nim przecież sztuczną krew i sztuczne łzy.

Nie stracić kontaktu

In touch
reż. Paweł ZIemilski
Polska, Islandia
2018

Synku, powiedz mi, czy Ty mnie choć tak troszeczkę kochasz? Czy po tych 20 latach czujesz jeszcze jakąś więź?, mówi wzruszona matka w rozmowie przez Skype, którą zarejestrowali twórcy dokumentu “In touch”. Ona to jedna z wielu matek, sióstr, babć, dziadków i ojców, którzy tęskną za swoimi bliskimi. Niemal 1/3 populacji wsi Stare Juchy na Mazurach wyemigrowała na Islandię i większość z nich nie myśli o powrocie do ojczyzny.

Jednak dzięki dokumentowi Pawła Ziemilskiego emigranci powracają do rodzinnego miasta. Wirtualnie, bowiem za sprawą projektorów ich sylwetki wyświetlane są na domach, garażach, ścianach salonów rodziców, w przestrzeni publicznej stron rodzinnych. Ich bliscy mogą poczuć ich obecność w sposób inny, niż dotychczasowe rozmowy przez kamerkę. Dzięki sprytnej technologii wspólnie spożywają posiłki, uczestniczą w zasypianiu wnuczki, razem grają w piłkę z wnukiem. To jednak tylko iluzja, choć czasem tęsknota i potrzeba fizycznej obecności drugiej osoby oszukuje zmysły. Córka, mimo kilkunastu tysięcy kilometrów dzielących ją z matką, może wirtualnie malować jej paznokcie, a matka przymierza na jej wyświetlanej na drzwiach sylwetce ubrania, biżuterię. Syn pokazuje ojcu budowę, na której pracuje, a wszystko w skali 1:1. Rzeczywistość islandzka wychodzi poza ramy małego ekranu komputera, wchodzi na ściany mazurskich domów. Deszczowa pogoda, wiatr, a nawet zorza polarna stają się częścią codziennej przestrzeni stęsknionych bliskich w Polsce. Nawet jeśli tylko na chwilę, to mogą oni sobie wyobrazić odległe miejsce, które ich bliscy wybrali sobie na nową ojczyznę.

Byłam dzisiaj na premierze filmu “In touch” oraz spotkaniu z twórcami filmu podczas festiwalu Millennium Docs Against Gravity. Reżyser Paweł Ziemilski oraz producenci Łukasz Długołęcki i Haukur Hrafnsson z NUR opowiedzieli nie tylko o samej pracy nad filmem, ale również o emocjach, jakie wzbudzał w występujących w dokumencie bohaterach. Widzowie zgodzili się, że nie jest to tylko film o Polakach emigrujących na Islandię, ale o psychologii emigracji w ogóle. Emigrujący nie są bowiem w filmie obecni fizycznie: widzimy ich zawsze poprzez nagrania rzucane z projektorów. Również dla widza są oni więc niematerialni, odlegli, a ich historię poznajemy z perspektywy Starych Juch, ich rodzinnego miasta, oraz ich bliskich, który w codziennym życiu zmagają się z tęsknotą i braku po emigrantach. W kinowej narracji o emigracji brakuje tego punktu widzenia. Dokument “Isoland” Kuby Witka pokazuje doświadczenia Polaków mieszkających na Wyspie, jeśli padają słowa o tęsknocie za Polską i za rodziną, to jednak nigdy nie o bliskich, którzy oczekują ich z powrotem w ojczyźnie. W “In touch” natomiast stajemy po stronie tych, którzy zostali i którzy częściej mówią “Tęsknię za Tobą”, “Czekamy”, “Kiedy przyjedziesz?”.

Dokument staje się więc stadium tęsknoty, nie jest to w żadnym razie historia poszczególnych jednostek, ale raczej portret grupowy całej miejscowości, która w historii polskiej emigracji na Islandię jest rzeczywiście niezwykła. Masowe wyjazdy mieszkańców Starych Juch zaczęły się bowiem już w latach 80. i pierwszy wyjeżdżający przetarli szlak kolejnym. Jak głosi anegdota, którą przywołał reżyser, historia wyjazdów zaczęła się od Islandczyka w Polsce, który w roku 1979 trafił na Mazury i zakochał się w jednej z mieszkanek Starych Juch. Po ślubie wyjechali na Islandię, a za nimi inni bliscy. W wyniku transformacji wielu ludzi straciło pracę, a daleka Wyspa wydawała się szansą na nowe, lepsze życie. Po latach ustatkowani już niejako na obczyźnie Polacy potwierdzają, że w rodzinnych stronach nie mieliby tylu szans i możliwości dla siebie i swoich dzieci. A te, świetnie zintegrowane z Wyspą, śpiewają hity z islandzkiego radia.

Z dokumentu nie dowiadujemy się zbyt wiele o warunkach pracy, stopniu aklimatyzacji i asymilacji Polaków z Islandczykami. Poznajemy tylko strzępki islandzkiej rzeczywistości: zakład pracy, rodzinę chłopaka-Islandczyka, drogę rowerem ze szkoły, jazdę policyjnym wozem w godzinach pracy. A do tego wiele pięknych krajobrazów. Jak podkreślał reżyser, to nie miał być film pokazujący historię poszczególnych ludzi, to nie miała być opowieść o jednostkach. Dlatego bohaterowie pojawiają się i równie szybko znikają, nie poznajemy ich tak naprawdę. Jest kilka krótkich wypowiedzi wprost do kamery, ale narrację dominują fragmenty rozmów, które realizatorzy rejestrowali bezpośrednio ze Skype’a. Są tu też dłuższe wypowiedzi bliskich sobie osób, takie listy w postaci audio, które ilustrują filmową pocztówkę z Islandii. Reżyser dokumentu staje się tu więc listonoszem, który przekazuje te wiadomości za pomocą nowych technologii. Dzięki projekcjom widocznym w przestrzeni miasta, jak i wirtualnym rozmowom, kontakt wciąż jest możliwy, choć nie wypełnia pustki i tęsknoty.

“In touch” to dla mnie pozytywne zaskoczenie. Nie spodziewałam się historii opowiedzianej w ten sposób. Choć czasem narracja traci swoją spójność i niektóre przejścia wytrącają widza z równowagi, udało się twórcom uzyskać efekt “przewodnictwa interakcyjnego”, jak nazwała to jedna z uczestniczek spotkania. Wzruszamy się, kiedy widzimy starszych ludzi przytulających się do ściany czy obejmujących wirtualny obraz ich bliskich albo próbujących zrobić sobie z nim zdjęcie. Śmiejemy się, kiedy uczestniczymy w trywialnych, codziennych rozmowach o kupionych lekach czy wysadzanych przekleństwami instrukcjach dojazdu z lotniska do Reykjaviku albo wysyłki prezentów na święta. Domyślamy się, że tak przecież wygląda codzienność rodzin podzielonych emigracją: tęsknotę zaciera szereg przysług, o które dzieci proszą swoich rodziców, pustkę wypełniają wysyłane sobie prezenty oraz obietnice o następnych przyjazdach.

Polecam ten poetycki dokument. Wciąż jeszcze można oglądać go w ramach festiwalu Millennium Docs Against Gravity, informacje o godzinach seansów i biletach znajdziecie tutaj. Dokument bierze udział w konkursie głównym, będzie również podróżował po Polsce i w innych krajach, by zbierać kolejne nagrody.

Ekopatriotka Halla

W czasach kiedy lodowce topnieją, segregowanie śmieci nie uratuje planety, a w kwestiach klimatycznych strajkować muszą już nawet dzieci, Islandczycy robią film o ekopatriotyzmie.

Kobieta idzie na wojnę

tytuł oryginalny: Kona fer í stríð (eng: Woman at war)
reżyseria: Benedikt Erlingsson
rok produkcji: 2018
kraj: Islandia, Francja, Ukraina

Choć w materiałach prasowych promujących najnowszą produkcję w reżyserii Benedikta Erlingssona (twórcy O koniach i ludziach) tytułowa kobieta nazywana jest ekoterrorystką, to prawdziwa ekopatriotka. Z miłości do islandzkiej ziemi walczy ze zmieniającym dziewiczy krajobraz rozwojem przemysłu, ale – jak to z romantycznym patriotyzmem bywa – ponosi klęskę.

Mogłoby się wydawać, że Halla (Halldóra Geirharðsdóttir) robi dokładnie to, co my wszyscy powinniśmy byli zrobić już dawno temu. Mając dość niszczenia Matki Natury przez człowieka, bierze sprawy w swoje ręce. Wybiera się w interior z plecakiem i sabotuje linie energetyczne,  przez co zakłóca dostawę prądu do stolicy. Działa w sposób profesjonalny i przemyślany, ale czy na pewno? Emocje i pewność siebie, a przede wszystkim punkty zwrotne w jej życiu prywatnym, przekreślą nadzieję na wygraną z systemem. I wcale nie zdradzam Wam tym zakończenia, bo przecież wiadomo, że walka o naturę jest z góry przegrana. Doświadczamy tego codziennie, choć każdy z nas toczy podobną walkę sam ze sobą w obliczu najprostszych decyzji: co kupić, jak ugotować, czego nie zamawiać, czy zakręcić wodę podczas mycia zębów.

I nie mamy naśladować Halli poprzez wieszanie w mieszkaniu portretów Gandhiego, uprawianie wschodnich sztuk walki czy choćby nawet aktywność fizyczną (choć to ostatnie przydaje się bardzo, kiedy trzeba uciekać przed helikopterem lub dronem). Działalność Halli opiera się na bezpardonowości i prowokacji: do momentu publikacji swojego manifestu główna bohaterka jest pewna, że pociągnie za sobą miliony. Owszem, swoją płonną deklaracją zrzuconą z dachu Hotelu Borg porywa tłumy, ale tylko na chwilę: tyle, ile zajmuje retweet czy zrobienie fotki na Instagrama. Halla przegrywa walkę z systemem, bo media przekręcają jej słowa. Władze dobrze wiedzą jak przedstawić informacje, żeby wyszło na ich korzyść (a to już wiemy z własnego podwórka).

Ostatni Młodzieżowy Strajk Klimatyczny, na którym uczestniczyłam, kończył się słowami: media nie mówią o tym, co dzieje się z naszą planetą, bo wiele osób ma interes w tym, by o tym nie mówić. Na Islandii chodzi o korzystne kontrakty i układanie biznesów z Chińczykami albo Amerykanami. A skoro nawet tam,  na tej Wyspie Dziewiczej Natury i Dbałości o Środowisko, wszystko rozchodzi się o pieniądze, to jak ma być w pozostałych zakątkach planety? Gdy filmowi politycy przekonują Islandczyków o tym, że ekosabotaż doprowadzi do podwyżek cen, strach przed ukrytymi ludźmi odchodzi w zapomnienie. Lenistwo i własna wygoda są wrogiem numer jeden walki o lepsze środowisko. A Halla, oskarżająca swoją siostrę bliźniaczkę o egoizm, sama dojdzie do ściany w swojej w swoim altruizmie.

Koniecznie musicie obejrzeć ten film. Nie tylko ze względu na tematykę ekologiczną, świetny islandzki humor oraz bardzo pomysłowe wpisanie muzyki (Davíð Þór Jónsson) w narrację i obraz. Dla takiego islandofila jak ja, oglądanie tego filmu to była czysta przyjemność. Raz, że Reykjavik wydawał się tak bardzo znajomy, dwa, że twórcy przemycili do produkcji tak wiele islandzkich elementów kulturowych, że aż grzechem byłoby ich tu nie wymienić. Oto więc krótki przewodnik na przed lub po wizycie w kinie.

UWAGA SPOILER


Kobieta z gór

Fjallkonan – takim pseudonimem Halla podpisuje swój manifest. Od pierwszych chwil przywołało to uśmiech na mej twarzy, bo choć nazwę można tłumaczyć dosłownie – Halla działała w górach, stamtąd też pochodzi – to jednak postać Kobiety z gór ma znacznie dłuższą tradycję. Można poczytać o tym choćby w długim, ale bardzo solidnym, wstępie doktora Konefała do monografii kina islandzkiego. W dużym skrócie Fjallkonan jest personifikacją całej Islandii (jak niemiecka Germania czy włoska Italia). Motyw ten żywo jawił się w literaturze i sztuce XIX wieku, ale wciąż obecny jest w obchodach Święta Niepodległości 17 czerwca.  To wtedy właśnie wybiera się lokalną piękność, która dostąpi zaszczytu wystąpienia w stroju narodowym podczas ceremonii.

Thingvellir

Pewnie tego miejsca nie trzeba przedstawiać nikomu, kto co nieco słyszał o Islandii. A jednak realizatorzy filmu znów zrobili sympatyczny ukłon w stronę tych, którzy znają historię tego miejsca. Podczas wizyty delegacji z Chin w Dolinie Zgromadzeń mowa jest o władzy ustawodawczej i sądowniczej doby osadnictwa, I właśnie w momencie, kiedy przewodnik opowiada o Radzie Praw (Lögrétta), przedstawiciele islandzkiego rządu dowiadują się o wyczynie Kobiety z Gór i jej manifeście. Wszyscy stają w okręgu (właśnie jak goðar!) i naradzają się, jak sprawę zabić w zarodku. Nie ma więc przypadku, że scena ta rozgrywa się właśnie w miejscu początków islandzkiej demokracji. Mimo że to, jak zachowują się islandzcy politycy w filmie, dalekie jest od dobra ogółu.

Jón Gnarr

A kim jest ów przewodnik chińskiej grupy? Chyba tylko na Islandii jest możliwe, aby grupę tej rangi obsługiwał sam prezydent kraju. Lecz najlepszym dowcipem jest to, kto gra prezydenta Islandii. To Jón Gnarr, postać idealna do tej roli – aktor, ale i polityk. Znany na Wyspie jako człowiek wielu talentów: członek zespołu punkowego, aktor kinowych hitów, ale w ostatnich latach przede wszystkim charyzmatyczny burmistrz miasta Reykjavik. Świat poznał go nie tylko dzięki niekonwencjonalnemu stylowi zarządzania miastem, ale też dokumentowi poświęconym jego drodze do zwycięstwa w wyborach lokalnych. Gnarr wciąż próbuje swych sił w polityce, więc obsadzenie go w tej roli było znakomitym wyborem!

Kobieta-superbohaterka

Ostatnim sympatycznym intertekstem, a może raczej bezpośrednią inspiracją dla scenarzystów, jest historia pewnej Islandki sprzed lat. Chodzi o Sigríður Tómasdóttir, córkę farmera, który w XX wieku posiadał teren z wodospadem Gullfoss na swoją własność. Kiedy ojciec otrzymał propozycję sprzedania wodospadu pod budowę elektrowni wodnej pewnemu Anglikowi, Sigríður postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Ta niewykształcona, ale uparta kobieta wynajęła prawnika i przez lata procesowała się z państwem. Kiedy ostatecznie przegrała, zagroziła, że rzuci się w wody Gullfoss, skoro i tak musi być świadkiem przekształcenia jej ukochanego miejsca. Sabotaż poskutkował, bo do dzisiaj możemy oglądać jeden z najpopularniejszych wodospadów Islandii bez większej interwencji człowieka. A pomnik bohaterki stoi tuż obok.

Inna poprzedniczką filmowej Halli jest Björk. Piosenkarka wkręciła się na początku XXI wieku w projekt Náttúra, którego celem była walka z produkcją i eksportem aluminium. Piosenkarka zaangażowała się w wsparcie zielonej energii i rozwiązań odnawialnych, koncertowała i nagrywała piosenki na dobra tej sprawy. Na swój własny sposób walczyła więc z hutami aluminium na Islandii, mając ten sam cel i powód, co bohaterka filmu “Kobieta idzie na wojnę” – unikatowość dziewiczej przyrody islandzkiej.

Motywów i puszczania okiem do widza jest więcej, ale poprzestanę na tym. Nie będę psuć Wam zabawy w szukaniu ich na własną rękę.

Jak pies z kotem

W cieniu drzewa

tytuł oryginalny: Undir trénu (eng: Under the tree)
reżyseria: Hafsteinn Gunnar Sigurðsson
rok produkcji: 2017
kraj: Islandia, Dania, Polska

Znalezione obrazy dla zapytania w cieniu drzewa

Niech mi nikt więcej nie mówi, że na Islandii nie ma drzew. Otóż są, a niektóre z nich stają się świadkami niezwykłych losów ludzkich.

“W cieniu drzewa” to kolejna propozycja kinematografii islandzkiej, która dość sprawnie dostała się do polskich kin, pewnie dzięki koprodukcji i wielu znajomo brzmiącym nazwiskom realizatorów. Sam scenariusz przypomina też znane na polskim gruncie produkcje typu “Sąsiedzi”, w których mieszkańcy domku dwurodzinnego przepychają się o tytułowe drzewo. Im bardziej jedna para upomina się o ścięcie rzucającego na ich ogródek cień drzewa, tym zacieklej drugie małżeństwo odracza choćby jego przycięcie. Konflikt zaognia się i przynosi bardzo nieoczekiwane skutki…

Po superprodukcjach o islandzkich zwierzętach, takich jak “O koniach i ludziach” czy “Baranach” , trafił do nas film z kotem i psem w rolach głównych.  Akcja filmu toczy się, w przeciwieństwie do wymienionych produkcji, nie na islandzkiej wsi, ale przedmieściach Reykjaviku, a bohaterowie nie zmagają się z silnym wiatrem czy uporczywym deszczem utrudniającym pracę w gospodarstwie, lecz przesiadują w pięknie urządzonych mieszkaniach, opalają się w gustownych ogródkach czy wyjeżdżają na piknik do podmiejskiej Ikei. Nic, tylko Islandia jakiej nie zwykliśmy oglądać w docierających do nas filmach. Można by nawet powiedzieć, że twórcy filmu chcieli pokazać historię uniwersalną, nieosadzoną w islandzkim kontekście.

Właściwie poza językiem, nic w najnowszym filmie Hafsteinna Gunnara Sigurðssona nie zdradza nam Islandii. Natomiast do znudzenia natomiast bombardowani jesteśmy kryptoreklamami Ikei: naczynia w kuchni, słynna niebieska torba, wycieczka poza miasto i piknik na sklepowym parkingu, konsumpcja lodów z automatów za kasami. Bohaterowie mają iPhony i używają Maców, ale jeżdżą dość zwykłymi autami, a nawet jeden z pojawiających się na ekranie samochodów to prawdziwy grat. Mamy tu jednak obrazek islandzkiej burżuazji czy nowobogackich: przestronne biura, piękne domy, przystrzyżone ogrody. Rasowe psy i koty, które traktuje się jak pełnoprawnych członków rodziny.

Ale są też problemy. Znudzony monogamią mąż ekscytuje się dawnymi seksnagraniami z udziałem swojej byłej, więc żona wyrzuca go z domu i zabrania widywać się z córką. Jego rodzice wciąż przeżywają zaginięcie czy śmierć drugiego syna, a ocierająca się o szaleństwo matka topi smutki w winie i papierosach. Ojciec każdy problem załatwia wymykaniem się na próby chóru, a zmagający się z separacją dorosły syn zdaje się naturalnie wpasowywać w to środowisko. Sąsiedzi to natomiast pan w wieku średnim, który wymienił żonę na nowszy model, ta zaś robi wszystko, by zachować wieczną młodość i zajść w upragnioną ciążę. Kot i pies zdają się być jednymi stałymi w tej układance, dają swoim właścicielkom poczucie bezpieczeństwa i oderwanie od samotności. Stara matka przelewa swoje uczucia po zaginionym synu na ukochanego kota, natomiast jej młodsza sąsiadka pokłada w psie swoje macierzyńskie pragnienia.

Trzecia matka wyrzuca ojca swojej córki z domu, zabrania mu spotykać się z nią, odwiedzać w przedszkolu, mimo braku wyjaśnienia zarządza separację i unika kontaktu z mężem. Ten próbuje odnaleźć się w tym paradoksie, ale wcale nie walczy o małżeństwo, nie próbuje naprawić wypalonego uczucia. Znajduje swoje schronienie w namiocie rozstawionym w ogródku rodziców, popija whisky i popala trawkę, stając na straży drzewa, które sąsiad w każdej chwili może przecież dla złośliwości wyciąć.

Całość kończy się jak nieudany horror czy grecka tragedia w plastikowym kostiumie nowoczesności. Wszyscy giną, a kot jednak wraca. Niedoskonałości scenariusza ratuje jednak świetna gra aktorska, szczególnie starszych aktorów. Znani z wielu islandzkich filmów Þorsteinn Bachmann czy Sigurður Sigurjónsson grają skłóconych sąsiadów, ale najbardziej imponująca jest jednak gra Eddy Björgvinsdóttir, filmowej Ingi, która potrafi knuć i uśmiechać się ze złośliwością, ale też leżeć na podłoże z płaczem. Twarz ta nie jest szczególnie znana polskim widzom, a szkoda, bo Edda naprawdę prezentuje kawał dobrego aktorstwa.

Znalezione obrazy dla zapytania w cieniu drzewa
Edda Björgvinsdóttir jako Inga.

Czy “W cieniu drzewa” to komedia? Na pewno nie tak udana jak jej “zwierzęcy” poprzednicy. Mimo to obejrzeć warto, jak każdy islandzki film. Można nawet pobawić się w odnalezienie polskich akcentów, takich jak kubek z Bolesławca.

O wikingach i ich smokach

Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, dlaczego w sztuce wikińskiej tak często pojawiają się głowy smoków, mam dla Was odpowiedź. Wikingowie mieli kontakt ze smokami, udomowili je, ale postanowili ukryć je przed światem.

Tak przynajmniej przekonują nas animacje z serii “Jak wytresować smoka”. Z nich dowiadujemy się, że w świecie wikingów dzielni i wojowniczy przodkowie dzisiejszych Skandynawów walczyli nie tylko z obcymi plemionami, ale również z niebezpiecznymi latającymi bestiami. Pracownicy wytwórni Dreamworks chętnie czerpią z bogatego dziedzictwa wikingów, wykorzystują motywy i symbole powszechnie kojarzone z pradawnymi Skandynawami, ale powielają też wiele przykrych stereotypów, wprowadzając nieostrożnego widza w błąd. Przyjrzę się więc tej kinowej produkcji, opartej zresztą na powieściach Cressidy Cowell, żebyście mogli opowiedzieć swoim dzieciom, dlaczego ta historia nie wydarzyła się naprawdę.

“Miasto Berk”

Zacznijmy od początku, czyli od miasta Berk, którym otwiera się każda z trzech części “Jak wytresować smoka”. Oglądając filmy w wersji z dubbingiem byłam przekonana, że miasto nazywa się “Berg”. Wówczas brzmiało mi dość skandynawsko i byłam zadowolona  – “berg” to po islandzku “góra”, a wyimaginowane miasteczko znajduje się właśnie na szczycie górzystej wysepki na środku oceanu. Z wyglądu jest to wioska nad wyraz wikińska – architektura przypomina kościoły słupowe, a łodzie zwieńczone są charakterystycznymi smoczymi łbami jak każdy drakkar znany nam z muzeów i odkryć archeologicznych (jak smocze łby z Oseberg z kolekcji muzeum w Oslo).

Gdzie jest Berk? Albo: gdzie by było, gdyby istniało? W drugiej części trylogii matka Czkawki, Valka, rysuje mapę okolicy:

Nie wiem jak Wam, ale mi te kształty nie przypominają Arktyki, a nawet ten po prawej wygląda trochę jak zniekształcona Antarktyda.  I być może to jakaś autorska wędrówka kontynentów albo po prostu interpretacja własna tego, jak wyglądała Północ w tamtym czasie, ale wychodzi na to, że bohaterowie filmu tylko w teorii są wikingami. A przynajmniej jeśli przyjmiemy, że wikingami były ludy zamieszkujące Półwysep Skandynawski i podbijające arktyczne wyspy: z Islandią i Grenlandią na czele. Bohaterowie filmu mieszkają jednak gdzieś pomiędzy, na nieznanej nam wyspie, choć z pojawiających się w trylogii wrogów i stronników Berk możemy wnieść, że była to jednak Arktyka (przykładowo: łowcy smoków wyglądają i zachowują się jak Innuici).  Może to więc Wyspy Owcze? Może Svalbard? A może mityczna Ultima Thule? 😉

Mimo to miejsce wygląda znajomo. Według mnie krajobraz jest bardzo islandzki: wystarczy spojrzeć na kolumny bazaltowe, które pojawiają się w scenerii drugiej części. Są też wielopoziomowe, zapadające się wodospady, a także mnóstwo lodu, całe góry lodowe, które zgodnie z fabułą filmu są dziełem nadrzędnego samca alfa. Ów smok pluje lodem, dzięki czemu wejście do sekretnego domu smoków jest trudne do odnalezienia, co tylko podkreśla tajemniczość i niedostępność tej dalekiej od cywilizacji krainy, w której Czkawka odnajduje swoją na wpół dziką matkę żyjącą ze smokami. Jedno z pierwszych ujęć tego miejsca wygląda tak:

Scena od razu skojarzyła mi się z obrazem Caspara Davida Friedricha “Morze lodu” z 1824 roku (Kunsthalle w Hamburgu). Zbieżność jest nieprzypadkowa, bo Friedrich malując ten obraz miał na myśli właśnie Islandię, a raczej romantyczne wyobrażenie skutej lodem krainy, której nigdy nie widział na własne oczy. Dziełem tym przyczynił się jednak do popularnego w połowie XIX wieku wyobrażenia dalekiej, dzikiej Północy ukrytej pod śniegiem lub wiecznie ciemnej, gdzie nastrój budują blaski zorzy polarnej, a człowiek może odnaleźć tak ciszę i spokój utracony na ucywilizowanym kontynencie.

Znalezione obrazy dla zapytania friedrich iceberg

Wikingowie czyli kto?

Bohaterowie filmu to wikingowie, bo sami tak siebie nazywają, a do tego ich wygląd i stroje o tym świadczą. Mężczyźni są silni i noszą długie, rude brody, natomiast kobiety odważnie walczą przy ich boku. Od pierwszych chwil zauroczyły mnie te kostiumy, te pięknie odwzorowane detale sztuki wikińskiej na tarczach czy brązowych spinkach i brakteatach. Jednak czar prysł, kiedy dojrzałam rogate hełmy na głowach wikingów. W końcu od dawna już wiadomo, nawet w Hollywood i w telewizji, że wikingowie nie nosili takich hełmów. Mimo to twórcy animacji postanowili pozostać przy tym spopularyzowanym wyobrażeniu, puszczając wodze fantazji na temat kształtu i rozmiaru rogów (jedna postać ma hełm z rogami barana, co delikatnie informuje o umiejętnościach intelektualnych tego bohatera…).

Gdybym była bardzo radykalna, przewróciłabym pewnie oczami i wyłączyła film już po pierwszych kilku minutach. Rogate hełmy da się jednak wybaczyć, zważywszy na ich obecność w sklepach z pamiątkami i pokłosie XIX-wiecznych narracji o pogromcach mórz. To właśnie z fascynacji wikingami w romantyzmie i spopularyzowaniem obrazu wikinga w kulturze amerykańskiej XX wieku zrodził się hełm z rogami. Według niektórych badaczy, a mi jako historykowi sztuki podoba się ta teoria, rogaty hełm był wynikiem złego zinterpretowania sztuki wikińskiej (patrz: VI-wieczne przedstawienie berserka, reprodukcja poniżej). Choć odnaleziono przykłady rogatych hełmów z epoki brązu, np. hełmy z Veksø  (Muzeum Narodowe w Kopenhadze), traktuje się je raczej jako element ważny dla jednego z rytuałów pogańskich, niż codzienny strój wojenny wikinga.

Horned helmet Odin

Jak wiemy z sag islandzkich, wikingowie tylko przez niewielką część roku udawali się na wiking, resztę czasu poświęcali gospodarstwu domowemu i kontaktom handlowym. Mieszkańcy miasta Berk także trudnią się wyrobem różnych metalowych przedmiotów, hodowlą owiec, ale wyjeżdżają też na wojny, w tym wojny ze smokami. Ramię w ramię walczą tak mężczyźni, jak kobiety, które są odważne i niezależne (jak Valka lub Astrid), ale też stanowią podporę dla swoich mężów, którzy nie wstydzą się ukazywać swojej wrażliwości (Stoick) czy po prostu mniej walecznej natury (Czkawka). To ważny przekaz tego filmu, bo mimo stereotypu o brutalnych wikingach, wiemy też o istotnej roli ich kobiet, o tym, że musiały zajmować się gospodarstwem gdy mąż wyjeżdżał na wiking, że mogły decydować o sobie, a ich zdanie nierzadko było wysłuchiwane.

Wiara i rytuały

Bohaterowie trylogii to wikingowie sprzed przyjęcia chrześcijaństwa, bądź tacy, którzy wciąż jeszcze czczą dawnych bogów. Nie raz w dialogach padają wykrzyknienia “Na Odyna!” albo “Niech mnie Thor świśnie” (dla zainteresowanych językami dodam, że znany nam dunder to germańskie określenia pioruna, a przecież Thor władał piorunami, więc jest to wielki plus ode mnie dla twórców polskiego tłumaczenia). Choć bohaterowie nie składają im żadnych ofiar, w wiosce znajduje się babka (szamanka), której powierza się opiekę nad rannym lub zawierza przyszłość. Mimo to twórcy są niekonsekwentni – ostatnia część trylogii kończy się ślubem Astrid i Czkawki, a sama ceremonia wygląda bardzo po chrześcijańsku: panna młoda ma na sobie biały strój, a babka owija ręce młodych stułą. Można pokusić się o stwierdzenie, że w ten sposób sugeruje się widzowi przejście bohaterów na monoteizm, nie ma jednak o tym mowy w fabule.

Cała trylogia roi się bowiem od zwyczajów pogańskim. Kiedy w drugiej części umiera Stoick, ojciec Czkawki, bohaterowie urządzają mu wikiński pogrzeb. Kładą martwe ciało na łodzi, którą zgodnie z tradycją puszczano na wodę, i podpalają ją płonącymi strzałami, wypuszczanymi przez najbliższych zmarłego. Podpalona łódź płynie wgłąb morza, aby zmarły pogromca oceanów mógł na zawsze złączyć się z falami. Taka kremacja była tylko jednym z wielu rodzajów pochówków, raczej zarezerwowaną dla wodza – choć i tych chowano również w ziemi, na co wpływ miało także przyjęcie chrześcijaństwa. Znane są również pochówki w łodzi lub z kamieniami ułożonymi w jej kształt, jako że łódź miała symbolizować środek transportu do innego świata.

Po filmowym pogrzebie następuje jednak nieoczekiwana fuzja obyczajów. Wikingowie stawiali swoim wodzom kurhany lub skały runiczne, na których umieszczano krótką inskrypcję upamiętniającą zmarłego. W filmie jednak plemienni artyści wykuwają twarz Stoicka w skale (niczym na Górze Rushmore), a w ostatniej części trylogii znajdziemy ogromny kamienny pomnik Stoicka na środku osady. Wikingowie nie wykonywali rzeźbiarskich portretów, a jedyną znaną im formą pomnika były kamienie runiczne.

Podobny obraz

Może nie ma kamieni runicznych, ale często pojawiają się runy. Czkawka skrupulatnie notuje cechy wyglądu napotkanej Nocnej Furii futharkiem, natomiast podręcznik do nauki o smokach również napisany jest runami. Niby wszystko gra, bo przecież właśnie runami posługiwali się wikingowie (choć ten alfabet znany był również w innych kulturach), ale wydaje mi się, że jednak nie używali do tego papieru… Kształt run wynika między innymi z podłoża zapisków, czyli np. drewna, kamienia, w którym ryje się kreski. Jednak z uwagi nie możemy być pewni, że nie było zapisków runicznych na papierze, gdyż te nie miały szansy zachować się do naszych czasów. Natomiast w czasach spisywania sag używano już alfabetu łacińskiego, a i wtedy nie używano jeszcze papieru, ale skór zwierzęcych. Jedna z sag opowiada nawet o spodniach uszytych z dawnych manuskryptów…

No a smoki?

Wbrew pozorom nie ze względu na smoki macie mówić swoim dzieciom, że “Jak wytresować smoka” mija się z prawdą. Najbardziej rażące faktograficzne wpadki są opisane powyżej, jednak nikt chyba nie ma pewności co do samych smoków. Skoro wikingowie tak często umieszczali motyw smoka w swojej sztuce, może jednak istniały naprawdę? Znamy wiele logicznych wyjaśnień istnienia smoków w różnych mitologiach i kulturach, choćby to, że warany ziały zapachem zjadanej padliny, który był porażący jak ogień. Innym smoki kojarzą się z niedobitkami dinozaurów, szczególnie tych latających. Dla mnie fantazyjny atlas smoków przedstawionych w filmie jest niezwykły: mamy nie tylko gatunki pokrewne gadom, ale też ptakom (jak np. sowie), sam Szczerbatek z kolei najwięcej ma chyba z kota…

Największym plusem trylogii jest właśnie to, że w uroczy i pomysłowy sposób daje odpowiedź na to, skąd w sztuce wikingów tyle smoków.  Były, ale ukryły się, dlatego nikt nie może dowieść ich istnienia. Podobnie jak jednorożce, w których wiarę podtrzymywały w średniowieczu rogi narwali wysyłane do Europy z Islandii… “Jak wytresować smoka” to miła bajeczka dla dzieci i dorosłych, ale należy oglądać ją z przymrużeniem oka, bowiem nie daje nam pełnego obrazu wikingów. A szkoda, bo dzieciaki właśnie z bajek uczą się najwięcej i właśnie tutaj można byłoby przemycić im sporo interesujących faktów na temat wikingów. Szczęśliwie nasze pociechy wyjdą z kina z przekonaniem o wrażliwości serc niektórych wikingów, zrozumieniem dla niepełnosprawnych, przykładem silnych i dzielnych kobiet oraz nadzieją na ujrzenie Nocnych Furii w najmniej oczekiwanym momencie 😉

Przebudzenie

Serce z kamienia

tytuł oryginalny: Hjartasteinn (eng: Heartstone)
reżyseria: Guðmundur Arnar Guðmundsson
rok produkcji: 2016
kraj: Islandia, Dania

Debiutancki film pełnometrażowy Guðmundura Arnara Guðmundssona to historia dwóch nastoletnich chłopców, Þóra i Kristjána zamieszkujących jedną z islandzkich wsi na północy wyspy. To bliscy sobie przyjaciele, którym towarzyszymy podczas ich beztroskich wakacji, w ramach których łowią ryby, przesiadują na wysypisku, podrywają dziewczyny, ale też pracują na polu. Ich wzajemna relacja zdaje się ratować obu z nieciekawych sytuacji w domach; Þór jest wychowywany przez samotną matkę o nieciekawej reputacji, natomiast ojciec Kristjána ma problemy z alkoholem i skłonnościami do bijatyk i awantur. Obaj przeżywają też pierwsze momenty w poznawaniu swojej seksualności, która przeradza się we wzajemnie (do czasu) zainteresowanie.

Obraz Guðmundssona, choć być może odkrywa pewne tabu kultury wyspiarskiej, w żaden sposób nie wyróżnia się ze stereotypowych historii o homoseksualistach, które podaje nam chociażby Xavier Dolan. Historia cherubinowego chłopca zakochanego w swoim najlepszym przyjacielu i próbującego rozpaczliwie ukrywać ten fakt, oraz zmagającego się ze swoją, piętnowaną na prowincji, a szczególnie przez surowego ojca, orientacją, śmiertelnie zazdrosnego o obiekt swoich uczuć, to siłą rzeczy nic odkrywczego w tym gatunku. Sceny onanizujących się młodzieńców nie robią już na widzu większego wrażenia. Akcja miejscami nawet się dłuży, a pewne wątki nie mają istotnego znaczenia dla konstrukcji filmu. Produkcję ratuje jednak piękna oprawa: znakomite zdjęcia oraz muzyka, które wraz z bliskimi kadrami tworzą atmosferę intymności, złudzenie wkroczenia w skomplikowaną sferę prywatną dorastających chłopców.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Trudne sprawy

Veðramót

reżyseria: Guðný Halldórsdóttir
rok produkcji: 2007
kraj: Islandia

Co sprawiło, że z troje hipisów z młodości wyrosło na pastora, prawniczkę i menela? Dwudziestolatkowie z dobrych domów i z zaplanowaną im przez rodziców przyszłością wyruszają na północ do stojącego na pustkowiu gospodarstwa w miejscowości Veðramót. Będą zarabiać jako opiekunowie ośrodka dla trudnej młodzieży: nieletnich złodziei, sierot i wykorzystywanych seksualnie. Młodzi z hipisowską utopijnością próbują stworzyć w ośrodku przyjazne i luzackie zasady, terapią ma być praca w gospodarstwie, ale też robienie na drutach czy rozmowy przy kadzidełkach. Dzieciaki czują się tu faktycznie jak w domu, ale wraz z przyjazdem Disy (Hera Hilmar), atmosfera zaczyna się psuć. Dziewczyna, gwałcona przez ojczyma za przyzwoleniem matki-pijaczki, buntuje się przeciwko opiekunom i namawia innych podopiecznych do tego samego. Doprowadzi to do tragedii i zrujnowania życia jednemu z opiekunów.

Akcja toczy się w kolorowych latach 80., czasach dzwonów, haszyszu, gitar i podziwu dla Che Guevary, ale opowieść i podejmowanie w niej problemy są ponadczasowe. Bohaterowie muszą zmierzyć się z przeciwnościami realniejszymi od “make love, not war”, stykają się z prawdziwymi wadami społeczeństwa: kazirodztwem, przemocą w rodzinie, molestowaniem, porzuceniem. Ale też bezsilnością w rozwiązywaniu problemów – Disa zadaje bardzo ważne pytanie: dlaczego gwałcone dziewczyny więzione są w ośrodkach, a mężczyźni pozostają nieukarani?  Beztroscy hipisi przegrywają, pokonani własną bronią. Świetnie zawiązanie akcji, trzyma w napięciu, a wszystkie kwestie wyjaśniają się wraz z rozwojem fabuły. Świetna gra Hery Hilmar, choć grana przez nią postać jest przerażającą wypadkową dziecka z doświadczeniem patologii i dojrzewającą nastolatką – mieszanka niebezpieczna.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Nie zadzieraj z kobietą

Śmiech mewy

tytuł oryginalny: Mávahlátur
reżyseria: Ágúst Guðmundsson
rok produkcji: 2001
kraj: Islandia, Niemcy, Wielka Brytania

Zadziwiające, jak niewiele powstało filmów islandzkich o tak jasnym odniesieniu do miejsca Ameryki w wyobraźni Islandczyków w latach 50. Poza “Śmiechem mewy” mamy w tej tematyce chyba tylko “Diabelską wyspę” Fridrikssona. A  temat jest bardzo ciekawy, bo od połowy XX w. Islandia ma więcej wspólnego z USA niż Europą. W filmie Guðmundssona poznajemy wcielenie “amerykańskiego snu” post factum. Freya (Margrét Vilhjálmsdóttir) wraca do rodzinnej wioski po śmierci męża, amerykańskiego żołnierza, którego poznała w trakcie II wojny światowej. Wraca jako bogini; kiedyś pulchna i nieatrakcyjna, teraz kusi mężczyzn piękną figurą, a swoje liczne kuzynki walizkami wypchanymi po brzegi eleganckimi sukienkami. Szepcze się, że przyjechała upolować sobie następnego męża i dość szybko – choć nie bez przeszkód – owija sobie wokół palca zamożnego inżyniera.

Walorem filmu jest sposób opowiedzenia tej historii: z punktu widzenia małej intrygantki i bacznej obserwatorki życia miasteczka, Aggi (Ugla Egilsdóttir). Agga już od przyjazdu Freyi wyczuwa, że towarzyszą jej jakieś złe moce; piękna, ale i stanowcza kuzynka potrafi być bardzo nieobliczalna i uparta. Z jednej strony wykorzystuje swoją urodę do sterowania mężczyznami i umie odegrać się nielubianej teściowej, ale ma też złote serce dla potrzebujących. Aggę niepokoją jednak jej nietypowe zachowania: dlaczego Freya chodzi nocami na wrzosowisko? W jaki sposób przeczuwa nadchodzące wydarzenia? Czy przypadkiem nie zabiła swojego męża? Film jest naprawdę barwny i zabawny, doskonała komedia obyczajowa.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.