Fałszywe złoto

Złotokap

tytuł oryginalny: Gullregn 
reżyseria: Ragnar Bragason
rok produkcji: 2020
kraj: Islandia

Złotokap (2020) - Filmweb

Jeśli zastanawialiście się, jak nazywa się islandzka odpowiedniczka Grażyny, to już Wam mówię: Indíana Jonsdóttir.

O filmie Złotokap w reżyserii Ragnara Bragasona dowiedziałam się jeszcze podczas Gdańskich Targów Książki, kiedy Karolina Gruszka w spotkaniu z Jackiem Godkiem opowiadała o swoich przygotowaniach do zdjęć. Tłumacz pomagał aktorce okiełznać islandzką wymowę oraz zrozumieć scenariusz do przygotowywanego filmu. Wówczas było jeszcze tajemnicą, o czym dokładnie będzie ta historia, jednak gdy tylko pojawiły się pierwsze zapowiedzi dystrybucji filmu w Polsce, zacierałam ręce z ciekawości i dziwnej dumy z udziału Polki w islandzkiej produkcji.

Nasza rodaczka wciela się w postać Danieli, pielęgniarki z Polski, która wywodząc się z wielodzietnej rodziny rozrzuconej po świecie, wyemigrowała na Islandię i od kilku lat zmaga się z językiem oraz szuka sobie ciekawych zajęć. Poznajemy ją jako pracownię domu starców, ale jako dyplomowana pielęgniarka będzie próbowała swoich sił również w ochotniczej grupie ratowników górskich, która zbiera nierozsądnych turystów z lodowców i innych niebezpiecznych destynacji. To właśnie w ramach tego wolontariatu poznaje Unnara (Hallgrímur Ólafsson), sympatycznego, ale też raczej nieśmiałego ratownika w średnim wieku. Ten każdą wolną chwilę poświęca swojej matce, Indíanie, właścicielce tytułowego złotokapu, czyli egzotycznego drzewa, które hoduje w swoim prywatnym ogródku na osiedlu wielkiego miasta (strzelam, że to gdzieś w reykjawickiej dzielnicy Breiðholt).

Wbrew polskiej linii promocji filmu, główną bohaterką nie jest Daniela, ale właśnie Indíana Jonsdóttir (Sigrún Edda Björnsdóttir). Typowa Grażyna, która surowo ocenia innych, sama będąc uosobieniem najgorszych cnót. Indíana to wyzyskiwaczka systemu, która wegetuje na zasiłkach i jeszcze na wszystko narzeka. Jako samotna matka wyszukała u syna wszelkie możliwe choroby, które pozwoliły jej na pobieranie publicznych pieniędzy i wakacyjne wyjazdy do sanatorium. Sama również jest na wszystko chora, udając niepełnosprawną kiedy wychodzi z domu. Wszystko po to, żeby się nie przepracować i nie zmęczyć, choć uważa, że jej życie od zawsze utkane było samymi przeciwnościami i los rzucał jej kłody pod nogi.

Jedynym pocieszeniem i adresatem bezinteresownych uczuć jest tytułowy złotokap, który dogląda i pielęgnuje z największą miłością. Egzotyczne drzewko przyniosło jej wiele zasług i dyplomów, lecz kiedy Ministerstwo Środowiska postanawia pozbyć się wszystkich gatunków obcych islandzkiej florze, kobieta idzie na wojnę z władzami. Pisze listy i wykłóca się z urzędnikami, uzbrojona w kule i okulary, które mają dowieść jej niepełnosprawności i wzbudzać litość. 

W domu jest jednak przeciwieństwem schorowanej i biednej obywatelki. Sprawna i całkiem już zdrowa, ma siłę wygrażać hałasującym sąsiadom, a kul używa do stukania w sufit, kiedy mieszkająca nad nią nastolatka ćwiczy grę na pianinie. Co gorsza, pianistka ma wietnamskie pochodzenie i zdaniem Indíany powinna wynieść się z Islandii, jak wszyscy inny imigranci. Indíana jest tradycjonalistką i wrogiem wszelkich nowości czy eksperymentów kulinarnych, traktując wszystko, co islandzkie, za najlepsze. Ciekawe tylko, że jej życie kręci się wokół egzotycznego drzewa, które z pewnością nie jest islandzkie. Niewielkie mieszkanko oświetlane złotem ukochanego drzewka jest jej królestwem i centrum dowodzenia: z fotela dyryguje dorosłemu już synowi oraz sąsiadce, Jóhannie (Halldóra Geirharðsdóttir), która pomimo własnej, potwierdzonej niepełnosprawności, usługuje jej na każdym kroku.

Jóhanna Einarsdóttir (świetnie zagrana rola!) jest postacią barwną i podkreślającą wszystkie wady Indíany, bo stanowi jej całkowite przeciwieństwo. Choć ograniczona ruchowo po wypadku, nie narzeka i nie boi się ruchu, czy to przy pracy, czy podczas igraszek z “narzeczonym”. Pogodnie i pokornie przyjmuje swój los, angażując się w życie społeczne osiedla i kolegując się ze wszystkimi sąsiadami. Jest bardzo otwarta na świat i ciekawa obcych kultur, ciesząc się obecnością imigrantów w swoim bloku. Gdy w życiu Indíany pojawia się Gabriela, polska dziewczyna Unnara, Jóhanna przyjmuje ją z otwartymi ramionami, chwaląc postępy w języku islandzkim i wypytując o polskie zwyczaje. Matka Unnara – wręcz przeciwnie – przyjmuje wrogie nastawienie do dziewczyny tylko dlatego, że nie jest Islandką i kaleczy język. 

Bilet na Złotokap - Warszawa, 05 Wrzesień 19:00 - Bilety24.pl

Indíana uosabia więc tradycjonalizm i ksenofobizm obecny na Islandii. Choć Wyspiarze wolą prezentować się jako tolerancyjni i otwarci, mieszkający tam emigranci przekonali się nie raz, że są gorsi, bo nie pochodzą stąd. Film jasno krytykuje islandzką zaściankowość i umiłowanie do tradycji czy puryzmu językowego, zgrabnie zestawiając ten groźny nacjonalizm z niewątpliwie dalekimi od patriotyzmu zachowaniami: pobieraniem publicznych pieniędzy bez powodu i nielegalnym dorabianiem na boku.

Indíana, jak typowa Grażyna czy Karen, jest uosobieniem średniactwa, które grozi współczesnym, multikulturowym i otwartym społeczeństwom. Biała, przynależąca do grupy etnicznej zamieszkującej swój kraj, należąca do większości kobieta w średnim wieku o średnim wykształceniu i reprezentująca klasę średnią niższą. Ma byle jakie pojęcie o świecie, ale uważająca się za pępek tego świata i wzór cnót. Nie podróżuje i nie zna języków obcych, więc wymaga od innych perfekcyjnego islandzkiego i przynależności do islandzkiej kultury. Sama nie pracuje i żyje z zasiłków, ale krytykuje niskie stanowiska innych czy pracę wolontariacką. Nie ma gustu i otacza się kiczowatymi przedmiotami, ale pozuje na elegancką, zadbaną damę w drogim futrze i wykwintnych upodobaniach. Wszystko to jednak opiera się na kompleksach, poczuciu własnej niższości, brakach w rozwoju duchowym i nierzadko trudnym dzieciństwie. 

Choć przeszłość Indíany mogłaby wyjaśnić jej toksyczną relację z synem i trudne podejście do świata, widz nie jest w stanie obdarzyć jej współczuciem. Jej zachowanie nie ma wytłumaczenia, a całe zło, które wyrządziła swojemu synowi, czyniąc go nie niepełnosprawnym uczuciowo i społecznie, jest krzywdą nie do naprawienia. Dobroć i wyrozumiałość Gabrieli z Polski nie wystarczy, aby wyleczyć tę ranę swoją miłością. Skierowanie wszystkich uczuć na drzewo przy wykorzystaniu własnego dziecka jako maszynki do pobierania zasiłków jest skrytykowane postawą postaci granej przez Karolinę Gruszkę, ale ostatecznie zło zwycięża z dobrem. Barwna egzotyka i wielokulturowość opuszcza ostatecznie dom Jonsdóttir, nie tylko dlatego, że jej ukochane drzewko zostanie w końcu wycięte. 

Film Złotokap świetnie wpisuje się w nurt czarnych komedii o charakterze gorzkiej analizy islandzkiego społeczeństwa, jaką widzieliśmy w W cieniu drzewa czy Kobieta idzie na wojnę. Użyta tu konwencja teatru telewizji, na którą uwagę zwrócił mój towarzysz, ma moim zdaniem uwypuklić role i podkreślić różnice między trzema bohaterkami: toksyczną i ograniczoną Indíaną, sympatyczną i otwartą Jóhanną oraz dobrą i współczującą Gabrielą. Te trzy typy kobiety dają wgląd w islandzkie społeczeństwo XXI wieku: złożone z radykalnych ksenofobów, lewicujących postępowców oraz licznych imigrantów. Ciekawe, że to właśnie role kobiece są w tym obrazie tak silne, spychając mężczyzn na drugi plan. Ci są albo zagubieni i bezsilni (Unnar), zrezygnowani i pozbawieni pewności siebie (Anton) albo emocjonalnie wykastrowani (Hjalti Pétur – krótka, ale barwna rola Jóna Gnarra). 

Czy na radykalizujące, idące w chory nacjonalizm i zaściankowość społeczeństwo islandzkie (i nie tylko) spadnie złoty deszcz zdrowego rozsądku? Czy oświetli nas wreszcie idea świata otwartego na wszystkich, tolerancyjnego, pełnego mądrych, ciekawych i dobrych ludzi? Skoro nawet społeczeństwo kraju uważanego powszechnie za jeden z najlepiej zorganizowanych i światłych zepsute jest aż do korzeni, czy jest nadzieja na to, że zakwitnie nam jeszcze lepsza Europa? Czy pastiszowy obraz Indíany-Grażyny stanie się czymś więcej niż niewyczerpalnym źródłem dla żartów i memów? Nie mówię, że Złotokap to film genialny i w pełni analizujący to, co dzieje się we współczesnym świecie. Uważam jednak, że wiele w nim celnych uwag i dobrze zanalizowanych przypadków, dlatego warto go obejrzeć, nawet jeśli – albo właśnie dlatego, że – znudziły nas już żarty z Grażyny i Janusza.

Mleczna rewolucja

Daleko od Reykjavíku

tytuł oryginalny: Héraðið
reżyseria: Grímur Hákonarson
rok produkcji: 2019
kraj: Islandia

Daleko od Reykjavíku | Kino Muranów

Jeśli wybieracie się na “nowy film twórcy Baranów“, nie zdziwi Was, że akcja znowu kręci się wokół zwierząt i znowu z daleka od dużego miasta.

To właśnie dzięki Baranom. Islandzka opowieść Grímur Hákonarson zrobił międzynarodową karierę, a film odniósł wielki sukces równie w Polsce, a ci, którzy dotąd nie mieli pojęcia o wyspiarskiej kinematografii albo niewiele wiedzieli o Islandii, poznali ją właśnie przez kadry czarnej komedii z owcami w roli głównej. Świetnie zagrany i pięknie skomponowany film miał faktycznie wszystkie atuty, by godnie reprezentować Wyspę. Konflikt między braćmi i silny związek z wsią i gospodarstwem, a przede wszystkim podkreślenie piękna (i zacofania) islandzkiej prowincji chwycił nas za serca, będąc uniwersalną opowieścią o wartościach. Jednocześnie stał się wizytówką islandzkiego kina – celnym komentarzem na temat współczesności, pozostającym w dialogu z klasykami podejmującymi podobny wątek kontrastu miasto-wieś. W dodatku komentarzem pełnym humoru – wszyscy pamiętamy scenę, w której rolnik podrzuca swojego brata ciągnikiem pod szpital i wykłada go łyżką pod drzwi przychodni.

Uwaga! Spoilery!

W Daleko od Reykjaviku również pojawia się godna zapamiętania scena, w której główna bohaterka oblewa siedzibę spółdzielni świeżym mlekiem z cysterny. Inga jest świeżą wdową – jej mąż umiera w wypadku samochodowym i zostawia na jej barkach całe gospodarstwo z krowami mlecznymi. Kobieta nie jest jednak sama, ponieważ może liczyć na pomoc spółdzielni – związku lokalnych rolników, którzy wspierają się poprzez skupywanie własnych produktów. Robią zakupy w tym samym sklepie i są samowystarczalni, nie musząc wspierać sieciówek z Reykjaviku. W teorii celem spółdzielni jest umocnienie patriotyzmu lokalnego i pozycji gospodarzy z małej wioski na północy Islandii. Niestety okazuje się, że rolnicy słono przepłacają na tej współpracy, a każda próba wyjścia poza spółdzielnie i robienie interesu z zewnętrznymi kontrahentami jest surowo karana przez zarząd. Niektórzy zmuszani są do kablowania na innych, straszeni odebraniem farmy mającej problemy finansowe. Ta patowa sytuacja zmusza rolników do godzenia się na wysokie ceny i nie wychylania się przed szereg.

Daleko od Reykjavíku | Kino Muranów

Co innego Inga (Arndís Hrönn Egilsdóttir), która po śmierci męża zaczyna drążyć wszelkie nieprawidłowości w funkcjonowaniu spółdzielni, stając się wrogiem publicznym numer jeden. W przerwie między dojeniem a dokładaniem siana krowom pisze pełen emocji artykuł na Facebooku, który rozprzestrzenia się w internecie, a następnego dnia udziela wywiadu państwowej telewizji, nazywając spółdzielnię mafią. Rozpoczyna rewolucję, nie bacząc na konsekwencje, z jakimi przyjdzie się jej zmierzyć. A te są przykre jak skwaśniałe mleko: publiczny ostracyzm, groźby, nachodzenie, niszczenie mienia, bycie obserwowaną. Zdaje się jednak, że ta dumna pani w gumiakach wypija naważone mleko duszkiem, a gdy nadchodzi niebezpieczeństwo, sięga po broń lub miesza z błotem – dosłownie – nieprzyjemnych typów. Wszystko to wydaje się wręcz nierealne: niemal w pojedynkę zaczyna walkę z mafią, sprzeciwia się woli społeczności, a na oczach mieszkańców wylewa plon pracy swoich rąk na elewację budynku wroga. Ale mleko się rozlało i obecni w siedzibie członkowie zarządu zdają się tylko utwierdzić w przekonaniu, że kobieta jest niespełna rozumu i zadbają o to, aby zgarnęła ją policja. 

Scena, symboliczna dla całej akcji filmu, jest w gruncie rzeczy bardzo tragikomiczna. Działająca dotąd pod wpływem emocji impulsywna kobieta zostaje sprowadzona do porządku przez mężczyzn, mających w ręku realną władzę i siłę. Niby nie traci swojej godności, bo szybko zostaje zwolniona z aresztu, ale w bardzo trywialny sposób jest nam tutaj zasygnalizowane, że kobieta nie ma zbyt wiele do powiedzenia w tej niewielkiej, konserwatywnej społeczności. Być może wąskie grono przyjaciół popiera jej bunt, ale dopiero sięgnięcie po ekstremalne środki zdaje się otworzyć społeczności oczy i zachęcić do zmiany. Część rolników zapragnie stworzyć własną spółdzielnie, ale jest to pomysł mężczyzn, a nie samej Ingi. Szargana emocjami kobieta doprowadzona do ostateczności przez walkę z niesprawiedliwym systemem zdaje się być postawiona do pionu przez racjonalny plan mężczyzn. Widz nie zastanawia się nawet, dlatego to nie Inga wpada na pomysł założenia niezależnej spółki. Po prostu akcja rozwija się we własnym, należącym do tej społeczności, tempie, gdzie inicjatywa kobiety i tak sprowadzona jest do realnego działania mężczyzn.

Daleko od Reykjavíku – Charlie Monroe Kino Malta

To oczywiście nie przypadek, że główna bohaterka jest kobietą. W jednym z wywiadów reżyser zgodził się, że Inga walczy nie tylko z systemem, ale również z uprzedzeniami zacofanej społeczności. Z jednej strony oczekuje się od Ingi pracowitości i przywiązania do krów, a z drugiej – po śmierci męża społeczność zadaje pytanie, kiedy wdowa opuści gospodarstwo. Inga pozostaje w opozycji nie tylko do spółdzielni, czy mężczyzn, ale do całej wspólnoty – dopiero z czasem ta silna jednostka zacznie przewodzić nowemu ruchowi i odnosić spektakularne suckesy.

Wspominałam już raz, że rozwój fabuły wydaje się wręcz nierealny, a teraz dodam, że entuzjazm i nadzieja na wygraną z systemem są po prostu naiwne. Historia oparta jest na faktach, podobno początkowo Grímur Hákonarson planował nakręcić dokument demaskujący korupcję i układy w wielu wsiach islandzkich. Nikt z poszkodowanych nie miał odwagi wypowiedzieć się przed kamera, dlatego reżyser ubrał fakty w fikcję i napisał bajkę o dzielnej kobiecie, która może wszystko. W tej bajce jest miejsce na czarny charakter, jakim bezsprzecznie jest zarządca spółdzielni, dojący niezłą kasę Eyjólfur (Sigurður Sigurjónsson), który gra przyjaciela, ale za plecami bohaterki knuje swój plan zniszczenia. Są też dobre wróżki, w tym przyjaciel Friðgeir (Sveinn Ólafur Gunnarsson) i jego żona, którzy wspierają Ingę od śmierci męża. Mimo czarów złego Eyjólfura staje się cud i społeczność przegłosuje wniosek założenia nowej spółdzielni. Jednak już następnego dnia cudowna bańka pryska i Inga dostaje nakaz eksmisji. Potulnie zbiera więc swoje graty i wyjeżdża na południe, zamieszkać wraz z dziećmi w Reykjaviku.

Przyznam, że mocno pogubiłam się w tej historii. Z początku film nabierał charakteru kryminału, w którym żona szuka sprawiedliwości po tajemniczej śmierci swojego męża. Bohaterka idzie na wojnę, ale tak naprawdę nie wiemy ostatecznie jakie są jej motywacje: czy robi to w imieniu męża-kreta, a może próbuje udowodnić własną siłę? Czemu tak zależy jej na gospodarstwie, skoro od dawna chciała je opuścić? Dlaczego poświęca tyle energii w przywrócenie sprawiedliwości, skoro tak łatwo poddaje się i wyjeżdża? W wielu momentach akcja pozostaje niespójna, a widzowi nie wystarcza barwne zakończenie, w którym Inga mknie przez pola lawowe, śpiewając stary hit za kierownicą. Niby piosenka jest o wolności i niezależności, ale właściwie w filmie nie zaznaczono, żeby bohaterce tego brakowało. Ogólnie zamknięcie narracji mdli jak mleko, kiedy się je zbyt mocno podgrzeje. 

Mam nadzieję, że Grímur Hákonarson odnajdzie jeszcze tę świeżość, którą pokazał w Baranach. Mam wrażenie, że przy okazji Daleko od Reykjaviku trochę przekombinował i sam chyba nie do końca wiedział, jaki efekt chce uzyskać. Prywatnie zaangażowany jest w kwestie społeczne i polityczne, a problem mafii faktycznie jest jednym z poważniejszych, ale rzadko dyskutowanych na Islandii. Mówi się, że Wyspą rządzą cztery wpływowe rodziny, które mają dostęp do władzy, mediów i biznesu. To oni decydują o życiu wszystkich Islandczyków, to oni maczali swoje palce bankach, co doprowadziło do kryzysu w 2008 roku. Z pewnością warto mówić o tym problemie głośno, szczególnie z filmie destynowanym na zagraniczne festiwale. Mimo to zniszczono potencjał ciekawej historii, przyprawiając ją o kożuch happy-endu. Czekam na prawdziwą silną jednostkę w islandzkiej kinematografii, która wyjdzie z filmu i nakręci prawdziwy film o tym problemie. Może to będzie kobieta? Kto wie, kto ma większe szanse na walkę z mafią.

Wanna hear a Eurovision song?

Eurovision Song Contest: Historia zespołu Fire Saga

tytuł oryginalny: Eurovision Song Contest: The Story of Fire Saga
reżyseria: David Dobkin
rok produkcji: 2020
kraj: Stany Zjednoczone, Islandia

Eurovision Song Contest: Historia zespołu Fire Saga (2020) - Filmweb

Tegoroczna Eurowizja nie odbyła się, ale taneczny utwór Daðiego Freyra, mający reprezentować Islandię na konkursie i tak podbił Internet i nasze serca.

Aby zrecenzować produkcję Netflixa, zacznę od naciąganego porównania: Daði próbował swoich sił w eliminacjach do Eurowizji dwa razy, niewątpliwie marząc o udziale w międzynarodowym konkursie tak samo, jak filmowy Lars Erickssong (Will Ferrel). Fikcyjny bohater filmu Netflixa nie miał jednak tyle szczęścia i uroku, co wspomniany Islandczyk. Lars to muzyk z Husavíku, który od dzieciństwa ma tylko jedno marzenie: wygrać Eurowizję. Tytułowy zespół Fire Saga tworzy z przyjaciółką od urodzenia, Sigrit Ericksdóttir (Rachel McAdams). Dziełem przypadku duet wygrywa islandzki Söngvakeppnin i dostaje przepustkę na fikcyjny finał Eurowizji w Edynburgu.

Można spodziewać się, że film Eurovision Song Contest: Historia zespołu Fire Saga to fikcyjny dokument o fikcyjnym zespole próbującym swoich sił w jednym z najważniejszych europejskich konkursów muzycznych. Jest to jednak przede wszystkim sprawnie wyprodukowany pean na cześć całego zjawiska, jakim jest Eurowizja. Nie bez powodu historia osadzona jest zresztą w Islandii, kraju tak atrakcyjnym do zdjęć filmowych, jak i przede wszystkim będącym wciąż jednym z niewielu, które konkurs Eurowizji uważają za ważne święto muzyki. Choć Islandczycy traktują konkurs bardzo poważnie, nigdy nie udało im się go wygrać, pomimo wielu naprawdę interesujących propozycji. Tegoroczny hit “Thing about things” mógł mieć szanse na wygraną, ale fani Eurowizji i Islandii musieli obejść się smakiem. Konkurs odwołano w związku z epidemią koronawirusa, a finał zastąpiono serią teledysków zastępujących występy zakwalifikowanych artystów.

Tyle faktów o prawdziwej Eurowizji. A teraz fikcja Netflixa. W maju, tradycyjne miesiącu Eurowzji, pojawił się spot reklamujący produkcję, który – dla mniej uważnych czy zorientowanych – spokojnie mógłby znaleźć się w kompilacji prezentującej zajawki piosenek zakwalifikowanych do prawdziwego konkursu:

Za trzecim i czwartym obejrzeniem dochodzimy do wniosku, że to mało Eurowizyjny utwór. Widoki piękne, ale klip nadaje się bardziej jako reklama Islandii, niż piosenka na Eurowizję. Nie jest błędnym wnioskiem, w końcu z uwagi na falę zainteresowania Islandią film kręcono właśnie tam. Ale trzeba obejrzeć film, żeby przekonać się, że nie z tą piosenką zespół Fire Saga pojechał do Szkocji. I że producenci współpracowali z najlepszymi specjalistami od “chwytliwych” piosenek charakterystycznych dla konkursu. Na ścieżce dźwiękowej znajdziemy wpadające, ale jakby znane od dawna melodie – dokładnie takie, które słyszymy co roku na deskach Eurowizji. W samym filmie świetnie zresztą uchwycono “typy” piosenek, które przewijają się w konkursie: od heavy-metalowych zespołów w maskach, przez folkowe songi zakochanych par, po popowo-elektroniczne kawałki wyginających się na scenie lasek. Dla fana Eurowizji jest to niezwykle interesujący zestaw, przed którym nie da się powstrzymać uśmiechu.

Piosenki prezentowane w filmie spokojnie miałyby szansę na wygraną w prawdziwej Eurowizji. Ale producenci sięgają też po znane twarze poprzednich konkursów, rozpoznawalne nawet poza hermetycznym światem fanów Eurowizji. Na planie pojawiły się gwiazdy takie jak Alexander Rybak, Conchita Wurst, Bilal Hassani czy Netta. Netflix zrobił im wielką przysługę, bo choć zazwyczaj o wielkich wygranych Eurowizji zapomina się w następnym roku, postaci te albo zapisały się w prasie na szeroką skalę, albo właśnie zostały przypomniane publiczności dzięki temu filmowi. Kojarzymy twarze prawdziwych wygranych Eurowizji, kojarzymy być może nawet ich głosy czy pamiętamy ich piosenki, ale czy pamiętamy, jak się nazywali? Netflix serwuje nam “song-along” z udziałem tych gwiazd, puszczając oko do tych, który regularnie śledzą konkurs Eurowizji. Ale to raczej ich – nomen omen – łabędzi śpiew. Nie każdy jest Abbą (wyeksponowaną w filmie), czy Månsem Zelmerlöwem, których kojarzymy już poza eurowizyjnym kontekstem.

Ale to oczywiście nie główne gwiazdy produkcji. W filmie rozpoznajemy aktorów islandzkich: Ólafura Darriego Ólafsona, Björna Hlynura Haraldssona (który – jak w innej produkcji Netflixa – wciela się w rolę policjanta), Elin Petersdottir, a także Tómasa Lemarquis, czyli kolejne oko puszczone w stronę widza, tym razem obeznanego w kinie islandzkim. Poza tym mamy gwiazdy “światowego” formatu, w tym Demi Lovato czy Pierce’a Brosnana (który zaskakująco dobrze sprawdza się w roli islandzkiego rybaka). I oczywiście główne role: Will Ferrel i Rachel McAdams, która – wbrew nadziejom wielu – nie śpiewa własnym głosem, ale rusza ustami do podkładu wyśpiewanego przez Molly Sandén, przynajmniej w najtrudniejszych wokalnie momentach:

Nie, to też nie jest piosenka, z którą filmowy duet Fire Saga pojechał na Eurowizję. Ale trzeba film zobaczyć, żeby przekonać się, że konkursowa piosenka nie odbiega eurowizyjnym standardom. Piękna ballada “Husavik” nie jest już peanem na cześć Eurowizji, ale “piosenką idealną”, która opiewa krajobraz Islandii, miasto pochodzenia zespołu, opowiada o miłości, szczęściu, solidarności mieszkańców i lokalnym patriotyzmie. Do tego elementy śpiewane po islandzku, czy właśnie nie taka piosenka powinna reprezentować Islandię? Może przekonamy się w 2021 roku 😉

Jeśli nie jesteś fanem Eurowizji, ale Islandii, w filmie również znajdziesz coś dla siebie. Krajobrazy i klimat, to na pewno. Ale również żarty sytuacyjne i dowcipny komentarz do wielu motywów: amerykańskich turystów, kryzysu ekonomicznego, wiary w elfy, przywiązania do morza i ryb, a także wikińskiej przeszłości. Sami Islandczycy nie są zachwyceni takim obrazem, przykładowo Alda Sigmundsdóttir powoływała się na ciekawą recenzję BBC, w której pojawia się również twórczość islandzkiego artysty robiącego karierę w Stanach, Ragnara Kjartanssona. W opinii tej walczy się z przekonaniem, jakoby Islandia była małym krajem na pośmiewisko Europy, krajem, który nie wydał na świat wielkich artystów. Nic bardziej mylnego, w końcu w filmie nie raz sądzą się dźwięki utworów Sigur Rós, niewątpliwie jednego z najważniejszych islandzkich towarów eksportowych.

Nie chcę dawać filmowi gwiazdek i powiedzieć, że był zdecydowanie zły, bo oglądałam go jako fanka i Eurowizji, i Islandii. Dla mnie był to ciekawy format poglądowy na temat tego, jak obcokrajowcy wyobrażają sobie Islandię i Islandczyków. Warto jednak zmierzyć się z tą wizją, aby przypomnieć sobie, jak szkodliwe jest generalizowanie i stereotypizacja wszystkiego i wszystkich.  Może i Graham Norton nabija się z Islandczyków w filmie, ale mamy też uznanie dla walki o marzenia i nie poddawanie się, nawet w sytuacji porażki.

Mam tylko nadzieję, że w jednym zgadzam się z producentami filmu: że Islandczycy uwielbiają Eurowizję i bardzo chcieliby ją wygrać, ale boją się, że nie pomieszczą kolejnego finału u siebie.

Islandzki nordic noir

The Valhalla Murders (2019)

The Valhalla Murders

tytuł oryginalny: Brot
reżyseria: Thordur Palsson
rok produkcji: 2019
produkcja: Netflix Ríkisútvarpið-Sjónvarp (RÚV)

Nie jestem specjalistką od kryminałów.

Podczas Erasmusa w Szwecji chodziłam tylko na zajęcia z kina nordyckiego. Czytaliśmy sporo tekstów na temat nordic noir, czyli nurtu powieści i filmów kryminalnych z Północy. Oglądaliśmy wspólnie Most nad Sundem i analizowaliśmy serial pod kątem różnych aspektów: współpracy między państwami skandynawskimi, typowego humoru, charakterystycznego mise-en-scène czy po prostu tego, w jaki sposób buduje się ową “mroczność” skandynawskich seriali kryminalnych. Mam wrażenie, że komuś, kto naoglądał się takich dzieł, nie trzeba zbytnio przedstawiać naszych wniosków.  Seriale te powielają ten sam schemat, w imię zasady, że publiczność lubi oglądać rzeczy, które zna. A jednak twórcy prześcigają się w pisaniu scenariuszy, budowaniu napięcia, prowadzeniu intrygi. A my wciągamy się w nie i dlatego tak bardzo kochamy kryminały kręcone na Północy. Dlaczego z pewnością polubimy The Valhalla Murders?

Północna sceneria

Po pierwsze, serial kręcony jest na Islandii, a więc same widoki gwarantują wysoką oglądalność i zainteresowanie serialem każdego, kto tęskni do tych białych, surowych krajobrazów. Nie bez powodu kamera wielokrotnie serwuje nam szerokie ujęcia na ośnieżone góry i zimowe pustkowia, z lotu ptaka ukazując malutki samochód głównych bohaterów, sunący po czarnej nitce odśnieżonej drogi. Zimowa scenografia to jeden z pewniaków nordic noir i chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego długie noce wpływają lepiej na nastrój serialu kryminalnego. Poza tym krew ofiary świetnie prezentuje się na białym śniegu. Ujemne temperatury mają również swoje zadanie: konserwują znalezione ciała, przez co patolodzy mają trudność z oszacowaniem czasu ich zgonu. Klasyk.

The Valhalla Murders review - a satisfying murder-mystery from Iceland
źródło: https://readysteadycut.com

Zwykłe problemy zwykłych ludzi

Po drugie: zwyczajność głównych bohaterów. Ważną cechą nordic noir jest także rozbudowana psychologia postaci. W oficjalnym opisie serialu czytamy przecież: “Poturbowany przez życie detektyw z Oslo…”, co ma zaintrygować widza, a jednocześnie potwierdzić ludzką stronę protagonistów. Skandynawscy policjanci nie są superbohaterami ani detektywami o wyjątkowych zdolnościach intelektualnych, jak chociażby Sherlock Holmes. To zwyczajni ludzie z sąsiedztwa, dalecy od amerykańskiego toposu policjanta-gnidy czy lenia zajadającego się pączkami.

W The Valhalla Murders obaj główni bohaterowie są wysportowani: Kata ćwiczy pływanie, a Arnar regularnie biega. Ma to pewnie ugruntować stereotyp nordyckiego zahartowania, ale też zapowiedzieć, że tężyzna fizyczna przyda się bohaterom do pościgów i walki z kryminalistami.

źródło: https://www.thecinemaholic.com

Te wysportowane, szczupłe ciała (często w serialu obnażane, jakby na dowód fizycznej kondycji bohaterów) – choć nieidealne – stanowią przeciwieństwo do tego, co dzieje się w środku. Arnar (Björn Thors), ów “poturbowany policjant z Oslo” wraca na rodzinną Islandię bardzo niechętnie – wkrótce okaże się, że relacje z ojcem i siostrą nie należały nigdy do udanych, a sam przeżył w dzieciństwie wiele traum, które zaszły mu za skórę (dosłownie). Natomiast Kata (Nína Dögg Filippusdóttir), rozwódka z nastoletnim synem i pozornie nadgorliwą matką, traci kontrolę nad własnym życiem i choć jest bardzo ambitną i utalentowaną policjantką, stres zawodowy wpłynie na jej decyzje w życiu prywatnym. Oboje bohaterowie mają prawo do popełniania błędów oraz próbują wykorzystać doświadczenia życiowe i własne wady do tego, by przybliżyć się do świadków lub ofiar. Empatia czy przejmowanie się w prywatnym życiem osób zaangażowanych w śledztwo nie raz doprowadzi ich do działania wbrew prawu i proszenia współpracowników o przysługi. Ten model policjanta gotowego poświęcić karierę dociekaniu prawdy jest nam bardzo dobrze znany z innych skandynawskich seriali kryminalnych.

Kontekst społeczny

Szczególnie w powieściach, nordic noir cechuje się uwypukleniem problemów społecznych. Autorzy zwracają uwagę na prawa kobiet, mniejszości etnicznych czy wytykają różne wady samemu systemowi. Nie inaczej jest w The Valhalla Murders, który bierze swoją nazwę od ośrodka opiekuńczego dla nastoletnich chłopców. Wbrew założeniom i rządowym raportom, nie było to miejsce idealne, a błędy personelu doprowadziły do seryjnych morderstw. Sprawa jest jednak bardziej złożona, a problem wynika – jak zawsze – z decyzji odgórnych. Szybko okaże się, że policjanci z Reykjaviku, we współpracy z sympatycznym wolnym strzelcem z Borgarnes, Hákonem (Víkingur Kristjánsson) napotkają przeszkody na wyższych szczeblach. Ktoś będzie utrudniał śledztwo, bo sam ma sporo za uszami.

Znalezione obrazy dla zapytania: the valhalla murders press material

Abstrahując jednak od problemu wpływowych ludzi, którzy zawdzięczają swoją pozycję i pieniądze uciszaniu słabszych od siebie, serial uwypukla też problemy tych słabszych właśnie. Mamy do czynienia z systemem, który odbiera dzieci dysfunkcyjnym rodzinom i umieszcza je w ośrodku, który przeradza ich życie w piekło. Wnikliwa dziennikarka Selma (Anna Gunndís Guðmundsdóttir), przekona dorosłych już wychowanków ośrodka do przejmujących zeznań i odkryje przed widzami niewygodną prawdę. Z kolei zespół pracujący nad śledztwem przekona się, że większość chłopców z tajemniczego zdjęcia zeszła na drogę kryminalną lub popełniła samobójstwo. System więc nie działa, bo patologia rodzi patologię. Tylko nieliczni wybierają lepszą drogę i mimo traum próbują ułożyć sobie życie.

Z kolei wątek Arnara podejmuje jeszcze jeden interesujący aspekt. Mamy tutaj pobieżnie zarysowany portret społeczności świadków Jehowy, przedstawionej jako sekta, która wyklucza odstępujących od ich wiary. Choć tak naprawdę nie wiemy, co dokładnie doprowadziło do zerwania stosunków Arnara z jego rodziną, widzimy skutki tej decyzji: ograniczony kontakt z siostrą, brutalne wyproszenie z pogrzebu własnego ojca. Portret sekty często pojawia się w kinematografii skandynawskiej, niekoniecznie kryminalnej. Wątek geja wykluczonego z własnej społeczności znajdziemy chociażby w Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek, ekranizacji trylogii szwedzkiego pisarza Jonasa Gardella. 

Szansa na sukces

Ale to, co łączy skandynawskie seriale kryminalne, to sami aktorzy.  W The Valhalla Murders znajdziemy wiele znanych twarzy. Główną bohaterkę gra Nína Dögg Filippusdóttir, którą pamiętamy jeszcze z W pułapce. Z kolei rolę jej matki zagrała Edda Björgvinsdóttir, znana chociażby z W cieniu drzewa. Inną znaną aktorką, odtwórczynią roli Helgi, jest Tinna Hrafnsdóttir, która dała się poznać dzięki filmowi Veðramót. W zespole policjantów jest jeszcze jedna znana kobieta twarz, mianowicie Aldís Amah Hamilton, aktorki i stewardessy Icelandaira, a prywatnie córki pisarki Aldy Sigmundsdóttir.

źródło: https://www.thecinemaholic.com/

Wśród odtwórców męskich ról mamy wspomnianego już Hákona (Víkingur Kristjánsson), którego znamy chociażby z Wiru. W rolach drugo-, a nawet trzecioplanowych znajdziemy także Gunnara Jónssona, znanego jako Fúsi, oraz Þorsteinna Bachmanna, obecnego m. in. w Życie na kredycie. Do aktorów starszego pokolenia należą Sigurður Sigurjónsson, grający za młodu główną rolę w Duszpasterstwie pod lodowcem, a ostatnio odkryty przez międzynarodową publiczność rolą w Baranach. Mamy też Þóra Tuliniusa, serialowego Kristjána, aktora o bardzo pokaźnej filmografii, na którą składają się Anioły Wszechświata czy Ingaló. Omára gra z kolei Theódór Júliusson, kilka lat temu wcielający się w rolę głównego bohatera filmu Wulkan

Są to jednak twarze znane wąskiemu gronu odbiorców kina islandzkiego. Jednak po ogromnym sukcesie W pułapce (isl. Ófærð, ang. Trapped) Islandia umocniła swoją pozycję wśród filmowych produkcji nordic noir. Fani serialu Baltasara Kormákura z niecierpliwością oczekują informacji o trzecim sezonie, a niektórym aktorom – takim jak Ingvar Eggert Sigurðsson – serial przyniósł międzynarodową sławę. Inne twarze znane są widzowi przyzwyczajonemu do islandzkiej kinematografii, ale z pewnością to tylko kwestia czasu, aby kolejne nazwiska zawładnęły Hollywoodem, a przynajmniej pojawiały się w szerzej znanych produkcjach. Wróżę międzynarodową karierę chociażby Nínie Dögg Filippusdóttir, której mąż Gísli Örn Garðarsson zagrał ostatnio w innej interesującej produkcji Netflixa, Ragnarok

Być może to właśnie współpraca z Netflixem sprawi, że wielu islandzkich aktorów i reżyserów wypłynie na szersze wody. Coraz częściej znajdujemy ich nazwiska w obsadach produkcji nieislandzkojęzycznych, chociażby w Wiedźminie pojawił się Björn Hlynur Haraldsson. 

 

Nie jestem specjalistką od kryminałów. Z tych skandynawskich z największym zacięciem oglądałam Most nad Sundem, ale porównywanie każdego nowego nordyckiego serialu kryminalnego do Bron byłoby niesprawiedliwe. Chociaż… Mam podejrzenie, że twórcom mogło zależeć na jakiejś analogii, w końcu ten duńsko-szwedzki serial zrobił furorę i niejako ożywił na nowo skandynawskie seriale kryminalne. Czy to nie przypadek, że w The Valhalla Murders mamy parę policjantów? Że Kata jest tak samo upartą i ambitną blondynką, co Saga? Że Arnar przybywa do Reykjaviku, żeby pomóc w śledztwie? Że między partnerami zrodzi się przyjaźń? Nie wątpię, że Bron ustanowił kolejny model do powielenia. Ale The Valhalla Murders daleko do swojego ewentualnego pierwowzoru, choć ma i swoje atuty: islandzką scenerię, surowsze poczucie humoru i mniej uzależniającą ścieżkę dźwiękową. 

Białe, czyli bezbarwne

Biały, biały dzień

tytuł oryginalny: HVÍTUR, HVÍTUR DAGUR
reżyseria: Hlynur Pálmason
rok produkcji: 2019
kraj: Dania, Islandia, Szwecja

Mój kolega ze studiów pisał pracę licencjacką o kolorach.

Wspomniałam go dzisiaj, gdy w drodze powrotnej z kina próbowałam wymienić wszystkie asocjacje z przymiotnikiem biały. Biały śnieg, białe światło, biały cień, biała armia, biały jak ściana, białe pieczywo, orzeł biały. Próbowałam zrozumieć, jaki związek z filmem, który przed chwilą oglądałam, ma jego tytuł. 

Film zaczyna się od  sekwencji scen przepełnionych bielą. Samochód jedzie przez zamglony krajobraz. Dom pokryty śniegiem. Białe szczyty gór. Biała mgiełka deszczu. Kiedy mgła spowija ziemię, trudno zobaczyć jej kres, biel scala bowiem niebo z ziemią w mlecznym uścisku. Biała mgła, białe mleko. Ta pierwsza będzie powracającym motywem, to drugie – pojawi się w scenie raz, jednak dobitnie. Czyste, nieskazitelne, a jednak gęste, mokre, brudzące podłogę czy ograniczające pole widzenia.

W niektórych kulturach biel symbolizuje też śmierć. Nie na Islandii, ale Islandczycy też kojarzą biel ze śmiercią. Film otwiera się anonimowym cytatem/mądrością ludową, która brzmi: W biały, biały dzień, gdy nieba nie można odróżnić od ziemi, zmarli mogą mówić do tych, którzy wciąż żyją.  A w tej historii mgła owinęła białym całunem żonę głównego bohatera,  Ingimundura (Ingvar Eggert Sigurðsson). Białobrody mężczyzna w średnim wieku wypełnia pustkę remontem starego domu i opieką nad wnuczką, którą często podrzuca mu pod drzwi jej matka. Ingimundur, były policjant, raczej powściągliwy, ale lubiany w środowisku, zdaje się pracą fizyczną uśmierzyć ból po stracie bliskiej mu osoby. Gdy córka wspomina zmarłą matkę, ten ucina rozmowę, gdy ksiądz-terapeuta wypytuje go o żałobę, ten drastycznie kończy terapię. Gdy były kochanek żony przyznaje się do płonnego romansu, sprawa kończy się krwawą awanturą. 

Trudno właściwie powiedzieć, co przeżywa główny bohater. Miota się między agresją, gniewem, zniecierpliwieniem, złością, pragnieniem zemsty i uporem. Nie stać go na emocje i gesty, które przywykliśmy kojarzyć z żałobą: smutek, żal, płacz. Pamiątki po zmarłej przegląda niemal bezceremonialnie, a i z powodu niedopowiedzianych faktów nie wiemy nawet, ile czasu dokładnie minęło od wypadku. Pogrzeb, grób, trumna są nieobecne tak samo jak żałoba. W całej opowieści wokół śmierci ważnej osoby nie pada nawet jej imię. Na zdjęciach czy nagraniach nie widać jej twarzy. Tak jakby sam Ingimundur nie chciał lub nie mógł już jej sobie przypomnieć. Postać zmarłej otoczona jest tabu, a brak przepracowanej straty odbija się na zachowaniu bohatera. Resztki uwagi i czułości poświęca ośmioletniej Salce, przy której wspominanie zmarłej czy w ogóle myślenie o śmierci przychodzi inaczej.  Jest nawet obrócone w żart, makabryczną historię na dobranoc o trupie, daleką wariację na temat motywu walki z upiorem, którą znamy z sag. Zmarli mogą mówić do tych, którzy wciąż żyją. Upiory wciąż zajmują ważne miejsce w islandzkiej wyobraźni. A cytowane słowa znają swoje ucieleśnienie w ostatniej scenie filmu.

Premiera filmu z Kinie Muranów.

Na spotkaniu towarzyszącym pokazowi mądre głowy rozwodziły się nad filozoficznym sensem filmu. Mowa była o katharsis i współczesnym przeżywaniu smutku i żałoby. Biały, biały dzień zaklasyfikowano jako film psychologiczny i postanowiono skupić się tylko na tym aspekcie. Eksperci z innych dziedzin również uznali film za ważny, jeśli nie wyjątkowy: doceniony na festiwalu w Cannes, był też islandzkim kandydatem do Oscara. Tymczasem wydaje mi się, że gdyby odrzeć film z tego filozoficzno-psychologicznego kostiumu, to okazuje on się nam całkiem nagi: dłużące się sceny, brak szkieletu całości. Rozmyty i niewyraźny, jak ta mgła.

Jeszcze wczoraj mówiłam znajomemu, że kino islandzkie jest dla mnie jak cheeseburger: choć nie jest to arcydzieło, często z przyjemnością się na nie decyduję, bo wiem, czego się spodziewać. Zawsze znajdę tam dobrą dawkę czarnego humoru i muszę przyznać, że i w Białym, białym dniu zdarzały się sceny dowcipne, tak absurdalne i makabryczne, jak lubię najbardziej. Skorzystam jednak z przysługującego mi koła ratunkowego i przyznam otwarcie, że najnowszy film Hlynura Pálmasona nie jest na moje kubki smakowe. Menu reżysera okrzykniętego teraz wschodzącą gwiazdą, nie odpowiada moim preferencjom. Już jego długometrażowy debiut Zimowi bracia (Vinterbrødre, 2017) oglądałam bez przekonania, charakteryzował się takim samym tempem rozwoju wydarzeń i przewagą fizycznej interakcji aktorów nad wypowiadanymi przed nich słowami.  Było w nim też dużo bieli, czasami wręcz kłującej w oczy. Mogę jednak z czystym sumieniem podsumować, że zdecydowanie wolę cierpką zieleń Kobieta idzie na wojnę czy torfowy brąz Baranów, od białego, bezbarwnego sosu.

Echoiczna postnarracja?

Echo

tytuł oryginalny: BERGMÁL
reżyseria: Rúnar Rúnarsson
rok produkcji: 2019
kraj: Islandia, Francja, Szwajcaria

Na najnowszy film Rúnara Rúnarssona wybrałam się w ramach Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Co roku festiwal proponuje przynajmniej kilka tytułów z Islandii, ale tym razem na liście znalazło się tylko Echo, które miało swoją polską premierę w ubiegły poniedziałek. Premierowemu pokazowi filmu towarzyszyło spotkanie z reżyserem, który jest już znany festiwalowej – i polskiej – publiczności z wcześniejszych filmów fabularnych Wróble oraz Wulkan. Widz znający te produkcje ma więc ogólny obraz tego, czego może spodziewać się po tym islandzkim reżyserze, a jednak jego trzeci film pełnometrażowy był dla widowni niemałym zaskoczeniem.

Całość otwiera się sceną jeepa w myjni samochodowej. Podniosła muzyka zwiastuje, że nie bez kozery buduje się napięcie i w kolejnej scenie zdarzy się coś, co wprowadzi nas w fabułę. Jednak to się nie stanie. Postaci pojawiające się w pierwszych scenach nie wracają na ekran, choć przez kilkanaście minut filmu ma się jeszcze nadzieję, że ich historie zostaną dopowiedziane w dalszej części obrazu. Każda scena wprowadza nowych bohaterów i nowe, krótkie historie, a z oszczędnych dialogów możemy wynieść tylko strzępki informacji.

W końcu dostrzegamy, że motywem przewodnim całości jest jedna pora w roku, czyli zima, a konkretniej: święta Bożego Narodzenia i Sylwester. I każda z postaci przygotowuje się i przeżywa ten szczególny czas w roku inaczej. Jedni wybierają drzewko i przyrządzają świąteczną kolację, inni zjeżdżają do domu lub obdzwaniają rodziny, jeszcze inni gotowi są na świętowanie w samotności. Ot, szerokie spektrum współczesnego społeczeństwa, w którym tradycja miesza się z nowoczesnością. Wspólne śpiewanie kolęd na rynku miasta zestawione jest z odgrzewaniem gotowego dania, aby samotnie zjeść je przed telewizorem. Spokojne wysłuchanie orędzia pani premier przeplata się z rodzinną kłótnią o politykę. Szkolne jasełka skontrastowane zostają z pokazem blond kulturystek. Narkomani otrzymują opatrunki, nowe igły i świąteczny podarunek, a pracownicy Błękitnej Linii wysłuchują dzieci, których rodzice pobili się w domowym zaciszu. Polacy opuszczają budowę, bo płaci się im za mało, a mała dziewczynka zabiega o względy taty, który wybrał życie z nową rodziną.

Echo nie opowiada jednej historii. Złośliwiec z sąsiedniego fotela kinowego powiedziałby nawet, że nie opowiada żadnej historii. Bowiem najnowszy film Rúnara Rúnarssona to zlepek kilkudziesięciu scen, które w żaden sposób nie łączą się ze sobą. Bohaterowie, niczym aktorzy w Weselu Stanisława Wyspiańskiego,  wpadają na scenę, wygłaszają swoje kwestie i wychodzą, a ich miejsce zajmują kolejni. To korowód anonimowych, naszkicowanych tylko postaci, których historie nie mają większego znaczenia, bo widz nie zdąży w żaden sposób przywiązać się do nich, aby mieć chęć prześledzić poczynania  danego bohatera.  Razem stanowią swego rodzaju studium współczesnego społeczeństwa w okresie bożonarodzeniowym. Choć akcja dzieje się w Reykjaviku i z wielu wskazówek wnosimy, że to właśnie Islandczycy są sportretowani w tym filmie, taki kalejdoskop wydarzeń może przytrafić się w dowolnym mieście, na dowolnej szerokości geograficznej. Mimo to widz oczekuje, że ten przegląd urywków życia codziennego reprezentantów wszystkich grup społecznych do czegoś nas poprowadzi. Ale nie.

Gdy włączają światła, publiczność pozostawiona jest w pewnego rodzaju konsternacji. Film kończy się długą sceną statku kołyszącego się na morzu, a kamera wycelowana jest wprost w wysokie fale, więc patrzymy na sztorm z pokładu. Walczę ze swoją chorobą morską, ale wmawiam sobie, że ta potwornie długa scena ma jakiś sens, że pojawi się coś, co zepnie całość w jakiś konkret, że usłyszymy jakiś morał. Ale na fale wjeżdżają już napisy końcowe, co wcale nie sprawia, że w głowie przestaje mi się kręcić. Większość widzów opuszcza już salę, a ja cierpliwie czekam na Q&A z udziałem reżysera, może wyjawi on przede mną jakąś tajemnicę.

Pod ekran wychodzą reżyser oraz pani prowadząca, która zaczyna przepytywanie od odniesienia się do poprzednich filmów Islandczyka. Te opowiadały jakieś historie bohaterów, ich dojrzewanie albo trudny etap starości. Tym razem reżyser postanawia wyłamać się z wcześniejszej konwencji. Dlaczego to robi? Rúnar Rúnarsson odpowiada enigmatycznie. Jego zdaniem kino fabularne ma swój kres i obecnie zamiast wymyślania własnych historii scenarzysta powinien opowiadać te prawdziwe, rejestrować rzeczywistość, jak w dokumencie. Jak dodaje, Echo jest po części dokumentem, bo scenariusz przewidział 60 scen, ale do filmu weszło ich 58 i wiele było improwizowanych. Twórcy wręcz chodzili z kamerą po ulicy i w ciągu zaledwie 80 dni zdjęciowych zarejestrowali historie zwykłych ludzi, którzy przed kamerą grali samych siebie. Wszyscy aktorzy są amatorami, a wielu z nich opowiada swoje historie. Nie jest to jednak dokument, więc jak poradzić sobie z klasyfikacją i odbiorem takiego filmu?

Zdaniem reżysera kluczem do obrazu ma być ten szczególny czas przedstawiony. Boże Narodzenie, przygotowania do niego, Wigilia, wspólne świętowanie, a potem Sylwester i Nowy Rok. Historie bohaterów znajdują więc tu swój mianownik, co według Rúnarssona “ułożyło się samo”. Te pozornie wyjęte z kontekstu sceny tworzą pewną całość, ale nie chodzi o całość fabularną, lecz o studium emocji, jakich przeżywamy zależnie od kalendarza. Boże Narodzenie to taki “wzmacniacz emocji”, wtedy czujemy intensywniej i żyjemy pełniej. Wybaczamy, przypominamy sobie o dawnych bliskich, łakniemy towarzystwa, ale spływa z nas też całoroczny stres, stąd kłótnie i konflikty. Nie znaczy to jednak, że w święta jesteśmy prawdziwą wersją siebie, bo film nie pozwala nam porównać bohaterów z ich pozaświątecznymi “wcieleniami”. Nie jesteśmy w stanie postaciom nawet współczuć, bo ich dostatecznie dobrze nie poznajemy. Czy mamy w ich przeżyciach i zachowaniach odszukać samych siebie?

Zdaje się, że islandzki reżyser sądzi, że stworzył dzieło genialne. I nie tyle chełpił się tym na kinowej sali, bo Rúnar Rúnarsson  to w zasadzie człowiek bardzo cichy i skromny. Z jego wypowiedzi wypływało jednak przekonanie, że idealnie odnalazł się w nurcie kina “postfabularnego”, choć określenie to nie padło i wymyśliłam je na potrzeby tego tekstu. Pomógł mi w tym wspomniany już sąsiad, który uznał, że ta potrzeba nieopowiadania, unikanie narracji czy wychodzenie z roli opowiadacza dla potrzeb historii samej w sobie wpisuje się w postmodernim, kierunek, w którym podąża islandzki reżyser. Skoro zdaniem Rúnarssona w dzisiejszym kinie nie ma miejsca na opowieści, czy jest jeszcze sens tworzenia fabuł? Echo nie jest przecież dokumentem, tylko dokumentalizowaną fabułą. Aktorzy odgrywają siebie, a więc nie są przed kamerą do końca sobą. Nie są też aktorami? Więc kim?

Najnowszy film twórcy Wróbli i Wulkanu to zdecydowanie kino dla koneserów. Trzeba się chyba naprawdę dobrze na filmie znać, żeby dostrzec w tym obrazie wielką wartość. Trzeba, tak jak pani prowadząca spotkanie z reżyserem, policzyć sceny i użyć jakichś algorytmów, żeby uznać obraz za arcydzieło. Dla mnie było to kino trudne, a może nawet nudne. Monotonne i mało odkrywcze, jak tytułowe “echo”. Zestaw krótkich historii, które znam z życia codziennego. A ponoć do kina chodzi się po to, aby na chwilę wyłączyć się z własnego życia.

Skąd przychodzimy?

Nie mogę uwierzyć, że skończył się już pierwszy sezon serialu HBO Przybysze (Beforeigners, Fremvandrerne).

Jeszcze robiłam sobie nadzieję, że magicznie na platformie pojawi się kolejny odcinek, ale cóż… Sezon ma ich tylko 6, a ja pożarłam je niemal jeden po drugim. I teraz żałuję, bo bardzo wciągnęłam się w tę historię.

Z zasady nie przepadam za tematyką science-fiction czy ogólnie pojętą fantasy. Nie oglądałam Gry o tron, ani nawet Wikingów, bo popularna interpretacja nordyckiej mitologii i staroislandzkiej literatury jest nie na moje nerwy. Zamiast po Tolkiena, wolę sięgać po Eddę… Ale przekonałam się do włączenia sobie serialu Przybysze ze względu na islandzką aktorkę, Ágústę Evę Erlendsdóttir. Nie jest to bynajmniej postać pierwszoplanowa, ale islandzkie media pękały z dumy, że ich rodaczka robi międzynarodową karierę. I słusznie, bo Ágústa znana jest na Wyspie od dawna i przeszła niesamowitą metamorfozę: od kampowej gwiazdy z tv show, przez reprezentantkę Eurowizji aż po wokalistkę i aktorkę większego formatu. Tutaj gra dzielną i pełną energii do życia wikinkę*, która – zgodnie ze swoją naturą – gotowa jest do walki i rewolty za wszelką cenę.

August Eva in her role as Urður in the Beforeigners series.
źródło: https://theworldnews.net/is-news/agusta-eva-i-nyrri-thattarod-hbo-nordic

O czym właściwie są Przybysze, norweskojęzyczna produkcja HBO Europe? To tak naprawdę satyra na science fiction, bo akcja rozgrywa się we współczesnym Oslo, które niespodziewanie zaczynają nawiedzać przybysze z… przeszłości. W świecie skonstruowanym przez Anne Bjørnstad i Eilifa Skodvina (twórców Lilyhammer) zjawisko pojawiania się “imigrantów z przeszłości” dotyczy całego globu. Jednak my poznajemy historię z perspektywy norweskiej. Pilot to tylko zajawka niezwykłego procederu, jednak od drugiego odcinka dowiadujemy się, jak jeden z najbardziej tolerancyjnych krajów na świecie radzi sobie z falą nowych/starych obywateli.

Przybycie Norwegów z przeszłości następuje w wyniku tajemniczego błysku, który zwiastuje pojawienie się “podróżników w czasie” zawsze w tym samym miejscu: w wodach zatoki nieopodal słynnej opery w Oslo. Władze opracowały już system bezpiecznego wyławiania przybyszów i opieki nad nimi w specjalnych ośrodkach, gdzie “imigranci” mają szansę zaaklimatyzować się we współczesnych czasach. Jaskiniowcom, wikingom i przybyszom z XIX wieku pokazuje się filmy instruktażowe o obecnej sytuacji społecznej w Norwegii, podaje się im specjalne leki, myje i ubiera w polary. Po danym czasie przybysze wychodzą na ulice Oslo i zaczynają nowe życie.

Wizja tego świata jest niezwykła. Nowoczesna stolica zderzona jest z zamierzchłymi zwyczajami Norwegów: targi, szamani, bicykle, dorożki, włócznie i ubrania ze skóry urozmaicają tłum pełen ludzi z iPhone’ami, ubranych w dżinsy i jeżdżących samochodami. Asymilacja postępuje jednak zgodnie z planem, bo wielu z przybyszów podejmuje się pracy w nowym świecie i dostosowuje się do nowinek technologicznych i społecznych. I tak główna bohaterka, wikinka  Alfhildr (znakomita Krista Kosonen, która urodą i urokiem przypomina mi Alicję Bachledę-Córuś), zakłada współczesny strój i zaciąga się do stołecznej policji. Jej wikińskie umiejętności, ale też niekonwencjonalne metody, okażą się bardzo pomocne w przypisanej jej sprawie zabójstwa i z początku będą prowadzić do komicznych dialogów i scen z udziałem jej partnera, policjanta ze współczesności, Larsa (Nicolai Cleve Broch). Poznawanie własnych przyzwyczajeń i tradycji jest jednak obustronne.

August Eva in her role as Urður in the Beforeigners series.

W sposób świetnie przemyślany przeplatają się tutaj  stare motywy (głównie wikińskie) ze współczesnością. Przybysze mówią do siebie w języku staronordyckim i nawet islandzki tłumacz nie może ich zrozumieć, dlatego Old Norse staje się kodem “nowych”, a tablice i nazwy miejsc zyskują również zapis w runach. Wikingowie otwierają własne tawerny, mają swoich szamanów, a reprezentanci epoki kamienia wciąż kultywują dawne tradycje polowań nago w podmiejskich lasach. XIX-wieczna inteligencja pracuje w stworzonych przez siebie zawodach dziennikarzy czy pisarzy, a bohema odurza się współczesnymi narkotykami. A to fascynuje współczesnych: Lars rozwiódł się z żoną, bo ta zastąpiła go przybyszem z XIX wieku. Elegancki inteligent z Kristianii spędzający czas wolny na literaturze romantycznej i grze w wista okazuje się lepszym partnerem od zblazowanego współczesnością policjanta. Serial pozwala nam więc wyobrazić sobie, jak wyglądałoby nasze życie z udziałem przybyszów z przeszłości, a wszystkie dziewczyny marzące o związku z “prawdziwym wikingiem” mogą zrewidować swoje fantazje 😉

Ale najlepsza jest tutaj właśnie satyra. Nie tylko satyra na gatunek science-fiction, ale satyra na tolerancyjne społeczeństwo skandynawskie i państwo opiekuńcze (tutaj polecam poczytać chociażby pamflet Niny Witoszek Najlepszykraj na świecie). Rząd robi wszystko, żeby zaprowadzić spokój i harmonię, w mediach unika się “obraźliwych określeń”. W radiu nie można używać “słowa na W”, czyli “wiking”, natomiast politycznie poprawna wersja to “osoba pochodzenia pranordyjskiego”. Buduje się współpracę między współczesnymi a przybyszami, lansuje związki i rodziny “multitemporalne” oraz zatrudnianie osób z “przeszłością temporalną”. Stąd Alfhildr staje się maskotką norweskiej policji. Wśród dzisiejszych Norwegów rośnie też zjawisko “transtemporalizmu”, czyli odnalezienia w sobie przynależności do epoki innej, niż ta, w której się urodzono. I takim gwarantuje się opiekę psychologa i dostęp do grup wsparcia.

źródło: https://www.ljudochbild.se/film/beforeigners-ssong-1-2/

Jednak asymilacja nie do końca przebiega zgodnie z planem. Alfhildr ma wśród kolegów i koleżanek z pracy wielu wrogów. Współcześni Norwegowie wszczynają zamieszki, a w przestrzeni miasta pojawiają się murale “Norwegia dla współczesnych”. Współcześni Norwegowie czują się zagrożeni, że zastąpią ich inni, lepsi. Tworzą się grupy wzbudzające nienawiść do przybyszy, odwołując się do ich odmiennego systemu wartości i wyglądu, a przede wszystkim innego wyznania. Wystarczy wyobrazić sobie, co się stanie, jeśli jeden z przybyszów okaże się zabójcą św. Olafa, patrona Norwegii…

Cała ta wizja przeplatania współczesności z przeszłością to najmocniejsza strona serialu,  ale podobało mi się też właśnie zwracanie uwagi na mechanizmy, które dotyczą wszystkich “innych” w społeczeństwie. Twórcy serialu pokazują nam, jak łatwo buduje się nienawiść do imigrantów i jak naiwne mogą być władze kraju, próbujące za wszelką cenę zasymilować społeczeństwo.

Dobrze napisany scenariusz (w gruncie rzeczy to serial policyjny z zagadką kryminalną) i świetna ścieżka dźwiękowa (miks wikińskich śpiewów ze współczesną muzyką elektroniczną autorstwa Ginge) również czynią z niego naprawdę przyjemny obraz. Polecam każdemu fanowi wikińskiej Skandynawii oraz miłośnikom “historycznego gdybania”. Czy dzielny wiking zadowoli się pracą w firmie dostarczającej jedzenie rowerem? Czy jaskiniowcy to naprawdę osoby prymitywne? Jakie umiejętności saamskie mogą przydać się we współczesnym świecie? Obejrzyjcie koniecznie, by poznać odpowiedzi na te pytania.

Ja czekam niecierpliwie na drugi sezon, by poznać odpowiedzi na własne pytania. Bo od początku nurtowało mnie jedno: dlaczego przybysze pochodzą tylko z trzech epok: kamienia łupanego, wikińskiej oraz XIX wieku? Czy właśnie z tymi przedziałami czasowymi Norwegowie najchętniej się identyfikują? A może twórcy scenariusza założyli, że właśnie w tych okresach najczęściej odurzano się i przechodzono w różne stany świadomości, co pozwoliło na podróż w czasie? Jak i dlaczego dochodzi do masowych migracji dawnych Norwegów do Oslo dowiemy się – mam nadzieję – w następnym sezonie.

*w polskim tłumaczeniu dialogów pojawia się określenie “wikinka”, czyli kobieta wiking. Szczerze mówiąc dotąd się z nim nie spotkałam i jestem do niego nastawiona raczej ostrożnie, jak i do całego tłumaczenia. Niestety nie wiem czy tłumacz bazował na wersji oryginalnej, czy skrypcie angielskim, ale dopuścił się kilku błędów. Dlatego uważajcie!

Kartonowa Arktyka

Arktyka

tytuł oryginalny: Arctic
reżyseria: Joe Penna
rok produkcji: 2018
kraj: Islandia

Kto nie lubi kina skandynawskiego ze względu na Madsa Mikkelsena, niech pierwszy rzuci kamieniem. Może poznaliście go w filmach angielskojęzycznych, ale jeszcze kilkanaście lat temu rozkochiwałam się w nim oglądając największe hity duńskiej kinematografii lat 2000. Teraz Mads jest już gwiazdą hollywoodzką, a “Arktyka” dostała najwidoczniej sporo nagród. Musiałam jednak zachorować i kupić sobie dostęp do HBO go, żeby w końcu obejrzeć ten film.

Ale powodem był nawet nie Mads, lecz Islandia i jej widoki. Z filmu nie wynika, gdzie dokładnie na Arktyce rozbił się samolot Overgårda (w tej soli właśnie Mads Mikkelsen), lecz rozpoznajemy widoki z islandzkiego interioru, które z powodzeniem mogą odgrywać rolę bezludnej krainy gdzieś dalej na Północy. W niej główny bohater walczy o przetrwanie, zabijając czas w oczekiwaniu na pomoc codziennym rytuałem: odkopuje zawiany świeżym śniegiem napis SOS, wspina się na górę ze sprzętem radiowym z nadzieją, że tym razem złapie sygnał, sprawdza stan połowu ryb w prowizorycznej machinie zainstalowanej w przeręblach, posila się surowym mięsem złapanego łososia.

Przepiękne zdjęcia Tómasa Örna Tómassona dobitnie wskazują, że bohater jest na zimowym pustkowiu sam. Przykryte lodem góry otulają szczelnie dolinę, w której uwięziony jest rozbitek, a jedyne ślady na śniegu należą do niedźwiedzia polarnego. Overgård nie traci jednak nadziei i każdego dnia wprawia w ruch maszynę, która pozwoli mu na łączność ze światem. Gdy po kilkunastu (kilkudziesięciu?) próbach na horyzoncie pojawia się upragniony helikopter, scenarzyści serwują widzowi dozę czarnego humoru: ze względu na trudne warunki pogodowe, helikopter rozbija się o skały. Bohater traci szansę na uratowanie, ale zyskuje zupki chińskie i nową towarzyszkę niedoli: ranioną w wypadku nawigatorkę, której zaszywa rany znalezionym na pokładzie zszywaczem.

Do zestawu codziennego rytuału dochodzi więc opieka nad ranną, a dzięki zdobyczom z rozbitego helikoptera poranny połów może stać się pożywną zupą rybną. Obecność walczącej o życie dziewczyny zmusza rozbitka do podjęcia ryzykownej decyzji o podróży na północ, do widniejącej na mapie stacji sezonowej. Overgård pakuje się więc na tę odyseję, lokuje ranną na sankach i idzie w góry. Widza nie zaskakuje fakt, że wyprawa ta nie obejdzie się bez przeszkód, w tym spotkania z białym drapieżnikiem.

Zachęciła mnie Islandia, która widnieje jako jedyny producent filmu. W napisach końcowych znajdziemy głównie nazwiska islandzkie, a aktorka drugoplanowa (Maria Thelma Smáradóttir) również pochodzi z Islandii. Choć jej postać niewiele mówi, wiemy, że nie jest Islandką. Zresztą – mimo, że dialogów w filmie jest bardzo mało, scenariusz napisano w języku angielskim. Reżyser też nie jest z Islandii, a “Arktyka” to chyba jego debiutancki film. Czujemy jednak, że produkcja miała naśladować amerykańską, nie tylko ze względu na język. Scenariusz jest przewidywalny, mamy wrażenie, że gdzieś już widzieliśmy tę historię. I że cokolwiek się stanie, musi się ona przecież skończyć dobrze.

Jestem rozczarowana tym filmem. W gruncie rzeczy to niemal hybryda Zjawy i 127 godzin. 90-minutowe zmagania głównego bohatera z samotnością, siłami przyrody, porzuceniem nadziei na ocalenie – jeśli opowiedziane w nieodpowiedni sposób – stają się po prostu nudne. Wydawać by się mogło, że resztą zajmą się piękne krajobrazy i dramatyczna muzyka, ale i ta daje widzowi dreszczyku emocji. Taki potencjał mogła mieć scena z niedźwiedziem, ale potraktowano ją skrótowo i płasko. Miś straszy zębatą paszczą, ale ucieka. A wędrującemu, choć stracił już kilka palców przez odmrożenie, ciągle udaje się przetrwać w tak niskich temperaturach i mimo różnych perturbacji. Coś tu nie gra.

Nie jest nawet winą Madsa, że przez większą część filmu zaglądałam w telefon. Jego gra aktorska jest bez zarzutu, a jedyne słowa padające z jego ust – do siebie, do podopiecznej, do wyczekiwanego helikoptera, do niebios – nadają jakiś koloryt warstwie dźwiękowej produkcji. Nie przekonuje mnie jednak stworzona przez niego postać, bo i nie wiadomo było ze scenariusza, co dokładnie miał stworzyć. Bohater nosi skandynawskie nazwisko, ale na wraku jego samolotu znajdziemy polski napis “wyjście bezpieczeństwa”. Pewnie postać miała być bezpaństwowym everymanem, bo przecież każdy z nas mógłby znaleźć się w podobnej sytuacji. No prawie każdy.

Film klasyfikuje się jako dramat. Niestety, nic ze mną nie zrobił. Nie wgiął w fotel, a biel i islandzkie zimno miały zrodzić we mnie współczucie dla bohatera, tymczasem nie poczułam żadnych autentycznych emocji. Mimo autentycznych widoków Islandii, cały obraz daje efekt kartonowego planu zdjęciowego. Jakbyśmy oglądali sztuczny lód, sztuczny śnieg, a na nim przecież sztuczną krew i sztuczne łzy.

Nie stracić kontaktu

In touch
reż. Paweł ZIemilski
Polska, Islandia
2018

Synku, powiedz mi, czy Ty mnie choć tak troszeczkę kochasz? Czy po tych 20 latach czujesz jeszcze jakąś więź?, mówi wzruszona matka w rozmowie przez Skype, którą zarejestrowali twórcy dokumentu “In touch”. Ona to jedna z wielu matek, sióstr, babć, dziadków i ojców, którzy tęskną za swoimi bliskimi. Niemal 1/3 populacji wsi Stare Juchy na Mazurach wyemigrowała na Islandię i większość z nich nie myśli o powrocie do ojczyzny.

Jednak dzięki dokumentowi Pawła Ziemilskiego emigranci powracają do rodzinnego miasta. Wirtualnie, bowiem za sprawą projektorów ich sylwetki wyświetlane są na domach, garażach, ścianach salonów rodziców, w przestrzeni publicznej stron rodzinnych. Ich bliscy mogą poczuć ich obecność w sposób inny, niż dotychczasowe rozmowy przez kamerkę. Dzięki sprytnej technologii wspólnie spożywają posiłki, uczestniczą w zasypianiu wnuczki, razem grają w piłkę z wnukiem. To jednak tylko iluzja, choć czasem tęsknota i potrzeba fizycznej obecności drugiej osoby oszukuje zmysły. Córka, mimo kilkunastu tysięcy kilometrów dzielących ją z matką, może wirtualnie malować jej paznokcie, a matka przymierza na jej wyświetlanej na drzwiach sylwetce ubrania, biżuterię. Syn pokazuje ojcu budowę, na której pracuje, a wszystko w skali 1:1. Rzeczywistość islandzka wychodzi poza ramy małego ekranu komputera, wchodzi na ściany mazurskich domów. Deszczowa pogoda, wiatr, a nawet zorza polarna stają się częścią codziennej przestrzeni stęsknionych bliskich w Polsce. Nawet jeśli tylko na chwilę, to mogą oni sobie wyobrazić odległe miejsce, które ich bliscy wybrali sobie na nową ojczyznę.

Byłam dzisiaj na premierze filmu “In touch” oraz spotkaniu z twórcami filmu podczas festiwalu Millennium Docs Against Gravity. Reżyser Paweł Ziemilski oraz producenci Łukasz Długołęcki i Haukur Hrafnsson z NUR opowiedzieli nie tylko o samej pracy nad filmem, ale również o emocjach, jakie wzbudzał w występujących w dokumencie bohaterach. Widzowie zgodzili się, że nie jest to tylko film o Polakach emigrujących na Islandię, ale o psychologii emigracji w ogóle. Emigrujący nie są bowiem w filmie obecni fizycznie: widzimy ich zawsze poprzez nagrania rzucane z projektorów. Również dla widza są oni więc niematerialni, odlegli, a ich historię poznajemy z perspektywy Starych Juch, ich rodzinnego miasta, oraz ich bliskich, który w codziennym życiu zmagają się z tęsknotą i braku po emigrantach. W kinowej narracji o emigracji brakuje tego punktu widzenia. Dokument “Isoland” Kuby Witka pokazuje doświadczenia Polaków mieszkających na Wyspie, jeśli padają słowa o tęsknocie za Polską i za rodziną, to jednak nigdy nie o bliskich, którzy oczekują ich z powrotem w ojczyźnie. W “In touch” natomiast stajemy po stronie tych, którzy zostali i którzy częściej mówią “Tęsknię za Tobą”, “Czekamy”, “Kiedy przyjedziesz?”.

Dokument staje się więc stadium tęsknoty, nie jest to w żadnym razie historia poszczególnych jednostek, ale raczej portret grupowy całej miejscowości, która w historii polskiej emigracji na Islandię jest rzeczywiście niezwykła. Masowe wyjazdy mieszkańców Starych Juch zaczęły się bowiem już w latach 80. i pierwszy wyjeżdżający przetarli szlak kolejnym. Jak głosi anegdota, którą przywołał reżyser, historia wyjazdów zaczęła się od Islandczyka w Polsce, który w roku 1979 trafił na Mazury i zakochał się w jednej z mieszkanek Starych Juch. Po ślubie wyjechali na Islandię, a za nimi inni bliscy. W wyniku transformacji wielu ludzi straciło pracę, a daleka Wyspa wydawała się szansą na nowe, lepsze życie. Po latach ustatkowani już niejako na obczyźnie Polacy potwierdzają, że w rodzinnych stronach nie mieliby tylu szans i możliwości dla siebie i swoich dzieci. A te, świetnie zintegrowane z Wyspą, śpiewają hity z islandzkiego radia.

Z dokumentu nie dowiadujemy się zbyt wiele o warunkach pracy, stopniu aklimatyzacji i asymilacji Polaków z Islandczykami. Poznajemy tylko strzępki islandzkiej rzeczywistości: zakład pracy, rodzinę chłopaka-Islandczyka, drogę rowerem ze szkoły, jazdę policyjnym wozem w godzinach pracy. A do tego wiele pięknych krajobrazów. Jak podkreślał reżyser, to nie miał być film pokazujący historię poszczególnych ludzi, to nie miała być opowieść o jednostkach. Dlatego bohaterowie pojawiają się i równie szybko znikają, nie poznajemy ich tak naprawdę. Jest kilka krótkich wypowiedzi wprost do kamery, ale narrację dominują fragmenty rozmów, które realizatorzy rejestrowali bezpośrednio ze Skype’a. Są tu też dłuższe wypowiedzi bliskich sobie osób, takie listy w postaci audio, które ilustrują filmową pocztówkę z Islandii. Reżyser dokumentu staje się tu więc listonoszem, który przekazuje te wiadomości za pomocą nowych technologii. Dzięki projekcjom widocznym w przestrzeni miasta, jak i wirtualnym rozmowom, kontakt wciąż jest możliwy, choć nie wypełnia pustki i tęsknoty.

“In touch” to dla mnie pozytywne zaskoczenie. Nie spodziewałam się historii opowiedzianej w ten sposób. Choć czasem narracja traci swoją spójność i niektóre przejścia wytrącają widza z równowagi, udało się twórcom uzyskać efekt “przewodnictwa interakcyjnego”, jak nazwała to jedna z uczestniczek spotkania. Wzruszamy się, kiedy widzimy starszych ludzi przytulających się do ściany czy obejmujących wirtualny obraz ich bliskich albo próbujących zrobić sobie z nim zdjęcie. Śmiejemy się, kiedy uczestniczymy w trywialnych, codziennych rozmowach o kupionych lekach czy wysadzanych przekleństwami instrukcjach dojazdu z lotniska do Reykjaviku albo wysyłki prezentów na święta. Domyślamy się, że tak przecież wygląda codzienność rodzin podzielonych emigracją: tęsknotę zaciera szereg przysług, o które dzieci proszą swoich rodziców, pustkę wypełniają wysyłane sobie prezenty oraz obietnice o następnych przyjazdach.

Polecam ten poetycki dokument. Wciąż jeszcze można oglądać go w ramach festiwalu Millennium Docs Against Gravity, informacje o godzinach seansów i biletach znajdziecie tutaj. Dokument bierze udział w konkursie głównym, będzie również podróżował po Polsce i w innych krajach, by zbierać kolejne nagrody.

Ekopatriotka Halla

W czasach kiedy lodowce topnieją, segregowanie śmieci nie uratuje planety, a w kwestiach klimatycznych strajkować muszą już nawet dzieci, Islandczycy robią film o ekopatriotyzmie.

Kobieta idzie na wojnę

tytuł oryginalny: Kona fer í stríð (eng: Woman at war)
reżyseria: Benedikt Erlingsson
rok produkcji: 2018
kraj: Islandia, Francja, Ukraina

Choć w materiałach prasowych promujących najnowszą produkcję w reżyserii Benedikta Erlingssona (twórcy O koniach i ludziach) tytułowa kobieta nazywana jest ekoterrorystką, to prawdziwa ekopatriotka. Z miłości do islandzkiej ziemi walczy ze zmieniającym dziewiczy krajobraz rozwojem przemysłu, ale – jak to z romantycznym patriotyzmem bywa – ponosi klęskę.

Mogłoby się wydawać, że Halla (Halldóra Geirharðsdóttir) robi dokładnie to, co my wszyscy powinniśmy byli zrobić już dawno temu. Mając dość niszczenia Matki Natury przez człowieka, bierze sprawy w swoje ręce. Wybiera się w interior z plecakiem i sabotuje linie energetyczne,  przez co zakłóca dostawę prądu do stolicy. Działa w sposób profesjonalny i przemyślany, ale czy na pewno? Emocje i pewność siebie, a przede wszystkim punkty zwrotne w jej życiu prywatnym, przekreślą nadzieję na wygraną z systemem. I wcale nie zdradzam Wam tym zakończenia, bo przecież wiadomo, że walka o naturę jest z góry przegrana. Doświadczamy tego codziennie, choć każdy z nas toczy podobną walkę sam ze sobą w obliczu najprostszych decyzji: co kupić, jak ugotować, czego nie zamawiać, czy zakręcić wodę podczas mycia zębów.

I nie mamy naśladować Halli poprzez wieszanie w mieszkaniu portretów Gandhiego, uprawianie wschodnich sztuk walki czy choćby nawet aktywność fizyczną (choć to ostatnie przydaje się bardzo, kiedy trzeba uciekać przed helikopterem lub dronem). Działalność Halli opiera się na bezpardonowości i prowokacji: do momentu publikacji swojego manifestu główna bohaterka jest pewna, że pociągnie za sobą miliony. Owszem, swoją płonną deklaracją zrzuconą z dachu Hotelu Borg porywa tłumy, ale tylko na chwilę: tyle, ile zajmuje retweet czy zrobienie fotki na Instagrama. Halla przegrywa walkę z systemem, bo media przekręcają jej słowa. Władze dobrze wiedzą jak przedstawić informacje, żeby wyszło na ich korzyść (a to już wiemy z własnego podwórka).

Ostatni Młodzieżowy Strajk Klimatyczny, na którym uczestniczyłam, kończył się słowami: media nie mówią o tym, co dzieje się z naszą planetą, bo wiele osób ma interes w tym, by o tym nie mówić. Na Islandii chodzi o korzystne kontrakty i układanie biznesów z Chińczykami albo Amerykanami. A skoro nawet tam,  na tej Wyspie Dziewiczej Natury i Dbałości o Środowisko, wszystko rozchodzi się o pieniądze, to jak ma być w pozostałych zakątkach planety? Gdy filmowi politycy przekonują Islandczyków o tym, że ekosabotaż doprowadzi do podwyżek cen, strach przed ukrytymi ludźmi odchodzi w zapomnienie. Lenistwo i własna wygoda są wrogiem numer jeden walki o lepsze środowisko. A Halla, oskarżająca swoją siostrę bliźniaczkę o egoizm, sama dojdzie do ściany w swojej w swoim altruizmie.

Koniecznie musicie obejrzeć ten film. Nie tylko ze względu na tematykę ekologiczną, świetny islandzki humor oraz bardzo pomysłowe wpisanie muzyki (Davíð Þór Jónsson) w narrację i obraz. Dla takiego islandofila jak ja, oglądanie tego filmu to była czysta przyjemność. Raz, że Reykjavik wydawał się tak bardzo znajomy, dwa, że twórcy przemycili do produkcji tak wiele islandzkich elementów kulturowych, że aż grzechem byłoby ich tu nie wymienić. Oto więc krótki przewodnik na przed lub po wizycie w kinie.

UWAGA SPOILER


Kobieta z gór

Fjallkonan – takim pseudonimem Halla podpisuje swój manifest. Od pierwszych chwil przywołało to uśmiech na mej twarzy, bo choć nazwę można tłumaczyć dosłownie – Halla działała w górach, stamtąd też pochodzi – to jednak postać Kobiety z gór ma znacznie dłuższą tradycję. Można poczytać o tym choćby w długim, ale bardzo solidnym, wstępie doktora Konefała do monografii kina islandzkiego. W dużym skrócie Fjallkonan jest personifikacją całej Islandii (jak niemiecka Germania czy włoska Italia). Motyw ten żywo jawił się w literaturze i sztuce XIX wieku, ale wciąż obecny jest w obchodach Święta Niepodległości 17 czerwca.  To wtedy właśnie wybiera się lokalną piękność, która dostąpi zaszczytu wystąpienia w stroju narodowym podczas ceremonii.

Thingvellir

Pewnie tego miejsca nie trzeba przedstawiać nikomu, kto co nieco słyszał o Islandii. A jednak realizatorzy filmu znów zrobili sympatyczny ukłon w stronę tych, którzy znają historię tego miejsca. Podczas wizyty delegacji z Chin w Dolinie Zgromadzeń mowa jest o władzy ustawodawczej i sądowniczej doby osadnictwa, I właśnie w momencie, kiedy przewodnik opowiada o Radzie Praw (Lögrétta), przedstawiciele islandzkiego rządu dowiadują się o wyczynie Kobiety z Gór i jej manifeście. Wszyscy stają w okręgu (właśnie jak goðar!) i naradzają się, jak sprawę zabić w zarodku. Nie ma więc przypadku, że scena ta rozgrywa się właśnie w miejscu początków islandzkiej demokracji. Mimo że to, jak zachowują się islandzcy politycy w filmie, dalekie jest od dobra ogółu.

Jón Gnarr

A kim jest ów przewodnik chińskiej grupy? Chyba tylko na Islandii jest możliwe, aby grupę tej rangi obsługiwał sam prezydent kraju. Lecz najlepszym dowcipem jest to, kto gra prezydenta Islandii. To Jón Gnarr, postać idealna do tej roli – aktor, ale i polityk. Znany na Wyspie jako człowiek wielu talentów: członek zespołu punkowego, aktor kinowych hitów, ale w ostatnich latach przede wszystkim charyzmatyczny burmistrz miasta Reykjavik. Świat poznał go nie tylko dzięki niekonwencjonalnemu stylowi zarządzania miastem, ale też dokumentowi poświęconym jego drodze do zwycięstwa w wyborach lokalnych. Gnarr wciąż próbuje swych sił w polityce, więc obsadzenie go w tej roli było znakomitym wyborem!

Kobieta-superbohaterka

Ostatnim sympatycznym intertekstem, a może raczej bezpośrednią inspiracją dla scenarzystów, jest historia pewnej Islandki sprzed lat. Chodzi o Sigríður Tómasdóttir, córkę farmera, który w XX wieku posiadał teren z wodospadem Gullfoss na swoją własność. Kiedy ojciec otrzymał propozycję sprzedania wodospadu pod budowę elektrowni wodnej pewnemu Anglikowi, Sigríður postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Ta niewykształcona, ale uparta kobieta wynajęła prawnika i przez lata procesowała się z państwem. Kiedy ostatecznie przegrała, zagroziła, że rzuci się w wody Gullfoss, skoro i tak musi być świadkiem przekształcenia jej ukochanego miejsca. Sabotaż poskutkował, bo do dzisiaj możemy oglądać jeden z najpopularniejszych wodospadów Islandii bez większej interwencji człowieka. A pomnik bohaterki stoi tuż obok.

Inna poprzedniczką filmowej Halli jest Björk. Piosenkarka wkręciła się na początku XXI wieku w projekt Náttúra, którego celem była walka z produkcją i eksportem aluminium. Piosenkarka zaangażowała się w wsparcie zielonej energii i rozwiązań odnawialnych, koncertowała i nagrywała piosenki na dobra tej sprawy. Na swój własny sposób walczyła więc z hutami aluminium na Islandii, mając ten sam cel i powód, co bohaterka filmu “Kobieta idzie na wojnę” – unikatowość dziewiczej przyrody islandzkiej.

Motywów i puszczania okiem do widza jest więcej, ale poprzestanę na tym. Nie będę psuć Wam zabawy w szukaniu ich na własną rękę.