Nie stracić kontaktu

In touch
reż. Paweł ZIemilski
Polska, Islandia
2018

Synku, powiedz mi, czy Ty mnie choć tak troszeczkę kochasz? Czy po tych 20 latach czujesz jeszcze jakąś więź?, mówi wzruszona matka w rozmowie przez Skype, którą zarejestrowali twórcy dokumentu “In touch”. Ona to jedna z wielu matek, sióstr, babć, dziadków i ojców, którzy tęskną za swoimi bliskimi. Niemal 1/3 populacji wsi Stare Juchy na Mazurach wyemigrowała na Islandię i większość z nich nie myśli o powrocie do ojczyzny.

Jednak dzięki dokumentowi Pawła Ziemilskiego emigranci powracają do rodzinnego miasta. Wirtualnie, bowiem za sprawą projektorów ich sylwetki wyświetlane są na domach, garażach, ścianach salonów rodziców, w przestrzeni publicznej stron rodzinnych. Ich bliscy mogą poczuć ich obecność w sposób inny, niż dotychczasowe rozmowy przez kamerkę. Dzięki sprytnej technologii wspólnie spożywają posiłki, uczestniczą w zasypianiu wnuczki, razem grają w piłkę z wnukiem. To jednak tylko iluzja, choć czasem tęsknota i potrzeba fizycznej obecności drugiej osoby oszukuje zmysły. Córka, mimo kilkunastu tysięcy kilometrów dzielących ją z matką, może wirtualnie malować jej paznokcie, a matka przymierza na jej wyświetlanej na drzwiach sylwetce ubrania, biżuterię. Syn pokazuje ojcu budowę, na której pracuje, a wszystko w skali 1:1. Rzeczywistość islandzka wychodzi poza ramy małego ekranu komputera, wchodzi na ściany mazurskich domów. Deszczowa pogoda, wiatr, a nawet zorza polarna stają się częścią codziennej przestrzeni stęsknionych bliskich w Polsce. Nawet jeśli tylko na chwilę, to mogą oni sobie wyobrazić odległe miejsce, które ich bliscy wybrali sobie na nową ojczyznę.

Byłam dzisiaj na premierze filmu “In touch” oraz spotkaniu z twórcami filmu podczas festiwalu Millennium Docs Against Gravity. Reżyser Paweł Ziemilski oraz producenci Łukasz Długołęcki i Haukur Hrafnsson z NUR opowiedzieli nie tylko o samej pracy nad filmem, ale również o emocjach, jakie wzbudzał w występujących w dokumencie bohaterach. Widzowie zgodzili się, że nie jest to tylko film o Polakach emigrujących na Islandię, ale o psychologii emigracji w ogóle. Emigrujący nie są bowiem w filmie obecni fizycznie: widzimy ich zawsze poprzez nagrania rzucane z projektorów. Również dla widza są oni więc niematerialni, odlegli, a ich historię poznajemy z perspektywy Starych Juch, ich rodzinnego miasta, oraz ich bliskich, który w codziennym życiu zmagają się z tęsknotą i braku po emigrantach. W kinowej narracji o emigracji brakuje tego punktu widzenia. Dokument “Isoland” Kuby Witka pokazuje doświadczenia Polaków mieszkających na Wyspie, jeśli padają słowa o tęsknocie za Polską i za rodziną, to jednak nigdy nie o bliskich, którzy oczekują ich z powrotem w ojczyźnie. W “In touch” natomiast stajemy po stronie tych, którzy zostali i którzy częściej mówią “Tęsknię za Tobą”, “Czekamy”, “Kiedy przyjedziesz?”.

Dokument staje się więc stadium tęsknoty, nie jest to w żadnym razie historia poszczególnych jednostek, ale raczej portret grupowy całej miejscowości, która w historii polskiej emigracji na Islandię jest rzeczywiście niezwykła. Masowe wyjazdy mieszkańców Starych Juch zaczęły się bowiem już w latach 80. i pierwszy wyjeżdżający przetarli szlak kolejnym. Jak głosi anegdota, którą przywołał reżyser, historia wyjazdów zaczęła się od Islandczyka w Polsce, który w roku 1979 trafił na Mazury i zakochał się w jednej z mieszkanek Starych Juch. Po ślubie wyjechali na Islandię, a za nimi inni bliscy. W wyniku transformacji wielu ludzi straciło pracę, a daleka Wyspa wydawała się szansą na nowe, lepsze życie. Po latach ustatkowani już niejako na obczyźnie Polacy potwierdzają, że w rodzinnych stronach nie mieliby tylu szans i możliwości dla siebie i swoich dzieci. A te, świetnie zintegrowane z Wyspą, śpiewają hity z islandzkiego radia.

Z dokumentu nie dowiadujemy się zbyt wiele o warunkach pracy, stopniu aklimatyzacji i asymilacji Polaków z Islandczykami. Poznajemy tylko strzępki islandzkiej rzeczywistości: zakład pracy, rodzinę chłopaka-Islandczyka, drogę rowerem ze szkoły, jazdę policyjnym wozem w godzinach pracy. A do tego wiele pięknych krajobrazów. Jak podkreślał reżyser, to nie miał być film pokazujący historię poszczególnych ludzi, to nie miała być opowieść o jednostkach. Dlatego bohaterowie pojawiają się i równie szybko znikają, nie poznajemy ich tak naprawdę. Jest kilka krótkich wypowiedzi wprost do kamery, ale narrację dominują fragmenty rozmów, które realizatorzy rejestrowali bezpośrednio ze Skype’a. Są tu też dłuższe wypowiedzi bliskich sobie osób, takie listy w postaci audio, które ilustrują filmową pocztówkę z Islandii. Reżyser dokumentu staje się tu więc listonoszem, który przekazuje te wiadomości za pomocą nowych technologii. Dzięki projekcjom widocznym w przestrzeni miasta, jak i wirtualnym rozmowom, kontakt wciąż jest możliwy, choć nie wypełnia pustki i tęsknoty.

“In touch” to dla mnie pozytywne zaskoczenie. Nie spodziewałam się historii opowiedzianej w ten sposób. Choć czasem narracja traci swoją spójność i niektóre przejścia wytrącają widza z równowagi, udało się twórcom uzyskać efekt “przewodnictwa interakcyjnego”, jak nazwała to jedna z uczestniczek spotkania. Wzruszamy się, kiedy widzimy starszych ludzi przytulających się do ściany czy obejmujących wirtualny obraz ich bliskich albo próbujących zrobić sobie z nim zdjęcie. Śmiejemy się, kiedy uczestniczymy w trywialnych, codziennych rozmowach o kupionych lekach czy wysadzanych przekleństwami instrukcjach dojazdu z lotniska do Reykjaviku albo wysyłki prezentów na święta. Domyślamy się, że tak przecież wygląda codzienność rodzin podzielonych emigracją: tęsknotę zaciera szereg przysług, o które dzieci proszą swoich rodziców, pustkę wypełniają wysyłane sobie prezenty oraz obietnice o następnych przyjazdach.

Polecam ten poetycki dokument. Wciąż jeszcze można oglądać go w ramach festiwalu Millennium Docs Against Gravity, informacje o godzinach seansów i biletach znajdziecie tutaj. Dokument bierze udział w konkursie głównym, będzie również podróżował po Polsce i w innych krajach, by zbierać kolejne nagrody.

Ekopatriotka Halla

W czasach kiedy lodowce topnieją, segregowanie śmieci nie uratuje planety, a w kwestiach klimatycznych strajkować muszą już nawet dzieci, Islandczycy robią film o ekopatriotyzmie.

Kobieta idzie na wojnę

tytuł oryginalny: Kona fer í stríð (eng: Woman at war)
reżyseria: Benedikt Erlingsson
rok produkcji: 2018
kraj: Islandia, Francja, Ukraina

Choć w materiałach prasowych promujących najnowszą produkcję w reżyserii Benedikta Erlingssona (twórcy O koniach i ludziach) tytułowa kobieta nazywana jest ekoterrorystką, to prawdziwa ekopatriotka. Z miłości do islandzkiej ziemi walczy ze zmieniającym dziewiczy krajobraz rozwojem przemysłu, ale – jak to z romantycznym patriotyzmem bywa – ponosi klęskę.

Mogłoby się wydawać, że Halla (Halldóra Geirharðsdóttir) robi dokładnie to, co my wszyscy powinniśmy byli zrobić już dawno temu. Mając dość niszczenia Matki Natury przez człowieka, bierze sprawy w swoje ręce. Wybiera się w interior z plecakiem i sabotuje linie energetyczne,  przez co zakłóca dostawę prądu do stolicy. Działa w sposób profesjonalny i przemyślany, ale czy na pewno? Emocje i pewność siebie, a przede wszystkim punkty zwrotne w jej życiu prywatnym, przekreślą nadzieję na wygraną z systemem. I wcale nie zdradzam Wam tym zakończenia, bo przecież wiadomo, że walka o naturę jest z góry przegrana. Doświadczamy tego codziennie, choć każdy z nas toczy podobną walkę sam ze sobą w obliczu najprostszych decyzji: co kupić, jak ugotować, czego nie zamawiać, czy zakręcić wodę podczas mycia zębów.

I nie mamy naśladować Halli poprzez wieszanie w mieszkaniu portretów Gandhiego, uprawianie wschodnich sztuk walki czy choćby nawet aktywność fizyczną (choć to ostatnie przydaje się bardzo, kiedy trzeba uciekać przed helikopterem lub dronem). Działalność Halli opiera się na bezpardonowości i prowokacji: do momentu publikacji swojego manifestu główna bohaterka jest pewna, że pociągnie za sobą miliony. Owszem, swoją płonną deklaracją zrzuconą z dachu Hotelu Borg porywa tłumy, ale tylko na chwilę: tyle, ile zajmuje retweet czy zrobienie fotki na Instagrama. Halla przegrywa walkę z systemem, bo media przekręcają jej słowa. Władze dobrze wiedzą jak przedstawić informacje, żeby wyszło na ich korzyść (a to już wiemy z własnego podwórka).

Ostatni Młodzieżowy Strajk Klimatyczny, na którym uczestniczyłam, kończył się słowami: media nie mówią o tym, co dzieje się z naszą planetą, bo wiele osób ma interes w tym, by o tym nie mówić. Na Islandii chodzi o korzystne kontrakty i układanie biznesów z Chińczykami albo Amerykanami. A skoro nawet tam,  na tej Wyspie Dziewiczej Natury i Dbałości o Środowisko, wszystko rozchodzi się o pieniądze, to jak ma być w pozostałych zakątkach planety? Gdy filmowi politycy przekonują Islandczyków o tym, że ekosabotaż doprowadzi do podwyżek cen, strach przed ukrytymi ludźmi odchodzi w zapomnienie. Lenistwo i własna wygoda są wrogiem numer jeden walki o lepsze środowisko. A Halla, oskarżająca swoją siostrę bliźniaczkę o egoizm, sama dojdzie do ściany w swojej w swoim altruizmie.

Koniecznie musicie obejrzeć ten film. Nie tylko ze względu na tematykę ekologiczną, świetny islandzki humor oraz bardzo pomysłowe wpisanie muzyki (Davíð Þór Jónsson) w narrację i obraz. Dla takiego islandofila jak ja, oglądanie tego filmu to była czysta przyjemność. Raz, że Reykjavik wydawał się tak bardzo znajomy, dwa, że twórcy przemycili do produkcji tak wiele islandzkich elementów kulturowych, że aż grzechem byłoby ich tu nie wymienić. Oto więc krótki przewodnik na przed lub po wizycie w kinie.

UWAGA SPOILER


Kobieta z gór

Fjallkonan – takim pseudonimem Halla podpisuje swój manifest. Od pierwszych chwil przywołało to uśmiech na mej twarzy, bo choć nazwę można tłumaczyć dosłownie – Halla działała w górach, stamtąd też pochodzi – to jednak postać Kobiety z gór ma znacznie dłuższą tradycję. Można poczytać o tym choćby w długim, ale bardzo solidnym, wstępie doktora Konefała do monografii kina islandzkiego. W dużym skrócie Fjallkonan jest personifikacją całej Islandii (jak niemiecka Germania czy włoska Italia). Motyw ten żywo jawił się w literaturze i sztuce XIX wieku, ale wciąż obecny jest w obchodach Święta Niepodległości 17 czerwca.  To wtedy właśnie wybiera się lokalną piękność, która dostąpi zaszczytu wystąpienia w stroju narodowym podczas ceremonii.

Thingvellir

Pewnie tego miejsca nie trzeba przedstawiać nikomu, kto co nieco słyszał o Islandii. A jednak realizatorzy filmu znów zrobili sympatyczny ukłon w stronę tych, którzy znają historię tego miejsca. Podczas wizyty delegacji z Chin w Dolinie Zgromadzeń mowa jest o władzy ustawodawczej i sądowniczej doby osadnictwa, I właśnie w momencie, kiedy przewodnik opowiada o Radzie Praw (Lögrétta), przedstawiciele islandzkiego rządu dowiadują się o wyczynie Kobiety z Gór i jej manifeście. Wszyscy stają w okręgu (właśnie jak goðar!) i naradzają się, jak sprawę zabić w zarodku. Nie ma więc przypadku, że scena ta rozgrywa się właśnie w miejscu początków islandzkiej demokracji. Mimo że to, jak zachowują się islandzcy politycy w filmie, dalekie jest od dobra ogółu.

Jón Gnarr

A kim jest ów przewodnik chińskiej grupy? Chyba tylko na Islandii jest możliwe, aby grupę tej rangi obsługiwał sam prezydent kraju. Lecz najlepszym dowcipem jest to, kto gra prezydenta Islandii. To Jón Gnarr, postać idealna do tej roli – aktor, ale i polityk. Znany na Wyspie jako człowiek wielu talentów: członek zespołu punkowego, aktor kinowych hitów, ale w ostatnich latach przede wszystkim charyzmatyczny burmistrz miasta Reykjavik. Świat poznał go nie tylko dzięki niekonwencjonalnemu stylowi zarządzania miastem, ale też dokumentowi poświęconym jego drodze do zwycięstwa w wyborach lokalnych. Gnarr wciąż próbuje swych sił w polityce, więc obsadzenie go w tej roli było znakomitym wyborem!

Kobieta-superbohaterka

Ostatnim sympatycznym intertekstem, a może raczej bezpośrednią inspiracją dla scenarzystów, jest historia pewnej Islandki sprzed lat. Chodzi o Sigríður Tómasdóttir, córkę farmera, który w XX wieku posiadał teren z wodospadem Gullfoss na swoją własność. Kiedy ojciec otrzymał propozycję sprzedania wodospadu pod budowę elektrowni wodnej pewnemu Anglikowi, Sigríður postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Ta niewykształcona, ale uparta kobieta wynajęła prawnika i przez lata procesowała się z państwem. Kiedy ostatecznie przegrała, zagroziła, że rzuci się w wody Gullfoss, skoro i tak musi być świadkiem przekształcenia jej ukochanego miejsca. Sabotaż poskutkował, bo do dzisiaj możemy oglądać jeden z najpopularniejszych wodospadów Islandii bez większej interwencji człowieka. A pomnik bohaterki stoi tuż obok.

Inna poprzedniczką filmowej Halli jest Björk. Piosenkarka wkręciła się na początku XXI wieku w projekt Náttúra, którego celem była walka z produkcją i eksportem aluminium. Piosenkarka zaangażowała się w wsparcie zielonej energii i rozwiązań odnawialnych, koncertowała i nagrywała piosenki na dobra tej sprawy. Na swój własny sposób walczyła więc z hutami aluminium na Islandii, mając ten sam cel i powód, co bohaterka filmu “Kobieta idzie na wojnę” – unikatowość dziewiczej przyrody islandzkiej.

Motywów i puszczania okiem do widza jest więcej, ale poprzestanę na tym. Nie będę psuć Wam zabawy w szukaniu ich na własną rękę.

Jak pies z kotem

W cieniu drzewa

tytuł oryginalny: Undir trénu (eng: Under the tree)
reżyseria: Hafsteinn Gunnar Sigurðsson
rok produkcji: 2017
kraj: Islandia, Dania, Polska

Znalezione obrazy dla zapytania w cieniu drzewa

Niech mi nikt więcej nie mówi, że na Islandii nie ma drzew. Otóż są, a niektóre z nich stają się świadkami niezwykłych losów ludzkich.

“W cieniu drzewa” to kolejna propozycja kinematografii islandzkiej, która dość sprawnie dostała się do polskich kin, pewnie dzięki koprodukcji i wielu znajomo brzmiącym nazwiskom realizatorów. Sam scenariusz przypomina też znane na polskim gruncie produkcje typu “Sąsiedzi”, w których mieszkańcy domku dwurodzinnego przepychają się o tytułowe drzewo. Im bardziej jedna para upomina się o ścięcie rzucającego na ich ogródek cień drzewa, tym zacieklej drugie małżeństwo odracza choćby jego przycięcie. Konflikt zaognia się i przynosi bardzo nieoczekiwane skutki…

Po superprodukcjach o islandzkich zwierzętach, takich jak “O koniach i ludziach” czy “Baranach” , trafił do nas film z kotem i psem w rolach głównych.  Akcja filmu toczy się, w przeciwieństwie do wymienionych produkcji, nie na islandzkiej wsi, ale przedmieściach Reykjaviku, a bohaterowie nie zmagają się z silnym wiatrem czy uporczywym deszczem utrudniającym pracę w gospodarstwie, lecz przesiadują w pięknie urządzonych mieszkaniach, opalają się w gustownych ogródkach czy wyjeżdżają na piknik do podmiejskiej Ikei. Nic, tylko Islandia jakiej nie zwykliśmy oglądać w docierających do nas filmach. Można by nawet powiedzieć, że twórcy filmu chcieli pokazać historię uniwersalną, nieosadzoną w islandzkim kontekście.

Właściwie poza językiem, nic w najnowszym filmie Hafsteinna Gunnara Sigurðssona nie zdradza nam Islandii. Natomiast do znudzenia natomiast bombardowani jesteśmy kryptoreklamami Ikei: naczynia w kuchni, słynna niebieska torba, wycieczka poza miasto i piknik na sklepowym parkingu, konsumpcja lodów z automatów za kasami. Bohaterowie mają iPhony i używają Maców, ale jeżdżą dość zwykłymi autami, a nawet jeden z pojawiających się na ekranie samochodów to prawdziwy grat. Mamy tu jednak obrazek islandzkiej burżuazji czy nowobogackich: przestronne biura, piękne domy, przystrzyżone ogrody. Rasowe psy i koty, które traktuje się jak pełnoprawnych członków rodziny.

Ale są też problemy. Znudzony monogamią mąż ekscytuje się dawnymi seksnagraniami z udziałem swojej byłej, więc żona wyrzuca go z domu i zabrania widywać się z córką. Jego rodzice wciąż przeżywają zaginięcie czy śmierć drugiego syna, a ocierająca się o szaleństwo matka topi smutki w winie i papierosach. Ojciec każdy problem załatwia wymykaniem się na próby chóru, a zmagający się z separacją dorosły syn zdaje się naturalnie wpasowywać w to środowisko. Sąsiedzi to natomiast pan w wieku średnim, który wymienił żonę na nowszy model, ta zaś robi wszystko, by zachować wieczną młodość i zajść w upragnioną ciążę. Kot i pies zdają się być jednymi stałymi w tej układance, dają swoim właścicielkom poczucie bezpieczeństwa i oderwanie od samotności. Stara matka przelewa swoje uczucia po zaginionym synu na ukochanego kota, natomiast jej młodsza sąsiadka pokłada w psie swoje macierzyńskie pragnienia.

Trzecia matka wyrzuca ojca swojej córki z domu, zabrania mu spotykać się z nią, odwiedzać w przedszkolu, mimo braku wyjaśnienia zarządza separację i unika kontaktu z mężem. Ten próbuje odnaleźć się w tym paradoksie, ale wcale nie walczy o małżeństwo, nie próbuje naprawić wypalonego uczucia. Znajduje swoje schronienie w namiocie rozstawionym w ogródku rodziców, popija whisky i popala trawkę, stając na straży drzewa, które sąsiad w każdej chwili może przecież dla złośliwości wyciąć.

Całość kończy się jak nieudany horror czy grecka tragedia w plastikowym kostiumie nowoczesności. Wszyscy giną, a kot jednak wraca. Niedoskonałości scenariusza ratuje jednak świetna gra aktorska, szczególnie starszych aktorów. Znani z wielu islandzkich filmów Þorsteinn Bachmann czy Sigurður Sigurjónsson grają skłóconych sąsiadów, ale najbardziej imponująca jest jednak gra Eddy Björgvinsdóttir, filmowej Ingi, która potrafi knuć i uśmiechać się ze złośliwością, ale też leżeć na podłoże z płaczem. Twarz ta nie jest szczególnie znana polskim widzom, a szkoda, bo Edda naprawdę prezentuje kawał dobrego aktorstwa.

Znalezione obrazy dla zapytania w cieniu drzewa
Edda Björgvinsdóttir jako Inga.

Czy “W cieniu drzewa” to komedia? Na pewno nie tak udana jak jej “zwierzęcy” poprzednicy. Mimo to obejrzeć warto, jak każdy islandzki film. Można nawet pobawić się w odnalezienie polskich akcentów, takich jak kubek z Bolesławca.

O wikingach i ich smokach

Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, dlaczego w sztuce wikińskiej tak często pojawiają się głowy smoków, mam dla Was odpowiedź. Wikingowie mieli kontakt ze smokami, udomowili je, ale postanowili ukryć je przed światem.

Tak przynajmniej przekonują nas animacje z serii “Jak wytresować smoka”. Z nich dowiadujemy się, że w świecie wikingów dzielni i wojowniczy przodkowie dzisiejszych Skandynawów walczyli nie tylko z obcymi plemionami, ale również z niebezpiecznymi latającymi bestiami. Pracownicy wytwórni Dreamworks chętnie czerpią z bogatego dziedzictwa wikingów, wykorzystują motywy i symbole powszechnie kojarzone z pradawnymi Skandynawami, ale powielają też wiele przykrych stereotypów, wprowadzając nieostrożnego widza w błąd. Przyjrzę się więc tej kinowej produkcji, opartej zresztą na powieściach Cressidy Cowell, żebyście mogli opowiedzieć swoim dzieciom, dlaczego ta historia nie wydarzyła się naprawdę.

“Miasto Berk”

Zacznijmy od początku, czyli od miasta Berk, którym otwiera się każda z trzech części “Jak wytresować smoka”. Oglądając filmy w wersji z dubbingiem byłam przekonana, że miasto nazywa się “Berg”. Wówczas brzmiało mi dość skandynawsko i byłam zadowolona  – “berg” to po islandzku “góra”, a wyimaginowane miasteczko znajduje się właśnie na szczycie górzystej wysepki na środku oceanu. Z wyglądu jest to wioska nad wyraz wikińska – architektura przypomina kościoły słupowe, a łodzie zwieńczone są charakterystycznymi smoczymi łbami jak każdy drakkar znany nam z muzeów i odkryć archeologicznych (jak smocze łby z Oseberg z kolekcji muzeum w Oslo).

Gdzie jest Berk? Albo: gdzie by było, gdyby istniało? W drugiej części trylogii matka Czkawki, Valka, rysuje mapę okolicy:

Nie wiem jak Wam, ale mi te kształty nie przypominają Arktyki, a nawet ten po prawej wygląda trochę jak zniekształcona Antarktyda.  I być może to jakaś autorska wędrówka kontynentów albo po prostu interpretacja własna tego, jak wyglądała Północ w tamtym czasie, ale wychodzi na to, że bohaterowie filmu tylko w teorii są wikingami. A przynajmniej jeśli przyjmiemy, że wikingami były ludy zamieszkujące Półwysep Skandynawski i podbijające arktyczne wyspy: z Islandią i Grenlandią na czele. Bohaterowie filmu mieszkają jednak gdzieś pomiędzy, na nieznanej nam wyspie, choć z pojawiających się w trylogii wrogów i stronników Berk możemy wnieść, że była to jednak Arktyka (przykładowo: łowcy smoków wyglądają i zachowują się jak Innuici).  Może to więc Wyspy Owcze? Może Svalbard? A może mityczna Ultima Thule? 😉

Mimo to miejsce wygląda znajomo. Według mnie krajobraz jest bardzo islandzki: wystarczy spojrzeć na kolumny bazaltowe, które pojawiają się w scenerii drugiej części. Są też wielopoziomowe, zapadające się wodospady, a także mnóstwo lodu, całe góry lodowe, które zgodnie z fabułą filmu są dziełem nadrzędnego samca alfa. Ów smok pluje lodem, dzięki czemu wejście do sekretnego domu smoków jest trudne do odnalezienia, co tylko podkreśla tajemniczość i niedostępność tej dalekiej od cywilizacji krainy, w której Czkawka odnajduje swoją na wpół dziką matkę żyjącą ze smokami. Jedno z pierwszych ujęć tego miejsca wygląda tak:

Scena od razu skojarzyła mi się z obrazem Caspara Davida Friedricha “Morze lodu” z 1824 roku (Kunsthalle w Hamburgu). Zbieżność jest nieprzypadkowa, bo Friedrich malując ten obraz miał na myśli właśnie Islandię, a raczej romantyczne wyobrażenie skutej lodem krainy, której nigdy nie widział na własne oczy. Dziełem tym przyczynił się jednak do popularnego w połowie XIX wieku wyobrażenia dalekiej, dzikiej Północy ukrytej pod śniegiem lub wiecznie ciemnej, gdzie nastrój budują blaski zorzy polarnej, a człowiek może odnaleźć tak ciszę i spokój utracony na ucywilizowanym kontynencie.

Znalezione obrazy dla zapytania friedrich iceberg

Wikingowie czyli kto?

Bohaterowie filmu to wikingowie, bo sami tak siebie nazywają, a do tego ich wygląd i stroje o tym świadczą. Mężczyźni są silni i noszą długie, rude brody, natomiast kobiety odważnie walczą przy ich boku. Od pierwszych chwil zauroczyły mnie te kostiumy, te pięknie odwzorowane detale sztuki wikińskiej na tarczach czy brązowych spinkach i brakteatach. Jednak czar prysł, kiedy dojrzałam rogate hełmy na głowach wikingów. W końcu od dawna już wiadomo, nawet w Hollywood i w telewizji, że wikingowie nie nosili takich hełmów. Mimo to twórcy animacji postanowili pozostać przy tym spopularyzowanym wyobrażeniu, puszczając wodze fantazji na temat kształtu i rozmiaru rogów (jedna postać ma hełm z rogami barana, co delikatnie informuje o umiejętnościach intelektualnych tego bohatera…).

Gdybym była bardzo radykalna, przewróciłabym pewnie oczami i wyłączyła film już po pierwszych kilku minutach. Rogate hełmy da się jednak wybaczyć, zważywszy na ich obecność w sklepach z pamiątkami i pokłosie XIX-wiecznych narracji o pogromcach mórz. To właśnie z fascynacji wikingami w romantyzmie i spopularyzowaniem obrazu wikinga w kulturze amerykańskiej XX wieku zrodził się hełm z rogami. Według niektórych badaczy, a mi jako historykowi sztuki podoba się ta teoria, rogaty hełm był wynikiem złego zinterpretowania sztuki wikińskiej (patrz: VI-wieczne przedstawienie berserka, reprodukcja poniżej). Choć odnaleziono przykłady rogatych hełmów z epoki brązu, np. hełmy z Veksø  (Muzeum Narodowe w Kopenhadze), traktuje się je raczej jako element ważny dla jednego z rytuałów pogańskich, niż codzienny strój wojenny wikinga.

Horned helmet Odin

Jak wiemy z sag islandzkich, wikingowie tylko przez niewielką część roku udawali się na wiking, resztę czasu poświęcali gospodarstwu domowemu i kontaktom handlowym. Mieszkańcy miasta Berk także trudnią się wyrobem różnych metalowych przedmiotów, hodowlą owiec, ale wyjeżdżają też na wojny, w tym wojny ze smokami. Ramię w ramię walczą tak mężczyźni, jak kobiety, które są odważne i niezależne (jak Valka lub Astrid), ale też stanowią podporę dla swoich mężów, którzy nie wstydzą się ukazywać swojej wrażliwości (Stoick) czy po prostu mniej walecznej natury (Czkawka). To ważny przekaz tego filmu, bo mimo stereotypu o brutalnych wikingach, wiemy też o istotnej roli ich kobiet, o tym, że musiały zajmować się gospodarstwem gdy mąż wyjeżdżał na wiking, że mogły decydować o sobie, a ich zdanie nierzadko było wysłuchiwane.

Wiara i rytuały

Bohaterowie trylogii to wikingowie sprzed przyjęcia chrześcijaństwa, bądź tacy, którzy wciąż jeszcze czczą dawnych bogów. Nie raz w dialogach padają wykrzyknienia “Na Odyna!” albo “Niech mnie Thor świśnie” (dla zainteresowanych językami dodam, że znany nam dunder to germańskie określenia pioruna, a przecież Thor władał piorunami, więc jest to wielki plus ode mnie dla twórców polskiego tłumaczenia). Choć bohaterowie nie składają im żadnych ofiar, w wiosce znajduje się babka (szamanka), której powierza się opiekę nad rannym lub zawierza przyszłość. Mimo to twórcy są niekonsekwentni – ostatnia część trylogii kończy się ślubem Astrid i Czkawki, a sama ceremonia wygląda bardzo po chrześcijańsku: panna młoda ma na sobie biały strój, a babka owija ręce młodych stułą. Można pokusić się o stwierdzenie, że w ten sposób sugeruje się widzowi przejście bohaterów na monoteizm, nie ma jednak o tym mowy w fabule.

Cała trylogia roi się bowiem od zwyczajów pogańskim. Kiedy w drugiej części umiera Stoick, ojciec Czkawki, bohaterowie urządzają mu wikiński pogrzeb. Kładą martwe ciało na łodzi, którą zgodnie z tradycją puszczano na wodę, i podpalają ją płonącymi strzałami, wypuszczanymi przez najbliższych zmarłego. Podpalona łódź płynie wgłąb morza, aby zmarły pogromca oceanów mógł na zawsze złączyć się z falami. Taka kremacja była tylko jednym z wielu rodzajów pochówków, raczej zarezerwowaną dla wodza – choć i tych chowano również w ziemi, na co wpływ miało także przyjęcie chrześcijaństwa. Znane są również pochówki w łodzi lub z kamieniami ułożonymi w jej kształt, jako że łódź miała symbolizować środek transportu do innego świata.

Po filmowym pogrzebie następuje jednak nieoczekiwana fuzja obyczajów. Wikingowie stawiali swoim wodzom kurhany lub skały runiczne, na których umieszczano krótką inskrypcję upamiętniającą zmarłego. W filmie jednak plemienni artyści wykuwają twarz Stoicka w skale (niczym na Górze Rushmore), a w ostatniej części trylogii znajdziemy ogromny kamienny pomnik Stoicka na środku osady. Wikingowie nie wykonywali rzeźbiarskich portretów, a jedyną znaną im formą pomnika były kamienie runiczne.

Podobny obraz

Może nie ma kamieni runicznych, ale często pojawiają się runy. Czkawka skrupulatnie notuje cechy wyglądu napotkanej Nocnej Furii futharkiem, natomiast podręcznik do nauki o smokach również napisany jest runami. Niby wszystko gra, bo przecież właśnie runami posługiwali się wikingowie (choć ten alfabet znany był również w innych kulturach), ale wydaje mi się, że jednak nie używali do tego papieru… Kształt run wynika między innymi z podłoża zapisków, czyli np. drewna, kamienia, w którym ryje się kreski. Jednak z uwagi nie możemy być pewni, że nie było zapisków runicznych na papierze, gdyż te nie miały szansy zachować się do naszych czasów. Natomiast w czasach spisywania sag używano już alfabetu łacińskiego, a i wtedy nie używano jeszcze papieru, ale skór zwierzęcych. Jedna z sag opowiada nawet o spodniach uszytych z dawnych manuskryptów…

No a smoki?

Wbrew pozorom nie ze względu na smoki macie mówić swoim dzieciom, że “Jak wytresować smoka” mija się z prawdą. Najbardziej rażące faktograficzne wpadki są opisane powyżej, jednak nikt chyba nie ma pewności co do samych smoków. Skoro wikingowie tak często umieszczali motyw smoka w swojej sztuce, może jednak istniały naprawdę? Znamy wiele logicznych wyjaśnień istnienia smoków w różnych mitologiach i kulturach, choćby to, że warany ziały zapachem zjadanej padliny, który był porażący jak ogień. Innym smoki kojarzą się z niedobitkami dinozaurów, szczególnie tych latających. Dla mnie fantazyjny atlas smoków przedstawionych w filmie jest niezwykły: mamy nie tylko gatunki pokrewne gadom, ale też ptakom (jak np. sowie), sam Szczerbatek z kolei najwięcej ma chyba z kota…

Największym plusem trylogii jest właśnie to, że w uroczy i pomysłowy sposób daje odpowiedź na to, skąd w sztuce wikingów tyle smoków.  Były, ale ukryły się, dlatego nikt nie może dowieść ich istnienia. Podobnie jak jednorożce, w których wiarę podtrzymywały w średniowieczu rogi narwali wysyłane do Europy z Islandii… “Jak wytresować smoka” to miła bajeczka dla dzieci i dorosłych, ale należy oglądać ją z przymrużeniem oka, bowiem nie daje nam pełnego obrazu wikingów. A szkoda, bo dzieciaki właśnie z bajek uczą się najwięcej i właśnie tutaj można byłoby przemycić im sporo interesujących faktów na temat wikingów. Szczęśliwie nasze pociechy wyjdą z kina z przekonaniem o wrażliwości serc niektórych wikingów, zrozumieniem dla niepełnosprawnych, przykładem silnych i dzielnych kobiet oraz nadzieją na ujrzenie Nocnych Furii w najmniej oczekiwanym momencie 😉

Przebudzenie

Serce z kamienia

tytuł oryginalny: Hjartasteinn (eng: Heartstone)
reżyseria: Guðmundur Arnar Guðmundsson
rok produkcji: 2016
kraj: Islandia, Dania

Debiutancki film pełnometrażowy Guðmundura Arnara Guðmundssona to historia dwóch nastoletnich chłopców, Þóra i Kristjána zamieszkujących jedną z islandzkich wsi na północy wyspy. To bliscy sobie przyjaciele, którym towarzyszymy podczas ich beztroskich wakacji, w ramach których łowią ryby, przesiadują na wysypisku, podrywają dziewczyny, ale też pracują na polu. Ich wzajemna relacja zdaje się ratować obu z nieciekawych sytuacji w domach; Þór jest wychowywany przez samotną matkę o nieciekawej reputacji, natomiast ojciec Kristjána ma problemy z alkoholem i skłonnościami do bijatyk i awantur. Obaj przeżywają też pierwsze momenty w poznawaniu swojej seksualności, która przeradza się we wzajemnie (do czasu) zainteresowanie.

Obraz Guðmundssona, choć być może odkrywa pewne tabu kultury wyspiarskiej, w żaden sposób nie wyróżnia się ze stereotypowych historii o homoseksualistach, które podaje nam chociażby Xavier Dolan. Historia cherubinowego chłopca zakochanego w swoim najlepszym przyjacielu i próbującego rozpaczliwie ukrywać ten fakt, oraz zmagającego się ze swoją, piętnowaną na prowincji, a szczególnie przez surowego ojca, orientacją, śmiertelnie zazdrosnego o obiekt swoich uczuć, to siłą rzeczy nic odkrywczego w tym gatunku. Sceny onanizujących się młodzieńców nie robią już na widzu większego wrażenia. Akcja miejscami nawet się dłuży, a pewne wątki nie mają istotnego znaczenia dla konstrukcji filmu. Produkcję ratuje jednak piękna oprawa: znakomite zdjęcia oraz muzyka, które wraz z bliskimi kadrami tworzą atmosferę intymności, złudzenie wkroczenia w skomplikowaną sferę prywatną dorastających chłopców.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Trudne sprawy

Veðramót

reżyseria: Guðný Halldórsdóttir
rok produkcji: 2007
kraj: Islandia

Co sprawiło, że z troje hipisów z młodości wyrosło na pastora, prawniczkę i menela? Dwudziestolatkowie z dobrych domów i z zaplanowaną im przez rodziców przyszłością wyruszają na północ do stojącego na pustkowiu gospodarstwa w miejscowości Veðramót. Będą zarabiać jako opiekunowie ośrodka dla trudnej młodzieży: nieletnich złodziei, sierot i wykorzystywanych seksualnie. Młodzi z hipisowską utopijnością próbują stworzyć w ośrodku przyjazne i luzackie zasady, terapią ma być praca w gospodarstwie, ale też robienie na drutach czy rozmowy przy kadzidełkach. Dzieciaki czują się tu faktycznie jak w domu, ale wraz z przyjazdem Disy (Hera Hilmar), atmosfera zaczyna się psuć. Dziewczyna, gwałcona przez ojczyma za przyzwoleniem matki-pijaczki, buntuje się przeciwko opiekunom i namawia innych podopiecznych do tego samego. Doprowadzi to do tragedii i zrujnowania życia jednemu z opiekunów.

Akcja toczy się w kolorowych latach 80., czasach dzwonów, haszyszu, gitar i podziwu dla Che Guevary, ale opowieść i podejmowanie w niej problemy są ponadczasowe. Bohaterowie muszą zmierzyć się z przeciwnościami realniejszymi od “make love, not war”, stykają się z prawdziwymi wadami społeczeństwa: kazirodztwem, przemocą w rodzinie, molestowaniem, porzuceniem. Ale też bezsilnością w rozwiązywaniu problemów – Disa zadaje bardzo ważne pytanie: dlaczego gwałcone dziewczyny więzione są w ośrodkach, a mężczyźni pozostają nieukarani?  Beztroscy hipisi przegrywają, pokonani własną bronią. Świetnie zawiązanie akcji, trzyma w napięciu, a wszystkie kwestie wyjaśniają się wraz z rozwojem fabuły. Świetna gra Hery Hilmar, choć grana przez nią postać jest przerażającą wypadkową dziecka z doświadczeniem patologii i dojrzewającą nastolatką – mieszanka niebezpieczna.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Nie zadzieraj z kobietą

Śmiech mewy

tytuł oryginalny: Mávahlátur
reżyseria: Ágúst Guðmundsson
rok produkcji: 2001
kraj: Islandia, Niemcy, Wielka Brytania

Zadziwiające, jak niewiele powstało filmów islandzkich o tak jasnym odniesieniu do miejsca Ameryki w wyobraźni Islandczyków w latach 50. Poza “Śmiechem mewy” mamy w tej tematyce chyba tylko “Diabelską wyspę” Fridrikssona. A  temat jest bardzo ciekawy, bo od połowy XX w. Islandia ma więcej wspólnego z USA niż Europą. W filmie Guðmundssona poznajemy wcielenie “amerykańskiego snu” post factum. Freya (Margrét Vilhjálmsdóttir) wraca do rodzinnej wioski po śmierci męża, amerykańskiego żołnierza, którego poznała w trakcie II wojny światowej. Wraca jako bogini; kiedyś pulchna i nieatrakcyjna, teraz kusi mężczyzn piękną figurą, a swoje liczne kuzynki walizkami wypchanymi po brzegi eleganckimi sukienkami. Szepcze się, że przyjechała upolować sobie następnego męża i dość szybko – choć nie bez przeszkód – owija sobie wokół palca zamożnego inżyniera.

Walorem filmu jest sposób opowiedzenia tej historii: z punktu widzenia małej intrygantki i bacznej obserwatorki życia miasteczka, Aggi (Ugla Egilsdóttir). Agga już od przyjazdu Freyi wyczuwa, że towarzyszą jej jakieś złe moce; piękna, ale i stanowcza kuzynka potrafi być bardzo nieobliczalna i uparta. Z jednej strony wykorzystuje swoją urodę do sterowania mężczyznami i umie odegrać się nielubianej teściowej, ale ma też złote serce dla potrzebujących. Aggę niepokoją jednak jej nietypowe zachowania: dlaczego Freya chodzi nocami na wrzosowisko? W jaki sposób przeczuwa nadchodzące wydarzenia? Czy przypadkiem nie zabiła swojego męża? Film jest naprawdę barwny i zabawny, doskonała komedia obyczajowa.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Romans wśród swądu ryb

Ingaló

reżyseria: Ásdís Thoroddsen
rok produkcji: 1992
kraj: Islandia, Findlandia, Niemcy

Tytułowa Ingaló (Sólveig Arnarsdóttir) pochodzi z małej miejscowości w północnej Islandii zajmującej się rybołówstwem. Ingaló ma kochanego brata, Sveinna; oboje marzą o wyrwaniu się z codzienności polegającej na pomocy ojcu na małej łodzi. Sveinn opuszcza ojca i zaciąga się do pracy na większym statku, wkrótce dołączy do niego siostra. Ingaló jest dziewczyną o trudnym charakterze, potrafi nieźle skopać faceta albo ugryźć policjanta, wysłano ją nawet na badania do Reykjaviku, ale stwierdzono jedynie jej ponadprzeciętną inteligencję. Tłem do historii rodzeństwa są realia zmieniającego się w latach 90. przemysłu rybnego; pracownicy strajkują ze względu na trudne warunki pracy, a właściciele zrzeszeni w Unii robią wszystko dla obniżenia kosztów.

Właściwie to nie wiadomo, o czym jest ten film. Zdecydowanie plątaninę zmieniających się scen i wątków oraz pojawiających się co raz nowych postaci spina sama tytułowa bohaterka, a wcielająca się w nią młoda aktorka jest zdecydowaną zaletą obrazu. Mamy także na drugim planie Ingvara Sigurðssona, ale do końca nie wiadomo, jaka jest jego funkcja. Niby Ingaló się w nim podkochuje, niby kieruje strajkiem robotników, a jednak pozostaje dość nudny i płaski. Film jako całość jest jednak mocno ciężkostrawny, choć do jego zalet należy wieloaspektowe przedstawienie Islandii lat 90. Fakt, że poza główną bohaterką i pozostającą w tle postacią chorego umysłowo  mężczyzny udającego, że jeździ po mieście samochodem nikt inny nie zasługuje na naszą uwagę, potwierdza tezę, że jest to film przeciętny.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Dramat rybaka

Wir

tytuł oryginalny: Brim
reżyseria: Árni Ásgeirsson
rok produkcji: 2010
kraj: Islandia, Polska

Ten film jest skomplikowany, trudny i dość smutny. Bo chyba życie rybaków takie jest. Islandczycy zresztą poświęcają im sporo miejsca w swoich filmach; trzeba pamiętać, że jednak długa tradycja rybołówstwa jest elementem wyspiarskiej tożsamości. Obraz ukazuje prawdę o życiu rybaków w czasie rejsu; z oszczędności zlecającego pracują po 16 godzin dziennie, do tego powodzenie kursu to prawdziwa loteria. Praca na łodzi wymaga siły i zdrowia, również psychicznego. Oczywiście czas wolny wypełnia się rozrywkami, takimi jak wspólne oglądania pornosa. Jednak wraz z rozwojem akcji poznajemy słabości bohaterów; nadmierna agresja czy społeczne wycofanie, a także depresja i samobójstwo – to przeszkody, z którymi muszą się zmierzyć Ludzie Morza, często trudniejsze niż sztorm albo awaria silnika.

Obraz powstał w koprodukcji z Polskim Instytutem Filmowym, gdyż reżyser: Árni Ásgeirsson jest absolwentem Łódzkiem Szkoły Filmowej (i pięknie mówi po polsku!). Jego drugi pełnometrażowy film w karierze jest jednak na wskroś islandzki; grają tu najznakomitsi aktorzy Islandii, z Ingvarem E. Sigurðssonem na czele, czy znanym z pokrewnego “Wirowi” “Na głębinie” Ólafurem Ólafssonem. Film powstał w oparciu o sztukę teatralną i prawdziwe historie. Być może dlatego znajdziemy tu kilka niewyjaśnionych scen i dziwnych zachowań bohaterów, co utrudnia całkowite wciągnięcie się w fabułę i jej śledzenie.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Z życia wariatki

Zaraz wracam

tytuł oryginalny: Skrapp út (ang: Back soon)
reżyseria: Sólveig Anspach
rok produkcji: 2008
kraj: Islandia, Francja

Anna (Didda Jónsdóttir) to niezależna kobieta w średnim wieku z dwojgiem synów, których ojcowie nie są znani. Z zawodu Anna jest największym dealerem marihuany w Reykjaviku, w wolnym czasie zaś pisuje poezję (na przykład na ścianie w swojej kuchni). Kiedy pewnego dnia jedzie na umówione spotkanie z dostawcą, zostawia pusty dom z tabliczką “zaraz wracam” na drzwiach. Wkrótce okazuje się, że “zaraz” przedłuży się o całą dobę, a zniecierpliwiony klienci na głodzie w oczekiwaniu na swoją karmicielkę urządzają w jej salonie przyjemną imprezę. Lokalną biznesmenkę zatrzymały bowiem wypadki losowe i dziwne znajomości: wspólna konsumpcja gofrów z rodziną zarządcy pobliskiego więzienia i turystką z Irlandii, ratowanie starego znajomego przed nieudaną próbą samobójczą, poznanie wielkiego fana jej poezji, który przyjeżdża specjalnie z Francji, by ją poznać, a przede wszystkim próba odzyskania telefonu komórkowego połkniętego przez gęś.

Wszystko to brzmi cudacznie, ale – chodź wszystko to całkowicie wykracza poza standardowy program dnia naszej bohaterki – mamy wrażenie, że mogło się to wydarzyć naprawdę. Sama Didda Jónsdóttir, którą możemy oglądać w “Nawałnicy” w zupełnie innej roli, okazuje się świetną, bardzo “plastyczną” aktorką. W pewnym sensie tworzy postać, której nie było jeszcze w islandzkim kinie: kobiety całkowicie decydującej o swoim losie, ciągle zjaranej i nierezygnującej z najbardziej szalonych marzeń. Ciekawy, inny obraz Islandii, niż ten, do której przywykliśmy. Świetny humor i współgrająca z klimatem muzyka.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.