Islandia w ruchomych obrazach

Warszawska odsłona festiwalu Ultima Thule – na krańcu świata, a tym samym cały projekt, zakończył się dzisiaj przepięknym koncertem polsko-austriackiego tria TRZASKA/HARNIK/BRANDLMAYR do niemego filmu “Islandia w ruchomych obrazach” z 1925 roku. Zakończenie było zdecydowanie pięknym zamknięciem całej naszej dwutygodniowej przygody z kinem i kulturą islandzką. Liczne spotkania i dyskusje prowadzone między wyświetlanymi filmami przybliżyły nam jeszcze bardziej tę uroczą wyspę.

Z około 30 tytułów naszemu Klubowi udało się obejrzeć niemal wszystkie. Byliśmy dzielni, ale wysiadywanie w ciemnej sali kinowej kilku godzin z rzędu może wykończyć nawet największego pasjonata! Wiemy, że nie byliśmy jedynymi stałymi bywalcami festiwalu – pozdrawiamy wszystkie znajome twarze i także gratulujemy wytrwałości! Wielokrotnie mowa była o wznowieniu projektu za jakiś czas, ale my na razie krzyczymy: dajcie nam odetchnąć i przetrawić te wszystkie piękne obrazy i dźwięki, z którymi stykaliśmy się w ostatnim czasie.

Poza wspaniałymi filmami, bardzo podobały nam się właśnie wydarzenia towarzyszące festiwalowi. O “Islandii okiem przybysza” już pisaliśmy; uczestniczyliśmy także w spotkaniach z islandzkimi reżyserami i aktorami. Naszym ulubionym gościem był chyba Árni Ásgeirsson, reżyser “Wiru”, który jest nota bene pierwszą koprodukcją islandzko-polską. Árni studiował w Łodzi i pięknie mówi po polsku (zna różne przekleństwa i swobodnie ich używa w publicznej dyskusji ;)). Opowiadał o dziejach produkcji samego “Wiru”, ale też o czasach studenckich w Polsce. Przyjechał tu zaraz po zburzeniu muru berlińskiego, skuszony z jednej strony egzotyzmem naszego kraju, ale też przepięknymi filmami Kieślowskiego, które miał okazję oglądać jeszcze na Islandii. Zaraz po przyjeździe poszedł na zapewniany przez Akademię Filmową kurs języka polskiego, ale najbardziej na tym kursie podobało mu się to, że nie sprawdzano obecności, więc sporo podróżował po Polsce. Potem zaczęły się już zajęcia, a nauka języka przychodziła naturalnie. Filmy Árni kręci jednak na Islandii; “Wir” to produkcja typowo islandzka, z najlepszymi gwiazdami wyspiarskiego kina. Tworzenie tego filmu w koprodukcji z Polską wiązało się przede wszystkim z aspektem marketingowym – na Islandii tylko kilkanaście tysięcy ludzi chodzi do kina, a to jednak za mało.

12381249_598500116964968_1670278192_o

Drugim wydarzeniem, którego nie mogliśmy przegapić, był koncert dziecięcego kwartetu smyczkowego w ramach projektu Efterkids. Czworo uzdolnionych dzieciaków uzupełniało utwory duńskiego zespołu Efterklang oraz islandzkiej wokalistki Soley na żywo do rzucanych na ekran teledysków. Choć zagrano tylko 6 utworów i występ trwał niecałą godzinę, to było naprawdę wzruszające doświadczenie. Smyczki przepięknie uzupełniały kawałki muzyki alternatywnej, ale też w kinie panowała świetna, wręcz rodzinna atmosfera. Wraz z zespołem ze Śląska przyjechały ich rodziny oraz twórcy projektu, chociażby autorzy pięknych wizualizacji, które zastanawiały widzów festiwalu przez długie dni, bo przed każdym seansem w sali Stolica puszczana była zapowiedź koncertu z pięknym obrazem ślizgających się po lodowisku dzieci widzianych z lotu ptaka. Na sali było pełno dzieci, które same z siebie stanęły pod sceną i zaczęły tańczyć. A muzyka sama w sobie była piękna. Myślę, że wszyscy wyszli z tego koncertu z szerokimi uśmiechami.

12674887_598500050298308_1864877733_o

12476792_598500056964974_796325129_o

Ale muzyczne wrażenia dopełniła jeszcze niedzielna dawka koncertów. O 16:30 Marcin Dymiter zagrał swój Sound(E)Scape Set – zestaw dźwięków z Reykjaviky i Warszawy, które uczestnicy festiwalu otrzymali na pamiątkowych płytach. Dźwięki te są bardzo różnorodne; od krzyków bawiących się dzieci na islandzkim wybrzeżu po komunikaty na Dworcu Centralnym w Warszawie. Wydarzeniem wieczoru był jednak koncert tria TRZASKA/HARNIK/BRANDLMAYR, który uświetnił projekcję najstarszego filmu prezentowanego na festiwalu – jedynego zachowanego dokumentu Islandii z lat 20. Obraz, a raczej “Islandia w ruchomych obrazach”, jest sam w sobie przeuroczy. Czarno-białe sceny z życia wyspy i jej piękne krajobrazy okraszone były zabawnymi opisami promującymi gospodarkę i kulturę Islandii. Niesamowitym jest to, że w ciągu tych niespełna 100 lat niewiele się zmieniło; no może poza liczbą ludności, bo wzrosła trzykrotnie. Muzyka grana na żywo do tego niemego obrazu była improwizacją trzech zdolnych muzyków: niecodzienne, wręcz elfie, dźwięki wydobywane były z instrumentów, również tych niekonwencjonalnych jak plastikowa butelka, ale również z aparatu gębowego. Audio świetnie uzupełniało wideo i na odwrót. To było piękne zamknięcie festiwalu, również trochę przewrotne – skończyliśmy na chronologicznie najwcześniejszym islandzkim filmie, ale być może nauczeni i doświadczeni jej obrazami z ostatnich 50 lat mogliśmy inaczej docenić tę “debiutancką” produkcję.

12722602_598499990298314_912147800_o

Warto wspomnieć jeszcze o tym, co każdy z nas omijał spiesząc się na filmy pełnometrażowe w obu salach kinowych, a co jednak było świetnym wypełnieniem czasu w ramach przerw między filmami, a mianowicie o wystawie IS (not)  w rotundzie kina Iluzjon zrealizowanej przez kolektyw Sputnik Photos. Na krótkich filmach możemy oglądać wywiady z Islandczykami o ukrytych ludziach, albo o tym, czym jest “izolacja” na wyspie (od gr. isola – wyspa). Trudno mówić o izolacji, jeśli na wyspie się mieszka, dlatego w języku islandzkim używa się innego słowa: einangrun, który oznacza mniej więcej “smutek samotności”.

Chcielibyśmy najserdeczniej podziękować organizatorom festiwalu za możliwość uczestniczenia w projekcie i obejrzenia wielu wspaniałych produkcji islandzkich. Gratulujemy tego przedsięwzięcia i sukcesu, który gromadził pełną salę widzów spragnionych wrażeń z krańca świata.

Ten post został napisany dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Trudne sprawy

Veðramót

reżyseria: Guðný Halldórsdóttir
rok produkcji: 2007
kraj: Islandia

Co sprawiło, że z troje hipisów z młodości wyrosło na pastora, prawniczkę i menela? Dwudziestolatkowie z dobrych domów i z zaplanowaną im przez rodziców przyszłością wyruszają na północ do stojącego na pustkowiu gospodarstwa w miejscowości Veðramót. Będą zarabiać jako opiekunowie ośrodka dla trudnej młodzieży: nieletnich złodziei, sierot i wykorzystywanych seksualnie. Młodzi z hipisowską utopijnością próbują stworzyć w ośrodku przyjazne i luzackie zasady, terapią ma być praca w gospodarstwie, ale też robienie na drutach czy rozmowy przy kadzidełkach. Dzieciaki czują się tu faktycznie jak w domu, ale wraz z przyjazdem Disy (Hera Hilmar), atmosfera zaczyna się psuć. Dziewczyna, gwałcona przez ojczyma za przyzwoleniem matki-pijaczki, buntuje się przeciwko opiekunom i namawia innych podopiecznych do tego samego. Doprowadzi to do tragedii i zrujnowania życia jednemu z opiekunów.

Akcja toczy się w kolorowych latach 80., czasach dzwonów, haszyszu, gitar i podziwu dla Che Guevary, ale opowieść i podejmowanie w niej problemy są ponadczasowe. Bohaterowie muszą zmierzyć się z przeciwnościami realniejszymi od “make love, not war”, stykają się z prawdziwymi wadami społeczeństwa: kazirodztwem, przemocą w rodzinie, molestowaniem, porzuceniem. Ale też bezsilnością w rozwiązywaniu problemów – Disa zadaje bardzo ważne pytanie: dlaczego gwałcone dziewczyny więzione są w ośrodkach, a mężczyźni pozostają nieukarani?  Beztroscy hipisi przegrywają, pokonani własną bronią. Świetnie zawiązanie akcji, trzyma w napięciu, a wszystkie kwestie wyjaśniają się wraz z rozwojem fabuły. Świetna gra Hery Hilmar, choć grana przez nią postać jest przerażającą wypadkową dziecka z doświadczeniem patologii i dojrzewającą nastolatką – mieszanka niebezpieczna.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Nie zadzieraj z kobietą

Śmiech mewy

tytuł oryginalny: Mávahlátur
reżyseria: Ágúst Guðmundsson
rok produkcji: 2001
kraj: Islandia, Niemcy, Wielka Brytania

Zadziwiające, jak niewiele powstało filmów islandzkich o tak jasnym odniesieniu do miejsca Ameryki w wyobraźni Islandczyków w latach 50. Poza “Śmiechem mewy” mamy w tej tematyce chyba tylko “Diabelską wyspę” Fridrikssona. A  temat jest bardzo ciekawy, bo od połowy XX w. Islandia ma więcej wspólnego z USA niż Europą. W filmie Guðmundssona poznajemy wcielenie “amerykańskiego snu” post factum. Freya (Margrét Vilhjálmsdóttir) wraca do rodzinnej wioski po śmierci męża, amerykańskiego żołnierza, którego poznała w trakcie II wojny światowej. Wraca jako bogini; kiedyś pulchna i nieatrakcyjna, teraz kusi mężczyzn piękną figurą, a swoje liczne kuzynki walizkami wypchanymi po brzegi eleganckimi sukienkami. Szepcze się, że przyjechała upolować sobie następnego męża i dość szybko – choć nie bez przeszkód – owija sobie wokół palca zamożnego inżyniera.

Walorem filmu jest sposób opowiedzenia tej historii: z punktu widzenia małej intrygantki i bacznej obserwatorki życia miasteczka, Aggi (Ugla Egilsdóttir). Agga już od przyjazdu Freyi wyczuwa, że towarzyszą jej jakieś złe moce; piękna, ale i stanowcza kuzynka potrafi być bardzo nieobliczalna i uparta. Z jednej strony wykorzystuje swoją urodę do sterowania mężczyznami i umie odegrać się nielubianej teściowej, ale ma też złote serce dla potrzebujących. Aggę niepokoją jednak jej nietypowe zachowania: dlaczego Freya chodzi nocami na wrzosowisko? W jaki sposób przeczuwa nadchodzące wydarzenia? Czy przypadkiem nie zabiła swojego męża? Film jest naprawdę barwny i zabawny, doskonała komedia obyczajowa.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Romans wśród swądu ryb

Ingaló

reżyseria: Ásdís Thoroddsen
rok produkcji: 1992
kraj: Islandia, Findlandia, Niemcy

Tytułowa Ingaló (Sólveig Arnarsdóttir) pochodzi z małej miejscowości w północnej Islandii zajmującej się rybołówstwem. Ingaló ma kochanego brata, Sveinna; oboje marzą o wyrwaniu się z codzienności polegającej na pomocy ojcu na małej łodzi. Sveinn opuszcza ojca i zaciąga się do pracy na większym statku, wkrótce dołączy do niego siostra. Ingaló jest dziewczyną o trudnym charakterze, potrafi nieźle skopać faceta albo ugryźć policjanta, wysłano ją nawet na badania do Reykjaviku, ale stwierdzono jedynie jej ponadprzeciętną inteligencję. Tłem do historii rodzeństwa są realia zmieniającego się w latach 90. przemysłu rybnego; pracownicy strajkują ze względu na trudne warunki pracy, a właściciele zrzeszeni w Unii robią wszystko dla obniżenia kosztów.

Właściwie to nie wiadomo, o czym jest ten film. Zdecydowanie plątaninę zmieniających się scen i wątków oraz pojawiających się co raz nowych postaci spina sama tytułowa bohaterka, a wcielająca się w nią młoda aktorka jest zdecydowaną zaletą obrazu. Mamy także na drugim planie Ingvara Sigurðssona, ale do końca nie wiadomo, jaka jest jego funkcja. Niby Ingaló się w nim podkochuje, niby kieruje strajkiem robotników, a jednak pozostaje dość nudny i płaski. Film jako całość jest jednak mocno ciężkostrawny, choć do jego zalet należy wieloaspektowe przedstawienie Islandii lat 90. Fakt, że poza główną bohaterką i pozostającą w tle postacią chorego umysłowo  mężczyzny udającego, że jeździ po mieście samochodem nikt inny nie zasługuje na naszą uwagę, potwierdza tezę, że jest to film przeciętny.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Dramat rybaka

Wir

tytuł oryginalny: Brim
reżyseria: Árni Ásgeirsson
rok produkcji: 2010
kraj: Islandia, Polska

Ten film jest skomplikowany, trudny i dość smutny. Bo chyba życie rybaków takie jest. Islandczycy zresztą poświęcają im sporo miejsca w swoich filmach; trzeba pamiętać, że jednak długa tradycja rybołówstwa jest elementem wyspiarskiej tożsamości. Obraz ukazuje prawdę o życiu rybaków w czasie rejsu; z oszczędności zlecającego pracują po 16 godzin dziennie, do tego powodzenie kursu to prawdziwa loteria. Praca na łodzi wymaga siły i zdrowia, również psychicznego. Oczywiście czas wolny wypełnia się rozrywkami, takimi jak wspólne oglądania pornosa. Jednak wraz z rozwojem akcji poznajemy słabości bohaterów; nadmierna agresja czy społeczne wycofanie, a także depresja i samobójstwo – to przeszkody, z którymi muszą się zmierzyć Ludzie Morza, często trudniejsze niż sztorm albo awaria silnika.

Obraz powstał w koprodukcji z Polskim Instytutem Filmowym, gdyż reżyser: Árni Ásgeirsson jest absolwentem Łódzkiem Szkoły Filmowej (i pięknie mówi po polsku!). Jego drugi pełnometrażowy film w karierze jest jednak na wskroś islandzki; grają tu najznakomitsi aktorzy Islandii, z Ingvarem E. Sigurðssonem na czele, czy znanym z pokrewnego “Wirowi” “Na głębinie” Ólafurem Ólafssonem. Film powstał w oparciu o sztukę teatralną i prawdziwe historie. Być może dlatego znajdziemy tu kilka niewyjaśnionych scen i dziwnych zachowań bohaterów, co utrudnia całkowite wciągnięcie się w fabułę i jej śledzenie.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Z życia wariatki

Zaraz wracam

tytuł oryginalny: Skrapp út (ang: Back soon)
reżyseria: Sólveig Anspach
rok produkcji: 2008
kraj: Islandia, Francja

Anna (Didda Jónsdóttir) to niezależna kobieta w średnim wieku z dwojgiem synów, których ojcowie nie są znani. Z zawodu Anna jest największym dealerem marihuany w Reykjaviku, w wolnym czasie zaś pisuje poezję (na przykład na ścianie w swojej kuchni). Kiedy pewnego dnia jedzie na umówione spotkanie z dostawcą, zostawia pusty dom z tabliczką “zaraz wracam” na drzwiach. Wkrótce okazuje się, że “zaraz” przedłuży się o całą dobę, a zniecierpliwiony klienci na głodzie w oczekiwaniu na swoją karmicielkę urządzają w jej salonie przyjemną imprezę. Lokalną biznesmenkę zatrzymały bowiem wypadki losowe i dziwne znajomości: wspólna konsumpcja gofrów z rodziną zarządcy pobliskiego więzienia i turystką z Irlandii, ratowanie starego znajomego przed nieudaną próbą samobójczą, poznanie wielkiego fana jej poezji, który przyjeżdża specjalnie z Francji, by ją poznać, a przede wszystkim próba odzyskania telefonu komórkowego połkniętego przez gęś.

Wszystko to brzmi cudacznie, ale – chodź wszystko to całkowicie wykracza poza standardowy program dnia naszej bohaterki – mamy wrażenie, że mogło się to wydarzyć naprawdę. Sama Didda Jónsdóttir, którą możemy oglądać w “Nawałnicy” w zupełnie innej roli, okazuje się świetną, bardzo “plastyczną” aktorką. W pewnym sensie tworzy postać, której nie było jeszcze w islandzkim kinie: kobiety całkowicie decydującej o swoim losie, ciągle zjaranej i nierezygnującej z najbardziej szalonych marzeń. Ciekawy, inny obraz Islandii, niż ten, do której przywykliśmy. Świetny humor i współgrająca z klimatem muzyka.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Szalona plebania

Duszpasterstwo pod lodowcem

tytuł oryginalny: Kristnihald undir Jökli
reżyseria: Guðný Halldórsdóttir
rok produkcji: 1989
kraj: Islandia

Adaptacja powieści islandzkiego laureata Nagrody Nobla, Halldóra Laxnessa o tym samym tytule. Do diecezji w Reykjaviku zjeżdżają się głowy najważniejszych religii świata, aby debatować nad problemem lokalnego biskupa. Jego młody “misjonariusz”, Umbi (Sigurður Sigurjónsson) przygotował niepokojący materiał podsumowujący jego wyjazd zwiadowczy do duszpasterstwa pod lodowcem Snæfellsjökull. Podobno tamtejszy pastor nie grzebie zmarłych, żyje bez żony i zaniedbuje życie duchowe swoich wiernych. Gdy Umbi dociera na zachodnie wybrzeże, okazuje się, że zwyczaje i nastawienie do życia mieszkańców parafii jest dość zaskakujące. Gospodyni pastora codziennie wypieka 17 różnych rodzajów ciast, podczas gdy sam pastor znajduje więcej powołania w podkuwaniu koni i reperowaniu kuchenek, niż odprawianiu mszy świętych. Kościół właściwie zabity jest deskami i całkowicie nieużywany, a duchowny wprost podkreśla, że nie wierzy w żadne doktryny. Wydawałoby się, że życie mieszkańców parafii płynie zwyczajnie: nie ma w nim miejsca na katolickie praktyki, za to zupełnie normalnym jest pogański kontakt z naturą czy wiara w wskrzeszenie umarłych i szamańskie uniesienia.

Zarówno powieść, jak i film na jej podstawie, to prześmiewcza satyra na życie religijne Islandczyków. Tam, gdzie luteranizm spiera się z wiarą w elfy, dociera również prąd New Age i zachłyśnięcie “nowinkami” spoza wyspy (jest i coś dla ciała: wafelki Prince Polo). Fabuła jest jednak na tyle absurdalna, a akcja w wielu punktach zaciąga widza w kozi ruch, że reżyser, Guðný Halldórsdóttir (nota bene wnuczkę Laxnessa) można nazwać islandzkim Davidem Lynchem. Surrealistyczny klimat ze złośliwym, elfim śmiechem w tle, stawia nas w pozycji głównego bohatera “może na skutek halucynacji, zmęczenia, czy głodu, opisałem owe wydarzenia w sposób chaotyczny”…

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Tam, gdzie mieszka nadzieja

Życie na kredycie

tytuł oryginalny: Vonarstræti
reżyseria: Baldvin Zophoníasson
rok produkcji: 2014
kraj: Islandia

Trzeba przyznać, że polski tytuł filmu jest bardzo mylący, bo implikuje komedią, a obraz Zophoníassona z pewnością komedią  nie jest. Splatają nam się tutaj wątki trzech bohaterów w jakiś sposób powiązanych z życiem na kredyt. Eik (Hera Hilmarsdóttir) to 24-letnia matka, która za dnia pracuje w przedszkolu, ale dla spłacenia ogromnego długu w banku nocami oddaje swoje ciało wiekowym biznesmenom. Sölvi (Thor Kristjansson) to była gwiazda futbolu, który ze względu na poważną kontuzję rozpoczyna karierę w świecie islandzkiej finansjery, ale szybko przekonuje się o konieczności zmieniania liczb w raportach w celu ocalenia firmy. Móri (Þorsteinn Bachmann) natomiast wciąż nie spłacił swojego życiowego długu względem przeszłości i samego siebie; błąkający się po pubach świetny poeta i znany pisarz nie może pogodzić sobie z błędami młodości. Każdy z nich ma przykre doświadczenia na swoim koncie, ale nie wszystkim uda się je przezwyciężyć.

To naprawdę dobry, przejmujący film. Miesza się w nim ludzka bezsilność próbująca zmierzyć się z niesprawiedliwymi przeciwnościami losu, ale też nadzieja: obecność drugiej osoby, ambicja czy po prostu wewnętrzne ciepło pozwala na krótkie chwili szczęścia i zapomnienia. Choć bohaterowie wcale nie są biali ani czarni, dobro w pewnym sensie zwycięża. Ale trzeba na nie zapracować szczerością. Do znakomitej gry aktorskiej należy zaliczyć jeszcze jeden plus filmu: muzykę Ólafura Arnaldsa.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Kino drogi

Tak czy siak

tytuł oryginalny: Á annan veg (ang: Either way)
reżyseria: Hafsteinn Gunnar Sigurðsson
rok produkcji: 2011
kraj: Islandia

Akcja toczy się w roku “1980 something” i już ta informacja pokazuje, że film będzie o sprawach niekonkretnych, mogących przytrafić się każdemu, ale – jak to w kinie islandzkim – opowiedzianych w niecodzienny sposób. Dwaj młodzi mężczyźni, Finnbogi i Alfred spędzają lato na islandzkim pustkowiu oznaczając asfaltową drogę. O celowości ich zajęcia świadczy frekwencja samochodów w okolicy – spotykamy kilkakrotnie tego samego kierowcę ciężarówki, który przywozi robotnikom zimną Colę i bimber domowej roboty. Poza tym wiemy też, że miasto znajduje się w miarę niedaleko, bo można tam dojechać w kilka godzin (na przykład na piątkową imprezę). Obu bohaterów nie łączą jedynie relacje zawodowe; Finnbogi spotyka się ze starszą siostrą Alfreda, która została na lato z córką w Wiedniu. Mężczyzna nie może doczekać się powtórnego spotkania, uczy się niemieckiego i pisze romantyczne listy do kobiety swojego życia. O dekadę młodszy Alfred marzy raczej o dziewczynie, która “przytuliłaby jego małego”, a samotne noce spędza na masturbowaniu. Pączkująca przyjaźń pomiędzy bohaterami zostanie gwałtownie zerwana, kiedy z Austrii przyjdzie list informujący Finnbogiego o zerwaniu…

Zdawałoby się, że film, w którym akcja toczy się w jednym miejscu i głównie pomiędzy dwiema postaciami, w dodatku mało rozmownymi, to idealny przepis na klapę. Trzeba jednak przyznać, że momenty ciszy służą obrazowi – budują napięcie, bo widz wielokrotnie musi długo czekać na rozwój sytuacji; rozmowy zawiązują się, ale za odpowiedzi muszą starczyć nam półsłówka i późniejsze pociągnięcie narracji. Cisza islandzkiego interioru (czasem wypełniona muzyką disco lub kasetą z niemieckimi rozmówkami) to jakby główny środek ekspresji filmu. Jeśli chodzi o scenariusz, mamy tu do czynienia z typowo “męskimi” problemami rozwiązywanymi w typowo męski sposób. Momentami przypomina “Tajemnicę Brokeback Mountain”, ale bez wątku homoseksualnego.

Życiowe fiasko?

Fíaskó

tytuł oryginalny: Fíaskó
reżyseria:  Ragnar Bragason
rok produkcji: 2000
kraj: Islandia, Dania, Niemcy

“Fíaskó” to film z gatunku wielowątkowych opowieści, opowiadający oddzielne historie postaci powiązanych więzami pokrewieństwa i mieszkających pod jednym dachem. Najpierw poznajemy Karla, rezolutnego emeryta, który podkrada córce pieniądze i zakochuje się w wygasłej już gwieździe filmowej z problemami z pamięcią, Heldze (fenomenalna Kristbjörg Kjeld). Druga historia dotyczy Júlíi, jego wnuczki, która samotność po swoim chłopaku wyjeżdżającym często na morze wypełnia nocnymi schadzkami z zamężnym mężczyzną, obaj zresztą są w niej szaleńczo zakochani. Jej matka, Steingerdur, nie może jednak pochwalić się równym powodzeniem u mężczyzn; podkochuje się w charyzmatycznym pastorze Samuelu, który z kolei chętnie wydaje pieniądze na luksusowe samochody i uprawianie nierządu ku chwale Bożej.

Film ten na tyle wyróżnia się od innych obrazów z tego gatunku, że punkty styczne opowieści nie są sztuczne ani nachalne; mamy tutaj tak naprawdę opowiedzianą tę samą historię, ale z trzech różnych punktów widzenia. Z początku niejasne sceny w drugiej lub trzeciej odsłonie zostają wyjaśnione, najczęściej z typowo islandzkim komizmem. Nierzadko zresztą całość ociera się o prześmiewczość, chociażby z (nad)gorliwej religijności prostych ludzi czy postaci pastora-erotomana. Naprawdę warto obejrzeć.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.