Filmy z krańca świata

Polska i Islandia.

Reykjavík, Gdańsk, Poznań, Warszawa.

43 filmy. 3 koncerty. 20 tysięcy uczestników.

20 marca w warszawskim kinie Iluzjon zakończył się festiwal „Ultima Thule – na krańcu świata” (strona internetowa TUTAJ), a tym samym projekt prezentacji polskich filmów na Islandii i islandzkich w Polsce. W listopadzie ubiegłego roku islandzcy widzowie Kina Paradís w Reykjavíku mieli okazję obejrzeć polskie produkcje takie jak RóżaDługDzień świra czy Plac Zbawiciela. Podobno zainteresowanie polskim kinem było ogromne, a kinowe sale bez trudu wypełniły się po brzegi.

Z kolei sukces polskiej odsłony projektu nie powinien nikogo dziwić; miłośnicy Islandii z Gdańska, Poznania i Warszawy mieli okazję obejrzeć aż 28 tytułów islandzkich, z których większość wyświetlana była w Polsce po raz pierwszy.  Seansom towarzyszyły również spotkania i masterclassy z islandzkimi twórcami, panele dyskusyjne z udziałem znakomitych gości, koncerty oraz warsztaty dla dzieci. Zainteresowani kinem islandzkim ustawiali się w kolejkach po darmowe wejściówki na filmy (wiele z nich rozeszło się bardzo szybko), inni zaś wystawali przed salami tuż przed rozpoczęciem projekcji licząc na wejście. Nie było seansu, podczas którego puste fotele rzucały się w oczy. Polska publiczność z pewnością dopisała.

fot. Danuta Matłoch

fot. Jacek Łagowski

Co nas smuci?

Organizatorem przedsięwzięcia była Filmoteka Narodowa współpracująca ze wspomnianym już kinem Paradís w Reykjavíku, a także KinoPORTem w CSW Łaźnia 2 w Gdańsku i poznańskim Nowym Kinem Pałacowym w Centrum Kultury ZAMEK, a także islandzką szkołą filmową Reykjavík Film Academy i archiwum filmowym Kvikmyndasafn Íslands. Zgodnie z zamysłem organizatorów pomysłodawców wybrano filmy reprezentatywne dla obu nacji, ale też na tyle uniwersalne, by być zrozumiałymi na obu krańcach tego projektu.

Odbiór islandzkich produkcji w Polsce miał odbyć się zgodnie z tropem emocji: pragnień, tęsknoty, śmiechu, strachu i oburzenia. W ten właśnie sposób pogrupowano niemal 30 islandzkich filmów, z których najstarszy pochodzi z 1925 roku, a najnowszy – Życie na kredycie (Vonarstræti) – z 2014 roku. Szczęśliwie dla nas, czyli polskiej publiczności, nie prezentowano filmów znanych lub łatwo dostępnych w Polsce, choć i dla początkujących amatorów islandzkiego kina Iluzjon przygotował „Islandzki aperitif”, w ramach którego w lutym bieżącego roku można było obejrzeć dotychczas dystrybuowane produkcje: Nói Albinói (2003), Na głębinie (2013) czy O koniach i ludziach (2015).

Filmy wybrane na „Ultima Thule” miały stanowić swego rodzaju przekrój wyspiarskiej kinematografii; mogliśmy zatem oglądać produkcje reprezentujące różne gatunki, ale pochodzące też z różnych lat.

Przemysł filmowy Islandii na rodzi się dopiero w późnych latach 70., kiedy to założono Icelandic Film Fund, pierwszą na wyspie instytucję współfinansującą rodzime produkcje. Anegdota głosi, że założenie Fundacji zawdzięcza się Reynirowi Oddssonowi, reżyserowi otwierającego festiwal filmu Morðsaga, który to z trudem i dzięki wsparciu finansowemu rodziny i bliskich zrealizował ten obraz. Sukces filmu miał przyczynić się do zrealizowania obietnicy pewnego posła, że kolejne produkcje będą wspierane już przez państwo. W ten sposób kino islandzkie zaczęło poważnie rozwijać się dopiero w latach 80., co jednak nie oznacza, że wcześniej nie produkowano na wyspie filmów.

fot. Jacek Łagowski

Na festiwalu można było oglądać trzy filmy sprzed 1977 roku: Islandia w ruchomych obrazach (1925) – najstarszy zachowany film niemy, swego rodzaju „spot promocyjny” samej wyspy; Wielka akcja ratownicza na Látrabjargu(1949), czarno-biały dokument z akcji ratowania brytyjskich marynarzy z tonącego statku; oraz Ostatnia farma w dolinie (1950), wdzięczna historia dla dzieci pełna motywów z islandzkiego folkloru.

Reszta wybranych tytułów prezentuje już „kolorowe lata” islandzkiego kina, a mianowicie produkcje z ostatnich 30 lat. Najwięcej filmów pochodzi już z XXI wieku, choć na festiwalu nie mogło zabraknąć twórczości Friðrika þor Friðrikssona, najsłynniejszego islandzkiego reżysera lat 90. Jego bogaty i różnorodny dorobek godnie reprezentowały Dzieci natury (1991), islandzki kandydat do Oscara. Do „klasyków” należy także Duszpasterstwo pod lodowcem (1989), ekranizacja powieści Halldóra Laxnessa zrealizowana przez jego córkę, Guðný Halldórsdóttir. Polscy widzowie mieli też okazję obejrzeć kultową Sódómę Reykjavík (polski tytuł Pilot, 1992). Poza tym nie zabrakło kina akcji (Państwo w państwie), filmu dokumentalnego (Gnarr), a także wielu świetnych komedii i poruszających dramatów z ostatnich lat.

W „Ultima Thule” brakuje wielu ważnych filmów wspomnianego już Friðrika þor Friðrikssona, a także Baltasara Kormákura, bardzo popularnego w Polsce – i pewnie z tego względu pominiętego (Iluzjon prezentował już jego twórczość dwa lata temu wyświetlając Bagno i 101 Reykjavík). Mimo to przegląd dał możliwość analizowania rozwoju islandzkiej kinematografii; widzowie mogli śledzić nie tylko postępy z zakresu techniki i sposobu realizacji filmów, ale też zmiany towarzyszące samym aktorom, bowiem ujmującą cechą wyspiarskiego kina jest stała powtarzalność tych samych twarzy.

Najczęściej można było oglądać Ingvara Eggerta Sigurðssona, o którym można już śmiało powiedzieć, że jest najpopularniejszym aktorem islandzkim, pojawia się zresztą nie tylko w islandzkich produkcjach. Na festiwalu mieliśmy okazję zobaczyć go w jego debiucie, w roli lidera strajkujących robotników przetwórni rybnej (Ingaló1992) oraz w późniejszych rolach drugoplanowych: w Nawałnicy (2003) i  Zaraz wracam (2008). Po raz pierwszy w głównej roli pokazał się nam w Zimnym świetle (2004) i jest to jedna z jego najlepszych kreacji aktorskich. Jako aktor dojrzalszy i bardziej doświadczony pojawiał się także w Wirze (2010), Metalówie (2013) czy obu częściach Państwa w państwie (2011, 2014). Artysta, amant czy gangster – Ingvar Sigurðsson potrafi zagrać niemal wszystko i w każdej swej roli jest świetny.

Islandia ma też wiele utalentowanych aktorek. Jedną z „weteranek” islandzkiego kina jest Kristbjörg Kjeld, która w najnowszych produkcjach grywa przede wszystkim miłe starsze panie (Śmiech mewy, 2001), ale potrafi zaskoczyć również rolą zagadkowej i nieco przerażającej wiedźmy (Zimne światło), a nawet emerytowanej gwiazdy filmowej (Fíaskó, 2000) – i to właśnie w tej roli urzeka najbardziej. Kilkudziesięcioletnia Helga była kiedyś piękna i rozpoznawalna, wiodła luksusowe życie z mężem-Amerykaninem w Las Vegas, jednak teraz jej uroda przeminęła z wiekiem i monotonię Reykjavíku próbuje przypudrować eleganckimi strojami z lat swojej świetności, czerwoną szminką i podawaniem gościom martini nim zapadnie mrok.

Wiele twarzy ma również Didda Jónsdóttir; w Nawałnicy poznajemy ją jako niemą pacjentkę belgijskiego szpitala cierpiącą na problemy behawioralne – przez 93 minut filmu gra wyłącznie ciałem i jej ekspresja werbalna ogranicza się do kilku słów. Natomiast w Zaraz wracam to czterdziestoletnia dealerka narkotyków i alternatywna poetka, która przeklina, pali marihuanę i załatwia się bez pardonu przy drodze, a wszystko to robi z wdziękiem małej dziewczynki.

Na koniec warto jeszcze wspomnieć o bardzo obiecującej młodej aktorce Herze Hilmar. Najwcześniejszy film z jej udziałem pokazywany na festiwalu do Veðramót (2007), w którym to nastolatka pokazuje pazur – zarówno jako aktorka, ale również grana przez nią postać. W Życiu na kredycie jest zgoła odmienna; gra młodą matkę, która dorabia jako prostytutka – tu Hera buduje postać pełną sprzeczności, dziewczynę, która jest twarda z zewnątrz, a wrażliwa w środku.

fot. Jacek Łagowski

Islandia w ruchomych obrazach

Steven Mayers z Akademii Filmowej w Reykjavíku twierdzi, że około 75% turystów przyciąga na Islandię jej wyidealizowany obraz, który wytworzyli sobie na podstawie oglądanych filmów. Z kolei Christof Wehmeier z Icelandic Film Center (instytucji od 2003 roku wspierającej islandzkich filmowców) na otwarciu warszawskiej odsłony festiwalu „Ultima Thule” wyraził nadzieję, że wybrane do projektu tytuły dadzą właśnie kompleksowy obraz wyspy. Po obejrzeniu kilkudziesięciu islandzkich produkcji zadajmy sobie więc to pytanie: jaka jest Islandia według wypuszczanych przez nią filmów?

Wbrew pozorom wcale nie ma w nich dużo islandzkich krajobrazów. A właściwie z topograficznego punktu widzenia Islandie są trzy: jest Reykjavík ze wszystkimi swoimi zaletami i wadami, głównie prezentowany jako miasto szare, bez perspektyw, nudne, ale z bujnym życiem nocnym (Pilot, 1992). Jest również islandzki interior; według twórców Tak czy siak (2011) jest on odludny, monotonny, cichy. Na koniec islandzka wieś, czy może inaczej: islandzka prowincja, a więc wszystkie miejscowości niebędące Reykjavíkiem. W Nawałnicy będzie to Vestmannaeyjar, w Duszpasterstwie pod lodowcem okolice lodowca Snæfellsjökull, natomiast w Veðramót – tytułowe miasto. Te tła filmów charakteryzują się wyeksponowaniem bliskości z naturą, ale też silnej jedności mieszkańców. Inną bardzo ważną scenerią dla islandzkich filmów jest morze; na morzu rozgrywają się filmy takie jak Wir, ale morze jest też tłem dla Ingaló, gdzie równie istotny jest motyw rybaków – ludzi morza. Ich życie zależy od kaprysów pogody i umiejętności władania naturą, sama zaś nieobliczalność islandzkich żywiołów pojawia się metaforycznie i dosłownie w filmie Wulkan (2011).

fot. Jacek Łagowski

Przyroda i krajobrazy to jedno, ale ważni są także ludzie – z ich specyficznym poczuciem humoru, nieco odmiennymi od naszych zwyczajami i inną hierarchią wartości. Oczywiście wielokrotnie podkreślony jest związek z człowieka z naturą; główną osią Dzieci natury jest właśnie ta silna potrzeba złączenia się z przyrodą, z ziemią. Miejsce przyrody w islandzkim folklorze jest ukazane w Ostatniej farmie w dolinie, gdzie przyroda personifikuje się pod postacią elfów czy trolli, a obecność pogańskich praktyk i wiary w moc Matki Natury staje się przedmiotem pastiszu w Duchowieństwu pod lodowcem. Tak jak przodkowie Islandczyków odnajdywali w naturze postaci o ludzkim kształcie, tam w islandzkim filmie człowiek przejmuje cechy żywiołów natury. We wspomnianym już Wulkanie główny bohater, Hannes (Theódór Júliusson) jest surowym ojcem i nieprzyjemnym mężem. W obliczu choroby żony jego serce jednak mięknie, a może – wrażliwe było przez cały czas, a jedynie schowane w twardym pancerzu. Reżyser filmu, Rúnar Rúnarsson tak właśnie interpretował tę postać, choć oczywiście w filmie mamy bezpośrednie nawiązanie do wybuchu Hekli.

Filmy islandzkie dają nam też pełny obraz islandzkiego społeczeństwa. Ich system wartości wynika z tradycji i historii Islandii jako państwa wolnych chłopów, związanych ze swoim gospodarstwem i trzodą, ale również państwa rybaków i marynarzy, którzy do dzisiaj stanowią jeden z głównych motywów wyspiarskich produkcji. Wiele twórców próbuje jednak przełamać ten schemat lub zmierzyć się ze stereotypami. Zamiast dziarskich wikingów mamy często niesamodzielnych trzydziestolatków bez ambicji (jak Júlli grany przez Jóna Gnarra w Ktoś taki jak ja, 2002).

Są też gangsterzy (Państwo w państwie), ale też ukazani w sposób prześmiewczy (Pilot). W społeczeństwie dumnym z równouprawnienia i dużej samodzielności kobiet od czasów średniowiecza zaskakiwać może często podejmowany problem przemocy domowej czy ojca-tyrana, zarówno jedynie sygnalizowany (Veðramót), jak i stanowczo potępiany (Morðsaga).

Femmes fatales jednak również mają swoje miejsce w islandzkim kinie, czy to będzie dziarska narkomanka (Zaraz wracam), czy demoniczna kokietka (Śmiech mewy). Dużo miejsca poświęcają islandzcy twórcy także ludziom starszym; to oni grają główne role w Dzieciach naturyWulkanie czy Fíaskó i tak jak ludzie młodzi stać ich na skrajne emocje, odważne marzenia i szalone przygody miłosne. Zresztą tarcia międzypokoleniowe są głównym tematem dylogii Ragnara Bragasona Dzieci (2006) i Rodzice (2007).

A co zaskakuje? Z filmów wynika, że niemal każdy w Islandii, czy w stolicy, czy na prowincji, płynnie posługuje się językiem angielskim (Nawałnica). Bardzo ostro respektuje się też zasady obyczajowe, takie jak zdejmowanie butów przed wejściem do domu (Zaraz wracam).

Kinematografia daje nam też dużą dawkę wiedzy na temat islandzkiej kuchni; gospodyni domowa konsumuje baranią głowę w Fíaskó, podczas eleganckiej kolacji w Morðsaga goście chwalą sarninę upolowaną przez pana domu. Zaś przekąską najczęściej przewijającą się przez filmy islandzkie jest suszona ryba; poznajemy tajniki jej wyrobu w Islandii w obrazach ruchomych, ale też doświadczamy aktu miłosnego wśród suszących się pod gołym niebem ryb (Śmiech mewy).

Bardzo ciekawie prezentuje się też religijność Islandczyków; wbrew stereotypowi wiara w elfy nie jest często wykorzystywanym motywem, choć pomieszanie pogaństwa z chrześcijaństwem zostaje podkreślone w Duszpasterstwie pod lodowcem, a swego rodzaju nadgorliwość religijną oglądamy zarówno w Fíaskó, jak i w Wirze. Nie mamy natomiast obiektywnej wizji islandzkiego protestantyzmu, która wynika z wielu innych skandynawskich filmów. Być może zatem kino potwierdza ogólne przekonanie: Islandczycy nie są zbyt religijnym narodem, ale jeśli już w coś wierzą, to w Jezusa, Odyna i ukrytych ludzi. Zabawną grą ze stereotypami może być też postać tytułowej Metalówy, a raczej reakcja mieszkańców małej miejscowości niepodzielającej sympatii do ciężkiej muzyki.

UT fot. Danuta Matłoch_8379

fot. Danuta Matłoch

Einangrun

 Jak wynika z jednej z etiud filmowych prezentowanych na towarzyszącej festiwalowi wystawie IS (not)przygotowanej przez polski kolektyw Sputnik Photos, izolacja dla Islandczyków to interesujące pojęcie. Ten internacjonalizm pochodzi od greckiego słowa „isola” oznaczającego wyspę. Tym samym w Europie kontynentalnej izolacja kojarzy się z wyspiarskością, natomiast na Ultimie Thule – z naszej perspektywy najbardziej odizolowanej, to słowo brzmi zupełnie inaczej. „Einagrun” – dosłownie „smutek samotności” to dla Islandczyków istota izolacji – jest ona nacechowana pejoratywnie. Czy Islandczycy czują się odizolowani od reszty świata i, jeśli tak, czy możemy to zobaczyć w filmach? Choć społeczeństwo to jest bardzo charakterystyczne i mamy to podkreślone w kinematografii, również istotne były wpływy zachodnie, a raczej – zza oceanu. Islandczycy lat 50. i 60. mieli zrealizować swój „amerykański sen” – młodzież prezentowana w Morðsaga, Islandzkim marzeniu (2000) czy Pilocie zasłuchuje się w amerykańskiej muzyce, nosi się „po amerykańsku”, ogląda amerykańskie filmy. Powrót kuzynki Anny z Ameryki w Śmiechu mewy wzbudza wiele emocji, a ona sama w rodzinnym miasteczku traktowana jest zupełnie inaczej odkąd została „napiętnowana” amerykańskością. Warto podkreślić też ilość wypijanej na srebrnym ekranie Coca Coli (Tak czy siak), chociaż i nasze Prince Polo miało niewielki angaż w Duszpasterstwie pod lodowcem.

Islandczykom udzielił się również kontynentalny styl życia; seks, alkohol, narkotyki, imprezy to „nowy” obraz Islandii prezentowany w filmach z naszego stulecia. Skutki wynikające z mieszania lub nadużywania powyższych mogą mieć w kinie funkcję gorzkiej nauczki (XL, 2013) lub satyry na młodzież (Pilot, Veðramót). Mogłoby się zatem wydawać, że Islandczycy wcale nie są odizolowani, są tacy jak my. Choć w filmach islandzkich więcej jest czarnego humoru i umiejętności wyśmiewania samych siebie, są to filmy, które polskiemu widzowi ogląda się z wielką przyjemnością. Być może festiwal „Ultima Thule – na krańcu świata” sprawił, że ów kraniec stał się nam bliższy, nie tylko mentalnie, ale również geograficznie – zbawieni islandzką kinematografią na wyspę pojadą kolejni turyści.

UT_Poznan_fot. Jacek Łagowski_6384

Zdjęcia zamieszczone w artykule wykorzystano dzięki uprzejmości organizatorów Festiwalu „Ultima Thule – na krańcu świata” (strona internetowa TUTAJ). Ich autorami są Danuta Matłoch i Jacek Łagowski.

Ten tekst został napisany dla strony Stacja Północ.

Islandia w ruchomych obrazach

Warszawska odsłona festiwalu Ultima Thule – na krańcu świata, a tym samym cały projekt, zakończył się dzisiaj przepięknym koncertem polsko-austriackiego tria TRZASKA/HARNIK/BRANDLMAYR do niemego filmu “Islandia w ruchomych obrazach” z 1925 roku. Zakończenie było zdecydowanie pięknym zamknięciem całej naszej dwutygodniowej przygody z kinem i kulturą islandzką. Liczne spotkania i dyskusje prowadzone między wyświetlanymi filmami przybliżyły nam jeszcze bardziej tę uroczą wyspę.

Z około 30 tytułów naszemu Klubowi udało się obejrzeć niemal wszystkie. Byliśmy dzielni, ale wysiadywanie w ciemnej sali kinowej kilku godzin z rzędu może wykończyć nawet największego pasjonata! Wiemy, że nie byliśmy jedynymi stałymi bywalcami festiwalu – pozdrawiamy wszystkie znajome twarze i także gratulujemy wytrwałości! Wielokrotnie mowa była o wznowieniu projektu za jakiś czas, ale my na razie krzyczymy: dajcie nam odetchnąć i przetrawić te wszystkie piękne obrazy i dźwięki, z którymi stykaliśmy się w ostatnim czasie.

Poza wspaniałymi filmami, bardzo podobały nam się właśnie wydarzenia towarzyszące festiwalowi. O “Islandii okiem przybysza” już pisaliśmy; uczestniczyliśmy także w spotkaniach z islandzkimi reżyserami i aktorami. Naszym ulubionym gościem był chyba Árni Ásgeirsson, reżyser “Wiru”, który jest nota bene pierwszą koprodukcją islandzko-polską. Árni studiował w Łodzi i pięknie mówi po polsku (zna różne przekleństwa i swobodnie ich używa w publicznej dyskusji ;)). Opowiadał o dziejach produkcji samego “Wiru”, ale też o czasach studenckich w Polsce. Przyjechał tu zaraz po zburzeniu muru berlińskiego, skuszony z jednej strony egzotyzmem naszego kraju, ale też przepięknymi filmami Kieślowskiego, które miał okazję oglądać jeszcze na Islandii. Zaraz po przyjeździe poszedł na zapewniany przez Akademię Filmową kurs języka polskiego, ale najbardziej na tym kursie podobało mu się to, że nie sprawdzano obecności, więc sporo podróżował po Polsce. Potem zaczęły się już zajęcia, a nauka języka przychodziła naturalnie. Filmy Árni kręci jednak na Islandii; “Wir” to produkcja typowo islandzka, z najlepszymi gwiazdami wyspiarskiego kina. Tworzenie tego filmu w koprodukcji z Polską wiązało się przede wszystkim z aspektem marketingowym – na Islandii tylko kilkanaście tysięcy ludzi chodzi do kina, a to jednak za mało.

12381249_598500116964968_1670278192_o

Drugim wydarzeniem, którego nie mogliśmy przegapić, był koncert dziecięcego kwartetu smyczkowego w ramach projektu Efterkids. Czworo uzdolnionych dzieciaków uzupełniało utwory duńskiego zespołu Efterklang oraz islandzkiej wokalistki Soley na żywo do rzucanych na ekran teledysków. Choć zagrano tylko 6 utworów i występ trwał niecałą godzinę, to było naprawdę wzruszające doświadczenie. Smyczki przepięknie uzupełniały kawałki muzyki alternatywnej, ale też w kinie panowała świetna, wręcz rodzinna atmosfera. Wraz z zespołem ze Śląska przyjechały ich rodziny oraz twórcy projektu, chociażby autorzy pięknych wizualizacji, które zastanawiały widzów festiwalu przez długie dni, bo przed każdym seansem w sali Stolica puszczana była zapowiedź koncertu z pięknym obrazem ślizgających się po lodowisku dzieci widzianych z lotu ptaka. Na sali było pełno dzieci, które same z siebie stanęły pod sceną i zaczęły tańczyć. A muzyka sama w sobie była piękna. Myślę, że wszyscy wyszli z tego koncertu z szerokimi uśmiechami.

12674887_598500050298308_1864877733_o

12476792_598500056964974_796325129_o

Ale muzyczne wrażenia dopełniła jeszcze niedzielna dawka koncertów. O 16:30 Marcin Dymiter zagrał swój Sound(E)Scape Set – zestaw dźwięków z Reykjaviky i Warszawy, które uczestnicy festiwalu otrzymali na pamiątkowych płytach. Dźwięki te są bardzo różnorodne; od krzyków bawiących się dzieci na islandzkim wybrzeżu po komunikaty na Dworcu Centralnym w Warszawie. Wydarzeniem wieczoru był jednak koncert tria TRZASKA/HARNIK/BRANDLMAYR, który uświetnił projekcję najstarszego filmu prezentowanego na festiwalu – jedynego zachowanego dokumentu Islandii z lat 20. Obraz, a raczej “Islandia w ruchomych obrazach”, jest sam w sobie przeuroczy. Czarno-białe sceny z życia wyspy i jej piękne krajobrazy okraszone były zabawnymi opisami promującymi gospodarkę i kulturę Islandii. Niesamowitym jest to, że w ciągu tych niespełna 100 lat niewiele się zmieniło; no może poza liczbą ludności, bo wzrosła trzykrotnie. Muzyka grana na żywo do tego niemego obrazu była improwizacją trzech zdolnych muzyków: niecodzienne, wręcz elfie, dźwięki wydobywane były z instrumentów, również tych niekonwencjonalnych jak plastikowa butelka, ale również z aparatu gębowego. Audio świetnie uzupełniało wideo i na odwrót. To było piękne zamknięcie festiwalu, również trochę przewrotne – skończyliśmy na chronologicznie najwcześniejszym islandzkim filmie, ale być może nauczeni i doświadczeni jej obrazami z ostatnich 50 lat mogliśmy inaczej docenić tę “debiutancką” produkcję.

12722602_598499990298314_912147800_o

Warto wspomnieć jeszcze o tym, co każdy z nas omijał spiesząc się na filmy pełnometrażowe w obu salach kinowych, a co jednak było świetnym wypełnieniem czasu w ramach przerw między filmami, a mianowicie o wystawie IS (not)  w rotundzie kina Iluzjon zrealizowanej przez kolektyw Sputnik Photos. Na krótkich filmach możemy oglądać wywiady z Islandczykami o ukrytych ludziach, albo o tym, czym jest “izolacja” na wyspie (od gr. isola – wyspa). Trudno mówić o izolacji, jeśli na wyspie się mieszka, dlatego w języku islandzkim używa się innego słowa: einangrun, który oznacza mniej więcej “smutek samotności”.

Chcielibyśmy najserdeczniej podziękować organizatorom festiwalu za możliwość uczestniczenia w projekcie i obejrzenia wielu wspaniałych produkcji islandzkich. Gratulujemy tego przedsięwzięcia i sukcesu, który gromadził pełną salę widzów spragnionych wrażeń z krańca świata.

Ten post został napisany dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Otwarcie festiwalu “Ultima Thule – na krańcu świata”

Rotunda warszawskiego Iluzjonu wypełniona wystawą multimedialną z przedstawieniami chłodnych krajobrazów, suszonych ryb i wody, w kinowym foyer wielu zniecierpliwionych gości, a z głośników kawiarni płyną znane dźwięki utworów Björk…

12837509_593777870770526_400616473_o

Warszawa wreszcie doczekała się swojej odsłony długo wyczekiwanego festiwalu Ultima Thule – na krańcu świata. Projekt, o którym Studencki Klub Islandzki wiedział od czasu jego przygotowania, został zrealizowany w czterech miastach: w Reykjaviku, Gdańsku, Poznaniu, a teraz rozpoczął się w Warszawie. Sednem całego festiwalu miała być “wymiana” narodowej kinematografii obu państw. Islandczycy zatem mogli w listopadzie ubiegłego roku oglądać klasyki polskiego kina w Reykjaviku, natomiast (co ucieszyło miłośników Islandii w naszym kraju najbardziej) – Polacy od ponad miesiąca mogą oglądać obrazy islandzkie w Polsce. I choć już od paru lat kinematografia wyspy staje się coraz popularniejsza w naszym kraju; m.in. dzięki dystrybutorowi Gutek Film możemy oglądać najnowsze produkcje, natomiast trzy lata temu starsze obrazy pokazywano na festiwalu w Katowicach, festiwal Ultima Thule to okazja do zapoznania się z szerokim spektrum kultury filmowej Islandii.

Steven Mayers, członek Icelandic Film Center i przewodniczący Akademii Filmowej w Reykjaviku, jeden z głównych gości otwartego dzisiaj w Warszawie festiwalu, powiedział, że przygotowany program daje okazję do zapoznania się z Islandią, nic bowiem tak nie oddaje obrazu danego kraju, jak kręcone w nim filmy. Warto zajrzeć do repertuaru, znajdziecie tam filmy z różnych lat (zaczynając od najstarszego chyba islandzkiego filmu z 1949 roku!), różnorodnych gatunków i o różnorodnej tematyce. Festiwalowi towarzyszą również spotkania dla dzieci, pokazy z muzyką na żywo i spotkania z islandzkimi twórcami (masterclassy, polecamy gorąco!)

Festiwal w Iluzjonie otworzył film Reynira Oddssona Mordsaga z 1977 roku. Christoph Wedmayer z Icelandic Film Center przedstawił widowni krótką historię powstawania tego filmu; został on zdigitalizowany w Londynie i pokolorowany w Reykjaviku stosunkowo niedawno, dzięki czemu odświeżono go, dodając nawet nowy podkład muzyczny (gra na pianinie). Film powstawał w bólach, gdyż jego reżyser i producent Reynir Oddsson nie mógł liczyć na dofinansowanie ze strony państwa – wówczas jeszcze takich funduszy po prostu nie było. Dlatego otrzymał tylko niewielką kwotę od Ministerstwa Kultury, a resztę pieniędzy potrzebnych do produkcji zainwestował z własnej kieszeni, pożyczając również od rodziny i znajomych. Anegdota głosi, że pewnego dnia spotkał na spacerze posła, z którym rozmawiał o swojej najnowszej produkcji. Żalił się, że gonią go terminy, a on nie ma z czego zapłacić aktorom, ekipie… Poseł powiedział mu, że jeśli zrealizowany już film odniesie sukces, on zrobi wszystko, aby stworzyć specjalny fundusz pomagający islandzkim filmowcom. Czy się udało? Niech odpowiedzią na to będzie data założenia Icelandic Film Fund – 1977 rok. Trzeba też oczywiście film obejrzeć, a my przygotowaliśmy już dla Was jego recenzję w dziale Film.

12822684_593777854103861_824074171_o

Publiczność oczekująca projekcji pierwszego seansu festiwalu, powoli niecierpliwiąca się z powodu przedłużającego się wstępu z udziałem wszystkich organizatorów i gości, bawiła się świetnie podczas odczytu kilku islandzkich nazwisk (klaskano nawet prelegentce brawo, choć czytała je niepoprawnie). Pewną nagrodą za cierpliwość był osobisty list od reżysera Oddssona, który został wygłoszony przez Wedmayera. W nim reżyser opowiada o swoich związkach z polską kinematografią, która sprowadza się do spotkania ze Zbigniewem Cybulskim w Sztokholmie. Jak twierdzi reżyser, uwielbiał naszego utalentowanego aktora, a jego gra w Popiele i diamencie, szczególnie poruszająca scena śmierci, to jedna z jego ulubionych scen śmierci w światowym kinie. Podobno Oddsson zaprosił Cybulskiego na imprezę do mieszkania, gdzie nasz rodak – lekko już wstawiony – pokazywał sztuczki z surowym jajkiem rozbijanym na czole. Gdy podano mu ręcznik kuchenny, aby się wytarł, miał owinąć się w nim jak w togę rzymską i deklamować ustępy po łacinie.

Miejmy nadzieję, że po zakończeniu festiwalu i całego projektu, stosunki polsko-islandzkie w kinematografii będą bardziej zacieśnione i zamienią się w poważniejszą współpracę.

Dodam tylko, że publiczność po seansie czekały miłe upominki!

12751760_593777917437188_1023396828_o

Do zobaczenia na festiwalu! Ultima Thule – na krańcu świata, 9 – 20.03.2016, kino Iluzjon

Ten post został napisany dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Premiera “Baranów” w Muranowie

12654630_563060973844213_5786331614041847555_n

W czwartek 4 lutego reprezentacja SKI miała okazję zobaczyć przedpremierowo film “Barany. Islandzka opowieść” w warszawskim kinie Muranów. Kino przygotowało z okazji promocji filmu dwie niespodzianki: stand z możliwością zrobienia sobie zdjęcia w roli głównych bohaterów (a właściwie bohaterów drugoplanowych, bo przecież najważniejsze są tytułowe barany ;)) oraz spotkanie z reżyserem czarnej komedii – Grímurem Hákonarsonem. Opowiadał on najpierw na pytania prowadzącego, w tym o genezę powstania filmu i inspiracje. Była mowa o tym, że w ostatnich latach islandzka kinematografia upodobała sobie problem relacji człowiek-zwierzę. Dwa lata temu oglądać mogliśmy film “O koniach i ludziach”, w których na pierwszy plan wychodzą słynne kuce islandzkie, z kolei “Barany” to opowieść o owcach, których populacja jest trzykrotnie większa od populacji ludzi. Zarówno konie i owce to dwa gatunki zwierząt, które przyjechały na Islandię z pierwszymi osadnikami i do dzisiaj prawo reguluje wprowadzanie na wyspę innych gatunków tych zwierząt, aby nie “zepsuć” oryginalnych ras i uniknąć problematycznych chorób. Film Hákonarsona opowiada właśnie o wielkiej tragedii, jaką przynosi do pewnej islandzkiej doliny nigdy niespotykana tam choroba owiec – trzęsawka. Dowiemy się, że wizja utraty owiec, czasem jedynych towarzyszek życia islandzkich rolników, może doprowadzić bohaterów do niecodziennych zachowań, a nawet skruszyć wieloletni lód pomiędzy dwoma braćmi.

12695851_582172798597700_449700878_n.jpg

Reżyser opowiadał, że dorastał na jednej z takich farm, gdzie codzienność wyznaczała hodowla owiec. Sam ma świetny kontakt ze swoim starszym bratem, a inspiracją do opowiedzianej historii była prawdziwa historia dwóch braci, którzy pokłócili się o kobietę. Gdy ona ostatecznie uciekła z trzecim mężczyzną, obaj zamilkli na wieki, a ich domy bez wychodzących na siebie wzajemnie okien, wybudowane na tej samej działce, można oglądać do dzisiaj. Z kolei pierwowzorem postaci byli dziadek (to między innymi jego dziwne zachowania dały początek scenie z filmu, kiedy Gummi całkowicie nagi sobie paznokcie u nóg wielkimi nożyczkami), a także sąsiad-pijak, którego awantury i skłonność do zamarzania odbijają się w postaci Kiddiego.

7720256.3.jpgRecenzję “Baranów” możecie przeczytać już w dziale Film.

O ścieżce dźwiękowej do obrazu i jej autorze, Atli Örvarssonie, przeczytacie na Stacja Islandia.

Ten post został napisany dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Goście z Islandii w Krakowie

W dniach 28 września – 1 października Muzeum Narodowe w Krakowie gościło trzy panie z Islandii związane z promocją kultury lub pracujące w instytucjach kultury na wyspie. Na zorganizowanych przez Muzeum warsztatach i wspólnych spotkaniach uczestniczyła nasza członkini Emiliana Konopka. Szczególnie ostatni dzień sesji, podczas którego to goście opowiadali o swoich zadaniach i celach, okazał się bardzo interesującym źródłem informacji o Islandii i samych Islandczykach.

Koordynatorka całej wymiany ze strony islandzkiej, Anna Marget Guðjónsdóttir, która reprezentowała przede wszystkim Fundację EVRIS, opowiadała o współpracy fundacji, a tym samym całej Islandii, z Europą i Unią Europejską.Ta fundacja non-profit zajmuje się przede wszystkim pomocą w pozyskiwaniu funduszy unijnych i krajów norweskich. Wiele z tych funduszy wzbogaca rozwój kultury, a pieniądze z EEA Grants (Islandia, Norwegia i Liechtenstein) nierzadko wykorzystywane są przez polskie placówki i instytucje kulturalne, np. na rok 2016 planowane jest otwarcie nowego oddziału Muzeum Narodowego w Krakowie – Pawilon Józefa Czapskiego, który ma szansę zaistnieć właściwie głównie dzięki temu funduszowi.

Co do promocji kultury na samej Islandii, Margret mówiła, że jest to jedno z jej podstawowych zadań. Wieloletnia dyrektor od spraw turystyki miasta Reykjavik, opowiadała o tym, że jeśli mówimy o promocji kultury na wyspie, to właściwie mówimy głównie o stolicy, bo tam koncentruje się większość jej mieszkańców. Ale nie tylko Islandczycy są beneficjentami projektów i strategii obmyślanych przez osoby zajmujące się kulturą. To także, a jak się okazuje – przede wszystkim – turyści, których liczba zwiększa się z roku na rok i w lecie 2016 Islandia spodziewa się ich aż 1, 2 miliona! I choć większość z nich wciąż przyciąga przede wszystkim natura wyspy, celem osób takich jak Margret jest zainteresowanie ich również islandzką kulturą.

12067398_543802792434701_1576532613_n

Jak to zrobić? Choć trudno w to uwierzyć, jeszcze 20 lat temu Islandia opracowywała ogólne strategie “zwabiania” turystów na wyspę. Były to, jeśli chodzi o sektor kultury, wydarzenia i imprezy, takie jak Reykjavik Culture Night, którą zainicjowano w sierpniu 1996, zatem w sezonie turystycznie najatrakcyjniejszym. Choć impreza ta, przypominająca niejako europejską Noc Muzeów, ale opierająca się raczej na wychodzeniu sztuki do człowieka niż człowieka do sztuki, była planowana także z myślą o społeczeństwie miasta, które miało czuć się jednocześnie gośćmi jak i współorganizatorami tej wielkiej imprezy. Margret opowiedziała także o pewnej pułapce, w jaką zaplątali się Islandczycy, co wyjaśniła na przykładzie festiwalu Iceland Airwaves, przeniesionego na listopad z uwagi na zbyt dużą ilość przyjezdnych w sezonie letnim. Islandia, a szczególnie Reykjavik, pozostaje jednak krajem o ograniczonych możliwościach, szczególnie kwaterunkowych, dlatego czasem zbyt duża ilość turystów Islandczyków po prostu przytłacza.

Druga prelegentka, Sigrun Kristjánsdóttir, wypowiadała się natomiast o samej edukacji kulturalnej w Islandii. Jako osoba odpowiedzialna za organizację wystaw i różnych wydarzeń w Muzeum Miasta Reykjavik, przedstawiała ten problem od strony nauczania historii. Muzeum posiada pięć oddziałów: Muzeum na otwartym powietrzu (skansen) Árbær, Muzeum Osadnictwa, Muzeum Morskie, Muzeum Fotografii oraz wyspę Viðey. Już samo zróżnicowanie i specyfika oddziałów pokazują jak inne spojrzenie na muzealnictwo spotykamy w Islandii. Duże zainteresowanie ekosystemem wyspy oraz ochroną środowiska, a także dbałość o pamięć i pielęgnowanie wspomnień “wspólnoty” to aspekty brane pod uwagę w szerokim programie edukacyjnym na ciekawych wystawach. Na przykład na wystawie “Consumption” uczniowie klas gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych poznają historię znanych im rzeczy, chociażby dżinsów – dowiadują się, czego potrzeba do ich produkcji, w jaki sposób dostają się do sklepów, a także co można z nimi zrobić kiedy nie nadają się już do użytku. Zresztą oferta edukacyjna, jak i nierzadko same wystawy, powstaje we współudziale nauczycieli i innych osób, które mogą mieć twórczy wkład w jej jakość. Ważna jest także sama rola i opinia odwiedzającego – aby ułatwić mu dostęp do tej edukacji, Muzeum przygotowało zestawy dla szkół, a także “memory boxes” wysyłane do ludzi starszych, którym trudno dotrzeć fizycznie do placówki. Te pudełka pamięci pełne są przedmiotów zmuszających do refleksji i wspomnień, a także rozmów o wspólnej przeszłości.

12092664_543802775768036_636477899_n

Z kolei trzeci gość, Kristín Scheving, to absolwentka Akademii Sztuk Pięknych i aktywna artystka w obszarze video-art, a także pracowniczka Galerii Narodowej. Znaczące jest to, że o samej placówce, która jest najstarszą galerią sztuki na wyspie (130 lat działa, około 11 tysięcy obiektów), Kristin mówiła niewiele. Opowiadała natomiast o potrzebie dygitalizacji dzieł sztuki, a także wszelkiego rodzaju dokonań artystów zapisanych na taśmach filmowych, kliszach, czy w ich komputerach. Idąc tym tropem sama “odtworzyła” koordynowane przez siebie przedsięwzięcia, takie jak przetworzenie dawnej rzeźni na dom kultury w małej miejscowości na wschodnim wybrzeżu i organizację pierwszego festiwalu video-art na świecie. Opowiadała też o angażowaniu lokalnych społeczności we wszelkiego rodzaju imprezy czy wydarzenia kulturalne, a także oswajanie ich ze sztuką. Jak sama przyznaje, wielu z okolicznych przychodniów miało po raz pierwszy do czynienia ze sztuką właśnie za pośrednictwem jej działań w domu kultury, a były to pierwsze spotkania dosyć mocne, bo związane właśnie z zupełnie nietradycyjnym video-artem.

12047397_543802725768041_455912501_n

Do wniosków  z odbytej wizyty studyjnej należały przede wszystkim istotne różnice wynikające z rozmiarów, a także specyfiki instytucji kultury w Polsce i w Islandii. Goście z uśmiechem zwrócili uwagę na “zwariowaną” polską biurokrację i zwróciły uwagę, jak ważne jest pytanie ludzi o ich opinie i analizowanie tych opinii, uczenie się na nich. Mamy nadzieję na wykorzystanie tych cennych kontaktów i powtórne spotkanie.

Ten post został napisany dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

O magii i runach

Za nami ostatnie (przynajmniej w tym sezonie!) spotkanie cyklu Islandzkie Opowieści dla Dorosłych. 26 czerwca w półmroku, przy dźwięku stukającego o szyby deszczu, rozmawialiśmy o magii i runach. I to w całkiem licznym gronie, bo oprócz pełnej sali towarzyszyli nam jeszcze goście – swoją głęboką wiedzą o mitologii i tradycji staroskandynawskiej i germańskiej podzielili się Marcin i Magda z Asatru Polska, portalu internetowego zrzeszającego wyznawców i sympatyków germańskiego politeizmu.

20150626_181736

20150626_181159

Słowo runa znaczy “tajemnica”, co całkiem pasuje do tego, że była to popularna, ale nie wszystkim znana sztuka. Runy to alfabet używany do zapisu przez ludy germańskie i w tym znaczeniu nie miały wiele do czynienia z magią, za to znajdywały zastosowanie zwyczajne i prozaiczne. Kupcy używali ich na targu, by oznaczyć swoim imieniem towar, ci, którzy nauczyli się pisać, ryli je na pamiątkę (“to napisałem ja na pamiątkę, że nauczyłem się pisać”), były też np. zapisem dialogu małżeńskiego. Przypominają współczesne pisanie uczniów na ławkach, zresztą żłobiono je  często właśnie w drewnie, bo było to dużo prostsze niż rycie w kamieniu. Teksty były krótkie, bo staronordycka kultura miała charakter mówiony, wiele rzeczy przechowywano w pamięci.

20150626_18455520150626_184749

20150626_184744

Ale runy były też stosowane do magicznych celów. I tu sprawa staje się bardziej skomplikowana… Zaproszeni specjaliści  asystowali prowadzącej Emilianie i na bieżąco wyjaśniali wszelkie nieścisłości, np. skąd runy dostali bogowie, a skąd ludzie? Goście przypomnieli genezę run, a więc opowieść o tym, jak Odyn wisiał na drzewie 9 światów (Yggdrasil). Magda zaznaczyła, że ludzie dostali od Odyna swój komplet run, a np. krasnale swój. Z kolei Marcin podkreślił, że run używano do wróżenia, ale bogowie mieli w odróżnieniu od ludzi do tego też bardziej specjalistyczne metody. Runy służyły różnym celom magicznym, sprawdzały się nie tylko jako rzucanie przekleństw, lecz także i miłosnego uroku.  Saga o Egilu mówi o fatalnej pomyłce w stosowaniu run: wyryte na tabliczce sprowadziły na dziewczynę chorobę zamiast miłości. Egil po zdrapaniu run wypowiedział morał historii: run nie powinien ryć ten, kto ich nie umie czytać, można bowiem zrobić nimi szkodę, a to trudne do opanowania narzędzie.

O obyczajach związanych ze stosowaniem run jako magicznych formuł dowiadujemy się z saga i poezji skaldycznej. Utwory te mówią o efektach rozmaitych run, np. wyryte na wewnętrznej stornie tarczy miały pomagać w walce albo służyły do tego, by wygłaszać piękne przemowy. Uczestnicy próbowali zgadnąć, jak można spotęgować działanie run. Powtórzenie danej runy dodawało mocy zaklęciu, stąd inskrypcje magiczne mają powtarzane litery czy zlepki run jako symbole mocy, a nie słowa. Jeżeli sprawa była ważna sprawa, to na kamień należało natrzeć krew tego, który pisał (w innych wypadkach krew ofiarnego zwierzęcia).

20150626_185717 20150626_184616 20150626_185900

Zgodnie z założeniem Islandzkich Opowieści, skupiliśmy się na tym, jak runy wykorzystywano w popkulturze. Ku zdumieniu słuchaczy od run pochodzi np. nazistowski znak SS albo znaczek bluetooth, który stanowi połączenie dwóch run (słowo bluetooth nawiązuje do Haralda Sinozębego, skandynawskiego władcy czasów średniowiecza). Współcześnie runy stosuje się jako tatuaże (np. imiona bogów), we wróżbiarstwie i ezoteryce (czy ogólnie mówiąc paranauce). Niektóre przypadki pojmowania run i kart runicznych bywają absurdalne i uproszczone do tego stopnia, że nie mają wiele wspólnego z tradycją germańską, i tak mamy np. runy na dobry związek i internetowe wróżby runiczne. W praktykach miesza się też systemy runiczne i inne kultury czy filozofie, np. dalekowschodnie (powstała nawet joga runiczna). Typowo XX-wiecznym wynalazkiem jest też historia “pustej runy”, z którą wiążą się względy czysto ekonomiczne.

A jak runy wykorzystują asatryjczycy? Wspólnota asatryjska nie ma swojej świętej księgi, w związku z czym każda grupa wyznaje własne zasady i pomysły. Marcin i Magda przyznali, że nie posługują się magią i runami, ale popularne bywają runy na talizmanach i prezentach czy stosowane jako ornamenty. W ich społeczności można przyjąć podział na grupy, z których jedna z run wróży, chce się dowiedzieć tego, co będzie, a druga stosuje je jako zaklęcia, czyli po to, by wpłynąć na to, co tu i teraz. Większość ludzi z kręgu asatryjczyków przejawia jednak zdroworozsądkowe podejście do run i magii, hołdując bardziej tradycyjnej skandynawskiej zasadzie mówiącej o tym, że trzeba być samowystarczalnym. Odczytywanie i układanie run wykorzystuje się więc po prostu do przemyśleń, zastanowienia się nad czymś z innej strony.

Zresztą w interpretacji układów runicznych występują niemałe problemy. Jedna runa bowiem ma wielość znaczeń i odniesień do pojęć. Runę rozumie się także jako dźwięk do wypowiadania, w magii wybrzmiewają jako technika wprowadzenia w trans. Tu mogliśmy wysłuchać zespołu z Norwegii, którego twórczość nawiązuje do staroislandzkiej pieśni i który w jednym z utworów prezentuje owo galdrowanie.

20150626_193148

20150626_19320120150626_19323020150626_193226

Na spotkaniu wielokrotnie podkreślaliśmy, że wróżenie z run to nie taka prosta sprawa. Także na koniec znów pojawiła się przestroga: lepiej run nie stosować, jeśli się nie wie, jak to robić.

A odczytywać runy uczyliśmy się na koniec, kiedy jako deser na stół wjechały ciasteczka runiczne. Każdy, przed zjedzeniem, mógł poznać bogate znaczenie swojej lukrowanej runy i aby to zrobić, do Marcina i Magdy ustawiła się bardzo długa kolejka… miłośników magii i łakoci 😉

20150626_193323 20150626_194105

20150626_19334120150626_19382720150626_194017

20150626_193134

Następne spotkanie z Klubem zapowiedziały poduszkowe maskonury i torby, których nieco więcej będzie można nabyć w niedzielę 28 czerwca  w warszawskim Balbarze, gdzie będziemy świętować swoje dziesiąte urodziny!

20150626_194421

20150626_194631

Ten post został napisany dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Wikingowie: fakty i mity

Brudny brutal z rogatym hełmem czy schludny mężczyzna z grzebieniem, okaz zdrowia, a do tego robiący pranie co sobotę – jaki był wiking? Uwaga: popkulturowe stereotypy podsuwają błędne podpowiedzi.

W kolejnym spotkaniu z cyklu Islandzkie Opowieści dla Dorosłych, we wtorek 17 lutego, rozprawiliśmy się z szeregiem mitów na temat wikingów. Na pytanie, kto ogląda popularny serial o tym tytule podniósł się las rąk, ale na szczęście nie wszyscy dali się nabrać na wymysły scenarzystów i popkulturową wersję realiów historycznych. Niektórzy goście na widowni wręcz zadziwili swoją znajomością faktów i odkryć, czym świetnie uzupełnili temat spotkania.

Przed spotkaniem w radiu Kampus Emiliana Konopka opowiedziała, że zainteresowanie wikingami wypłynęło z samej literatury i sag islandzkich, gdzie tradycja wikingów jest wciąż żywa. Trudno jednak powiedzieć, kim byli wikingowie. Do odpowiedzi na to pytanie przybliżyło nas znacznie poprowadzone przez Emilianę wieczorne spotkanie w bibliotece Przy Zawiszy.

spotkanie wikingowie

Czasy wikingów to okres, kiedy powstawały współczesne państwa, Dania, Norwegia, Szwecja, przyjmowano chrześcijaństwo i wznoszono pierwsze miasta. Samo określenie wiking ma aż cztery źródła: osoba walcząca na morzu (vikingr), wyprawa morska (viking), ogólne określenie Skandynawów czy klasa wyższa – wojownicy.

Znamy dobrze mit łupieżcy, który gwałcił i rabował mieszkańców zamorskich krajów. Rzeczywiście wikingowie często podróżowali, zresztą przysłużyli się rozwojowi podróży statkami, ale niewielu kradło i łupiło. Na co dzień zajmowali się rodziną i gospodarstwem, chodzili na thingi i grywali w gry planszowe. A wypływali także po to, aby się uczyć na królewskim dworze, sprzedawać towary, poznawać świat. Byli żądni przygody, ziemi i wolności. I pewnie gdyby nie te cechy, nie udałoby im się dopłynąć do Ameryki przez Kolumbem. W zależności od okoliczności udawali się na Zachód i Południe w celu sezonowych pirackich grabieży, czasem dla handlu i zakładania faktorii kupieckich, a czasem wikińscy hawdingowie stawali na czele armii, by rozszerzyć zasięg panowania.

5761_grabienie-nadmorskich-osad

Nie przypominali kreskówkowego Obelixa (może poza rudymi wąsami). Byli wysocy (średnio 170 cm, czyli niemało jak na tamte czasy), zgodnie z ówczesnym kanonem męskiego piękna rozjaśniali włosy i splatali je w staranny warkocz z tyłu głowy, której wcale nie przykrywali hełmem z rogami (tak naprawdę odnaleziono tylko jeden hełm tego rodzaju). W każdą sobotę robili pranie (na Islandii sobota do dziś nazywana jest dniem prania), byli zadbani, czyści i zdrowi, a nawet odporni na choroby, także te genetyczne.

Odznaczali się także szczególnymi przymiotami charakteru: byli bardzo honorowi, hojni, gościnni i za wszelką cenę starali się nie łamać przysiąg (oznaczało to utratę honoru!). Prowadzili z reguły spokojne życie, ale nie brakowało im odwagi, siły fizycznej i bohaterskiej zdolności do niezwykłych wyczynów. Kodeks postępowania z ery wikingów zawarty był w… poematach. Jedna z części Eddy, Havamal, czyli Pieśń Najwyższego (Odyn), przekazuje w aforystyczny sposób staroskandynawską etykę, której głównymi podmiotami są germańscy wojownicy.

Wikiński sposób prowadzenia wojen i walk, a także imanie się pewnych źle widzianych praktyk (jak handel niewolnikami i niewolnicami dla usług seksualnych), były powszechne w tamtym czasie. Za to wbrew powszechnym skojarzeniom wikingowie przyznawali wysoki status i pozycję kobietom, które mogły decydować o sobie w ważnych sprawach.

Kiedy zasiadali do stołu, aby palcami jeść zakonserwowane mięso, nie popijali z ludzkiej czaszki. Choć popić piwo, miód i wino lubili, podobnie jak bawić się przy śpiewach skaldów, występach kuglarzy i akrobatów. I, co może trudno sobie wyobrazić, jeździli także na nartach.

Prawdziwi wikingowie, mimo że odbiegają od popularnych stereotypów, pozostają barwnymi postaciami. Trudno się dziwić, że ich podkoloryzowane wyprawy są dobrym tematem filmów przygodowych. Na pewno nie nadaliby się na bohaterów tragedii ani komedii romantycznych – brakowało wielkich porywów serca i walk o tą jedną jedyną ukochaną. Będąc wikingiem, postępowało się rozważnie, a troski znosiło w milczeniu.

A tutaj można obejrzeć prezentację i samemu przekonać się, czy dobrze oceniacie “fakty” i “mity” dotyczące Wikingów 😉 wikingowie

Ten post został napisany dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Skąd się wzięły wilkołaki na Islandii?

skąd się wzięły wilkołaki na islandii2

W chłodny, ponuro-jesienny wieczór 28 listopada w bibliotece “Przy Zawiszy” zgasło światło, zapaliły się świece (w bezpiecznej odległości od książek!) i rozpoczęła się godzina w mrocznej krainie islandzkich mitów. Odbyło się pierwsze spotkanie z cyklu “Islandzkie opowieści dla dorosłych” – opowieść o wilkołakach i motywie wilka w dawnej kulturze islandzkiej.

Grupa aktorska Mimochodem wcieliła się w członków rodu Volsungów, bohaterów sagi, w której pełno jest przygód i przede wszystkim ludzkich namiętności, pożądania, zazdrości, zemsty i siły, zwłaszcza rodzinnych więzów. Poznajemy też pradawny motyw zyskiwania przez człowieka zwierzęcej odwagi i waleczności. Signy, siostra Sigmunda, wysmarowała jego twarz miodem, aby uchronić ostatniego z synów przed pożarciem przez wilki. Zajęte smakowaniem miodu zwierzę włożyło język do ust Sigmunda, który skorzystał z okazji i go odgryzł, a następnie zabił potwora. To był zaledwie początek opowieści o zmianie Sigmunda i jego przyszłego syna w wilkołaki… 

SONY DSC

Po przedstawieniu historię motywu wilkołaka w popkulturze, a na pewno to, co stanowiło silną inspirację  dzisiejszych filmów o ludziach zamieniających się w wilki, a nawet tolkienowskiego “Hobbita”, wyjaśniła krótko Emiliana Konopka. W rzeczywistości przywdziane wilczej skóry przez bohaterów sagi i ich budząca się zwierzęca siła były bardzo…. ludzkie. Chodziło bowiem o wyzwalanie okrucieństwa w samym człowieku, dochodzeniu do głosu jego skorej do gwałtu natury. Była też mowa o berserkach, niezwykle odważnych i niepokonanych wojaków Odyna, o których czytamy w sadze o Egilu czy sadze o Njalu. Ich szał bojowy (berserkgang) powodowany urokiem boskim lub po prostu substancjami halucynogennymi sprawiał, że wyli zwierzęcym głosem, gryźli własne tarcze i zabijali wszystko, co stawało im na drodze. Nierzadko walczyli właśnie w wilczych skórach, skąd już tylko krok do interpretacji, że byli islandzkimi wilkołakami…

W drugiej części spotkania Piotr Piotrowicz przeczytał fragment mitu z Eddy o dzieciach Lokiego z pewną olbrzymką: Fenrirze, Hel i wężu Jormungandzie.  Życiu i członkom rodzin w mitologii nordyckiej daleko było jednak do normalności. Dzieci Lokiego były tak naprawdę potworami. Sam Fenrir był ogromnym wilkiem, który rósł i stawał się coraz bardziej niebezpieczny, a bogowie chcąc uniknąć problemów w przyszłości postanowili go związać pod pozorem zabawy. Wilk nie był jednak naiwny i zażądał, by jeden z bogów, Tyr, zagwarantował, że może on ufać bogom i wsadził swoją rękę do jego pyska…  Cały zbeletryzowany mit możecie przeczytać na blogu Patrycji Strzeszkowskiej.

SONY DSC

Kiedy już zebrani nie mogli nadziwić się temu, jakich dziwacznych bohaterów i ich fantastycznych przygód pełna jest literatura staroislandzka, w końcowej części, skomplikowaną i tak naprawdę ludzką naturę bogów wyjaśniła Patrycja Strzeszkowska. Ich słabości, typowo ludzkie przywary, ale i namiętne okrucieństwo, nadnaturalne moce i fantastyczne wyczyny sprawiają, że nordyccy bogowie w niczym nie przypominają, tego co znamy z chrześcijańskiego charakteru boskości. Stanowią za to doskonałą kopalnię dzisiejszych historii i motywów popkulturowych. 

SONY DSC

Wszystkich tych oryginalnych, archetypicznych historii zgormadzona tłumnie publiczność z uwagą wysłuchała i nagrodziła gromkimi brawami. Po skromnym poczęstunku i zakupie toreb z maskonurem, w których się już powoli specjalizujemy, goście zniknęli w ciemnej nocy, rozchodząc się do swoich domostw. 

10730844_10152567560972635_7510687169499101122_n

SONY DSC

Zapraszamy na następne spotkanie z cyklu! Już 16 grudnia o godzinie 18:00 w tym samym miejscu będziemy opowiadać o elfach i krasnoludkach.

Ten post został napisany dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Nordyccy bogowie i my. Spotkanie z Asatru

Asatru, czyli wierni Asom, to politeistyczna religia oparta na wierzeniach zawartych w mitologii nordyckiej, zaliczana do neopogańskich ruchów religijnych.

nordyccy bogowie i my

Baraba Granops, Marcin Kozłowski i Grzegorz Gortakiewicz (na zdjęciu od prawej), Przedstawiciele polskiego Stowarzyszenia Asatryjskiego Midgard (http://midgard.org.pl/), opowiedzieli nam o bogach z rodu Asów, opisali święta i przybliżyli swoją wiarę. Spotkanie odbyło się 19 listopada w kawiarni “O obrotach ciał niebieskich” (dzisiejsza Kuchnia Sąsiedzka) na ul. Leszczyńskiej 4 w Warszawie.

20141119_191130

Asatru – z czym to się je?

Neopoganie to jak się okazuje temat, który wzbudza szerokie zainteresowanie. Publiczność w różnym wieku dopisała, a my ze swojej strony możemy tylko przeprosić za brak wystarczającej liczby krzesełek 🙂  Choć rozmowa trwała ponad dwie godziny, zebrani odprowadzili gości pod same drzwi wyjściowe, zadając kolejne pytania. Dowiedzieliśmy się, jak dziś praktykuje się wiarę w wielu bogów (np. na czym polega Blot), jak jest system wartości Asatryjczyka oraz jak wygląda sam boski świat, czyli na przykład co wyprawiał Loki, kim jest i jak wygląda Hel i przed kim Thor broni świat ziemski, wywołując burze swoim młotem.

20141119_192246

Neopoganizm czy po prostu poganizm

Nie lubią być nazywani neopoganami, bo, jak twierdzą, ten system wierzeń nigdy nie stracił ciągłości. Poganie mają ponad dziesięć okazji do świętowania w ciągu roku, ale jako święto traktowane są także osobiste wydarzenia w życiu. Panteon bogów to dla nich jak wielka rodzina. Marcin Kozłowski tłumaczył, że tak jak nie z każdą ciotką ma się tak samo dobry kontakt, tak i jednych bogów preferuje się bardziej od innych. Rodzinne, bliskie relacje panują także wśród współwierzących. Do pogan może dołączyć każdy, kto czuje, że ta wiara jest mu bliska. Nie są zhierarchizowaną strukturą, nie mają swojego “papieża”, a moment inicjacji może być dla każdego inny, na przykład pierwsze samodzielnie zorganizowane święto. Zapraszamy do pogłębiania wiedzy o nordyckiej mitologii i bogach na stronie asatru.com.pl

20141119_192001 20141119_19225220141119_194216

Ten post został napisany dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Wyjazd do stadniny Punktur

Koń islandzki to jeden z najpopularniejszych symboli Islandii. Pojechaliśmy do jedynej stadniny Icelanderów w Polsce, żeby poznać te zwierzęta bliżej.

SONY DSC

12 października 2014 roku członkinie SKI: Kasia Petruk, Aneta Feręczkowska, Paulina Wisz, Agnieszka Dziki i Emiliana Konopka udały się do Lwówka Śląskiego, a konkretniej do znajdującej się pod Lwówkiem miejscowości o przepięknej nazwie Dębowy Gaj. Naszym celem były odwiedziny w jedynej w Polsce stadninie kuców islandzkich, Punktur (http://punktur.pl/stadnina). Właściciele oprowadzili nas po stadninie, opowiedzieli nam o specyfice rasy Icelanderów, a także mieliśmy okazję wsiąść na grzbiety tych wyjątkowych koni i poznać ich chód – „tölt”.

SONY DSC

SONY DSC

Do stadniny dojechałyśmy około godziny 13:00 po długiej i męczącej podróży z Warszawy.  Przyjęto nas bardzo gościnnie i uraczono domowym poczęstunkiem, który zjadłyśmy w towarzystwie pracowników i gości stadniny. Podczas posiłku dowiedziałyśmy się trochę i historii samej stadniny – jej właściciele przyjechali do Polski z Holandii wraz z końmi, które mieli w tamtejszej stadninie, by założyć większe gospodarstwo. Specjalizują się w hodowli koni rasy Icelander i sprzedaży, a także prowadzeniu kursów jazdy na koniach. My okazałyśmy się nietypowymi gośćmi, bo pierwszymi, które chciały zobaczyć konie ze względu na samą miłość do Islandii 😉 Po poczęstunku Weronika i Łukasz zabrali nas na małą wycieczkę po rozległej stadninie.

Na początku Weronika opowiedziała nam o samych koniach ze stadniny Punktur. Właściciele przywiezli ze sobą z Holandii kilkadziesiąt okazów, a w Polsce narodziło się już nowe pokolenie. Większość koni to klacze. Nazywa je się imionami islandzkimi, w Punktur są to nazwy biorące się od gatunków kwiatów 😉

SONY DSC

Potem Łukasz pokazał nam same zwierzęta. Pierwsze spotkanie z końmi odbyło się w kameralnej atmosferze. Dzień był wyjątkowo gorący, dlatego konie – z naturalnie grubą skórą i specyficzną sierścią – schroniły się w cieniu drzew, niektóre nawet chłodziły się w niewielkim strumyku znajdującym się na ogromnych terenach stadniny. Żeby je odnaleźć musiałyśmy wraz z naszym przewodnikiem przedrzeć się przez zarośla niewykoszonego pastwiska (przecież konie muszą coś jeść!) i dostać do niewielkiego zagajnika, w którym się schowały. Konie okazały się niezwykle nieśmiałe, ale jednocześnie bardzo przyjazne. Po kilku chwilach dawały się głaskać i chętnie pozowały nam do zdjęć.

SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC

Konie obserwowały także nas.

SONY DSC

SONY DSC

Inne konie ukryły się w stajni. Niektóre z nich miały objawy choroby skórnej, egzemy, która uwidocznia się poprzeć linienie sierści. Jest to związane ze zmianami klimatycznymi, do których musi dostosować się zwierzę – jeśli jest mu zbyt gorąco, jego przyzwyczajona do mrozów sierść reaguje na nadmiar ciepła. Konie islandzkie są wyjątkową rasą ze względu na to, że mieszanie osobników z przedstawicielami innej rasy jest surowo zabronione. Zwierzęta, które przyjechały na wyspę wraz z pierwszymi osadnikami Islandii w IX wieku niewiele różnią się od dzisiejszych Icelanderów chociażby ze względu na to, że przez długie stulecia nie wpuszczano na wyspę innych koni, a ten, który opuścił ją nie mógł już na nią wrócić.

Koń islandzki – jaki jest każdy widzi?

Icelandery są stosunkowo niskie i dlatego czasem nazywa się je “kucami”. Ich budowa i siła wynikają z pierwotnych zadań konia na wyspie – było to zwierzę potrzebne w gospodarstwie. Wikongowie nie wyruszali raczej na wojny na koniach, tak jak to się działo w innych państwach średniowiecznych Europy. Nie oznacza to jednak, że obecnie nie są atrakcyjne pod kątem jeździectwa – wręcz przeciwnie!

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Tölt, czyli nietypowy chód konia islandzkiego

Najpopularniejsze rasy koni, np. arabskie, charakteryzują się diagonalnym chodem, to znaczy, że nogi konia podczas kłosu występują naprzemiennie. Konie islandzkie natomiast są przedstawicielami rzadszego chodu lateralnego (jednostronnego, bocznego). W stadninie Punktur zaprezentowano nam chody Icelandera. Najbardziej znanym chodem jest tólt, który udało nam się zobaczyć na własne oczy! Dźwięk uderzeń czterech kopyt o ziemię jest niezapomniany – “pokkepokkepopokkepokke”. Sekwencja stawiania kopyt jest taka sama jak w stępie, tylko z tą róznicą , że w stępie dwa albo trzy kopyta dotykają ziemi, a w tolcie jedno lub dwa.

SONY DSCSONY DSC SONY DSC SONY DSC

Na koniec same miałyśmy okazję przekonać się, jak dosiada się islandzkiego konia. Zanim założymy siodło, trzeba go przede wszystkim porządnie wyszczotkować. Po całodziennych przebieżkach wśród zarośli w sierści pełno jest rzepów i mchu, które – niewyczesane – obtarłyby konia po założeniu siodła. Poza tym do jazdy koń, jak i jeździec, musi być elegancki!

SONY DSC

Potem kolejno wsiadałyśmy na konia. Choć są one niskie i tak niełatwo było wsiąść za pierwszym razem, szczególnie jeśli nie miało się dotychczas dużego doświadczenia z jazdą konną. Łukasz pokazywał nam chody i chociaż na początku z boku wyglądało to fajnie, każda z czas czuła trochę stresu. A kiedy wyprostujesz sylwetkę i tym samym lekko dociśniesz siodła, koń rozumie to jako komendę, więc lepiej uważać!

SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC

Na zakończenie wizyty jeszcze raz udałyśmy się na spacer po gospodarstwie, żeby po raz ostatni spojrzeć na konie (i pożegnać się!).

  SONY DSC

Bardzo dziękujemy pracownikom i właścicielom stadniny Punktur za wspaniały dzień!
Wszystkim gorąco polecamy wizytę w stadninie. Te konie naprawdę trzeba poznać 😉

SONY DSC

SONY DSC

Ten post został napisany dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.