Życiowe fiasko?

Fíaskó

tytuł oryginalny: Fíaskó
reżyseria:  Ragnar Bragason
rok produkcji: 2000
kraj: Islandia, Dania, Niemcy

“Fíaskó” to film z gatunku wielowątkowych opowieści, opowiadający oddzielne historie postaci powiązanych więzami pokrewieństwa i mieszkających pod jednym dachem. Najpierw poznajemy Karla, rezolutnego emeryta, który podkrada córce pieniądze i zakochuje się w wygasłej już gwieździe filmowej z problemami z pamięcią, Heldze (fenomenalna Kristbjörg Kjeld). Druga historia dotyczy Júlíi, jego wnuczki, która samotność po swoim chłopaku wyjeżdżającym często na morze wypełnia nocnymi schadzkami z zamężnym mężczyzną, obaj zresztą są w niej szaleńczo zakochani. Jej matka, Steingerdur, nie może jednak pochwalić się równym powodzeniem u mężczyzn; podkochuje się w charyzmatycznym pastorze Samuelu, który z kolei chętnie wydaje pieniądze na luksusowe samochody i uprawianie nierządu ku chwale Bożej.

Film ten na tyle wyróżnia się od innych obrazów z tego gatunku, że punkty styczne opowieści nie są sztuczne ani nachalne; mamy tutaj tak naprawdę opowiedzianą tę samą historię, ale z trzech różnych punktów widzenia. Z początku niejasne sceny w drugiej lub trzeciej odsłonie zostają wyjaśnione, najczęściej z typowo islandzkim komizmem. Nierzadko zresztą całość ociera się o prześmiewczość, chociażby z (nad)gorliwej religijności prostych ludzi czy postaci pastora-erotomana. Naprawdę warto obejrzeć.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Kraina dziecięcych snów

Ostania farma w dolinie

tytuł oryginalny: Siðasti bærinn í dalnum
reżyseria:  Óskar Gíslason, Ævar Kvaran
rok produkcji: 1950
kraj: Islandia

Film z gatunku “familijne” to opowieść o rodzeństwie mieszkającym na tytułowej farmie z ojcem i babcią. Borgur spędza beztroskie dzieciństwo nad rzeką lub budując mały domek dla lalek (ale bez lalek) oraz na zabawach z siostrą i gospodarskimi zwierzętami. Pewnego dnia spotyka nad potokiem karła, który zgubił w nurtach rzeki czapkę niewidkę… Pomoc krasnalowi sprawi, że chłopiec będzie mógł liczyć na wsparcie Królowej Elfów w trudnych momentach. Okaże się, że pomoc wkrótce się przyda – para trollów próbuje pozbyć się ostatniej rodziny z opustoszałej już doliny i pod postacią ludzką dostają się do domostwa, aby wykraść chroniący rodzinę amulet.

To jeden z najstarszych filmów w kinematografii islandzkiej i trzeba przyznać, że ówczesne możliwości i stan wiedzy na temat produkcji filmów dodają temu obrazowi mnóstwo uroku. Jest to oczywiście opowieść dla dzieci, pełna magicznych stworów z islandzkiego folkloru, ale dorosły odnajdzie tu to, czego kino islandzkie stara się unikać – właśnie tego mitycznego świata “ukrytych ludzi”. Proste efekty specjalne, głównie polegające na znikaniu lub pojawianiu się postaci i przedmiotów poprzez mniej lub bardziej udany montaż, czy fakt, że dźwięk często nie pokrywa się z obrazem nie przeszkadzają widzowi, bo film jak na lata 50. jest naprawdę bardzo dobry, choć być może za długi, nużący. Wielkim atutem jest piękna ścieżka dźwiękowa.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Powrót do początków

Dzieci natury

tytuł oryginalny: Börn náttúrunnar (ang: Children of nature)
reżyseria:  Fridrik Thor Fridriksson
rok produkcji: 1991
kraj: Islandia, Niemcy, Norwegia

Tytułowe “dzieci natury” prawdziwe dzieciństwo od dawna mają za sobą. Bohaterami obrazu Fridrika Thora Fridrikssona są Thorgeir i Stella, przyjaciele z tej samej wioski, którzy przypadkiem po wielu, wielu latach spotykają się w tym samym domu starców. Thorgeir jest świeżym podopiecznym; kilka dni temu zostawił swój rodzinny dom na północnym wybrzeżu i z fotografią swojej zmarłej żony oraz zabytkowym zegarem wprowadził się do dawno niewidzianej córki mieszkającej w Reykjaviku. Szybko jednak okazuje się, że nie ma tam dla niego miejsca i córka wysyła ojca do ośrodka. Stella jest natomiast pensjonarką z długim stażem, wciąż jednak nie może pogodzić się z myślą, że miałaby zostać pochowana tu, “ze śmieciami”, zamiast na swoim rodzinnym cmentarzu. Dlatego obaj 70-latkowie obmyślają plan ucieczki; kupują adidasy cichobiegi i pod osłoną nocy uprowadzają stojącego obok domu starców jeepa.

Scenariusz ich podróży jest pełen przeszkód: poszukiwani przez policję, zaskoczeni usterką w samochodzie, będą musieli zdać się na własne nogi – wszystko to brzmi jak ucieczki rodem z amerykańskich filmów, ale głównym ośrodkiem komizmu jest właśnie wiek bohaterów. Zresztą “Dzieci natury” to pod żadnym pozorem nie jest komedia. Jak zwykle w islandzkim kinie nie brak tu subtelnego, ale stanowczego humoru, jednak widz wychodzi z kina poruszony. To piękny film o samotności starszych osób, ale też o umierającej islandzkiej wsi. Wraz z tym pokoleniem zdają się wymierać stare tradycje: wspólne śpiewy przy pędzeniu owiec, przywiązanie do przyrody, ale też potrzeba kontaktu z drugim człowiekiem. Ważnym problemem jest tu też wolność człowieka: tracimy ją wraz z procesem starzenia się, kiedy zaczynają decydować za nas własne dzieci i pielęgniarki, ale tracimy ją także wtedy, kiedy odłączymy się od Matki Natury.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Wiek wybuchów

Wulkan

tytuł oryginalny: Eldfjall (ang: Volcano)
reżyseria:  Rúnar Rúnarsson
rok produkcji: 2011
kraj: Islandia, Dania

Hannesa (Theódór Júliusson) poznajemy w chwili, gdy odchodzi na emeryturę. Jego życie, dotąd całkowicie poświęcone pracy, traci sens. Dom zdaje się nie być jego ulubionym miejscem; skłócony z dziećmi, wiecznie krytykujący żonę, woli spędzać czas najdłuższych wakacji życia na połowie ryb i majsterkowaniu. Jednak gdy podczas jednej z wypraw na pełne morze jego ukochana łódź zaczyna przeciekać, Hannes zdaje sobie sprawę, że tak jak ona jest już bezużyteczny. Kiedy wraca do domu uświadamia sobie rzecz jeszcze ważniejszą – że łódź, choć stara, warta jest naprawy. I sam dąży do naprawiania siebie. Nagle znajduje w sobie czułość i ochotę na pocałowanie żony przed snem. Następnego dnia sprawia jej piękny prezent: świeżego halibuta, aby mogła ugotować swoją ulubioną zupę… Jednak tego wieczoru życie stawia Hannesa przed trudnym testem: Anna (Margrét Helga Jóhannsdóttir) dostaje udaru i tak jak dotąd ona zajmowała się nim, Hannes decyduje się sam zaopiekować sparaliżowaną żoną.

Rúnar Rúnarsson nie ucieka od trudnych tematów, jak sam mówi: chce w filmach szczerości, a film tworzy raczej sercem, a nie umysłem. Jego historia jest uniwersalna, mogłaby wydarzyć się w każdym innym miejscu na świecie, a jednak mamy tu wiele odniesień do islandzkiej rzeczywistości; wybuch wulkanu, który zmusił rodzinę do przeprowadzki, podkreślenie tradycji rybackich, a także konflikt pokoleń: Hannes nie docenia awansu córki w firmie udzielającej pożyczek, bo przez takich jak ona ludzie kupują bezsensowne terenówki na kredyt. Ale zdecydowanie jest to przede wszystkim film o emocjonalnym dojrzewaniu, o wydobywaniu gorącej lawy uczuć z lodowego pancerza zgorzkniałego człowieka. Choć momentami film dłuży się, otrzymujemy piękną opowieść zadającą widzowi pytania o sens naszych codziennych działań: czy nasze dobre uczynki wynikają z odpowiedzialności za drugą osobę, a może są próbą pozbycia się wyrzutów sumienia wynikających z tych złych?

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Ktoś taki jak Gnarr

Ktoś taki jak ja

tytuł oryginalny: Maður eins og ég (ang: A Man Like Me)
reżyseria:  Róbert I. Douglas
rok produkcji: 2002
kraj: Islandia, Hong Kong

Ten film sprawia wiele kłopotów widzowi z 2016 roku. Dzisiaj już nie robi się takich filmów, a 10 lat to ciągle za mało, aby popatrzeć na techniczne niedociągnięcia z przymrużeniem oka. Nieporadne kadry, niewygodne zbliżenia, ogółem: bardzo kulawa reżyserka to tylko jeden z wielu zarzutów przeciwko tego filmowi. Drugim jest ścieżka dźwiękowa: ckliwe, kiczowate skrzypce typowe dla komedii romantycznych. Trzecim jest wszystko to, na co realizatorzy filmu nie mieli wpływu: to, co wydarzyło się po 2002 roku. Czyli np. fakt, że aktor grający główną postać został najpopularniejszym islandzkim politykiem znanym za granicą. Dzisiejszy widz zna Jóna Gnarra jako charyzmatycznego burmistrza Reykjaviku, więc w roli nieradzącego sobie z życiem uczuciowym (i z życiem w ogóle) rudego okularnika dostrzegamy jedynie pastisz. I chcielibyśmy, aby cały ten obraz był jednym wielkim pastiszem na komedie romantyczne, ale niestety nim nie jest.

Júlli (Gnarr) bierze udział w telewizyjnej randce w ciemno. Wiemy, że bez powodzenia, a w następnej scenie widzimy go w chińskiej restauracji w towarzystwie młodej Azjatki. W dość szybki sposób zawiązuje się cukierkowe love story: on przychodzi pomalować jej ściany w mieszkaniu, ale ostatecznie proponuje, by wprowadziła się do niego ze swoją córeczką, potem się oświadcza. Ona odmawia – i tutaj widz oczekuje jakiegoś ciekawego zwrotu akcji, ale niestety otrzymuje historię nieszczęśliwie zakochanego nieboraka, który za miłością swojego życia pojedzie nawet do Hong Kongu. W filmie tym pełno jest “scen przeskoków”, niezrozumiałych skrótów myślowych, nagromadzenia retrospekcji, szybkich przejść od sceny do sceny – sami już gubimy chronologię, ale w sumie odliczamy czas do zakończenia filmu, tak jest nieznośny. Film ratuje tylko humor (taki naprawdę): kilka udanych żartów sytuacyjnych i tzw. “sucharów”.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Dyskretny dramat burżuazji

Morðsaga

reżyseria:  Reynir Oddsson
rok produkcji: 1977
kraj: Islandia

To przykład idealnej nowobogackiej rodziny w amerykańskim stylu. Anna jest typową nastolatką, za dnia pracuje w biurze, a wieczorami wychodzi z chłopakiem i przyjaciółką, ale zawsze stara się wrócić przed 23:30 do domu. Jej matka, Margrét, to pani domu: czeka z obiadem, a gdy wszyscy idą do pracy, zabiera się za odkurzanie wielkiego salonu. Róbert to dyrektor ważnej firmy, stać go na modny dom wypełniony drogimi przedmiotami. Każdy ma jednak swoje grzeszki: ojciec ma romans i podgląda nagą córkę, matka w sekrecie pije alkohol z butelki ukrywanej w toaletowej szafce, a Anna przechodzi swój okres buntu w oparach marihuany i alkoholu. I tak naprawdę wcale nie są szczęśliwą rodziną; Róbert tyranizuje pozostałych, nie pozwala dotykać swojego gramofonu, a córkę każe klapsami w gołe pośladki za każde spóźnienie. Margrét dość ma już roli kury domowej i fantazjuje o szalonym seksie z fachowcem od zmywarki. Podczas biznesowego obiadu ostatecznie puszczają jej nerwy, co doprowadzi do serii nieoczekiwanych zdarzeń…

Film ten ogląda się z nieustającym śmiechem. Jego wielkim atutem jest właśnie ponadczasowe poczucie humoru, ale trzeba przyznać, że także “kostium” lat 70. – choć oczywiście niezależnie od intencji reżysera – bawi dzisiejszego widza. Moda i wystrój wnętrz “dawnej epoki”, a także specyficzna gra aktorska odzwierciedlająca zachowanie ludzi w tamtym czasie wydają się nadęte, sztuczne, kiczowate, ale w pozytywnym sensie. Scena wspomnianego obiadu, absurdalne zachowanie gości i cała oprawa spotkania przypominają momentami Dyskretny urok burżuazji Bunuela. To specyficzne poczucie humoru towarzyszy nam do końca filmu – choć fabuła niewolna jest od tragedii, uwypuklane i ważne problemy przedstawione są w sposób lekki, co tylko podkreśla absurdalność życia samego w sobie.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Premiera “Baranów” w Muranowie

12654630_563060973844213_5786331614041847555_n

W czwartek 4 lutego reprezentacja SKI miała okazję zobaczyć przedpremierowo film “Barany. Islandzka opowieść” w warszawskim kinie Muranów. Kino przygotowało z okazji promocji filmu dwie niespodzianki: stand z możliwością zrobienia sobie zdjęcia w roli głównych bohaterów (a właściwie bohaterów drugoplanowych, bo przecież najważniejsze są tytułowe barany ;)) oraz spotkanie z reżyserem czarnej komedii – Grímurem Hákonarsonem. Opowiadał on najpierw na pytania prowadzącego, w tym o genezę powstania filmu i inspiracje. Była mowa o tym, że w ostatnich latach islandzka kinematografia upodobała sobie problem relacji człowiek-zwierzę. Dwa lata temu oglądać mogliśmy film “O koniach i ludziach”, w których na pierwszy plan wychodzą słynne kuce islandzkie, z kolei “Barany” to opowieść o owcach, których populacja jest trzykrotnie większa od populacji ludzi. Zarówno konie i owce to dwa gatunki zwierząt, które przyjechały na Islandię z pierwszymi osadnikami i do dzisiaj prawo reguluje wprowadzanie na wyspę innych gatunków tych zwierząt, aby nie “zepsuć” oryginalnych ras i uniknąć problematycznych chorób. Film Hákonarsona opowiada właśnie o wielkiej tragedii, jaką przynosi do pewnej islandzkiej doliny nigdy niespotykana tam choroba owiec – trzęsawka. Dowiemy się, że wizja utraty owiec, czasem jedynych towarzyszek życia islandzkich rolników, może doprowadzić bohaterów do niecodziennych zachowań, a nawet skruszyć wieloletni lód pomiędzy dwoma braćmi.

12695851_582172798597700_449700878_n.jpg

Reżyser opowiadał, że dorastał na jednej z takich farm, gdzie codzienność wyznaczała hodowla owiec. Sam ma świetny kontakt ze swoim starszym bratem, a inspiracją do opowiedzianej historii była prawdziwa historia dwóch braci, którzy pokłócili się o kobietę. Gdy ona ostatecznie uciekła z trzecim mężczyzną, obaj zamilkli na wieki, a ich domy bez wychodzących na siebie wzajemnie okien, wybudowane na tej samej działce, można oglądać do dzisiaj. Z kolei pierwowzorem postaci byli dziadek (to między innymi jego dziwne zachowania dały początek scenie z filmu, kiedy Gummi całkowicie nagi sobie paznokcie u nóg wielkimi nożyczkami), a także sąsiad-pijak, którego awantury i skłonność do zamarzania odbijają się w postaci Kiddiego.

7720256.3.jpgRecenzję “Baranów” możecie przeczytać już w dziale Film.

O ścieżce dźwiękowej do obrazu i jej autorze, Atli Örvarssonie, przeczytacie na Stacja Islandia.

Ten post został napisany dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Artysta na horyzoncie

Horyzont

tytuł oryginalny: Sjón­deil­darhringur (ang. Horizon)
reżyseria: Fridrik Thor Fridriksson, Bergur Bernburg
rok produkcji: 2015
kraj: Islandia/Dania

Dokument przedstawia życie i twórczość znanego na Islandii pejzażysty, Georga Guðniego. Wraz z rozwojem “akcji” filmu poznajemy drogę artystyczną i pierwsze obrazy malarza, a także jego inspiracje i manifestowaną filozofię życiową. Abstrakcjonistyczne krajobrazy Guðniego są uniwersalne, mogą przedstawiać każdy zakątek świata, choć jak twierdzi artysta, inspirowane są naturą jego ojczyzny. Bliskie płótnom Marka Rothki, obrazy te miały ogromną popularność w akademickim środowisku Islandii (o jego twórczości wypowiadają się profesorowie oraz krytycy sztuki), a także zrobiły wrażenie na aktorze Viggo Mortensenie, który zorganizował mu wystawę w Stanach Zjednoczonych.

Film jest kompilacją reprodukcji dzieł artysty z (nie)przypadkowymi krajobrazami Islandii, które wraz z niebanalną muzyką Orriego Dýrasona i Kjartana Hólma (Sigur Rós) tworzą nastrojowy obraz wyspy. To zdjęcia i muzyka są niezaprzeczalnymi zaletami filmu. Z kolei sam sposób narracji czasem nuży lub pozostawia odbiorcę w konsternacji, mamy bowiem do czynienia z wieloma niejasno podanymi informacjami. Twórcy też nie skupiają się na aspekcie życia prywatnego artysty; zupełnie pominięta jest kwestia jego tragicznej śmierci. Obraz jest jednak z pewnością hołdem złożonym artyście i próbą promowania jego sztuki w Europie i na świecie.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Jestem Gangsterem

Krew bohatera / Państwo w państwie 2

tytuł oryginalny: Borgríki 2 (ang. Brave Men’s Blood)
reżyseria: Olaf de Fleur Johannesson
rok produkcji: 2014
kraj: Islandia/Francja

Film Olafura Johannessona trzyma w napięciu już od pierwszych scen, w których Ingvar Eggert Sigurðsson (weteran islandzkich kryminałów) wchodzi na imprezę dziecięcą z pistoletem. Głównym bohaterem obrazu jest Hannes (Darri Ingolfsson), syn zasłużonego policjanta na emeryturze, który chce powtórzyć sukcesy ojca w wydziale wewnętrznym policji. Jego pierwszą sprawą jest okiełznanie nieco problematycznego gangstera (Sigurðsson), który stara się wciągnąć początkującego policjanta w intrygę. Gangster informuje Hannesa o współpracy jego przełożonego, Margeira z rosnącym w siłę kartelem narkotykowym, kontrolowanym przez imigranta z Serbii, Siergieja. Do rozwiązania tej nurtującej zagadki Hannes wciąga znajomego ze służb specjalnych, Ívara (w tej roli znany nam ze 101 Reykjavík Hilmir Snær Guðnason) oraz “policjantkę po przejściach”, Andreę (Ágústa Eva Erlendsdóttir). Z czasem okazuje się, że rozszyfrowanie skomplikowanego systemu układów wciągnie młodego policjanta w sytuacje, z których nie będzie mógł wybrnąć.

Obraz zdecydowanie należy do przykładów znakomicie reprezentujących gatunek, a także realia pracy islandzkiej policji. Mroczny, pełny niedomówień oraz bardzo korzystnie rozegranych retrospektyw i ukazania pewnych scen w punktu widzenia kilku postaci, jest miejscami jednak zbyt schematyczny i przewidywalny. Nierzadko mamy wrażenie, że bohaterowie są zbyt naiwni i “nieprawdziwi” w rolach policjantów. Jest to jednak swego rodzaju zaleta policyjnego kina islandzkiego, w którym ludzie są ludźmi, a nie nieomylnymi herosami, jak to się zdarza w amerykańskich odpowiednikach gatunku. Dotyczy to zarówno policjantów, jak i ich adwersarzy. Na szczególną uwagę zasługuje tutaj sama postać Sigurðssona, która stopniowo obnaża istotę bezpardonowej i przebiegłej gangsterki.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.