Podwójna przyjemność

Recenzja

Dom Róży/Krýsuvík

Autor: Hubert Klimko-Dobrzaniecki
Wydawca: Noir sur Blanc
Data wydania: 
2026
Liczba stron:
166

Tyle jest książek do przeczytania! Ale od czego są wakacje – w końcu na urlopie udało mi się nadrobić zaległe lektury, dlatego gdy Oficyna Noir sur Blanc zwróciła się do mnie z prośbą o zrecenzowanie nowego wydania przełomowej książki Huberta Klimko-Dobrzanieckiego, stwierdziłam, że mogę przeczytać i ją po raz drugi.

Dom Róży/Krýsuvík, po raz pierwszy opublikowany w 2006 roku, znają wszyscy starzy islandofile. To ta książka o Islandii napisana przez polskiego emigranta przed boomem turystycznym, a nawet przed kryzysem w 2008 roku. Nie chcę się mądrzyć, że czytaliśmy ją „zanim Islandia stała się modna”, ale w sumie tak właśnie było. Wyspa była dla polskiego czytelnika właściwie terra incognita, może dlatego autor otrzymał za nią nominację do Nike? Po latach miałam ochotę sprawdzić, czy słusznie, tym bardziej, że ostatnie książki Klimko-Dobrzanieckiego nie pozostawały większej satysfakcji z czytania…

Więc przeczytałam dyptyk islandzki ponownie i wypełniła mnie nostalgia. Takich książek o Islandii po prostu już nie ma, pewnie już nie będzie. I literacko, i fabularnie jest to zupełnie inny świat: jeszcze nie taki wydeptany, dosłownie i w przenośni. Te dwa krótkie opowiadania to nie jest przecież pierwsza polska książka o Islandii, a jednak nie jest to ani relacja z podróży, ani wyznania emigranta. Pewnie, sporo jest w Domu Róży odniesień do prawdziwej pracy autora, czyli opiekuna osób starszych w islandzkim domu spokojnej starości. A jednak tak zgrabnie wykorzystuje on swoje spostrzeżenia o Islandczykach, tak celnie obnaża ich wady, tak ciekawie przywołuje ich zachowania i swoje własne reakcje, że rzeczywistość musi mieszać się z fikcją, a może nawet w większości została podkoloryzowana. I ten typowy dla autora czarny humor – choć 20 lat później niektóre żarty wydają się bardzo nie na miejscu, przecież wciąż śmieszą.

Jest dobrze, coraz bardziej sucho, nogi sinieją, śmierć przychodzi od dołu, ale Eggert jeszcze jakby silny, prosi o pastora, ten już nigdy nie przyjdzie, bo umierać wolno pomiędzy ósmą rano a czwartą po południu, kościół państwowy, pasto jest więc urzędnikiem państwowym z wypłatą państwową, pracuje osiem godzin i jeśli nie chcesz umierać w tych właśnie godzinach, to już nikt profesjonalnie nie przeczyta ci na łożu śmierci „Pan jest dobrym pasterzem.” (…) Biedak, całe życie płacił podatki, aby utrzymywać tę instytucję luterańskiego kościoła narodowego, kościoła każdego obywatela, kościoła dla każdego obywatela, a jakiś jeszcze nieobywatel, nieczłonek czyta mu to, co powinien mu czytać fachowiec, na którego płacił. Czy takiej reformacji chciałeś, Marcinie?

Z pewnością to właśnie ten wisielczy humor pozwala nam przebrnąć przez opowieść o zapomnianych ludziach, którym na starość opiekują się obcy, często imigranci, niekoniecznie znający język, ale za to – przynajmniej tak to opisuje autor – mający jeszcze jakieś resztki zrozumienia dla ludzkiej godności, podczas gdy dla Islandurów praca w tego typu placówce to tylko – nomen omen – gówniana robota. I tak Klimko-Dobrzaniecki lawiruje między tematyką klozetową a poważnymi rozmyślaniami o życiu i śmierci, obraża swoich (fikcyjnych lub nie) kolegów i koleżanki z pracy, wyliczając im nieludzkie traktowanie podopiecznych, uwypuklając przy tym cechy ich wyglądu lub orientację seksualną. Ale swoim językiem, dynamiczną narracją i niespodziewanymi porównaniami czaruje czytelnika, który jest mu w stanie wybaczyć te stereotypowe i niedyplomatyczne już dzisiaj określenia, bo gdzieś tam pod powierzchnią złośliwości kryje się sedno – krytyka nowoczesnego społeczeństwa, bogatego społeczeństwa, które woli oddać najbliższych pod opiekę państwu, a interesuje się umierającym rodzicem dopiero wtedy, gdy jego spadek pokryje dług lub kolejną ratę za drogi samochód. To trafna diagnoza Islandczyków sprzed krachu ekonomicznego, celna tym bardziej, że nie wyciągnęli ze swojej porażki żadnej lekcji, a dwie dekady później żyją tak samo rozrzutnie, a ich ojcami i matkami wciąż zajmują się przybysze z mniej zamożnych części świata…

Ale z dyptyku zdecydowanie bardziej wolę Krýsuvík. Gdy po raz pierwszy pojechałam na Islandię, ta opowieść tkwiła tak mocno w mojej pamięci, że musiałam, po prostu musiałam odwiedzić to miejsce. A tam szukałam niebieskiego domu z czerwoną dachówką, i szklarni, a znalazłam tylko resztki po kościele, w którym Tómas i Karen spełnili swój małżeński obowiązek pod wymalowanymi gwiazdami… W 2017 roku, a więc 10 lat po lekturze książki, nie byłam już pewna czy to fikcyjna opowieść, miejska legenda, a może jednak prawda historyczna, w końcu kościół się zachował, więc może mieszkali tu ludzie o tych imionach, może suszyli tu dorsze i hodowali kwiaty w ogrzewanej elektrycznością cieplarni? A potem urodziła się niewidoma Róża i jej młodsza siostra Karitas i już rozumiemy, skąd piękna podopieczna domu spokojnej starości tak bardzo kocha zapach róż i ma w swoim pokoju portret 5-letniej siostry. Czy Rósa Sóley Tómasdóttir istniała naprawdę, a może Hubert Klimko-Dobrzaniecki zapożyczył historię o małej dziewczynce, która wpadła do gorącego źródła z islandzkiego folkloru? Po ponownej lekturze Krýsuvíku przypomniało mi się to samo uczucie, gdy po raz pierwszy przeczytałam prozę Olgi Tokarczuk i przez kilka kolejnych dni wyszukiwałam w Internecie różnych informacji, bo nie mogłam uwierzyć, że pisarka ma tak wspaniałą wyobraźnię. Było to przyjemne uczucie przeżyć to po raz kolejny.

Przyjemnością była również nowa oprawa graficzna, autorstwa Katarzyny Kaczmarek. Bo na okładce znajduje się właśnie niebieski domek z czerwoną dachówką, ten sam, który udało mi się wyszukać w islandzkim krajobrazie. Ale to domek ze snów, co więcej wpisany w obraz – i to nie islandzkiego, a duńskiego malarza niekonieczne znanego z pejzaży. Intrygujące to rozwiązanie, ale zgodzę się, że kolorystyka i nastrój Pejzażu autorstwa Vilhelma Hammershøia bardzo pasują do klimatu opowieści, choć okolice prawdziwego Krýsuvíku są znacznie bardziej barwne, mienią się wszystkimi kolorami natury.

Vilhelm Hammershøi, Pejzaż, 1900
Islandia 2017
Seltún 2017

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Oficynie Noir sur Blanc.

No responses yet

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *