Hilma af Klint. Wprawić ludzkość w zdumienie
Autorka: Julia Voss
Tłumaczka: Agata Teperek
Wydawca: Smak Słowa
Data wydania: 2026
Liczba stron: 496
Hilmy af Klint już od dawna nie trzeba nikomu przedstawiać, nie dziwi więc, że w ramach wielkiej popularności tej szwedzkiej artystki, uznanej już chyba oficjalnie za pionierkę abstrakcji, wydawnictwo Smak Słowa postanowiło wydać po polsku książkę Julii Voss, niemieckiej dziennikarki i krytyczki sztuki, która razem z Danielem Birnbaumem w 2024 roku zorganizowała też wystawę Hilma af Klint and Wassily Kandinsky: Dreams of the Future, na której podstawie w tym roku ukazała się wspólna książka o tym samym tytule.
Można więc chyba uznać Voss za ekspertkę od Hilmy af Klint, a na pewno osobę, która dogłębnie zbadała jej życie i twórczość, bowiem książkę Hilma af Klint. Wprawić ludzkość w zdumienie napisała w oparciu o 26 000 stron notatek artystki, wcześniej nieopracowanych. Nie można odmówić więc autorce gigantycznej pracy na źródłach, uporządkowania wielu z nich, w tym stworzenia pełniejszego spisu adresów artystki oraz jej biblioteki (opublikowane jako Dodatki na końcu książki). Już we wstępie otrzymujemy też obietnicę zmierzenia się z mitami o malarce i przedstawienia wielu faktów z jej życia po raz pierwszy. A jednak w środku znalazłam bardzo dużo supozycji; często pada słowo „prawdopodobnie”, usprawiedliwione informacją, że Szwedka zniszczyła część swoich zapisków, listów i dokumentów, pozostawiając po sobie skrupulatnie zredagowane notatki, dlatego nie mamy już dostępu do wielu informacji z pierwszej ręki. I choć każda osoba pisząca, nawet badaczka, może z braku źródeł pokusić się czasem o autorską interpretację wydarzeń, w przypadku Voss częściej dochodzi do głosu dziennikarska metoda okraszenia tekstu bardziej subiektywnymi spostrzeżeniami. Kilka razy pada na przykład konstatacja tego typu: „ojciec malarki był kartografem, badał głębię szwedzkich mórz, więc Hilma af Klint swoim malarstwem badała głębię ludzkich dusz” (to tylko parafraza słów autorki, ale rym wyszedł mi całkiem zgrabny). Na tym duchowym nacechowaniu malarstwa af Klint opiera się oczywiście większość narracji książki, ale o tym później.
Dużym atutem jest z pewnością kontekst: dość szczegółowy opis sztokholmskiego życia artystycznego czy wprowadzenie czytelników w zagadnienia teozoficzne i antropozoficzne, tak ważne dla zrozumienia twórczości af Klint. Ja jednak czasem miałam wrażenie, że to efekt lania wody, że może przytoczenie biografii Rudolfa Steinera czy Wassilego Kandinskiego nie jest tutaj koniecznie. Tym bardziej, że z perspektywy feministycznej, którą często posługuje się Voss (ileż tu krytycznych uwag względem Carla Larssona, który nienawidził tworzących sztukę kobiet! Dziwne tylko, że z jedną z nich dzielił życie i zawdzięcza jej praktycznie przejście do szwedzkiej historii sztuki…) takie opieranie biografii artystki na żywotach mężczyzn jest po prostu kontrproduktywne. Chcąc wydobyć wyjątkowość Hilmy af Klint i jej zasługi dla światowej historii sztuki (a taki niewątpliwie cel miała autorka), zestawianie jej twórczości z dokonaniami współczesnych jej malarzy wpisuje się w budzącą już niesmak narrację o pozbawionych sprawczości kobietach, które musiały zmierzyć się z piętrzącymi przeciwnościami. A Hilma af Klint nie miała wcale tak najgorzej: należała do drugiego pokolenia studentek Wydziału Kobiet sztokholmskiej Akademii Sztuk Pięknych, więc nie musiała już walczyć o dostęp do wyższej edukacji artystycznej (należy się jednak zgodzić z Voss, że studiowanie na Fruntimmers-Afdelning różniło się jeszcze znacznie od reszty zajęć Akademii), jako szlachcianka miała też zasoby do podjęcia studiów, podróży i zakładania pracowni w Sztokholmie, a potem na prywatnej wyspie (ale znów za Voss należy przypomnieć, że borykała się z problemami finansowymi i musiała zarabiać na utrzymanie siebie i matki). Z tak przyjętej narracji wynika natomiast jeden bardzo smutny wniosek: że af Klint była niemal uzależniona od opinii ważnych dla niej mężczyzn, co przejawiało się w wieloletnich próbach zdobycia uznania Steinera i ostatecznym rozluźnieniu jej relacji z Towarzystwem Antropozoficznym po nieprzyjęciu jej prac do siedziby Goetheanum w szwajcarskim Dornach.
Więcej o byciu artystką w Skandynawii przełomu XIX i XX wieku:
Z drugiej strony jestem autorce wdzięczna za przywołanie wielu malarek związanych z nurtem ezoterycznym, w tym tworzących pod wpływem seansów spirytystycznych na długo przed Hilmą, np. Georgianę Houghton, która malowała automatycznie już w połowie XIX wieku. W książce pojawiają się też sylwetki kobiet ważnych dla rozwoju zainteresowań głównej bohaterki, np. jej wczesna nauczycielka Kerstin Cardon (1843–1924) czy fotografka Bertha Valerius (1824–1895), związana z Edelweissförbundet, dzięki Agacie Teperek wreszcie otrzymującym polską nazwę Związek Szarotki. Bardzo duży wpływ na późniejszą twórczość Hilmy af Klint miały też oczywiście członkinie Grupy Pięciu (De Fem), w tym jej partnerki Anna Cassel i Thomasine Anderson, które Julia Voss uparcie nazywa „przyjaciółkami” artystki. Jest to moim zdaniem wymazywanie ważnej części tożsamości af Klint; autorka książki wielokrotnie cytuje wyznania uczuć i szczegółowe opisy zbliżeń cielesnych między kobietami, unikając przy tym wprost określenia tych relacji jako homoseksualne. Co prawda na podstawie notatek i analizy wybranych obrazów sugeruje płciową płynność malarki (kiedy przyjmuje role męskie, np. jako asceta), ale wydaje się, że temat orientacji seksualnej jest przez autorkę po prostu celowo pomijany. Być może z perspektywy źródeł ta część życia prywatnego Hilmy af Klint nie ma po prostu znaczenia dla jej twórczości, a jednak zachowały się cytowane przez Voss fragmenty, więc może artystce zależało, żeby nie zostały pominięte przy interpretacji jej dzieł?
O ile autorka książki Hilma af Klint. Wprawić ludzkość w zdumienie zdaje się z większą ostrożnością pisać o tym, co jest dzisiaj zupełnie normalne (przynajmniej z perspektywy queer i gender studies), o tyle łatwiej przychodzi jej relacjonowanie wizji artystki jako otrzymywanych od bytów astralnych zleceń na konkretne dzieła sztuki. Tutaj pojawia się moja największa konsternacja, ale pragnę uprzedzić, że wynika ona przede wszystkim z mojej ignorancji w zakresie ezoteryki oraz wrodzonego zwątpienia w to, czego nie da się naukowo udowodnić. Zacznę więc od faktów: Hilma af Klint była mocno zaangażowana w ruchy teozoficzne i antropofizyczne, czytała obszerną literaturę na ten temat, uczestniczyła w seansach spirytystycznych, zbierała wiedzę na temat najnowszych badań z zakresu nauk przyrodniczych. Żyła też w czasach przełomu wieków, kiedy z jednej strony kryzys chrześcijaństwa próbowano zastąpić zgłębianiem religii Dalekiego Wschodu, a z drugiej – odkrycie promieniowania elektromagnetycznego i radioaktywności udowodniły istnienie tego, czego nie widać gołym okiem. W tym wszystkim mocno rozwinęła się ludzka wyobraźnia, ale zapiski malarki dowodzą wyłącznie tego, co działo się w jej głowie lub było udziałem pozostałych uczestniczek różnych sesji spirytystycznych. Czy naprawdę Hilma af Klint kontaktowała się z Wielkimi Wtajemniczonymi i otrzymywała od nich instrukcje? Według Julii Voss malarka była medium, a więc jej abstrakcyjne obrazy były wynikiem tzw. sztuki mediumstycznej, czyli twórczości powstającej w stanie transu, podczas którego artysta uważa się za przekaźnik sił nadprzyrodzonych. Nawet jeśli uwierzymy, że af Klint była medium, to czy taka wersja wydarzeń nie umniejsza jej ważnej roli w historii sztuki? Skoro malarka tylko wykonywała polecenia Amaliela, Anandy czy Gregora, posługując się chociażby malarstwem automatycznym, czy nie oznacza to, że nie jej powinniśmy przypisać autorstwo pierwszych obrazów abstrakcyjnych? Obraz Jezusa Miłosiernego też nie jest przypisywany jego realnemu twórcy, Eugeniuszowi Kazimirowskiemu, ale siostrze Faustynie Kowalskiej, której się objawił. Unikając więc bardzo kontrowersyjnej kwestii wiary w objawienia i inne mistyczne wizje, pozostawiam to zestawienie bez dalszego rozwinięcia.
Oczywiście wszystko powyższe nie oznacza, że książka Julii Voss jest książką złą. Jej lektura z pewnością przekonała mnie do tego, że Hilma af Klint wcale nie była pionierką abstrakcji, bo też samo określenie pierwszeństwa nie ma w gruncie rzeczy żadnego znaczenia, chyba że za Lindą Nochlin chcemy poszukiwać sprawiedliwości dziejowej. Lecz nawet gdyby w tych wyścigach pominąć Kandinsky’ego, Mondriana czy Malewicza, Voss podaje przynajmniej trzy inne nazwiska kobiet, które przed af Klint malowały abstrakcyjne kompozycje. Dlaczego to nie one zostały uznane za pionierki abstrakcji? Co więcej, Voss przytoczyła też bardzo ważny szereg informacji, który umyka w popularyzatorskim ujęciu dokonań szwedzkiej malarki: że nie była sama, tj. jej najbardziej znane obrazy malowała wspólnie z członkiniami Grupy Pięciu, na pewno z Anną Cassel i Cornelią Cederberg. Jeśli więc nie Georgiana Houghton ani Emma Kunz, to może chociaż oprócz samej af Klint warto za współtwórczynie pierwszych abstrakcji uznać również Cassel i Cederberg?
Podsumowując, Hilma af Klint. Wprawić ludzkość w zdumienie Julii Voss, choć moim zdaniem niepozbawiona błędów logicznych, a czasem nawet merytorycznych, to publikacja oparta na rzetelnej kwerendzie, w tym szczególnie cennych zapiskach samej malarki. Dlatego moją recenzję zakończę pozytywnie, zestawieniem pięciu ciekawostek o szwedzkiej artystce, których wcześniej nie znałam:
Niejedzenie mięsa miało wyostrzyć zmysły Hilmy af Klint na treści wysyłane jej z zaświatów, ale też mogło być wynikiem pracy w Instytucie Medycyny Weterynaryjnej w Sztokholmie (1900-1901), kiedy to wraz z Anną Cassel rysowała fragmenty martwych zwierząt do publikacji Johna Vennerholma (1858-1931). Absolwentki Akademii Sztuk Pięknych znalazły tę dorywczą pracę właśnie dzięki swojemu artystycznemu wykształceniu, a efekty były bardziej niż zadowalające – znajomość anatomii, doświadczenie pracy z modelem i opanowanie techniki rysunkowej zdecydowanie przysłużyły się szwedzkiej nauce!
Pradziadek Hilmy, Erik Klint (1732–1812) był oficerem marynarki wojennej i brał udział w wojnie rosyjsko-szwedzkiej (1788–1790). Przeszedł do historii za sprawą Viborgska gatloppet: wymyślił sprytny sposób na przedarcie się szwedzkiej floty w zatoce Wyborg, dzięki czemu został nobilitowany przez ówczesnego króla, Karola XIII. Jego wiedza wynikała z doświadczenia kartograficznego; miał wkład w tworzenie map morskich Bałtyku i Zatoki Fińskiej. Jego syn, dziadek Hilmy, Gustaf af Klint (1771-1840) również był ceniony w szwedzkiej marynarce i kontynuował rodzinną tradycją kartografii morskiej.
Jak wiele artystek w tym czasie, Hilma af Klint zajmowała się ilustracją publikacji przeznaczonych dla dzieci. Na początku XX wieku powstały prace jej autorstwa zdobiące: śpiewnik autorstwa Anny Marii Roos (Maria Nyckelpigas visbok); numer czasopisma Julklappen, w którym zilustrowała opowiadanie Lille Knut; świąteczne wydanie Friskar Vindar oraz dziesięć ilustracji do opowiadania Lille Lapp-Natti och hans fostersystrar Laury Fitinghoff. Co więcej, Hilma af Klint przyjaźniła się z Ottilią Adelborg, jedną z czołowych autorek ilustrowanych książek dla dzieci. Ten mniej znany epizod twórczości af Klint jest bardzo interesujący, bo pokazuje jej bardziej użytkowy, inspirowany secesją styl rysunkowy.
W 1896 roku ukazała się Bilder från Skansen, ilustrowana publikacja wydana przez Artura Hazeliusa, twórcę pierwszego na świecie muzeum na świeżym powietrzu. Wśród ilustracji znajdziemy barwny rysunek przedstawiający drewnianą wieżę Hällestadstapeln, sygnowany przez H. af Klint. Wedłuh Julii Voss, to zlecenie przyjęła nasza bohaterka. Sęk w tym, że styl tej ilustracji nie pasuje do malarstwa Hilmy af Klint, a na stronie Digitalmuseum znalazłam adnotację, że rysunek mogła wykonać inna Hilma af Klint, żyjąca w latach (1827-1911). Co Wy na to?
W 1943 roku Tyra Kleen, młodsza of af Klint malarka i pisarka, wówczas uznana za swoje dokonania na polu etnograficznym, a także zwolenniczka teozofii i zdaniem Julii Voss również wielbicielka twórczości Hilmy af Klint, zaproponowała, aby malarka przekazała jej najważniejsze dzieła do powstającego budynku fundacji Sigtunastiftelsen. Af Klint od lat szukała miejsca dla swojej twórczości, miała też przecież plan budowy spiralnej świątyni dla swoich największych obrazów. Hilma af Klint odmówiła, bo obawiała się jej malarstwo nie zgadza się z założeniami fundacji. Być może po porażce z Towarzystwem Antropozofii w Dornach malarka nabrała dystansu albo dawno już postanowiła nie prezentować publicznie cyklu Obrazy dla Świątyni.
Myślę, że o tym szwedzkim kontekście można byłoby powiedzieć jeszcze więcej. Większość mojej dotychczasowej wiedzy o życiu i twórczości Hilmy af Klint czerpałam z publikacji Hedvig Martin oraz katalogu wystawy Hilma af Klint & Piet Mondrian. Forms of Life, która odbyła się w 2023 roku w Tate Modern w Londynie. To właśnie tam po raz pierwszy miałam okazję przyjrzeć się wybranym zapiskom Hilmy af Klint z bliska i przeczytać ich fragmenty (nie tylko Julia Voss nauczyła się szwedzkiego, żeby badać szwedzką sztukę ;)), a także obejrzeć te mniej znane prace malarki: szkice botaniczne i akademickie płótna, które – o czym dowiadujemy się z książki Voss – wystawiała przez całe swoje życie, zachowując te bardziej abstrakcyjne dzieła dla siebie.













No responses yet