Niespełniona doktorantka

„Myślałam, że już ma Pani doktorat!”, „Kto jak nie Ty ma się dostać?!”, „Z taką wiedzą…”.

Dzięki takim słowom, własnym ambicjom, a także wielkiemu pragnieniu pracy na uniwersytecie, uroiłam sobie już kilka lat temu, że chcę dostać się na studia doktorskie. Zawsze byłam pilnym uczniem, lubiłam pracować nad ulubionym tematem, opowiadać publicznie o swoich pasjach. Chciałam mieć kontakt z ludźmi, dzielić się wiedzą, pracować ze studentami. Postanowiłam ukończyć studia z historii sztuki, a potem skandynawistykę, bo miałam konkretny plan: badać sztukę nordycką. Skończyłam studia magisterskie z wyróżnieniem, dostawałam stypendia. Gdy dziekan wręczał mi dyplom, powiedział „Mam nadzieję, że do zobaczenia na studiach doktorskich”. Ot, wszystko miało składać się na to, że odniosę sukces w rekrutacji i będę kontynuować studia w ramach szkoły doktorskiej.

Pierwsze potknięcie 

Żeby nie było: nie jestem zakochaną w sobie marzycielką, która mając szóstki w podstawówce poczuła, że jest najmądrzejsza na świecie. Spotkałam na studiach wielu geniuszy, a ich wiedza i doświadczenie nie raz mnie zawstydzały. Wielokrotnie wątpiłam w to, czy nadaję się na historyka sztuki i faktycznie chcę badać tę dyscyplinę. Sam promotor sprowadził mnie na ziemię twierdząc, że to nie jest wcale takie oczywiste, że zrobię doktorat. Choć pewnie nie miał zamiaru podcinać mi skrzydeł, dla mnie był to jeden z pierwszych zgrzytów w mojej love-hate relacji z Instytutem Historii Sztuki Uniwersytetu Warszawskiego. Obawy się sprawdziły, bo już podczas pierwszej rekrutacji na studia moja kandydatura została bardzo mocno skrytykowana. Osoby w komisji szczerze wątpiły w sens moich badań nad sztuką islandzką, usłyszałam nawet retoryczne pytanie, czy ta sztuka w ogóle jest ładna. Tak, komisja rekrutacyjna jednego z najlepszych uniwersytetów w Polsce zadaje takie pytania. Pełny profesjonalizm i obiektywizm naukowy. Zjechali mnie równo, od początku rozmowy postawili mnie w sytuacji, z której nie umiałam się wybronić. Nie interesowały ich ani moje doświadczenie, ani dorobek naukowy. Problemem był temat, który jednak wcześniej oceniono na tyle wysoko, żebym dostała się do drugiej tury rekrutacji. Tylko po co?

Magisterkę obroniłam we wrześniu 2019 roku, dlatego nie zdążyłam rekrutować się na studia doktorskie przed wielką reformą szkolnictwa wyższego. Jak się okazało, dobra zmiana po raz pierwszy realnie zamieszała w moim życiu, bo nowy system szkół doktorskich zaważył na tym, że nie miałam szans w żadnej z instytucji, do której aplikowałam. A były to: Uniwersytet Warszawski, Uniwersytet Gdański, PAN. I przegrałam z systemem nie dlatego, że przeliczyłam się z moimi ambicjami, tylko dlatego, że nie byłam dostatecznie dobra w papierologię. A nawet okazało się, że rekrutacja do szkół doktorskich dobrej zmiany to strategia i taktyka wojenna, a nie dowiedzenie własnej wartości jako młodego badacza. Za pierwszym razem oficjalnie poszło o to, że aplikując do dyscypliny Nauki o sztuce wybrałam sobie promotora zatrudnionego w Instytucie Historii. Co z tego, że nazwisko profesor było wymienione na liście dostępnych promotorów tej dyscypliny. Student miał sam się domyślić, że to nie przejdzie i jeszcze usłyszał od mądrych pań i panów z komisji, że wybrany przeze mnie promotor nie ma doświadczenia w danym temacie, więc między słowami: nie nadaje się. Dziwne, bo temat był z pograniczna historii sztuki, historii i skandynawistyki, a pani profesor jest specjalistką od historii i kultury skandynawskiej, często pisze i wykłada również sztukę nordycką. Wychodzi na to, że szkoły doktorskie zabijają interdyscyplinarność i doprowadzają do walki o studentów między jednostkami. W końcu ministerstwo płaci wydziałom od łebka, więc w zgniłym świecie kapitalizmu student realizujący projekt w Instytucie Historii Sztuki nie może współpracować z pracownikiem innej jednostki. Bo kto zapłaci?

Walka z systemem

Wierzę, że nie ma w tym winy samych pracowników uczelni wyższych. Wszyscy znani mi doktorzy i profesorowie mocno krytykują nowy system szkół doktorskich, a jeśli spotkałam się z pozytywną oceną tej zmiany, to tylko przez ślepo wspierających obecną władzę. Jasne, że studentom zrobiono dobrze: nagle zamiast ubiegać się o stypendium, dostają gwarantowaną pensję. Miejsc jest tym samym mniej, a więc i bezrobotnych doktorów produkuje się mniej. Szkoda tylko, że system od początku nie był odpowiednio przemyślany i nie przewidziano, że chociażby w pierwszym roku zmian doktoranci już realizujący swój projekt rekrutowali się raz jeszcze, zabierając miejsca i szanse młodszym. W końcu z dobrze przemyślanym i ukształtowanym do tego czasu tematem łatwiej było zdobyć punkty za projekt, niż było to dane mniej doświadczonym świeżakom.

Ale możesz doszlifować swój projekt, wysłać go do zaopiniowania zaprzyjaźnionym pracownikom naukowym, dostać pochwały i komplementy, że projekt jest nad wyraz dojrzały, ale to nie wszystko. Potem idziesz na front z administracją szkół doktorskich i biurokracją. Weźmy na warsztat moją drugą rekrutację, czyli w roku 2020, w samym środku epidemii. Uczelnia ogłasza, że z tego powodu rozmowy rekrutacyjne odbędą się zdalnie. Moja promotor unika wychodzenia z domu, kontakt z nią jest tylko telefoniczny i internetowy. Wysyłam więc wymagane dokumenty w formie elektronicznej, z wszystkimi podpisami. W przeddzień ogłoszenia wyników pierwszej tury rekrutacji otrzymuję wiadomość, że mój wniosek pozostawiono bez rozpatrzenia. Powód? Brak ręcznego podpisu promotor. Zero możliwości odwołania, rekrutacja idzie swoim życiem, a ja dostaję uprzejmą odpowiedz, że wszyscy studenci muszą być traktowani tak samo i pilnować dokumentów. Wniosek kolegi zostaje odrzucony, bo jego promotor zapomniała uzupełnić we wniosku liczbę swoich podopiecznych. Przez tę jedną cyferkę, i to nieobecną nie z jego winy, jego kandydatura również zostaje wycofana. I było mnóstwo innych podobnych przypadków, bo komisja odrzucała niepełne wnioski automatycznie. Wszystko to po to, by nie robić sobie zbędnej roboty. I jeszcze za moje pieniądze, w końcu opłata rekrutacyjna ma być wynagrodzeniem za ich pracę.

Najgorszy jest jednak ten bałagan. Regulamin i lista wymaganych dokumentów to jedno, a widzimisię komisji to drugie. Na dokumencie widnieje miejsce na podpis dziekana jednostki, w której zatrudniony jest planowany promotor, a administracja chce podpisu dziekana jednostki, w której realizowany byłby projekt badawczy. I nagle nikomu nie przeszkadza, że promotor może być oficjalnie pracownikiem filologii, a przyjmować studentów z dyscypliny Nauki o sztuce. Pomimo drugiego roku w nowym systemie wszyscy pracownicy wciąż wydają się zagubieni i niedoinformowani, a odpowiedzialność za braki i wszechwiedzy oczekuje się od biednego studenta. Gdy człowiek drugi raz z rzędu próbuje każdej opcji i wysyła papiery na różne uczelnie w kraju, nie zna osobiście dostępnych promotorów, nie ma czasu na dogłębne poznanie ich dorobku naukowego. Gdy liczą się terminy, pisze się maile do każdego pracownika z danej dyscypliny, wierząc, że odpisze. Co z tego, że moim pierwszym wyborem była pewna profesor, skoro do 1 września była nieuchwytna, bo na urlopie? Gdy UW znowu odrzuca Twoją kandydaturę, w ostatniej chwili szukasz innych opcji. I wszystko robisz na wariackich papierach, w przeddzień terminu wydzwaniając do sekretariatu i błagając o kontakt do dziekana.

Podejście drugie

Na Uniwersytet Warszawski składałam kandydaturę dwa razy: raz w dyscyplinie Nauki o sztuce, a drugi w dyscyplinie Historia, kierując się proweniencją promotorki. W tamtym roku rozważałam udział w rekrutacji na Uniwersytecie Gdańskim, ale ostatecznie nie wysłałam dokumentów. W międzyczasie brałam udział w rekrutacjach na studia zagraniczne: w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych i Szkocji.

I przyznam szczerze, że tylko doświadczenia z UW doprowadziły mnie do białej gorączki. Weźmy przykład Gdańska: rekrutacja bez opłat, z bardzo pomocną administracją. Szefowa komisji zauważyła aż trzy braki w moich papierach i znalazła czas, aby do mnie zadzwonić i napisać maila z prośbą o ich dosłanie. Zostałam bardzo dokładnie poinformowana, czego brakuje i poinstruowana, co zrobić, żeby moja kandydatura nie została odrzucona. Pani zauważyła nawet, że mój temat i doświadczenie pasują lepiej do innej dyscypliny i poradziła, żeby to zmienić. Wszystko działo się w kilka dni i wymagało ode mnie tylko edycji dokumentów i ponownego nadania ich na poczcie. A wszystko z cierpliwością, uśmiechem i życzeniem powodzenia, bez prawienia morałów o tym, jak rekrutacja do szkół doktorskich uczy nas życia i walki o swoje. Podobnie było w przypadku Szkoły Doktorskiej Anthropos PAN, którego pracownika poinformowała mnie mailowo o drobnym braku w dokumentach i pozwoliła na jego uzupełnienie.

Już nawet nie pomnę jak życzliwie i troskliwie obsługuje się kandydatów za granicą, bo na uniwersytetach w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych czy Szkocji nikt nie odrzucał kandydatów tak łatwo. Jeśli coś się nie zgadzało, dostawałam wiadomość i czas na uzupełnienie braków. Całe zgłoszenie można było zrobić zdalnie, bez wysyłania oryginałów dokumentów i stresowania się o losy grubej koperty na poczcie. A potem dostawałam uprzejmą odpowiedź, że się nie dostałam, ale nie dlatego, że mój temat jest totalnie z kosmosu i nie warto nad tym pracować, tylko że zabrakło dla mnie miejsca. Bycie pierwszym na liście rezerwowej wciąż boli, ale przynajmniej nikt nie próbuje Ci udowodnić jak bardzo jesteś beznadziejny.

Nie chcę już zliczać, ile czasu, pieniędzy, nerwów i zdrowia psychicznego kosztowało mnie niemal trzyletnie podchodzenie do studiów doktorskich. I po co, pytam się. Czy naprawdę to wszystko warte jest tytułu, który być może nie da mi tego, o czym marzę? Uwierzcie mi, nie jestem absolwentem bez pracy, który nie ma co ze sobą zrobić, więc z braku laku rekrutuje się na doktorat, żeby przedłużyć swoje studia. Chcę tylko mieć podstawę do swoich działań i badań, bo w tym kraju nie traktuje się poważnie kogoś, kto pracuje naukowo na własną rękę. Spytacie, dlaczego tak uporczywie trzymam się studiów w Polsce, czemu nie pojadę do Skandynawii, za granicę? Owszem, że próbowałam: nie ma wakatów, nie ma chętnych ani odważnych do podjęcia tematów, nie ma stypendium, a nie stać mnie na płacenie 14 tysięcy funtów na studia w Glasgow (jedyne, na jakie się dostałam). No i najważniejsze: pomimo znienawidzenia polskiego systemu szkolnictwa wyższego i macierzystego Instytutu, chcę tu zostać i udowodnić, że sztuka nordycka ma wartość i trzeba o niej mówić. Bo to polskiej publiczności chcę pokazywać sztuką nordycką. Anglosasi i Skandynawowie już bardzo dobrze ją znają.

Właśnie to powiedziałam komisji, która w ubiegły piątek pytała mnie o powody zgłaszania się do podjęcia studiów w szkole doktorskiej. Z dużym doświadczeniem i przemyślawszy ten temat na wiele różnych sposobów, wyśpiewałam prosto z serca, dlaczego tak bardzo pragnę doktoratu. I skoro nie miałam już nic do stracenia, bo postanowiłam sobie, że 2020 będzie ostatnim rokiem moich prób, to nie bałam się mówić między wierszami co naprawdę myślę o nowym systemie i o polskiej historiografii.

Wejście do budynku Wydziału Neofilologii Uniwersytetu Gdańskiego, na chwilę przed rozmową.

Nadzieja?

I wiecie co? Albo trafiłam na wyjątkową komisję, albo właśnie to było moim atutem, bo rozmowa poszła mi naprawdę bardzo dobrze. Choć pytaniami próbowano zbić mnie z tropu i podburzyć sens mojego projektu, robiono to merytorycznie i profesjonalnie. Nikt nie pytał o wartość artystyczną sztuki nordyckiej. Czułam, że mam komisję po swojej stronie, a zebrane cudem dokumenty i opinie nie pozostawiały wątpliwości, że moja kandydatura nie jest godna odrzucenia. Wróciłam z jednodniowej, początkowo bardzo stresującej, wycieczki do Gdańska z uśmiechem na ustach, mając w sercu nadzieję. Czy 2020 to będzie mój rok? Czy trwa dobra pasja, skoro doceniono mój projekt w Glasgow? Czy będę mogła studiować po polsku i w Polsce? Czy w końcu przyszłość i plany nabiorą konkretnych kształtów?

W tym miejscu chciałabym wyrazić ogromną wdzięczność pracownikom Szkoły Doktorskiej Nauk Humanistycznych i Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego oraz Szkoły Doktorskiej Anthropos PAN, a także dziekanom i profesorom, dzięki których opiniom mogłam podejść do procesu rekrutacyjnego. Niezależnie od wyników rekrutacji w Państwa jednostkach, dzięki Państwa życzliwości i cierpliwości nie zwątpiłam tak do końca w polski system szkolnictwa wyższego.