Magia internetu

Niedawno prowadziłam spotkanie pt. Od bloga do doktoratu. Jak budować karierę naukową w Internecie?

Już na wstępie postanowiłam postawić sprawę jasno. Kim jestem? Blogerką, która wykorzystuje media społecznościowe do kreowania swojego profilu eksperckiego. Tak naprawdę nie znoszę tego określenia, ale trudno przeczyć faktom: prowadzę bloga, więc jestem blogerką. Jak pamiętacie z dawnego felietonu, niełatwo mnie zaklasyfikować: ni to skandynawistka, ni historyczka sztuki. Ostatnio los ułatwił mi identyfikację, bo dzięki długim staraniom zostałam również doktorantką. W moim własnym przekonaniu nowa łatka znacznie podnosi rangę tej strony, w końcu nie jestem już TYLKO absolwentką jakichś studiów prowadzącą stronę w czasie wolnym. Powoli hobby przekształciło się w coś poważnego, w wizytówkę i kartę przetargową, dzięki której być może łatwiej było mi dostać się na studiach. Czy to możliwe, że blog ułatwił mi drogę do doktoratu?

Po raz pierwszy zalogowałam się do Internetu w późnej podstawówce. W gimnazjum serwowałam już po forach internetowych i zawierałam pierwsze wirtualne przyjaźnie. Konto na Facebooku założyłam na początku liceum. Przez cały ten czas miałam łącznie co najmniej 5 różnych blogów, w tym raczej personalne oraz jeden związany ze sztuką. Utulę Thule założyłam w 2017 roku. Tutaj przybieram wiele ról, trochę recenzuję, trochę bawię się w dziennikarkę, co popisuje felietony, trochę robię za gwiazdę islandzkiego światka, co wypowiada się w mediach (już nie tylko społecznościowych), ale przede wszystkim chcę być dla Was autorką merytorycznych tekstów naukowych lub popularnonaukowych. Publikuję tu moje teksty o Islandii, załączam źródła, żebyście mogli sami wyruszyć na dalsze poszukiwania. No i czasem zmagam się z islandzkim, bo uważam, że z czystym sumieniem pisać o Islandii można tylko jeśli mieszka się tam od lat (choć znam takich, którzy po kilkudziesięciu latach na Wyspie wciąż twierdzą, że w ogóle jej nie znają) albo zna język na tyle dobrze, by wniknąć w dusze Islandczyków. Ale nawet wtedy trzeba uważać z ogólnymi stwierdzeniami, bo możemy kogoś wprowadzić w błąd.

Tak sobie pomyślałam, że wielu z Was zna mnie tylko dzięki moim wydumanym wpisom na blogu, pseudoartystycznym zdjęciom na Instagramie, surowym recenzjom książek albo heheszkom na moim Facebooku. Prowadzę jednak moje media społecznościowe w taki sposób, że pewnie znacie mnie już całkiem nieźle, mimo że nigdy nie widzieliśmy się na oczy. Być może niektórych irytuje takie osobiste podejście to tematu i moje emocjonalne wyciąganie kwestii islandzkich. Ale możliwe również, że właśnie dzięki temu tak wiele pozornie nieznanych mi osób wraca do moich tekstów, komentuje moje wpisy, śledzi mnie i kibicuje mi w codziennych zmaganiach lub cieszy się z moich publikacji. To wielka siła, bo dzięki Wam powstał ten blog i nawet jeśli czyta mnie garstka osób, za żadne skarby nie zamienię Utulę Thule w bloga o wszystkim i o niczym, przynajmniej nie takiego, które wyskakują jako numery jeden po wpisaniu “Islandia” w Waszych wyszukiwarkach 😉

Internet jest super, bo dzięki niemu wielu z nas może codziennie bez wychodzenia z domu przenieść się na Islandię. Robiłam tak na początku swojej islandzkiej przygody, to znaczy napisałam cykl zmyślonych tekstów o podróżowaniu na Wyspie (palcem po mapie i kartach przeglądarki). Możecie je znaleźć na tym blogu, bo choć dzisiaj “Zapiski z podróży nieodbytej” napisałabym zupełnie inaczej (w końcu wiele z tych miejsc widziałam na żywo), to jednak są ciekawym reliktem a) czasów, kiedy informacje na temat Islandii w polskich internetach były jeszcze towarem luksusowym, b) podróż na Islandię nie polegała na tanim locie Wizzairem i bajerowaniem lokalsów na Couchsurfingu.

Internet jest świetny, bo pod Warszawą można zjeść sushi zamówione przez przyjaciela z Reykjaviku. Można mieć kontakt z Islandią 24/7, oglądać transmisje wydarzeń organizowanych przez Polonię, wideo z zorzą polarną live, czytać niezliczone teksty, sprawozdania z podróży, relacje. Można zalać się morzem informacji o Islandii, wierząc, że są one prawdziwe. I tak czytamy różne bzdety, na których wieść Islandczycy łapią się za głowę. Mi z pewnością też zdarzyło się napisać jakąś niezgodną z prawdą generalizację. Często organizuję tu sobie zresztą satyrę, dlatego mam nadzieję, że te bardziej swobodne teksty czytacie z przymrużeniem oka 😉 Ważne, że ma się dystans do własnego dzieła i jest się gotowym na krytykę. Ot, w tekście poświęconym wikińskiej szkatułce zrobiłam błąd kardynalny:  zamiast o Kamieniu Pomorskim, powtórzyłam wiele razy, że dzieło pochodziło z Kamieńca. Praca była czytana przez mądre głowy, ale to dopiero czujny czytelnik bloga Skandis/Vigdis wytknął mi ten błąd. Zrobiło mi się bardzo głupio, ale podziękowałam za korektę i poprawiłam tekst. To bardzo pomocne, kiedy wykrywacie moje błędy, literówki, bo dzięki temu wszystkim jest z tego powodu lepiej. Ja się na nikogo nie obrażam.

Krytyka w internecie jest bardzo potrzebna. Tak jak jest nieodzowna w świecie naukowym, bo praca badawcza to ciągłe dążenie do prawdy i poprawianie swoich poprzedników. Ale to, co trafia do hermetycznego grona ekspertów i redakcji czasopism naukowych może nigdy nie ujrzeć światła dziennego. Natomiast Internet rządzi się własnymi prawami: tutaj publikować może każdy, bez redakcji, bez cenzury. Na tym największym, najbardziej demokratycznym forum na świecie każdy ma prawo wypowiedzieć się o zamieszczonym kontencie i dzięki temu tekst ma szansę trafić do znacznie szerszego grona odbiorców niż ten wydrukowany w punktowanym czasopiśmie. Warto więc publikować dla siebie, ale trzymać się złotej zasady: to, że każdy uczestnik tego forum może opublikować dowolne informacje na dowolny temat oznacza, że trzeba być czujnym co do ich wiarygodności.

Szwedzi mają nawet specjalne słówka na tę okazję: källkritisk (krytyczny wobec źródeł) oraz faktakolla (sprawdzać źródła). Niewiele jednak osób ma tyle pasji i czasu, który mogą poświęcić na realne sprawdzanie informacji w Internecie, a szczególnie zwracania na to uwagi autorom. Jest jeszcze jedna kwestia, którą uświadomił mi ostatnio mój młodszy brat, świeży student, który zmaga się od pierwszego roku z koniecznością napisania pracy dyplomowej. Zapytał raz retorycznie, jak to było w momencie narodzin Internetu, kiedy studenci, dotąd opierający swoje prace na książkach dostępnych w lokalnej bibliotece, docenili już potencjał dostępu do nielimitowanej ilości informacji, a jednocześnie prawo plagiatu nie było jeszcze tak rozwinięte jak teraz. Zresztą, to było w latach 90., ale kto nie zrobił chociaż jednej szkolnej prezentacji w Power Poincie niemal w całości opartej na tekście z Wikipedii niech pierwszy rzuci kamieniem 😉

Tyle o słodkich stronach Internetu, czyli w skrócie: mnóstwo nieocenionych znajomości, łatwy dostęp do informacji z drugiego krańca świata, demokratyczność zamieszczania własnych tekstów na dowolny temat. Ale są też i gorzkie strony, czyli możliwość nadziania się na teksty pisane przez “autorytety”, ale w całości zerżnięte od innych, lub – co gorsza – w dużej części zmyślone. Internet wzbudza też wiele niepotrzebnych emocji: gównoburze, oskarżenia, usuwanie komentarzy, wciąganie ziomków do publicznej wojny. Tak jakby użytkownik Internetu nie miał prawa do oceniania, komentowania, krytykowania dzieł innych. Właśnie – dzieł, a nie ich autorów. Wydaje się jednak, że w blogosferze granica między autorem a jego dziełem zaciera się. Jak zasugerowałam wcześniej – znamy się, a jednak się nie znamy. Mimo to panuje przekonanie, że jeśli autorzy pokrewnych blogów, mimo że prywatnie nie zamienili ze sobą ani słowa, mają automatycznie polewać się miodem za każdą publikację, serduszkować sobie wzajemnie komentarze i pielęgnować internetową znajomość wedle zasady “share za share”. No ale tak nie powinno być. Powinniśmy się wzajemnie inspirować, wspierać, ale też być otwarci na konstruktywną krytykę i przyznawać się do błędów.

No dobrze, ale jak to się ma do doktoratu? Wykazałam chyba dość wyraźnie, że więcej we mnie (przynajmniej na tę chwilę) z blogerki niż z doktorantki. Jednak wydaje mi się, że jeśli młody autor przejdzie chrzest bojowy w Internecie i postanowi publikować pomimo zagrożenia, że użytkownicy skrytykują formę, treść, a może i samą tematykę pracy – wtedy będzie gotowy do pracy naukowej. Ten jest równie brutalny co wirtualny, z tą tylko różnicą, że Internet jest narzędziem demokratycznym i równościowym, a świat naukowy (przynajmniej w Polsce) wciąż opiera się na hierarchii. Mnie więc te wszystkie lata blogowania uczuliły na język i styl, jakiego używam, na sięganie do źródeł i pilnowanie praw autorskich, na wyszukiwanie najmniej oczywistych tematów i podejmowanie polemiki z ogólnie przyjętymi opiniami. Skoro dotarły do kilkudziesięciu tysięcy czytelników i większość z nich zaakceptowała moją pisaninę, oznacza to, że mogę kontynuować swoją drogę do idealnego planu na karierę akademicką: popularyzacji sztuki nordyckiej.

Jest jeszcze druga ważna zaleta. Poza tym, że pisanie w Internecie kształci w nas poczucie własnej wartości i umiejętność bronienia swoich racji, uczy również systematyczności i konsekwencji. Odkąd postanowiłam sobie publikować nowy tekst przynajmniej raz w tygodniu, a do tego planuję treści na kontach, Utulę Thule stało się szerszym projektem, z którego mogę być dumna i którym mogę legitymizować się nawet podczas kwerend czy wizyt w instytucjach kultury.

Jeśli więc planujesz rozwijać karierę naukową, polecam Ci zacząć już teraz w Internecie. I pamiętaj:

  1. Nawet introwertyk musi być czasem ekstrawertykiem. Pisanie bloga to idealne zajęcie dla kogoś, kto nie lubi być widoczny. Ja sama byłam raczej nieśmiałym dzieckiem i do dzisiaj nie lubię załatwiać ważnych spraw przez telefon lub w bezpośredniej konfrontacji. A jednak dzięki częstemu zgłaszaniu się na zajęciach nie miałam problemu z prezentacjami w szkole, co znacznie pomogło w wystąpieniach na konferencjach i postanowieniu o utworzeniu kanału na YouTube. A więc: nie bój się Hermionić!
  2. Wykształcenie to nie wszystko. Oczywiście, że mówiąc o karierze naukowej nie możemy udawać, że dyplomy i tytuły nie są ważne. Chodzi jednak o to, żeby nie bać się wychodzić poza dany stopień studiów. To nie tak, że na konferencjach mogą występować wyłącznie doświadczeni studenci, a publikować można tylko dobrze przemyślaną pracę dyplomową. Wyżsi rangą i stażem badacze będą próbować podcinać nam skrzydła. Ale nawet jeśli będzie się Wam wydawać, że jesteście śmieszni, bo piszecie bloga, to pamiętajcie, że z wypracowanymi zasięgami jesteście prawdopodobnie bardziej poczytni od zapatrzonego w siebie profesora.
  3. Przynajmniej jedna konferencja na stopień studiów. Studencka, ogólnopolska, internetowa, zagraniczna, nie ma to znaczenia. Ważne, żeby wyjść poza strefę komfortu i spotykać się z innymi mądrymi głowami w realu. Można prowadzić własne wykłady w Internecie, ale dobrze też spotykać ludzi o innych poglądach i metodach, którzy mogą nas zainspirować. Choćby do napisania kolejnego posta na blogu.
  4. Znajdź swój temat. Jeszcze do niedawna myślałam, że jestem jedyną osobą, która pisze o sztuce islandzkiej po polsku. Niestety znalazłam kilka tekstów i publikacji naukowych, które temu zaprzeczyły. Pocieszyłam się potem więc tym, że na pewno mało kto bada sztukę nordycką: ale i tu znalazły się osoby, nawet z macierzystych uczelni, które interesują się Północą. Niszowość jest super, ale jest mało prawdopodobne, że będziemy jedynymi ludźmi na całym świecie, którzy badają dany temat. W takim wypadku lepiej wśród podobnych zainteresowaniami badaczy robić sobie przyjaciół, nie wrogów.
  5. Bądź konsekwentny i systematyczny. Zaczyna się od planowania postów i regularnego publikowana, a kończy na efektywnym systemie pracy nad doktoratem czy tekstem naukowym. Każdy wie, jak trudno zmotywować się do pisania czy tworzenia, jeśli nie mamy sztywnego programu dnia czy siatki godzin. Ale taką cechę można sobie wyrobić i ja wciąż nad tym pracuję.

Masz więcej pytań? Napisz do mnie! Chcesz założyć swojego bloga? Kliknij tutaj.

Niespełniona doktorantka

„Myślałam, że już ma Pani doktorat!”, „Kto jak nie Ty ma się dostać?!”, „Z taką wiedzą…”.

Dzięki takim słowom, własnym ambicjom, a także wielkiemu pragnieniu pracy na uniwersytecie, uroiłam sobie już kilka lat temu, że chcę dostać się na studia doktorskie. Zawsze byłam pilnym uczniem, lubiłam pracować nad ulubionym tematem, opowiadać publicznie o swoich pasjach. Chciałam mieć kontakt z ludźmi, dzielić się wiedzą, pracować ze studentami. Postanowiłam ukończyć studia z historii sztuki, a potem skandynawistykę, bo miałam konkretny plan: badać sztukę nordycką. Skończyłam studia magisterskie z wyróżnieniem, dostawałam stypendia. Gdy dziekan wręczał mi dyplom, powiedział „Mam nadzieję, że do zobaczenia na studiach doktorskich”. Ot, wszystko miało składać się na to, że odniosę sukces w rekrutacji i będę kontynuować studia w ramach szkoły doktorskiej.

Pierwsze potknięcie 

Żeby nie było: nie jestem zakochaną w sobie marzycielką, która mając szóstki w podstawówce poczuła, że jest najmądrzejsza na świecie. Spotkałam na studiach wielu geniuszy, a ich wiedza i doświadczenie nie raz mnie zawstydzały. Wielokrotnie wątpiłam w to, czy nadaję się na historyka sztuki i faktycznie chcę badać tę dyscyplinę. Sam promotor sprowadził mnie na ziemię twierdząc, że to nie jest wcale takie oczywiste, że zrobię doktorat. Choć pewnie nie miał zamiaru podcinać mi skrzydeł, dla mnie był to jeden z pierwszych zgrzytów w mojej love-hate relacji z Instytutem Historii Sztuki Uniwersytetu Warszawskiego. Obawy się sprawdziły, bo już podczas pierwszej rekrutacji na studia moja kandydatura została bardzo mocno skrytykowana. Osoby w komisji szczerze wątpiły w sens moich badań nad sztuką islandzką, usłyszałam nawet retoryczne pytanie, czy ta sztuka w ogóle jest ładna. Tak, komisja rekrutacyjna jednego z najlepszych uniwersytetów w Polsce zadaje takie pytania. Pełny profesjonalizm i obiektywizm naukowy. Zjechali mnie równo, od początku rozmowy postawili mnie w sytuacji, z której nie umiałam się wybronić. Nie interesowały ich ani moje doświadczenie, ani dorobek naukowy. Problemem był temat, który jednak wcześniej oceniono na tyle wysoko, żebym dostała się do drugiej tury rekrutacji. Tylko po co?

Magisterkę obroniłam we wrześniu 2019 roku, dlatego nie zdążyłam rekrutować się na studia doktorskie przed wielką reformą szkolnictwa wyższego. Jak się okazało, dobra zmiana po raz pierwszy realnie zamieszała w moim życiu, bo nowy system szkół doktorskich zaważył na tym, że nie miałam szans w żadnej z instytucji, do której aplikowałam. A były to: Uniwersytet Warszawski, Uniwersytet Gdański, PAN. I przegrałam z systemem nie dlatego, że przeliczyłam się z moimi ambicjami, tylko dlatego, że nie byłam dostatecznie dobra w papierologię. A nawet okazało się, że rekrutacja do szkół doktorskich dobrej zmiany to strategia i taktyka wojenna, a nie dowiedzenie własnej wartości jako młodego badacza. Za pierwszym razem oficjalnie poszło o to, że aplikując do dyscypliny Nauki o sztuce wybrałam sobie promotora zatrudnionego w Instytucie Historii. Co z tego, że nazwisko profesor było wymienione na liście dostępnych promotorów tej dyscypliny. Student miał sam się domyślić, że to nie przejdzie i jeszcze usłyszał od mądrych pań i panów z komisji, że wybrany przeze mnie promotor nie ma doświadczenia w danym temacie, więc między słowami: nie nadaje się. Dziwne, bo temat był z pograniczna historii sztuki, historii i skandynawistyki, a pani profesor jest specjalistką od historii i kultury skandynawskiej, często pisze i wykłada również sztukę nordycką. Wychodzi na to, że szkoły doktorskie zabijają interdyscyplinarność i doprowadzają do walki o studentów między jednostkami. W końcu ministerstwo płaci wydziałom od łebka, więc w zgniłym świecie kapitalizmu student realizujący projekt w Instytucie Historii Sztuki nie może współpracować z pracownikiem innej jednostki. Bo kto zapłaci?

Walka z systemem

Wierzę, że nie ma w tym winy samych pracowników uczelni wyższych. Wszyscy znani mi doktorzy i profesorowie mocno krytykują nowy system szkół doktorskich, a jeśli spotkałam się z pozytywną oceną tej zmiany, to tylko przez ślepo wspierających obecną władzę. Jasne, że studentom zrobiono dobrze: nagle zamiast ubiegać się o stypendium, dostają gwarantowaną pensję. Miejsc jest tym samym mniej, a więc i bezrobotnych doktorów produkuje się mniej. Szkoda tylko, że system od początku nie był odpowiednio przemyślany i nie przewidziano, że chociażby w pierwszym roku zmian doktoranci już realizujący swój projekt rekrutowali się raz jeszcze, zabierając miejsca i szanse młodszym. W końcu z dobrze przemyślanym i ukształtowanym do tego czasu tematem łatwiej było zdobyć punkty za projekt, niż było to dane mniej doświadczonym świeżakom.

Ale możesz doszlifować swój projekt, wysłać go do zaopiniowania zaprzyjaźnionym pracownikom naukowym, dostać pochwały i komplementy, że projekt jest nad wyraz dojrzały, ale to nie wszystko. Potem idziesz na front z administracją szkół doktorskich i biurokracją. Weźmy na warsztat moją drugą rekrutację, czyli w roku 2020, w samym środku epidemii. Uczelnia ogłasza, że z tego powodu rozmowy rekrutacyjne odbędą się zdalnie. Moja promotor unika wychodzenia z domu, kontakt z nią jest tylko telefoniczny i internetowy. Wysyłam więc wymagane dokumenty w formie elektronicznej, z wszystkimi podpisami. W przeddzień ogłoszenia wyników pierwszej tury rekrutacji otrzymuję wiadomość, że mój wniosek pozostawiono bez rozpatrzenia. Powód? Brak ręcznego podpisu promotor. Zero możliwości odwołania, rekrutacja idzie swoim życiem, a ja dostaję uprzejmą odpowiedz, że wszyscy studenci muszą być traktowani tak samo i pilnować dokumentów. Wniosek kolegi zostaje odrzucony, bo jego promotor zapomniała uzupełnić we wniosku liczbę swoich podopiecznych. Przez tę jedną cyferkę, i to nieobecną nie z jego winy, jego kandydatura również zostaje wycofana. I było mnóstwo innych podobnych przypadków, bo komisja odrzucała niepełne wnioski automatycznie. Wszystko to po to, by nie robić sobie zbędnej roboty. I jeszcze za moje pieniądze, w końcu opłata rekrutacyjna ma być wynagrodzeniem za ich pracę.

Najgorszy jest jednak ten bałagan. Regulamin i lista wymaganych dokumentów to jedno, a widzimisię komisji to drugie. Na dokumencie widnieje miejsce na podpis dziekana jednostki, w której zatrudniony jest planowany promotor, a administracja chce podpisu dziekana jednostki, w której realizowany byłby projekt badawczy. I nagle nikomu nie przeszkadza, że promotor może być oficjalnie pracownikiem filologii, a przyjmować studentów z dyscypliny Nauki o sztuce. Pomimo drugiego roku w nowym systemie wszyscy pracownicy wciąż wydają się zagubieni i niedoinformowani, a odpowiedzialność za braki i wszechwiedzy oczekuje się od biednego studenta. Gdy człowiek drugi raz z rzędu próbuje każdej opcji i wysyła papiery na różne uczelnie w kraju, nie zna osobiście dostępnych promotorów, nie ma czasu na dogłębne poznanie ich dorobku naukowego. Gdy liczą się terminy, pisze się maile do każdego pracownika z danej dyscypliny, wierząc, że odpisze. Co z tego, że moim pierwszym wyborem była pewna profesor, skoro do 1 września była nieuchwytna, bo na urlopie? Gdy UW znowu odrzuca Twoją kandydaturę, w ostatniej chwili szukasz innych opcji. I wszystko robisz na wariackich papierach, w przeddzień terminu wydzwaniając do sekretariatu i błagając o kontakt do dziekana.

Podejście drugie

Na Uniwersytet Warszawski składałam kandydaturę dwa razy: raz w dyscyplinie Nauki o sztuce, a drugi w dyscyplinie Historia, kierując się proweniencją promotorki. W tamtym roku rozważałam udział w rekrutacji na Uniwersytecie Gdańskim, ale ostatecznie nie wysłałam dokumentów. W międzyczasie brałam udział w rekrutacjach na studia zagraniczne: w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych i Szkocji.

I przyznam szczerze, że tylko doświadczenia z UW doprowadziły mnie do białej gorączki. Weźmy przykład Gdańska: rekrutacja bez opłat, z bardzo pomocną administracją. Szefowa komisji zauważyła aż trzy braki w moich papierach i znalazła czas, aby do mnie zadzwonić i napisać maila z prośbą o ich dosłanie. Zostałam bardzo dokładnie poinformowana, czego brakuje i poinstruowana, co zrobić, żeby moja kandydatura nie została odrzucona. Pani zauważyła nawet, że mój temat i doświadczenie pasują lepiej do innej dyscypliny i poradziła, żeby to zmienić. Wszystko działo się w kilka dni i wymagało ode mnie tylko edycji dokumentów i ponownego nadania ich na poczcie. A wszystko z cierpliwością, uśmiechem i życzeniem powodzenia, bez prawienia morałów o tym, jak rekrutacja do szkół doktorskich uczy nas życia i walki o swoje. Podobnie było w przypadku Szkoły Doktorskiej Anthropos PAN, którego pracownika poinformowała mnie mailowo o drobnym braku w dokumentach i pozwoliła na jego uzupełnienie.

Już nawet nie pomnę jak życzliwie i troskliwie obsługuje się kandydatów za granicą, bo na uniwersytetach w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych czy Szkocji nikt nie odrzucał kandydatów tak łatwo. Jeśli coś się nie zgadzało, dostawałam wiadomość i czas na uzupełnienie braków. Całe zgłoszenie można było zrobić zdalnie, bez wysyłania oryginałów dokumentów i stresowania się o losy grubej koperty na poczcie. A potem dostawałam uprzejmą odpowiedź, że się nie dostałam, ale nie dlatego, że mój temat jest totalnie z kosmosu i nie warto nad tym pracować, tylko że zabrakło dla mnie miejsca. Bycie pierwszym na liście rezerwowej wciąż boli, ale przynajmniej nikt nie próbuje Ci udowodnić jak bardzo jesteś beznadziejny.

Nie chcę już zliczać, ile czasu, pieniędzy, nerwów i zdrowia psychicznego kosztowało mnie niemal trzyletnie podchodzenie do studiów doktorskich. I po co, pytam się. Czy naprawdę to wszystko warte jest tytułu, który być może nie da mi tego, o czym marzę? Uwierzcie mi, nie jestem absolwentem bez pracy, który nie ma co ze sobą zrobić, więc z braku laku rekrutuje się na doktorat, żeby przedłużyć swoje studia. Chcę tylko mieć podstawę do swoich działań i badań, bo w tym kraju nie traktuje się poważnie kogoś, kto pracuje naukowo na własną rękę. Spytacie, dlaczego tak uporczywie trzymam się studiów w Polsce, czemu nie pojadę do Skandynawii, za granicę? Owszem, że próbowałam: nie ma wakatów, nie ma chętnych ani odważnych do podjęcia tematów, nie ma stypendium, a nie stać mnie na płacenie 14 tysięcy funtów na studia w Glasgow (jedyne, na jakie się dostałam). No i najważniejsze: pomimo znienawidzenia polskiego systemu szkolnictwa wyższego i macierzystego Instytutu, chcę tu zostać i udowodnić, że sztuka nordycka ma wartość i trzeba o niej mówić. Bo to polskiej publiczności chcę pokazywać sztuką nordycką. Anglosasi i Skandynawowie już bardzo dobrze ją znają.

Właśnie to powiedziałam komisji, która w ubiegły piątek pytała mnie o powody zgłaszania się do podjęcia studiów w szkole doktorskiej. Z dużym doświadczeniem i przemyślawszy ten temat na wiele różnych sposobów, wyśpiewałam prosto z serca, dlaczego tak bardzo pragnę doktoratu. I skoro nie miałam już nic do stracenia, bo postanowiłam sobie, że 2020 będzie ostatnim rokiem moich prób, to nie bałam się mówić między wierszami co naprawdę myślę o nowym systemie i o polskiej historiografii.

Wejście do budynku Wydziału Neofilologii Uniwersytetu Gdańskiego, na chwilę przed rozmową.

Nadzieja?

I wiecie co? Albo trafiłam na wyjątkową komisję, albo właśnie to było moim atutem, bo rozmowa poszła mi naprawdę bardzo dobrze. Choć pytaniami próbowano zbić mnie z tropu i podburzyć sens mojego projektu, robiono to merytorycznie i profesjonalnie. Nikt nie pytał o wartość artystyczną sztuki nordyckiej. Czułam, że mam komisję po swojej stronie, a zebrane cudem dokumenty i opinie nie pozostawiały wątpliwości, że moja kandydatura nie jest godna odrzucenia. Wróciłam z jednodniowej, początkowo bardzo stresującej, wycieczki do Gdańska z uśmiechem na ustach, mając w sercu nadzieję. Czy 2020 to będzie mój rok? Czy trwa dobra pasja, skoro doceniono mój projekt w Glasgow? Czy będę mogła studiować po polsku i w Polsce? Czy w końcu przyszłość i plany nabiorą konkretnych kształtów?

W tym miejscu chciałabym wyrazić ogromną wdzięczność pracownikom Szkoły Doktorskiej Nauk Humanistycznych i Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego oraz Szkoły Doktorskiej Anthropos PAN, a także dziekanom i profesorom, dzięki których opiniom mogłam podejść do procesu rekrutacyjnego. Niezależnie od wyników rekrutacji w Państwa jednostkach, dzięki Państwa życzliwości i cierpliwości nie zwątpiłam tak do końca w polski system szkolnictwa wyższego.