Konie w nas

O koniach i ludziach

tytuł oryginalny: Hross í oss (ang: Of horses and men)
reżyseria: Benedikt Erlingsson
rok produkcji: 2013
kraj: Islandia/Norwegia/Niemcy

Można powiedzieć, że już od pierwszych minut filmu reżyser Erlingsson chce nam pokazać, jak podobne jest życie ludzi i koni: po wizycie Kolbeinna (Ingvar Eggert Sigurðsson) u Solveig (Charlotte Bøving) następuje scena kopulacji zwierząt, po zakopaniu ciała ukochanej klaczy Kolbeinna – scena pogrzebu jednego z mieszkańców doliny. Bo film “O koniach i ludziach” nie jest o odwiecznej przyjaźni i zależności między człowiekiem a koniem na Islandii, ten film pokazuje nam, że życie ludzi zamieszkujących islandzki interior nie wiele różni się od życia zwierząt: ulegają tym samym pokusom, potrzebom. Poprzez ciekawy zabieg rozpoczynana kolejnych scen odbiciem sylwetek bohaterów w źrenicach konia możemy domyślić się, że to nie człowiek dogląda swoich zwierząt, ale to zwierzęta przypatrują się swoim właścicielom – mając nierzadko wpływ na ich losy. To nie człowiek ogranicza wolność zwierzęcia (wielokrotnie uciekają one z wytyczonych im obszarów), ale konie determinują tryb życia ludzi w dolinie.
Trzeba jednak zaznaczyć, że film traci na braku jednoznacznie określonej linii fabularnej; mamy tu do czynienia z przeglądem epizodów opisujących perypetie poszczególnych bohaterów – których łączy wspólne zaganianie koni na wiosnę widoczne w ostatniej scenie – ale czasami widzowi udziela się nieprzymusowe ziewanie. Nie można oczywiście narzekać na brak wrażeń: mamy tu wszystko: seks, krew, wnętrzności i płyny fizjologiczne (zarówno ludzi jak i zwierząt!). Ale film pozostawia widza w poczuciu zagubienia i potrzeby odpowiedzi na pytania: dlaczego Kolbeinn zabija klacz? Czy konie potrafią pływać? W pewnym sensie opowieść ta przypomina sagę: w dość oszczędny, ale żartobliwy sposób opowiada gdzieś zasłyszane, funkcjonujące wśród tej grupy mieszkańców, historie, w które czasem aż trudno uwierzyć.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Szalona plebania

Duszpasterstwo pod lodowcem

tytuł oryginalny: Kristnihald undir Jökli
reżyseria: Guðný Halldórsdóttir
rok produkcji: 1989
kraj: Islandia

Adaptacja powieści islandzkiego laureata Nagrody Nobla, Halldóra Laxnessa o tym samym tytule. Do diecezji w Reykjaviku zjeżdżają się głowy najważniejszych religii świata, aby debatować nad problemem lokalnego biskupa. Jego młody “misjonariusz”, Umbi (Sigurður Sigurjónsson) przygotował niepokojący materiał podsumowujący jego wyjazd zwiadowczy do duszpasterstwa pod lodowcem Snæfellsjökull. Podobno tamtejszy pastor nie grzebie zmarłych, żyje bez żony i zaniedbuje życie duchowe swoich wiernych. Gdy Umbi dociera na zachodnie wybrzeże, okazuje się, że zwyczaje i nastawienie do życia mieszkańców parafii jest dość zaskakujące. Gospodyni pastora codziennie wypieka 17 różnych rodzajów ciast, podczas gdy sam pastor znajduje więcej powołania w podkuwaniu koni i reperowaniu kuchenek, niż odprawianiu mszy świętych. Kościół właściwie zabity jest deskami i całkowicie nieużywany, a duchowny wprost podkreśla, że nie wierzy w żadne doktryny. Wydawałoby się, że życie mieszkańców parafii płynie zwyczajnie: nie ma w nim miejsca na katolickie praktyki, za to zupełnie normalnym jest pogański kontakt z naturą czy wiara w wskrzeszenie umarłych i szamańskie uniesienia.

Zarówno powieść, jak i film na jej podstawie, to prześmiewcza satyra na życie religijne Islandczyków. Tam, gdzie luteranizm spiera się z wiarą w elfy, dociera również prąd New Age i zachłyśnięcie “nowinkami” spoza wyspy (jest i coś dla ciała: wafelki Prince Polo). Fabuła jest jednak na tyle absurdalna, a akcja w wielu punktach zaciąga widza w kozi ruch, że reżyser, Guðný Halldórsdóttir (nota bene wnuczkę Laxnessa) można nazwać islandzkim Davidem Lynchem. Surrealistyczny klimat ze złośliwym, elfim śmiechem w tle, stawia nas w pozycji głównego bohatera “może na skutek halucynacji, zmęczenia, czy głodu, opisałem owe wydarzenia w sposób chaotyczny”…

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Tam, gdzie mieszka nadzieja

Życie na kredycie

tytuł oryginalny: Vonarstræti
reżyseria: Baldvin Zophoníasson
rok produkcji: 2014
kraj: Islandia

Trzeba przyznać, że polski tytuł filmu jest bardzo mylący, bo implikuje komedią, a obraz Zophoníassona z pewnością komedią  nie jest. Splatają nam się tutaj wątki trzech bohaterów w jakiś sposób powiązanych z życiem na kredyt. Eik (Hera Hilmarsdóttir) to 24-letnia matka, która za dnia pracuje w przedszkolu, ale dla spłacenia ogromnego długu w banku nocami oddaje swoje ciało wiekowym biznesmenom. Sölvi (Thor Kristjansson) to była gwiazda futbolu, który ze względu na poważną kontuzję rozpoczyna karierę w świecie islandzkiej finansjery, ale szybko przekonuje się o konieczności zmieniania liczb w raportach w celu ocalenia firmy. Móri (Þorsteinn Bachmann) natomiast wciąż nie spłacił swojego życiowego długu względem przeszłości i samego siebie; błąkający się po pubach świetny poeta i znany pisarz nie może pogodzić sobie z błędami młodości. Każdy z nich ma przykre doświadczenia na swoim koncie, ale nie wszystkim uda się je przezwyciężyć.

To naprawdę dobry, przejmujący film. Miesza się w nim ludzka bezsilność próbująca zmierzyć się z niesprawiedliwymi przeciwnościami losu, ale też nadzieja: obecność drugiej osoby, ambicja czy po prostu wewnętrzne ciepło pozwala na krótkie chwili szczęścia i zapomnienia. Choć bohaterowie wcale nie są biali ani czarni, dobro w pewnym sensie zwycięża. Ale trzeba na nie zapracować szczerością. Do znakomitej gry aktorskiej należy zaliczyć jeszcze jeden plus filmu: muzykę Ólafura Arnaldsa.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Kino drogi

Tak czy siak

tytuł oryginalny: Á annan veg (ang: Either way)
reżyseria: Hafsteinn Gunnar Sigurðsson
rok produkcji: 2011
kraj: Islandia

Akcja toczy się w roku “1980 something” i już ta informacja pokazuje, że film będzie o sprawach niekonkretnych, mogących przytrafić się każdemu, ale – jak to w kinie islandzkim – opowiedzianych w niecodzienny sposób. Dwaj młodzi mężczyźni, Finnbogi i Alfred spędzają lato na islandzkim pustkowiu oznaczając asfaltową drogę. O celowości ich zajęcia świadczy frekwencja samochodów w okolicy – spotykamy kilkakrotnie tego samego kierowcę ciężarówki, który przywozi robotnikom zimną Colę i bimber domowej roboty. Poza tym wiemy też, że miasto znajduje się w miarę niedaleko, bo można tam dojechać w kilka godzin (na przykład na piątkową imprezę). Obu bohaterów nie łączą jedynie relacje zawodowe; Finnbogi spotyka się ze starszą siostrą Alfreda, która została na lato z córką w Wiedniu. Mężczyzna nie może doczekać się powtórnego spotkania, uczy się niemieckiego i pisze romantyczne listy do kobiety swojego życia. O dekadę młodszy Alfred marzy raczej o dziewczynie, która “przytuliłaby jego małego”, a samotne noce spędza na masturbowaniu. Pączkująca przyjaźń pomiędzy bohaterami zostanie gwałtownie zerwana, kiedy z Austrii przyjdzie list informujący Finnbogiego o zerwaniu…

Zdawałoby się, że film, w którym akcja toczy się w jednym miejscu i głównie pomiędzy dwiema postaciami, w dodatku mało rozmownymi, to idealny przepis na klapę. Trzeba jednak przyznać, że momenty ciszy służą obrazowi – budują napięcie, bo widz wielokrotnie musi długo czekać na rozwój sytuacji; rozmowy zawiązują się, ale za odpowiedzi muszą starczyć nam półsłówka i późniejsze pociągnięcie narracji. Cisza islandzkiego interioru (czasem wypełniona muzyką disco lub kasetą z niemieckimi rozmówkami) to jakby główny środek ekspresji filmu. Jeśli chodzi o scenariusz, mamy tu do czynienia z typowo “męskimi” problemami rozwiązywanymi w typowo męski sposób. Momentami przypomina “Tajemnicę Brokeback Mountain”, ale bez wątku homoseksualnego.

Życiowe fiasko?

Fíaskó

tytuł oryginalny: Fíaskó
reżyseria:  Ragnar Bragason
rok produkcji: 2000
kraj: Islandia, Dania, Niemcy

“Fíaskó” to film z gatunku wielowątkowych opowieści, opowiadający oddzielne historie postaci powiązanych więzami pokrewieństwa i mieszkających pod jednym dachem. Najpierw poznajemy Karla, rezolutnego emeryta, który podkrada córce pieniądze i zakochuje się w wygasłej już gwieździe filmowej z problemami z pamięcią, Heldze (fenomenalna Kristbjörg Kjeld). Druga historia dotyczy Júlíi, jego wnuczki, która samotność po swoim chłopaku wyjeżdżającym często na morze wypełnia nocnymi schadzkami z zamężnym mężczyzną, obaj zresztą są w niej szaleńczo zakochani. Jej matka, Steingerdur, nie może jednak pochwalić się równym powodzeniem u mężczyzn; podkochuje się w charyzmatycznym pastorze Samuelu, który z kolei chętnie wydaje pieniądze na luksusowe samochody i uprawianie nierządu ku chwale Bożej.

Film ten na tyle wyróżnia się od innych obrazów z tego gatunku, że punkty styczne opowieści nie są sztuczne ani nachalne; mamy tutaj tak naprawdę opowiedzianą tę samą historię, ale z trzech różnych punktów widzenia. Z początku niejasne sceny w drugiej lub trzeciej odsłonie zostają wyjaśnione, najczęściej z typowo islandzkim komizmem. Nierzadko zresztą całość ociera się o prześmiewczość, chociażby z (nad)gorliwej religijności prostych ludzi czy postaci pastora-erotomana. Naprawdę warto obejrzeć.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Kraina dziecięcych snów

Ostania farma w dolinie

tytuł oryginalny: Siðasti bærinn í dalnum
reżyseria:  Óskar Gíslason, Ævar Kvaran
rok produkcji: 1950
kraj: Islandia

Film z gatunku “familijne” to opowieść o rodzeństwie mieszkającym na tytułowej farmie z ojcem i babcią. Borgur spędza beztroskie dzieciństwo nad rzeką lub budując mały domek dla lalek (ale bez lalek) oraz na zabawach z siostrą i gospodarskimi zwierzętami. Pewnego dnia spotyka nad potokiem karła, który zgubił w nurtach rzeki czapkę niewidkę… Pomoc krasnalowi sprawi, że chłopiec będzie mógł liczyć na wsparcie Królowej Elfów w trudnych momentach. Okaże się, że pomoc wkrótce się przyda – para trollów próbuje pozbyć się ostatniej rodziny z opustoszałej już doliny i pod postacią ludzką dostają się do domostwa, aby wykraść chroniący rodzinę amulet.

To jeden z najstarszych filmów w kinematografii islandzkiej i trzeba przyznać, że ówczesne możliwości i stan wiedzy na temat produkcji filmów dodają temu obrazowi mnóstwo uroku. Jest to oczywiście opowieść dla dzieci, pełna magicznych stworów z islandzkiego folkloru, ale dorosły odnajdzie tu to, czego kino islandzkie stara się unikać – właśnie tego mitycznego świata “ukrytych ludzi”. Proste efekty specjalne, głównie polegające na znikaniu lub pojawianiu się postaci i przedmiotów poprzez mniej lub bardziej udany montaż, czy fakt, że dźwięk często nie pokrywa się z obrazem nie przeszkadzają widzowi, bo film jak na lata 50. jest naprawdę bardzo dobry, choć być może za długi, nużący. Wielkim atutem jest piękna ścieżka dźwiękowa.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Powrót do początków

Dzieci natury

tytuł oryginalny: Börn náttúrunnar (ang: Children of nature)
reżyseria:  Fridrik Thor Fridriksson
rok produkcji: 1991
kraj: Islandia, Niemcy, Norwegia

Tytułowe “dzieci natury” prawdziwe dzieciństwo od dawna mają za sobą. Bohaterami obrazu Fridrika Thora Fridrikssona są Thorgeir i Stella, przyjaciele z tej samej wioski, którzy przypadkiem po wielu, wielu latach spotykają się w tym samym domu starców. Thorgeir jest świeżym podopiecznym; kilka dni temu zostawił swój rodzinny dom na północnym wybrzeżu i z fotografią swojej zmarłej żony oraz zabytkowym zegarem wprowadził się do dawno niewidzianej córki mieszkającej w Reykjaviku. Szybko jednak okazuje się, że nie ma tam dla niego miejsca i córka wysyła ojca do ośrodka. Stella jest natomiast pensjonarką z długim stażem, wciąż jednak nie może pogodzić się z myślą, że miałaby zostać pochowana tu, “ze śmieciami”, zamiast na swoim rodzinnym cmentarzu. Dlatego obaj 70-latkowie obmyślają plan ucieczki; kupują adidasy cichobiegi i pod osłoną nocy uprowadzają stojącego obok domu starców jeepa.

Scenariusz ich podróży jest pełen przeszkód: poszukiwani przez policję, zaskoczeni usterką w samochodzie, będą musieli zdać się na własne nogi – wszystko to brzmi jak ucieczki rodem z amerykańskich filmów, ale głównym ośrodkiem komizmu jest właśnie wiek bohaterów. Zresztą “Dzieci natury” to pod żadnym pozorem nie jest komedia. Jak zwykle w islandzkim kinie nie brak tu subtelnego, ale stanowczego humoru, jednak widz wychodzi z kina poruszony. To piękny film o samotności starszych osób, ale też o umierającej islandzkiej wsi. Wraz z tym pokoleniem zdają się wymierać stare tradycje: wspólne śpiewy przy pędzeniu owiec, przywiązanie do przyrody, ale też potrzeba kontaktu z drugim człowiekiem. Ważnym problemem jest tu też wolność człowieka: tracimy ją wraz z procesem starzenia się, kiedy zaczynają decydować za nas własne dzieci i pielęgniarki, ale tracimy ją także wtedy, kiedy odłączymy się od Matki Natury.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Wiek wybuchów

Wulkan

tytuł oryginalny: Eldfjall (ang: Volcano)
reżyseria:  Rúnar Rúnarsson
rok produkcji: 2011
kraj: Islandia, Dania

Hannesa (Theódór Júliusson) poznajemy w chwili, gdy odchodzi na emeryturę. Jego życie, dotąd całkowicie poświęcone pracy, traci sens. Dom zdaje się nie być jego ulubionym miejscem; skłócony z dziećmi, wiecznie krytykujący żonę, woli spędzać czas najdłuższych wakacji życia na połowie ryb i majsterkowaniu. Jednak gdy podczas jednej z wypraw na pełne morze jego ukochana łódź zaczyna przeciekać, Hannes zdaje sobie sprawę, że tak jak ona jest już bezużyteczny. Kiedy wraca do domu uświadamia sobie rzecz jeszcze ważniejszą – że łódź, choć stara, warta jest naprawy. I sam dąży do naprawiania siebie. Nagle znajduje w sobie czułość i ochotę na pocałowanie żony przed snem. Następnego dnia sprawia jej piękny prezent: świeżego halibuta, aby mogła ugotować swoją ulubioną zupę… Jednak tego wieczoru życie stawia Hannesa przed trudnym testem: Anna (Margrét Helga Jóhannsdóttir) dostaje udaru i tak jak dotąd ona zajmowała się nim, Hannes decyduje się sam zaopiekować sparaliżowaną żoną.

Rúnar Rúnarsson nie ucieka od trudnych tematów, jak sam mówi: chce w filmach szczerości, a film tworzy raczej sercem, a nie umysłem. Jego historia jest uniwersalna, mogłaby wydarzyć się w każdym innym miejscu na świecie, a jednak mamy tu wiele odniesień do islandzkiej rzeczywistości; wybuch wulkanu, który zmusił rodzinę do przeprowadzki, podkreślenie tradycji rybackich, a także konflikt pokoleń: Hannes nie docenia awansu córki w firmie udzielającej pożyczek, bo przez takich jak ona ludzie kupują bezsensowne terenówki na kredyt. Ale zdecydowanie jest to przede wszystkim film o emocjonalnym dojrzewaniu, o wydobywaniu gorącej lawy uczuć z lodowego pancerza zgorzkniałego człowieka. Choć momentami film dłuży się, otrzymujemy piękną opowieść zadającą widzowi pytania o sens naszych codziennych działań: czy nasze dobre uczynki wynikają z odpowiedzialności za drugą osobę, a może są próbą pozbycia się wyrzutów sumienia wynikających z tych złych?

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Ktoś taki jak Gnarr

Ktoś taki jak ja

tytuł oryginalny: Maður eins og ég (ang: A Man Like Me)
reżyseria:  Róbert I. Douglas
rok produkcji: 2002
kraj: Islandia, Hong Kong

Ten film sprawia wiele kłopotów widzowi z 2016 roku. Dzisiaj już nie robi się takich filmów, a 10 lat to ciągle za mało, aby popatrzeć na techniczne niedociągnięcia z przymrużeniem oka. Nieporadne kadry, niewygodne zbliżenia, ogółem: bardzo kulawa reżyserka to tylko jeden z wielu zarzutów przeciwko tego filmowi. Drugim jest ścieżka dźwiękowa: ckliwe, kiczowate skrzypce typowe dla komedii romantycznych. Trzecim jest wszystko to, na co realizatorzy filmu nie mieli wpływu: to, co wydarzyło się po 2002 roku. Czyli np. fakt, że aktor grający główną postać został najpopularniejszym islandzkim politykiem znanym za granicą. Dzisiejszy widz zna Jóna Gnarra jako charyzmatycznego burmistrza Reykjaviku, więc w roli nieradzącego sobie z życiem uczuciowym (i z życiem w ogóle) rudego okularnika dostrzegamy jedynie pastisz. I chcielibyśmy, aby cały ten obraz był jednym wielkim pastiszem na komedie romantyczne, ale niestety nim nie jest.

Júlli (Gnarr) bierze udział w telewizyjnej randce w ciemno. Wiemy, że bez powodzenia, a w następnej scenie widzimy go w chińskiej restauracji w towarzystwie młodej Azjatki. W dość szybki sposób zawiązuje się cukierkowe love story: on przychodzi pomalować jej ściany w mieszkaniu, ale ostatecznie proponuje, by wprowadziła się do niego ze swoją córeczką, potem się oświadcza. Ona odmawia – i tutaj widz oczekuje jakiegoś ciekawego zwrotu akcji, ale niestety otrzymuje historię nieszczęśliwie zakochanego nieboraka, który za miłością swojego życia pojedzie nawet do Hong Kongu. W filmie tym pełno jest “scen przeskoków”, niezrozumiałych skrótów myślowych, nagromadzenia retrospekcji, szybkich przejść od sceny do sceny – sami już gubimy chronologię, ale w sumie odliczamy czas do zakończenia filmu, tak jest nieznośny. Film ratuje tylko humor (taki naprawdę): kilka udanych żartów sytuacyjnych i tzw. “sucharów”.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Dyskretny dramat burżuazji

Morðsaga

reżyseria:  Reynir Oddsson
rok produkcji: 1977
kraj: Islandia

To przykład idealnej nowobogackiej rodziny w amerykańskim stylu. Anna jest typową nastolatką, za dnia pracuje w biurze, a wieczorami wychodzi z chłopakiem i przyjaciółką, ale zawsze stara się wrócić przed 23:30 do domu. Jej matka, Margrét, to pani domu: czeka z obiadem, a gdy wszyscy idą do pracy, zabiera się za odkurzanie wielkiego salonu. Róbert to dyrektor ważnej firmy, stać go na modny dom wypełniony drogimi przedmiotami. Każdy ma jednak swoje grzeszki: ojciec ma romans i podgląda nagą córkę, matka w sekrecie pije alkohol z butelki ukrywanej w toaletowej szafce, a Anna przechodzi swój okres buntu w oparach marihuany i alkoholu. I tak naprawdę wcale nie są szczęśliwą rodziną; Róbert tyranizuje pozostałych, nie pozwala dotykać swojego gramofonu, a córkę każe klapsami w gołe pośladki za każde spóźnienie. Margrét dość ma już roli kury domowej i fantazjuje o szalonym seksie z fachowcem od zmywarki. Podczas biznesowego obiadu ostatecznie puszczają jej nerwy, co doprowadzi do serii nieoczekiwanych zdarzeń…

Film ten ogląda się z nieustającym śmiechem. Jego wielkim atutem jest właśnie ponadczasowe poczucie humoru, ale trzeba przyznać, że także “kostium” lat 70. – choć oczywiście niezależnie od intencji reżysera – bawi dzisiejszego widza. Moda i wystrój wnętrz “dawnej epoki”, a także specyficzna gra aktorska odzwierciedlająca zachowanie ludzi w tamtym czasie wydają się nadęte, sztuczne, kiczowate, ale w pozytywnym sensie. Scena wspomnianego obiadu, absurdalne zachowanie gości i cała oprawa spotkania przypominają momentami Dyskretny urok burżuazji Bunuela. To specyficzne poczucie humoru towarzyszy nam do końca filmu – choć fabuła niewolna jest od tragedii, uwypuklane i ważne problemy przedstawione są w sposób lekki, co tylko podkreśla absurdalność życia samego w sobie.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.