Zabawa w festiwal

Byłam wczoraj na warszawskim koncercie w ramach festiwalu Iceland to Poland. Nie będę owijać w bawełnę – nie było to najlepsze wydarzenie muzyczne mojego życia. Ale choć organizatorzy spotkali się z dużym hejtem, chciałabym stanąć w ich obronie.

Warszawski występ to trzeci z czterech, jakie zaplanowano na tegoroczną edycję. Z relacji internetowych wynika, że w Krakowie był sztos, a Poznaniacy świetnie przyjęli artystów. W Warszawie coś jednak nie styknęło, bo Progresja niemal świeciła pustkami. Co prawda moi rozmówcy stwierdzili, że lepiej mieć 100 prawdziwych fanów niż tysiące przypadkowych osób na koncercie. Rozpoznawałam w tłumie znane mi z islandzkich imprez twarze, ale na pewno musieli przyjść na to wydarzenie również fani tego konkretnego typu muzyki, więc zdziwiła mnie taka niska frekwencja.

Zapowiadano wielką imprezę, ale dancingu i szaleństwa nie było. Ludzie wychodzili z koncertów niezadowoleni, a na stronie facebookowego wydarzenia padały komentarze “nudzę się”. Mimo wsparcia artyści naprawdę starali się zagrać dobre koncerty i udowodnić przybyłym, że warto było. Więc jeśli kogoś trzeba by było winić za brak atmosfery, moim zdaniem byliby to techniczni i sam Klub. Mr. Silla zaczęła swój występ unplugged, bo sprzęt nie był dobrze podłączony, a przez złe nagłośnienie podczas koncertu aYia wokal wybrzmiewał dopiero wtedy, gdy stawało się za stołem technicznym. Wiele osób mówiło mi, że jest za głośno, muzyka źle się roznosi, akustyka zawodzi. Do tego sala była za duża, niewystarczająco kameralna jak na takie wydarzenie. Tu podobno również zawinił Klub, mimo wstępnych ustaleń udostępniając organizatorom swoją największą salę, zamiast mniejszej.

aYia podczas koncertu w warszawskiej Progresji, Iceland to Poland 2019

Ale była zabawa w trakcie festiwalu. Ja dobrze się bawiłam. I nie dlatego, że oczekiwałam wielkiej imprezy. Rozśmieszali mnie sami artyści. Mr. Silla, która wdzięczyła się na scenie niczym diwa, bawiąc się trochę i mikrofonem, i dźwiękami z playbacku. Zupełnie nie obchodziły jej niedociągnięcia: czy odpiął jej się pasek od gitary, czy piękny długi kuc włosów uderzał ją w twarz podczas dzikich pląsów. Patrzyłam na nią jak na upitą na wesoło dziewczynę z sąsiedztwa, która wpadła do lokalnego pubu na wieczór karaoke.

Mr. Sillla (czyli Sigurlaug Gísladóttir z Múm) podczas koncertu w warszawskiej Progresji, Iceland to Poland 2019

aYia dała interesujący występ, według moich współtowarzyszy jeden z najlepszych. Mnie nie do końca przekonuje mroczny image grupy, w tym styl samej wokalistki, która chodzi po scenie cała na czarno z rękami w kieszeniach i spuszczoną głową. Abstrahując od tego, że techniczni nie dali jej głosowi wybrzmieć, była na scenie absolutnie nieobecna. Zakrywała twarz długimi włosami, a kiedy już przemawiała do publiczności, to cicho i bardzo niewyraźnie. A mimo to koncert mnie ubawił, bo pod sceną dokazywały dwie wierne fanki zespołu, jedyne (niestety) tańczące i skandujące w całym tłumie. Serio, zespół koncertujący już w Polsce ma w Warszawie tylko dwie fanki?

Moim zdaniem w dużej mierze zawiodła właśnie publiczność. Ludzie stali pod sceną, niektórzy próbowali falować w takt muzyki, ale zanim się rozkręcali, to 40-minutowy występ akurat się kończył. Warszawską edycję uzupełniła polska artystka Larilu, ale większość czekała na headlinera: Högniego. Jego występ był jednak dla mnie jak zły dj na weselu po oczepinach. Kiedy wszyscy nakręcają się na zabawę, on puszcza jakieś dobijające kawałki i ludzie zaczynają zasypiać lub wracać do domu. Z całą sympatią do Högniego (bo w innych warunkach pasowałby do mojego profilu artysty idealnego z Islandii: wikińska broda, długie blond włosy, ambientowe pianinko i skrzypce, głos z lekką chrypką, proste melodie…) jego występ zabił zabawę, na którą czekali ci, którzy postanowili wytrwać do końca festiwalu, czyli koncertu President Bongo o północy. Ale i podczas jego wystąpienia (przynajmniej na początku), publiczność tylko stała pod sceną, a fanki Högniego, który podszedł pod scenę, zajmowały się bardziej nim niż jego dawnym kolegą z zespołu Gus Gus.

Högni podczas koncertu w warszawskiej Progresji, Iceland to Poland 2019

Zatem Warszawa nie zabawiła się podczas festiwalu, wielu jednak złośliwie komentowało, że to organizatorzy bawili się w festiwal. Widzowie mieli prawo czuć się trochę zdezorientowani, czy może nawet zawiedzeni. Najpierw odwołano, niemal tydzień po tygodniu, dwie największe gwiazdy festiwalu (Hatari i FM Belfast), w dniu koncertu natomiast zaliczono wpadkę dotyczącą godzin otwarcia i rozpiski wystąpień. Internauci dokazywali z tej okazji na oficjalnej stronie festiwalu, dlatego postanowiłam przekleić tu kilka znalezionych w sieci komentarzy i zestawić je z wypowiedziami głównej organizatorki festiwalu, Wiktorii Joanny Ginter, którą udało mi się złapać w przerwie między koncertami.

“Organizacja na najwyższym poziomie 💁🏻‍♀️”

Napisano w reakcji na to, że informacje dotyczące godzin otwarcia warszawskiego koncertu nie były spójne z tym, co można było znaleźć na stronie Progresji. Wejście na teren Klubu początkowo miało być możliwe od 18, jednak w ciągu dnia Iceland to Poland podało informację o późniejszej godzinie otwarcia drzwi. Wiele osób nie zarejestrowało jednak tej zmiany i czekali pod Klubem przez godzinę, co było okazją do hejtowania organizatorów. Cóż, może komunikacja nie wypaliła, ale Wiktoria powiedziała mi, że obsuwa związana była głównie z faktem, że artyści i techniczni nie wyrobili się z próbami dźwięku do ustalonej pierwotnie godziny.

Kto zawinił? W takich przypadkach najczęściej obwinia się organizatorów. Ale gdy w Krakowie w ostatniej chwili zmieniono miejsce koncertu, organizatorzy podstawili pod pierwszy klub autobus, który miał zawozić publiczność do nowej lokalizacji. Strona Iceland to Poland regularnie umieszczała wpisy dotyczące zmian line-upu czy kwestii organizatorskich, można było też napisać w sprawie jakichkolwiek wątpliwości w dyskusji wydarzenia i dostać szybką odpowiedź z prywatnego konta Wiktorii.

President Bongo podczas koncertu w warszawskiej Progresji, Iceland to Poland 2019

“Kupiłem bilety tylko dlatego, że mieli grać”

Kiedy podano oficjalną informacje o tym, że Hatari nie weźmie udziału w Festiwalu, na organizatorach wieszano psy. Choć podano oświadczenie, że decyzja w wyniku okoliczności niezależnych od obu stron, winę zrzucono na organizatorów i zaserwowano im masowe zwroty biletów. Obserwowałam sprawę od samego początku i już wtedy starałam się szukać sensownego wytłumaczenia. W czym mogła zawinić grupa trzech organizatorów, którym zależy, żeby Festiwal cieszył się powodzeniem i dużą publicznością? Obecność Hatari na Iceland to Poland zaklepano jeszcze przed Eurowizją, a grupa odstąpiła od udziału w Festiwalu w szczytowym momencie popularności, już po finale w Tel Avivie. Nie dziwi Was, że właśnie wtedy zrezygnowali z krótkiego występu na kompromisowych warunkach? I że kilka dni później poinformowali o własnym koncercie w tym samym miejscu? Na pewno poszło o pieniądze, bo trio z Reykjaviku zażyczyło sobie honorarium, którego organizatorzy nie mogli zagwarantować. Doszły do mnie plotki, że już w samej Islandii chłopcy spotykają się z krytyką za swoje, nastawione na zysk, dokazywanie. A w końcu śpiewali przeciwko kapitalizmowi, prawda?

“Strzał w kolano bardzo”

Gdy odwołano występ FM Belfast, polała się druga fala hejtu. Sama nie byłam zachwycona i wyraziłam swoje niezadowolenie, ale wciąż planowałam swój udział w Festiwalu, choćby dlatego, ze dla mnie to po prostu wielka impreza islandzkiej muzyki, a nie koncert jednego zespołu. Jasne, że ludzie mieli prawo kupować bilety tylko z myślą o jednym występie i poczuli się oszukani, kiedy ich ulubiony zespół wycofał się z imprezy. Ale wieszanie psów na organizatorach było bardzo nie na miejscu. Okazuje się bowiem, że w tym przypadku nawaliła strona zespołu, a konkretnie agent. I może nie przekona Was informacja o tym, że nie zdążył podpisać umowy, a potem wyjechał na wakacje, ale jak dla mnie to bardzo islandzkie zachowanie 😉 Islandczycy tak już mają, że jak się do nich nie będziesz dobijał, to nie odpiszą. Więc organizatorzy nie strzelili sobie w kolano, ale polegli w starciu z papierami. A wiemy, że większość zespołów ściągniętych przez Wiktorię to jej znajomi lub znajomi znajomych, więc kwestie formalnie być może schodziły na drugi plan w pierwszej fazie ogłaszania line-upu. Szkoda FM Belfast, ale szkoda też organizatorów. W krótkim czasie musieli wycofać grafiki i wideo promujące, kontaktować się z partnerami medialnymi, a przede wszystkim znowu zawieść swoją publiczność, a może nawet namawiać pozostałych artystów, żeby nie wycofali się z udziału w Festiwalu.

“Co trzeba zrobić żeby powalczyć o te wejściówki? “

I właśnie to przyjacielskie nastawienie było bardzo ważne, żeby Festiwal ostatecznie wypalił. Wiktoria zdradziła mi, że artyści byli świadomi tego, co się dzieje, więc tym bardziej chcieli być częścią Festiwalu i nie zawieść. Może zdziwi to nas wszystkich, ale nie wszystko na świecie rozchodzi się o pieniądze, a na pewno organizatorzy Iceland to Poland nie planowali dorobić się na tej imprezie. Więcej: bardzo się starano o to, żeby Islandczycy nie grali do pustych sal, dlatego organizowano konkursy i rozdawano darmowe wejściówki na występy. Lista gości przy wejściu była długa, a znając ceny biletów nietrudno sobie wykalkulować, że bez dodatkowych źródeł finansowania i sponsorów organizatorzy być może musieli nawet do całego przedsięwzięcia dołożyć.

Zabawa w festiwal? Może. Ale Wiktoria, choć na co dzień menadżerka zespołów mocno związana z islandzką sceną muzyczną, nie organizuje festiwali codziennie. Gdy przychodzimy na gotowe, zawsze znajdziemy wady i niedociągnięcia, ale rzadko zastanawiamy się, ile pracy i stresu kosztowało wszystko organizatorów. Sama wiem, ile muszę włożyć czasu i zaangażowania w organizację jednego Dnia Islandzkiego, nie wyobrażam sobie więc tygodniowej imprezy, gdzie w grę wchodzą pieniądze i ściąganie do Polski Islandczyków z kosztownym sprzętem. Z mojej strony wielki szacun za to, że pomimo wielu przeszkód nie zrezygnowano z imprezy i doprowadzono ją do końca. Szacunek należy się również artystom, którzy postanowili zagrać mimo wszystko. Dlatego bronię Iceland to Poland, bo wiem, że są jeszcze ludzie, którzy kierują się pasją, a nie chęcią zysku. Pomyślcie o tym następnym razem, gdy napiszecie negatywny komentarz publicznie.

Z Wiktorią Joanną Ginter, główną organizatorką festiwalu Iceland to Poland.

Uczta dla polskich fanów muzyki islandzkiej już niedługo

Już za niecały miesiąc rusza festiwal Iceland to Poland. W jego ramach polscy fani muzyki islandzkiej będą mogli posłuchać na żywo kilku naprawdę niezwykłych artystów z Islandii.

Po trzyletniej przerwie ten jedyny na świecie podróżujący festiwal znowu dociera do Polski. Projekt Iceland to Poland powstał w 2016 roku i wówczas w największych polskich miastach: Wrocławiu, Gdańsku, Poznaniu i Warszawie, koncertowały cztery zespoły z Islandii i amerykański headliner. Na dodatek towarzyszyły im polskie grupy, które miały potem zagrać na Islandii.

Czy doszło do polskich występów na Islandii? Niestety nie znalazłam takich informacji. W sieci docieram tylko do galerii zdjęć z koncertów w Polsce oraz fotorelacji Bartka Wilka z wrocławskiej odsłony festiwalu. Do polskiej trasy po Islandii pewnie jednak nie doszło. A w tegorocznej edycji festiwalu brakuje informacji o polskich zespołach wspierających islandzkich kolegów na scenie.

Ważne, że po dłuższej przerwie i wielu perypetiach udało się wrócić do organizacji festiwalu. Pomysłodawczynią i główną organizatorką Iceland to Poland jest Wiktoria Joanna Ginter, która już od ponad dekady mieszka na Islandii i współpracuje tam z wieloma lokalnymi artystami, nie tylko muzykami. W wywiadzie udzielonym portalowi Stacja Islandia przyznała, że pomysł stworzenia festiwalu narodził się spontanicznie, a całości projektu przyświecał cel zjednoczenia polskiej i islandzkiej sceny muzycznej. Choć Polacy znają muzykę z Islandii całkiem dobrze, to wciąż brakuje odpowiedniej współpracy w drugą stronę.

Tegoroczny Iceland to Poland odbędzie się z Poznaniu, Krakowie, Warszawie i Gdańsku, a na aktualny line-up składają się wyłącznie islandzcy artyści:

Zdaniem organizatorki, tegoroczne zespoły można zaliczyć do muzyki elektronicznej, przy której można potańczyć i poszaleć. Taką na pewno gra zespół FM Belfast, na których występ cieszę się najbardziej. *Niestety występ zespołu został odwołany, ale grupę zastąpi Mr. Silla, czyli solowy projekt Sigurlaug Gísladóttir, również związanej z zespołem Múm*.  aYia oraz President Bongo to dla mnie zupełne nowości, ale jeśli ktoś dobrze bawi się przy utworach Björk czy Retro Stefson, na pewno polubi twórczość tych artystów.  Headlinerem festiwalu jest z kolei dobrze znany w Polsce Högni, choćby za sprawą zespołu GusGus, a od niedawna prowadzący solową karierę. Choć jego muzyka to nie tylko electro, do utworów takich jak Zebra, nagranego z udziałem duetu Kiasmos, na pewno można potańczyć!

Zabraknie niestety gwiazdy tegorocznej Eurowizji, czyli szokującego zespołu Hatari. Decyzja o wycofaniu się trio z Reykjaviku wstrząsnęła polskimi fanami, sama śledziłam falę zniesmaczenia i złości na organizatorów oraz masowe zwracanie biletów. Zespół napisał w oficjalnym oświadczeniu, że współpraca z Iceland to Poland nie ułożyła się pomyślnie dla nich, natomiast organizatorzy festiwalu napisali mniej więcej to samo. Prawa jest pewnie po środku, choć czytając o perypetiach związanych z pierwszą edycją festiwalu myślę, że sytuacja z 2016 roku mogła się powtórzyć:

Organizacja tej trasy zweryfikowała wiele rzeczy i ludzi w moim życiu: pokazała mi, kto jest prawdziwym artystą, a kto tylko rozpieszczonym dzieciakiem albo kolesiem z parciem na kasę. Zweryfikowało to także wielu moich „przyjaciół”, dla których magicznie przestałam istnieć, gdy zabrałam się za organizację festiwalu.

Wiktoria Joanna Ginter dla stacjaislandia.pl

Bardzo cieszę się na warszawski koncert, bo cała idea festiwalu Iceland to Poland bardzo mi się podoba. Nie jest to okazja do obejrzenia gwiazd islandzkiej sceny muzycznej ani artystów, którzy wielokrotnie koncertowali już w polskich miastach, choć zdecydowanie Högni i FM Belfast to artyści dobrze znani nad Wisłą. Stanowią jednak świetny wabik dla tych, którzy chcą poznawać więcej dobrej muzyki islandzkiej bez konieczności ryzykowania, że koncert może być nieudany, a bilety zmarnowane. Sama cieszę się na możliwość poznania nowych zespołów z Islandii, tym bardziej, że moje gusta muzyczne oscylują zawsze wokół tych samych gatunków.

Więc jeśli nie jesteście jeszcze zdecydowani, to koniecznie przemyślcie wypad na Iceland to Poland jeszcze raz! Dlaczego? Kiedyś jeździłam na wszystko, co islandzkie i dostępne w Polsce. Kupowałam niemal każdą książkę, oglądałam każdy film, chodziłam na koncerty. Teraz wybór jest znacznie szerszy i można wybierać to, co się naprawdę lubi. Ale czy nie fajnie jest spróbować też czegoś nowego?

Więcej informacji o koncertach znajdziecie na Facebooku:
Poznań (Tama, 20 sierpnia)
Kraków (Klub Studio, 21 sierpnia)
Warszawa (Progresja, 23 sierpnia)
Gdańsk (B90, 24 sierpnia)

 

Bilety wciąż są dostępne! Linki do sprzedaży na konkretne koncerty znajdziecie tutaj.

Hatrið mun sigra?

Kto jeszcze nie słyszał Hatrið mun sigra, utworu z którym islandzki zespół Hatari jedzie na tegoroczną Eurowizją, koniecznie musi nadrobić zaległości. Najlepiej z ilustracją w postaci oficjalnego klipu:

Wyłączyliście plik po kilku sekundach? Zatem spróbujcie od nowa.

Przeszkadza Wam głos wokalisty? Poczekajcie na refren śpiewany falsetem.

To nie Wasz ulubiony rodzaj muzyki? Jeden z muzyków gra w słynnym Vök…

Nie podoba Wam się postapokaliptyczny krajobraz księżycowy? Przecież to Islandia.

Stylistyka wideo i wygląd zespołu budzą w Was zniesmaczenie?

No to przeczytajcie, o czym tak naprawdę jest piosenka Hatrið mun sigra – czyli Nienawiść zwycięży. Przygotowałam dla Was polskie tłumaczenie tekstu:

Svallið var hömlulaust
Þynnkan er endalaus
Lífið er tilgangslaust
Tómið heimtir alla

Hatrið mun sigra
Gleðin tekur enda
Enda er hún blekking
Svikul tálsýn

Allt sem ég sá
Runnu niður tár
Allt sem ég gaf
Eitt sinn gaf
Ég gaf þér allt

Alhliða blekkingar
Einhliða refsingar
Auðtrúa aumingjar
Flóttinn tekur enda
Tómið heimtir alla

Hatrið mun sigra
Evrópa hrynja
Vefur lyga
Rísið úr öskunni
Sameinuð sem eitt

Allt sem ég sá
Runnu niður tár
Allt sem ég gaf
Eitt sinn gaf
Ég gaf þér allt

Allt sem ég sá
Runnu niður tár
Allt sem ég gaf
Eitt sinn gaf
Ég gaf þér allt

Hatrið mun sigra
Ástin deyja
Hatrið mun sigra
Gleðin tekur enda
Enda er hún blekking
Svikul tálsýn

Hatrið mun sigra

Rozpusta była nieokiełznana
A kac nie do opanowania
Życie nie ma żadnego sensu
Pustka wszystko pochłonie

Nienawiść zwycięży
Radość dobiegnie końca
Stanie się tylko iluzją
Oszustwem, fałszem.

Wszystko, co widziałem,
Łzy spływające po policzkach,
Wszystko, co dałem.
Co raz dałem,
Dałem wszystko.

Ze wszystkich stron obłuda,
Z jednej strony przekleństwo,
Łatwowierni głupcy,
Walka dobiegnie końca,
Pustka wszystko pochłonie.

Nienawiść zwycięży
Europa zapadnie się
na sieci swoich kłamstw
A jednak powstanie z popiołów
Zjednoczona.

Wszystko, co widziałem,
Łzy spływające po policzkach,
Wszystko, co dałem.
Co raz dałem,
Dałem wszystko.

Wszystko, co widziałem,
Łzy spływające po policzkach,
Wszystko, co dałem.
Co raz dałem,
Dałem wszystko.

Nienawiść zwycięży,
Miłość przeminie.
Nienawiść zwycięży,
Radość dobiegnie końca
Stanie się tylko iluzją
Oszustwem, fałszem.

Nienawiść zwycięży.

No i jak? Wiem, nie jestem wybitną tłumaczką języka islandzkiego, ale tekst ten to nie tyle wiersz, co lista wykrzyczanych wersetów. O czym właściwie jest ta piosenka? Bez wątpienia przepełniona jest nienawiścią, ale do kogo? Z wywiadów i różnych oficjalnych tekstów o zespole wynika, że trio z Reykjaviku chce tą piosenką wykrzyczeć swój gniew i nienawiść do kapitalistycznego świata. Jak pisze Bartek Wilk dla muzykaislandzka.pl, założony kilka lat temu zespół zapowiadał koniec kariery prawie tak szybko, jak ją zaczął: “Nie udało im się bowiem spełnić postawionego sobie celu – zamierzali w ciągu dwóch lat zdemontować i obalić kapitalizm”.

Teraz jednak ich głos usłyszy cała Europa, ale czy faktycznie ta piosenka może porwać tłumy? Choć sprzeciwia się współczesnemu zakłamaniu i wszelkiego rodzaju obłudzie, jaką karmimy się w naszej (wirtualnej) codzienności, to nie pierwszy i nie ostatni scenariusz o końcu świata, jaki lansuje się w kulturze popularnej. Młodzi muzycy zaczęli walczyć z otaczającą ich niesprawiedliwością już od lat 70. Wtedy narodził się punk. Wydawałoby się, że dzisiejsza młodzież nie ma problemów. Czy chodzi tu więc raczej o spektakularne show niż manifest polityczny, czemu pikanterii dodałoby miejsce odgrywania się tegorocznej Eurowizji – Tel Awiwie?


Klemens Nikulásson Hannigan, Matthías Tryggvi Haraldsson i Einar Hrafn Stefánsson, członkowie zespołu Hatari (co można przetłumaczyć na angielskie “Haters”)

Już podczas islandzkich eliminacji piosenka wzbudziła dużo emocji. W końcu nie jest to typowy hit na Eurowizję, czyli pop z choreografią w wykonaniu atrakcyjnych tancerzy w kusych strojach. Chociaż… Mamy tutaj wpadający w ucho cyber-punkowy utwór i sporo golizny, ale nie wpisują się one w to, co przywykliśmy oglądać na scenach Eurowizji. I właśnie dlatego piosenka ma szansę uplasować się wysoko w finalnym głosowaniu. Zważywszy na to, że w ostatnich latach wygrywają piosenki najmniej przewidywalne, Hatari ma duże szanse na wygraną. Widzowie Eurowizji polubili ostatnio kontrowersyjne i niekonwencjonalne wystąpienia: mieliśmy halloweenowe Lordi z Finlandii, seksistowskie ubijanie śmietany z Polski, panią z brodą z Austrii czy polityczny manifest z Ukrainy. Co prawda na tym tle w 2015 roku wyłamał się Måns Zelmerlöw ze swoim popowo-radiowym szlagierem, a wygrana łamiącej serce ballady zaśpiewanej przez Portugalczyka Salvadora Sobral w 2017 roku zdziwiła wielu miłośników festiwalu. Kiczowate show wróciło jednak do łask jury i widzów w tamtym roku: za sprawą Netty, dość barwnej wokalistki z Izraela, której śpiew złośliwi porównywali do gdakania.

Choć Hatrið mun sigra nie ma przesłania na miarę Keine Grenzen, jest to piosenka o nadziei na lepsze czasy dla Europy, bowiem na gruzach nienawiści odrodzi się miłość (tak przynajmniej piosenkę interpretują sami autorzy…). Klemens Nikulásson Hannigan, Matthías Tryggvi Haraldsson i Einar Hrafn Stefánsson przekomarzają się, że ich piosenka bliska jest kultowemu Waterloo Abby, ale przyznajmy, że daleko jej do przebojów, z którymi zazwyczaj kojarzymy Eurowizję. Chłopaki z Hatari mają jednak sporą szansę, by stać się ikonami obecnej walki młodych z systemem. Może nie przebiją Grety Thunberg, 16-latki ze Szwecji, która od co najmniej dwóch lat przekonuje światowych polityków o poważnych zmianach klimatycznych zachodzących na naszej planecie. Operują jednak zupełnie innymi narzędziami niż Dziewczynka z Warkoczykami, która wagarowała, żeby strajkować przed sztokholmskim parlamentem. Hatari walczy z wrogiem w bardziej teatralny, ale jednak rzucający się w oczy sposób: wystarczy obejrzeć styl ich wystąpień, aby pojąć tę estetykę.

Choć w sferze publicznej przyjęli rolę agents provocateurs i swoim wyglądem prowokują przede wszystkim pytania o kres dobrego gustu na Eurowizji (choć ten moim zdaniem nadszedł już dawno temu…), ich celem jest tylko nagłośnienie ważnych problemów. Prywatnie Klemens, Matthías i Einar to zwyczajne chłopaki z Islandii. Makijaż, skórzane wdzianka i pejcze przywdziewają tylko na czas wystąpień. Mam nadzieję, że towarzyszący im skandal tylko poprawi finalne wyniki na Eurowizji, bo ostateczne przesłanie zespołu odpowiada pierwotnym zasadom konkursu: mówi o jednoczeniu Europy, ale wobec naprawdę istotnych problemów. A że oryginalna stylizacja niesie zgorszenie? Cóż nie gorszy w dzisiejszym świecie…

Do występu Hatari zostało już tylko kilka dni. Pierwszy półfinał odbędzie się 14 maja o godzinie 21:00. Tego dnia wystąpi również Tulia, czyli reprezentacja Polski na festiwalu.

Jeśli zaś nie jesteście typowymi Islandczykami i finał Eurowizji nie jest dla Was wydarzeniem na miarę święta narodowego, możecie zobaczyć Hatari w pełnej krasie. Na żywo wystąpią bowiem podczas festiwalu Iceland to Poland. Tego nie możecie przegapić!!!