Hallóvín!

Dzisiaj Halloween.  Nie wiem, co planujecie, ale ja w tym roku nie mogę poddać się urokowi tego powierzchownego święta. Święta, które obwieszczają nam wszystkie hipermarkety mniej więcej od pierwszych dni października. Co prawda w dużych sieciówkach gadżety halloweenowe mieszają się już z kalendarzami adwentowymi i czekoladowymi Mikołajami, ale jedno jest pewne: jak co roku ten komercyjny szał porywa i mnie, więc znów mam ochotę przebrać się za Batmana albo maskonura, bo dla mnie Halloween to zwykle okazja do przebieranek. Bardzo lubię też cukierki, ale rodzicie nigdy nie pozwolili mi chodzić po ludziach i żebrać o słodycze po nocy, więc przebierałam się na imprezy szkolne, a słodycze zapewniałam sobie sama. Ale w tym roku przebrania nie mam, a przez ostatnie dni jadłam wyłącznie słodycze i już brzuch mnie boli. Jedziemy do moich niedoszłych teściów, żeby jak francuskie gęsi znowu napychać się jedzeniem. Nici z przebieranek, ale może wyjdzie coś z upijania się bordoskim winem.

maskonur
Przebranie za maskonura

Więc Hallóvín, hello wine, tak podobno świętuje się również Halloween na północy. Kto jest za stary na zbieranie słodyczy, ten ładuje procenty w ten szczególny wieczór. Kiedyś na przełomie października i listopada świętowano początek zimy, ofiarami i ogniskami poganie próbowali podziękować za udane zbiory i prosić o łaski na długą i niebezpieczną zimę. Dzisiaj to chyba tylko oficjalny początek zimowej chandry i próba odczarowania nocnego mroku rozgrzewającym alkoholem i nieturystycznym swetrem wydzierganym przez babcię (takim, który naprawdę rozgrzewa, bo te chińskie nie przepuszczają powietrza). Nudni Duńczycy mogą to sobie nazywać hygge, bo wszystkim naiwniakom/miłośnikom Północy, którzy nigdy nie spędzili zimy powyżej 55. równoleżnika wydaje się, że receptą na najdłuższe noce jest ciepły kocyk, kryminały i polskie produkty z czekolady I choć z pewnością zziębnięty Islandczyk zagryza brennivín wafelkiem Prince Polo, a może nawet przywiezionym przez kolegów z Polski Ptasim Mleczkiem, to mało kto w Islandii kojarzy Halloween ze słodyczami. Te bowiem w śmiesznych strojach zbiera się na Wyspie w Środę Popielcową, a nie 31 października.

Nigdy nie miałam okazji być na Islandii w okresie Halloween, ale jestem pewna, że w najbardziej zamerykanizowanym kraju skandynawskim święto to wybrzmiewa nie gorzej niż w Europie. Islandczycy dekorują swoje ogródki bibelotami z Bónusa, może nawet niektóre dzieci skuszone ideą trick-or-treats wychodzą na ulice Reykjaviku w przebraniach duchów i Donaldów Trumpów. Pewnie ich rodzice nie boją się wypuszczać dzieci nocą, bo te od urodzenia przyzwyczajona są do półrocznej ciemności. Nigdy nie zapomnę, jak oglądałam krótkometrażówkę zapowiadającą film “Wróble” z przejęciem, jak to w ogóle możliwe, że te nastolatki wychodzą z domu w taką ciemną noc. Ale jak widać na Islandii niepotrzebne jest świętowanie strasznego Halloween, skoro spacer styczniową nocą po parku przypomina scenerię “Koszmaru z ulicy Wiązów”.

IMG_20170724_003638_097.jpg

Islandia to ponoć najbezpieczniejsze miejsce w Europie. Ale czy coś może tutaj przerazić? Skoro dzieci nie boją się wracać po ciemku do domu, a liczba odnotowanych tu morderstw rocznie wynosi mniej niż w mojej rodzinnej miejscowości, to chyba nie ma się czego bać? A jednak zdarzyło mi się przeżyć tu chwile grozy, i to niejedną. Pierwsza miała miejsce w pewną upojną czerwcową noc, kiedy po raz pierwszy w życiu odważyłam się na one-night stand z Tindera. Koleś podjechał po mnie samochodem i wywiózł mnie w ciemne i nieznane, a potem dałam się zaprowadzić do jego mieszkania i słuchać Phila Collinsa. Choć udawałam, że jestem super wyluzowana, to tak naprawdę czekałam tylko na moment, kiedy mój towarzysz rozłoży na podłodze gazety, założy plastikowy strój i wyskoczy na mnie z siekierą, jak w “American Psycho”. Na szczęście wróciłam z imprezy w jednym kawałku, ale to był pierwszy i (nie) ostatni raz, kiedy odważyłam się na tego typu przygodę z nieznajomym.

Druga chwila grozy spotkała mnie podczas podróżowania autostopem po Fiordach Zachodnich. Ten jeden jedyny raz nie miałam zapewnionego noclegu, zostałam więc skazana na spanie pod gołym niebem w mieście-widmo o wdzięcznej nazwie Blönduós. Najpierw chciałam położyć się na ławce nad oceanem, ale przejeżdżające obok samochody nie dawały mi spać. Potem skusiła mnie romantyczna wizja leżenia w łubinach, ale było zimno, niewygodnie i zbyt jasno, żeby zasnąć. Kiedy zrobiło się już naprawdę późno, przydrożna stacja paliw została zamknięta, a ludzie po prostu zniknęli, udałam się na rekonesans w mieście i nad samą rzeką znalazłam drewniany domek – obserwatorium ptaków. Spędziłam noc tam, ale nie przespałam ani minuty, bo każdy szmer i trzepot skrzydeł po dachu jawiły się w mojej zmęczonej głowie niczym bombardowanie lub nalot gwałcicieli.

Dojechałam w końcu do koleżanki mieszkającej w Patreksfjörður, ale i tam byłam częścią wydarzeń jak z thrillerów, którymi moja gospodyni umilała sobie czas podczas filetowania ryb. Otóż spotkany przez nas na basenie Islandczyk, który samotnie objeżdżał fiordy swoim autem, stał się rychło współlokatorem niebieskiego drewnianego domku i wcale nie planował nas opuszczać. Na moje subtelnie zadanie pytanie kiedy znowu rusza w drogę odpowiedział tajemniczo, że jutro “zniknie w jakimś fiordzie”, a od tego momentu sprawa zaczęła mi śmierdzieć. Dodałam sobie w głowie fakty: w samochodzie trzyma liny, jest dość silny i małomówny, do tego to co mówi przestało mieć sens. Razem z Gosią urobiłyśmy sobie w głowach, że on na pewno chce nas zamordować i pozbyć się naszych ciał jak resztek wnętrzności w fabrykach rybnych. Tego wieczoru, kiedy ona była w pracy na wieczornej zmianie, moje serce biło bardzo szybko. Islandczyk siedział w kącie pokoju i się na mnie patrzył. Po szybko zaaranżowanej akcji z zaprzyjaźnionymi Polakami udało się go wyprosić z domku, ale on obraził się ŚMIERTELNIE, że wzięłyśmy go za mordercę. Było więc w nim coś nienormalnego.

IMG_20180129_234651.jpg

Tak więc nie muszę oglądać horrorów w Halloween, bo wystarczy, że wyobrażę sobie moje perypetie z Islandii i jestem dostatecznie przestraszona. Dodać do tego nocleg w świeżo obrobionym mieszkaniu, ślady nieznajomych butów pod drzwiami i wrażenie, że jestem obserwowana, a także szalonego kota, który w środku nocy atakował moją twarz pazurami, a potem wtykał mi swój zad w twarz, żeby go pogłaskać. Dziwne, że w tym wszystkim miałam jeszcze odwagę wędrować w środku nocy wgłąb zatoki Faxa, żeby zapolować na zorze.

Mało straszne? Na pewno Wy przeżywaliście w życiu większą grozę, ale pamiętajcie, że jestem córeczką tatusia wychowywaną pod kloszem i dotąd największymi tragediami w moim życiu była jedynka z matmy w podstawówce albo zawód miłosny 😉 Ale każdy powód do zapijania dziecięcych traum winem w Bordeaux jest dobry. Udanego Hallóvín!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *