O potędze lawiny

Nói Albinoi

reżyseria: Dagur Kári
rok: 2003
kraj: Islandia, Dania

Nói odsuwa dywanik, otwiera drzwi do piwniczki i wślizguje się do swojej podziemnej kryjówki. Zamykając zasuwę nie wie jeszcze, że w tym momencie żegna się z tym, co zostawił na powierzchni. Kiedy rozkoszuje się papierosem w swoim oszczędnie umeblowanym i słabo oświetlonym królestwie, jego rodzina zajmuje się swoimi sprawami. Babcia układa puzzle, ojciec je obiad. Codzienna melancholia zostaje przerwana przez dziwne dźwięki i nasilające się drżenie budynków. Dyrektor lokalnej szkoły podnosi wzrok znad kostki rubika, a była-niedoszła dziewczyna Nóiego przerywa lekturę gazety. Wszyscy zdają się patrzeć w jednym kierunku, i choć kamera nie podąża za ich spojrzeniami, możemy się domyślić, że wyglądają za okno, z którego roztacza się widok na potężny szczyt Bolafjall. Nói przysłuchuje się dziwnym dźwiękom ze swojej kryjówki, nagle pokój zaczyna się trząść, a rzeczy spadać z półek. Ciemność. Po około 20 sekundach całkowitej ciszy znów widzimy głównego bohatera, który zaczyna próbować otworzyć wieko i wydostać się z piwnicy. Siłowanie się z drzwiczkami i wołanie o pomoc kończy się pełną rezygnacji zabawą zapalniczką. Po dłuższym czasie do piwnicy dociera ratownik, który pomaga Nóiemu wydostać się na powierzchnię. Dopiero w tym momencie widz dowiaduje się, co się stało: lawina zdemolowała dom oraz pół rodzinnej wioski Nóiego. A wraz z budynkami zabrała też jego najbliższych.

noialbinoi_1

Filmu „Noi albinoi” z 2003 roku nie trzeba nikomu przedstawiać. Jako jedna z pierwszych islandzkich produkcji szeroko dystrybuowana w Polsce, stała się obowiązkową pozycją dla wszystkich islandofilii, ale też (co potwierdza kasus samej autorki tekstu) dla wielu była istotnym elementem wyimaginowanego obrazu Wyspy, której się jeszcze nie odwiedziło. Debiut Dagura Káriego był wielokrotnie nagradzany na zagranicznych festiwalach i konkursach, głównie z uwagi na estetykę Nordic Noir i melancholijną postać tytułowego bohatera. W samej Islandii film przyciągnął do kin 20 000 widzów, ale możliwe, że lokalnie był on odczytany zupełnie inaczej niż przez zagraniczną publiczność. Każdy z nas pamięta scenę, w której Nói wylewa cały gar krwi na swoją rodzinę, pamiętamy też niebieski filtr i przeszywający nas chłód na widok wiecznie zaśnieżonych ulic małego miasteczka gdzieś na północy Islandii. Ale pewnie zdziwiła nas lawina, która ni stąd, ni zowąd niszczy wszystko w kulminacyjnej scenie. Dla polskiego widza mogło być to odczytane jako nieoczekiwany zwrot akcji, intrygujący element scenariusza, potwierdzający „dziwność” dalekiej północy. Jednak w Islandii, a szczególnie w niektórych jej partiach, scena ta była odczytana zupełnie inaczej, a widzowie z pewnością uronili na jej widok niejedną łzę.

North_West_Still2

Scenariusze współczesnych filmów islandzkich często nawiązują do traum i ważnych wydarzeń, które na stałe zapisały się w pamięci zbiorowej Islandczyków lub znacznie wpłynęły na ich życie. Do tych najczęściej wspominanych należą z pewnością: wybuch wulkanu na wyspach Vestmannaeyjar w 1973 roku, będący punktem wyjścia dla losów bohaterów filmu Wulkan (2011) Rúnara Rúnarssona; oraz kryzys ekonomiczny z 2008, którego społeczny kontekst pokazuje obraz Baldvina Zophoníassona Życie na kredycie (2014). I choć wybuchy wulkanów i kryzys na stałe wpisały się w repertuar powszechnej wiedzy na temat strat islandzkich, wydaje się, że na samej Wyspie nie są aż tak bardzo rozpamiętywane. Na pewno nie tak jak lawiny, które w 1995 roku zabrały 34 mieszkańców dwóch miejscowości w Fiordach Zachodnich. Zdaniem dziennikarzy żadna inna współczesna tragedia nie była tak często wspominana w mediach, natomiast badacze zgadzają się co do tego, że przez ostatnich 1100 lat historii Wyspy lawiny spowodowały więcej zniszczeń niż pozostałe katastrofy naturalne.

North_West_Still4

Nieoczekiwana śmierć kilkudziesięciu obywateli wstrząsnęła wszystkimi mieszkańcami Wyspy, a do dziś żywo wspominana jest przez mieszkańców Fiordów Zachodnich. Tego lata zupełnym przypadkiem znalazłam się w Súðavíku, jednej z dwóch miejscowości dotkniętych tragedią. Nie miałam jeszcze wówczas pojęcia o tym, co się tam stało, ale intrygowała mnie spora pusta przestrzeń pomiędzy domami. Dzięki jednemu z mieszkańców dowiedziałam się o ogromnej masie śniegu, która spadła na miasto 16 stycznia 1995 roku. Lawina zniszczyła kilka budynków mieszkalnych i przygniotła kilkanaście osób, z których 14 zginęło. Ich nazwiska można przeczytać na tablicach postawionych na miejscu budynków, które wraz ze śniegiem spłynęły do morza. Poza memoriałem i kilkoma ławkami nie można obecnie niczego w tym miejscu postawić; ocalałe budynki przeniesiono w bezpieczniejsze miejsce, a zgodnie z prawem islandzkim można w nich mieszkać tylko latem. O tej porze roku można wręcz zapomnieć o czającym się niebezpieczeństwie, bo pięknie położone miasteczko żyje swoim życiem. Nikt jednak nie zapomniał o ofiarach, a wspomnienie tragedii wciąż porusza mieszkańców, o czym świadczyło załamanie głosu mojego przewodnika, kiedy pokazywał mi znane mu nazwiska wyryte na tablicach.

Lawina nawiedziła  również miasto Flateyri, położone po drugiej stronie fiordu. W nocy z 26 na 27 października 1995 śnieg przykrył 29 domów i zabił 20 osób. Ograniczony dostęp do miejscowości, a także brak prądu (lawina przygniotła główny generator) znacznie utrudniły prace ratowników nadciągających z Ísafjörður i Reykjavíku. Mimo pomocy wolontariuszy, siły ratunkowe były bardzo ograniczone, a warunki pogodowe utrudniały i spowalniały pracę. Choć władze miały doświadczenie po wcześniejszej lawinie, cała akcja ratunkowa trwała bardzo długo. Stopniowo odkrywano kolejne domy i wykopywano ofiary lub rannych. Możemy się tego dowiedzieć dzięki dokumentowi Einara Gunnlaugssona “66°23 North West, The Day of The Avalanche” (“Norð Vestur, björgunarsaga”, 2010) zrealizowanemu przy okazji 15. rocznicy tragedii. Jedna z ocalonych przyznaje przed kamerą, że długo nie mogła pogodzić się z faktem, że przeżyła na miejscu swojej koleżanki, pozostali pytani również wspominają zmarłych bliskich, których zdjęcia pojawiły się na okładkach najważniejszych gazet w dniu następującym po katastrofie.

Zgodnie z badaniami przeprowadzonymi dziesięć tygodni po ataku lawiny, wśród około 100 mieszkańców miasta zdiagnozowano zaburzenia psychiczne i objawy posttraumatyczne. Informacje o ocalonych i ofiarach były śledzone przez wszystkich Islandczyków, a władze wprowadziły żałobę narodową. Walka o życie mieszkańców obu miasteczek, o których istnieniu lub położeniu często dowiadywano się w innych regionach Islandii po raz pierwszy, była tematem poruszanym w mediach przed kolejne tygodnie. Po latach pracuje się nad tym, aby nie zapomnieć o wydarzeniach z 1995; świadczy o tym choćby realizacja wyżej wspomnianego dokumentu czy słuchowiska radiowego “Flóð”, wystawionego także na deskach islandzkich teatrów. Z kolei wykorzystanie ogólnego motywu lawiny w popkulturze, w tym filmie czy w telewizji, może być ważnym elementem oswajania się z tragedią, która dotknęła niewielką populację nieprzyzwyczajoną do tak gwałtownych i niespodziewanych strat w ludziach.

Nói traci swoich bliskich w lawinie, ale w filmie Káriego nie widzimy katastrofy jako takiej. Można zastanawiać się nad licznymi prefiguracjami nadchodzącej tragedii; badacz kina islandzkiego Björn Nordfjörd wskazuje chociażby na wspomnianą już scenę oblania babci i ojca krwią czy scenę, w której lokalny wróżbita przepowiada Nóiemu śmierć. Mniej dosłownymi, a jednak bardziej poruszającymi oznakami zbliżającej się lawiny mogą być natomiast te sceny, w których Nói odśnieża wejście do domu (na początku filmu), czy strzela w sople wiszące na skale (kiedy zostaje wyrzucony ze szkoły). Często powtarzający się obraz Bolafjall górującej nad miasteczkiem (większość scen kręcono w Bolungarvik w Fiordach Zachodnich) także może być zapowiedzią potęgi natury. I choć nie dostajemy obrazu samej „tour de force”, widzimy jej następstwa: zniszczone domy oraz zdjęcia ofiar w lokalnej telewizji. Reakcja Nóiego na śmierć wszystkich bliskich nie należy do wylewnych; zapewne ze względu na jego introwertyczny charakter nie zamierza modlić się za ich dusze czy ronić łez na ich wspomnienie.

Zupełnie inaczej zachowuje się w tej sytuacji główny bohater filmu Hilmara Oddssona Zimne światło (Kaldaljós, Cold Light, 2004). Grímur (Ingvar Eggert Sigurðsson) wspomina tragedię z dzieciństwa, która wpłynęła na jego wycofanie i niepewności w dorosłym życiu. Motyw lawiny jest tutaj główną osią całej akcji; liczne retrospekcje pokazują okoliczności, w których bohater ocalał przed lawiną miażdżącą jego dom i zabijającą rodziców i rodzeństwo. Sama tragedia jest nie tylko przedstawiona wprost, ale wprowadzona już na początku filmu i zapowiadana w trakcie rozwoju akcji, w scenach takich jak rozlanie mleka na górę namalowaną przez dorosłego Grímura (co pokazuje też, jak trudno bohaterowi pozbyć się trudnych wspomnień). Scenariusz do filmu został oparty na powieści Vigdís Grímsdóttir o tym samym tytule, która została wydana w 1987 roku i dwukrotnie zaadaptowana w sztukach teatralnych. Sama powieść nie może być wiązana z tragediami z 1995, ale to tylko dowód na to, jak obecne są w świadomości Islandczyków wspomnienia związane z lawinami, obecnymi nie tylko w Fiordach Zachodnich, ale też na wschodzie (akcja filmu dzieje się w Fiordach Wschodnich).

image14mynf07130414_trapped_01

Pamięć o zmarłych zabranych przez lawinę, a szczególnie wspomnienie większych tragedii spowodowanych obsunięciem mas śniegu to kolejny dowód na to, że Islandczycy muszą liczyć się z potęgą przyrody, która ich otacza. Nauczka i doświadczenie pozwala na uniknięcie podobnych strat w przyszłości, a także udoskonalenie sposobu zabezpieczenia domów, dróg i zwierząt domowych przed podobnymi wydarzeniami. Choć lawiny śnieżne nie pozwalają o sobie zapomnieć, szczególnie w okresie między grudniem a lutym, kiedy śnieg kumuluje się na szczytach, a u podnóża gór przejeżdża więcej samochodów, sami Islandczycy tym bardziej próbują przypominać o ostrożności i pokorze w stosunku do natury. W jednym z odcinków pierwszego sezonu serialu Baltasara Kormákura W pułapce ( 2015) starszy, doświadczony mieszkaniec małej miejscowości chce przyspieszyć spadek lawiny i zmienić jej kierunek przy pomocy dynamitu, jednak staje się ofiarą własnych obliczeń i ginie w śniegu. Wspomnienia lawin pojawiają się już w trzynastowiecznych kronikach, a wiedza o tym zjawisku i eksploatowanie motywu w (pop)kulturze nie słabnie, podobnie jak potencjał islandzkich szczytów.

Ten tekst powstał dla strony Stacja Islandia.

Wielkie kino z małej wyspy

Wczoraj, w piątek 24 lutego mieliśmy okazję uczestniczyć w spotkaniu promującym książkę dr. Jakuba Sebastiana Konefała “Kino Islandii. Tradycja i ponowoczesność”, którego gośćmi byli sam autor oraz znany już nam bardzo dobrze dr Przemysław Czarnecki.

16990722_767189276762717_1892478929_o

Spotkanie odbyło się w Księgarni Czarnego, w niewielkiej sali, którą nietrudno było wypełnić fanami kina islandzkiego. Punktem wyjścia do rozmowy o kinie islandzkim była oczywiście wspomniana książka, jednak dr Jakub Sebastian Konefał – skutecznie prowokowany przez dra Przemysława Czarneckiego oraz publiczność – opowiadał również o okolicznościach jej napisania oraz różnych anegdotach z udziałem islandzkich aktorów i reżyserów. Jednym z największych zaskoczeń podczas spotkania okazało się wyznanie, że Islandczycy niekoniecznie lubią swoje kino i nie dbają też o badania nad nim. Choć kino islandzkie zyskuje sobie fanów nie tylko w Polsce, a aktorzy i reżyserzy z Wyspy coraz śmielej stawiają pierwsze kroki w Hollywood, jak dotąd nie powstało żadne pełne kompendium wiedzy na temat islandzkiej kinematografii napisane przez Islandczyka. Tym samym pozycja dra Konefała jest pierwszym takim opracowaniem na świecie.

Zapytany o cechy wyróżniające kino islandzkie, dr Konefał użył sformułowania “nostalgiczna izolacja”. Z pewnością obeznani z filmami z Wyspy kinomani zdążyli już wyrobić sobie swego rodzaju przekonanie, że Islandczycy powielają kilka schematów, a mimo to – a być może właśnie dlatego – nie mają problemów z produkcją kilku obrazów rocznie. Za spisem treści książki “Kino Islandii…” moglibyśmy bowiem wyodrębnić w kinematografii islandzkiej produkcje związane z życiem na morzu, motyw Islandczyka zamieszkującego daleką wieś, “konflikt” między peryferią a stolicą lub między młodym a starym pokoleniem, oraz skutki amerykanizacji islandzkiego społeczeństwa. Na pytanie o to, jaka jest właściwie filmowa Islandia, gość odpowiedział, że z pewnością inna od tej prawdziwej. Realizatorzy z powodzeniem przedstawiają nam wyspę pełną desperatów i dziwaków na tle pięknych krajobrazów (nierzadko “sprzedawanych” hollywoodzkim scenografom, co w znacznym stopniu finansuje potem rodzime produkcje), ale czy Islandczycy są tacy na co dzień? Być może to, co łączy “prawdziwych” wyspiarzy od tych ze srebrnego ekranu, to czarny humor i umiejętność żartowania z siebie samych.

W jaki sposób powstawała książka? Dr Konefał to filmoznawca, pracownik Uniwersytetu Gdańskiego. W 2010 roku udał się na pierwsze stypendium naukowe do Islandii, potem wielokrotnie tam wracał. Choć promotorzy i koledzy sceptycznie odnosili się do pomysłu napisania książki o kinie islandzkim (“A jakie oni niby filmy kręcą?”), a chaotyczne zbiory Filmoteki Islandzkiej nie ułatwiały pracy, kilkusetstronicowe dzieło końcowe jest imponujące i z pewnością wypełnia lukę w badaniach skandynawistycznych, a ze względu na przystępny język może stanowić lekturę dla mniej lub bardziej wtajemniczonego kinomana.

Po inspirującej rozmowie, w którą zaangażowała się również publiczność – głównie wypowiadając się na temat poszczególnych filmów – autor podpisywał książki wszystkim zainteresowanym. Członkowie Studenckiego Klubu Islandzkiego mieli okazję kontynuować rozmowę z gośćmi już po oficjalnym spotkaniu; w kameralnym gronie dr Konefał przywoływał jeszcze ciekawsze wspomnienia z pobytu na Wyspie i współpracy z przedstawicielami islandzkiej kinematografii.

Bardzo dziękujemy za znakomite spotkanie oraz miły wieczór!

Ta ten post został napisany dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Przebudzenie

Serce z kamienia

tytuł oryginalny: Hjartasteinn (eng: Heartstone)
reżyseria: Guðmundur Arnar Guðmundsson
rok produkcji: 2016
kraj: Islandia, Dania

Debiutancki film pełnometrażowy Guðmundura Arnara Guðmundssona to historia dwóch nastoletnich chłopców, Þóra i Kristjána zamieszkujących jedną z islandzkich wsi na północy wyspy. To bliscy sobie przyjaciele, którym towarzyszymy podczas ich beztroskich wakacji, w ramach których łowią ryby, przesiadują na wysypisku, podrywają dziewczyny, ale też pracują na polu. Ich wzajemna relacja zdaje się ratować obu z nieciekawych sytuacji w domach; Þór jest wychowywany przez samotną matkę o nieciekawej reputacji, natomiast ojciec Kristjána ma problemy z alkoholem i skłonnościami do bijatyk i awantur. Obaj przeżywają też pierwsze momenty w poznawaniu swojej seksualności, która przeradza się we wzajemnie (do czasu) zainteresowanie.

Obraz Guðmundssona, choć być może odkrywa pewne tabu kultury wyspiarskiej, w żaden sposób nie wyróżnia się ze stereotypowych historii o homoseksualistach, które podaje nam chociażby Xavier Dolan. Historia cherubinowego chłopca zakochanego w swoim najlepszym przyjacielu i próbującego rozpaczliwie ukrywać ten fakt, oraz zmagającego się ze swoją, piętnowaną na prowincji, a szczególnie przez surowego ojca, orientacją, śmiertelnie zazdrosnego o obiekt swoich uczuć, to siłą rzeczy nic odkrywczego w tym gatunku. Sceny onanizujących się młodzieńców nie robią już na widzu większego wrażenia. Akcja miejscami nawet się dłuży, a pewne wątki nie mają istotnego znaczenia dla konstrukcji filmu. Produkcję ratuje jednak piękna oprawa: znakomite zdjęcia oraz muzyka, które wraz z bliskimi kadrami tworzą atmosferę intymności, złudzenie wkroczenia w skomplikowaną sferę prywatną dorastających chłopców.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Filmy z krańca świata

Polska i Islandia.

Reykjavík, Gdańsk, Poznań, Warszawa.

43 filmy. 3 koncerty. 20 tysięcy uczestników.

20 marca w warszawskim kinie Iluzjon zakończył się festiwal „Ultima Thule – na krańcu świata” (strona internetowa TUTAJ), a tym samym projekt prezentacji polskich filmów na Islandii i islandzkich w Polsce. W listopadzie ubiegłego roku islandzcy widzowie Kina Paradís w Reykjavíku mieli okazję obejrzeć polskie produkcje takie jak RóżaDługDzień świra czy Plac Zbawiciela. Podobno zainteresowanie polskim kinem było ogromne, a kinowe sale bez trudu wypełniły się po brzegi.

Z kolei sukces polskiej odsłony projektu nie powinien nikogo dziwić; miłośnicy Islandii z Gdańska, Poznania i Warszawy mieli okazję obejrzeć aż 28 tytułów islandzkich, z których większość wyświetlana była w Polsce po raz pierwszy.  Seansom towarzyszyły również spotkania i masterclassy z islandzkimi twórcami, panele dyskusyjne z udziałem znakomitych gości, koncerty oraz warsztaty dla dzieci. Zainteresowani kinem islandzkim ustawiali się w kolejkach po darmowe wejściówki na filmy (wiele z nich rozeszło się bardzo szybko), inni zaś wystawali przed salami tuż przed rozpoczęciem projekcji licząc na wejście. Nie było seansu, podczas którego puste fotele rzucały się w oczy. Polska publiczność z pewnością dopisała.

fot. Danuta Matłoch

fot. Jacek Łagowski

Co nas smuci?

Organizatorem przedsięwzięcia była Filmoteka Narodowa współpracująca ze wspomnianym już kinem Paradís w Reykjavíku, a także KinoPORTem w CSW Łaźnia 2 w Gdańsku i poznańskim Nowym Kinem Pałacowym w Centrum Kultury ZAMEK, a także islandzką szkołą filmową Reykjavík Film Academy i archiwum filmowym Kvikmyndasafn Íslands. Zgodnie z zamysłem organizatorów pomysłodawców wybrano filmy reprezentatywne dla obu nacji, ale też na tyle uniwersalne, by być zrozumiałymi na obu krańcach tego projektu.

Odbiór islandzkich produkcji w Polsce miał odbyć się zgodnie z tropem emocji: pragnień, tęsknoty, śmiechu, strachu i oburzenia. W ten właśnie sposób pogrupowano niemal 30 islandzkich filmów, z których najstarszy pochodzi z 1925 roku, a najnowszy – Życie na kredycie (Vonarstræti) – z 2014 roku. Szczęśliwie dla nas, czyli polskiej publiczności, nie prezentowano filmów znanych lub łatwo dostępnych w Polsce, choć i dla początkujących amatorów islandzkiego kina Iluzjon przygotował „Islandzki aperitif”, w ramach którego w lutym bieżącego roku można było obejrzeć dotychczas dystrybuowane produkcje: Nói Albinói (2003), Na głębinie (2013) czy O koniach i ludziach (2015).

Filmy wybrane na „Ultima Thule” miały stanowić swego rodzaju przekrój wyspiarskiej kinematografii; mogliśmy zatem oglądać produkcje reprezentujące różne gatunki, ale pochodzące też z różnych lat.

Przemysł filmowy Islandii na rodzi się dopiero w późnych latach 70., kiedy to założono Icelandic Film Fund, pierwszą na wyspie instytucję współfinansującą rodzime produkcje. Anegdota głosi, że założenie Fundacji zawdzięcza się Reynirowi Oddssonowi, reżyserowi otwierającego festiwal filmu Morðsaga, który to z trudem i dzięki wsparciu finansowemu rodziny i bliskich zrealizował ten obraz. Sukces filmu miał przyczynić się do zrealizowania obietnicy pewnego posła, że kolejne produkcje będą wspierane już przez państwo. W ten sposób kino islandzkie zaczęło poważnie rozwijać się dopiero w latach 80., co jednak nie oznacza, że wcześniej nie produkowano na wyspie filmów.

fot. Jacek Łagowski

Na festiwalu można było oglądać trzy filmy sprzed 1977 roku: Islandia w ruchomych obrazach (1925) – najstarszy zachowany film niemy, swego rodzaju „spot promocyjny” samej wyspy; Wielka akcja ratownicza na Látrabjargu(1949), czarno-biały dokument z akcji ratowania brytyjskich marynarzy z tonącego statku; oraz Ostatnia farma w dolinie (1950), wdzięczna historia dla dzieci pełna motywów z islandzkiego folkloru.

Reszta wybranych tytułów prezentuje już „kolorowe lata” islandzkiego kina, a mianowicie produkcje z ostatnich 30 lat. Najwięcej filmów pochodzi już z XXI wieku, choć na festiwalu nie mogło zabraknąć twórczości Friðrika þor Friðrikssona, najsłynniejszego islandzkiego reżysera lat 90. Jego bogaty i różnorodny dorobek godnie reprezentowały Dzieci natury (1991), islandzki kandydat do Oscara. Do „klasyków” należy także Duszpasterstwo pod lodowcem (1989), ekranizacja powieści Halldóra Laxnessa zrealizowana przez jego córkę, Guðný Halldórsdóttir. Polscy widzowie mieli też okazję obejrzeć kultową Sódómę Reykjavík (polski tytuł Pilot, 1992). Poza tym nie zabrakło kina akcji (Państwo w państwie), filmu dokumentalnego (Gnarr), a także wielu świetnych komedii i poruszających dramatów z ostatnich lat.

W „Ultima Thule” brakuje wielu ważnych filmów wspomnianego już Friðrika þor Friðrikssona, a także Baltasara Kormákura, bardzo popularnego w Polsce – i pewnie z tego względu pominiętego (Iluzjon prezentował już jego twórczość dwa lata temu wyświetlając Bagno i 101 Reykjavík). Mimo to przegląd dał możliwość analizowania rozwoju islandzkiej kinematografii; widzowie mogli śledzić nie tylko postępy z zakresu techniki i sposobu realizacji filmów, ale też zmiany towarzyszące samym aktorom, bowiem ujmującą cechą wyspiarskiego kina jest stała powtarzalność tych samych twarzy.

Najczęściej można było oglądać Ingvara Eggerta Sigurðssona, o którym można już śmiało powiedzieć, że jest najpopularniejszym aktorem islandzkim, pojawia się zresztą nie tylko w islandzkich produkcjach. Na festiwalu mieliśmy okazję zobaczyć go w jego debiucie, w roli lidera strajkujących robotników przetwórni rybnej (Ingaló1992) oraz w późniejszych rolach drugoplanowych: w Nawałnicy (2003) i  Zaraz wracam (2008). Po raz pierwszy w głównej roli pokazał się nam w Zimnym świetle (2004) i jest to jedna z jego najlepszych kreacji aktorskich. Jako aktor dojrzalszy i bardziej doświadczony pojawiał się także w Wirze (2010), Metalówie (2013) czy obu częściach Państwa w państwie (2011, 2014). Artysta, amant czy gangster – Ingvar Sigurðsson potrafi zagrać niemal wszystko i w każdej swej roli jest świetny.

Islandia ma też wiele utalentowanych aktorek. Jedną z „weteranek” islandzkiego kina jest Kristbjörg Kjeld, która w najnowszych produkcjach grywa przede wszystkim miłe starsze panie (Śmiech mewy, 2001), ale potrafi zaskoczyć również rolą zagadkowej i nieco przerażającej wiedźmy (Zimne światło), a nawet emerytowanej gwiazdy filmowej (Fíaskó, 2000) – i to właśnie w tej roli urzeka najbardziej. Kilkudziesięcioletnia Helga była kiedyś piękna i rozpoznawalna, wiodła luksusowe życie z mężem-Amerykaninem w Las Vegas, jednak teraz jej uroda przeminęła z wiekiem i monotonię Reykjavíku próbuje przypudrować eleganckimi strojami z lat swojej świetności, czerwoną szminką i podawaniem gościom martini nim zapadnie mrok.

Wiele twarzy ma również Didda Jónsdóttir; w Nawałnicy poznajemy ją jako niemą pacjentkę belgijskiego szpitala cierpiącą na problemy behawioralne – przez 93 minut filmu gra wyłącznie ciałem i jej ekspresja werbalna ogranicza się do kilku słów. Natomiast w Zaraz wracam to czterdziestoletnia dealerka narkotyków i alternatywna poetka, która przeklina, pali marihuanę i załatwia się bez pardonu przy drodze, a wszystko to robi z wdziękiem małej dziewczynki.

Na koniec warto jeszcze wspomnieć o bardzo obiecującej młodej aktorce Herze Hilmar. Najwcześniejszy film z jej udziałem pokazywany na festiwalu do Veðramót (2007), w którym to nastolatka pokazuje pazur – zarówno jako aktorka, ale również grana przez nią postać. W Życiu na kredycie jest zgoła odmienna; gra młodą matkę, która dorabia jako prostytutka – tu Hera buduje postać pełną sprzeczności, dziewczynę, która jest twarda z zewnątrz, a wrażliwa w środku.

fot. Jacek Łagowski

Islandia w ruchomych obrazach

Steven Mayers z Akademii Filmowej w Reykjavíku twierdzi, że około 75% turystów przyciąga na Islandię jej wyidealizowany obraz, który wytworzyli sobie na podstawie oglądanych filmów. Z kolei Christof Wehmeier z Icelandic Film Center (instytucji od 2003 roku wspierającej islandzkich filmowców) na otwarciu warszawskiej odsłony festiwalu „Ultima Thule” wyraził nadzieję, że wybrane do projektu tytuły dadzą właśnie kompleksowy obraz wyspy. Po obejrzeniu kilkudziesięciu islandzkich produkcji zadajmy sobie więc to pytanie: jaka jest Islandia według wypuszczanych przez nią filmów?

Wbrew pozorom wcale nie ma w nich dużo islandzkich krajobrazów. A właściwie z topograficznego punktu widzenia Islandie są trzy: jest Reykjavík ze wszystkimi swoimi zaletami i wadami, głównie prezentowany jako miasto szare, bez perspektyw, nudne, ale z bujnym życiem nocnym (Pilot, 1992). Jest również islandzki interior; według twórców Tak czy siak (2011) jest on odludny, monotonny, cichy. Na koniec islandzka wieś, czy może inaczej: islandzka prowincja, a więc wszystkie miejscowości niebędące Reykjavíkiem. W Nawałnicy będzie to Vestmannaeyjar, w Duszpasterstwie pod lodowcem okolice lodowca Snæfellsjökull, natomiast w Veðramót – tytułowe miasto. Te tła filmów charakteryzują się wyeksponowaniem bliskości z naturą, ale też silnej jedności mieszkańców. Inną bardzo ważną scenerią dla islandzkich filmów jest morze; na morzu rozgrywają się filmy takie jak Wir, ale morze jest też tłem dla Ingaló, gdzie równie istotny jest motyw rybaków – ludzi morza. Ich życie zależy od kaprysów pogody i umiejętności władania naturą, sama zaś nieobliczalność islandzkich żywiołów pojawia się metaforycznie i dosłownie w filmie Wulkan (2011).

fot. Jacek Łagowski

Przyroda i krajobrazy to jedno, ale ważni są także ludzie – z ich specyficznym poczuciem humoru, nieco odmiennymi od naszych zwyczajami i inną hierarchią wartości. Oczywiście wielokrotnie podkreślony jest związek z człowieka z naturą; główną osią Dzieci natury jest właśnie ta silna potrzeba złączenia się z przyrodą, z ziemią. Miejsce przyrody w islandzkim folklorze jest ukazane w Ostatniej farmie w dolinie, gdzie przyroda personifikuje się pod postacią elfów czy trolli, a obecność pogańskich praktyk i wiary w moc Matki Natury staje się przedmiotem pastiszu w Duchowieństwu pod lodowcem. Tak jak przodkowie Islandczyków odnajdywali w naturze postaci o ludzkim kształcie, tam w islandzkim filmie człowiek przejmuje cechy żywiołów natury. We wspomnianym już Wulkanie główny bohater, Hannes (Theódór Júliusson) jest surowym ojcem i nieprzyjemnym mężem. W obliczu choroby żony jego serce jednak mięknie, a może – wrażliwe było przez cały czas, a jedynie schowane w twardym pancerzu. Reżyser filmu, Rúnar Rúnarsson tak właśnie interpretował tę postać, choć oczywiście w filmie mamy bezpośrednie nawiązanie do wybuchu Hekli.

Filmy islandzkie dają nam też pełny obraz islandzkiego społeczeństwa. Ich system wartości wynika z tradycji i historii Islandii jako państwa wolnych chłopów, związanych ze swoim gospodarstwem i trzodą, ale również państwa rybaków i marynarzy, którzy do dzisiaj stanowią jeden z głównych motywów wyspiarskich produkcji. Wiele twórców próbuje jednak przełamać ten schemat lub zmierzyć się ze stereotypami. Zamiast dziarskich wikingów mamy często niesamodzielnych trzydziestolatków bez ambicji (jak Júlli grany przez Jóna Gnarra w Ktoś taki jak ja, 2002).

Są też gangsterzy (Państwo w państwie), ale też ukazani w sposób prześmiewczy (Pilot). W społeczeństwie dumnym z równouprawnienia i dużej samodzielności kobiet od czasów średniowiecza zaskakiwać może często podejmowany problem przemocy domowej czy ojca-tyrana, zarówno jedynie sygnalizowany (Veðramót), jak i stanowczo potępiany (Morðsaga).

Femmes fatales jednak również mają swoje miejsce w islandzkim kinie, czy to będzie dziarska narkomanka (Zaraz wracam), czy demoniczna kokietka (Śmiech mewy). Dużo miejsca poświęcają islandzcy twórcy także ludziom starszym; to oni grają główne role w Dzieciach naturyWulkanie czy Fíaskó i tak jak ludzie młodzi stać ich na skrajne emocje, odważne marzenia i szalone przygody miłosne. Zresztą tarcia międzypokoleniowe są głównym tematem dylogii Ragnara Bragasona Dzieci (2006) i Rodzice (2007).

A co zaskakuje? Z filmów wynika, że niemal każdy w Islandii, czy w stolicy, czy na prowincji, płynnie posługuje się językiem angielskim (Nawałnica). Bardzo ostro respektuje się też zasady obyczajowe, takie jak zdejmowanie butów przed wejściem do domu (Zaraz wracam).

Kinematografia daje nam też dużą dawkę wiedzy na temat islandzkiej kuchni; gospodyni domowa konsumuje baranią głowę w Fíaskó, podczas eleganckiej kolacji w Morðsaga goście chwalą sarninę upolowaną przez pana domu. Zaś przekąską najczęściej przewijającą się przez filmy islandzkie jest suszona ryba; poznajemy tajniki jej wyrobu w Islandii w obrazach ruchomych, ale też doświadczamy aktu miłosnego wśród suszących się pod gołym niebem ryb (Śmiech mewy).

Bardzo ciekawie prezentuje się też religijność Islandczyków; wbrew stereotypowi wiara w elfy nie jest często wykorzystywanym motywem, choć pomieszanie pogaństwa z chrześcijaństwem zostaje podkreślone w Duszpasterstwie pod lodowcem, a swego rodzaju nadgorliwość religijną oglądamy zarówno w Fíaskó, jak i w Wirze. Nie mamy natomiast obiektywnej wizji islandzkiego protestantyzmu, która wynika z wielu innych skandynawskich filmów. Być może zatem kino potwierdza ogólne przekonanie: Islandczycy nie są zbyt religijnym narodem, ale jeśli już w coś wierzą, to w Jezusa, Odyna i ukrytych ludzi. Zabawną grą ze stereotypami może być też postać tytułowej Metalówy, a raczej reakcja mieszkańców małej miejscowości niepodzielającej sympatii do ciężkiej muzyki.

UT fot. Danuta Matłoch_8379

fot. Danuta Matłoch

Einangrun

 Jak wynika z jednej z etiud filmowych prezentowanych na towarzyszącej festiwalowi wystawie IS (not)przygotowanej przez polski kolektyw Sputnik Photos, izolacja dla Islandczyków to interesujące pojęcie. Ten internacjonalizm pochodzi od greckiego słowa „isola” oznaczającego wyspę. Tym samym w Europie kontynentalnej izolacja kojarzy się z wyspiarskością, natomiast na Ultimie Thule – z naszej perspektywy najbardziej odizolowanej, to słowo brzmi zupełnie inaczej. „Einagrun” – dosłownie „smutek samotności” to dla Islandczyków istota izolacji – jest ona nacechowana pejoratywnie. Czy Islandczycy czują się odizolowani od reszty świata i, jeśli tak, czy możemy to zobaczyć w filmach? Choć społeczeństwo to jest bardzo charakterystyczne i mamy to podkreślone w kinematografii, również istotne były wpływy zachodnie, a raczej – zza oceanu. Islandczycy lat 50. i 60. mieli zrealizować swój „amerykański sen” – młodzież prezentowana w Morðsaga, Islandzkim marzeniu (2000) czy Pilocie zasłuchuje się w amerykańskiej muzyce, nosi się „po amerykańsku”, ogląda amerykańskie filmy. Powrót kuzynki Anny z Ameryki w Śmiechu mewy wzbudza wiele emocji, a ona sama w rodzinnym miasteczku traktowana jest zupełnie inaczej odkąd została „napiętnowana” amerykańskością. Warto podkreślić też ilość wypijanej na srebrnym ekranie Coca Coli (Tak czy siak), chociaż i nasze Prince Polo miało niewielki angaż w Duszpasterstwie pod lodowcem.

Islandczykom udzielił się również kontynentalny styl życia; seks, alkohol, narkotyki, imprezy to „nowy” obraz Islandii prezentowany w filmach z naszego stulecia. Skutki wynikające z mieszania lub nadużywania powyższych mogą mieć w kinie funkcję gorzkiej nauczki (XL, 2013) lub satyry na młodzież (Pilot, Veðramót). Mogłoby się zatem wydawać, że Islandczycy wcale nie są odizolowani, są tacy jak my. Choć w filmach islandzkich więcej jest czarnego humoru i umiejętności wyśmiewania samych siebie, są to filmy, które polskiemu widzowi ogląda się z wielką przyjemnością. Być może festiwal „Ultima Thule – na krańcu świata” sprawił, że ów kraniec stał się nam bliższy, nie tylko mentalnie, ale również geograficznie – zbawieni islandzką kinematografią na wyspę pojadą kolejni turyści.

UT_Poznan_fot. Jacek Łagowski_6384

Zdjęcia zamieszczone w artykule wykorzystano dzięki uprzejmości organizatorów Festiwalu „Ultima Thule – na krańcu świata” (strona internetowa TUTAJ). Ich autorami są Danuta Matłoch i Jacek Łagowski.

Ten tekst został napisany dla strony Stacja Północ.

Islandia w ruchomych obrazach

Warszawska odsłona festiwalu Ultima Thule – na krańcu świata, a tym samym cały projekt, zakończył się dzisiaj przepięknym koncertem polsko-austriackiego tria TRZASKA/HARNIK/BRANDLMAYR do niemego filmu “Islandia w ruchomych obrazach” z 1925 roku. Zakończenie było zdecydowanie pięknym zamknięciem całej naszej dwutygodniowej przygody z kinem i kulturą islandzką. Liczne spotkania i dyskusje prowadzone między wyświetlanymi filmami przybliżyły nam jeszcze bardziej tę uroczą wyspę.

Z około 30 tytułów naszemu Klubowi udało się obejrzeć niemal wszystkie. Byliśmy dzielni, ale wysiadywanie w ciemnej sali kinowej kilku godzin z rzędu może wykończyć nawet największego pasjonata! Wiemy, że nie byliśmy jedynymi stałymi bywalcami festiwalu – pozdrawiamy wszystkie znajome twarze i także gratulujemy wytrwałości! Wielokrotnie mowa była o wznowieniu projektu za jakiś czas, ale my na razie krzyczymy: dajcie nam odetchnąć i przetrawić te wszystkie piękne obrazy i dźwięki, z którymi stykaliśmy się w ostatnim czasie.

Poza wspaniałymi filmami, bardzo podobały nam się właśnie wydarzenia towarzyszące festiwalowi. O “Islandii okiem przybysza” już pisaliśmy; uczestniczyliśmy także w spotkaniach z islandzkimi reżyserami i aktorami. Naszym ulubionym gościem był chyba Árni Ásgeirsson, reżyser “Wiru”, który jest nota bene pierwszą koprodukcją islandzko-polską. Árni studiował w Łodzi i pięknie mówi po polsku (zna różne przekleństwa i swobodnie ich używa w publicznej dyskusji ;)). Opowiadał o dziejach produkcji samego “Wiru”, ale też o czasach studenckich w Polsce. Przyjechał tu zaraz po zburzeniu muru berlińskiego, skuszony z jednej strony egzotyzmem naszego kraju, ale też przepięknymi filmami Kieślowskiego, które miał okazję oglądać jeszcze na Islandii. Zaraz po przyjeździe poszedł na zapewniany przez Akademię Filmową kurs języka polskiego, ale najbardziej na tym kursie podobało mu się to, że nie sprawdzano obecności, więc sporo podróżował po Polsce. Potem zaczęły się już zajęcia, a nauka języka przychodziła naturalnie. Filmy Árni kręci jednak na Islandii; “Wir” to produkcja typowo islandzka, z najlepszymi gwiazdami wyspiarskiego kina. Tworzenie tego filmu w koprodukcji z Polską wiązało się przede wszystkim z aspektem marketingowym – na Islandii tylko kilkanaście tysięcy ludzi chodzi do kina, a to jednak za mało.

12381249_598500116964968_1670278192_o

Drugim wydarzeniem, którego nie mogliśmy przegapić, był koncert dziecięcego kwartetu smyczkowego w ramach projektu Efterkids. Czworo uzdolnionych dzieciaków uzupełniało utwory duńskiego zespołu Efterklang oraz islandzkiej wokalistki Soley na żywo do rzucanych na ekran teledysków. Choć zagrano tylko 6 utworów i występ trwał niecałą godzinę, to było naprawdę wzruszające doświadczenie. Smyczki przepięknie uzupełniały kawałki muzyki alternatywnej, ale też w kinie panowała świetna, wręcz rodzinna atmosfera. Wraz z zespołem ze Śląska przyjechały ich rodziny oraz twórcy projektu, chociażby autorzy pięknych wizualizacji, które zastanawiały widzów festiwalu przez długie dni, bo przed każdym seansem w sali Stolica puszczana była zapowiedź koncertu z pięknym obrazem ślizgających się po lodowisku dzieci widzianych z lotu ptaka. Na sali było pełno dzieci, które same z siebie stanęły pod sceną i zaczęły tańczyć. A muzyka sama w sobie była piękna. Myślę, że wszyscy wyszli z tego koncertu z szerokimi uśmiechami.

12674887_598500050298308_1864877733_o

12476792_598500056964974_796325129_o

Ale muzyczne wrażenia dopełniła jeszcze niedzielna dawka koncertów. O 16:30 Marcin Dymiter zagrał swój Sound(E)Scape Set – zestaw dźwięków z Reykjaviky i Warszawy, które uczestnicy festiwalu otrzymali na pamiątkowych płytach. Dźwięki te są bardzo różnorodne; od krzyków bawiących się dzieci na islandzkim wybrzeżu po komunikaty na Dworcu Centralnym w Warszawie. Wydarzeniem wieczoru był jednak koncert tria TRZASKA/HARNIK/BRANDLMAYR, który uświetnił projekcję najstarszego filmu prezentowanego na festiwalu – jedynego zachowanego dokumentu Islandii z lat 20. Obraz, a raczej “Islandia w ruchomych obrazach”, jest sam w sobie przeuroczy. Czarno-białe sceny z życia wyspy i jej piękne krajobrazy okraszone były zabawnymi opisami promującymi gospodarkę i kulturę Islandii. Niesamowitym jest to, że w ciągu tych niespełna 100 lat niewiele się zmieniło; no może poza liczbą ludności, bo wzrosła trzykrotnie. Muzyka grana na żywo do tego niemego obrazu była improwizacją trzech zdolnych muzyków: niecodzienne, wręcz elfie, dźwięki wydobywane były z instrumentów, również tych niekonwencjonalnych jak plastikowa butelka, ale również z aparatu gębowego. Audio świetnie uzupełniało wideo i na odwrót. To było piękne zamknięcie festiwalu, również trochę przewrotne – skończyliśmy na chronologicznie najwcześniejszym islandzkim filmie, ale być może nauczeni i doświadczeni jej obrazami z ostatnich 50 lat mogliśmy inaczej docenić tę “debiutancką” produkcję.

12722602_598499990298314_912147800_o

Warto wspomnieć jeszcze o tym, co każdy z nas omijał spiesząc się na filmy pełnometrażowe w obu salach kinowych, a co jednak było świetnym wypełnieniem czasu w ramach przerw między filmami, a mianowicie o wystawie IS (not)  w rotundzie kina Iluzjon zrealizowanej przez kolektyw Sputnik Photos. Na krótkich filmach możemy oglądać wywiady z Islandczykami o ukrytych ludziach, albo o tym, czym jest “izolacja” na wyspie (od gr. isola – wyspa). Trudno mówić o izolacji, jeśli na wyspie się mieszka, dlatego w języku islandzkim używa się innego słowa: einangrun, który oznacza mniej więcej “smutek samotności”.

Chcielibyśmy najserdeczniej podziękować organizatorom festiwalu za możliwość uczestniczenia w projekcie i obejrzenia wielu wspaniałych produkcji islandzkich. Gratulujemy tego przedsięwzięcia i sukcesu, który gromadził pełną salę widzów spragnionych wrażeń z krańca świata.

Ten post został napisany dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Trudne sprawy

Veðramót

reżyseria: Guðný Halldórsdóttir
rok produkcji: 2007
kraj: Islandia

Co sprawiło, że z troje hipisów z młodości wyrosło na pastora, prawniczkę i menela? Dwudziestolatkowie z dobrych domów i z zaplanowaną im przez rodziców przyszłością wyruszają na północ do stojącego na pustkowiu gospodarstwa w miejscowości Veðramót. Będą zarabiać jako opiekunowie ośrodka dla trudnej młodzieży: nieletnich złodziei, sierot i wykorzystywanych seksualnie. Młodzi z hipisowską utopijnością próbują stworzyć w ośrodku przyjazne i luzackie zasady, terapią ma być praca w gospodarstwie, ale też robienie na drutach czy rozmowy przy kadzidełkach. Dzieciaki czują się tu faktycznie jak w domu, ale wraz z przyjazdem Disy (Hera Hilmar), atmosfera zaczyna się psuć. Dziewczyna, gwałcona przez ojczyma za przyzwoleniem matki-pijaczki, buntuje się przeciwko opiekunom i namawia innych podopiecznych do tego samego. Doprowadzi to do tragedii i zrujnowania życia jednemu z opiekunów.

Akcja toczy się w kolorowych latach 80., czasach dzwonów, haszyszu, gitar i podziwu dla Che Guevary, ale opowieść i podejmowanie w niej problemy są ponadczasowe. Bohaterowie muszą zmierzyć się z przeciwnościami realniejszymi od “make love, not war”, stykają się z prawdziwymi wadami społeczeństwa: kazirodztwem, przemocą w rodzinie, molestowaniem, porzuceniem. Ale też bezsilnością w rozwiązywaniu problemów – Disa zadaje bardzo ważne pytanie: dlaczego gwałcone dziewczyny więzione są w ośrodkach, a mężczyźni pozostają nieukarani?  Beztroscy hipisi przegrywają, pokonani własną bronią. Świetnie zawiązanie akcji, trzyma w napięciu, a wszystkie kwestie wyjaśniają się wraz z rozwojem fabuły. Świetna gra Hery Hilmar, choć grana przez nią postać jest przerażającą wypadkową dziecka z doświadczeniem patologii i dojrzewającą nastolatką – mieszanka niebezpieczna.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Nie zadzieraj z kobietą

Śmiech mewy

tytuł oryginalny: Mávahlátur
reżyseria: Ágúst Guðmundsson
rok produkcji: 2001
kraj: Islandia, Niemcy, Wielka Brytania

Zadziwiające, jak niewiele powstało filmów islandzkich o tak jasnym odniesieniu do miejsca Ameryki w wyobraźni Islandczyków w latach 50. Poza “Śmiechem mewy” mamy w tej tematyce chyba tylko “Diabelską wyspę” Fridrikssona. A  temat jest bardzo ciekawy, bo od połowy XX w. Islandia ma więcej wspólnego z USA niż Europą. W filmie Guðmundssona poznajemy wcielenie “amerykańskiego snu” post factum. Freya (Margrét Vilhjálmsdóttir) wraca do rodzinnej wioski po śmierci męża, amerykańskiego żołnierza, którego poznała w trakcie II wojny światowej. Wraca jako bogini; kiedyś pulchna i nieatrakcyjna, teraz kusi mężczyzn piękną figurą, a swoje liczne kuzynki walizkami wypchanymi po brzegi eleganckimi sukienkami. Szepcze się, że przyjechała upolować sobie następnego męża i dość szybko – choć nie bez przeszkód – owija sobie wokół palca zamożnego inżyniera.

Walorem filmu jest sposób opowiedzenia tej historii: z punktu widzenia małej intrygantki i bacznej obserwatorki życia miasteczka, Aggi (Ugla Egilsdóttir). Agga już od przyjazdu Freyi wyczuwa, że towarzyszą jej jakieś złe moce; piękna, ale i stanowcza kuzynka potrafi być bardzo nieobliczalna i uparta. Z jednej strony wykorzystuje swoją urodę do sterowania mężczyznami i umie odegrać się nielubianej teściowej, ale ma też złote serce dla potrzebujących. Aggę niepokoją jednak jej nietypowe zachowania: dlaczego Freya chodzi nocami na wrzosowisko? W jaki sposób przeczuwa nadchodzące wydarzenia? Czy przypadkiem nie zabiła swojego męża? Film jest naprawdę barwny i zabawny, doskonała komedia obyczajowa.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Romans wśród swądu ryb

Ingaló

reżyseria: Ásdís Thoroddsen
rok produkcji: 1992
kraj: Islandia, Findlandia, Niemcy

Tytułowa Ingaló (Sólveig Arnarsdóttir) pochodzi z małej miejscowości w północnej Islandii zajmującej się rybołówstwem. Ingaló ma kochanego brata, Sveinna; oboje marzą o wyrwaniu się z codzienności polegającej na pomocy ojcu na małej łodzi. Sveinn opuszcza ojca i zaciąga się do pracy na większym statku, wkrótce dołączy do niego siostra. Ingaló jest dziewczyną o trudnym charakterze, potrafi nieźle skopać faceta albo ugryźć policjanta, wysłano ją nawet na badania do Reykjaviku, ale stwierdzono jedynie jej ponadprzeciętną inteligencję. Tłem do historii rodzeństwa są realia zmieniającego się w latach 90. przemysłu rybnego; pracownicy strajkują ze względu na trudne warunki pracy, a właściciele zrzeszeni w Unii robią wszystko dla obniżenia kosztów.

Właściwie to nie wiadomo, o czym jest ten film. Zdecydowanie plątaninę zmieniających się scen i wątków oraz pojawiających się co raz nowych postaci spina sama tytułowa bohaterka, a wcielająca się w nią młoda aktorka jest zdecydowaną zaletą obrazu. Mamy także na drugim planie Ingvara Sigurðssona, ale do końca nie wiadomo, jaka jest jego funkcja. Niby Ingaló się w nim podkochuje, niby kieruje strajkiem robotników, a jednak pozostaje dość nudny i płaski. Film jako całość jest jednak mocno ciężkostrawny, choć do jego zalet należy wieloaspektowe przedstawienie Islandii lat 90. Fakt, że poza główną bohaterką i pozostającą w tle postacią chorego umysłowo  mężczyzny udającego, że jeździ po mieście samochodem nikt inny nie zasługuje na naszą uwagę, potwierdza tezę, że jest to film przeciętny.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Dramat rybaka

Wir

tytuł oryginalny: Brim
reżyseria: Árni Ásgeirsson
rok produkcji: 2010
kraj: Islandia, Polska

Ten film jest skomplikowany, trudny i dość smutny. Bo chyba życie rybaków takie jest. Islandczycy zresztą poświęcają im sporo miejsca w swoich filmach; trzeba pamiętać, że jednak długa tradycja rybołówstwa jest elementem wyspiarskiej tożsamości. Obraz ukazuje prawdę o życiu rybaków w czasie rejsu; z oszczędności zlecającego pracują po 16 godzin dziennie, do tego powodzenie kursu to prawdziwa loteria. Praca na łodzi wymaga siły i zdrowia, również psychicznego. Oczywiście czas wolny wypełnia się rozrywkami, takimi jak wspólne oglądania pornosa. Jednak wraz z rozwojem akcji poznajemy słabości bohaterów; nadmierna agresja czy społeczne wycofanie, a także depresja i samobójstwo – to przeszkody, z którymi muszą się zmierzyć Ludzie Morza, często trudniejsze niż sztorm albo awaria silnika.

Obraz powstał w koprodukcji z Polskim Instytutem Filmowym, gdyż reżyser: Árni Ásgeirsson jest absolwentem Łódzkiem Szkoły Filmowej (i pięknie mówi po polsku!). Jego drugi pełnometrażowy film w karierze jest jednak na wskroś islandzki; grają tu najznakomitsi aktorzy Islandii, z Ingvarem E. Sigurðssonem na czele, czy znanym z pokrewnego “Wirowi” “Na głębinie” Ólafurem Ólafssonem. Film powstał w oparciu o sztukę teatralną i prawdziwe historie. Być może dlatego znajdziemy tu kilka niewyjaśnionych scen i dziwnych zachowań bohaterów, co utrudnia całkowite wciągnięcie się w fabułę i jej śledzenie.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.

Z życia wariatki

Zaraz wracam

tytuł oryginalny: Skrapp út (ang: Back soon)
reżyseria: Sólveig Anspach
rok produkcji: 2008
kraj: Islandia, Francja

Anna (Didda Jónsdóttir) to niezależna kobieta w średnim wieku z dwojgiem synów, których ojcowie nie są znani. Z zawodu Anna jest największym dealerem marihuany w Reykjaviku, w wolnym czasie zaś pisuje poezję (na przykład na ścianie w swojej kuchni). Kiedy pewnego dnia jedzie na umówione spotkanie z dostawcą, zostawia pusty dom z tabliczką “zaraz wracam” na drzwiach. Wkrótce okazuje się, że “zaraz” przedłuży się o całą dobę, a zniecierpliwiony klienci na głodzie w oczekiwaniu na swoją karmicielkę urządzają w jej salonie przyjemną imprezę. Lokalną biznesmenkę zatrzymały bowiem wypadki losowe i dziwne znajomości: wspólna konsumpcja gofrów z rodziną zarządcy pobliskiego więzienia i turystką z Irlandii, ratowanie starego znajomego przed nieudaną próbą samobójczą, poznanie wielkiego fana jej poezji, który przyjeżdża specjalnie z Francji, by ją poznać, a przede wszystkim próba odzyskania telefonu komórkowego połkniętego przez gęś.

Wszystko to brzmi cudacznie, ale – chodź wszystko to całkowicie wykracza poza standardowy program dnia naszej bohaterki – mamy wrażenie, że mogło się to wydarzyć naprawdę. Sama Didda Jónsdóttir, którą możemy oglądać w “Nawałnicy” w zupełnie innej roli, okazuje się świetną, bardzo “plastyczną” aktorką. W pewnym sensie tworzy postać, której nie było jeszcze w islandzkim kinie: kobiety całkowicie decydującej o swoim losie, ciągle zjaranej i nierezygnującej z najbardziej szalonych marzeń. Ciekawy, inny obraz Islandii, niż ten, do której przywykliśmy. Świetny humor i współgrająca z klimatem muzyka.

Ta recenzja została napisana dla strony Studenckiego Klubu Islandzkiego.