Wspomnienie (z) przeszłości

Recenzja

Długo czekałam na to, żeby móc przeczytać książkę napisaną przez moją – bądź co bądź – byłą koleżankę z pracy, czyli Katrín Jakobsdóttir.

Gdy w 2023 roku przyjechała z wizytą nieoficjalną do Polski, mogłam poznać ją dzięki pracy w Ambasadzie Islandii w Warszawie. Spotkanie było bardzo sympatyczne i na luzie, podobnie jak później wspólny wyjazd do Lublina i Przemyśla, zakończony uciśnięciem mnie przez Katrín i powitaniem w „islandzkiej ekipie”. Tak, miałam więc do premierki Islandii naprawdę koleżeński stosunek, bo sama chciała, by mówić do niej po imieniu. Polubiłam ją już po pierwszym spotkaniu (a były potem jeszcze inne okazje) i miałam wrażenie, że to nie tylko polityczka, która ma serce po dobrej stronie (sami Islandczycy nie darzyli jej takimi samymi uczuciami, skoro nie wybrali jej na prezydentkę w 2024 roku), ale też która wcześniej naukowo zajmowała się islandzką literaturą.

A właściwie kryminałami, ale umówmy się, że sagi i Laxness to jedno, ale świat zna islandzką literaturę głównie za sprawą kryminałów. W 2022 roku (czyli kiedy była jeszcze premierką) wydała własną Katrín Jakobsdóttir powieść kryminalną, napisaną z Ragnarem Jónassonem. Naturalnie chciałam ją przeczytać, bo choć z kryminałami mi raczej nie po drodze, oba nazwiska zobowiązują! Czekałam więc cierpliwie na polskie tłumaczenie, ale się nie doczekałam, więc od teściowej dorwałam wersję francuskojęzyczną.

Akcja powieści umieszczona jest w Reykjavíku lat osiemdziesiątych, kiedy miasto obchodziło 200. rocznicę swojego istnienia, powstał drugi kanał telewizyjny Stöð 2, a nawet doszło do spotkania Reagana i Gorbaczowa. To wszystko to jednak tło do głównej osi wydarzeń, czyli wznowionego po trzydziestu latach śledztwa w sprawie nastoletniej Láry Marteinsdóttir, która latem 1956 roku zniknęła na wyspie Viðey. Dziewczyna opuściła miejsce pracy i zniknęła, a choć odnaleziono jej bagaże, nigdy nie odnaleziono jej ciała.

Sprawą żyła cała Islandia, a wizerunek zaginionej każdy Islandczyk znał na pamięć. Lata mijały i na większość pytań policja wciąż nie mogła znaleźć odpowiedzi, dlatego dochodzeniem na własną rękę zajął się młody dziennikarz Vikubladid, Valur. Pewnego dnia dostaje wiadomość od anonimowej czytelniczki, która udziela mu wcześniej nieznanej informacji. Podążenie tym tropem okaże się jednak dla Valura bardzo niebezpieczne, bo jak można się domyślić – komuś bardzo zależy na tym, żeby nie rozwiązać tej tajemnicy.

No właśnie – jak łatwo się można domyślić… Może to mój francuski, a może wina autorów, ale to była jedna z nudniejszych książek, jakie przeczytałam w ostatnim czasie! Akcja się dłuży, wątki się urywają, a nawet jeśli prowadzą do rozwiązania tajemnicy Láry, to całe śledztwo prowadzone przez Valura i jego siostrę Sunnę jest dość nieudolne. Podkreślam, że nie jestem specjalistką od kryminałów (w przeciwieństwie do autorów właśnie) i nie znam na pamięć intryg z klasyków literatury kryminalnej (w znów w przeciwieństwie do autorów, którzy aż nie mogą się powstrzymać, żeby wrzucić do dialogu ciekawostkę z Agathy Christie czy Allana Poe…), ale dopiero w drugiej połowie całość się trochę rozkręca, a finał i tak jest do bólu przewidywalny, że aż rozczarowujący.

Atutem powieści, reklamowanym w blurbach i podkreślanym przez autorów w posłowiu, miała być podróż do Reykjavíku lat 80. i może faktycznie taki powrót do przeszłości wydawał się Jakobsdóttir i Jónssonowi – dorastającym w takich realiach – ciekawy, bo dla nich to też była podróż nostalgiczna, ale ja nie czułam atmosfery tego miasta i tych czasów prawie w ogóle. Nie dlatego, że zabrakło opisów ówczesnych kawiarni, topograficznego rozrysowania siatki głównych ulic dla tych czytelników, którzy nigdy nie odwiedzili najbardziej wysuniętej na północ stolicy Europy. Ale bardzo często tym opisom towarzyszyły wstawki jak z przewodnika lub czasopisma turystycznego, jak gdyby chodziło o to, by przy okazji zapewnić potencjalnemu turyście ciekawostki o dawnej Islandii. Choć Jónasson jest doświadczonym autorem kryminałów i zakładam, że stoi za większością tekstu, mam wrażenie, że za tymi belferskimi wstawkami dotyczącymi islandzkiej kultury stoi była premierka, przyzwyczajona do sprzedawania swojego kraju za granicą.

Jakobsdóttir jest zresztą w tej książce całkiem sporo. Niektóre postaci, takie jak Valur i Sunna, to niemal alter ego polityczki; ona też studiowała literaturę islandzką i też pracowała jako dziennikarka, związana co prawda z telewizją, a nie gazetą. Ale nawet jeśli studiowała literaturę i być może chciałaby na nowo zająć się ulubionymi kryminałami, powinna raczej trzymać się analizy, a nie pisania. Lektura Reykjavíku przekonała mnie bowiem, że badacz i przedmiot badania powinny stanowić odrębne zbiory.

No responses yet

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *